RSS
 

O konsekwencjacj nocnej eskapady i odkryciu tajemnicy Tobbyego…

26 sty

21 października 2020

Zeszłam na śniadanie do sali głównej z mieszanymi uczuciami. Byłam pewna, że jeśli w hallu nie będą wisieć listy gończe z naszymi twarzami, to przynajmniej nauczyciele zgarną nas w drodze do stołówki. Ku mojemu zdziwieniu i nieukrywanej uldze nic takiego się nie stało. Powiem ci więcej pamiętniczku, nikt nie sprawiał wrażenia poinformowanego o tej sprawie. Normalnie cała szkoła już by o tym plotkowała. No wiesz pamiętniczku, momentami czuję się jak gwiazda śledzona przez uważne paparazzi. Brakuje jeszcze tego, żebym trafiła z pierwszą stronę Proroka Codziennego z tytułem „Sabrina Socretto i jej kolejne wyczyny w szkole. Kiedy ta krnąbrna uczennica w końcu wyleci z murów elitarnej szkoły?”. Kiedy powiedziałam o tym Rose, zaczęła się śmiać i stwierdziła, że mam za dużą wyobraźnię i jestem przewrażliwiona. Według niej każdy ma zbyt wiele własnych problemów, żeby żyć moimi. Może coś w tym jest, ale i tak czuję się jak sarna na celowniku…

W takim wypadku moje obawy były całkiem uzasadnione. Byłam przekonana, że to mój ostatni dzień w szkole. Jak nie teraz to po śniadaniu McGonagall każe mi przyjść do swojego gabinetu i powie, że mam pakować walizki. Przecież ta czapka…no bądźmy szczerzy (jest wredna i zgorzkniała), na pewno nie potrafi trzymać języka za zębami. Widziała mnie i zna. Dlaczego nie miałaby powiedzieć dyrektorce, że zakradłam się do jej gabinetu? Znając Tiarę pewnie podkoloryzuje opowieść tak, że wyjdę na szantażystę o pomieszanych zmysłach z giwerą większą od mojej ręki. Bałam się tylko, że wylatując, pociągnę za sobą Tobbyego, Leonarda i Aidena. Tak naprawdę tylko Tobby był moim przyjacielem, ale nie zniosłabym myśli, że zniszczyłam karierę trzem pozostałym uczniom. Martwił mnie fakt, że opiekunowie domów prawdopodobnie wiedzieli, że cała nasza czwórka błądziła po szkolnych korytarzach. Już słyszę te plotki…”Socretto wciągnęła w swoje szaleńcze wybryki uczniów z innych domów” (no dobra, Croucha na takie rzeczy nie trzeba długo namawiać), „Socretto chce opanować całą szkołę”…o nie…już mi słabo. A może…jest cień szansy choć mały…może to wszystko był sen? Skoro nikt nic nie wie oprócz mnie. To byłby mój najbardziej realistyczny sen w życiu, ale w sumie mogłam się tego spodziewać. Widziałam duchy czterech założycieli Hogwartu, którzy do nas podeszli i nas dotknęli. Jak babcie kocham pamiętniczku…to musiał być sen, bo nie wstąpiłam do ekipy „Łowcy duchów”.

Niestety kiedy usiadłam do stołu moje marzenia o fantastycznym śnie prysnęły niczym bańka mydlana. Wystarczyło popatrzeć w stronę stołu Puchonów. Biedny, mały Tobby siedział skulony na ławce i jak w transie przeżuwał rogalik z marmoladą. Jego kręcone włosy były jeszcze bardziej potargane i pokręcone niż zwykle, a łagodne oczy dziś były podkrążone i wytrzeszczone, jakby zobaczył ducha…a przecież nie mógłby mieć takiego samego snu co ja, prawda? Przełknęłam ślinę i nalałam sobie gorącej, pachnącej goździkami herbaty do kubka. Dyskretnie odwróciłam się i spojrzałam na pozostałych towarzyszy wczorajszej niespodziewanej eskapady. Leo jadł spokojnie śniadanie, ale był dziwnie nieobecny i prawie z nikim nie rozmawiał. Chyba nigdy nie widziałam go siedzącego w jednym miejscu dłużej niż minutę. No tak już kiedy wchodziłam wielką salę, uderzyła mnie ta dziwna cisza. Teraz już wiem, że nie słyszałam jak Crouch się drze i rechocze. Aiden z kolei nic nie jadł! To przebiło wszystko. Mały, grubiutki Ślizgon uwielbiany przez skrzaty, które gotowały nam posiłki nic nie jadł. Chłopak, który zawsze miał pełny talerz i jeszcze zabierał coś „na potem” w serwetkach siedział i gapił się w przestrzeń, podczas gdy przed jego nosem parowały gorące kiełbaski i jajecznica. Czy to nie jest groźne dla jego zdrowia? Marsowa mina chyba odstraszała wszystkich jego kolegów, bo nikt nie śmiał do niego zagadać. Nagle nasze spojrzenia się spotkały. Black przestał opierać brodę na ręku i podniósł się do pionu. Zmrużył oczy i coś mruknął pod nosem w moją stronę, ale ja szybko się odwróciłam.

- Niech to szlag…więc to prawda… – mruczałam, nakładając twarożek na kanapkę

- Oj prawda, prawda Socretto…Gretel przełożyła termin oddawania wypracowań na jutro. – westchnął Midas

- Co?! – spanikowałam. Nawet nie zaczęłam tego pisać

- Daj spokój, ona cię nawet nie słuchała – prychnęła Irmina – Socretto żyje w swoim świecie…

- Gapiła się na stół Gryffonów – zachichotała Minnie. Wyglądała jak Rudolf z nosem czerwonym od dżemu

- Pewnie patrzyła się na Croucha – podchwycił Spike – Zabujałaś się, co?

- Nie, wcale, że nie… – skrzywiłam się – Dlaczego miałby mi się podobać?

- Czy ja wiem…bo jest z Gryffindoru i ma tak samo głupie pomysły jak ty? Albo dlatego, że na obronie przed czarną magią ciągle ze sobą rywalizujecie? Albo dlatego, że ciągle za nim łazisz – wymieniała Irmina, oblizując palce z kremu czekoladowego

- Coś dużo tych argumentów… – zmrużyłam oczy – Ale ja z nim nie łażę…

- Jasne… – przewróciła oczami Irmina – Zrobisz wszystko, żeby wkupić się w łaski Gryffonów.

„Twoim przeznaczeniem jest Ravenclaw, bardziej niż ci się wydaje” usłyszałam w głowie głos Tiary. Zacisnęłam usta. Nie, nie zgadzam się na to. Chcę mieć coś do powiedzenia, jeśli chodzi o moje „przeznaczenie”. Jeszcze będę w Gryffindorze! Tylko dlaczego wczoraj w nocy podeszła do mnie Rowena Ravenclaw? Stop! Muszę o tym zapomnieć…muszę zapomnieć o całym wczorajszym wieczorze.

Do końca śniadania nie odzywałam się, co raczej nikomu nie przeszkadzało. Poczekałam aż uczniowie zaczną wychodzić na lekcje i gdy nikt nie patrzył przemknęłam się do stołu Puchonów. Wsunęłam się na miejsce obok Tobbyego i poklepałam go po plecach.

- Jak tam po spotkaniu z Helgą Huffelpuff?  – zapytałam lekkim tonem, a MacMillan zakrztusił się mlekiem. Musiałam go popukać w plecy.

- Sabrina, ty naprawdę nie znasz znaczenia słów dyskrecja i subtelność – wykasłał

- Wygląda na to, że nie znam – uśmiechnęłam się półgębkiem i wzięłam łyka z jego kubka- Więc to prawda? Ty też to pamiętasz?

- Uwierz mi, że wolałbym zapomnieć – przeczesał ręką włosy – Nigdy nie piłem nic mocniejszego niż kremowe piwo, ale wydaje mi się, że tak właśnie czują się osoby na kacu… – mruknął, kładąc twarz na stole

- Zapomnimy o tym, obiecują – pomasowałam go energicznie po plecach. Był chudy, mogłam wyczuć jego kręgi. Poza tym oddychał szybko, jakby miał się zaraz rozpłakać. – Tylko musisz wziąć się w garść Tobby. Chyba nikt nie pamięta, co się wczoraj stało oprócz nas. To dobry znak.

- Ale co się wczoraj właściwie stało? – jęknął, unosząc się na łokciu – Nie rozumiem tego…ja tylko chciałem znaleźć różdżkę.

- I znalazłeś ją chociaż? – zapytałam łagodnie

- Nie! – uderzył ręką w stół – Ała… – skrzywił się i pomasował dłoń

- Trzymaj MacMillan – warknął ktoś i rzucił nam pod nos różdżkę Tobbyego – Ten jeden raz…

- Black? – wytrzeszczyliśmy oczy

Aiden bez słowa usiadł na przeciwko nas i posłał nam mętne spojrzenie. Przełknęłam ślinę. W tej chwili nie wiedziałam, czy mam się go bać.

- Czy wy wczoraj…czy my… – chrząknął zmieszany

- Nie kończ. Tak, naprawdę ich spotkaliśmy – mruknęłam, rozglądając się dyskretnie po sali

- Nie uwierzycie, co mi się śniło! – Leo wskoczył na miejsce obok Aidena, a ja podskoczyłam zaskoczona – Uciekaliśmy wczoraj przed nauczycielami i Sabrina użyła takiego superowego zaklęcia, a potem podszedł do mnie Godryk…

- Ciii! – syknęliśmy do niego w trójkę

- Nie drzyj japy Crouch – warknął Aiden – Cała szkoła nie musi o tym wiedzieć.

- Ha, czyli nie zwariowałem – zaśmiał się triumfalnie

- To akurat kwestia dyskusyjna – prychnęłam

- No wiesz… – obruszył się

- Ej, to nie my podpalamy sobie włosy – stwierdził rzeczowo Aiden

- To był wypadek – Leo przesunął ręką po swoich włosach obciętych na jeża (stwierdził, że nie będzie ich już zapuszczał na złość matce) i uśmechnął się głupkowato. Przewróciłam oczami. Ten chłopak kiedyś się zabije i powie, że to był wypadek.

- Po prostu się nie drzyj, bo jakbyś nie zauważył, nauczyciele w dziwny sposób o tym zapomnieli… – szepnęłam

- Do czasu… – westchnął Tobby

- Ej, uważasz, że nie potrafię dochować sekretu? – obruszył się Leo

- To chyba jasne Crouch. Gęba ci się nie zamyka od rana do wieczora – parsknął Aiden

- Za to ty snujesz się cały dzień po szkole jak dementor – odparował Leo – Tylko nie jesteś tak szybki i zwinni jak oni przez te ciastka…

- Mogę mu przyłożyć? – Aiden złapał go za tył szaty i zacisnął dłoń w pięść

- Zostaw – warknęłam – Musimy się naradzić, co robimy dalej – skrzyżowałam ręce na piersi i oparłam się plecami o ścianę

- A musimy coś w ogóle robić? – zapytał Tobby przez ściśnięte gardło

- No pewnie, że tak! Nie chcesz się dowiedzieć, po co oni do nas przyszli, MacMillan? Bo na pewno po coś przyszli! To było takie kosmiczne… – cieszył się Leo

- Stop! Nikomu nie możemy o tym powiedzieć! – złapałam Leo za rękę – Zachowujmy się, jakby nic się nie stało. Spróbuję czegoś poszukać na ten temat w bibliotece… – chłopak spojrzał się na nasze ręce i poruszył wymownie brwiami. Zacmokałam zirytowana jego infantylnym zachowaniem i cofnełam dłoń. Czułam gorąco na policzkach.

- Jasne…tylko spokojnie, księżniczko – wyszczerzył się Leo – Buzia na kłódkę – zrobił ruch jakby zamykał usta na klucz

- Nie, popieram kaczkę. Powinniśmy dać sobie z tym spokój. Może to były tylko halucynacje spowodowane twoim zaklęciem? – Aiden spojrzał się na mnie oskarżycielsko

- Nie mów na mnie kaczka! – zdenerwował się Tobby – I nie oskarżaj o nic Sabriny. Uratowała nas wczoraj.

- Przede wszystkim ratowała swój tyłek…tak szlamo, myślisz że nie wiem, że byłaś u McGonagall? – warknął Black

- Ej, nie mów tak do niej…! – obużyli się chłopcy

- Przede wszystkim nie możemy się tak jawnie spotykać – mruknęłam, widząc zaciekawione spojrzenia uczniów. Zignorowałam, że jawnie mnie obraża – Przyciągamy uwagę.

- Spokojnie, ja to załatwię – uśmiechnął się drapieżnie Aiden

- Nie, nie możemy wzbudzać podejrzeń. W końcu teoretycznie nie za bardzo się lubimy…

- Ja tam nie lubię was nawet w praktyce – prychnął Black

- Dzięki ziom, my ciebie też – Leo pokiwał głową i położył dłoń na ramieniu Blacka

- Zabieraj tą łapę, Crouch – syknął blondyn

- Przestańcie chociaż na chwilę – przewróciłam oczami – To co nas spotkało nie było przypadkowe – spojrzałam na nich poważnie – Kto albo coś chciało, żebyśmy się tam znaleźli o tej godzinie. Jestem pewna, że nie jesteśmy pierwsi w historii, którzy przeżyli takie…spotkanie trzeciego stopnia. To na pewno coś dla nas znaczy. Poszukam o tym informacji w bibliotece. Tam na pewno znajdę jakieś logiczne wytłumaczenie.

- Tak…może będziemy mieć jakieś korzyści z tego spotkania – zamyślił się Aiden – Bogactwo albo sławę…

- Albo dostaniemy super moce i będziemy musieli kogoś uratować! Jak super czwórka! – cieszył się Leo

- Ja to bym wolał, żeby to rzeczywiście był zwykły sen – westchnął ciężko Tobby

- Wiem Tobby… – złapałam go za rękę i uśmiechnęłam się smutno – a teraz idziemy na lekcje i zachowujemy się tak jak zwykle, czyli nie rozmawiamy ze sobą za dużo, jasne?

- Jak słońce, księżniczko – wyszczerzył się Leo

- Teraz już mogę mu rozkwasić nos? – upewnił się Aiden

- Droga wolna – skinęłam rękę

- No nie… – Crouch poderwał się z miejsca – I tak mnie nie dogonisz, prosiaczku! – krzyknął, uciekając niczym mały motorek

- Spadamy stąd – kiwnęłam głową na drzwi. Tobby szybko zabrał swoją różdżkę ze stołu, zanim Aiden się rozmyślił i poczłapał za mną szybko do drzwi. Mam tylko nadzieję, że nikt nie zwrócił na naszą małą naradę większej uwagi. Niestety pamiętniczku, czuję w kościach, że to nie było ostatnie nasze spotkanie w tej sprawie…

***

Pierwsze dwie lekcje właściwie minęły całkiem spokojnie. Schody zaczęły się dopiero na trzeciej godzinie, gdy zeszliśmy do lochów na lekcje eliksirów. Zynox już na początku oświadczył, że czeka nas trudne i wymagające doświadczenie, dlatego oczekuje od nas uwagi, bo będziemy musieli powtórzyć za nim każdy krok. Tak, to zdecydowanie zapowiadało katastrofalną lekcję. Ale prawdziwa bomba nadeszła po chwili…

- Żeby ułatwić wam trochę to zadanie, wybiorę zaraz ochotnika, który będzie przygotowywał doświadczenie równo ze mną pod moim czujnym okiem. – powiedział, a wszyscy ucichli

- Panie profesorze, ochotnik z definicji to osoba chętna, która zgłasza się z własnej, nieprzymuszonej woli. Nie można wybierać ochotnika – stwierdziła Irmina z przemądrzałą miną

Zasłoniłam usta ręką, żeby ukryć śmiech. Zynox nie jest dziś w dobrym humorze, więc ta Kleopatra w końcu się doigra. Wybierze ja jak nic…

- Racja, ale to moja lekcja i moje reguły – uśmiechnął się w sposób, od którego przeszły mnie ciarki – Mam już na oku jednego ochotnika – oparł się plecami o biurko i rozejrzał się po klasie. Wszyscy, nawet Ślizgoni zastygli w bezruchu jak zające na polowaniu – Ta osoba jest na tyle bezczelna, że ośmiela się kraść z mojej pracowni składniki eliksirów i naiwnie sądzi, że tego nie zauważę – zaśmiał się sam do siebie, a mnie oblał zimny pot. Niech to szlag…A jednak nauczyciele pamiętają.

Uczniowie patrzyli po sobie przerażeni, bojąc się odezwać. Nawet Irmina nie miała w zanadrzu żadnej zgryźliwej uwagi..

- Gdyby ta osoba nie była tak mierna z eliksirów i miała jakiekolwiek pojęcie jak uwarzyć eliksir wielosokowy, może nie byłbym tak zły. Niestety ta osoba prawdopodobnie nie miała zielonego pojęcia co robi, a nic mnie tak nie drażni jak potężne artefakty w rękach ignorantów – zazgrzytał zębami ze złości. Jestem skończona… – Socretto, zapraszam na stanowisko – rzucił w moją stronę fartuch, a ja mimo oszołomienia złapał am go. Nauczyciel zarzucił peleryną i zniknął w składziku, żeby przygotować sprzęty.

Wstałam powoli z ławki. Nogi miałam jak z waty, a ręce mi się trzęsły jak galareta. Po zniknięciu nauczyciela wszyscy zaczęlii rozmawiać.

- Wow Socretto…nieźle…nawet ja bym czegoś takiego nie zrobił… – dziwił się Black

- Czy ja słyszę podziw w twoim głowie? – siliłam się na żart

- Raczej litość, szlamo – parsknął – On cię zniszczy…

- Już po tobie, szlamo – zawtórowali Ethan i Noah – Nie zdasz eliksirów.

- Socretto, o czym ty myślałaś? Jak mogłaś coś ukraść z pracowni? – Irmina była szczerze przerażona. Nie pamiętniczku, bynajmniej nie bała się o mnie – Zniszczyłaś dobre imię Ravenclawu…zamorduję cię, jeśli to przeżyjesz…

- No dalej Socretto, jeszcze się nie ubrałaś? – mruknął Zynox, wracając do klasy – A i jeszcze jedno…od tego eksperymentu zależy twoja ocena semestralna.

- Ale panie profesorze… – wytrzeszczyłam oczy

- Wolisz końcoworoczną? – spojrzał na mnie ponad szkłami oklarów

- Nie – spuściłam wzrok

- To do roboty. Skoro wydaje ci się, że masz masz tyle doświadczenia, żeby poradzić sobie z eliksirem wielosokowym, to takie doświadczenia będzie dla ciebie zwykłą igraszką – uśmiechnął się perfidnie. Bez słowa ustawiłam się na stanowisku.

Uroczo, prawda? To się nazywa wsparcie. Krukoni siedzieli jak marmurowe posągi, posępnie patrząc i przyglądając się sytuacji. Z kolei Ślizgoni zabawili się w starożytnych gladiatorów, którzy pragną „chleba i igrzysk” i głośno komentowali naszą walkę gladiatorów Socretto vs. Zynox. Aiden wyciągnął torbę czekoladowych żab i doskonale się bawił, śmiejąc się ze znajomymi i jedząc słodycze. Patrzyłam uważnie na to, co robi nauczyciel, ale choćbym nie wiem co robiła, nie potrafię precyzyjnie powtórzyć tych ruchów. Brakuje mi doświadczenia i po prostu talentu. Czułam się beznadziejna.

- Socretto, uważaj bo zaraz wybuchniesz – zarechotał Black

- Gdzie? – pisnęłam i odskoczyłam od stolika. Niechcący ramieniem zahaczyłam o fiolkę z czerwonym proszkiem i wsypałam część do mikstury. Ślizgoni zaczęli się śmiać, a ja spojrzałam się gniewnie na Blacka.

- Black, zajmij się słodyczami z łaski swojej – burknął Zynox

- Panie profesorze, moja mikstura…

- Na twoje szczęście ten proszek zadziała na twoją korzyść, Socretto – zmrużył oczy, nie patrząc na mnie. Chyba sytuacja nie potoczyła się po jego myśli. – Nie stój tak i pracuj.

- Oczywiście – wyjąkałam. Kątem oka spojrzałam na Aidena. Pomaga mi? Nie, przecież nie mógł przewidzieć, że się przestraszę i strącę proszek do kociołka. Zresztą to do niego nie pasuje. Black chce mojej klęski od początku. Pokręciłam głową, żeby odgonić myśli i skupić się na pracy.

- Midas, daj mi tą książkę…przewróć stronę – usłyszałam poddenerwowany szept Irminy. – Socretto, obrazek na dole… – syknęła, próbując przesunąć podręcznik na brzeg ławki – Widzisz?

Tak pamiętniczku, to był ten pamiętny moment, gdy Irmina chciała mi pomóc. Nigdy więcej coś podobnego się nie zdarzyło, dlatego stwierdziłam, że ten akt łaski wypadałoby zapisać w kalendarzu i przypominać jej to co roku, żeby upewnić się, że ta jędza ma uczucia. Oczywiście dobrze wiem, że ona nie chciała pomóc mnie tylko sobie…i reszcie Krukonów. Ratowała nasz dom przed kompletną kompromitacją, ale mój honor nie pozwalał mi skorzystać z jej pomocy. Przecież do końca szkoły by mi to wypominała.

- Zabieraj tą książkę – warknęłam cicho, patrząc, czy Zynox coś widzi

- Nie bądź głupia, nie zrobisz tego sama – Irmina ze złości zacisnęła palce na brzegach ławki

- Zrobię. Dam z siebie wszystko. Nie będę korzystać z twojej łaski – wysyczałam przez zęby. Kątem oka zauważyłam, jak Irmina zrobiła się sina z oburzenia.

- Głupia! – wydusiła z siebie i odchyliła się na oparciu krzesła. Do końca lekcji nie odezwała się słowem. Minnie cały czas coś do niej szeptała, jakby chciała ją uspokoić.

- Kończymy pracę Socretto – poinformował mnie w końcu Zynox

- Tak szybko? – pisnęłam

- Wystarczająco długo się z tym męczymy. Kończymy ten teatrzyk. – powiedział sucho

- Mam wrażenie, że ta sztuka nie zbierze oklasków – chrząknęłam

- Na zakończenie trzeba przekręcić kociołek do góry nogami. Jeśli wszystko wykonałaś poprawie na spodek wyleci ciekła, lepka i aromatyczna mikstura – profesor zademonstrował, a reszta klasy zaczęła klaskać. Skrzywiłam się. Jak dla mnie ta papka wygląda jak zgęstniała krew. – Zapamiętajcie przepis na ten wywar, bo może uratować komuś życie. Uzupełnia braki krwi, gdy ktoś stracił jej dużo, a pomoc…

- A jeśli zrobiłam coś źle? – przerwałam mu, podrygując z nerwów w miejscu

- Nie chciałabyś takiego obrotu sprawy – skrzyżował ręce Zynox – No dalej Socretto, ja czekam – niecierpliwie przebierał swoimi długimi, bladymi, pająkowatymi palcami

Wzięłam głęboki oddech i podniosłam kociołek z paleniska. Mikstura skwierczała i bulgotała niebezpiecznie. Uczniowie wyglądali na przerażonych, a niektórzy zasłaniali się już podręcznikami. No dobrze…raz kozie ja. Przechyliłam szybko kociołek i zacisnęłam powieki. Nic się nie stało, więc otworzyłam oczy. Na spodku leżała gęsta, rdzawoczerwona, gęsta jak syrop ciecz.

- Hej, udało… – nie skończyłam, bo w tej chwili nastąpił wybuch

Dziewczyny zaczęły piszczeć, a ja z wrzaskiem odskoczyłam do tyłu. Niedostatecznie szybko i lepka masa ochlapała moją twarz, ubranie…i właściwie wszystko. Byłam w totalnym szoku. Zamarłam z otwartą buzią i spojrzałam na profesora. Zynox uśmiechał się, jakby od początku wszystko to przewidział.

- No i co, Socretto? Wiesz co teraz nastąpi? Nie zdajesz eliksirów – wzruszył ramionami, a ja o mało nie przewróciłam się na ziemie. Zadzwonił dzwonek. Uczniowie spakowali się i w ekspresowym tempie wybiegli z lochów. Nawet Krukoni tego nie skomentowali. Byłam skończona.

- Posprzątaj ten bałagan, Socretto – mruknął i zaniósł swoje narzędzia do składziku

- Panie profesorze… – zaczęłam, ale musiałam odchrząknąć, bo głos mi drżał – Czy ja mogę to jakoś poprawić…?

- Nie, ale ciesz się, że nie powiedziałem dyrektor McGonagall o tej kradzieży- burknął profesor

- Chwila, myślałam, że to ona powiedziała panu – zbaraniałam

- Pani dyrektor mnie? – zmieszał się – Ach no tak…wspomniała o tym wczoraj przy kolacji…

- Nie prawda, kłamie pan – oznajmiłam z pewnością. Obeszłam stół i podeszłam do jego biurka – Skąd pan o tym wiedział? Śledził mnie pan? Czyta mi pan w myślach, czy co? – paplałam wściekła, zanim ugryzłam się w język. Zynox zmarszczył swoje krzaczaste czarne brwi, które teraz złączyły się w jedną linię.

- Wystarczy, Socretto. Zapominasz się. Wydaje ci się, że nauczyciele są tacy głupi i nic nie widzą? Od początku wiedziałem, że wzięłaś tą miksturę.

- Więc czemu nie wezwał mnie pan do gabinetu po lekcjach? Albo nie zaczepił na korytarzu? Właściwie to nie widziałam pana wczoraj przy stole nauczycieli…wyszedł pan dopiero w nocy…

- Próbujesz mi udowodnić, że kłamię? – krzyknął, a ja zamilkłam. Drżał ze złości.

- Nie panie profesorze. Ja tylko…

Zynox cofnął się w cień, a gwałtowny ruch jego płaszcza zgasił świeczkę. W pomieszczeniu zrobiło się jeszcze ciemniej. Przeszedł mnie dreszcz. Instynkt mówił mi uciekaj.

- Przepraszam panie profesorze, niech się pan nie denerwuje… – mój oddech przyspieszył. Nie widziałam go, ale słyszałam jego kroki. Przemieszczał się po sali w stronę składziku. To głupie, ale czułam się bezbronna, bo prawie nic nie widziałam w tych ponurych ciemnościach. Odruchowo sięgnęłam do buta po różdżkę.

- Wyjdź stąd! – zażądał

- Ale…

- Wyjdź i zamknij drzwi! – ryknął i zatrzasnął drzwi do składziku, a ja już o nic nie pytając zabrałam torbę i uciekłam. Chciałam tylko jak najszybciej zapomnieć o tej lekcji

***

W łazience udało mi się zmyć resztki nieudanego eksperymentu i poszłam prosto na zajęcia z transmutacji. Biorąc pod uwagę, zachowanie Zynoxa nie byłam pewna, czy nauczyciele nie wiedzą o naszej nocnej eskapadzie. Dlaczego jednak to ukrywają? Postanowiłam mimo wszystko nie wyróżniać się specjalnie przez jakiś czas. Krukoni wciąż byli na mnie obrażeni, więc ostentacyjnie mnie ignorowali, co bardzo mi odpowiadało. Usiadłam na końcu klasy i obłożyłam się książkami.

- Cześć piękna, jak tam nasze śledztwo?

- Leonrad… – jęknęłam, zamykając książkę. Jego towarzystwo nie jest dobrym pomysłem, jeśli chcesz się wtopić w tłum. – Nie miałam jeszcze czasu iść do biblioteki.

- Słyszałem o tej lekcji eliksirów – zaśmiał się zadowolony. W oczach miał psotne iskierki – Nasza „krwawa Mary”…

- Nie nazywaj mnie tak! – oburzyłam się

- Wszyscy już tak o tobie mówią – wzruszył ramionami z rozbrajającym uśmiechem

- Wszyscy, to znaczy kto? – westchnełam

- No cała szkoła! Ślizgoni opowiadali o tym na przerwie każdemu kogo spotkali. Podobno Zynox cię oblał i nie zdajesz.

- Po tym jak go wkurzyłam raczej nie mam szans – mruczałam rysując na pergaminie schemat, który Muglis właśnie namalował na tablicy

- Brawo, przybij piątkę.

- Niby z jakiej okazji? – wytrzeszczyłam oczy

- Coraz bardziej przypominasz Gryffona, księżniczko. Igranie z regulaminem, życie na krawędzi…

- Nie, to tylko znaczy, że coraz bardziej upodabniam się do CIEBIE, a tego wolałabym uniknąć – przewróciłam oczami

- Oj dobra, wyluzuj…jesteś strasznie spięta – burknął i obrażony położył się na podręczniku

- Moi drodzy, koniec teorii. Zabieramy się za ćwiczenia praktyczne – klasnął w dłonie profesor

- Nareszcie… – z westchnieniem wyjęłam różdżkę. Lokacja, przemieszczanie przedmiotów, teleportacja…łatwizna. Ćwiczyłam to już w pokoju wspólnym z Rose, która w dodatku mnie pochwaliła. Podniosłam różdżkę i już miałam wypowiedzieć zaklęcie, gdy spojrzałam na Leo. Miałam się nie wychylać…niech on to poćwiczy, bo pewnie jak zwykle nawet nie słuchał teorii. Poza tym Muglis chodził po klasie i sprawdzał nasze postępy.

- Chcesz być pierwszy? – zapytałam wspaniałomyślnie

- Dlaczego ja? – zmrużył oczy – Skoro się przygotowałaś to wal, droga wolna – machnął rękę

- Ale ja…nie umiem tego zrobić – chrząknęłam – Pokażesz mi?

- Jaja sobie robisz? Ty czegoś nie umiesz? – prychnął rozbawiony

- No proszę cię…nie usłyszałam ostatniej części wykładu, bo mnie zagadałeś. Jesteś mi winien małą prezentację. – Muglis był coraz bliżej

- No to mamy mały problem, bo ja też nie słuchałem… – wyszczerzył się

- Ok, rób to co ci mówię – straciłam cierpliwość

- Co ty…? – podążył za moim wzrokiem i zobaczył nauczyciela – Nie chcesz pokazać się Muglisowi?

- Nie, chcę, żebyś ty w końcu coś zaprezentował – wymyśliłam na szybko wymówkę

- Muglis wie, że jestem zbyt roztrzepany, żeby skupić się na takich zaklęciach – skrzyżował ręce

- To nie znaczy, że nie możesz próbować – naciskałam – A nóż widelec go zaskoczysz.

- Daj spokój, Muglis już na pierwszej lekcji powiedział, że jest zaskoczony, że ktoś dał mi różdżkę, bo jestem zagrożeniem dla świata.

- Więc twierdzisz, że tego nie potrafisz? – przygryzłam wargę. Muglis stanął obok nas i uważnie nas obserwował, przygładzając swoje siwe wąsy.

- Tego nie powiedziałem – nastroszył się Leo

- Więc udowodnij – poruszyłam wymownie brwiami

- Sama chciałaś – Leo podrzucił różdżkę i złapał ją w powietrzu przed moim nosem. Co za efekciarz…

- To nie skończy się dobrze, wiesz o tym? – szepnął do mnie Muglis. Spojrzałam się na niego przez ramię, ale nic nie powiedziałam. Leo robił minę, jakby mocno się skupiał i wypowiedział zaklęcie. Kulka powoli zaczęła znikać. Niestety w kubku pojawiła się tylko jej część.

- No panie psorze, niech pan zobaczy jak było blisko! – wykrzyknął

- Widzę Crouch, widzę… – zaśmiał się pod nosem

- Ale to można opatentować! Nowa moda na…pół kulki w kubku. Jaki to chwyt reklamowy! Druga połówka jest niewidzialna. Jak ją znajdziesz to dostaniesz za darmo

- Dobrze Crouch, nie jest tak źle… – tym razem nauczyciel roześmiał się na głos. Nawet ja się uśmiechnęłam. Leonrad potrafi znaleźć wyjście z każdej sytuacji – Poćwicz jeszcze, a teraz Sabrina.

- Ja? – byłam pewna, że pójdzie dalej

- Tak, pokaż co potrafisz – pokiwał głową

Westchnęłam i podrapałam się po czole. Mam udawać, że tego nie umiem? Nie, Muglis wie już, co potrafię. Nie uwierzy mi. Poddałam się i wykonałam ćwiczenie. Czarodziej uniósł brwi i z uznaniem pokiwał głową.

- Bardzo dobrze, Sabrina. Trzymaj tak dalej…

- A więc okłamałaś mnie! Potrafisz to… – krzyknął Leo i zamachnął się ręką. Nawet nie zauważył, że stracił kubek z ławki. Pod wpływem impulsu machnęłam różdżką i szklany kubek zmienił się w plastikowy. Muglis kucnął i podniósł przedmiot. Wszyscy się na nas patrzyli. Z kubka wyfrunął motyl w kształcie metalowej kulki ze szydłami. Przełknęłam ślinę. Miałam się nie wychylać…

- Dobry refleks, Sabrina – pochwalił mnie nauczyciel – Dyrektor McGonagall miała rację… – mruknął do siebie – Wracajcie do ćwiczeń. Niedługo koniec lekcji – dodał i odszedł od naszej ławki

- Co to było? – zapytał Leo

- Nie ważne – pochyliłam się nad książką  – Dziękuje bardzo…właśnie zniszczyłeś moje szanse na bycie niezauważoną – burknęłam

- Chciałaś, żeby nikt cię nie widział? Jesteś dziwna. Wszystkie dziewczyny chcą się rzucać w oczy.

- Na pewno nie ja! – warknęłam

- Nie rozumiem dziewczyn! – wzniósł ręce Leo. Nie odpowiedziałam i udałam, że zajęłam się czytaniem. – Świetnie. Jednak się pomyliłem co do ciebie. Jesteś sztywną, zasadniczą Krukoną – prychnął i zanim na niego spojrzałam zebrał swoje rzeczy i przesiadł się do swojego kolegi. Zabolało, ale postanowiłam nie pokazywać tego po sobie. Nie mogę pozwolić pamiętniczku, żeby taki Crouch myślał, że mnie obchodzą jego humory…

Po lekcji Muglis wezwał mnie do siebie. Powiedział, że dyrektor McGonagall przygotowała dla mnie dodatkowe lekcje ćwiczeń i wręczył mi podręcznik dla uczniów z drugiego roku. Dodał, że mam zapoznać się z pierwszym działem i on albo pani dyrektor wkrótce mnie z tego odpytają. Tak, o tym właśnie marzyłam…

***

Na przerwie obiadowej w końcu spotkałam się z Tobbym i opowiedziałam mu, co mi się przydarzyło. Plotki właściwie szybko się rozchodzą i on już wszystko wiedział, ale i tak cierpliwie wysłuchał jak streściłam mu cały poranek na jednym wydechu. Aż dostałam czkawki.

- To straszne…zwłaszcza ta sprawa z Zynoxem – stwierdził – Myślisz, że naprawdę może cię oblać?

- Nie wiem…boję się… – nie miałam już siły udawać twardej – On zachowywał się jak opętany. Nie wiem, czym go tak zdenerwowałam.

- Może twoje pytania go zdenerwowały? Czasem potrafisz być namolna

- Ja tylko chciałam dowiedzieć się prawdy. Skoro McGonagall mu nie powiedziała o tej fiolce, to skąd mógłby się dowiedzieć? On coś ukrywa…a tak przy okazji to dzięki! Nie wiedziałam, że jestem namolna.

- Oj nie jesteś…tak tylko żartuję – szturchnął mnie łokciem – Porozmawiaj z Gretel. Powinna ci pomóc, w końcu to opiekunka twojego domu.

- Jasne, jeszcze dostanę u niej karę za przyniesienie wstydu domowi. Nic z tego…ale Zynoxa nie było wczoraj na tej kolacji, prawda? – zapytałam cicho

- Nie, nie przypominam sobie, żebym go widział – podrapał się po głowie Tobby

- To dobrze, bo myślałam, że zaczynam wariować… – wzdrygnęłam się przy silniejszym podmuchu wiatrem. Koniec października mimo, że słoneczny, był już chłodny.

- Jesteś zdenerwowana. Mogłabyś iść do madame Rosemarthy. Ja byłem u niej na przerwie na herbatce i od razu mi lepiej.

- Chcesz mi powiedzieć, że nauczycielka wróżbiarstwa jest naszym szkolnym pedagogiem? – prychnęłam

- Nie wiem kto to jest pedagog, ale madame Rosemartha zawsze mnie wysłucha i poradzi coś mądrego. Gdy dokuczają mi w klasie idę się do niej wygadać – opuścił głowę

- Tobby, masz przecież mnie… – poczułam się zdradzona

- Wiem, ale…to co innego. Ona jest dorosła…i rozumie dużo rzeczy.

- A o czym jeszcze rozmawiacie? – zmrużyłam oczy, przypominając sobie ostatnią lekcję Tobbyego, gdy zaczął rysować i opętało go

- O różnych rzeczach… – schylił się do torby po jabłko. W tym momencie z jego kolan spadł notes. Akurat otworzył się na ostatnim rysunku. To drzewo…

- Tobby…skończyłeś swój rysunek – zdziwiłam się

- Tak, nawet nie wiem kiedy – przyznał

- Miałeś na razie nie rysować – zmarszczyłam brwi

- Och daj spokój, mówiłem, że z tym nie da się tak łatwo skończyć – zabrał mi notes – Poza tym madame Rosemartha mówi, że nie powinienem tego powstrzymywać, muszę to wypuścić.

- Ale co? – nie rozumiałam

- Nic… – przygryzł wargę i wsadził notes do torby

- Tobby, co ona ci jeszcze mówi o tych rysunkach? Wiesz, czemu wpadasz w taki trans?

- Nie, nie rozmawiam z nią o tym

- Przecież mówiłeś…

- Muszę iść, zaraz będzie dzwonek. Spotykamy się po kolacji w bibliotece? – przerwał mi wesoło

- Tak, jasne… – mruknęłam, ale gdy tylko przyjaciel odwrócił się, skoczyłam i zabrałam mu notes z otwartej torby. Już ja sobie porozmawiam z madame Rosemarthą…

***

Zrezygnowałam z kolacji i od razu po lekcjach ruszyłam do biblioteki, żeby poszukać informacji jeszcze przed Tobbym. Początkowo czytałam tylko o czterech założycielach, ale moją uwagę ciągle pzykuwał notes Tobbyego na dnie mojej torby. Przyjaciel bardzo dokładnie narysował to drzewo. Wycieniował, pokolorował…teraz przypominało Wierzbę Bijącą, która rośnie u nas na błoniach. Na dole obok grubego pnia stało mnóstwo małych ludzików, a na górze ponad koroną drzew błyszczał…miniaturowy znak Morsmorde! Zerwałam się z krzesła, a książki z hukiem pospadały z moich kolan. Bibliotekarka spojrzała na mnie z naganą. Posłałam jej przepraszający uśmiech i zebrałam książki z podłogi. Znowu ten znak…czemu Tobby go rysuje? Ruszyłam do regałów i po długich poszukiwaniach w końcu natrafiłam na odpowiednią książkę. Przeczytałam, że Morsmorde był znakiem Lorda Voldemorta oraz Śmierciożerców, którzy nosili taki tatuaż na ręku. Najgorsze było to, że ci czarnoksiężnicy używali tego zaklęcia, żeby zaznaczyć miejsce, gdzie doszło do morderstwa lub do naznaczenia swoich wrogów…

Pierwszy raz ten znak pojawił się na meczu quidditcha. A jeśli…to było ostrzeżenie? Mój mózg pracował na pełnych obrotach. Dlaczego na meczu quidditcha? Dla kogo było to ostrzeżenie? Dla któregoś z graczy? A może…dla szukającego? W końcu znak wyskoczył ze złotego znicza. Cóż, to że Lord Voldemord nie żyje, nie oznacza, że ktoś nie chce odbudować jego potęgi. Ten czarnoksiężnik z błyszczącymi oczami, którego widziałam…widział, że ja go widzę. Musiał też przewidzieć, że ściągnie mnie na dół…a ja wezmę za sobą Tobbyego. Chciał, żebyśmy tam zeszli, ale nie zamierzał nas zabić. Tobby i Aiden byli już na boisku. Kiedy pobiegłam do nich, żeby przeszkodzić im w złapaniu znicza, byliśmy już w czwórkę. To jest wiadomość dla nas…dla mnie, Tobbyego, Aidena i Leonrad…ktoś z nas ma niedługo zginąć…

***

Biegłam ile sił w nogach po schodach dopóki nie zatrzymałam się pod drzwiami pracowni madame Rosemarthy. Dysząc jak mały parowóz zaczęłam dobijać się do środka. Po chwili nauczycielka otworzyła mi z marsową miną. Była ubraną w swoją błyszczącą szatę w gwiazdy i pachniało wyjątkowo intensywnymi kadzidłami. Zmarszczyłam nos. Pewnie przeszkodziłam jej we wróżeniu.

- Czułam, że niedługo mnie odwiedzisz, Sabrino – powiedziała spokojnie

- Doprawdy? Może po prostu słyszała pani jak sapię biegnąc po schodach, a potem walę w drzwi? – nie mogłam się powstrzymać

- Oj, oj ktoś ma niewyparzony język…nie masz przekonania do wróżenia, prawda kochana?

- Nie, jak dla mnie to tylko spekulacje i odrobina psychologi – wysapałam

- Więc czemu chcesz mnie prosić o pomoc, skoro nie ufasz temu, co robię? – oparła się o framugę drzwi

- Bo chodzi o Tobbyego…a konkretnie o to, co on maluje – wyciągnęłam z torby notes

- Wejdź – uchyliła szerzej drzwi

- Wie pani o tym od dłuższego czas, prawda? – nie traciłam czasu

- Poczekaj, zaparzę herbatę i wtedy porozmawiamy. Usiądź – wskazała mi krzesło. Jęknęłam, ale posłusznie usiadłam i zaczekałam na nauczycielkę.

- Tak Sabrino, już od pierwszej lekcji zauważyłam, że Tobby jest niezwykle wrażliwą osobą. – powiedziała czarownica, wracając po chwili z dzbankiem i szklankami

- No tak, wrażliwy to on jest…ale co znaczą te rysunki. Czemu on ciągle maluje to drzewo.

- To jest znak, symbol… – powiedziała, ostrożnie dotykając strony z notesu

- Nie rozumiem, nie znam się na symbolice…ale wiem, co oznacza Morsmorde. – popukałam palcem w zielony znaczek – I to nie wróży dla nas nic dobrego.

- Napij się herbaty. Jesteś cała zestresowana – dotknęła mojej reki – Każdy dzień w tej szkole jest dla ciebie trudny. To walka o przetrwanie. A mimo to nie poddajesz się…lubisz to miejsce…i tęsknisz za domem.

- Stop. Co pani robi? – wyszarpnęłam dłoń z jej uścisku

- Staram się pomóc – wzruszyła ramionami

- Tobbyemu też pani tak pomaga?

- Cóż…jesteś jego przyjaciółką, więc wiesz, że nie jest akceptowany przez klasę. Bronisz go i on bardzo cię za to ceni, ale marzy o tym…żebyś nie musiała tego robić. Chce być normalny, ale jest niezwykły… – mówiła z pasją

- Dobrze, dobrze, trzymajmy się konkretów. Czemu Tobby jest takie niezwykły – z grzeczności spróbowałam herbaty

- Twój przyjaciel ma dar, dar rysowania.

- To już wiem.

- Nie rozumiesz…Tobby przez rysunki wyraża to, co widzi w przyszłości. – przechyliła się w moją stronę, aż zobaczyłam swoje odbicie w jej oczach

- Chce pani powiedzieć, że Tobby…

- Jest wizjonerem – dokończyła z triumfalnym uśmiechem

- Niemożliwe… – zmrużyłam oczy

- Czemu nie?

- Bo wiedziałby o tym od dzieciństwa albo…sama nie wiem… – zwątpiłam w to co mówię. Napiłam się herbaty. Przez chwilę panowała cisza.

- Pewne zdolności odkrywa się z wiekiem, krok po kroku… – mówiła powoli, a ja czułam jak moje mięśnie się rozluźniają. Może rzeczywiście byłam zestresowana.

- Zaraz, zaraz…od kiedy Tobby przychodzi do pani na takie pogawędki?

- Od początku roku. Te rozmowy mu pomagają.

- I pani za każdym razem dawała mu taką herbatkę?

- Tak.

- To pani wina! – zrozumiałam – To pani obudziła w nim ten dar! Obserwowałam go…z tygodnia na tydzień coraz bardziej zatracał się w tym rysowaniu przez panią.

- To dobrze, że rysuje. Przekonałam go do tego.

- I co pani zrobiła? On cierpi…wpada w trans i traci kontakt z rzeczywistością! – jęknęłam, podnosząc się z krzesła

- Mogę go nauczyć tego kontrolować – złapała mnie za rękę – Zrozum Sabrina, że jeśli wizjoner będzie dusił w sobie te wizje, wybuchnie. Tak jak wtedy na lekcji…

- Nie, nie wierzę…jemu trzeba pomóc. Wziąć do Skrzydła Szpitalnego, do dyrektor…

- Nie Sabrina, proszę! – krzyknęła rozpaczliwie madame Rosemartha – Tylko Tobby może nas uratować przed katastrofą. Coś się zbliża…wiesz o tym, prawda? – syknęła, a mnie przeszedł dreszcz – Cała wasza czwórka w tym siedzi. Grozi wam wielkie niebezpieczeństwo. Całemu światu czarodziei grozi niebezpieczeństwo. Tylko wizje Tobbyego mogą nas uratować.

- Nie wierze… – powtórzyłam uparcie – Co znaczy to drzewo?

- Tylko Tobby może nam to powiedzieć, ale skoro wisi nad nim Morsmorde, oznacza śmierć, morderstwo… – zadrżała nauczycielka

- No dobrze, morderstwo pod Bijącą Wierzbą… – oblizałam wargi zdenerwowana i usiadłam z powrotem na krześle – Ale kiedy to się stanie?

- Nie wiem – spojrzała na mnie poważnie – ale tylko wasza czwórka może temu zapobiec – szepnęła, a ja czułam jak mój żołądek zwija się w supeł.

I co ty na to pamiętniczku? Już sama nie wiem w co mama wierzyć. Chyba jednak nasza sen o spotkaniu czterech założycieli Hogwaru był prawdziwy…

 

O tym jak dzielna owca próbuje wyrwać się ze stada i iść drogą z soczystą trawą, czyli jak próbuję być sobą i zemsta Sary…

23 sty

Cisza przedłużała się, a wszyscy gapili się na mnie, jakbym była duchem. Przesunęłam wzrokiem po zebranych w moim pokoju osobach. Natasha, Jennifer, Bill, David, Tom, Jade, Elena…no i oczywiście Sara. Znałam ich i jeszcze do niedawna nie wyobrażałam sobie, żeby spędzić popołudnie bez tego towarzystwa. Przed oczami migały mi urywki gorących imprez, na których muzyka dudniła mi w uszach, a alkohol szumiał w głowie. Wtedy ta cała maskarada mi nie przeszkadzała. Wtedy nie widziałam w niczym problemu. Teraz zachowuję się jak nasza gosposia, która za każdym razem wpadała do mojego pokoju i kazała ściszyć „ten jazgot”.

- Kochana, co się z tobą stało? Wyglądasz jakby napadł cię gang raperów w drodze do domu – Sara podeszła do mnie, uśmiechając się słodko i dotknęła lekko moich podrapanych ramion. Teraz rozumiem, czemu wszyscy mieli taki strach w oczach. Musiałam wyglądać upiornie. – Spokojnie, zaraz coś na to poradzimy. W końcu jest impreza. Znieczulimy cię i zapomnisz…o tym. Bill? – pstryknęła palcami, a blondyn od razu ruszył w naszą stronę ze szklaneczką alkoholu

Przełknęłam ślinę i powoli rozprostowałam palce. To nie jest ich wina, że tu przyszli. Nie wiedzieli, że to nie ja jestem organizatorką. Jak zwykle robili wszystko pod dyktando Sary. Ja już z tym skończyłam. Właśnie w tym momencie.

- Nie – wyszarpnęłam się z jej uścisku – Nie będzie żadnego znieczulania – dodałam wypranym z emocji głosem

- Aż tak cię boli? No dobrze, może pójdę po jakieś tabletki do Marthy, ale na litość…jesteś gospodarzem imprezy. Nie powinnaś się pokazywać gościom w takim stanie – powiedziała ciszej

- Ja? Ja jestem..?! – krzyknęłam – No tak…jestem gospodarzem – olśniło mnie – Nie ty, ale ja! Więc nie masz prawa urządzać imprezy pod moim dachem bez mojej zgody! Zabieraj swoich gości i wynocha. Koniec imprezy! – złapałam ją za rękę. Dziewczyna wytrzeszczyła oczy, nie spodziewając się po mnie takiej reakcji. Jednak zaskoczenie szybko przerodziło się w gniew, a w jej oczach błysnęły wściekłe iskry. Puściłam ją, ale trwało to tak krótko, że nikt tego nie zauważył.

- Jak to bez twojej zgody? Sara powiedziała, że to ty nas zaprosiłaś! – włączył się Tom, a reszta osób go poparła – Co tu się dzieje?

- Nikogo nie zapraszałam, idioci – nie wytrzymałam – A gdybym to zrobiła, powiadomiłabym was osobiście, nie sądzicie?

- Sara, powiedz prawdę – Jade, ciemnoskóra dziewczyna w cekinowej sukience mini skrzyżowała ręce i podeszła do nas. Zawsze była konkretna i teraz pewnie jest wściekła, że dała się w coś takiego wrobić. Jej rodzice mieli własną klinikę chirurgi plastycznej.

- Prawdę? Ależ to jest prawda! – powiedziała Sara, modulując głosem, żeby odegrać pokrzywdzoną sierotkę. Przewróciłam oczami. Dobrze znałam ten numer. Nauczyła się tego sposobu w podstawówce i działał do tej pory. Tylko że nigdy nie wykorzystywała go przeciwko mnie. – Dziś po południu spotkałyśmy się w klubie jeździeckim, Jennifer i Natasha mogą poświadczyć – kiwnęła na koleżanki, który wywołane do odpowiedzi wyprostowały się jak struny.

- Doprawdy? – uniosłam brwi zaskoczona

- Tak – Natasha przeciągała zgłoski – Spotkałyśmy się w klubie – dodała szybko widząc spojrzenie Sary. Jennifer pokiwała z zapałem głową. Czułam, że gorąco napływa mi do policzków. Co one kombinują?

- Spotkałyśmy się i wtedy Lana powiedziała mi, że chciałaby urządzić imprezę w ramach przeprosin, za to, jak potraktowała nas w Starbucksie – Sara ciągnęła swój lament

- A jak was potraktowała? – zapytała Elena, mrużąc oczy

- Okropnie – pociągnęła nosem Sara – Zupełnie jej nie poznaję po tych wakacjach…Spotkaliśmy chłopców, chwilę z nimi porozmawiałyśmy, a Lana nagle wstała i oświadczyła, że musi iść.

- Tak, wyskoczyła jakby ktoś ją gonił – przytaknął Bill – To nie było ok, laska – spojrzał na mnie nieprzyjemnie

- Dobrze, że David zgodził się odwieźć nas do domu.

- O tak…bo gdybyś zamówiła taksówkę, korona by ci z głowy spadła – mruknęłam, zanim ugryzłam się w język. Teraz wszyscy patrzyli się na mnie jak na czarny charakter. Świetnie…właśnie o to jej chodzi.

- Widzicie, tak się naprawdę zachowuje – westchnęła Sara – A ja chciałam być dla niej po prostu miła. Nie było jej całe wakacje, nie odbierała nawet telefonu. Wybaczyłam jej to, bo jest moją najlepszą przyjaciółkę. – położyła rekę na sercu, a mnie zrobiło się niedobrze – Nie pytałam o nic, tylko uwierzyłam w bajeczkę o braku zasięgu, ale nie zasłużyłam sobie na takie traktowanie…co ja ci zrobiłam? – rozpłakała się jak prawdziwa aktorka

- Och Saro… – Jade, która stała obok nas przytuliła ją – Nic jej nie zrobiłaś.

- Nie, nie, chwileczkę…ona udaje, nie widzicie tego? – czułam, że tracę kontrolę

- Co udaje? – warknął David – To prawda, że nie odbierałaś od nas telefonów. Gdzie się podziewałaś tyle czasu, co? Może znalazłaś nowych przyjaciół?

- David, naprawdę nie miałam zasięgu na tej wyspie – zmarszczyłam brwi

- Widocznie świetnie się tam bawiłaś bez nas – uśmiechnęła się wrednie Natasha

- Właśnie, a teraz musiałaś wrócić do domu i jesteś wściekła, ale nie wyzywaj się na nas, idiotko – warknęła Jennifer

- W klubie jeździeckim powiedziałaś, że chcesz nas wszystkich przeprosić, wiec ściągnęłam ich tu dla ciebie – odezwała się znowu Sara. Widziała, że już wygrała – Ale ty…zjawiasz się spóźniona i to jeszcze w takim stroju. Jesteś wściekła nie wiadomo na co…co się z tobą dzieje?

- Demolujecie mi pokój, to się dzieje! – rozłożyłam ręce

- Och proszę cię, wiesz, że nie o to chodzi – żachnęła się Natasha – Szukasz pretekstu, żeby się nas pozbyć.

- Tak! Wróciłam do domu, jestem zmęczona i obolała, bo spadłam z konia. Chciałam się położyć, a tu słyszę, że w moim pokoju ktoś włączył muzykę na full i bawi się w najlepsze…

- Spadła z konia, ha! – zatriumfowała Jennifer – Nawet własny koń jej nie lubi!

- Nie, to nie tak… – zaczęłam, ale wszyscy zaczęli mówić równo ze mną – Przestańcie! Nie organizowałam żadnej imprezy! Nie spotkałam się z dziewczynami w klubie! Sara to wszystko wymyśliła, żeby się na mnie zemścić, bo taka właśnie jest!

- Ja taka jestem? – Sara zaśmiała się dziwnie – A kto ukrywał się przed nami cały dzień i siedział na stołówce przy stoliku dziwaków? – spojrzała na mnie wyzywająco. Wszyscy wstrzymali oddech.

- Lana, czy to prawda? Ukrywałaś się przed nami? – zdruzgotana Jade spojrzała mi w oczy – Dlaczego?

- Ja…ja po prostu…ubrałam się inaczej – zaczęłam się jąkać

- Myślisz, że ubranie cokolwiek zmieni? – prychnęła Sara – Jesteś jedną z nas, Lana. Nie ważne, czy ubierasz się jak my…

- Czyli jak zdzira? Nie już nie będę się tak ubierać – powiedziałam, a Sara natychmiast mnie spoliczkowała. Odskoczyłam do tyłu i złapałam się za policzek

- Jeszcze dwa miesiące temu też się tak ubierałaś i zachowywałaś – syknęła Sara – I nie przyszłoby ci do głowy, żeby tak mnie obrazić…jeszcze nikt mnie tak nie obraził…

- Zmieniłaś się Lana… – pokręcił głową Bill i objął ramieniem Sarę. Zaśmiałam się z bezsilności i przyłożyłam zaciśniętą pieść do buzi. Bill jest taki obleśny…pewnie zgadza się z tym co powiedziałam, ale będzie bronił Sary. Udaje, że ją obejmuje, chociaż tak naprawdę chodziło mu o to, żeby być bliżej i położyć łapy na jej wyeksponowanych cyckach.

- Nie wiem, kogo spotkałaś na tej cholernej wyspie, ale zapomniałaś przez to kim jesteś! A ja ci to przypomnę! – mówiła z pasją Sara – Pamiętasz jak chciałaś wykorzystać na imprezie pijanego Billa i…

- Przestań kłamać! – teraz to ja ją spoliczkowałam – I nie przypisuj mi swoich zasług. To ty chciałaś go wykorzystać i jeszcze kazałaś mi sterczeć pod drzwiami jego sypialni, żeby nikt wam nie przeszkodził – w złości zdradziłam jeden z sekretów Sary. Dziewczyna aż otworzyła usta ze złości. Wszyscy zaczęli między sobą szeptać.

- Naprawdę to zrobiłaś? Nic nie pamiętam – Bill podrapał się po głowie – A szkoda…

- Ona kłamie, nie słuchaj jej – Sara masowała powoli policzek, ale jej pewność siebie zmalała. Wiedziała, że nam w rękawie więcej takich bombowych newsów

- Dość tego, wychodźcie stąd. Impreza skończona – otworzyłam drzwi i kiwnęłam głową. Wszyscy z jękiem ruszyli do wyjścia.

- To najgorsza twoja impreza, mała – wskazał na mnie Bill, zakładając swoje ciemne okulary i przyciągając do swojego boku Sarę

- Pożałujesz tego… – powiedziała bezgłośnie Sara na odchodnym, a mnie przeszedł dreszcz. Właśnie zaczęłam z nią wojnę.

- Lana, to wszystko, co się dziś stało… – Tom podszedł do mnie nie pewnie

- Tom, przepraszam… – zaczęłam, spuszczając wzrok. Jeśli on uwierzył w to wszystko, co mówiła Sara…

- Tom! Chodź, bo nie podwiozę cię do domu! – krzyknął David

- Idź – przełknęłam ślinę – Pogadamy innym razem.

Tom pokiwał smutno głową i wyszedł. Odwróciłam się i zobaczyłam Natashę i Jennifer, które próbowały przemknąć się bokiem do drzwi. Gdyby nie ich kłamstwa, nie byłoby tej sytuacji.

- Dziewczyny? – skrzyżowałam ręce – Może mi coś powiecie?

- Spadaj Lana – zmrużyła oczy Natasha – Sara to nasza przyjaciółka.

- Dlatego do końca będziesz dla niej kłamała? O cokolwiek Sara poprosi ty to zrobisz bez mrugnięcia okiem? Gdyby ona jeszcze była taka lojalna w stosunku do was

- Prekrati! /Przestań!/ – krzyknęła po rosyjsku Natasha i wyszła szybkim krokiem z pokoju

- Jennifer, co ty robisz?

- Nie jesteś godna, żeby mieć w pokoju plakaty Justina Biebera – mówiła obrażała, ściągając plakaty

- Proszę bardzo, bierz go – prychnęłam – I tak dostałam je od ciebie…chcesz jeszcze Tylor Swift i Katy Perry?

- Zmieniłaś się Lana. Kiedyś lubiłaś imprezy, lubiłaś się wygłupiać tak jak my… – Jennifer spojrzała na mnie przerażona, a w jej oczach zalśniły łzy – Naprawdę myślisz, że ubieramy się jak… – zawiesiła głos. Nie odpowiedziałam tylko odwróciłam wzrok. Jennifer mruknęła coś pod nosem i wyszła z pokoju, trzaskając drzwiami.

Zostałam sama z bałaganem. Westchnęłam ciężko i uklękłam na moim puszystym dywanie, teraz lepiącym się od coli. Przez otwarte okno słyszałam jak znajomi odjeżdżają swoimi samochodami z piskiem opon. Krzyżyk na drogę…żeby tylko wjechali prosto w bramę. Kiedy całe napięcie zaczęło opadać, poczułam jak obolała jestem…jutro zostaną mi siniaki po tym upadku. Jednak najbardziej bolał mnie policzek. Teraz już wiem, co czuł Will, który nie raz dostał ode mnie z liścia. To piecze jak cholera…najgorsze jest to, że przed oczami cały czas widzę twarz Sary. Zraniłam ją do żywego. Przez chwilę widziałam w niej moją Sarę…tą małą dziewczynkę, którą poznałam w przedszkolu. Jak mogła się zmienić w taką kreaturę?

Z trudem podniosłam się na nogi i zaczęłam sprzątać śmieci rozrzucone po pokoju. Chciałam się wyrobić przed powrotem rodziców. Zawsze przyjeżdżali do domu późno, ale mimo to chciałam zachować pozory, że nic się tu nie wydarzyło. Po jakimś czasie usłyszałam ciche pukanie do drzwi.

- Proszę – westchnęłam ciężko

- Nie przeszkadzam, panienko… – do pokoju zajrzała Martha – O Boże kochany, co za chlew! – skrzywiła się

- Tak…moi przyjaciele…to znaczy byli przyjaciele potrafią się bawić – prychnęłam, zawiązując worek pełen puszek po napojach energetycznych

- Szczerze powiedziawszy jestem po wrażeniem, że ich wyrzuciłaś – gosposia weszła do pokoju i zamknęła za sobą drzwi

- Ja też Martho, ja też…

- Może zrób sobie przerwę. Wyglądasz na wykończoną – zasugerowała ze zmartwioną miną – Przyniosłam kanapki i kakao, bo nie jadłaś kolacji… – dodała cicho

- Och…zapomniałam o tym. Dziękuję, Martho – uśmiechnęłam się smutno – Jesteś kochana.

Usiadłam na brzegu łóżka i zaczęłam powoli jeść kanapki. Martha zrobiła je z moim ulubionym twarożkiem, tak jak wtedy, gdy byłam mała.

- Pokaż te ramiona. Co ci się stało? Wleciałaś do domu jak demon i od razu poleciałaś na górę… – Martha przysiadła obok mnie

- Spadłam z konia – przyznałam szczerze

- Persefona cię zrzuciła? Przecież to taki łagodny koń i znasz ją od tylu lat…

- To była moja wina. Zapomniałam, że Persefona to nie Winterknight…ale to dobrze. Przydał mi się taki zimny prysznic – mruknęłam, zadziwiając samą siebie

- Martwię się o ciebie, Lano – powiedziała cicho gosposia, przynosząc z łazienki wodę utlenioną i bandaże

- Tak? Dlaczego? – popiłam kanapkę kakao

- Zmieniłaś się i to bardzo – powiedziała, a ja nie mogłam się powstrzymać, żeby nie uśmiechnąć się półgębkiem – To jak się ubierasz, jak mówisz…i ta nagła zmiana przyjaciół. Rozmawiałam z Georgem. Lana, wiesz, że już bardzo dawno nie słyszałam jak mówisz „proszę”, „przepraszam”, „dziękuję”…

- Wiem, byłam okropna…AŁA – syknęłam, gdy Martha polała wodą utlenioną moje ramię – Przepraszam Martho – przytuliłam ją niespodziewanie – Nie byłam sobą. Wyspa Jorvik mnie zmieniła. Nie umiem już wrócić do tamtej Lany.

- Bardzo dobrze, chica. Taka Lana mi się podoba – pogłaskała mnie po głowie

- Ale wszyscy chcą tamtą Lanę – czułam, że do oczu napływają mi łzy

- Bo są głupi i ślepi. Sztuka życia polega na tym, żeby nie iść za stadem jak ta głupia owca, tylko wyrwać się z szalonego pędu na nieudeptaną ścieżkę. Tylko tam rośnie soczysta trawa – uśmiechnęła się i odgarnęła mi kosmyk włosów za ucho

- Łatwo mówić, ale gdy przychodzi do działania, ciężko jest przeciwstawić się tłumowi – zauważyłam

- Zrobiłaś już pierwszy krok – przypomniała Martha – Teraz tylko musisz w tym wytrwać – podeszła do szafy i wybrała z niej moją ulubioną zieloną podkoszulkę, w którą często ubierałam się do jazdy na Winterknighcie – Przebierz się. Wyprałam twoje ubrania.

- Dziękuję – uśmiechnęłam się – Uwielbiam tą koszulkę…

- Proszę bardzo…mówiłam ci o tym, jak się tu znalazłam? – zapytała nagle

- Nie, raczej nie – zmarszczyłam brwi

- Mieszkałam w wielodzietnej rodzinie w małej meksykańskiej wiosce. Byłam szóstą z kolei córką. Rodzice byli biedni, często nie mieli pieniędzy na jedzenie. Targ też był daleko. Żyliśmy z tego, co mój ojciec lub bracia upolowali. Pewnego dnia wprowadzono zarządzenie, że polowanie jest nielegalne. Zaczęliśmy głodować. Mimo, że ojciec i bracia poszli do pracy i tak nie mogliśmy kupić wystarczającej ilości produktów. Wtedy rodzice wpadli na pomysł, żeby wydać nas bogato za mąż. Matka wyjechała ze mną i siostrami do stolicy, zatrudniała się jako gosposia w domach bogaczów i nam również załatwiła podobną pracę. Kazała nam uwodzić synów naszych zamożnych pracodawców i doprowadzić do tego, żeby zajść z nimi w ciążę.

- To okrutne! Wykorzystałyście tych mężczyzn.

- Według tamtejszego prawa, żeby uniknąć skandalu, mężczyzna musiał poślubić kobietę, która urodzi jego dziecko. Moje siostry były posłuszne i widziały w tym oszustwie przyszłość dla siebie, ale ja nie mogłam tak postąpić. Chciałam wyjść za mąż z miłości, a nie dlatego, żeby uniknąć hańby.

- Uciekłaś ze stada – pokiwałam głową

- Dosłownie – zaśmiała się cicho Martha – Pewnej nocy uciekłam z domu i pod osłoną nocy udałam się do portu. Poprzedniego dnia umówiłam się z handlarzem, że przewiezie mnie przez granicę, a ja pomogę mu w interesie.

- Postawiłaś wszystko na jedną kartę? Odważna jesteś. – pokiwałam z uznaniem głową

- Czasem trzeba tak zrobić…zaryzykowałam bardzo dużo. Przecież ten handlarz mógł mnie zgwałcić, sprzedać jako niewolnicę, zabić…a jednak dotrzymał obietnicy i pomógł mi przejść przez granicę. Pracowała u niego przez kilka miesięcy, dopóki nie zdecydował się wrócić do Meksyku po kolejny towar. Ja zostałam w Arizonie. Od tej pory musiałam radzić sobie sama.

- I co zrobiłaś? Znalazłaś jaką pracę? – zainteresowałam się

- Musiałam coś znaleźć, żeby przeżyć. – zaśmiała się – Na szczęście potrzebowali młodej, ładnej dziewczyny w Las Vegas, więc zatrudniłam się w tamtejszym kasynie. Obrałam się w towarzystwie milionerów, gwiazd i szefów mafii. To były czasy… – uśmiechnęła się do swoich wspomnień – Wszystko układało się dobrze, dopóki właściciel kasyna nie kazał nam oszukiwać gości. Musiałam na to przystać, bo inaczej zgłosiłby mnie do urzędu i kazaliby mi wracać do kraju. Oczywiście długo nie udało mu się oszukiwać tych ludzi…

- Szybko się połapali?

- Tak, szefowie mafii to bystrzy ludzie. Grozili mojemu szefowi, że zapłacie im za straty. Pewnego wieczoru pewien biznesmen podszedł do mnie i powiedział na ucho, że za 10 minut mam stąd uciekać. Nie wiedziałam o co chodzi, myślałam, że to jakiś wariat, a takich nie brakowało w Las Vegas. Jednak okazało się, że facet mówił prawdę. Po 10 minutach gang zrobił nalot na kasyno. Strzelali na oślep.

- Udało ci się uciec?! Jak?

- Podświadomie byłam przygotowana na tą sytuację. Schowałam się pod stołem i czekałam na odpowiedni moment, żeby uciec. Wymknęłam się tylnym wyjściem. Tam czekał na mnie samochód. Byłam przerażona, ale okazało się, że to ten sam facet, który mnie ostrzegł. Zabrał mnie stamtąd, zanim przyjechała policja. Najwidoczniej mnie polubił, bo zaproponował pracę u siebie. Stwierdził, że teraz gdy zamordowali wszystkich w kasynie, pewnie nie będę chciała tam wracać. Powiedział, że chce, abym była u niego gosposią i od czasu do czasu zajęła się jego synem, bo jego żona często choruje. Uważałam, że to niebiosa mi go zesłały. Oczywiście zgodziłam się…i tak trafiłam do domu twojego dziadka.

- Jaka ciekawa opowieść. W gangsterskim stylu – zaśmiałam się

- Może tak, ale najważniejsze jest przesłanie, a brzmi ona tak, że czasem warto podjąć ryzyko i wyrwać się z utartego schematu i poszukać czegoś nowego – uśmiechnęła się gosposia

- Masz rację, Martho. Dziękuję.

- Nie ma za co, ptaszynko…wychowałam twojego ojca, wychowałam ciebie…jesteś dla mnie jak wnuczka. Zawsze jestem po twojej stronie i będę cię wspierać – pocałowała mnie w czoło – A teraz bierzmy się do pracy, bo mamy jeszcze dużo do zrobienia, żeby doprowadzić ten pokój do porządku.

- Pomożesz mi? – ucieszyłam się

- Przeciwstawiłaś się tej wypudrowanej pannie Crowley! Zasługujesz na moją pomoc. Już dawno miałam ochotę tak ją wziąć  i ścisnąć jak mokre prześcieradło…och, takiej to by się przydało porządne wychowanie – zmarszczyła śmiesznie czoło, a ja zaczęłam się śmiać

***

Z pomocą Marthy sprzątnie pokoju poszło dwa razy szybciej. Pod koniec byłam już tak zmęczona, że nie pamiętam jak się umyłam, przebrałam w piżamę i utonęłam w moim miękkim łóżku. Zasnęłam od razu i spałam dość twardo, dlatego prawie krzyknęłam, gdy ktoś gwałtownie wyrwało mnie ze snu. Usiadłam na łóżku i rozejrzałam się w około. W ciemnościach dostrzegłam zarysy postaci ojca, który siedział na brzegu mojego łóżka jak przyczajona pantera. Wyprostowany i czujny do skoku. Jego ciemne oczy, tak podobne do moich przerażały mnie w tych egipskich ciemnościach.

- Ach to ty tato… – westchnęłam w końcu, żeby przerwać tą ciężką ciszę. Odgarnęłam grzywkę z twarzy i odrzuciłam kołdrę. – Która godzina?

- Około trzeciej nad ranem… – mruknął od niechcenia

- Dopiero teraz wróciłeś z pracy? – ziewnęłam

- Tak – odparł cicho po chwili, nie odrywając wzroku od swoich dłoni

- Nie powinieneś tyle siedzieć w biurze nad dokumentami. Musisz o siebie dbać – znowu ziewnęłam

- Muszę dbać o interesy, Lana – powiedział, przytulając mnie w niedźwiedzim uścisku – Jak tam pierwszy dzień w szkole? Auto dobrze się sprawuje?

- Naprawdę obudziłeś mnie o trzeciej nad ranem, żeby o to zapytać? – zmarszczyłam brwi, ale ojciec wyglądał na poważnego. Cóż, powinnam się cieszyć, że w końcu znalazł dla mnie czas – W szkole tak sobie…chyba pokłóciłam się ze znajomymi. Za to porsche jeździ jak marzenie. – uśmiechnęłam się

- Twoja matka mówiła mi, że byłaś już na wagarach.

- Ach to…przepraszam, to już więcej się nie powtórzy – przygryzłam wargę

- Wcześniej też tak mówiłaś – zauważył z przekąsem

- Ale teraz to się zmieni tatusiu, obiecuję – spojrzałam mu prosto w oczy – Już nie będę wagarować, imprezować i…robić innych głupich rzeczy.

- Włączając w to jazdę jak pirat drogowy? – zachichotał

- Skąd o tym wiesz? – zdziwiłam się

- Widzę więcej niż myślisz – dotknął mojego nosa palcem wskazującym – To dobrze, że znowu będziesz grzeczną dziewczyną. Zobaczymy na jak długo…o to pokłóciłaś się z Sarą, prawda?

- No nie…skąd o tym wiesz? Zadzwoniła do ciebie? – oburzona odsunęłam się od ojca

- Do starego Crowleya, a on przyszedł do mnie – tata oparł się plecami o zagłówek łóżka, splótł dłonie i ułożył je na brzuchu. Jego wzrok mówił, że coś przeskrobałam.

- Aha…zaczyna się robić ciekawie – chrząknęłam

- Pan Crowley powiedział, że spoliczkowałaś Sarę przy znajomych. Czy to prawda?

- Ja tylko jej oddałam. Ona zaczęła – broniłam się bez sensu

- Lana, nie ważne kto zaczął, ważne, co ty zrobiłaś – zacmokał

- Tato, wiesz co ona zrobiła? Zaprosiła znajomych do naszego domu i powiedziała, że to ja urządziłam tą imprezę. To przez nią poszłam dziś na wagary. Ona się mści, bo ja już nie chodzę tak jak mi zagra… – mówiłam rozżalona. Ojciec poruszył się niespokojnie.

- Rozumiem to kochanie, ale jutro…musisz przeprosić Sarę – oświadczył

- Co?! Chyba żartujesz! Nigdy! – krzyknęłam, a ojciec niespodziewanie złapał mnie za nadgarstki – No chyba, że ona przeprosi mnie pierwsza… – dodałam ciszej

- Nie, ty przeprosisz ją pierwsza – powiedział głosem nieznoszącym sprzeciwu

- Tato…czy ty nie słuchałeś tego, co do ciebie powiedziałam? Ona się na mnie mści, bo już jej nie słucham. I nie mam zamiaru słuchać!

- Nie rozumiem. Byłyście najlepszymi przyjaciółkami. Pewnie pokłóciłyście się o jakąś drobnostkę i po paru dniach zapomnicie o całej sprawie…nie można tego przyspieszyć? Zawsze mówię, że mądry człowiek pierwszy wyciąga rękę do zgody.

- Wcale tak nie mówisz – żachnęłam się

- To teraz tak mówię. To będzie moje motto przewodnie – czułam, że traci cierpliwość – Czemu nie możesz jej przeprosić? Chcesz w jednej chwili zniszczyć wieloletnią przyjaźń?

- A może to od początku nie była przyjaźń? – zazgrzytałam zębami

- Nie ważne, co to było. Po prostu ją przeproś – zażądał

- Nie. Nie mogę…po tym wszystkim, co zrobił… – zaczęłam kręcić głową

- Lana, wiem, że nie rozumiesz pewnych rzeczy, ale pan Crowley jest bardzo bogaty i wpływowy – ojciec wziął moją twarz w swoje duże dłonie – Bardziej niż my. I zna wielu ludzi, którzy mogli by zaszkodzić tatusiowi, rozumiesz? – mówił do mnie jak do małej dziewczynki

- Czemu mieszasz moje życie z twoimi interesami? – jęknęłam, przypominając sobie rozmowę z mamą

- Nie mieszam! – krzyknął, ale wziął głęboki oddech i szybko się uspokoił – nie…ale byłoby cudownie gdyby moja najdroższa księżniczka chciała pomóc tatusiowi. – uśmiechnął się czarująco – Wiesz, że każda córeczka jest oczkiem w głowie swojego tatusia, tak?

- Co ty nie powiesz? – chrząknęłam, zastanawiając się usilnie, jak mam mu odmówić, żeby do reszty nie stracił cierpliwości

- Stary Crowley kocha swoją córkę i nie pozwoli, żeby włos jej spadł z głowy. Zniszczy każdego, kto ośmieli się ją skrzywdzić. Zaczynasz wojnę z niewłaściwym człowiekiem, Lana.

- Jaką wojnę? Po prostu nie chcę się więcej przyjaźnić z tą żmiją…

- A, a, a – tata uniósł palec do góry – właśnie, że chcesz – dotknął mojego nosa – Dlatego jutro rano przeprosisz Sarę i pojedziecie na zakupy, do kina czy gdzie wy tam chodzicie…dam ci nawet pieniądze, kup sobie coś ładnego – sięgnął do kieszeni

- Nigdzie z nią nie pójdę. To koniec – odsunęłam się od ojca

- Pójdziesz i znowu będziecie przyjaciółkami! – ryknął, a ja przestraszona objęłam się ramionami. Tata jeszcze nigdy na mnie tak nie krzyczał – Przepraszam kochanie – wyciągnął rękę, żeby mnie pogłaskać, ale odsunęłam się dalej. – Dobrze, nie mam zamiaru wprowadzać cię w interesy, ale musisz wiedzieć tylko tyle, że mam nóż na gardle, a Crowley może mi pomóc finansowo. Przez twój dzisiejszy numer nasza współpraca wisi na włosku, więc staniesz na głowie, żeby to naprawić – wstał z łóżka, a światło księżyca wpadające przez otwarty taras w końcu go oświetliło

- Tato, skąd masz te siniaki? – wytrzeszczyłam oczy

- Poszedłem z kolegami do baru, wywiązała się mała bójka… – pomasował skronie – Nie ważne. Jutro rano przeprosisz Sarę Crowley za swoje zachowanie i nie chcę więcej słyszeć o tej sprawie – powiedział niskim, nieprzyjemnym głosem nieznoszącym sprzeciwu. Przeszedł mnie dreszcz. W taki sam sposób odezwał się wtedy do Swena, gdy wychodzili po kolacji. Wtedy po raz pierwszy miałam wrażenie, że należy się go bać…teraz to uczucie było jeszcze silniejsze. Powoli pokiwałam głową. – Grzeczna dziewczynka – ojciec uśmiechnął się i pocałował mnie w czubek głowy – Śpij dobrze – dodał i cicho jak kot wymknął się z pokoju

Położyłam się, ale już nie mogłam zasnąć. Czy tata zawsze był taki apodyktyczny? Nie tak go zapamiętałam. Może dlatego, że zawsze robiłam to, co chciał. To niesamowite jak ludzie potrafią się przeistoczyć w potwory, gdy sprawy nie układają się po ich myśli…szkoda, że nie ma to Rose. Ona zawsze wie co robić. Zwinęłam się w kłębek myśląc o moich przyjaciołach. Bez nich czułam się bezbronna.

***

Usnęłam drugi raz jakieś pół godziny przed budzikiem. Niewyspana i z bólem w kościach zwlokłam się z łóżka. Ubrałam się w strój, który kupiłam wczoraj w sklepie i zeszłam na śniadanie. Mamy i taty już nie było, ale niezawodna Martha jak zwykle przygotowała mi ciepłe mleko z płatkami owsianymi. Wszyscy chwalili mnie, że ładnie dziś wyglądam, ale nie miałam jakoś nastoju na dłuższe rozmowy. Denerwowałam się przed rozmową z Sarą. Na lekcjach też nie mogłam się skupić. Fakt, że jej towarzystwo ostentacyjnie mnie ignorowało, nie uszło uwadze innych uczniów, którzy zawzięcie o mnie plotkowali i snuli domysły, co się stało. Tylko Sara była podejrzanie zadowolona. Oczywiście wiedziała, że jej ojciec zrobił mojemu niezłą awanturę i spokojnie czekała, kiedy zacznę ją błagać o wybaczenie. Pewnie była na to doskonale przygotowana. Przetrzymałam ją aż do przerwy obiadowej. Wzięłam głęboki wdech i weszłam na stołówkę. Momentalnie wszyscy zaczęli mnie obserwować. Starałam się patrzeć przed siebie. Szłam prosto do celu, do stolika „pięknisiów”. Natasha i Jennifer od razu mnie zauważyły i pochyliły się do Sary oznajmić jej, że się zbliżam. Moje serce przyspieszyło i czułam dudnienie w uszach. W końcu zatrzymałam się przed dawnymi znajomymi. Teraz już nikt nawet nie ukrywał, że gapi się na tą niecodzienną scenkę.

- Saro – zaczęłam słabym głosem

Chłopcy, Jade i Elena  przyjęli bojowe postawy, czekając na najmniejszy znak od liderki, że mogą się mną zająć. Doskonale znałam hierarchię. To obrzydliwe. Wytresowała ich jak prywatnych ochroniarzy.

- Lano – Sara powoli efektownie obróciła się na ławce, żeby na mnie spojrzeć – Chciałaś coś jeszcze dodać po wczorajszym spotkaniu?

- Chciałam…chciałam cię… – przygryzłam wargę. Robiłam to wbrew sobie i słowa nie mogły mi przejść przez gardło. Najchętniej walnęłabym ją w tą uśmiechniętą, wymalowaną gębę, ale musiałam się opanować. Cokolwiek robisz, rób to z dumną. Nie pokazuj im, że mają cię w garści. Tego nauczyłam się na wakacjach.Podniosłam więc głowę i odważnie spojrzałam jej w oczy. Powiem to. – Chciałam cię przeprosić za to, jak wczoraj cię potraktowałam.

- Och…jakie to miłe z twojej strony – mruknęła z przekąsem Sara – Nie spodziewałam się tego.

- Co ty nie powiesz? – na moich ustach zaigrał cień kpiącego uśmiechu. Sara go zobaczyła i od razu zmieniła nastawienie.

- Nie sądziłam, że zdobędziesz się na odwagę, żeby mnie przeprosić i przyznać, że jesteś kłamczuchą – założyła nogę na nogę i oparła się plecami o stół

- Że co… – zamrugałam

- Chciałaś przeprosić, że jesteś kłamczuchą, ponieważ zaprosiłaś wszystkich na imprezę, a potem udawałaś, że nie masz pojęcia o czym mówię. – spojrzała jakby rzucała mi wyzwanie

- Tak – odparłam po chwili wypranym z emocji głosem

- I przyznajesz, że z premedytacją wyrzuciłaś nas wszystkich zamiast nas przeprosić za swoje zachowanie. Przepraszasz, że mnie uderzyłaś i obraziłaś, bo po prostu jesteś zazdrosna, że nigdy nie będziesz wyglądała tak jak ja.

- Tak – z trudem wytrzymałam jej wzrok

- I przyznajesz, że kłamałaś, gdy mówiłaś o tym jak zaciągnęłam Bill do łóżka na imprezie.

- Tak.

- Świetnie, bo ty to zrobiłaś – Sara bawiła się coraz lepiej. Wiedziała, że w tej sytuacji może mi wcisnąć wszystko co chce, a ja i tak będę musiała się na to zgodzić. Z trudem powstrzymałam łzy. – A powiedziałaś to tylko dlatego, że dowiedziałaś się, że ja i Tom się całowaliśmy i jesteśmy parą – wzięła swoją dietetyczną colę

- Ty i Tom? – prychnęłam zaskoczona. Idiotka…myślała, że to mnie zaboli. Wiedziała, że od dawna podkochuję się w Tommym i marzyłam o tym, żeby mnie pocałował, ale byłam zbyt nieśmiała, żeby do niego zagadać. Może kiedyś by mnie to zraniło, ale po tym jak poznałam Willa…zapomniałam o Tomie.

- Tak czy nie? – z roztargnieniem oglądała swoje długie, szponiaste paznokcie

- Tak – zazgrzytałam zębami

- I nic z tego, co o mnie powiedziałaś nie było prawdą?

- Tak – westchnęłam zniecierpliwiona

- Dobrze – uśmiechnęła się słodko – Wybaczam ci. Jesteś prawdziwą żmiją i zdzirą, ale ludziom powinno się wybaczać. Znaj moje dobre serce – wzruszyła lekko ramionami i oblała mnie colą. Zamrugałam oczami i zaskoczona cofnęłam się do tyłu. To wszystko? Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszyscy wrócili do przerwanych rozmów. No tak, królowa osiągnęła swój cel. Upokorzyła mnie przed całą szkołą. Tom podniósł się z ławki i podał mi serwetki, ale Sara złapała go za rękę.

- Idź stąd – powiedziała do mnie spokojnie

- Słucham? Przecież powiedziałaś, że mi wybaczyłaś…

- Ale kara musi być – nie ustępowała – Już nie siedzisz przy naszym stole. Do odwołania.

- Spadaj Shylund, mam ci to przeliterować? – warknął David, podnosząc się ze swojego miejsca

- Nie kłopocz się, bo dobrze wiemy, że i tak tego nie potrafisz – burknęłam i nie czekając na odpowiedź wyszłam ze stołówki.

Poszłam do łazienki, żeby obmyć się z lepiącej coli. Nie miałam innego wyjścia jak przebrać się w stój od zajęć sportowych. Dobrze, że za godzinę mamy lekcję, bo wyszłabym na jeszcze większą idiotkę. Spojrzałam na siebie w lustrze. O dziwo nie chciało mi się płakać ani nie miałam zamiaru krzyczeć. Cała ta sytuacja była mi podejrzanie obojętna. Szkoda mi było tylko nowych ciuchów. Nawet nie chciałam się zemścić. Poczułam…ulgę. Tak, ulgę! Teraz już wszyscy wiedzą, że ja nie przyjaźnię się z Sarą Crowley, a to otwiera mi furtkę do bycia sobą. Do bycia prawdziwą Laną. W końcu będę robiła to co chcę i będę się przyjaźniła z ludźmi, których lubię. Uśmiechnęłam się. Poczułam jak z ametystowej opaski na ramieniu rozchodzi się przyjemne ciepło, a w głowie usłyszałam echo głosu Alex „Dobrze Lana, pokaż mi, że jesteś dzielna”. Teraz tylko muszę znaleźć moich kolorowych, nietypowych znajomych i sprawdzić, czy uda mi się ich przeprosić, bo na ich wybaczeniu naprawdę mi zależało.

***

Do końca dnia chodziłam w białej sportowej podkoszulce i krótkich czarnych spodenkach do ćwiczeń. Ku mojej uldze nikt nie zwrócił na to specjalnej uwagi. Pewnie dlatego, że w Kalifornii jest gorąco i mnóstwo uczniów ubiera się tak na co dzień. Szukałam moich kolorowych znajomych ze stołówki, ale nigdzie nie mogłam na nich trafić. W końcu przed ostatnią lekcją poddałam się. Jednak kiedy szłam do szafki wymienić książki, w końcu ich zobaczyłam. Ashley i Kevin stali niedaleko mnie i również zabierali książki ze swoich szafek. Teraz albo nigdy. Odchrząknęłam, założyłam włosy za ucho i podeszłam do nich cała w nerwach.

- Cześć – zagadnęłam nieśmiało

Ashley drgnęła zaskoczona i obróciła się powoli. Kevin wytrzeszczył na mnie oczy i prawie upuścił swój plecak obklejony plakietkami ze zlotów fanów gier i komiksów.

- Cz-cześć, a co ty tu robisz? – wydukał chłopak

- Właściwie tu chodzę tu do szkoły – zaśmiałam się nerwowo i podrapałam się po karku. Chciałam rozładować atmosferę, ale chyba jeszcze bardziej ich speszyłam, bo zaczerwienili się i odwrócili wzrok. Pewnie myślą, że się z nich nabijam.

- Przepraszam za to, co się stało wczoraj na stołówce – powiedziałam poważnie. Spojrzeli na mnie, jakby nie wierzyli mi.

- To nie twoja wina – odezwała się po chwili Ashley – Sara do ciebie podeszła i zabrała cię – wzruszyła ramionami, jakby to było normalne

- Nie, mam za co przepraszać. Nie przedstawiłam się tak, jak należy. Nie wiedzieliście, że rozmawiacie z Laną Shylund, a ja usiadłam z wami, bo nie chciałam, żeby chłopaki mnie zauważyli. – wyznałam – Gdybyście wiedzieli kim jestem, pewnie nie chcielibyście ze mną rozmawiać – prychnęłam

- Pewnie nie… – powiedział Kevin, powoli kiwając głową

- I wcale się wam nie dziwię. – dodałam szybko – Byłam okropna, naprawdę. Sama bym ze sobą nie chciała rozmawiać jeszcze dwa miesiące temu… – nie mogłam przestać mówić

- Dlaczego nie chciałaś, żeby twoi przyjaciele cię wczoraj poznali? – przerwała mi spokojnie Ashley – Ubrałaś się tak specjalnie, żeby cię nie poznali, prawda? – spojrzała na mnie poważnie tymi swoimi wielkimi, łagodnymi oczami

- Tak – przełknęłam ślinę – Ja…może mi nie uwierzycie, ale zmieniłam się przez te wakacje. Dużo rzeczy zrozumiałam i już nie chcę być z nimi. Nie chcę być taką osobą – zmarszczyłam brwi

- Widzieliśmy przedstawienie Sary na stołówce – powiedział po chwili Kevin – I to jak oblała cię colą.

- Tak…cała Sara. Wczoraj powiedziałam jej parę słów za dużo i to jest jej słodka zemsta – przygryzłam wargę

- Przeprosiłaś ją i przyznałaś się, że to twoja wina – nie ustępował Kevin

- Nie miałam wyjścia – zacisnęłam usta – ale już się z nią nie przyjaźnię.

- Zmusiła cię do tego? – szepnęła Ashley

- Coś w tym stylu – mruknęłam. Kevin nie wyglądał na przekonanego, ale ona od razu mi wybaczyła.

- Przykro mi, że tak cię urządziła. Chcesz, żebym ci pożyczyła bluzę? Twoje rzeczy są pewnie całe mokre – zaproponowała

Zanim cokolwiek odpowiedziałam, ktoś uderzył ręką w szafkę tuż obok mojego ucha. Podskoczyłam w miejscu.

- Co ty tu robisz? – syknęła Caroline – Masz tupet…

- Caro, ona chciała tylko przeprosić – zaoponowała Ashley

- I ty jej uwierzyłaś? – zakpiła Caroline – Jesteś bardziej naiwna niż myślałam.

- To prawda! Naprawdę mi głupio, że tak wyszło…

- Głupio ci? – parsknęła Caroline – Po co to robisz Shylund? Wysłali cię tutaj jako szpiega? Żebyś zdobyła nasze zaufanie, wyciągnęła od nas informacje, a potem ośmieszysz nas przed całą szkołą, tak?

- Nie, dlaczego miałabym to robić! – zmarszczyłam brwi

- Bo do tej pory tak robiliście! Bo tak działa Sara! Zresztą sama się o tym dziś przekonałaś – uśmiechnęła się wrednie – I wcale nie jest mi ciebie żal. Dobrze ci tak. – skrzyżowała ręce i spojrzała na mnie wyzywająco. Nienawidziła mnie.

- Nie przyjaźnię się z Sarą ani jej bandą – westchnęła

- Od kiedy?! – zaśmiała się Caroline – Zawsze chodzisz za nią jak cień.

- Lana mówiła, że chce się zmienić – powiedziała cicho Ashley

- Ash, ona przeprosiła tą lalunię przy całej szkole, a ona jej wybaczyła. Nic się nie zmieni – warknęła Caroline

Kevin i Ashley popatrzyli na mnie jak zbite szczeniaki. Uwierzyli Caroline. Wszystko przepadło. W sumie czemu niby mieliby mi wierzyć. Zraniłam ich. Wyśmiewałam się z nich tak jak Sara i do niedawna byłam w jej bandzie. Słowami nic tu nie wskóram. Tylko czyny mogą im udowodnić, że naprawdę się zmieniłam.

- Chodź Shylund, przejdziemy się na do klasy – Caroline niespodziewanie złapała mnie za ramię i pociągnęła za sobą

- Caroline, tylko spokojnie, proszę! – pisnęła Ashley

- Nie bój się Ashley, mam hiszpański razem z panną Shylund. Nic jej nie zrobię – poklepała mnie zbyt mocno po plecach i uśmiechnęła się do przyjaciół – Idźcie już na swoje lekcje.

Kevin i Ashley wolno ruszyli w przeciwną stronę, co chwila oglądając się za siebie. Z twarzy Caroline nie schodził sztuczny uśmiech, ale gdy tylko ta dwójka zniknęła za zakrętem, wbiła mnie w drzwi szafki. Jęknęłam cicho, czując jak w tył głowy wbija mi się kłódka. Ma dziewczyna siłę…

- Posłuchaj Shylund, bo powiem to tylko raz. Zostaw w spokoju moich przyjaciół – syczała – Nie mieszaj im w głowach. Kocham im. To jedne bliskie mi osoby, więc jeśli ich skrzywdzisz, to nie ręczę za siebie. A uwierz mi, że powinnaś się bać, bo nie zawaham się zrobić ci krzywdy. Powiedz Crowley, że już nigdy więcej nie zrobi z nas pośmiewiska.

- Sama jej to powiedz. Ja już z nią nie gadam… – warknęłam, ale Caroline mocniej przyszpiliła mnie do szafki

- Zrozumiałaś, co mówiłam? – zapytała spokojnie

- Tak – syknęłam przez zeby

- Świetnie – puściła mnie, a ja wzięłam głęboki oddech. Zadzwonił dzwonek. W samą porę… – Do zobaczenia na hiszpańskim, Shylund – uśmiechnęła się krzywo i ruszyła przed siebie korytarzem, głośno tupiąc swoimi glanami.

Wzięłam kilka głębokich wdechów, żeby się uspokoić i ruszyłam za nią.

- Lana!

Odwróciłam się zaskoczona. Do klasy biologicznej wchodziła Sara. Zmrużyłam oczy.

- Widzimy się wieczorem na imprezie u Billa, tak kochana? – zaćwierkała słodka

Zatkało mnie. Nie mogłam odmówić, bo patrzyło na nas wiele osób. Crowley nie odpuszcza…to oznacza, że szykuje dla mnie coś jeszcze w ramach słodkiej zemsty.

- Dobrze się bawisz, Sara? – prychnęłam

- O tak…dawno tak dobrze się nie bawiłam, Lana – puściła do mnie oko i weszła do klasy

Zostałam sama na korytarzu z myślą, że ten dzień nie skończy się tak szybko jak bym chciała, a przez żądanie ojca stałam się nową zabawkę w rękach okrutnej, rozpieszczonej nastolatki. Lepszego początku szkoły nie mogłam sobie wyobrazić…

 

O dwunastu uderzeniach zegara i o tym, jak kolejny raz znalazłam się w niewłaściwym miejscu w złym czasie…

19 sty

20 października 2020

Szkolne życie po przerwanym meczu powoli zaczynało wracać do normy. Wczoraj Gryffoni i Ślizgoni rozegrali powtórkę meczu i ku wielkiej radości połowy szkoły, wygrał Gryffindor. Leonard prawie pękał z dumy, gdy wszyscy chwalili go za piękną akcję na stadionie. No cóż, Crouch zawsze umie zrobić wokół siebie teatrzyk. Musze jednak przyznać rację, że bardzo spektakularnie złapał znicz. Właściwie to miał więcej szczęścia niż rozumu, bo chcąc wyprzedzić szukającego ze Slytherinu, zeskoczył ze swojej miotły jak Batman i złapał złoty znicz w locie. Profesor Hopeson zmył mu w szatni za to głowę, ale nic nie mogło przyćmić radości z pierwszego wygranego w tym sezonie meczu.  Ja też się cieszyłam, bo dzięki temu incydent z moim bojowym wkroczeniem na boisko poszedł w niepamięć. Wszystko wróciło do normy. Nawet to, że jak zwykle zawalałam eksperymenty u Zynoxa…

Dzisiaj musiałam zostać  na przerwie obiadowej i za karę pomagać mu segregować fiolki z elisksirami-bazą na następną lekcję z uczniami z czwartego roku.

- Może w końcu się czegoś nauczysz…chociaż szczerzę wątpię, Socretto – mruczał gniewnie, pochylony nad skrzynią

- Nigdy nie można się poddawać, panie profesorze – zasugerowałam nieśmiało, bawiąc się nerwowo piórem i podkładką z pergaminem. Źle się czułam w tej ciemnej sali…a gdy musiałam zostać tu sam na sam z Zenobim Zynoxem, czułam się jak spięta jak królik – w każdej chwili gotowa do ucieczki.

- Owszem Socretto, wytrwałość to piękna rzecz…ale oprócz samozaparcia, w eliksirach potrzebna jest jeszcze odrobina talentu i tak zwanej iskry…no gdzie ja to schowałem… – sapał, przekopując dalej swoją skrzynię. Usłyszałam brzęk szkła.

- Ja według pana profesora nie mam takiej iskry? – zmarszczyłam brwi

- Weź to – w końcu wynurzył się z czeluści swojego magazynu i podał mi fiolkę z błękitną substancją, która mieniła się przy każdym wstrząśnięciu – Zapisz, że na stanie mam takich pięć.

- Co to jest? – zapytałam, biorąc niechętnie przedmiot i uważając, żeby przez przypadek nie dotknąć jego kościstych palców

- Tak Socretto, uważam, że ty nie masz do tego drygu, a po mojej klasie poruszasz się jak…

- Czemu tak ładnie się błyszczy? Do czego to służy? – zasypałam go pytaniami, ignorując fakt, że zwyczajnie mnie obraża

- Ślaz to jeden ze składników podstawy eliksiru wielosokowego – mruknął w końcu nauczyciel

- Czy to ten eliksir, dzięki któremu można zamienić się na jakiś czas w daną osobę? – zapytałam, zapatrzona w blask, który bił z substancji

- Tak…widzę, że jednak coś czytasz na temat eliksirów. Szkoda, że nie skupisz się na tym, co aktualnie przerabiamy w klasie – zmrużył oczy i szybkim ruchem zabrał mi fiolkę z dłoni. Niechcący dotknął mojej dłoni, a ja wzdrygnęłam się, bo był zimny jak lód. W sumie to nie powinnam się dziwić, skoro całe dnie spędza w tym lochu. Mimo to poczułam, że żołądek zaciska mi się w supeł. – Chyba będziemy się tu częściej widywać… – po kręgosłupie przeszedł mnie dreszcz. Po moim trupie!

Zynox wrócił do składziku, żeby odłożyć kufry. Zostawił na biurku fiolkę ze ślazem. Kuszące…gdybym go wzięła i zrobiła prawdziwy eliksir wielosokowy mogłabym zakraść się do pokoju wspólnego Slytherinu i podsłuchać rozmowy Scorpiusa. Może nawet zapytałabym go o tego smoka? Zanim zdążałam to przemyśleć, moja ręka sama wyskoczyła po fiolkę i wepchneła ją do kieszeni szaty.

- To wszystko, pani profesorze? Chciałabym jeszcze wejść na stołówkę, bo może zdążę coś zjeść przed dzwonkiem. – zapytałam głośno, starając się ukryć zdenerwowanie

- Zjeść? Ach teraz jest przerwa obiadowa…faktycznie – zasępił się, patrząc na zegar. – Oczywiście, idź Socretto…

- A pan nie idzie? – nie wiem czemu, przystanęłam w drzwiach i obróciłam się

- Nie, ja zjem obiad tutaj – odparł sucho, kończąc w ten sposób naszą rozmowę – Zamknij za sobą drzwi, jeśli możesz…

Skinęłam posłusznie głową, zamknęłam pospiesznie drzwi (może zbyt gwałtowanie) i z rosnącą ulgą pobiegłam po schodach na górę. Czy ja do reszty zgłupiałam? Jeśli on to odkryje, będę siedziała w tym lochu do końca szkoły! Albo nawet mnie wyrzucą…Na brodę Merlina, czy ja w ogóle wiem, jak zrobić ten eliksir?! Wiem tylko, że coś takiego jest…O dziewczyno, igrasz z ogniem…

Gdy w końcu znalazłam się w jasno oświetlonym korytarzu, poczułam się o wiele lepiej. Nie wiem, czemu lochy tak na mnie działały. Czemu tak bardzo bałam się Zynoxa? No teraz chociaż mam konkretny powód…

…Oczywiście nie zdążyłam zjeść obiadu. Człapiąc powoli na górę do pracowni zajęć z wróżbiarstwa, natknęłam się na opiekunkę mojego domu. Gorzej chyba być nie mogło.

- Socretto, czemu włóczysz się w czasie lekcji po korytarzu? – zapytała ostro

- Właśnie idę na lekcje, pani profesor. Dopiero wyszłam ze stołówki.

- No pięknie…przez swoje obżarstwo spóźnisz się na lekcje. – wzięła się pod boki

- Obżarstwo? Pani profesor, ja nie zdążyłam nic zjeść! – oburzyłam się – Profesor Zynox zatrzymał mnie po lekcji…

- Profesor Zynox? Znowu? – uniosła brwi zdziwiona

- Niestety tak…

- Nie wiedziałam, że tak polubiłaś eliksiry, Socretto – uśmiechnęła się złośliwie

- Nie polubiłam, wręcz przeciwnie!

- Nie krzycz. Idziemy do mojego gabinetu. Chyba musimy porozmawiać o paru sprawach… – złapała mnie za ramię

- O czym? – wytrzeszczyłam oczy. Odruchowo wożyłam dłoń do kieszeni, żeby upewnić się, że fiolka mi nie wypadła. Była…i ciążyła jak kamień. Muszę ją jakoś ukryć!

- Dyrektor McGonagall zwróciła mi uwagę na twoją…aktywność w społeczności szkolnej. – wymruczała przez ściśnięte zęby, ciągnąc mnie za sobą

- Chodzi o ten mecz, prawda? – zbladłam. Myślałam, że już wszyscy o tym zapomnieli.

- Nie tylko to…to prawda, że wstąpiłaś do Klubu Przyjaciół Książek?

- Powiedzmy, że to okres próbny – wydęłam usta. Zielone oczy Gretel błysnęły niebezpiecznie.

- To dziwne, że Cecylie się na to zgodziła. – stwierdziła – Zwykle nie przyjmują tak młodych uczennic.

- Tak? – zaczęłam się wiercić. Nauczycielka mocniej ścisnęła mój nadgarstek. Może uda mi się przemienić w coś fiolkę? Jak na lekcji transformacji…szybko, jak brzmiało to zaklęcie?! – Może jestem wyjątkowa?

- Wyjątkowa to pojęcie względne Socretto… – prychnęła – A może Cecylie przyjęła cię, bo dałaś jej coś w zamian?

- Słucham? – wytrzeszczyłam oczy. Gretel zatrzymała się i odwróciła się do mnie.

- Jaki jest związek między wami a Scorpiusem Malfoyem?

- A jest jakiś?! – pisnęłam przestraszona – Z tego co zauważyłam, nasze odmy zbytnio się nie lubią.

- Daj spokój Socretto! – syknęła czarownica – To wszystko zaczęło się od tego nocnego włamania do biblioteki. Co wy tam robiliście? Czego szukaliście?

- Już wszystko pani powiedziałam…

- Czemu śledziłaś Malfoya i jego kolegów w zakazanym lesie? Czemu Scoripus cię gonił po szkolnym korytarzu? Myślisz, że nie wiem, że Rose Weasley ci wtedy pomogła? – szarpnęła mną, a ja skupiłam się w sobie – Posłuchaj…jestem opiekunką waszego domu – westchnęła po chwili, a na jej twarzy pojawił się smutny uśmiech – Jeśli macie jakiś problem, pomogę wam. Możecie mi zaufać – szepnęła

Zamrugałam oczami. Cóż za transformacja…Czyżby pani profesor miała problemy z kontrolą agresji? Już miałam jej wszystko opowiedzieć, chociażby po to, żeby dała mi spokój, ale coś mnie tknęło. Mama zawsze mi mówiła, że najważniejsze są czyny, nie słowa. Jeśli Gretel chce, żebym jej ufała, musi udowodnić, że mogę. Na razie tylko mnie przeraża…a fakt, że prosi mnie o to, żebym jej zaufała, oznacza, że zależy jej na tym aż za bardzo. Dlaczego? Tego jeszcze nie wiem. Może McGonagall zauważyła, że nie dogaduje się ze swoimi uczniami? Patrzyłam w jej zielone, nieprzeniknione oczy i rozpaczliwie próbowałam wymyślić jakąś odpowiedź.

- Dlaczego pani nie zapyta o to wszystko Cecylie albo Rose? – wyjąkałam – Są starsze, dłużej znają Malfoya i są pełnoprawnymi członkami klubu.

- Właśnie, są starsze. Lepiej znają obowiązujące tu zasady. Poza tym wychowały się w świecie czarodziei. Nie rozumiesz jeszcze wielu rzeczy… – dotknęła mojego policzka – Nie daj się wykorzystywać Sabrina. One mogę tobą manipulować, a ty tego nie widzisz, bo jesteś zapatrzona w starsze koleżanki. Szukasz akceptacji, bo przez swoją impulsywność stałaś się wyrzutkiem społecznym. Martwię się o ciebie. Chcę ci pomóc… – mówiła spokojnym, kojącym głosem. Przełknęłam ślinę i odsunęłam się od niej. Mocny uścisk na moim nadgarstku nie pasował do jej tonu głosu.

- O tym chciała ze mną rozmawiać pani dyrektor?

- Nie. Po co zawracać głowę pani dyrektor sprawami wewnętrznymi w naszym domu? – wzruszyła ramionami – Nie będziemy tam poruszać tego tematu. Sama rozwiązuję takie problemy.

- Więc co znowu zrobiłam? – przygryzłam wargę

- Zaraz się dowiesz… – mruknęła Gretel, a jej rysy znowu stężały. Dotknęła ściany różdżką, wyszeptała jakieś słowa i na moich oczach ściana rozsunęła się, ukazując spiralne schody. – Do góry Socretto – popchnęła mnie lekko

Bez słowa ruszyłam po schodach. Nagle w mojej głowie pojawiło się odpowiednie zaklęcie. Z duszą na ramieniu zacisnęłam fiolkę w dłoni i zaczęłam mruczeć pod nosem zaklęcie. Mam nadzieję, że Gretel tego nie usłyszała. Serce biło mi coraz szybciej. Nie pierwszy raz w ciągu półtora miesiąca odwiedzam ten gabinet. I to bynajmniej nie w celu pochwalenia mnie za wyniki w nauce (które nawiasem mówiąc miałam bardzo dobre). Niestety w moim przypadku dobre oceny są jedynym argumentem dla którego jeszcze tu jestem, jak stwierdziła dyrektor McGonagall. Drzwi do gabinetu otworzyły się zanim zdążyłam zapukać. Na biurku siedziała duża czarna kotka w kapeluszu pani profesor i patrzyła się na mnie nieruchomymi oczami.

- Przyprowadziłam uczennicę, pani dyrektor – oznajmiła zadowolona

McGonagall przybrała z powrotem swoją ludzką postać i usiadła za biurkiem. Jej spojrzenie jak zwykle było chłodne i surowe.

- Miło cię widzieć ponownie, Socretto – powiedziała sucho – Siadaj. Gretel możesz wracać na lekcję.

- Ale pani dyrektor, mogę się przydać…

- Nie ma potrzeby, dam sobie radę z pierwszoroczną uczennicą Ginevro…dziękuję – skinęła głową. Ruda czarownica skrzywiła się, ale posłusznie opuściła gabinet.  – No dobrze Socretto, przejdźmy do rzeczy. Minęło już trochę czasu od tego wydarzenia, ale myślę, że pamiętasz szczegóły. Takie rzeczy trudno się zapomina. Rozmawiałam już z panem MacMillanem, ale on powiedział, że to ty wszystko widziałaś i słyszałaś…

- Chodzi pani o to zdarzenie na meczu? Myślałam, że wszystko już powiedziałam – poprawiłam się na fotelu

- Powiedz mi dokładnie…co widziałaś przed znakiem Morsmorde? Skąd wiedziałaś, że ze zniczem jest coś nie tak?

- Dalej, nie bój się. To może być bardzo pomocne w poszukiwaniu tego przestępcy – Albus Dumbledore odezwał się ze swojego obrazu. On jako jedyny uśmiechał się do mnie przyjaźnie

- Czy ta dziewczyna w ogóle wie, co oznacza ten znak? – zakpił Severus Snape

- Owszem, proszę pana. To był znak sprzymierzeńców Voldemorta. – powiedziałam odważnie

- Widzisz Severusie, mówiłem ci, że to bystra dziewczynka – odparł Dumbledore

- Gdyby była bystra, powiadomiłaby nauczyciela o problemie – syknął Snape – Znamy w historii Hogwartu przypadki takich samozwańczych bohaterów…

- Severusie, gdyby nie panna Socretto na meczu mogliby zginąć uczniowie…

- Panowie… – jęknęła McGonagall

- Nikt nie miał zginąć. Myślę, że chodziło o przekazanie wiadomości – przerwałam ich kłótnię. Cała trójka wlepiła we mnie spojrzenia, a ja czułam, że się czerwienię.

- A skąd możesz być tego taka pewna? – zmrużył oczy Snape

- Ja…byłam blisko tego czarodzieja. Gdyby chciał, zabiłby mnie i Tobbyego, ale wycofał się. On chciał tylko podmienić znicz i przekazać wiadomość.

- Przyjrzałaś się temu czarodziejowi? – zapytała McGonagall

- Nie…stał w cieniu…nie w kręgu ognia. Widziałam tylko jego błyszczące oczy – wzdrygnęłam się na samo wspomnienie. Nie powiedziałam oczywiście, że prawdopodobnie te same oczy widziałam w Zakazanym Lesie przy jamie smoka.

- A może kryjesz tego czarodzieja? – ciągnął Severus

- Nie! – pisnęłam

- No to już jest śmieszne, Severusie! To bezpodstawne oskarżenia – zdenerwował się Dumbledore

- Pan MacMillan powiedział, że tylko ty widziałaś, że coś jest nie w porządku. Wysłałaś Rose i Lily po pomoc, a sama pobiegłaś do szatni. Czy wiesz, na jakie niebezpieczeństwo się narażałaś?

- Chciałam tylko pomóc…

- Jak to możliwe, że tylko ty zwróciłaś na to uwagę? – naciskała dyrektorka

- Nie wiem – skrzyżowałam ręce. Miałam ochotę stąd wyjść. Czułam, że szukają pretekstu, żeby mnie oskarżyć o ten incydent. Albus Dumbledore zachęcił gestem do dalszego mówienia. Westchnęłam. -  Ten czarodziej…wydaje mi się, że on zaczarował widownie i zawodników…być może jakiś czar hipnozy, nie mam pojęcia.

- Dużo ci się wydaje jak na pierwszoroczną czarownicę półkrwi – zauważył Snape

- Jestem dobrym obserwatorem – wzruszyłam ramionami

- Bezczelna i butna, zupełnie jak…

- …prawdziwy Gryffon – dokończyłam z uśmiechem

- To skandaliczne. Pozwalasz na takie zachowanie, Minewro? – zdenerwował się Snape – Ta dziewczyna już dawno powinna wylecieć z naszej szkoły. To wstyd dla…

- Za co ma wylecieć? Ma dziewczyna charakter – oburzył się Dumbledore – A coś mi się wydaje, że nadchodzi czas, gdy ktoś z charakterem się tu przyda – mrugnął do mnie porozumiewawczo

- Dość tego – zdenerwowała się McGonagall – To wszystko na dziś Socretto, wracaj na lekcje.

Skinęłam głową i wstałam, ale zapomniałam ściskanym w ręku flakoniku, teraz przemienionym w szklanego słonika. W ostatniej chwili uratowałam naczynie przed upadkiem.

- Co masz w ręku? – zapytała dyrektorka, a mnie oblał zimny pot – Daj mi to – zażądała

Westchnęłam i podałam jej słonika. Czarownica zmarszczyła brwi i poprawiła okulary. Pstryknęła palcami, a słonik z powrotem zamienił się we flakonik. Zwiesiłam głową i wbiłam wzrok w dywan. To już po mnie…

- No pięknie! Twoja uczennica użyła przeciwko tobie magii, której sama uczysz – prychnął Snape – W dodatku jest złodziejką…

- Imponujące…nawet tego nie wyczułam na początku…Skąd to masz, Socretto?

- Z sali eliksirów – przyznałam niechętnie

- No nie, tu już za wiele!…z mojej sali… – Snape złapał się za serce – Za moich czasów to byłoby niedopuszczalne!

- Socretto? Co masz mi do powiedzenia?

- Już się się pakuję, pani profesor…

- Myślałam raczej, że powiesz mi do czego było ci to potrzebne – warknęła. Zacisnęłam usta i zamknęłam oczy. Zawaliłam na całej linii.

- Zapomnij Minewro…jeśli ta dziewczyna ma duszę Gryffona, nic ci nie powie – zachichotał Dumbledore

- Śmieszy cię to, Albusie? – spojrzała się na niego wściekła

- Bynajmniej… – spoważniał były dyrektor. Nastała ciężka cisza.

- Socretto… – odezwała się po chwili McGonagall – Wracaj na lekcje.

- Słucham? – wytrzeszczyłam oczy

- Idź zanim zmienię zdanie – pomasowała skronie

- Dziękuję, pani dyrektor – uśmiechnęłam się szeroko – I przepraszam… – ukłoniłam się lekko i szybko wybiegłam na korytarz. Za sobą słyszałam, jak wściekły Severus suszy głowę McGonagall…Nie mam pojęcia, czemu dyrektorka mnie oszczędziła, ale wiem jedno. Już bardziej podpaść jej nie mogłam.

***

Zanim dotarłam do sali wróżbiarstwa lekcja już się skończyła. Równo z dzwonkiem wdrapałam się na piętro. Drzwi klasy otworzyły się i tłum śmiejących się uczniów prawie mnie stratował. Wróżbiarstwo zawsze poprawiało wszystkim humor. Tak naprawdę mało kto traktował ten przedmiot poważnie. Zwłaszcza logicznie Krukoni, którzy lubili konkrety i suche fakty. Po cichu wyśmiewali madame Rosemarthe i robili jej głupie dowcipy. Oczywiście przodowała w tym Irmina. No dobrze, przyznaję, że madame jest dziwną, młodą czarownicą, która ubiera się i zachowuje jak staruszka, ale to nie powód, żeby tak ją lekceważyć. W końcu jest nauczycielką. Jej przedmiotu nie da się nauczyć z księgi, tak jak tego oczekuje Irmina. Trzeba mieć wyczucie, wyobraźnię i delikatność. Niestety ta Kleopatra nawet nie wie, co znaczą te słowa. Ja też nic nie widzę w tej kuli…i kiedy madame prosi mnie o interpretację rozkładu kart improwizuję jak natchniony poeta, ale staram się. Myślę, że madame dobrze wie, co wszyscy o niej myślą. Po co jeszcze bardziej ją dołować? Nie lubię jej wysokiego, piskliwego głosu i tego, że ze wszystkiego robi sztukę dramatyczną, ale cóż mam zrobić?

- Socretto, gdzie byłaś całą lekcję? – zaczepiła mnie Sophia z Ravenclawu

- Gretel mnie zatrzymała – mruknęłam ponuro

- To żałuj, bo przegapiłaś niezłą akcję – parsknął śmiechem Spike

- Co się stało? – zmarszczyłam brwi

- Twój kumpel ześwirował – oznajmiła Irmina z szerokim uśmiechem – Ta wariatka kazała nam rysować. Mieliśmy zamknąć oczy, wąchać jakieś kadzidło i zajrzeć w głąb siebie – naśladowała głos nauczycielki – A potem narysować obraz który pojawi nam się w głowie.

- Na początku było ok, ale potem Tobby zaczął rysować tak szybko, że prawie podarł karton i nie mógł się zatrzymać. Spike zaczął wrzeszczeć, że opętał go duch i dziewczyny zaczęły panikować – zachichotał Midas, a ja zbladłam

- Rosemartha nie mogła nas uspokoić – dodała Irmina

- Tobby…gdzie on jest? – zapytałam

- W klasie z profesorką…czekaj Socretto, nie wchodź tam bo jeszcze cię zarazi tym swoim obłąkaniem! – zawołał Spike, gdy zaczęłam się przeciskać między uczniami

- Zamknij się Spike! – warknęłam tylko. Wiedziałam, że z Tobbym coś jest nie w porządku. Powinnam od razu iść z nim do Skrzydła Szpitalnego. Nie wydaje mi się, żeby w rękach madame Rosemarthy był pod fachową opieką. – Tobby! – wpadłam do klasy – Tobby, nic ci nie jest? – podbiegłam do mojego małego kolegi. Siedział na krześle blady jak ściana i wyglądał jak kupka nieszczęścia. Nauczycielka wyszła zza zasłony z dwoma parującymi kubkami.

- Dzień dobry, panno Socretto. Miło, że się pani w końcu pojawiła – mruknęła z przekąsem

- Co się stało z Tobbym? – kucnęłam obok niego. Miał nieobecny wzrok.

- Źle się poczuł. Właśnie zaparzyłam mu ziołową herbatkę.

- To przez rysowanie, prawda? – spojrzałam na przyjaciela – Powiedz coś – potrząsnęłam nim

- Sabrina, zostaw go! Nie widzisz w jakim jest stanie – zacmokała nauczycielka – Napij się Tobby, zaraz poczujesz się lepiej… – powiedziała troskliwie

- Może lepiej by było zaprowadzić go do Skrzydła Szpitalnego? – zasugerowałam

- Nie, nie ma potrzeby. Zaraz poczuje się lepiej. – zapewniła czarownica. Zmrużyłam oczy i skrzyżowałam ręce.

- Tobby?

- Jest dobrze Sabrina, już mi lepiej… – powiedział słabym głosem

- Mówiłam ci, że nie powinieneś rysować… – położyłam mu ręce na ramionach – Co takiego narysowałeś?

- Nie pamiętam – pokręcił głową, nie patrząc mi w oczy. Spojrzałam na profesorkę. Miała ściągnięte usta i zmarszczone brwi. Przyglądała mi się dziwnie. Przeszedł mnie dreszcz. Mam nadzieję, że nic nie widzi w mojej przyszłości, aurze czy czymś jeszcze innym..

- Tobby podarł rysunek tak szybko jak go namalował – powiedziała w końu

- Widziała pani co to?

- Nie.

- Czemu…czemu to zrobiłeś? – zapytałam cicho

- Czasem to co widzimy w naszej głowie jest zbyt straszne, żeby ujrzało światło dzienne – odparła za niego nauczycielka. Zapadła ciężka cisza. Niedobrze mi się robiło od zapachu duszącego kadzidła. Chciałam stąd jak najszybciej wyjść. Mój przyjaciel jakby czytał mi w myślach podniósł się chwiejnie z krzesełka.

- Musimy już iść pani profesor. Zaraz zacznie się kolejna lekcja.

- Mogę powiedzieć twojemu nauczycielowi, że źle się czułeś – zaproponowała madame Rosemartha – A ty wrócisz do dormitorium.

- Nie, już mi lepiej po tej herbacie – pokiwał głową – Dziękuję. Chodź Sabrina- skierował się do wyjścia

- Gdybyś chciał jeszcze wpaść na herbatkę i porozmawiać to czekam… – powiedziała nauczycielka, gdy byliśmy już przy drzwiach

- Będę pamiętał – obiecał Tobby.  Dopiero teraz przypomniało mi się, że miałam porozmawiać z madame o dziwnym zachowaniu Tobbyego. Teraz przynajmniej będzie wiedziała, co mam na myśli.

- Ja też będę mogła? – zapytałam szybko

- Oczywiście… – powiedziała lekko zaskoczona czarownica – W sumie i tak musisz zaliczyć dzisiejsze zajęcia.

- Zaliczę, na pewno – uśmiechnęłam się nerwowo, bo Tobby już szedł po schodach – Do widzenia. – zamknęłam drzwi i pobiegłam za przyjacielem. Przez chwilę szliśmy w milczeniu.

- Gdzie byłaś?

- U McGonagall…ale ty chyba o tym wiesz. Z tobą też rozmawiała, prawda?

- Tak, sam do niej poszedłem.

- Ale po co, skoro to ja więcej widziałam? – nie rozumiałam

- Bo ja…ja też o tym wiedziałam. Jeszcze wcześniej niż to się wydarzyło – przyznał

- Co? – zatrzymałam się – O czym ty mówisz?

- Właśnie nie wiem…sam nie wiem, co ja mówię – pokręcił głową

- Stój! – złapałam go za rękaw szaty – Powiedz mi prawdę. Jesteśmy przyjaciółmi. Nie wyśmieję cię – obiecałam. Na te słowa Tobby odwrócił się do mnie. Wziął głęboki oddech i klapnął na schodach. Usiadłam obok niego.

- Miałem sen. Widziałem zamieszanie na meczu quidditcha. Nic konkretnego. Ty też byłaś w moim śnie. I Leo, i Aiden. Widziałem jak wbiegasz na boisko i pojawia się ten znak.

- Widziałeś w śnie Morsmorde?! – wytrzeszczyłam oczy

- Tak, ale wtedy jeszcze nie wiedziałem, co to znaczy. Nawet nie traktowałem poważnie tego snu. Myślałem, że to zwykły koszmar, bo za dużo zjadłem na kolację…ale dzisiaj…

- Co dzisiaj? – szepnęłam, a po moim kręgosłupie przeszedł dreszcz – Co namalowałeś Tobby?

- Kiedy madame Rosemartha kazała mi zamknąć oczy, znowu zobaczyłem ten znak. Czułem, że muszę go namalować. Nie mogłem się zatrzymać. Słyszałem piski dziewczyn, ale nie mogłem…kiedy otworzyłem oczy, ten znak był na kartce. Tak dokładnie namalowany, jakby był prawdziwy. Przestraszyłem się i podarłem go, zanim ktoś to zobaczył.

- Och Tobby… – przytuliłam go

- Boję się Sabrina – wyznał – Czemu ten znak mnie prześladuje…czemu go namalowałem?

- Nie wiem Tobby, ale dowiem się – zdecydowałam

***

Kolejna nuda lekcja historii magii. Profesor Bins prowadził swój wykład mechanicznie. Znał go na pamięć. Mimo to wszyscy Krukoni dokładnie notowali jego słowa. Nie to co Gryffoni…oni zajmowali się wszystkim tylko nie lekcją, ale duchowi-profesorowi najwyraźniej to nie przeszkadzało, dopóki nie musiał przerywać. Ręka mnie już bolała od pisania. W tym momencie zobaczyłam Midasa, który nic nie notował. Na jego ławce stało tylko małe pudełeczko.

- Midas, co to jest? – puknęłam do w plecy

-To mój genialny wynalazek – wyszczerzył się zadowolony – To pudełko zapisuje każde słowo profesora, a potem mogę odtworzyć wszystko w pokoju i nie muszę nic pisać. Teraz mogę w końcu tylko słuchać.

- Dyktafon? – prychnęłam – Przykro mi, ale nie jesteś oryginalny.

- Co to jest dyktafon? – zmarszczył brwi

- Narzędzie mugoli do nagrywania dźwięków – odezwał się Leo, siedzący obok nas. Nudziło mu się, a energia wprost go rozsadzała. Złamał już ołówek i zarysował wszystkie kartki jakie miał. Teraz patrzył się na nas z psotnym ognikiem w oczach.

- Nie gadaj Crouch tylko słuchaj. Tobie to się bardziej przyda niż mnie – odparł Midas z wyższością

- Spokojnie chłopie, ja jestem jak kot. Zawsze spadam na cztery łapy – mrugnął w moją stronę

Przewróciłam oczami i wróciłam do pisania. Zerknęłam do Gryffonki, która siedziała obok, ale ona oczywiście nic nie notowała, więc nie miałam od kogo spisać. Pokręciłam głową i notowałam dalej na bieżąco. Nagle coś oparzyło mnie w rękę. Pisnęłam cicho. Na mojej dłoni wylądowała mała płonąca karteczka. Rozejrzałam się po klasie. Nikt niczego nie zauważył. Tylko Leo się na mnie gapił, podpierając brodę na łokciu. Poruszył wymownie brwiami, więc niechętnie otworzyłam płonący liścik.

„Wiesz, że dziś prefekci robią nielegalną imprezę?”

- I co z tego? – zapytałam bezgłośnie

Leo pstryknął palcami, a na kartce pojawił się inny tekst.

„Mam zamiar się tam wkręcić. Idziesz ze mną?”

- Chyba ci do reszty odbiło – popukałam się w czoło

„Jesteś zbuntowanym Gryffonikiem, czy nie Socretto?”

Przełknęłam ślinę. Nie cierpię go…

- Nie dasz rady – zakpiła

„Założymy się?” zmarszczyłam brwi. Jeśli Leo chce się o coś zakładać, to znaczy, że planuje coś głupiego. Zanim mu odpowiedziałam, odezwał się profesor Bins.

- Panie Crouch, byłby pan łaskawy powtórzyć, co przed chwilą mówiłem?

Leo zmrużył oczy. Nagle wpadł na genialny pomysł. Wychylił się z ławki i puknął pudełeczko na ławce Midasa. Nagranie cofnęło się do momentu,  o który prosił nauczyciel i wyłączył. Midas zrobił oburzoną minę.

- Bardzo dobrze panie Crouch. Cieszę się, że notuje pan każde moje słowo – ucieszył się duch

- Ma się rozumieć profesorze – wyszczerzył się Leo, a Gryffonie ledwo ukrywali śmiech

Midas nie mógł tego ścierpieć. Puścił nagranie dalej. Profesor otworzył usta ze zdziwienia, a cała klasa zaczęła ryczeć ze śmiechu.

- Zdolna ze mnie bestia, co nie? – podrapał się po karku Leo

- Crouch, co to ma znaczyć?

- To najnowszy wynalazek Midasa – odezwałam się zanim ugryzłam się w język. Krukoni spojrzeli się na mnie jak na mordercę. Kiedy ja się w końcu zamknę…Leo uśmiechnął się półgębkiem i puścił do mnie oko. O świetnie…

- Tak? W takim razie obaj panowie zostaną na przerwie i wyjaśnimy sobie parę rzeczy…a teraz poproszę to urządzenie.

- Ale panie profesorze… – zaprotestował Midas

- Nie spodziewałem się tego po tobie Midasie! Żeby  w taki sposób robić mi na złość – kręcił głową duch

- Ale to nie tak! – zaczerwienił się chłopak, a mnie zrobiło się żal

- Panie psorze to coś jak dyktafon mugoli – wstawiłam się za nim – Coś takiego może pomóc w nauce…

- Zamknij się Socretto! – krzyknął wściekły Midas

- Co to za słownictwo! Odbieram 15 punktów Ravenclawowi! – zdenerwował się nauczyciel. Midas załamał się, a Irmina zabijała mnie spojrzeniem.

Gdy lekcja się skończyła, Irmina natychmiast dopadła mnie na korytarzu.

- Co ty wyprawiasz?! Po czyjej stronie jesteś?!

- Po żadnej…to był wypadek! – broniłam się – Nie chciałam, żeby tak to się skończyło. Przykro mi…

- Przykro ci? Tylko tyle masz nam do powiedzenia? – parsknął Midas – Profesor skonfiskował mój wynalazek ze wszystkimi moimi notatkami!

- Jesteś hańbą dla Ravenclawu – popchnęła mnie do tyłu Irmina – Nie jesteś godna, żeby być w tym domu. Może i jesteś zdolna, ale nie pasujesz tu!

- Nigdy nie twierdziłam, że jestem Krukonką!

- To idź do tych swoich kochanych Gryffonów! No dalej, droga wolna! Nikt cię tu nie trzyma! – wściekła się Irmina – Idziemy… – zwróciła się do reszty klasy. Zostawili mnie na korytarzu. Zamrugałam oczami, żeby się nie rozpłakać. Ona ma rację, nie pasuję do Ravenclawu. Powinnam być w Gryffindorze i najwyższa pora to zmienić…

21 października 2020

…Wiesz pamiętniczku, to chyba z jednych moich najgłupszych akcji, które tu przeprowadziłam. Chociaż…to od niej wszystko się zaczęło i raz na zawsze przypieczętowałam swój los. Brzmi dramatycznie, co? Nawet jak to sama czytam wydaje się poważne. Pomyśleć, że jeden wieczór może o wszystkim przesądzić! Wczorajszy dzień od początku zapowiadał katastrofę…więc nawet nie powinnam się dziwić, że to to się wszystko skończyło. Zaczęło się od tego, że gdy po kolacji wróciłam do dormitorium, zobaczyłam, że Irmina wystawiła moje rzeczy przed drzwi. Nie chciała mnie wpuścić do środka, mimo waliłam w drzwi i krzyczałam. Inni Krukoni jakoś nie spieszyli mi z pomocą, więc zabrałam kufer i wyszła. Na korytarzu spotkałam Irytka, która dostał ataku śmiechu i czkawki na mój widok.

- Biedny mały zbuntowany Gryffonik…nikt cie nie chce – śmiał się

To przelało czarę goryczy. Zostawiłam rzeczy i pobiegłam na dół. Podjęłam decyzję. Muszę dostać się do gabinetu McGonagall i porozmawiać z Tiarą Przydziału. Ona musi zmienić decyzję! Biegnąc na oślep po korytarzu wpadłam na Leo.

- Co ty tu robisz? – ofuknęłam go – Zaraz będzie cisza nocna…

- Mógłbym zadać ci to sama pytanie – burknął. Wyraźnie był nie w sosie.

- Czekaj, czekaj…nie wpuścili cię nie imprezę – zrozumiałam

- Nie…

- Tak, nie wpuścili cię – klasnęłam w dłonie

- James powiedział, że jestem za mały – skrzywił się

- Haha bardzo dobrze. W końcu ktoś utarł ci nosa.

- Myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi!

- Leonrad, on jest od nas starszy – przewróciłam oczami – Ma swoich znajomych i…

- I tak się tam dostanę – wzruszył ramionami – Widziałem, jak tu wchodzą…muszę tylko znaleźć przejście… – wrócił do macania ściany

- Mogę ci pomóc – przygryzłam wargę – Znam pewne zaklęcie lokalizacyjne…

- Tak? No to dawaj, co tak stoisz?! – ożywił się

- Ale ty też musisz mi pomóc – odsunęłam się

- A czego ty możesz ode mnie chcieć Socretto? Tuż przed ciszą nocną…

- Pomóż mi się dostać do gabinetu McGonagall – powiedziałam szybko

- Wow… – wyraźnie go zatkało – No Socretto…ty chyba naprawdę chcesz wylecieć. To samobójstwo! Po co chcesz tam iść?

- Muszę pogadać z Tiarą. Przekonam ją, że powinnam należeć do Gryffindoru – oparłam się plecami o ścianę

- Aż tak ci zależy? – uniósł brwi

- To sprawa życia i śmierci…

- Ok – uśmiechnął się szeroko – Włamanie się do gabinetu dyrektorki to jeszcze lepsza akcja niż włamanie się na imprezę. Wchodzę w to.

- Nie, wejdę tam sama. Chcę, żebyś pomógł mi tam wejść.

- Dlaczego?

- Bo narobisz niepotrzebnego zamieszania jak zwykle – westchnęłam

- To jak mam ci pomóc? – skrzyżował ręce

- Założę się, że znasz hasło do drzwi. Wyciągnąłeś to od Jamesa, bo jest prefektem.

- Być może… – przyznał ostrożnie

- Oto moja cena. Zaklęcie za hasło.

- Umiesz się targować Socretto… – pokiwał głową – Niech ci będzie. Chcę zobaczyć jak taka Krukonka jak ty łamie regulamin… – zaśmiał się głupio – Podaj zaklęcie.

- Nie, najpierw otwórz mi drzwi.

- O nie…nie przekonasz mnie. Chcesz się dalej targować? Zaraz będzie cisza nocna.

- Dobrze, już dobrze… – warknęłam i wyszeptałam mu zaklęcie na ucho

- Ok, chodź za mną – spoważniał. Musiałam prawie biec, żeby dotrzymać mu kroku. Serce biło mi szybciej. Nie powinnam tego robić…to zbyt duże ryzyko. W dodatku fakt, że na partnera w przestępstwie wybrałam sobie Leonarda, nie uspokajał mnie. To będzie katastrofa, jeśli nas nakryją…Jeszcze mogę się zatrzymać. Złapałam Leo za rękę, w momencie gdy doszliśmy na miejsce, gdzie parę godzin temu przyprowadziła mnie Gretel.

- Jesteśmy…co ty robisz? – podniósł nasze splecione dłonie i przekrzywił głowę z dziwnym uśmiechem. Czułam, że robi mi się gorąco – Nie mów, że boisz się ciemności.

- Nie, wcale nie Crouch – zabrałam szybko moją dłoń

- Acha…jasne – prychnął – Lumos! – wyjął swoją różdżkę – To tutaj. Jesteś pewna, że chcesz tam wejść.

- Tak, szybko zanim zmienię zdanie… – objęłam się ramionami, żeby opanować drgawki

Leo przyłożył rękę do ściany i wyszeptał tajne hasło. Ku mojej uldze przejście ukazało się. To poszło zdecydowanie za łatwo…ale teraz już nie mogę się wycofać. Wzięłam głęboki oddech i weszłam na schody.

- Dziękuję, Leo – posłałam mu niewyraźny uśmiech

- Nie ma za co…Socretto! – zawołał, więc obróciłam się przez ramię – Nawet ja ci nie wyjdzie z Tiarą, to za taki wyczyn i tak powinni cię przenieś do naszego domu – przyznał, a ja poczułam, że moje serce zabiło szybciej z radości. Ha, docenił mnie! Największy rozrabiaka w szkole przyznał, że nadawałabym się do Gryffindoru. To dzień mojego triumfu…Przez chwilę patrzyliśmy na siebie bez słowa. Gdyby nie był taki w gorącej wodzie kąpany, mógłby być całkiem sympatyczny. W sumie jest inteligentny i bystry…ale za bardzo zależy mu na dobrej zabawie.

- Idź już na imprezę zanim wszystko się skończy – przypomniałam

- Biegnę, powodzenia – kiwnął mi głową i pobiegł korytarzem w drugą stronę. Przejście zasunęło się.

- Lumos – wyjęłam różdżkę z buta i ruszyłam schodami na górę. Modliłam się, żeby McGonagall nie było w gabinecie. W sumie powinnam to sprawdzić najpierw, ale byłam tak zdenerwowana całą sytuacją, że nawet nie przyszło mi to do głowy. Podeszłam na palcach do drzwi i zaczęłam nadsłuchiwać. Cisza. Z duszą na ramieniu ostrożnie pociągnęłam za klamkę. W gabinecie było ciemno. Na biurku paliły się tylko dwie wysoki świeczki. Weszłam do środka, dokładnie zamykając za sobą drzwi. Teraz tylko muszę znaleźć Tiarę. Ciężko oddychając rozejrzałam się po pomieszczeniu. W końcu zauważyłam Tiarę leżącą na wysokim taborecie za zasłonką. Pochrapywała cicho, a to oznacza, że będę musiała ją obudzić. Jak się budzi Tiarę?

W miarę bezszelestnie przemknęłam po podłodze, obserwując czy obrazy byłych dyrektorów przypadkiem się nie obudziły. Z ulgą schowałam się za zasłonką. Wytarłam spocone czoło i ręce.

- Dobra…zabieramy się do roboty, Sabrina – szepnęłam i dźgnęłam różdżką Tiarę. Czapkę coś wymruczała przez sen, ale spała dalej. Zazgrzytałam zębami i spróbowałam jeszcze raz tylko mocniej. Prawie ją zrzuciłam z krzesła! Przestraszona złapałam ją w ostatnim momencie. To ją w końcu obudziło…

- Co się dzieje? – wymruczała czapka

- Dobry wieczór Tiaro – wyjąkałam – Przepraszam, że niepokoję cię o tak późnej godzinie…

- Kim ty jesteś? – zmarszczyła się Tiara

- Ja…Sabrina Socretto. Pewnie mnie pamiętasz.

- O tak…miałam z tobą nie lada problem, moja panno. – burknęła w wyrzutem – Co ty tu robisz? Gdzie dyrektor McGonagall?

- Przyszłam tu sama. Musimy porozmawiać – przygryzłam wargę

- Co? Jesteś tu sama?! To jest…!

- Ciiii! Wysłuchaj mnie proszę! – zdesperowana zakryłam jej otwór gębowy dłońmi – Ja tak dłużej nie wytrzymam. Nie jestem Krukonką! Udowadniam to sobie i innym na każdym kroku! – mówiłam na jednym wydechu – Nie pasuję do nich…ciągle robię coś nie tak, przynoszę im wstyd, same porażki…oni mnie nienawidzą. Musisz to przyznać Tiaro…

- Co ty sobie wyobra…mhmh… – burczała czapka

- Błagam cię, nie bądź taka uparta. Każdy się myli. Może to twój pierwszy raz, ale…

- Ty! Ty zarzucasz mi, że się pomyliłam?! – wyszarpnęła się Tiara – To obraza! To bezczelne!

- Nie, nie obrażaj się. Proszę pomóż mi…proszę cofnij swoją decyzję. Ja muszę być w Gryffindorze.

- Nic nie musisz bezczelna, impertynencka panno! Jesteś tam, gdzie twoje miejsce! To ja widzę przyszłość, a twoja przyszłość, choć bardzo męta i burzliwa należy do Ravenclawu bardziej niż myślisz! – grzmiała – A ciebie NIE POWINNO TU BYĆ!

- Co tam się dzieje? Tiaro? – z gabinetu doszedł nas głos z obrazu Albusa Dumbledora

- O nie…proszę cii…

- Dyrektorze! Tu jest uczennica! UCZENNICA PRZEBYWA TU NIELEGALNIE!

- Cicho! Już stąd idę! Proszę…inaczej mnie wyrzucą – złożyłam błagalnie ręce – No zobacz człowieka w człowieku…

- POMOCY! NAPADŁA MNIE! – darła się Tiara

- Przepraszam, nie zostawiłaś mi wyboru…drętwota… – rzuciłam zaklęcie, a czapka zamarła

- Kto tam jest? Minerwo? – Dumbledore obudził się na dobre

Zaciągnęłam kaptur szaty i na oślep pobiegłam do drzwi. Nie reagując na okrzyki budzących się po kolei byłych dyrektorów, wyskoczyłam z gabinetu i na złamanie karku popędziłam w dół po schodach. Mam naprawdę mało czasu, zanim McGonagall zorientuje się, że tu byłam. A jeszcze mniej, żeby dotrzeć do dormitorium i udawać, że od godziny grzecznie leżę w łóżku. Nie wiem ile czasu byłam tam na górze, ale teraz na korytarzu już nawet nie paliły się światła. Wyjęłam swoją różdżkę i popędziłam przed siebie ile sił w nogach. Wskoczyłam na schody i zbiegłam na niższe piętro. Byłam przekonana, że tylko ja jeszcze nie jestem w dormitorium, gdy wpadłam na kogoś i odbiłam się jak od gumy. Z jękiem uderzyłam w podłogę.

- Socretto? Czemu pędzisz, jakby ścigało cię stado dementorów? -jęknął Aiden, rozcierając brzuch w który uderzyłam z siłą tarana

- Bo być może będzie mnie ścigać…a ty? Co ty tu robisz, szlamo? Podkabluję cię do Gretel.

- Tak, to wtedy ja powiem, że byłeś razem ze mną i też dostaniesz karę – podniosłam się i wymierzyłam w niego różdżką

- A daj mi spokój…właśnie od niej wracam. – burknął – Wasza opiekunka to jakaś wariatka! Mruczy coś do siebie, rzuca księgami i ma taki morderczy wzrok. Kazała mi układać księgi w bibliotece w jej pracowni.

- Tak? To dlaczego wychodzisz z kuchni? Włamałeś się do spiżarni czy co? – wyrzuciłam ręce do góry

- Wiesz ile razy wchodziłem i schodziłem z drabiny! – zaczerwienił się – Zgłodniałem. Nie wytrzymałbym do śniadania.

- O nie…cóż za wymyślne tortury. Kazała ci się trochę poruszać – mruknęłam sarkastycznie

- Myślisz, że w tych ciemnościach cię nie widzę? Chcesz dostać w nos, Socretto?

- Zachowajmy tą wątpliwą zabawę na inny moment, ok? – rozejrzałam się nerwowo – Muszę szybko się przemieszać, więc przykro mi, ale…zostaniesz w tyle.

- Hej, dokąd ci się tak śpieszy, szlamo! – złapał mnie swoją tłustą łapą za tył szaty. Na górze usłyszałam jakieś kroki. Oblał mnie zimny pot.

- Aiden! Jeśli nie chcesz dostać kolejnej kary to zaufaj mi i uciekaj! Teraz – wyrwałam się i pobiegłam przed siebie. O dziwo, grubasek potruchtał za mną. Niespodziewanie zza zakrętu wyskoczył Leo, a ja o mało nie dostałam zawału.

- Leonrad! – syknełam

- Sabrina! Jak tam twoja misja? – wysapał i z uśmiechem błazna oparł się nonszalancko łokciem o ścianę

- Wybornie! Tiara narobiła hałasu i muszę uciekać, bo McGonagall depcze mi po pietach.

- Co? Gdzie ty byłaś Socretto? – zainteresował się Black

- A jego skąd wzięłaś? – wytrzeszczył oczy Leo

- Wpadłam na niego po drodze.

- Taki jesteś mądry, Crouch? A co ty  tu robisz? – naburmuszył się Aiden

- Właśnie. Nie dostałeś się na imprezę? – zawtórowałam

- Dostałem się…ale James mnie zobaczył i delikatnie mówiąc nie był zadowolony… – zachichotał nerwowo

- Crouch! – usłyszałam w oddali krzyk Jamesa. Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Może być jeszcze gorzej?

- Podkabluje mnie do Hopesona, jeśli mnie złapie – załamał się Leo

- Myślę, że i tak to zrobi – prychnęłam

- Nie dam się złapać. Hopeson zagroził, że jeszcze jeden numer i wyrzuci mnie z drużyny.

- Naprawdę? To może sobie na niego poczekamy – ucieszył się Aiden i rzucił się na Leo, próbując go złapać

- Uspokójcie się! Jeśli on nas złapie to wszyscy będziemy mieć kłopoty – wskoczyłam między nich

- Krukonka ma rację. Wiejemy! – zarządził Leo

- Nie jestem Krukonką! – ofuknęłam go

- Cicho bądź! I zgaś tą różdżkę – powiedział Leo

- No nie, w co wy mnie wpakowaliście… – marudził Aiden – Nie mam zamiaru za was odpowiadać…

- Odezwał się ten święty – prychnął Leo

- Oberwiesz na boisku Crouch, oj oberwiesz… – odgrażał się Aiden

- Tak, tak jasne…nie sądzicie, że pościg to ekscytujące przeżycie?

- Być może Crouch, ale nie wtedy, gdy jesteśmy ofiarami! – nie mogę uwierzyć, że on jest taki głupi

Wybiegliśmy na główny hall. Przebiegliśmy obok wielkiej sali, gdy zauważyłam jakiś cień. No nie, tylko nie on…

- Tobby?! Co ty tam robisz?! – krzyknęłam, widząc mojego przyjaciela chodzącego spokojnie po korytarzu

- Ja…szukam mojej różdżki… – wytrzeszczył oczy na nasz widok. Słysząc jego oświadczenie, wszyscy w trójkę jęknęliśmy.

- Naprawdę jeszcze jej nie znalazłeś, kaczko? – zarechotał Aiden

- Co to znaczy „jeszcze”? – spiorunowałam Blacka wzrokiem

- To ty ją masz! – podskoczył w miejscu Tobby – Zabrałeś mi ją z toby, kiedy mieliśmy Opiekę nad magicznymi zwierzętami!

- Tak, miałem ją, ale już jej nie mam – wzruszył ramionami

- Ty bałwanie! Oddawaj mi różdżkę! – Tobby rzucił się na niego z pięściami, ale Aiden złapał go i odstawił na miejsce jak niegrzecznego psiaka

- Naprawdę Black? To już nie jest śmieszne…Gdzie jest ta różdżka? – warknęłam

- Spokojnie Socretto, niech się maluszek postara…

- Nie mamy czasu na teatrzyki, Black – niespodziewanie włączył się Leo – On narobi za dużo hałasu.

- No dobra…schowałem ją w łazience Jęczącej Marty.

- Ale to damska łazienka! – zaprotestował Tobby

- I co z tego? Po tobie nie widać różnicy.

- Wystarczy! Daj mu spokój! – wstawiłam się za przyjacielem

- Cicho! Idą – syknął Leo

- Kto… – zaczął Tobby, ale zakryłam mu usta rękami

- Uciekamy! Tędy – Leo ruszył w ciemność, a my za nim

- Nie damy rady, odetną nam drogę – marudziłam

- Nic nie mów i zaufaj mi! – syknął Crouch – Nie hałasujcie tak. Wyprowadzę nas z tego…

Cóż pamiętniczku, spróbuj sobie wyobrazić sytuację, gdy cztery osoby biegną po ciemku korytarzem najszybciej jak potrafią i jednocześnie starają się to robić jak najciszej. Jeśli możesz to sobie wyobrazić, to pewnie wygląda to bardzo komicznie, ale zapewniam cię, że wtedy nie było nam do śmiechu. Tak jak podejrzewałam, pościg nadciągał z obu stron. Wbiegliśmy na schody i wpadliśmy w pułapkę. W tym momencie uratował nas mój geniusz…sama nie wiem, jak na to wpadłam.

- Co teraz? Zaraz nas złapią? – pytał płaczliwe Tobby. Nikt nie odpowiedział.

- Przysuwamy się do poręczy. Najbliżej jak możecie  – powiedziałam zdecydowanie

- Masz plan Socretto? – zdziwił się Aiden

- Mam nadzieje…w tej sytuacji już nic nam nie zaszkodzi. Złapcie się mnie – zarządziłam

Chłopcy zastosowali się do moich poleceń – przyparci do barierki schodów, ściśnięci i wystraszeni. Wyjęłam różdżkę z buta i zamknęłam oczy.

- Kamelionus hiddenus – powiedziałam pewnym głosem i machnęłam różdżką. W tym samym momencie na schody wbiegli McGonagall, James, profesor Hopeson, profesor Gretel i profesor Zynox. Przyłożyłam palcem do ust, pokazując chłopakom, że mają być cicho. Oby to zadziałało…

- Gdzie oni są? Nie mogli daleko uciec – zdenerwowała się Gretel

- Przeszukaliśmy cały zamek. Może wrócili do dormitorium – zasugerował Hopeson

- Jak to możliwe? Słyszałam ich. Byli tuż przed nami.

- Przecież nie rozpłynęli się w powietrzu – warknął trener

- Jest z nimi Sabrina Socretto, wszystko jest możliwe – uśmiechnął się półgębkiem Zynox

- Panie Potter, co pan o tym myśli? – zapytała McGonagall

- Leonrad jest sprytny…mógł ich jakoś wyprowadzić – chrząknął James

- Dobrze, wracajmy do łóżek moi drodzy – westchnęła dyrektora – Teraz ten pościg nie ma sensu. Rano się z nimi rozmówimy. A pan, panie Potter…wrócimy do tematu tej nielegalnej zabawy prefektów.

- Tak jest, pani dyrektor – skłonił głowę James

Wszyscy się rozeszli, a ja w końcu wypuściłam wstrzymywane powietrze. Udało się…

- Jak to zrobiłaś? I co ty w ogóle zrobiłaś? – pierwszy z szoku otrząsnął się Leo

- Zaklęcie kameleona…przeczytałam o tym w jednej książce z naszego zbioru w pokoju wspólnym.

- Genialne…trzeba to opatentować – cieszył się Crouch

- Nie ciesz się Crouch, bo i tak mamy przechlapane – burknął Aiden

W tym momencie wielki zegar zaczął dzwonić. Wybiła dwunasta. Dźwięk rozszedł się echem po całym korytarzu, a moje ciało zaczęło się trząść. Miałam wrażenie, że powietrze faluje. Mój wzrok powędrował na obrazy założycieli Hogwartu zawieszone nad głównym wejściem do szkoły. Godryk Gryffindor, Rowena Ravenclaw, Salazar Slytherin, Helga Huffelpuff…ich oczy zaczęły błyszczeć na czerwono, niebiesko, zielono i złoto…

- Chłopaki…wy też to widzicie? – upewniłam się cicho. Moi towarzysze mieli otwarte buzie i gapili się na obrazy tak jak ja. Co to wszystko znaczy? Opusciłam różdżkę i złapałam kolegów za ręce. Założyciele w zwolnionym tempie zaczęli wychodzi z obrazów. Podpłynęli do nas bliżej. Zastygłam w bezruchu. Instynkt podpowiadał mi, że powinnam uciekać, ale nie mogłam się ruszyć. Rowena podeszła do mnie, Godryk do Leonarda, Salazar do Aidena, a Helga do Tobbyego. Spojrzeli się po sobie i zaśmiali się bezgłośnie, jakby nasze przerażenie ich bawiło, a potem…zrobiło się jeszcze bardziej dziwnie. Każde z nich dotknęło ręką naszego czoła. Prąd elektryczny przepłynął przez moje ciało od stóp do głowy. Ostatnie co widziałam, to piękny uśmiech Roweny i jej śliczne, niebieskie jak niebo oczy…

I to by było na tyle. Nic więcej nie pamiętam pamiętniczku. To straszne uczucie…taka dziura w pamięci. Obudziłam się rano w moim łóżku w dormitorium i od razu wszystko opisałam. Zaraz muszę wstawać i szykować się do szkoły, zanim obudzi się Irmina i reszta współlokatorek, ale zastanawiam się…czy to wszystko jest prawdą? I co tak naprawdę wydarzyło się wczorajszego wieczoru? Bo skoro Irmina wyrzuciła mnie z pokoju, czemu wciąż jestem w łóżku? Jakim cudem się tu znalazłam? A co z chłopakami? Czy ja naprawdę zakradłam się do gabinetu McGonagall? A może to wszystko było bardzo realistycznym snem? Czuję się skołowana, ale czuję…że od tej pory już nic nie będzie takie samo, pamiętniczku. A mój los nierozerwalnie złączył się z Tobbym, Aidenem i Leonardem…

 

O tym jak próbuję walczyć ze starymi nawykami, znajomymi i pierwszy raz spadam z konia…

17 sty

Dziewczyny szybko wyciągnęły mnie z łazienki, zanim zdążyłam się dobrze przyjrzeć swojemu „nowemu” wyglądowi”. Dobry Boże…odzwyczaiłam się od takiej wersji siebie. To aż dziwne, że po przyjeździe do Moorland szybko zapomniałam o modnych ciuchach i makijażu, a po powrocie do domu mam taki problem z przystosowaniem się do obowiązującego stylu życia. Halo, mieszkam tu od urodzenia! Nie powinnam się czuć jak agent w obcej skórze! Coś jest zdecydowanie nie tak…

Sara, Natasha i Jennifer wykorzystały chwilę mojej słabości i zaprowadziły mnie na parking. Po drodze rozmawiały wesoło i chichotały głupkowato, jakby w ogóle mnie tu nie było. Jennifer wzięła kolejną gumę i robiła nam selfie. Zaszumiało mi w uszach. Widziałam, jak Jennifer wyjmuje z torebki kluczki do swojego auta. Ścisnęłam kurczowo moją torbę. Musze jakoś odzyskać kontrolę…

- Jedziemy moim autem – powiedziałam zdecydowanie

- Twoim? – dziewczyny obróciły się zaskoczone – Masz auto?

- Tak, tata kupił mi porsche po wakacjach – przełknęłam ślinę i wyjęłam kluczki. Odblokowałam drzwi, a dziewczyny zaczęły piszczeć z zachwytu, gdy zobaczyły, co stoi na parkingu.

- O mamuniu to najnowszy porsche! Widziałam takie w salonie! – piszczała Jennifer wskakując na tyle siedzenie – Jest booooski…a jakie ma miękkie siedzenia…

- O tak, pachnie jeszcze nowością – westchnęła Natasha, rozciągając się na tylnym siedzeniu i kładąc nogi na oparciu pasażera – Ale do czasu, wystarczy, że wpuścisz tu Billa – spojrzała porozumiewawczo na Jennifer i obie wybuchły śmiechem. Skrzywiłam się. Czy ktoś im kiedyś powiedział, że mają koński śmiech? Bez urazy dla koni ma się rozumieć…

- Skarbie, chłopcy oszaleją, kiedy zobaczą to cudeńko – Sara przytuliła mnie od tyłu i cmoknęła w policzek – Dobre posunięcie…

- Nie rozumiem – zmarszczyłam brwi

- Oj Lana…wiem, że ty wiesz, że Tommy lubi takie samochody… – szepnęła mi do ucha, a mnie przeszedł dreszcz – ale zapomnij o nim. Jest zajęty – dodała lekkim tonem. Zanim zdążyłam odpowiedzieć, poklepała mnie po ramieniu i wsiadła na miejsce pasażera. Wszystkie trzy czekała aż ruszymy z parkingu. Wzięłam głęboki oddech, żeby się uspokoić i usiadłam na swoim miejscu. Przekręciłam kluczyk w stacyjce i wyjechałam gwałtownie z parkingu. Dziewczyny piszczały z radości. Nawet nie próbowałam wspominać o pasach, bo i tak by mnie wyśmiały. Założyłam przyciemniane okulary i wbiłam wzrok w jezdnię. Jennifer przechyliłam się przez siedzenie i podłączyła swojego smartphone do odtwarzacza. Chwilę później Justin Bieber leciał na cały regulator. Jęknęłam cicho.

- Więc to ty lubisz Justina Biebera? – starałam się, żeby mój głos brzmiał spokojnie

- Tak, a ty nie? – zaśmiała się i zaczęła śpiewać na cały głos. Jak ona fałszuje…

- Oczywiście, że nie! Przy tym w ogóle nie da się tańczyć! To dobre na randkę! – zawołała Sara, a ja pierwszy raz byłam jej wdzięczna, że powiedziała coś, o czym myślałam – To jest muzyka… – dodała, po czym przełączyła na Nicki Minaj

- A żeby ci się te tipsy połamały… – jęknęłam cicho. Lepsze to niż Bieber, ale mimo wszystko…

- Co mówisz? – zapytała Sara. Na szczęście mnie nie słyszała, bo koleś obok zaczął trąbić.

- Masz śliczny lakier. Musisz mi pokazać salon, w którym zrobili ci paznokcie. – skłamałam lekko

- No i wraca moja Lana! – uściskała mnie Sara – Dalej maleńka, nie mamy całego dnia na stanie w korkach!

- Mówisz masz – mruknęłam i przyspieszyła. Z zadowoleniem patrzyłam jak pęd powietrza zasłonił jej twarz włosami. Wyglądała jak topielica. Dobrze, że na drodze był teraz mniejszy ruch. Oczywiście jak to przystało na pasażerów auta z odkrytym dachem jadących po kalifornijskich drogach, dziewczyny włączyły muzykę na full i zaczęły tańczyć. Niektórzy kierowcy uśmiechali się, inni gwizdali, a jeszcze inni krzyczeli swoje numery telefonu. Przy każdej takiej sytuacji coraz bardziej wbijałam się w fotel i kurczyłam się z sobie. Zaraz spalę się ze wstydu…dobrze, że droga do centrum handlowego nie była tak długa. A może to ja szybko jechałam?

Sara od początku nie próżnowała. Zaciągnęła mnie na rundkę po swoich (przepraszam „naszych”) ulubionych sklepach. Ona, Natasha i Jennifer potraktowały mnie dosłownie jak lalkę Barbie. Umieściły mnie w przymierzalni i wciąż przynosiły nowe ciuchy. Moje oczy robiły się coraz większe, ale i tak nic nie przebiło ekspedientki, która patrzyła się na to wszystko zza lady z mina cierpiętnicy. No tak…będzie musiała to posprzątać, jak wyjdziemy. Najchętniej pewnie by nas stąd wyrzuciła, ale dobrze wie, że Sara jest córką znaczącego biznesmena, Natasha to córka rosyjskiego ambasadora, a ja…no cóż, córka sławnego adwokata. Znała nas wszystkie i wiedziała, że kilka razy w miesiącu robimy taki „nalot bombowy”. Musiała to znieść.

- Zabierz mnie stąd – powiedziałam do niej bezgłośnie, gdy podeszła bliżej poskładać ubrania rzucone na podłogę

- Jesteś tu przetrzymywana siłą? Grożą ci bronią? Szantażują? Ukradły twoją kartę? – zapytała znudzonym głosem

- Nie – mruknęłam, ściągając przez głowę niewygodny, obcisły top

- To obawiam się, że nie mogę nic zrobić, żeby uratować cię od tej katorgi robienia zakupów na wagarach – prychnęła i odeszła

W sumie to nie dziwię się jej. Nie lubiła nas, bo miała przez nas więcej roboty. A ja wcześniej prawdopodobnie zachowywałam się jak moje koleżanki.

- I jak? Wybrałaś coś? – Jennifer wpakowała się do mojej przymierzalni w trzecim z kolei sklepie

- Ubieram się, jeśli jeszcze tego nie zauważyłaś… – burknęłam

- A coś ty taka skryta? Mamy razem szatnię na wf, widziałam cię już w staniku.

- Jennifer…ty nie ćwiczysz, bo boisz się spocić – spojrzałam na nią spode łba

- Ale do szatni wchodzą – powiedziała wesoło po chwili namysłu

- Jak wam idzie dziewczynki? – do szatni zajrzały też Natasha i Sara

- Pięknie ci w tej bluzce… – westchnęła Sara – Podkreśla twoją hiszpańską urodę. Zawsze chciałam mieć taką ciemną karnację jak ty…

- A nie jest zbyt…wulgarna? – zmrużyłam oczy

- No coś ty! Wyglądasz w niej jak prawdziwa tancerka flamenco – cieszyła się Natasha

- Bierzemy – zdecydowała Sara – do tego te shorty i skórzaną spódniczkę…

- Nie – powiedziałam twardo. Dziewczyny zamilkły i spojrzały na mnie zaskoczone. Przełknęłam ślinę. Nie mogłam już tego wytrzymać. – To moja karta i nie będziesz mi mówiła, co mam kupować. – dodałam ciszej

- Natasha odstaw moje rzeczy z przymierzalni na tą kupkę przy kasie – powiedziała Sara, a blondynka natychmiast wykonała jej polecenie – Jennifer? – kiwnęła na brunetkę, która zrozumiała dopiero po chwili, że ma wyjść. Oho… – Lana skarbie…oczywiście, że to twoje karta – podeszła bliżej i zasunęła zasłonkę – ale zawsze ci doradzałam, co masz kupić. Liczyłaś się z moim zdaniem. Coś się zmieniło?

- Nie podobają mi się te rzeczy – powiedziałam odważnie, przyglądając się sobie w lustrze – W szafie mam mnóstwo podobnych. – usta Sary ściągnęły się w dzióbek, a na jej idealnie gładkim czole pojawiła się zmarszczka

- Uwierz mi, że nie…to najnowszy trend na jesień…

- Nie o to mi chodzi! – żachnęłam się – Nie czuję się dobrze w takim stylu…

- Od kiedy… – syknęła, a coś w jej głosie sprawiło, że spojrzałam na odbicie jej twarzy w lustrze – Odkąd wróciłaś z tej dzikiej głuszy, tak? Co oni ci tam zrobili? Pranie mózgu?

- Saro… – przełknęłam ślinę

- Znamy się od podstawówki, Lana. Jesteś moją najlepszą przyjaciółką. Ufamy sobie i mówimy o wszystkim. Mamy podobny styl i gust. Chodzimy razem na imprezy. Zwierzamy się sobie o swoich miłościach i problemach. Wiesz o mnie więcej niż te idiotki…nigdy nie kwestionowałaś moich decyzji…

Ale to nie znaczy, że się ze wszystkim zgadzałam.

- Jesteśmy bogatce, popularne i ubieramy się seksi…jesteśmy boginiami szkoły. Możemy wszystko i mamy w garści wszystkich – syknęła mi do ucha, a ja drgnęła na dźwięk słowa „bogini”. Ja jestem boginią…mam moc bogini Epony. – Jak dwa miesiące mogły cię tak zmienić?! Spójrz na mnie! – zażądała i złapał mnie za podbródek. Jej zimne, zielone oczy patrzyły się wprost w moje. – Zapomnij o tej wyspie. Zapomnij o wszystkim, co tam się działo. Tu jest twoje życie.

- Może… – czułam, że zaczynam się łamać pod naporem jej wzroku

- Więc kupisz te ubrania?

- Nie – mój głos drżał – Te nie, ale widziałam coś innego… – poprawiłam się szybko

- Dobrze…pokaż mi to – Sara próbowała zachować spokój

Wyszłam z przymierzali i wzięłam głęboki oddech. Nogi miałam jak z waty. Nie będę jej marionetką…o nie…szybko znalazłam rzeczy, które Jennifer wcześniej odniosła i wróciłam do koleżanki. Siedziała na pufie z nogą założoną na nogę i piłowała paznokcie. Patrzyła na mnie wyczekująco.

- No dalej, przebierz się – zażądała

Zgrzytając zębami przebrałam się w ubrania. Ku mojej uldze wyglądałam znacznie lepiej. Czerwona luźna koszulka na ramiączka w stylu hippisowskim, włożona dłuższe shorty w kwiatowy wzór oraz kobaltowy dłuższy kardigan i letnie kozaki. Dziewczęco, modnie, ale nie wulgarnie. Skrzyżowałam ręce i posłałam jej wyzywające spojrzenie.

- No nieźle…delikatna, cukierkowa laleczka – Sara przesunęła palcem po brodzie – Ok, kupuję to. Zobaczmy jak długo w tym wytrwasz – prychnęła, wstała i minęła mnie ostentacyjnie w przejściu

Zakupy można uznać za zakończone. Dziewczyny wyszły ze sklepu z wielkimi torbami, ja z jedną, ale i tak byłam zadowolona z zakupu. Od razu przebrałam się w ten komplet i oddałam rzeczy Sarze. Wyglądało na to,  że zdołałam ją udobruchać, ale to tylko pozory. Zbyt dobrze znam Sarę. Nie posłuchałam jej. Bunt na podkładzie. Mogę spodziewać się zemsty w najmniej odpowiednim czasie. Na razie jednak udawała kochaną i słodką przyjaciółkę. Zaprosiła nas do Starbucksa. Zamówiłyśmy cztery kawy i usiadłyśmy przy naszym ulubionym stoliku z końcu sali. Dziewczyny od razu wyjęły telefony i zaczęły pisać statusy na Facebooku, Twitterze i Bóg wie czym jeszcze…

- Lana, a ty gdzie masz telefon? – zapytała nagle Jennifer

- Zostawiłam w domu – wzruszyłam ramionami, a koleżanki zamarły

- No coś ty! – przejęła się Jennifer – Zapomniałaś o phonie?! Ja bym od razu po niego wróciła…wariuję bez mojego phona…

- Ładował się kiedy wychodziłam, więc… – zmieszałam się

- A kogo my tu mamy! Nasze gorące laseczki! – w Starbucksie niespodziewanie zjawił się Tom, Bill i David

- Czeeeść! – zawołały słodko dziewczyny – W samą porę, chodźcie… – Sara przysunęła się do Natashy, robią im miejsce

Bill od razu wepchnął się między nie, wziął Sarę na kolana i zdjął ciemne okulary. Jego blond włosy z przesadzoną ilością żelu były zaczesane do tyłu, a czarna skórzana kurtka w zamyśle miała mu dodać gangsterskiego szyku. Zemdliło mnie na myśl, że przypomina trochę Williama. David usiadł jak na tronie i rozciągnął ręce na oparciu kanapy. Firmowy top z Nike podkreślał jego wyrzeźbiony brzuch i muskularne ręce. Ciemnoskóry chłopak przesunął ręką po swoich krótko ostrzyżonych włosach i wyszczerzył się do nas w uśmiechu. Tom wsunął się na miejsce obok, spojrzał się na mnie i uśmiechnął się nieśmiało, co mnie zdziwiło. Mimo to odwzajemniłam uśmiech. Wyglądał najspokojniej z całej trójki. Ubrany w czerwoną podkoszulkę i szorty wyglądał jakby właśnie wracał z plaży. On też był umięśniony i opalony. Pewnie całe wakacje grał z siatkówkę plażową z Davidem.

- Wow Lana…wyglądasz…inaczej – powiedział z podziwem

- Co to znaczy? Lepiej czy gorzej? – napiłam się kawy

- Lepiej…zdecydowanie – pokiwał głową, nie odrywając ode mnie wzroku. O mało nie zakrztusiłam się kawą. Jennifer, która siedziała obok mnie przewróciła oczami i szturchnęła w bok.

- Hej ludzie robię jutro imprezę na pożegnanie wakacji! Rozumiem, że wszyscy będą – przerwał nam Bill

- Pewnie, że tak! Nie ma innej opcji! – ucieszyła się Jennifer

- Ale pożegnanie wakacji tak smutno brzmi… – Sara zrobiła minkę smutnego psiaka

- Nie bój żaby skarbie – Bill cmoknął ją głośno w szyję, zanim Sara trzepnęła go w rękę – Zakończenie wakacji, ale początek sezonu imprez! Studenci wracają do college.

Świetnie…przetarłam twarz ręką. Zauważyłam zaciekawione spojrzenie Toma. Chrząknęłam i podniosłam się z miejsca. Nie zniosę już tej pustej rozmowy.

- Przepraszam, ale muszę już lecieć. Umówiłam się z mamą.

- Lana, chłopcy dopiero przyszli… – zaprotestowała Natasha

- Przepraszam, ale nie chcę się spóźnić. Zobaczymy się potem.

- A kto nas odwiezie? – Sara utkwiła we mnie wzrok. Przeszedł mnie dreszcz

- Skoro chłopcy już przyszli… – wzruszyłam ramionami, czując, że żołądek wiąże mi się w supeł pod wpływem jej spojrzenia. Znowu jej podpadłam.

- Nie ma sprawy. Z chęcią odwieziemy dziewczyny – mrugnął do mnie David

- Widzimy się w klubie jeździeckim? – zawołała za mną Jennifer

- Jasne! – odkrzyknęłam i już przedzierałam się do wyjścia. Czułam, że wzrok Sary wypala mi dziurę w plecach. Z ulgą wypadłam z baru i popędziłam na parking. Niektórzy ludzie patrzyli się na mnie dziwnie, ale nie zatrzymywałam się. Dopiero gdy wsiadłam do auta, zapięła pasy i odpaliłam silnik, poczułam się lepiej. Przyłożyłam czoło do kierownicy, próbując złapać oddech. To szaleństwo, ta tortury…jak mogłam tak żyć? Założyłam okulary, napiłam się wody (zasłodziłam się tą karmelową kawą) i wyjechałam z parkingu (tym razem nie jak pirat drogowy). Mama…czeka mnie trudna rozmowa.

***

Wjechałam na parking hotelu i zaparkowałam na miejscu dla pracowników obok SUV-a mamy. Ochroniarz dobrze mnie znał, więc tylko skinął głową, gdy go mijałam. Skierowałam się do razu do recepcji.

- Dzień dobry Sharon, mama u siebie?

- Dzień dobry, Lana – kobieta obdarzyła mnie swoim firmowym uśmiechem – Tak, zaraz cię zapowiem. Chodź.

Podążyłam za nią do biura. Lubiłam tu przychodzić, gdy byłam mała. W hotelu zawsze się coś działo i mimo, że mama nie miała dla mnie czasu, potrafiłam sobie znaleźć zajęcie. Czasem pomagałam pokojówkom, innym razem patrzyłam jak kucharz przygotowuje dania…albo siedziałam na recepcji z Sharon i rysowałam konie. Rysowałam konie na wszystkim…teraz już wiem, skąd u mnie takie zamiłowanie do tych zwierząt.

- Pani kierownik, przyszła pani córka – Sharon zajrzała do gabinetu mamy

- Dobrze, niech wejdzie – odpowiedziała cicho mama

Sharon skinęła mi głową i weszłam do cichego, przytulnego gabinetu. Byłam dumna z mamy, że jest kierownikiem 5-gwiazdkowego hotelu, że jest prawdziwą bizneswoman. Mimo, że przez to nie miała dla mnie czasu. Praktycznie wychowywali mnie Martha, George i reszta pracowników domu. Ale mama była kimś…hotel pod jej kierownictwem dostał dwie gwiazdki rok po roku. Patrzyłam jak siedzi przy biurku w idealnie skrojonym żakiecie i perfekcyjnie upiętym koku. Ten obraz mamy tak cholernie nie pasował mi to obrazu Charlie Hoffer z Moorland, że to aż boli…Co się stało, że tak się zmieniła? Widać nie tylko ja przeszłam metamorfozę po przyjeździe z Jorvik. Tylko, że ja chyba zmieniłam się na lepsze…

- Siadaj Lana, muszę tylko dokończyć to pismo i już będziemy rozmawiać. Dosłownie minutka… – mruknęła, nie odrywając pióra od kartki

Skinęłam głową i osunęłam się na krzesło. Powiesiłam torbę na oparciu i zapatrzyłam się w przestrzeń. Mój wzrok wędrował po regałach pełnych książek i segregatorów. Pamiętam jak ścigałam to wszystko i oglądałam, mieszałam…mama była wtedy wściekła i kazała Sharon zabrać mnie do siebie. O tak…byłam wtedy jak „żywe srebro”. Tak kiedyś określiła mnie Martha. A teraz? Zdjełam okulary i wytarłam pojedynczą łzę. Nie rycz Lana, no już…

- Już, gotowe – mama odłożyła kartkę i w końcu na mnie spojrzała – Och…widzę, że wracasz do starych nawyków.

- Starych nawyków? – powtórzyłam powoli, mrużąc oczy

- Dzwoniła dyrektorka twojej szkoły. Uciekłaś już pierwszego dnia? Litości, Lana… – westchnęła znużona – Gdzie byłaś? Na zakupach? No tak…nowe ciuchy… – potarła skroń

- Zawsze taka byłam? – przerwałam jej

- Nie rozumiem – zmarszczyła brwi

- Zawsze byłam taką pustą, zepsutą, rozpieszczoną nastolatką? – spojrzałam jej w oczy. Mama wytrzymała moje spojrzenie. Przysunęła się do biurka i splotła dłonie.

- Nigdy nie byłaś – powiedziała po chwili

- Więc czemu przyjaźnię się z takimi ludźmi jak Sara, Natasha czy Jennifer…

- Bo rozpaczliwie pragniesz miłości ojca… – westchnęła smutno i pokręciła głową

- Teraz to ja nie rozumiem – warknęłam

- Posłuchaj Lana – mama wbiła we mnie spojrzenie – Od dziecka byłaś urodzoną indywidualistką. Miałaś własny świat i swoje kredki. Zawsze wiedziałam, że masz dużą wyobraźnię, fantazję…już w przedszkolu sama dobierałaś sobie towarzystwo i kiedy coś ci się nie podobało rzucałaś klocki i wychodziłaś – machnęła rękę – Tak…miałam charakterek i często miałam przez to problemy – uśmiechnęła się półgębkiem, a ja słuchałam jej jak zaczarowana – Nie wszystkie dzieci cię lubiły, ale ty miałaś to w nosie. Nie chciałaś się na siłę nikomu przypodobać.

- To coś się chyba pozmieniało… – parsknęłam zażenowana

- Nie, daj mi skończyć. Zawsze broniłaś słabszych…naturalnie przyciągałaś ludzi swoją dobrocią, wesołością, poczuciem humoru…i dawałaś im bezpieczeństwo. Twoja przedszkolanka mówiła mi, że bawiłaś się Superwoman i ratowałaś dziewczynki przed chłopcami, którzy sypali je piaskiem w piaskownicy…Niecierpliwa, buntownicza, dociekliwa i uparta dziewczynka…to moja córeczka. Miałaś swoje reguły gry już jako dziecko.

- Więc dlaczego…?

- Sarę poznałaś w podstawówce. Była jedną z dziewczynek, które „ratowałaś z opresji”. Ubóstwiała cię. – powiedziała mama, a mnie zatakało

- Chyba sobie jaja robisz… – odparłam, zanim ugryzłam się w język. Mama uniosła brew, ale nie skomentowała tego. – Przecież teraz…

- Ludzie zmieniają się, kiedy dorastają.

- Ale Sara…

- Sara się zmieniała, a ty chciałaś być lojalna wobec niej, więc starałaś się dostosować.

- Powiedziałaś, ze zawsze byłam indywidualistką.

- Tak, ale nie tym razem…przyjaźniłaś się z Sarą i jej koleżankami, udawałaś, że jesteś jedną z nim, bo twój ojciec tego chciał.

- Słucham?! – krzyknęłam

- Uspokój się…ojcowie tych dziewczyn to przyjaciele twojego ojca i wydaje mi się…w sumie to jestem pewna, że przyjaźniłaś się z dziewczynami, bo chciałaś się przypodobać ojcu. Chciałaś w końcu zasłużyć na jego uwagę.

- To jest…

- Chore, wiem o tym. To moja wina, że dopuściłam do tej sytuacji. O to głównie kłóciłyśmy się przed twoim wyjazdem. Uważałam, że powinnaś w końcu zerwać kontakty z tym towarzystwem. Męczysz się, nie pasujesz do nich. Ty jednak uparcie obstawałaś przy swoim. Nie mogłam na ciebie wpłynąć…nie ukrywam, że nie mamy ze sobą dobrych kontaktów. Ja też nie poświęcałam ci dużo czas… – dodała cicho i wbiła wzrok w podłogę

- To niemożliwe. Nie wierze ci – pokręciłam szybko głową

- Lana…

- Byłam taka fałszywa i obłudna?! Dlaczego miałabym udawać, że podoba mi się to, co robią? Nie wyobrażam sobie siebie jak paraduje w tych durnych plastikowych ubrankach, chodzę na podejrzane imprezy, słucham Justina Biebera, śpię z różowym jednorożcem i…ranię najbliższych – gotowało się we mnie ze złości. To nie prawda. Nie mogłam się tak zachowywać dla taty. Nie pozwoliłabym, żeby on wybierał mi znajomych. Nie…

- Uparłaś się, że dasz radę udawać. Chciałaś za wszelką cenę należeć do tej paczki – mama w zamyśleniu zaczęła się bawić figurką stojącą na jej biurku – ale i tak od nich odstawałaś. Denerwowało cię to, bo czym bardziej się starałaś tym bardziej ci nie wychodziło i czułaś się z tym sztucznie…coraz częściej wybuchałaś złością, buntowałaś się…

- Ale tkwiłam w tym po uszy i nie chciałam się wyplątać, tak? Bałam się postawić Sarze i z tym skończyć. Jestem tchórzem. To chcesz mi powiedzieć? – czułam, że do oczu napływają mi gorące łzy. Próbowałam z nimi walczyć. Bezskutecznie. – Powiedz mi tylko jedno…czemu teraz już nie potrafię udawać? – zapytałam i nawet dla mnie mój głos brzmiał żałośnie. Przez łzy widziałam zmartwioną twarz matki.

- Musisz zrozumieć Lana, że każdy człowiek nosi maski… – powiedziała cicho i wzięła mnie ostrożnie za drżącą dłoń – ale przychodzi taki moment, kiedy nie wytrzymujemy i przychodzi pora, żeby zrzucić maskę. Takie działanie to akt odwagi, niewiele się na niego decyduje, bo niesie za sobą pewnego ryzyko. Kiedy raz zdejmiesz maskę, nie możesz jej z powrotem założyć. – zakończyła poważnie

- Ja nawet nie chcę…czuję, że tu nie pasuję…to nie moje życie. Wyspa Jorvik to moje życie – przyznałam pod wpływem impulsu. Mama odetchnęła ciężko – Co mam zrobić?

- Wydaje mi się…że osiągnęłaś na wyspie Jorvik swój cel – mama ostrożnie dobierała słowa – a także odnalazłaś siebie. Teraz musisz być twarda i dzielna. Proś Morrigan i Eponę o siłę i moc, one zawsze ci pomogą… – zniżyła głos do szeptu. Wytrzeszczyłam oczy, bo nie spodziewałam się takiego wyznania od matki. Nigdy nie mówiła o żadnej religii, wierzeniach czy nawet mitach, a teraz nagle przyznaje się do wiary w celtyckich bogów. Otworzyłam usta, żeby coś powiedzieć, ale w tym momencie drzwi do gabinetu otworzyły się.

- Pani Shylund, przyjechał nasz gość specjalny – poinformowała Sharon

- Już idę – matka puściła moją dłoń, wstała i zapięła żakiet – Przepraszam Lana…miałyśmy porozmawiać o czymś innym. Dokończymy tą rozmowę w domu.

- Zdecydowanie – pokiwałam głową, wciąż będąc w szoku

- Gdzie teraz jedziesz?

- Do klubu jeździeckiego. Muszę pojeździć konno, bo zwariuję.

- Dobrze – zgodziła się mama. Chyba chciała powiedzieć coś jeszcze, ale obecność Sharon jej przeszkadzała, bo pokręciła tylko głową i wyszła z gabinetu. Zabrałam moją torbę i również wyszłam.

***

Klub jeździecki „Arabic champions” znajdował się na peryferiach miasta niedaleko plaży. Często jeździłam tam na konne wycieczki. Lubiłam jeździć po plaży przy zachodzącym słońcu. Sara cieszyła się, bo mogła podziwiać opalonych surferów, a ja zostawiałam ją i po prostu galopowałam. Właściwie to był jedyny moment, gdy nie trzymała mnie przy sobie kurczowo. Wydaje mi się, że bała się tego, że zwracam większą uwagę moją hiszpańską urodą, co oczywiście było nieprawdą. Sara po prostu była zazdrosna. Z niecierpliwością zamknęłam auto i pobiegłam do klubu. Dziewczyn chyba jeszcze nie było. W szatni zorientowałam się, że nie wzięłam kluczyka do szafki, więc przebrałam się w ubrania, które wzięłam rano z domu – czerwony t-shirt i jeansy.

- Lana Shylund, dawno cię u nas nie było – uśmiechnęła się stajenna

- Wczoraj wróciłam z wakacji – wytłumaczyłam

- I od razu przyszłaś pojeździć, co? To chyba twoja prawdziwa pasja… – zachichotała

- To moja życie… – pokiwałam głową – Mogę iść do boksu Winterknighta?

- Gdzie? – zdziwiła się

- Persefony, oczywiście, że Persefony… – zaśmiałam się nerwowo. Jak mogłam zapomnieć imienia mojej klaczy? Cóż, zapominam już tylu rzeczy, że nie powinnam się dziwić.

- Tak, jest w swoim boksie. Niedawno wróciła z wybiegu. – stajenna odłożyła łopatę i wiadro na miejsce – Zaraz ją przygotuję do jazdy…

- Nie trzeba, poradzę sobie – uśmiechnęłam się

- Ok…Masz zamiar jeździć w takim stroju? – zmarszczyła brwi

- Coś z nim nie w porządku? Jest wygodny.

- Jak uważasz… – wzruszyła ramionami – Kto bogatemu zabroni? – mruknęła pod nosem

Puściłam tą uwagę mimo uszu i ruszyłam do boksu mojej klacz. Persefona stała spokojnie i przeżuwała od niechcenia paszę. Była okazałym koniem arabskim o ślicznej, błyszczącej kasztanowej sierści. Dobrze o nią dbali pod moją nieobecność. Właściwie to zawsze dbają. Po to są tu stajenni. Czyszczą nasze konie, karmią je, wyprowadzają na wybieg i przygotowują do jazdy. Właściciel przychodzi „na gotowe”, nie ma dużych szans na nawiązanie więzi z koniem. Nie to co na wyspie Jorvik. Tam koń był prawdziwym przyjacielem człowieka i każdy jeździec poświęcał swojemu koniowi wiele uwagi. Nawet Tori czy Catalina…

Ze smutkiem zauważyłam, że klacz w ogóle nie cieszy się z mojego przyjścia. Z obojętnością przyjęła to, że ją pogłaskałam i oporządziłam. Mój entuzjazm z jazdy słabł z minuty na minutę.  W końcu naburmuszona wyprowadziłam Persefonę z boksu i wsiadłam na nią. Siodło może było dopasowane i miękkie, ale to nie sprawiało, że siedziała mi się wygodnie na jej grzbiecie. Westchnęłam i skierowałam klacz na ujeżdżalnię. W tym momencie zobaczyłam Sarę i Jennifer, które wyjeżdżały na swoich koniach. O nie…nie mam nastroju na spotkanie z nimi. Pewnie chcą się przyłączyć do zastępu jednej z instruktorek na krytej ujeżdżalni. Zawróciłam i wyjechałam na parkur. Obawiam się, że nie potrafię już jeździć w zastępie…nie po tych dzikich przejażdżkach z Winterknightem. Po krótkiej rozgrzewce wybrałam się na tor do skoków. Może nie miałam z Persefoną tak dobrego kontaktu jak z moim achał-tekinem, ale muszę przyznać, że skakała jak zawodowiec. Dlatego właśnie wygrywałam na niej licznej konkursy…Pamiętam dzień, w którym tata mi ją kupił. To były moje 11 urodziny. Zabrał mnie rano do stajni, pokazał boks i powiedział, że od tej pory będę się uczyła jazdy na własnym koniu. Wtedy Persefona wydawała mi się najpiękniejszym i najmądrzejszym koniem na świecie. Teraz miałam wrażenie, że jeżdżę na koniu-robocie, który bez najmniejszego sprzeciwu wykonuje moje polecenia. Cała radość z jazdy prysła…

Pokonałyśmy ostatnią stacjonatę i zatrzymałam Persefonę. Zmęczyłam się…wyżyłam się…czułam się trochę lepiej. Spięłam klacz i zebrałam wodze, gdy niespodziewanie mój koń zarzucił łbem i zaczął się wyrywać.

- Co ty robisz? Hej, spokojnie! – przestraszyłam się – Prr…dobry koń… – może coś ją przestraszyło. Skróciłam wodze, a klacz zaczęła się jeszcze bardziej szarpać

- Shylund, czy ty na głowę upadłaś?! – na parkur wjechała szefowa klubu – Jak ty wyglądasz?

- Przepraszam, nie rozumiem, o co… – mówiłam jednocześnie starając się zapanować nad koniem

- Co ty robisz? – syknęła kobieta. Wystawiła swój bacik przed nos Persefony, a ta natychmiast się uspokoiła – Gdzie twój żakiet, bryczesy, sztyblety, toczek…cała reszta? Zapomniałaś, jak wyglądają klubowiczki?

- Zapomniałam kluczyka do szafki – przyznałam niechętnie. I bardzo dobrze! Nie miałam ochoty przebierać się w ten śmieszny jedwabny strój i zbędne gadżety. Naprawdę nie potrzebuję bacika, żeby zapanować nad koniem! A może jednak…?

- Masz szczęście, że to dopiero pierwszy dzień po wakacjach… – mruknęła kobieta – Mogę przymknąć na to oko, ale następnym razem za brak subordynacji nasz regulamin przewiduje karę. To prestiżowy klub. Nasz wizerunek nie może ucierpieć. Tutaj jeżdżą największe gwiazdy.

- Tak wiem, proszę pani. Przepraszam.

- I popuść te wodze! To tresowany koń, nie musisz go trzymać za pysk jak dzikiego mustanga. Nie dziwne, że twoja klacz się wyrywa. Więcej gracji i finezji… – dodała

Przewróciłam oczami i zastosowałam się do poleceń. Dyrektora zadowolona zabrała bacik i zebrała wodze.

- Obserwuję cię Shylund – powiedziała na odchodnym, a we mnie zagotowało się ze złości

Tak się nie da jeździć! Pod ciągłą kontrolą! Niczym w Amazon Girls! Choć mimo wszystko wolę tamten klub nawet pod rządami Cataliny. One chociaż potrafiły porządnie jeździć…Zawróciłam Persefonę i pogalopowałam w stronę lasu. Klacz najwidoczniej już dawno nie biegła tak szybko, bo wkrótce zaczęła dyszeć i sapać. Jechałam dalej i nie zwalniałam. Byłam wściekła. Persefona zaczęła się szarpać, ale trzymałam ją mocno. I nagle stało się coś, czego się nie spodziewałam. Klacz stanęła dęba i zaczęła wierzgać, jakby była bykiem na rodeo. Pisnęłam zaskoczona. Wodze wyleciały mi z rąk, a ja…spadłam wprost w krzaki. Przez chwilę po prostu leżałam i patrzyłam się w koronę drzew nade mną. Spadłam z konia…pierwszy raz koń mnie zrzucił…podniosłam się do pozycji siedzącej i odszukałam wzrokiem klaczy. Stała przy drzewie i skubała trawę. Wybuchłam płaczem, czym zaskoczyłam samą siebie. W tym momencie czułam się bezradna, beznadziejna i bezużyteczna. Nie mogę się tu odnaleźć, nic mi nie wychodzi…objęłam się ramionami i ryczałam dalej. Co ze mnie za bogini Epona skoro nie potrafię dogadać się z koniem? A może tylko z Winterknightem miałam taką niepowtarzalną więź? Co ja bym dała, żeby znowu przytulić się do jego miękkiej, czarnej sierści…

Chwilę trwało zanim się uspokoiłam. W końcu musiałam się podnieść i wrócić do klubu. Wytarłam twarz podkoszulką i dopiero teraz zauważyłam, że mam podrapane do krwi ramiona. Nawet tego nie poczułam…w sumie rany tak bardzo mnie nie bolały jak serce. Tęsknię za moimi przyjaciółmi, za Winterknightem, za Willem, za Jorvik…tęsknota dokucza bardziej niż ból fizyczny…

***

Szybko wróciłam do klubu i odstawiłam Persefonę do boksu. Na szczęście nie spotkałam nikogo znajomego, bo pewnie nie uniknęłabym opowieści o mojej przygodzie. Moja reputacja wspaniałej Lany medalistki i zaklinaczki koni ległaby w gruzach. Jak mogłam pozwolić, żeby mnie zrzuciła? Byłam zła…ale teraz już głównie na siebie. Zapomniałam, że Persefona jest o wiele delikatniejsza niż Winterknighta i nie znosi szarpania. Zasłużyłam sobie na to. Jednak gdy ją czesałam, zauważyłam, że klacz posyła mi przepraszające spojrzenie i puka mnie nieśmiało chrapami.

- Przepraszam, to wszystko moja wina… – westchnęłam, drapiąc ją za uchem – Zostawiłam cię na całej wakacje. Za bardzo przyzwyczaiłam się do Winterknighta…ale to nie znaczy, że już cie nie lubię, wiesz? – głos mi zadrżał. Wiedziałam, że ona mnie słucha i rozumie. – Po prostu…daj mi czas, ok? Wszystko się zmieni, obiecuję. Damy radę, tak? Mam tylko ciebie…tylko tobie mogę się wygadać. Daj mi jeszcze jedną szansę, proszę… – przytuliłam się ostrożnie do jej boku. Klacz parsknęła, a po chwili poczułam, jak kładzie mi łeb na plecach. Poczułam jak kamień spada mi z serca. Przynajmniej udało mi się z nią porozumieć. – Wrócę jutro i zaczniemy wszystko od nowa. Na spokojnie… – pogłaskałam ją i podałam marchewkę. Zadowolona klacz zjadła smakołyk, liżąc mnie po palcach. Uśmiechnęłam się mimowolnie. Może jest jeszcze jakaś szansa? Wzięłam swoją torbę i nie przebierając się, wróciłam na parking. Zapadłam zmierzch. Byłam obolała, zmęczona i marzyłam o kąpieli i łóżku…za dużo emocji jak na jeden dzień…

Cieszyłam się, kiedy dojeżdżałam do domu. Naprawdę liczyłam na odpoczynek…dlatego, gdy już z daleka usłyszałam głośną muzykę i zobaczyłam migoczące światła dyskotekowe w moim pokoju zrobiło mi się słabo. Pilotem otworzyłam bramę i pełna niepokoju wjechałam na teren posesji. Zatrzymałam auto i wyskoczyłam z niego, plącząc się w pas. O nie…tego się obawiałam. W zapadających ciemnościach rozpoznałam samochody Sary, Billa i Davida. Nogi się pode mną ugięły i musiałam się podeprzeć na aucie. A więc to jest zemsta Sary…Wpadłam do domu jak burza.

- Martha, ¿qué está pasando?! /Co się dzieje?/ – krzyknęłam

- Twoi znajomi…mówili, że zaprosiłaś ich na imprezę i zaraz przyjedziesz…chcieli, żeby ich wpuścić – przestraszyła się gosposia – Zawsze mówiłaś, że mogą do ciebie wchodzić, więc…

- Voy a mostrarles una fiesta! /Ja im pokażę imprezę!/ – kipiałam ze złości

Zanim Martha zdążyła coś powiedzieć pobiegłam do swojego pokoju, klnąc po drodze po hiszpańsku. Musiałam wyglądać jak bogini wojny, bo kiedy otworzyłam z rozmachem drzwi, wszyscy wytrzeszczyli na mnie oczy. Wyłączyłam muzykę i spojrzałam na nich wzrokiem mordercy.

- ¿Qué está pasando?! – krzykęłam

Bill zakrztusił się piwem, David puścił Natashę, która upadła na łóżko, Jennifer wyleciał telefon i nie zdążyła zrobić selfie, a Toma zupełnie zamurowało. Kilkoro innych znajomych, których ściągnęli zamarło w konsternacji. Tylko Sara wyglądała na opanowaną. Uśmiechnęła się szyderczo i odezwała się słodkim głosem.

- Jak to co skarbie? Robimy imprezkę…jesteś w samą porę. Co z tymi darmowymi drinkami, które obiecałaś.

Zamroczyło mnie za złości. Zamrugałam i cofnęłam się krok do tyłu. Mój pokój wyglądał jak jedno wielkie pobojowisko…wszędzie wlały się czipsy, popcorn, paluszki, czuć było smród papierosów i alkoholu. Tylko spokojnie Lana. Oddychaj. Goście zaczęli szeptać między sobą.

- Ej co nagle zrobiło się tak cicho? To może ja zmienię na coś szybszego… – Bill ruszył do wieży, ale David zatrzymał go za ramię i popchnął do tyłu – O Lana! Piwko czy coś mocniejszego? – zapytał jak gdyby nigdy nic

Zacisnęłam ręce w pięści. No nie…zabiję ich…

 

O tym jak kończy się piękny sen i zaczyna się zwykłe życie, czyli powrót do Los Angeles…

15 sty

Prom powoli zbliżał się do portu w Los Angeles, a ja z minuty na minutę stawałam się kłębkiem nerwów. To niesamowite, że dwa miesiące temu płynęłam tym samym promem w drugą stronę spokojna, zrelaksowana… no i może podekscytowana perspektywą wakacji na tajemniczej wyspie z dzieciństwa mojej mamy. W najśmielszych snach nie przypuszczałam, że te dwa miesiące przeminą tak szybko…i tak bardzo zmienią moje życie. Czuję się zupełnie inną osobą, inną Laną. Za dużo wiem, za dużo widziałam, zbyt wiele osób poznałam…Chłodna morska bryza rozwiała mi włosy, a mnie przeszedł dreszcz. Zapięłam bluzę i skrzyżowałam ramiona na piersi. Oparłam się o barierkę, bo poczułam, że trzęsą mi się łydki. Na horyzoncie pojawiły się kontury wielkiego portu. Gardło ścisnęło mi się z żalu, a w oczach zapiekły mnie łzy, więc spuściłam wzrok na spokojną, lazurową toń wody. Co się ze mną dzieje? Przecież wracam do domu…do mojego prawdziwego życia. Więc dlaczego mam wrażenie, że moje życie skończyło się wraz z wyjazdem z wyspy Jorvik? Uspokój się, uspokój! Myśl racjonalnie…musisz sobie z tym poradzić. Przetarłam twarz rękami i wzięłam głęboki oddech. Palce prawej ręki mimowolnie ześlizgnęły się na ametystową opaskę, symbol mojej drużyny, mojego temu Lany. Rose, Jasper, William, Alex, Anastasia, Jackob…co by powiedzieli, gdyby mnie teraz zobaczyli? Dziewczyna, która pokonała „diabła wyspy” płacze, bo musi wracać do domu? Kobito ty się w łeb walnij! Jestem Lana, Lana Shylund wyspa Jorvik mnie zmieniła, ale nie osłabiła. Dzięki tej przygodzie stałam się silniejsza i bardziej pewna siebie. Odkryłam prawdziwą siebie i odkryłam tajemnicę matki. Nie zakończyłam jednak całej tej sprawy. Czeka mnie jeszcze rozmowa z mamą: o jej ucieczce, o śledztwie przeciwko Sandsowi, o druidach, o Lorette, o starym Earlu, o Lorelaj, o Elizabeth, o Lucasie…teraz wiem więcej i nie dam się tak łatwo zbyć. Muszę jednak być silna, bo mama jest twardą zawodniczką. Z jednej strony podziwiam ją, że tyle lat udawało jej się ukrywać prawdę, ale z drugiej strony okłamałam mnie o wszystkim. To niewybaczalne. Ukryła przede mną ważne informacje o naszej rodzinie. Chcę wyjaśnić z nią parę spraw i przekonać do przyjazdu na wyspę Jorvik. To może być najcięższa część, ale obiecałam to staremu Earlowi. I dotrzymam słowa.

Kapitan promu nie spieszył się z przybiciem do brzegu. Jakby specjalnie dla mnie powoli kołował i z opóźnieniem wrzucił kotwicę. Ostatni raz rzuciłam okiem na jedyny statek, który może przewieźć ludzi do tej magicznej krainy. Wrócę do Jorvik. Najszybciej jak będę mogła. Westchnęłam ciężko i wzięłam moją podróżną torbę. Człapiąc za resztą pasażerów zeszłam po trapie na brzeg. Nogi trochę mi się chwiały od zejścia na twardy grunt, ale w tym momencie zjawił się przy mnie niezawodny George. To jeden z najbardziej zaufanych ludzi taty. Jest naszym szoferem odkąd pamiętam. Może być już dobrze po 50, a jego czarne włosy są już przyprószone siwizną.

- Witam panienkę na stałym lądzie. Pomogę panience z tą torbą – powiedział z uśmiechem i zanim zdążyłam coś powiedzieć, zabrał mój bagaż

- Cześć George – uśmiechnęłam się lekko – Dziękuję, odzwyczaiłam się już noszenie za mną pakunków.

- Właśnie widzę… – spojrzał na mnie badawczym wzrokiem – Nabrała panienka masy.

- Słucham? – wytrzeszczyłam oczy, nie wiedząc, czy żartuje

- Mięśnie…chodziło mi o mięśnie – poprawił się szybko ze śmiechem – Teraz to panienka mogłaby bez problemu przyłożyć jakiemuś lalusiowi na dyskotece. Już nie będzie panience potrzebna eskorta Swena.

- Haha masz rację – zaśmiałam się na głos – Radziłam już sobie z gorszymi typkami niż napalony, pijany nastolatek… – dodałam ciszej, a przed oczami stanęły mi wszystkie potyczki z jeźdźcem w czarnej pelerynie, Sandsem i Erickiem…To była szkoła życia! Swen może sobie wsadzić w nos swój złoty pas mistrza boksu wagi ciężkiej. Szybko pokręciłam głową, żeby pozbyć się wspomnień. Nie trać kontaktu z rzeczywistością!

- Wszystko w porządku? – George od razu zauważył moje roztargnienie. Zna mnie od dziecka, więc widział mnie w różnych nastrojach, a ja często traktowałam go jak dziadka, którego nigdy nie poznałam. Nie uda mi się przed nim ukryć prawdy, ale muszę się postarać.

- Tak, przepraszam. Zamyśliłam się – podrapałam się po karku i uśmiechnęłam się niepewnie

- Pewnie panienka jest zmęczona po podróży, a ja tak panienkę męczę pytaniami – zreflektował się, zanim zapadła niezręczna cisza – Chodźmy do auta.

Z ulgą ruszyłam za szoferem na parking na tyłach portu. Szczerze powiedziawszy od jazdy samochodem też się odzwyczaiłam. Przez dwa miesiące moim jedynym środkiem transportu był koński grzbiet, więc teraz czułam się dziwnie siedząc na skórzanych, beżowych siedzeniach w klimatyzowanym dużym białym mercedesie. Ostrożnie zapięłam się pasami i zapadłam się w miękkie siedzenie, czekając aż George odłoży torbę do bagażnika.

- O matko ma panienka taką minę jakbym wsadził panienkę do pojazdu kosmitów – parsknął śmiechem szofer

- Trochę tak się czuję… – chrząknęłam zmieszana

George spojrzał na mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy, ale po chwili wzruszył ramionami i założył przyciemniane okulary. Przekręcił kluczyk w stacyjce i ruszyliśmy, a ja przypomniałam sobie jak rażące potrafi być kalifornijskie słońce. Skrzywiłam się i zmrużyłam oczy. Na wyspie Jorik też świeciło słońca, a i owszem! Czasem było tak gorąco, że nie można było znaleźć skrawka cienia, ale nigdy mnie to nie drażniło, a teraz…miałam ochotę wsiąść z auta.

- Druga para okularów jest w skrytce – przypomniał życzliwie George

- Och…no tak…dziękuję – mruknęłam i szybko założyłam okulary. Od razu lepiej.

Zauważyłam, że szofer podkręca klimatyzację. Spojrzałam na niego katem oka.

- Przepraszam, po prostu panienka bardzo intensywnie pachnie…końmi… – zaczął się usprawiedliwiać

- No tak zapomniałam…pewnie wszystkie moje ubrania tak pachną, bo całe dnie jeździłam z Winterknightem po Jorvik – powiedziałam, przypominając sobie to cudowne uczucie wiatru we włosach i szumu w uszach…końskie rżenie. Czułam się wtedy, jakbym mogła podbić świat. Pod wpływem impulsu otworzyłam okno i wystawiłam rękę, żeby poczuć na skórze pęd powietrza.

- Nie ma potrzeby otwierać okna, aż tak bardzo nie przeszkadza mi ten zapach – zmieszał się George

- Nie, ja po prostu chciałam poczuć wiatr…brakuje mi go. Ja i Winterknight codziennie galopowaliśmy po polach i lasach niezależnie od pogody – odparłam w zamyśleniu

- Rozumiem, że wakacje w siodle udały się? – uśmiechnął się kącikiem ust

- I to jak… – pokiwałam głową. George też pokiwał głową i włączył radio. Akurat leciał przebój Katy Perry „Roar”. Skrzywiłam się lekko i przyciszyłam radio.

- Co się stało? Już panienka nie lubi już Katy Perry? – zdziwił się George

- Lubię ale…było trochę za głośno – chrząknęłam i poprawiłam się w fotelu. Nogi zaczęły mi się przylepiać do tych skórzanych siedzeń.

- To może powie mi panienka coś o tym Winterknighcie. To koń ze stajni twojego wujka, tak?

- Tak, ale to trochę bardziej skomplikowana historia! – ożywiłam się – Winterknight był u wujka tylko na przechowanie. Tak naprawdę jego właściciel był William Greenlight – arogancki, zadufany w sobie, agresywny typek…tak jak jego koń. Przynajmniej tak mi się wydawało na początku – zaśmiałam się – Wiesz George, że wszyscy bali się podjeść do Winterknighta, a ja to zrobiłam od razu, jak go zobaczyłam. Mało tego od razu na niego wsiadłam! Myślałam, że Rose i Jackob dostaną zawału jak to zobaczyli…

- No zaczyna się robić ciekawie… – parsknął szofer – Zawsze wiedziałem, że jest panienka w gorącej wodzie kapana…

- George, znasz mnie od dziecka – nie wytrzymałam – Dlaczego mówisz do mnie per „panienka”?

Szofer aż się zakrztusił. Odwrócił się do mnie i zdjął okulary. W jego oczach był szok.

- Ponieważ sama panienka mi kazała. Nie chciała panienka wyróżniać się  wśród koleżanek. Podobno ich szoferzy nie zwracali się do nich po imieniu…

Zatkało mnie…byłam aż tak pusta i zepsuta? Nawet nie sądziłam, że jeszcze dwa miesiące temu zachowywałam się jak typowa kalifornijska laleczka. Sama myśl o tym mnie przerażała. Jak ja traktowałam ludzi wokół siebie? Jak mogłam w taki sposób potraktować Georga, który był dla mnie prawie jak rodzina. Przełknęłam ślinę i nieśmiało spojrzałam mu w oczy.

- Przepraszam za tamto…możemy o tym zapomnieć? Jestem Lana…nie jakaś tam panienka – wzdrygnęłam się

- Dobrze… – kiwnął powoli głową, nadal zdziwiony – Jak sobie życzysz, Lana.

Reszta podróży do domu upłynęła mi na opowiadaniu moich przygód na wyspie Jorvik. Oczywiście nie zdążyłam mu powiedzieć wszystkiego, na to potrzebowałabym co najmniej tygodnia, ale szofer był i tak pod wrażeniem tego, co usłyszał. Nawet nie zauważyłam, gdy podjechaliśmy pod willę taty w dzielnicy Chatsworth. Dopiero gdy usłyszałam szczekanie dwóch dobermanów ojca: Kła i Demona, uświadomiłam sobie, gdzie jestem. Słońce już powoli zachodziło, oświetlając ogromną, białą willę czerwono- złotymi promieniami. Czujniki światła już zaczęły działać i droga do ogrodu zaczęła migotać za sprawą kolorowych lampionów. W oddali słychać było szum wody od zjeżdżali wodnej i mini wodospadu.

- Zapomniałam, że tu jest tak…luksusowo – zamrugałam oczami

- Witamy w domu Lana – uśmiechnął się George – Właśnie kończy się ostatni dzień wakacji – kiwnął głową na zachodzące słońce

- Tak…niestety – przełknęłam głośno ślinę

- Masz zamiar stąd w ogóle wyjść? – zażartował szofer, widząc jak przykuło mnie do siedzenia

- A mam jakiś wybór? – spojrzałam się na niego, szukając ratunku

- Chyba nie… – westchnął

- Tak myślałam…dzięki za pocieszenie George.

- Do usług – zaśmiał się i wysiadł, żeby wyjąć moją torbę

Wzięłam głęboki oddech i poszłam za jego przykładem. Ledwo zeskoczyłam na ziemie, przybiegły do mnie psy. Zaciekawione przestały szczekać i wąchały mnie dokładnie. No tak, niby wyglądałam jak stara Lana, ale pachniałam jak zupełnie ktoś inny. W środku też czułam się jak ktoś inny…

- Moja mała, kochana Lana! – drzwi otworzyły się i zobaczyłam jak po schodach biegnie do mnie Martha, nasza gosposia. Niska, nieco przy kości charyzmatyczna osóbka. Jej okrągła, czerwona twarz dosłownie promieniała radością na mój widok. Poczułam jak robi się ciepło na sercu. Martha zawsze otwarcie wyrażała swoje uczucia i nie zważała na żadne konwenanse. Przytulała mnie mocno, gdy tego potrzebowałam, ale gdy sobie na to zasłużyłam, potrafiła mnie zbesztać i postawić do pionu. Raz nawet nawrzeszczała na tatę i klnąc na czym świat stoi oświadczyła, że nie ma zamiaru gotować z tak marnej jakości produktów kolacji dla „bandy adwokatów”. Kochana kobieta…zawsze podziwiałam ją za mocny charakter i pewność siebie. Tata chyba też ją za to cenił, bo normalnie wyrzucał każdego pracownika, który mu się sprzeciwił. Martha była ciepła, szczera  i dobroduszna…przypominała mi trochę kochaną panią Kindergarden. Do oczu napłynęły mnie łzy. Z ulgą wpadłam w ramiona gosposi i ukryłam twarz w jej fartuchu, który pachniał cebulą, papryką i bazylią…

- Martho, tak się cieszę, że cię widzę – uśmiechnęłam się przez łzy, kiedy w końcu mnie puściła

- Kruszynko, ty płaczesz? Aż tak się stęskniłaś? – wzruszyła się Martha – Jak ty schudłaś! Widziałeś to George?! Skóra i kości!

- Nie kości tylko mięśnie Martho – poprawił się szofer

- Głodzili cię tam kochanie? – Martha udała, że go nie słyszy

- Nie, jedzenie było tam naprawdę pyszne. Nawet nauczyłam się robić jajecznicę…i naleśniki… – pochwaliłam się

- Coś podobnego! Nasza księżniczka zechciała nauczyć się gotować – gosposia wzięła się pod boki – A dało się to w ogóle zjeść?

- Oczywiście, że tak! – udałam obrażoną

- Coś podobnego… – powtórzyła Martha – Nie myślałam, że doczekam tego dnia, aż panienka Lana zacznie gotować…sprzątać też cię tam nauczyli? – szturchnęła mnie w bok z psotnym uśmiechem, a ja zrobiłam się czerwona. Było ze mną aż tak źle? Czemu wcześniej tego nie widziałam?

- Nie męcz jej Martho, dziewczyna jest pewnie głodna i marzy o spaniu – George uratował sytuację

- Och tak, zapomniałam o kaczce w piekarniku! – klasnęła w dłonie gosposia – Szybko idź po ojca i przyjdźcie na kolacje…ugotowałam twoje ulubione danie – mrugnęła do mnie – Tylko przebierz się…śmierdzisz końskim łajnem – stwierdziła i pobiegła z powrotem do domu

- Aż tak źle? Mogłeś powiedzieć – spojrzałam z wyrzutem na Georga i dyskretnie powąchałam koszulkę.

- Chciałem być taktowny – wzruszył ramionami szofer – Nie to co nasza kobieta-demolka…

- Mama też będzie na kolacji? – zapytałam z nadzieją

- Niestety…musiała dziś dłużej zostać w hotelu. Ma jaką galę czy coś w tm rodzaju…

- Rozumiem… – burknęłam

- Ale przynajmniej pan Shylund jest w domu. – uśmiechnął się szofer – Leć do niego, czeka na ciebie. Jest w swoim gabinecie.

Skinęłam głową i posłusznie pobiegłam do ojca. Wspięłam się na drugie piętro po kręconych schodach z białego marmuru, a moje tenisówki skrzypiały nieprzyjemnie na wypastowanej, lśniącej podłodze. Gabinet taty znajdował się na końcu korytarza w zachodnim skrzydle. Gdy zbliżyłam się do drzwi i zapukałam, poczułam się znowu jak mała dziewczynka, która jednoczenie pragnie i boi się spotkania z ojcem. Pragnie się do niego przytulić, pochwalić się obrazkiem z przedszkola, ale jednocześnie drży z niepokoju, że kolejny raz zostanie odprawiona z kwitkiem, a ojciec nawet nie zaszczyci jej spojrzeniem. Słysząc niski, spokojny baryton ojca zapraszający do wejścia, serce zabiło mi mocniej. Przełknęłam ślinę i pociągnęłam za ręcznie rzeźbioną klamkę ze złota w kształcie głowy tygrysa.

- Tato? – szepnęłam ściśniętym z emocji głosem

- Lana – ojciec obrócił się na swoim wielkim, czarnym skórzanym fotelu od okna i spojrzał na mnie. Ku mojej uldze uśmiechał się – Mi niña de nuevo. /Moja mała dziewczynka wróciła/

- Papá… – westchnęłam i pobiegłam go przytulić

Ojciec zaśmiał się i uścisnął mnie mocno. Pewnie niedawno wrócił z kancelarii, bo wciąż był ubrany w garnitur i białą koszulę. Pachniał też wodą kolońską i cygarami. Był już po 40, ale wciąż o siebie dbał. Chodził na siłownię ze swoimi kumplami z pracy, a jego ramiona i klatka piersiowa były umięśnione jak u atlety. Pewnie dlatego budził respekt, gdy pojawiał się w sądzie. Tutaj wszyscy mi powtarzają, że z wyglądu jestem podobna do ojca (odwrotnie niż na wyspie Jorvik). Do tej pory też tak uważałam, bo odziedziczyłam po nim typowo hiszpański wyglad – ciemne włosy, oliwkową cerę, ciemne, prawie czarne oczy. Zawsze cieszyłam się, gdy tacie udało się odebrać mnie ze szkoły. Wszystkie nauczycielki się w nim podkochiwały. Wystarczyło, że wszedł do szkoły w tej swojej białej koszuli podwiniętej do łokci, przeczesał ręką czarne, wystylizowane włosy i błysnął w uśmiechu białymi zębami. Rozumiem, czemu kiedyś spodobał się mamie. Teraz, gdy patrzyłam na jego twarz, miałam wrażenie, że postarzał się przez te dwa miesiące. Jego czarne, magnetyczne oczy nie błyszczały już tak jak kiedyś, zamiast tego były podkrążone i zmęczone. Na czole pojawiło się więcej zmarszczek. Ma jakieś kłopoty?

- Querida hija…te ves muy bien…pero los caballos olor /Kochana córeczka…świetnie wyglądasz…ale pachniesz końmi./ – powiedział wesoło, a ja zapomniałam moich podejrzeniach.

- Wiem, wiem przebiorę się na kolacje – przewróciłam oczami

- Podobało ci się na wyspie Jorvik? – zapytał wesoło

- Bardzo…to były moje najlepsze wakacje – odpowiedziałam szczerze.

- To dobrze…może w końcu przestaniesz nas tak zamęczać, żebyśmy tam pojechali – powiedział i nagle czar prysł. Poczułam jak w gardle rośnie mi gula. Czy to znaczy, że już nie pozwoli mi tam jechać? – Wszystko w porządku? – spojrzał na mnie, gdy zamilkłam

- Tak, tak… – skłamałam szybko i spróbowałam przywołać na twarz uśmiech – Martha powiedziała, że kolacja już gotowa.

- O tak, czuję – wziął głęboki oddech – Idź się przebrać i widzimy się na kolacji. Muszę jeszcze coś dokończyć  – mruknął, a ja w końcu zobaczyłam leżący na biurku stos papierów. Zdążyłam zauważyć tylko jakieś duże sumy pieniędzy, zanim ojciec zebrał kartki do kupki.

- Jasne, ale pospiesz się, bo wszystko ci zjem. Jestem głodna jak wilk – uśmiechnęłam się

Wyszłam z gabinetu lekko skołowana. Czy to możliwe, żeby zakazał mi kolejnych wyjazdów na wyspę? Jeśli tak, to ucieknę! Przyrzekam, że to zrobię! Co ja mówię…co się ze mną dzieje? Muszę się uspokoić…Ruszyłam powoli do mojego pokoju we wschodnim skrzydle. Weszłam do środka i przez chwilę stałam jak zaklęta. Przywitały mnie pudroworóżwe ściany, wielkie wodne łóżko z baldachimem, ściana wytapetowana plakatami Katy Perry, Taylor Swift i Justina Biebera oraz słodkie białe mebelki jak z domku dla lalki. Jak babcie kocham…ja tu mieszkałam?! Zdjęłam tenisówki i po stopniach wdrapałam się na łóżko. Jak mięciutko…pościel pachniała różami, a u wezgłowia siedział pluszowy, kolorowy jednorożec (pamiątka z jednej z imprez). Po namyśle pobiegłam do torby, wyciągnęłam z niej mojego miśka Teodora i położyłam go na poduszce. No dobrze…może to jednak mój pokój. Mam wrażenie, jakbym byłam pacjentką z amnezją i właśnie wracała mi pamięć. Usiadłam ostrożnie na łóżku i podskoczyłam. Odbiłam się jak piłeczka kilka razy. Nic nie skrzypiało, deski nie wbijały się w plecy, a pościel zrobiona z satyny była mięciutka i pachnąca. Hmm można polubić spanie w takim pokoju. Uśmiechnęłam się, patrząc się na podwieszaną przy suficie huśtawkę-pufę. Lubiłam się na niej huśtać i godzinami gadać przez telefon z koleżankami. Właśnie, przez telefon…dopiero teraz sobie o tym przypomniałam. Wróciłam do torby i zaczęłam w niej grzebać, dopóki nie wyciągnęłam mojego smartphone z samego dna. Zupełnie się rozładował, ale w sumie nie bardzo mnie to obchodziło, bo na wyspie Jorvik i tak nie mogłam używać telefonu. Po pierwsze nie było tam zasięgu, a po drugie nikt tam nie potrzebował telefonu. Gdy ludzie chcieli się spotkać, po prostu do siebie przyjeżdżali albo szukali się na dworze. W gruncie rzeczy to było bardziej, naturalne, proste…a telefon…Drżącą ręką podłączyłam smartphone do ładowarki. Tak jak przypuszczałam od razu pojawił mi się komunikat o ilości nieodebranych połączeń i wiadomości w skrzynce smsowej. Sara, Jennifer, Natasha, Jade, Elena, Tom, Bill, David…uuuła zapchali mi całą skrzynkę. Domyślam się, że będą na mnie bardzo obrażeni. I tak nie uwierzą mi, że gdzieś może nie być zasięgu. Dla nich coś takiego jest nierealne, po prostu sytuacja z filmu science fiction. Otworzyłam pierwsze smsy. Prychnęłam i ze złością rzuciłam telefon o ziemię. Jakie to wszystko puste! Sara zasypywała mnie wiadomościami o promocji w centrum handlowym i pytała jaką sukienkę ma sobie kupić na imprezę, a Bill…ten to pojechał po bandzie. Nie wiem co brał, ale musiał być na haju skoro wypisywał do mnie o swoich fantazjach erotycznych o 2 w nocy…co za banda idiotów! Czemu ja się z nimi przyjaźnię? Nie widziałam wcześniej kim są? A może mi to nie przeszkadzało…Usiadłam po turecku i oparłam się plecami o ścianę. Zamknęłam oczy. Ha! Jutro jest pierwszy dzień szkoły i będę się musiała z nimi zobaczyć. To chyba jeszcze gorsza wiadomość. Chwilę tak siedziałam zanim wstałam z podłogi i zażenowana podeszłam do szafy.

- O cholera… – mruknęłam, widząc zawartość szafy. Krótkie spódniczki, wydekoltowane bluzki, shorty – To jakiś sen…koszmar – zamknęłam oczy i pomasowałam skronie – Spokojnie, po prostu potrzebuję dnia, żeby się przyzwyczaić. Jeden dzień…tak, jutro wszystko będzie dobrze. Jutro już wszystko będzie po staremu… – próbowałam sobie tłumaczyć

Tłumiąc w sobie wstręt do własnej garderoby wyjęłam jeansowe shorty i zwykłą bluzkę z krótkim rękawem z nadrukiem w hawajskie kwiaty. To wydawało mi się w miarę normalne. Wykapałam się i tak ubrana ruszyłam na kolację. Martha przeszła samą siebie. Kaczka nadziewana jabłkami, naleśniki z nutellą, zupa krem z pomidorów, roladki z cukinii, czekoladowe ciasto z wiśniami…już dawno się tak nie najadłam. Ojciec przyszedł w połowie kolacji. Był zamyślony i sprawiał wrażenie nieobecnego. Dopiero gdy Martha zapytała się, czy nałożyć mu kaczki, ocknął się z zadumy. Opowiadałam reszcie domowników o moich przygodach i nowych znajomych, ale kątem oka wciąż patrzyłam na tatę. Tak bardzo chciałam, żeby włączył się w moją opowieść, zadawał pytania…po prostu aktywnie słuchał! Cóż, prawdopodobnie tak jest zawsze…Martha chyba zauważyła moje ukradkowe spojrzenia w stronę ojca, bo szturchnęła go łokciem i spojrzała na niego znacząco.

- No tak, bardzo miła to twoja Catalina… – odchrząknął w końcu

- Rose tato…Catalina była akurat tą niemiłą… – przewróciłam oczami

- Tak? Przepraszam, wiesz, że nie mam pamięci do imion – puścił do mnie oko znad kieliszka wina – To co, jutro powrót do szkoły?

- Niestety… – westchnęłam

- Tak myślałem, że nie będziesz zadowolona, dlatego mam dla ciebie prezent, żeby trochę osłodzić ci ten dzień – powiedział, wycierając usta serwetką

- Tak? – zmarszczyłam brwi – Nie muszę iść do szkoły?

- Nie…ale mam coś, żeby droga minęła ci przyjemniej – odparł z zagadkowym uśmiechem – Przed wakacjami zdałaś na prawo jazdy, prawda? – pochylił się do mnie przez stół – Więc chyba czas na twój pierwszy samochód.

- Naprawdę?! – pisnęłam

- O tak…porsche boxer spyder w twoim ulubionym czerwonym kolorze – wyszczerzył się

- Żartujesz tato…przecież to nowiutkie auto…chciałam takie… – wytrzeszczyłam oczy. Zabrakło mi słów – Przecież jak chłopaki to zobaczą, oczy wyjdą im na wierzch.

- Cualquier cosa por mi princesa. /Wszystko dla mojej księżniczki/ Nie możesz przecież jeździć jakimś gratem. W końcu jesteś Shylund.

- Dziękuje tato… – wstałam od stołu i rzuciłam mu się na szyję – Pokażesz mi go? Przejedziemy się razem?

- Jest w garażu. George ci pokaże, jeśli będziesz chciała. – pogłaskał mnie po głowie

- A ty? – zmarkotniałam

- Musze wyjść na godzinkę…ale co to za smutna mina? Wrócę zanim zaśniesz.

- W porządku – chrząknęłam i odsunęłam się od niego powoli

- Obiecuję. Jeszcze zdążysz mi pokazać jak śmigasz swoim autkiem – poczochrał mnie po włosach, jak w czasach, gdy byłam mała. Zawsze tak mówił, ale rzadko dotrzymywał słowa. Skinęłam głową i wróciłam na swoje miejsce.

- Muszę już iść. Jak zwykle pyszna kolacja Martho. – pochwalił naszą gosposię – Zadzwoń do mnie, kiedy Charlie zjawi się w domu. Idziemy Swen – dodał ciszej. Przeszedł mnie dreszcze. Coś w jego tonie mnie zaniepokoiło, ale nie wiedziałam jeszcze co. Udałam jednak, że jestem zajęta smarowaniem naleśnika nutellą. Już po chwili go nie było.

- Chcesz obejrzeć samochód, Lana? – zapytał George po chwili milczenia

- Nie – odparłam cicho

- Tak myślałem… – chrząknął szofer

- Dziękuję, kolacja była pyszna – wstałam powoli od stołu – Pójdę już do siebie. Jestem zmęczona.

- Oczywiście kruszynko, wyśpij się. Jutro zaczyna się szkoła – powiedziała dobrotliwie Martha

- Może pomogę ci sprzątać? – zaoferowałam się

- Och nie…nie musisz, to moja praca – wyglądała na lekko zdziwioną – ale dziękuję, że zapytałaś – dodała po chwili namysłu

Skinęłam głową i ruszyłam do mojego pokoju. W połowie drogi przystanęłam. Wcale nie miałam ochoty tam iść. Chyba nie zasnę w tym różowym pokoiku dla Barbie. Zawróciłam i wyszłam na taras. Potrzebowałam powietrza. Na dworze było już ciemno, ale wciąż przyjemnie ciepło. Niebo było bezgwiezdne. Usiadłam na leżaku i zamknęłam oczy. Cisza i spokój…szum mini wodospadu mnie uspokajał. Mogłam sobie wyobrazić, że leżę na plaży w Forcie Pint. Lampki oświetlające basen budowały przyjemny nastrój. Leżę na piasku, słyszę rżenie koni i śmiech przyjaciół, zespół gra tajemniczą, magiczną celtycką muzykę, księżyc w pełni oświetla wybrzeże. Ja i Will stoimy po pas w wodzie, przyciąga mnie do siebie za pasek od shortów…jeszcze chwila i mnie pocałuje… Powoli zaczynałam się odprężać. Nagle poczułam coś zimnego i mokrego na policzku. Łzy? Spanikowana zaczęłam szybko wycierać twarz. Za bardzo odpłynęłam. Jestem w will w Los Angeles…daleko…cholernie daleko od wyspy Jorvik…

…Zasnęłam. Nawet nie wiem kiedy. Obudził mnie dotyk czyiś rąk. Delikatna dłoń o długich palcach pogłaskała mnie po policzku.

- Mama… – szepnęłam

- Cii…śpij. Nie chciałam cię obudzić – szepnęła

- Chciałam z tobą porozmawiać… – próbowałam się obudzić

- Domyślam się… – mruknęła, odgarniając grzywkę z mojego czoła. Nagle jej dłoń zatrzymała się w miejscu, gdzie Elizabeth naznaczyła mnie celtyckim znakiem. Usłyszałam jak mama wciąga powietrze. Była druidką, musiała wyczuć znak. W tym mroku nie wiedziałam jej twarzy, ale chyba była zdenerwowana, bo dłoń jej zadrżała. Cofnęła ją szybko. – Dziś jest już późno. Wiem, że masz dużo pytań…ja zresztą też, ale musimy przełożyć tą rozmowę na jutro.

- Ale mamo…

- Za kilka godzin musisz wstać do szkoły – szepnęła mi do ucha i podniosła mnie na ręce – Chyba schudłaś, moja panno – mruknęła

Chciałam coś powiedzieć, ale coraz bardziej odpływałam aż w końcu poddałam się i pozwoliłam porwać się do krainy snu. Chyba byłam bardziej zmęczona niż mi się wydawało.

***

Gdy o 7 rano budził zaśpiewał mi piosenkę Justina Biebera „Baby” poderwałam się z łóżkiem z morderczym odruchem zniszczenia tego „diabelskiego narzędzia”. Od razu się obudziłam…mam nadzieję, że to był powód ustawienia tej piosenki na pobudkę. Innego powodu nie jestem sobie wyobrazić. Po omacku złapałam telefon i szybko zmieniłam dźwięk budzika na pierwszy lepszy normalny dzwonek. Z westchnieniem odrzuciłam telefon i opadłam na poduszki. Misja wykonana…mam już dość, a to dopiero początek dnia.

- Pora na coś bardziej spektakularnego, co Teodor? – podniosłam miśka – Tak…mam na myśli znalezienia czegoś normalnego w tej szafie – prychnęłam – A potem muszę przeżyć ten pierwszy dzień…myślisz, że dam radę? – spojrzałam w jego mądre, czarne, błyszczące oczka – A niech to kaczki zdepczą…chętnie wzięłabym cię ze sobą, ale to chyba byłaby lekka przesada – przytuliłam mocno maskotkę – Opaska musi mi wystarczyć – postukałam ametyst na ramieniu

W końcu wygramoliłam się z łóżka. Drzwi na balkon były otwarte na oścież, więc pokojówka już tu była…albo mama je otworzyła wczoraj w nocy. W każdym bądź razie słońce pięknie świeciło i zapowiadał się cudowny dzień…tak jak większość dni w Kalifornii (jeśli ktoś lubi upał oczywiście). Przekopałam cała szafę i w końcu znalazłam zwykły, dopasowany czerwony t-shirt i zwykłe jeansy. Założyłam do tego zwykłe tenisówki i nawet się nie pomalowałam. Zarzuciłam torbę na ramię i stanęłam przed lustrem. Ciemne, kręcone włosy do połowy pleców (już ich nie prostuję jak kiedyś), duże czarne oczy bez ostrych kresek i doklejanych rzęs (i tak miałam naturalnie długie rzęsy) i opalona, oliwkowa cera…w końcu wyglądałam jak prawdziwa chica española. To ja, nowa, prawdziwa Lana. Kiwnęłam swojemu odbiciu i zeszłam na dół.

- Drugie śniadanie, twoje ulubione bułeczki z dżemem… – Martha już czekała na mnie przy schodach – Lana? – wytrzeszczyła oczy na mój widok – Idziesz tak do szkoły?

- Tak, a co w tym złego? – wzruszyłam ramionami

- Nic – pokręciła szybko głową gosposia – Po prostu już dawno nie widziałam cię tak ubraną…

- To dobrze czy źle? – uniosłam brew

- Bardzo dobrze – przytaknęłam energicznie – No…pani Charlie kazała ci przekazać, że po południu będzie na ciebie czekać w hotelu. – wyglądała na zmieszaną

- W porządku – mruknęłam, biorąc kluczki do mojego porsche z wieszaczka – A tata? O której wrócił?

- Późno w nocy…teraz śpi…

- Niech śpi… – burknęłam, kierując się do garażu. Tata i te jego obiecanki-cacanki – Miłego dnia, Martho.

- Uważaj na drodze! – zawołała za mną gosposia

- Jasna sprawa! – wyszczerzyłam się w uśmiechu i zeszłam do garażu, nucąc pod nosem

Wbrew temu, co myślałam, nie zgubiłam drogi. Złość na rodziców sprawiła, że zapomniałam o strachu i myśli, że pierwszy raz jadę sama do szkoły nowiutkim porsche. Płynnie wjechałam na dobrze mi znany szkolny parking i zaparkowałam w moim ulubionym miejscu w cieniu wielkiego dębu. Poszłam do sekretariatu i odebrałam swój plan lekcji. Nawet nie jest tak źle. Dziś mam chemię, biologię, dwie godziny zajęć sportowych, godzina literatury i hiszpański. Luzik. Odniosłam książki do szafki i wróciłam pod pracownię chemiczną. O dziwo nikt nie zwracał na mnie uwagi, a ja też specjalne nie rzucałam się w oczy. Przez chwilę miałam wrażenie, że ludzie traktują mnie jak nową osobę. Z trudem ukrywałam śmiech. To zabawne jak ubranie może zmienić człowieka.

Do przerwy obiadowej udało mi się funkcjonować inco gnito. Nawet zaczęło mi się do podobać. Na stołówce zadowolona z siebie wzięłam tackę z jedzeniem i ruszyłam do stolika, gdzie zwykle siedzę z dziewczynami, gdy nagle mnie olśniło. Nie mogę tam usiąść. Jeśli chcę pozostać niezauważona, muszę dalej wtapiać się w tłum. O nie, Bill i Tom tu idą! Nie mogą mnie zauważyć! Bill jest głupi jak but, ale Tom na pewno mnie poza…zwłaszcza, że kiedyś poznał mnie bardzo blisko. Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam przed siebie. Usiadłam przy pierwszym lepszym stoliku, plecami do nich i odetchnęłam z ulgą. Przeszli obok mnie.

- Cześć – odezwała się dziewczyna obok mnie, a ja prawie podskoczyłam

- Cześć – uśmiechnęłam się nerwowo – Mogę się dosiąść?

- Właściwie już to zrobiłaś – zauważyła dziewczyna

- No tak… – drżącą ręką założyłam włosy za ucho – Jestem Lana.

Zapanowała cisza. Trzy osoby siedzące przy stoliku patrzyły się na mnie uważnie, jakby skanowały mnie laserem. Przełknęłam ślinę. Ciężko tu zawierać nowe przyjaźnie.

Dziewczyna, która się do mnie odezwała miała długie czarne włosy z fioletowymi pasemkami. Była ubrana w czarną podkoszulkę na ramiączkach i czarne, podziurawione rurki. Na biodrach miała przewiązaną czerwoną koszulę w kratę, a w uszach kolczyki w kształcie trupich czaszek. Nigdy nie rozmawiałam z dziewczynami takiego pokroju, ale wydaje mi się, że nazywa się Caroline. Caroline Dumort. Nienawidzi cheerleaderek, bo według niej robimy z siebie laleczki i zgadzamy się na paradowanie w seksistowskich strojach. Ach tak…zapomniałam wspomnieć, że byłam zastępcą szefowej cheerleaderek.
Chłopak siedzący obok niej był trochę otyły, ale miał sympatyczną, okrągła twarz. Rude włosy wyglądały jakby ich właściciel właśnie wstał z łóżka, a grzywka postawiona do góry sprawiała wrażenie, jakby chłopak robił eksperymenty w sali chemicznej i coś mu wybuchło w twarz. Ubrany był w granatową koszulkę z wizerunkiem Wiedźmina, a na szyi miał przewieszone duże, czarne słuchawki. Palce już miał usmarowane keczupem, ale grzecznie przerwał jedzenie hamburgera, żeby lepiej mi się przyjrzeć. Kevin Ducker, naczelny gracz w rankingu szkolnym. Spławiłam go przy oczach całej szkoły, gdy poprosił mnie na szkolnej dyskotece do tańca. Ostatnia była chuda, wysoka dziewczyna, która wyglądała jakby miała co najwyżej 11 lat. Miał krótkie brązowe, puszyste włosy ścięte do kości policzkowych i różową grzywkę. Przez wielkie sarnie oczy wyglądała trochę jak bezbronne dziecko. Miała na sobie błękitną podkoszulkę z kotem biegnącym po tęczy i różowy sweterek pod kolor grzywki. Ashley Speed. Pamiętam, że na dniach szkoły miała stoisko z komiksami, a David i Bill zamknęli ją kiedyś z kanciapie woźnego, bo dowiedzieli się, że mała boi się ciemności. O w mordzie…jeśli oni dowiedzą się, kim jestem, zamordują mnie. Każdy z nich ma powód, żeby mnie nienawidzić. Oblał mnie zimny pot. Czemu tak długo milczą?!

- Caroline – dziewczyna-emo uścisnęła mocno moją dłoń – Jesteś tu nowa? Nie widziałam cię tu wcześniej.

- Hmm przepisałam się pod koniec tamtego roku szkolnego… – skłamałam lekko – Chyba jeszcze nie poznałyśmy się od tej właściwej strony… – podrapałam się po karku, kombinując jakby tu nie zdradzić swojej tożsamości

- Na to wygląda – pokiwała głową Caroline – To Kevin i Ashley, moja ekipa. Nie jesteśmy zbyt popularni jak widzisz. Jeśli zależy ci na gwiazdorzeniu, to możesz podpiąć się to stolika tych bogatych pięknisiów.

- Caro, nie mów tak, bo ją zrazisz. Właśnie dlatego nie mamy przyjaciół – jęknęła Ashley

- Spokojnie, wcale mnie nie zraziła – puściłam do niej oko – Mnie właśnie nie zależny na gwiazdorzeniu.

- Nie przejmuj się. Caro jest szorstka, ale zyskuje przy bliższym spotkaniu – powiedział Kevin z ustami pełnymi hamburga

- Ja tu jestem – mruknęła Caroline – I nie mów z pełnymi ustami, keczup ci kapie – warknęła i podała mu serwetkę – Czasem są jak dzieci…patrz, ubrudzisz koszule… – jęknęła, patrząc na Kevina

- Ładna koszulka – zwróciłam się do Ashley, która zrobiła się cała czerwona i starała się na mnie nie patrzeć

- Naprawdę? Dziękuje

- Śmieszny kot – uśmiechnęłam się

- To Nyan Cat – zaczerwieniła się jeszcze bardziej – Jestem Otaku.

- Kim? – nie zrozumiałam

- Fanką anime i mangi – przewróciła oczami Caroline – Wiesz, chińskie bajeczki…

- Nie chińskie, tylko japońskie! – oburzyła się Ashley

- Chodzi o te animowane seriale, tak? – spróbowałam załagodzić sytuację

- Tak… – przygryzła wargę Ashley

- Hmm kiedy byłam młodsza chyba oglądałam taką jedną o chłopcu, który chciał być super ninją czy coś w tym stylu…

- Naruto. Wiele osób oglądało to anime w dzieciństwie. To plus pokemony.

- Lubiłam te anime – uśmiechnęłam się, a Ashley w końcu odważyła się na mnie spojrzeć. W jej oczach była radość i wdzięczność, że jej nie wyśmiałam.

- A grałaś w gry o Naruto? – włączył się Kevin

- Niestety nie…

- To żałuj dziewczyno! Wiesz jaka akcja tam się dzieje. Albo Mortal Kombat…to moja ulubiona gra. Gdybyś kiedyś potrzebowała jakieś kody…w jakiejkolwiek grze, to wal śmiało.

- Dzięki, zapamiętam – zaśmiałam się lekko – A ty Caroline?

- Co ja? – burknęła dłubiąc w sałatce

- Jakie jest twoje hobby? – podparłam się na łokciu

- Gram w kapeli rockowej – wzruszyła ramionami – ale nie lubię o tym mówić – zmarszczyła brwi

- Pokłóciła z głównym wokalistą, który jest jej chłopakiem – powiedziała cicho Ashley

- Ashley! To nie jej sprawa! – wkurzyła się Caroline

- W porządku, jeśli nie chcesz to nie musisz mówić – odparłam szybko

- I dobrze, bo nie zamierzam – burknęła dziewczyna. Przy stole zapanowała niezręczna cisza.

- Hej robicie coś po szkole? – odchrząknęłam po chwili

- Caroline ma próbę zespołu i idziemy do niej – wystrzelił Kevin

- Kurde, naprawdę nie możecie mówić o sobie?! Tak bardzo ciekawe jest moje życie? – Caroline odstawiła z brzękiem widelec

- Może Lana mogłaby pójść z nami, jeśli chce… – zaczęła Ashley

- Nie! To zamknięta próba dla wtajemniczonych!

- Ok, ok w porządku – powiedziałam szybko. Teraz się nie dziwię, czemu Ashley powiedziała, że wszystkich odstraszają. – Ale skoro grasz w Wild Wolves to nie masz się czego wstydzić, serio.

- Skąd wiesz…? – Caroline spiorunowała mnie wzrokiem. Kiwnęłam na jej bransoletkę z logo zespołu.

- Mój były chłopak…niedoszły chłopak…ciągnął mnie na wasze koncerty.

- Pewnie średnio ci się podobały ciężkie brzmienia, co złotko? – prychnęła Caroline

- Podobało mi się…był super klimat, wokalista ma świetny głos i byliście dobrze zgrani…ale kiedy w grę weszły narkotyki, już nie było tak fajnie… – mówiłam. Ręce Caroline zacisnęły się w pięści. Kevin i Ashley niespokojnie obserwowali jej reakcję.

- Racja…dragi nas zniszczyły – stwierdziła z dziwnym spokojem

- Bierzesz.

- Nie!

- Starasz się z tym skończyć – zrozumiałam – Dlatego jesteś taka nerwowa…

- Lana, nie…ona sobie poradzi, my jej pomagamy – Ashley błagalnie złapała mnie za rękę – Proszę cię…

- Ash, nie płacz. – westchnęła Caroline – Wiesz, że tego nie cierpię – wzięła ją za rękę. Zdziwiona patrzyłam jak ta opryskliwa dziewczyna zmieniła się opiekuńczego anioła dla Ashley. Niesamowite…jednak ma jakieś uczucia.

- Ale ona wie, wystarczy, że chwilę z tobą porozmawiała… – rozkleiła się Ashley – Nauczyciele też to zauważą.

- Spokojnie, nikomu nie powiem – zapewniłam

- Dlaczego? – Caroline zmierzyła mnie wzrokiem

- Każdy ma swoje demony, z którymi próbuje walczyć – wzruszyłam ramionami i wyciągnęłam z torby paczkę chusteczek – Proszę – podałam je Ashley

- Dzięki Lana. Yo, spoko z ciebie laska – pokiwał głową Kevin – Żółwik?

- Żółwik…ale gdybyście potrzebowali pomocy, to powiedzcie, ok? – powiedziałam pewnie, ale mimo to czułam się głupio. Niby jak mogłabym im pomóc? Widziałam na imprezach osoby, które brały narkotyki, ale nigdy nie próbowałam pomagać takim osobom…bałam się ich, starałam się unikać. Mimo to dla trójka mnie zaintrygowała.

- Dzięki, dajemy sobie radę – Caroline odzyskała rezon

- Ekhm…jaką macie następną lekcję? – postanowiłam zmienić temat

- Zajęcie sportowe – stwierdziła smutno Ashley – Pewnie będziemy grać w siatkówkę.

- Spokojnie Ash, opracowałem już taktykę – Kevin wyjął tableta – Widzisz? Caro będzie cię kryła i żadna piłka nie powinna cie trafić, a będzie wyglądało że grasz. Musisz tylko stać tu na środku – chłopak z dumą pokazywał animację

- A co jeśli będzie przejście, geniuszu? – uniosła brew Caroline

- Musisz zawsze stać za nią – wzruszył ramionami Kevin

- I myślisz, że to takie proste?

- Tak! Caro, będziesz moim obrońcą! Kawii… – pisnęła radośnie Ashley

- Ja z wami zwariuję… – załamała się Caroline, a ja zachichotałam – A tobie co tak wesoło, nowa?

- Jesteście zabawni…tak różni, a jednak się przyjaźnicie.

Nagle drzwi na stołówkę otworzyły się z hukiem i do środka weszły moje koleżanki. O nie…tylko tego mi brakowało. Od razu mnie zauważyły i ruszyły w moją stronę, prowokując wszystkich do odwracania się w ich stronę. Wyglądały jak gwiazdy – wymalowane, w dopasowanych, modnych ciuchach. Sara była wściekła. Znałam ją na tyle dobrze, że wiedziałam, że chce się zemścić za to, że tyle czasu ją ignorowałam.

- Lana złotko, tutaj jesteś – Sara Crowley, szefowa cheerleaderek i naszej małej grupki podeszła do mnie z wrednym uśmiechem. Zmieniła fryzurę. Znowu rozjaśniła końcówki, ale nadal lubiła chodzić w zbyt krótkich spódniczkach i kurtce z futerkiem – Szukałyśmy cię cały dzień.

- No i mnie znalazłyście – zaśmiałam się nerwowo, rozglądając się na boki. Wszyscy zaczęli do siebie szeptać i pokazywać mnie palcami. Dopiero teraz zorientowali się, kim jestem.

- Unikasz z nami kontaktu, Lana? – zapytała Natasha Kirjowa z rosyjskim akcentem. Ładna blondynka o niebieskich oczach i wyglądzie porcelanowej laleczki. Gdyby nie miała tak mocnego smokey eye, sprawiała by wrażenie milszej. Teraz jej makijaż w połączeniu z krótką czarną sukienką mógł być odebrany jednoznacznie.

- Nie, dopiero wczoraj wróciłam do domu i…mój telefon nie miał zasięgu – zaczęłam się tłumaczyć. Co się ze mną dzieje? Przed lustrem ćwiczyłam inną przemowę.

- Patrzcie jak ona jest ubrana – syknęła Jennifer Madison. Głupiutki klon Sary, posłuszny na każde jej skinienie. – To wstyd! Kochana, czy ty nie byłaś na zakupach? – dotknęła mojej bawełnianej podkoszulki

- Zabieramy cię stąd. Potrzebujesz pomocy i to zaraz. – stwierdziła Sara – Widząc jak wyglądasz, wybaczam ci wszystko – przytuliła mnie teatralnym gestem. Przewróciłam oczami – Ten wyjazd na odludzie zrobił z ciebie dzikuskę! Naprawimy cię skarbie! Chodź – pociągnęła mnie za rękę

- Zaraz, ty jesteś Lana Shylund! Ta Lana Shylund!? – zbladła Caroline

- A niby jaka inna? Znasz jeszcze inną Lanę? – zamlaskała gumą Jennifer

- Ty… – wzrok Caroline mnie zabijał

- Przepraszam, ja tylko… – spojrzałam błagalnie na trójkę nowych znajomych, ale Sara szarpnęła mnie za ramię – Gdzie mnie ciągnięcie? – warknęłam do dziewczyn – Musicie robić szopkę przy całej szkole?

- Kto tu robi szopkę? Patrz jak wyglądasz! – popchnęła mnie Natasha – Robimy ci przysługę. Teraz to nawet Bill by na ciebie nie spojrzał, a obie dobrze wiemy, że nie pogardzi żadną dziewczyną.

- O czym ty mówisz? Nigdy nie kręciłam z Billem! Jest głupi jak but… – obruszyłam się

- Nieważne! Jeszcze to nadrobisz. Idziemy na zakupy – zdecydowała Sara

- A lekcje? – prychnęłam. Dziewczyny spojrzały po sobie.

- Olać lekcje! Lana, co się z tobą stało? Kochana, zaczynam się martwić… – wepchnęły mnie do łazienki

- Co wy robicie? – przestraszyłam się

- Jest gorzej niż myślałam. Tak nie możemy się z tobą pokazać na mieście – pokręciła głową Sara – Dobrze, że przypadkowo wzięłam dziś ciuchy na zmianę – westchnęła z ulgą – Jennifer, moja torba… – wyciągnęła rękę

- Ale… – zaprotestowałam

- Wiem, że mamy taki sam rozmiar. No dalej, szybciutko. Musimy ci jeszcze zrobić makijaż – Sara wepchnęłam mi do ręki torbę i zamknęła mnie w kabinie

Zamrugałam oczami. Co tu się dzieje…czy tak wyglądało moje życie? Naprawdę je wcześniej lubiłam? Cóż mogę zrobić…nie wypuszczą mnie, jeśli się nie przebiorę. Wzięłam głęboki oddech i przebrałam się w ubrania Sary. Po chwili wyszłam z kabiny ubrana w obcisłą, skórzaną, czarną spódniczkę, czerwony top z dekoltem i brokatowe bolerko.

- No i pięknie, jeszcze makijaż – zachwyciły się moje koleżanki

Szybko porwały mnie w swoje ręce i już po chwili przed lustrem stała inna Lana…stara Lana, kalifornijska lalunia. To od tej wersji siebie próbowałam uciec. Przełknęłam ślinę. Piękny sen o Jorvik się skończył…zaczęło się zwykłe życie.

 

Konsekwencje nocnej eskapady, szataż Klubu przyjaciół Książek i niebezpieczna rozgrywki quidditcha w atmosferze czarnej magii…

13 lis

15 października 2020

Minęły cztery dni od czasu, gdy wymknęłam się w nocy do Zakazanego Lasu i razem z Aidenem Blackiem odkryliśmy gigantycznego smoka w grocie. Nikomu o tym nie powiedzieliśmy i sami także o tym nie rozmawialiśmy. Właściwie to nawet się unikaliśmy albo po prostu zbieg okoliczności sprawiał, że nie wchodziliśmy sobie w drogę. Byłam zadowolona z takiego obrotu sprawy, bo nie musiałam być przygotowana na atak z dwóch frontów (to znaczy od Ślizgonów i Krukonów), a skoncentrowałam się bardziej na obronie przed Irminą i moją klasą. Zaoszczędziłam trochę na siniakach, ale byłam pewna, że Aiden wkrótce się otrząśnie i wróci do gnębienia mnie. I wcale nie chodzi mi o to, że tak po chamsku mnie pobije, nie…on przygotował dla mnie bardziej „wyrafinowane metody”. Otwiera znienacka drzwi, gdy biegnę korytarzem, żeby nie spóźnić się na kolejną lekcję…albo popycha mnie na schodach…często też podstawia mi nogę…ciągnie za włosy, a na eliksirach wrzuca mi za kołnierzyk jakieś obrzydliwe, szczypiące robaki. Ja zaczynam podskakiwać i piszczeć, przewracam wszystko co mam na stole, klasa się śmieje, a Zynox ze swoim krecim wzrokiem nigdy nie widzi prawdziwego winowajcy. Zawsze to ja obrywam po głowie, tracę punkty, muszę sprzątać salę, a wieczorem Irmina robi mi w pokoju awanturę o to, że tracimy przeze mnie miejsce w rankingu i reputację. To jest szczyt wszystkiego! Ona dobrze wie, że to Aiden mnie torturuje…a ona mu w tym dorównuje. Więc sam widzisz pamiętniczku, że te parę dni i tak było dla mnie błogosławieństwem. Teraz mogę się spodziewać ponownego „ataku drzwi”…

Pomijając jednak szok Blacka i jego chwilę słabości, jestem naprawdę zdumiona, że żaden nauczyciel ani uczeń nie doniósł na nas do dyrektor McGonagall. Naprawdę wyszliśmy i wróciliśmy niezauważeni? To aż niemożliwe…Ktoś musiał coś wiedzieć, to byłoby za piękne…Właśnie tego dnia przekonałam się, że wszystkie nasze działania pozostawiają po sobie jakiś ślad, a my musimy przyjąć na klatę ich konsekwencję. Czasem są naprawdę ciężkie, ale jak powiedziało się A, to trzeba powiedzieć B i brnąć dalej w ten ciemny busz…

Tak jak powiedziałam na początku, przez pierwsze dni w ogóle nie mówiłam nikomu o nocnej wyprawie. Rano szłam na śniadanie z duszą na ramieniu, bo bałam się, że do jadalni zaraz wkroczy dyrektor McGonagall z profesor Gretel, zabiorą mnie do gabinetu i każą się pakować. Nic takiego się nie stało, a ja czekałam z napięciem i udawałam, że nic się nie stało…Dzisiaj już nie wytrzymałam i stwierdziłam, że muszę z kimś porozmawiać. Wszyscy byli pochłonięci rozmową o  quidditchu, ponieważ po południu miał się odbyć mecz między Gryffonami a Ślizgonami. Chłopcy biegali na przerwach i obstawiali na swoje ulubione drużyny, rozmawiali o taktyce, a niektórzy sprzedawali plakietki i flagi z ruszającymi się obrazkami do kibicowania (oczywiście wtedy, gdy nauczyciele nie widzieli, bo handel w szkole był nielegalny). Dziewczyny oglądały zdjęcia zawodników ze starszych klas i plotkowały o tym, który z nich jest najprzystojniejszy, tworzyły jakieś pożal się Boże rankingi i zbierały autografy…Leo i Aiden, jako gwiazdy w tegorocznych składach, błyszczeli na korytarzach i chodzili dumni jak pawie. Gorzej gdy przypadkowo weszli sobie w drogę. Dziś już dwa razy się pobili. Oczywiście takie bójki zawsze wywoływały dużo emocji wśród uczniów i zbierały wielu gapiów. Wściekły profesor Hopeson powiedział, że jak jeszcze raz dojdzie do takiej sytuacji, zdyskwalifikuje jednego i drugiego zawodnika, dlatego do końca dnia kapitanowie ich pilnowali. Atmosfera i tak była gorąca…wszyscy z niecierpliwością czekali na koniec lekcji.

Jedyną osobą, która była tym wszystkim zainteresowana w tak niewielkim stopniu jak ja, był Tobby. Tak, mój Tobby – największy fan quidditcha. Już samo to było niepokojące, dlatego na zielarstwie postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce. Poczekałam, aż profesor Longbottom odwróci się do tablicy, żeby zapisać obserwacje i wnioski z naszego eksperymentu, po czym szturchnęłam Puchona łokciem. Chłopak znowu rysował w tym swoim notesiku i zapomniał o całym świecie. Coraz bardziej traci nad tym kontrolę. Zielarstwo to jego ulubiona lekcja i zawsze starał się być na niej aktywny i przytomny.

- Tobby! – syknęłam, gdy przyjaciel nie reagował. Szturchnęłam go jeszcze raz, ale on po prostu był w transie. Przygryzłam wargę. Jeśli teraz wyrwę mu pióro, on może zacząć się drzeć na całą klasę. Nie jestem w stanie przewidzieć jego reakcji. Muszę jednak złapać z nim jakiś kontakt! Dobra Sabrina…to musi być szybka akcja. Wzięłam głęboki wdech, rozciągnęłam palce, policzyłam do trzech, po czym wyrwałam mu pióro z ręki, a drugą dłonią zakryłam mu usta. Tobby w pierwszy momencie tak jak przypuszczałam zaczął się szarpać, ale szybko się uspokoił, a do jego mętnego wzroku znowu wróciły iskry. Nikt niczego nie zauważył. Dobrze, że siedzieliśmy na końcu. Jedynie Midas odwrócił się do nas przez ramię. Widząc, co robię, wytrzeszczył oczy. Wyszczerzyłam się i machnęłam ręką, na znak, że wszystko w porządku, ale on tylko poprawił okulary i zmarszczył brwi, uśmiechając się wrednie.

- Panie profesorze, Socretto dusi naszego Tobby’ego… – powiedział z triumfem, jakby właśnie udowodnił, że jestem poszukiwanym mordercą

- Ty kretynie… – jęknęłam cicho, puszczając natychmiast Puchona

Cała klasa odwróciła się w naszą stronę. Dobrze, że MacMillan już wrócił do siebie i wyglądał normalnie. Profesor Longbottom odłożył kredę i skrzyżowała ręce.

- Co wy tam robicie na końcu? – westchnął

- Na pewno chce profesor wiedzieć? – zachichotał rudy Spike, a ja rzuciłam w tył jego głowy gumką – AŁA! – wrzasnął i obrócił się czerwony ze złości

- Sabrina! – zdenerwował się nauczyciel

- Pilnuj swojego nosa, Spike – warknęłam

- Zamknij się, Socretto – syknęła Irmina

- Panie profesorze, ona nie może siedzieć z naszym Tobbym! Ta wariatka go zabije – biadoliła Puchonka Sandy.

- Uspokójcie się! Jak wy się zachowujecie! – profesor uderzył ręką w biurko

- Nic mu nie zrobiłam! – broniłam się – Po prostu on chciał kichnąć, a ja nie chciałam…żeby kichnął na plecy Ernolda – improwizowałam

- Może niech sam poszkodowany się wypowie – nauczyciel wskazał ręką na Puchona

- Sabrina mówi prawdę, nic się nie dzieje – odparł lojalnie Tobby. Był już spokojny i opanowany, nie został ślad po Tobby-maniaku. Przełknęłam ślinę, patrząc na niego. Co się z nim dzieje? Ma rozdwojenie jaźni czy co?

- Zanotowaliście obserwacje? – pytał dalej profesor

- Właśnie to robimy – potarł nos Tobby. Oczywiście kłamał. Obserwowałam go od kilku tygodni i powoli uczyłam się jego zachowań. Gdy kłamał albo był zakłopotany, zawsze pocierał nos.

- Pospieszcie się, bo zaraz przechodzimy do wniosków. Dokończycie po lekcji…to, co zaczęliście – dodał niepewnie, a klasa zachichotała

Zabrałam się za pisanie. Po chwili jednak szturchnęłam przyjaciela łokciem. Podniósł wzrok znad papieru i widząc, że Longbottom nie patrzy, odezwał się do mnie.

- Znowu to samo? – mruknął

- Tak. Mówiłam ci, że musisz z tym skończyć – odparłam, nie odrywając wzroku od tekstu

- Przepraszam Sabrina…ale ja nie potrafię – szepnął płaczliwie

- Dobra, wrócimy do tego potem – westchnęłam – Muszę powiedzieć ci coś ważnego – przysunęłam się bliżej niego – Cztery dni temu byłam nocą w Zakazanym Lesie.

- Zwariowałaś?! – powiedział głośniej, a ja natychmiast dla niepoznaki odsunęłam się na swoją stronę. Odczekałam chwilę i posłałam mu piorunujące spojrzenie. Chłopak przełknął ślinę.

- Wracałam z biblioteki i wpadłam na Malfoya i jego bandę. Wychodzili z Hogwartu, więc poszłam za nimi. Czułam, że coś knują. Poszli do Zakazanego Lasu. Wpadłam tam na Blacka. – kontynuowałam konspiracyjnym szeptem

- Jeszcze on…no świetnie – Tobby wziął głęboki oddech

- Malfoy też go nie wtajemniczył w swój plan.

- No i co z tego? To tylko dowodzi, że robi coś naprawdę strasznego. Byłaś u McGonagall?

- Nie – prychnęłam

- Sabrina! – syknął – Co ty wyprawiasz? Po co go kryjesz?

- Chce najpierw sprawdzić, co dokładnie zamierza.

- Jesteś nienormalna. Jeśli Scorpius odkryje, że węszysz koło niego…

- Wiem, wiem…uważam…ale słuchaj, to nie wszystko…

- Obiecałaś Rose, że będziesz się trzymała od niego z daleka – wyrzucił mi

- Tobby! To wyjątkowa sytuacja – złapałam go za rękę. Chłopiec przestał pisać i spojrzał na mnie.

- Żadna sytuacja nie usprawiedliwia złamania danego słowa – powiedział poważnie

- Tobby, Malfoy ukrywa smoka – odparłam powoli

Puchon aż zakrztusił się powietrzem. Przewróciłam oczami i wróciłam do pisania.

- Tobby, wszystko w porządku? – zainteresował się profesor Longbottom

- Tak panie profesorze…chyba trochę się przeziębiłem… – udał, że kaszle – Widziałaś, że Scorpius zajmuje się tym smokiem? – zapytał mnie po chwili

- Nie, kiedy dotarliśmy z Blackiem na polanę, nikogo już tam nie było, ale…czułam, że ktoś nas obserwuje. – dodałam ostrożnie obserwując reakcję przyjaciela. – To nie mógł być żaden uczeń. Ktoś silniejszy…jakiś czarnoksiężnik…uciekaliśmy tak szybko, że prawie pogubiłam nogi – celowo pominęłam informację o znaku Morsmorde, bo chłopak już i tak zbladł.

- Mogliście zginąć – wyszeptał, patrząc się na mnie jak na greckiego herosa

- Wiem – mruknęłam i poczułam coś na kształt dumy. W końcu przeżyłam spotkanie ze smokiem i uciekłam złemu czarodziejowi. Nie wiem, czy to wyczyn, którym można się chwalić, ale na pewno doświadczyłam więcej niż zwykły pierwszoroczny uczeń.

Tobby otwierał usta, żeby o coś zapytać, ale ostatecznie zrezygnował i wrócił do przepisywania. Profesor Longbottom skończył dyktować i przeszedł do podsumowania eksperymentu. Katem oka zauważyłam, że mój przyjaciel znowu sięga po notes.

- Nie rób tego – złapałam go za ramię – Zaraz koniec zajęć.

- Muszę coś domalować…coś widzę – zazgrzytał zębami, tocząc ze sobą wewnętrzną walkę

- Co widzisz? – zmarszczyłam brwi i pochyliłam się w jego stronę

- Puść mnie, Sabrina – syknął

- Nie…nie mam zamiaru – odparłam, widząc jak jego oczy zaczynają się zmieniać.  Szybko zabrałam jego pióro.

- Oddaj mi się – warknął przez zęby

- Uspokój się – mruknęłam, patrząc się katem oka na klasę

- Oddaj mi moje pióro, bo naprawdę… – złapał notes do ręki i podniósł go na mnie

- Co naprawdę? – spojrzałam na niego wyzywająco, chowając pióro za plecami

- Tobby, powiedz klasie jaka jest odpowiedź na moje pytanie – chwilę grozy przerwał profesor Longbottom. MacMillan znowu wrócił do siebie, a ja z ulgą osunęłam się na krzesełko.

- Przepraszam, a może profesor powtórzyć pytanie, bo nie usłyszałem? – wyjąkał, a Krukoni jęknęli cicho i wszyscy jak jeden mąż wystrzelili do góry ręce, bo oczywiście każdy z nich znał odpowiedź

- Tak, proszę bardzo. Pytałem się, jaką glebę trzeba użyć do prawidłowej hodowli Studników Bagiennych.

- Och…Studniki Bagienne jak sama nazwa wskazuje żyją tylko sto dni, kwitną raz w roku i dostarczają nam antidotum na obrażenia zadane przez zaklęcia ofensywne… – zaczął ostrożnie

- Bardzo ładnie Tobby, cieszę się, że tyle pamiętasz z naszej wycieczki – uśmiechnął się szeroko profesor – Powiedz tylko, na jakiej glebie powinniśmy je sadzić.

- Ja… – zaczął, a na jego czole pojawił się kropelki potu

Nic nie pamiętał, bo był właściwie nieobecny na tej lekcji. Najpierw pochłonęło go rysowanie, a potem ja zajęłam go rozmową. Wiem, ile zielarstwo dla niego znaczy. Parę dni temu profesor Longbottom wziął go na wycieczkę ze starszymi uczniami i zbierali właśnie te rośliny. Potem Tobby opowiadał mi wszystko z błyskiem radości w oczach. Pamiętał każde słowo, które nauczyciel do nich powiedzieć. To jasne, że ubóstwiał swojego opiekuna domu, ale w tym momencie miał amnezję. Był blady jak kartka papieru, nic nie pamiętał. Gorączkowo myślałam nad tym, jak mu pomóc.

- Ja nic nie pamiętam, panie profesorze – wyznał z brutalną szczerością, a nauczycielowi zrzedła mina

- Jak to nie pamiętasz? To takie proste Tobby… – dodał zachęcająco

- Jak ktoś ma dziurawą głowę, to wszystko jest trudne – prychnął Spike

- Dość tego! Odejmuję Ravenclaw 10 punktów za bezczelne zachowanie!

- Ale panie psorze… – Spike aż się wyprostował

- Tobby, skoncentruj się. Rozmawialiśmy o tym niedawno…

- Tak wiem, ale ja naprawdę nic nie pamiętam… – odparł płaczliwie, kurcząc się w sobie

- Nie słuchałeś na dzisiejszej lekcji?

- Panie profesorze, on się źle czuje. Jest przeziębiony – wyrwałam się, nie mogąc już patrzeć, jak mój przyjaciel cierpi

- To prawda Tobby? Popatrz na mnie – profesor wyszedł zza biurka i podszedł do naszej ławki

MacMillan przełknął ślinę, przycisnął do siebie kurczowo notes i podniósł głowę.

- Rzeczywiście masz trochę mętny wzrok…i ciepłe czoło. Na przerwie idź do Skrzydła Szpitalnego – poradził

- Dobrze, panie profesorze – pokiwał głową Tobby, nie patrząc mu w oczy

- Kto w klasie zna odpowiedź na pytanie? Irmina?

- Oczywiście chodzi o glebę o odczynie kwaśnym. W okolicy można ją znaleźć na obrzeżach Zakazanego Lasu – wyrzuciła z siebie książkową formułkę

- Bardzo dobrze, dziękuję. Otwórzcie zeszyty, podyktuję wam, co musicie zrobić na następną lekcję. Chcę żebyście poszukali na błoniach podobnych roślin do naszych Studników Bagiennych. Możecie też korzystać z zasobów biblioteki…

Lekcja wkrótce się skończyła. Uczniowie pakowali się w pośpiechu, żeby zdążyć przejść do budynku na następną lekcję, bo profesor Muglis nie lubił spóźnień i każdy chciał uniknąć przemiany w mysz.

- Sabrina, możesz na chwilę zostać? – zapytał nagle profesor Longbottom

- Tak…a coś się stało? – zamarłam

- Chciałem z tobą porozmawiać – oparł się o biurko i skrzyżował ręce

- Oczywiście… – skinęłam głową. Może on wie o moim nocnym wyjściu? Albo usłyszał o czym rozmawiam z MacMillanem?

- Nie wiesz, co się dzieje z Tobbym? – zapytał bez ogródek, gdy ostatni uczeń opuścił już klasę. Tego się nie spodziewałam.

- Właśnie sama próbuję się dowiedzieć… – uniosłam brwi

- Od pewnego czasu wydaje mi się, że ma jakiś problem i nie chce nikomu o tym powiedzieć. Na początku myślałem, że to przez to, że inni mu dokuczają i śmieją się z niego, ale teraz wydaje mi się, że to jakiś głębszy problem. – powiedział w zamyśleniu, głaszcząc liście Studnicy Bagiennej

- Tobby jest bardzo delikatnym chłopcem, zachowuje się trochę jak dziewczyny – wydęłam buzię, zastanawiając się, ile mogę mu powiedzieć – To jasne, że przejmuje się tym, jak traktują go koledzy. Nawet bardziej niż ja, chociaż to ja jestem tutaj czarną owcą w stadzie.

- Nie mów tak Sabrina, jesteś zdolną, młodą czarownicą. Wielu nauczycieli cię chwali. Po prostu miałaś…nietypowy początek – uśmiechnął się smutno – Sam coś o tym wiem.

- Nie musi mnie pan pocieszać, panie profesorze. Przyzwyczaiła się, że komuś ciągle coś we mnie nie pasuje i ludzie robią mi z tego powodu różne przykrości. – wzruszyłam ramionami i zakłopotana poprawiłam torbę na ramieniu

- Nie można przyzwyczajać się do przemocy, Sabrino – przerwał mi – Nikt nie ma prawa się nad tobą znęcać. Jeśli tobie albo Tobby’emu ktoś robi krzywdę, powiedz mi proszę. – wyglądał na zmartwionego i przejętego całą ta sytuacją. Przypomniałam sobie słowa profesor Lovegood. Mówiła, że ona i profesor Longbottom zawsze mi pomogą. Na razie muszę jednak sprawdzić, czy mam rację.

- Wszystko w porządku, jakoś sobie radzę – uśmiechnęłam się – Ale Tobby…ostatnio zachowuje się inaczej.

- Myślisz, że to przez ten notes?

- Zauważył to pan? – zmrużyłam oczy

- Po prostu często widzę jak MacMillan siedzi na przerwach i coś tam notuje, rysuje…sam nie wiem.

- Rysuje drzewa…ale on sam nie wie, po co – pokręciłam powoli głową i zdałam sobie sprawę, jak głupio to brzmi. Zaczerwieniłam się. – Przepraszam…

- Za co przepraszasz? Przyjaźnisz się z Tobbym, więc pomyślałem, że wiesz coś więcej. Pewnie też się o niego martwisz.

- Tak, ale nie wiem, jak mogę mu pomóc. On nigdy nie rozstaje się z tym notesem.

- Spróbuj porozmawiać z madame Rosemarthą – podpowiedział

- Ja? Z nauczycielką wróżbiarstwa? – skrzywiłam się – A może pan profesor…

- O nie, ja nie mam cierpliwości do wróżbitów…zresztą vice versa – zaśmiał się – A jeśli pani profesor – chrząknął z niechęcią – powie ci coś ciekawego, przyjdź z tym do mnie, dobrze?

- Dobrze – skinęłam głową – Poproszę też Rose, żeby obserwowała go w pokoju wspólnym.

- Już to zrobiłem…ale przypomnij jej. Lily to taka roztrzepana dziewczyna…zupełnie nie wiem, po kim to ma, bo chyba nie po rodzicach.  – pokręcił ze śmiechem głową

- Dobrze, panie profesorze – uśmiechnęłam się pod nosem – Przypomnę jej…

- Ach Sabrina i pamiętaj o zaległym wypracowaniu! – zawołał za mną w drzwiach – Nasza miała pogawędka wcale cię z tego nie zwalnia, nie myśl, że zapomniałem.

- Tak jest… – westchnęłam i zasalutowałam

Po tej rozmowie od razu poszłam poszukać Tobbyego. O dziwo mój przyjaciel wcale nie pytał się, o czym rozmawiałam z jego opiekunem. Siedział na ławce na dziecińcu z Puchonami ze swojego rocznika i przeglądał szkolną kronikę quidditcha. Wszyscy z zapartym tchem oglądali migające obrazki na których Harry Potter, najmłodszy szukający w historii, wykonuje niebezpieczny manewr, aby wyprzedzić Draco Malfoya i złapać złoty znicz. Mój mały przyjaciel wyglądał, jakby ktoś znowu tchnął w niego życie, więc postanowiłam odłożyć moment rozmowy na później.

Lekcje minęły zaskakująco szybko i w końcu przyszła pora na długo oczekiwany mecz. Poczekałam grzecznie aż tłum uczniów przepchnie się na trybuny i razem z Tobbym weszliśmy na końcu. MacMillan był trochę niezadowolony, ale wytłumaczyłam mu, że gdyby ktoś go stratował, czułby się jeszcze gorzej. Chłopak nie mógł się zdecydować, której drużynie ma kibicować, więc ostatecznie kupił dwie flagi. Jedną złoto-czerwoną, na której ruszała się głowa ogromnego lwa, rycząc głośno. Druga, zielono-srebrna przedstawiała gigantycznego węża, który nieustannie się ruszał, syczał i co jakiś czas wystawiał swój podwójny język. Ja nie miałam nic, byłam bezstronna. Niektórzy patrzyli się na nas dziwnie, a zwłaszcza na Tobby’ego, którego dwie flagi toczyły ze sobą zażartą walkę. Lew starał się pożreć węża, a wąż chciał dosięgnąć lwa swoim językiem, co według mnie wyglądało komicznie. Zupełnie nie rozumiałam tego bojowego zacięcia. To tylko mecz…w Londynie chłopcy z mojej klasy też ekscytowali się i oglądali ze swoimi ojcami mecze w telewizji, ale ja nigdy nie widziałam w tym sensu. Jednak kiedy weszłam na trybuny i zobaczyłam stadion aż przeszedł mnie dreszcz. To był niesamowity widok. Każdy kibic na świecie dałby się zabić za możliwość wejścia na taki mecz. Trybuny mieniły się od złota, czerwieni, srebra i zieleni. W sektorze Gryffonów były głośno od ogłuszającego ryku lwa, a sektor Ślizgonów syczał jak oszalały. Uczniowie ze starszych klas wymyślali różne slogany i toczyli w ten sposób „bitwy” między domami. Wokół boiska latały czarodziejki na miotłach, zabawiając zebranych swoją choreografią i rozrzucając w powietrzu brokat oraz serpentyny.  Nie wiedziałam, że tutaj też są cheerleaderki! Zakręciło mi się w głowie z nadmiaru emocji i gdyby Tobby nie pociągnął mnie na ławkę, pewnie bym się osunęła. Nawet nie zauważyłam, kiedy mój przyjaciel zdążył zdobyć torbę słodyczy. Dawno nie widziałam go tak szczęśliwego. Widać naprawdę kochał mecze quidditcha…uśmiechnęłam się mechanicznie, widząc go tak zadowolonego. Martwiłam się, bo ostatnimi dniami Tobby wyglądał  jak duch i bałam się, że zapomniał, że można się śmiać. Ten mecz postawi go na nogi.

Nauczyciele próbowali zapanować nad hałasem na trybunach, ale w końcu dali sobie spokój, widząc, że emocje wzięły górę. Sama widziałam, jak profesor Daydar podskakiwał w szaliku z barwami Gryffindoru. Dyrektor McGonagall właśnie wchodziła do loży dla nauczycieli. Komentator zapowiadał już wejście drużyn na boisko. Na środku stał dumny profesor Hopeson. Na jego widok wszystkie nauczycieli od razu zaczęły śledzić grę. Założę się, że większość z nich przyszła tutaj, żeby popatrzeć na przystojnego, umięśnionego trenera. Po krótkim przedstawieniu zasad, sędzia gwizdnął i zaczęła się gra. Tłum przywitał graczy z dzikim okrzykiem radości. Gra od samego początku była energiczna i pełna zwrotów akcji. Zawodnicy byli w świetnej kondycji. James Potter jako kapitan starał się być wszędzie i cały czas blokował Perrego, kapitana Ślizgonów. Leonrad oczywiście też błyszczał. On czuł się w świetle reflektorów jak ryba w wodzie. Specjalnie pozował do zdjęć do kroniki szkolnej.

- Crouch do diabła! Skoncentruj się na zniczu! – krzyknął na niego ścigający Mason

- Już się robi szefie! Co ja poradzę, że fani mnie kochają!?

- Zaraz nie będą mieli kogo kochać! – zarechotał Aiden i odbił tłuczka w stronę Leo, jednak Gryffon okręcił się jak małpka wokół miotły i poleciał dalej, pokazując mu język.

Gdyby Aiden był wściekłym bykiem, para poszłaby mu z nosa. Oj to będzie ciekawa gra…Aiden jako pałkarz czuł się w swoim żywiole, bo w końcu mógł komuś bez skrupułów przywalić. Z kolei Leo ze swoim ADHD miał całe boisko, żeby się wyszaleć.

- Ten mecz jest genialny! – Tobby nie mógł wysiedzieć na krzesełku

- Tak, żeby tylko Crouch i Black nie zapomnieli, że ich gra nie polega tylko na tym, żeby sobie nawzajem dokopać – pokręciłam głową

Wiesz pamiętniczku, obiecywałam sobie, że nie będę wczuwała się w ten mecz i w ogóle będę go oglądać z obojętnością. Po kilku lekcjach quidditcha zrozumiałam, że ten sport jednak nie jest dla mnie, a Irmina (która uważała się za „gwiazdę”, ponieważ jej matka występowała kiedyś w reprezentacji narodowej) skutecznie obrzydziła mi tą grę. Pamiętam jedną z ostatnich lekcji, gdy (kolejny raz) siedziałam na ławce rezerwowych i obserwowałam naszą panią kapitan i jej wiernego „pieska” Midasa.

- Midas, musimy wyliczyć trajektorię lotu kafla, która byłaby najlepsza dla Marcusa. Zmienię go na ścigającego – stwierdziła tonem nie znoszącym sprzeciwu

- A co na to profesor Hopeson? – zapytał Midas, zerkając na nią niepewnie znad kartki

- Już ja go przekonam, o to się nie martw. Moich argumentów nie da się przebić – machnęła lekceważąco ręką

- Skoro tak mówisz…podaj mi wagę, wzrost Marcusa, ciężkość kafla… – Irmina szybko wymieniła jakieś liczby

- Ach i jeszcze wylicz pozycję, na jakiej powinna stać Socretto. Hopeson powiedział, że on a też musi z nami grać – burknęła cicho

- Nie zapominaj, że tu jestem – szturchnęłam ją łokciem. Dziewczyna oczywiście oddała mi mocniej i spojrzała na mnie spode łba.

- Niestety wiem o tym, Socretto…

- I wcale nie zamierzam z wami grać – odparłam wyniośle, pomimo znaków Tobby’ego (który przeważnie siedział ze mną na ławce rezerwowych) mówiących, że mam jej nie prowokować.

- Słuchaj, może i nie czujesz się Krukonką, ale dopóki jesteś w naszym domu i nosisz nasze barwy, jesteś jedną z nas – wysyczała przez zęby – A skoro jesteś jedną z nas, grasz z nami. I dajesz z siebie wszystko! Ravenclaw nie przegrywa. Jesteśmy na to zbyt inteligentni i sprytni. Ty też musisz taka być, bo jesteś jedną z nas.

- Nie chcę być jedną z was. Prędzej wrócę do Londynu niż stanę się taką zaślepioną, zawziętą wiedźmą jak ty – oświadczyłam, patrząc na nią szeroko otworzonymi oczami. Midas odkaszlnął znacząco.

- Nie obchodzi mnie, co o mnie myślisz. Dla mnie wciąż jesteś mugolakiem. A teraz idź na boisko – powiedziała władczo i wypchnęła mnie na miotle. Od tego momentu, nienawidzę lekcji quidditcha, bo Irmina mści się i robi wszystko, żeby pokazać, że jest na tym polu ode mnie lepsza. Jak do tej pory nie może mnie wyprzedzić w nauce, więc chociaż tu może się na mnie wyżyć…

Mimo to dziś nie mogłam się powstrzymać. Szybko się poddałam i razem z Tobbym skakaliśmy przy barierce, zdzierając sobie gardło i krzycząc. W końcu tak się zgrzałam, że musiałam zdjąć płaszcz i szalik.

- Napij się, bo zaraz stracisz głos – zachichotał Tobby, dzieląc się ze mną kremowym piwem

- Dzięki – wychrypiałam – To wszystko przez ciebie…po co mnie tu ciągnąłeś? Mogłam zostać i pouczyć się w bibliotece…

- Nadal chcesz iść do biblioteki? – spojrzał na mnie kpiąco

- Nie, już nie… – pokręciłam ze śmiechem głową – Za dużo emocji…

Nagle zobaczyłam coś dziwnego. Tłuczek poleciał do góry, ale natrafił na jakąś niewidoczną blokadę w powietrzu i zwrócił. Dustin, pałkarz Ślizgonów ledwo zdążył ochronić swojego ścigającego. Nikt nie zwrócił uwagi na to dziwne zjawisko oprócz mnie. Tak przecież nie powinno być. Ktoś otoczył boisko niewidzialną siatką?

- Tobby, widziałeś to? – złapałam przyjaciela za rękaw, widząc jak wysoko w górze ptak odbija się od niewidzialnej ściany i zawraca

- Co?

- Boisko odgradza niewidzialna ściana. Nikt nie może z niej wylecieć ani wlecieć do środka.

- O czym ty mówisz?

- Czyli to nie jest normalne… – oblał mnie zimny pot

- Coś musiało ci się przewidzieć…

- Nie! Spójrz! – podniosłam kamyk i mało myśląc, rzuciłam go w stronę boiska

- Sabrina, co ty robisz?! – zdenerwował się Tobby, ale w tym momencie przedmiot wrócił i rąbnął chłopca prosto w czoło – AŁA! – krzyknął zaskoczony. Dobrze, że to był mały kamyk… – Jak to zrobiłaś?

- To nie ja! Mówię ci, że tu dzieje się coś dziwnego. – wychyliłam się przez barierkę i spojrzałam w dół. Na dole przy wejściu do szatni zobaczyłam w cieniu te błyszczące czerwone oczy…te same, które patrzyły na mnie w nocy w Zakazanym Lesie. – On tu jest! – szarpnęłam Puchona – Ten czarnoksiężnik z lasu… – wskazałam na czerwone oczy, jednak w tym samym momencie postać zniknęła

- Nikogo tam nie widzę, Sabrina…

- Ale on tam jest! I chyba chce coś zrobić zawodnikom! Musimy go zatrzymać! – przebiłam się przez tłum i pobiegłam w stronę schodów

- Sabrina, stój! – MacMillan poczłapał za mną

Wiem, co widziałam! Ten człowiek tu był. Może szukał mnie i Aidena. Na pewno wszystkim grozi niebezpieczeństwo. Szybko biegłam po schodach w dół na niższe piętra trybun. Muszę go znaleźć i dowiedzieć się, co planuje. W końcu zeskoczyłam na miękką trawę i ruszyłam w stronę szatni. Pierwsze, co poczułam, to dziwny zapach. Pamiętam go z lekcji eliksirów, ale nie zakodowałam w głowie, co mówił na ten temat Zynox.

- Co tak cuchnie? – wysapał Tobby, doganiając mnie

- Czarna magia…Zynox opowiadał nam o tym na lekcji. Poszukajmy go, może nam pomoże…

- Zynox został podobno w szkole, bo jakiś uczeń ma u niego karę. Myślisz, że to jakaś trucizna?

- Nie wiem, ale to podejrzane, że Zynox został w szkole podczas, gdy jego dom gra… – cofnęłam się w stronę schodów, ale jakaś siła odepchnęła mnie do tyłu – Co to ma znaczyć?

- Wpadliśmy w pułapkę! – zaczął panikować Tobby

- Uspokój się! Słyszysz?

- Co mam słyszeć?! – trząsł się Tobby

- Ktoś wypowiada jakieś zaklęcia…

- Tak…bardzo cicho i w jakimś dziwnym języku – dodał Puchon

- Aż mnie ciarki przechodzą od tego głosu – wzdrygnęłam się

- Sabrina, patrz co się dzieje! Zawodnicy zwalniają, ruszają się jak muchy w smole! Dlaczego nikt tego nie widzi?!

- To pewnie przez tą barierę. My weszliśmy do środka, więc widzimy, jak jest naprawdę.

- Musimy przeszkodzić temu komuś. Co on chce z nimi zrobić?

- To na pewno potężny czarodziej – pobiegliśmy razem z Tobbym w stronę źródła głosu – Przekształcił w jakiś sposób zaklęcie Impediamento, które ich spowalnia.

- To zaklęcie nie tylko ich spowalnia Sabrina. Oni wydają się być zahipnotyzowani – dyszał Puchon

- Właśnie! Ten czarodziej używa czarnej magii, żeby mieć nad nimi kontrolę. Chce ich do czegoś zaprogramować…

Nie zdążyłam więcej powiedzieć, bo fala czarnej magii zatkała mnie jak porywisty podmuch wiatru. Zatoczyłam się do tyłu i oparłam do ścianę. Spojrzałam się na przyjaciele, który był blady ze strachu. Uświadomiła sobie, że to misja samobójcza. Ten czarodziej unicestwi nas jednym skinieniem różdżki.

- Musimy dostać się za ten filar! – starałam się przekrzyczeć wiatr, który się nagle zerwał

- Jak chcesz to zrobić?! Mam wrażenie, że ten wiatr nas zaraz porwie!

- Musisz mi pomóc! Wyczarujemy zaklęciem Protego tarczę, która nas przez chwilę obroni. Profesor Daydar mówił o tym na lekcji. Jeśli nie mamy możliwości wyprowadzenia ataku, powinniśmy zasłonić się na chwilę tarczą i spróbować wrócić na dogodną pozycję, żeby móc znowu zaatakować!

- Zróbmy cokolwiek!

- Podaj mi rękę! – wyciągnęłam z buta moją różdżkę – Protego! – krzyknęłam i z radością poczułam jak otula nas przezroczysta płachta

- To działa! – ucieszył się Tobby

- Biegnijmy! Długo tego nie utrzymam! – jęknęłam

Zaledwie udało nam się przebiec na drugą stronę, moja tarcza zniknęła, ale…wiatr również. Na trawie zobaczyliśmy tylko wypalone koło, a w powietrzu latały drobinki popiołu. Rozejrzałam się w koło. Ani śladu tajemniczego czarnoksiężnika, ale tutaj na pewno wypowiadał swoje zaklęcia. W powietrzu wciąż czuć było czarną magię. Przestraszył się nas? Podeszłam bliżej i nagle z korytarza wyleciał na nas wielki, czarny kruk. Oboje z Tobbym zaczęliśmy krzyczeć i zakryliśmy się rękami. Ptak przeleciał obok nas, robią hałas i ciągnąc za sobą zimny, arktyczny podmuch.

- Gdzie on zniknął Sabrina? – zapytał po chwili mój przyjaciel

- Nie wiem – wyjąkałam i wzięłam głębszy oddech, żeby się uspokoić – Nienawidzę kruków… – znowu się wzdrygnęłam

- Chyba naprawdę nie powinnaś być Krukonką – prychnął Tobby – Patrz, zawodnicy wracają do formy!

- Chociaż tyle…udało nam się przeszkodzić temu typkowi. Gdybym tylko wiedziała, co chciał osiągnąć…

- A skąd wiesz, że nie zrobił tego, co chciał? – zasępił się Tobby

- Co ty mówisz? – oblał mnie zimny pot

- No wiesz…chyba nie sądzisz, że go wystraszyliśmy -uśmiechnął się krzywo – Może i nie jesteśmy najgorsi, ale on mógłby nas zabić ot tak – pstryknął palcem. Przełknęłam ślinę. Głupio przyznać, ale naprawdę sądziłam, że to my go wypłoszyliśmy.

- Patrz, coś zostało w kręgu – zauważyłam – Accio! – przywołałam do siebie kartki i zmarszczyłam brwi widząc, że strony są zapisane drobnym maczkiem

- To zaklęcia? – Tobby zajrzał mi przez ramię

- Nie…wydaje mi się, że to przepis. Włos smoka, ślina tojada…to jest „j” czy „y”? – przekrzywiłam kartkę

- No nie mów, że facet zgubił przepis na koktajl – zaśmiał się Tobby

- Wyjątkowo niesmaczny koktajl, przecież tojad ma trującą wydzielinę… – powiedziałam i zamarłam – Na brodę Merlina! On chciał kogoś otruć!

- Nie… – przetarł twarz Tobby – To jest tak dużo osób, nie znajdziemy tej właściwej…

- Nie musiał jej podawać eliksiru. Zobacz…to kufer na piłki do gry. – podeszłam i otworzyłam go. Tak jak się obawiałam, wszystkie były w środku. Puchon otworzył buzię ze zdumienia.

- Chcesz powiedzieć, że on otruł…?

- Wysmarował piłki trucizną, spowolnił grę, wprowadził zawodników w trans i podmienił je! – zatrzasnęłam z powrotem kufer

- Trzeba przerwać grę! Oni zaraz tam padną!

- Nie, bo tojad jest trujący tylko z zetknięciu ze skórą, ale zawodnicy noszą rękawice. Chyba, że nawdychają się oparów i wtedy mogą mieć halucynacje albo coś jeszcze gorszego.

- Mogą sobie zrobić krzywdę albo innym – stwierdził Tobby

- Chodźmy! – pobiegłam w stronę trybun. Tym razem dostaliśmy się na górę bez problemu. Na razie gra toczyła się gładko. Slytherin wyprzedzał Gryffindor o 40 punktów. Kibice szaleli. Wychyliłam się przez barierkę i w tym momencie Leo śmignął mi koło nosa.

- Crouch! – wrzasnęłam

- Przykro mi, ale znicz nie złapie się sam! – zawołał

- Wracaj tu Crouch! Nie możesz go złapać, słyszysz?! – darłam się, ale Tobby szybko mnie powstrzymał. Nie zauważyłam, że przez przypadek weszliśmy do strefy dla Gryfonów.

- Co Socretto, zmieniłaś front? Teraz chcesz być jednak w Sltyherinie? – burknął jakiś starszy Gryffon

- Nie, ja tylko… – wyjąkałam

- Chodź stąd – Tobby zaczął przebijać się przez tłum

- Tobby, Sabrina, co wy tu robicie? Co się stało? – przez przypadek wpadłyśmy na Rose i Lily, które szły na miejsce z torbą słonych przekąsek

- Musimy zatrzymać grę! Piłki są zatrute! – powiedziałam

- Skąd o tym wiecie? – skrzywiła się Lily

- Widzieliśmy czarownika i słyszeliśmy jak wypowiada zaklęcia na dole, koło szatni – dodał Tobby na jednym wydechu

- Kto wypowiadał zaklęcia? – nie rozumiała Rose

- To pewnie Malfoy! Sabrina mówiła, że ona hoduje smoka! – Puchon nie wytrzymał presji

- Co?! – wykrzyknęły dziewczyny, a Rose puściła torbę

- Tobby! – ofuknęłam go

- MacMillan skąd wiesz takie rzeczy?! A ty…? – Rose była czerwona ze złości – Coś mi obiecałaś Sabrina!

- Rose, potem wszystko ci wyjaśnię, ale pomóż nam zatrzymać grę. Oni nie mogą dotknąć tych piłek. Są zatrute wydzieliną tojada i czymś jeszcze…

- Nie mam pojęcia, skąd to wiesz, Sabrina… – pokręciła głową Rose – ale zgoda, ja i Lily idziemy do McGonagall.

- Rosie, żartujesz sobie?! To tylko plotki – oburzyła się Lily

- Jeśli Malfoy maczał w tym palce, to nie mogą być plotki…

- Nie wiem, czy to zrobił Malfoy. Ten czarodziej był silniejszy – mruknęłam, ale Rose mnie nie usłyszała

- Powstrzymaj jakoś chłopaków. Lily, idziemy – zarządziła Rose i obie pobiegły w stronę loży nauczycielskiej

- Wiesz Sabrina, może to rzeczywiście Scorpius. Chciał zapewnić zwycięstwo swojej drużynie… – Tobby nie skończył, bo nagle szukający Ślizgonów nie wyhamował i z całym impetem rąbnął w ścianę. Slytherin zaczął buczeć, a profesor Hopeson podleciał na pomoc. Gra została na chwilę zatrzymana. To była nasza szansa. Leo zatrzymał się blisko sektora szatni. Ja i Tobby puściliśmy się biegiem.

- Leonrad, Leonrad! – krzyczałam ile sił w płucach, bo trener znowu zagwizdał, w chwili gdy dobiegaliśmy na miejsce

- Socretto? Jak tu weszłaś? Nie wiedziałem, że jesteś taką zdeterminowaną fanką – zaśmiał się – Niestety teraz jest środek gry i Gryffindor ma szansę to wygrać, więc sorry bella, ale autografy będą po meczu…

- Wszystko pięknie tylko problem w tym, że nie jestem twoją fanką Crouch! – kipiałam ze złości – A ty nie możesz złapać znicza!

- Wiesz co, nawet jeśli nie jesteś moją fanką, co ubodło mnie w samo serce, to nie powód, żebyś podcinała mi skrzydła – naburmuszył się

- Litości człowieku…nie chodzi mi o to, że nie wierzę w twoje możliwości. Znicz jest zatruty!

- Co? To chyba najgłupsze, co do tej pory powiedziałaś…

- Ona nie kłamie! – poparł mnie Tobby

- Leo rusz tyłek! – zawołał James – Sabrina? – zwolnił na mój widok – Co ty…

- Znicz! – zawołał uradowany Leo

- Nie! Wracaj tu! – jęknęłam

- Sabrina, nie możesz tutaj być! – zdenerwował się James

- Nic nie rozumiesz, piłki są zatrute…

- Proszę państwa, emocje sięgają zenitu, Leonrad Crouch goni znicz! Jest coraz bliżej! – z głośników dobiegł głos komentatora – Jak zakończy się ten emocjonujący mecz? A co to?! Aiden Black porzucił swoją pozycję pałkarza i ruszył do ataku na znicz! Proszę państwa co się dzieje…czy Black chce zastąpić swojego kolegę i nie dopuści do wygranej Croucha?

- Oni się pozabijają! – złapał się za głowę Tobby

- Oni nie mogą dotknąć znicza! – krzyknęłam i mało myśląc wbiegłam na boisko, co wywołało falę okrzyków

- Proszę państwa co za mecz! Na dwóch szukających szarżuje wściekła Socretto! Ma dziewczyna parę w nogach! To dopiero walka! Bitwa trzech domów jak słowo daję…

Nie zwracając uwagi na otoczenie starałam się dogonić chłopców, którzy lecieli teraz nisko nad ziemią. Leo już prawie miał złoty znicz. Przesunął się na czubek miotły i balansował na niej jak małpka. Aiden wymachiwał kijem jak neandertalczyk i gonił go wydając dzikie odgłosy. Oboje w tym samym momencie zeskoczyli ze swoich mioteł, a ja za nimi, przyciskając ich do ziemi.

- Co robisz Socretto!? – zawołał Aiden

- Nie ruszać znicza!

- Daj spokój, ona zamieniła się we wściekłego ponuraka! – szarpał się Leo

- On jest zatruty tojadem – z całych sił starałam się ich zatrzymać

- Pogięło cię do reszty?!

- Patrz, wylądował na trawie!

- Mam go! – Aiden wyciągnął po niego tłustą łapę, ale ja złapałam jedną z mioteł i walnęłam znicz z całej siły. Ku zaskoczeniu wszystkich piłka rozpadła się na dwie części, a ze środka wyleciał duży, zielony znak Morsmorde. Taki sam, który widzieliśmy z Aidenem w lesie. Otworzyłam buzię i po prostu się na niego gapiłam. Żaden z moich kolegów się odezwał. Zastygliśmy w bezruchu na trawie. Po chwili, jak w zwolnionym tempie, zapanowało poruszenie.

- Spokój! Proszę zachować spokój! Wszyscy proszeni są o ewakuację do szkoły! – grzmiała dyrektor McGonagall

Nie ruszałam się. Nawet wtedy, gdy podbiegł do nas Tobby, James, Albus, profesor Hopeson i reszta zawodników. Patrzyłam jak zaczarowana na zmieniający się znak. Czaszka przemieniła się w borsuka, którego połknął wąż. Następnie został on zadziobany przez kruka, którego z kolei lew przeciął swoimi pazurami. Niespodziewanie lew został przebity mieczem. Nad wszystkimi zwierzętami pojawiła się para czerwonych ślepi. Dokładnie tych samych które widziałam. Echo odbiło głęboki, gardłowy śmiech. To był znak…że w świecie czarodziei pojawiło się kolejne zło.

***

Po meczu cała nasza czwórka została wysłana do gabinetu McGonagall. Ja i Tobby byliśmy przesłuchiwani najdłużej. Byłam już tak zmęczona, że ledwo co mówiłam. Ja i Tobby dostaliśmy ujemne punkty za zachowanie podczas meczu i fakt, że nie przyszliśmy ze sprawą od razu do niej. Wygłosiła nam też długie kazanie o tym, jak źle takie spotkanie mogło się dla nas skończyć. W końcu dyrektorka zlitowała się i kazała nam wracać do pokoi, a sama poszła na zebranie z nauczycielami. Cecylie jako prefekt mojego domu czekała na mnie. Pozwoliłam się jej prowadzić, bo oczy same mi się zamykały. Jednak kiedy je otworzyłam ze zdumieniem odkryłam, że jakimś cudem znalazłam się w Klubie Przyjaciół Książek. Przy stoliku siedziały wszystkie klubowiczki. W tym zaniepokojona Rose.

- Coś mnie ominęło? – zapytałam mało przytomnie

- Czy to prawda, że widziałaś w Zakazanym Lesie smoka?

- Skąd wiecie…? Rose?

- Wiedziały wcześniej – prychnęła

- Naprawdę myślałaś, że jesteś taka sprytna Socretto, że nikt nie zauważy twojego włóczenia się po nocy? – zakpiła Cecylie

- Gdyby ktoś nie wyrzucił mnie z pokoju, nie musiałabym się włóczyć…Dlaczego nie naskarżyłyście na mnie Gretel? – zapytałam buntowniczo

- Wciąż możemy to zrobić – zmrużyła oczy Cecylie – Po prostu powiedz, czy widziałaś Scorpiusa ze smokiem.

- Widziałam smoka bez Malfoya. Zgubiliśmy go – przyznałam

- W takim razie znajdziesz sposób, żeby dowiedzieć się, czy to on go hoduje – zarządziła Cecylie

- Żartujesz sobie? – parsknęłam

- Nie, nie będziesz jej narażać – Rose uderzyła ręką w stół

- Rose, ona jest cwana. Wykiwała nas wszystkich z tym wisiorkiem. Poradzi sobie ze śledztwem. Dziś pokazała, że potrafi być skuteczna. Potrzebujemy jej.

- Mam być waszym mięsem armatnim? Nie zgadzam się, będę za was obrywać i zbierać ujemne punkty. Nic z tego! – zaprotestowałam

- Jeśli tego nie zrobisz, powiem McGonagall o twoich wycieczkach do Zakazanego Lasu. – zagroziła Cecylie

- Byłam tylko raz… – zazgrzytałam zębami

- I myślisz, że ci uwierzy?

- Cecylie, ona jest pierwszoroczniakiem – zaprotestowała Rose – Odpuść…

- Co z tego? Udowodniła, że może dla nas pracować…i w sumie nie ma wyboru – zatriumfowała prefekt – Jutro wszystko ci wyjaśnię Socretto…

Tak właśnie drogi pamiętniczku zostałam wplatana w tajemnicza intrygę i śledztwo. Wiedziałam, że ten względny spokój to cisza przed burzą. Takie są właśnie konsekwencje moich heroicznych działań. Po krótkim dochodzeniu McGonagall uznała, że to był głupi żart uczniów. Nie podała jednak konkretnych sprawców i wygłosiła tylko pouczającą mowę o tym, że pewnych symboli nie można używać dla zabawy i prosi o to, żeby winni sami poddali się karze. Odwołała też kolejne mecze do listopada. W szkole zapanowała ponura atmosfera. Ktoś „mądry” powiedział, że to przez moje wtargnięcie na boisko dyrektorka się wściekła i cała fala nienawiści znowu wylała się na mnie. Jak zwykle tylko Potterowie, Weasleyowie oraz Tobby stanęli po mojej stronie. Leo był rozgoryczony bo nie mógł grać, a Aiden po prostu się do mnie nie odzywał i kręcił się cały czas w towarzystwie kuzyna. Wszyscy potraktowali ten incydent z meczu jako niegroźny, głupi dowcip. Mimo to czułam, że sprawa jest poważna, ale nauczyciele nie chcą nas martwić. A może za  bardzo panikuję, pamiętniczku? Może to naprawdę wina Malfoya i jego bandy? Chyba jednak mam zbyt dużą wyobraźnie…Zobaczymy, co będzie dalej…

 

List z domu i nocna wyprawa do Zakazanego Lasu…

06 lis

11 października 2020

Wiesz pamiętniczku, zawsze mówiono mi, że kiedy składasz komuś obietnicę to jest święte i pod żadnym pozorem nie można złamać danego słowa. Oczywiście podpisuję się pod tą zasadą rękami i nogami, bo sama nie cierpię, gdy ktoś nie dotrzymuje słowa albo mnie oszuka. Jednak tego dnia dowiedziałam się, że nie wszystko w życiu można przewidzieć i czasem poczucie obowiązku bierze górę nad przyrzeczeniem…Zagadkowo dziś piszę, prawda? Sprawa też nie jest prosta i naprawdę nie łatwo mi o tym pisać, ale złamałam słowo, które dałam Rose. Wiem, że miałam się nie mieszać w sprawy Scorpiusa Malfoya, wiem…ale czułam, że on coś planuje i moje intuicja mnie nie zawiodła! Nie wiem dokładnie, co to ma być, ale jestem pewna, że jego działania wykraczają poza regulamin szkoły…a ja też złamałam nie jeden, żeby się tego dowiedzieć. Ale powoli…wyjaśnię ci wszystko od początku, więc błagam nie oceniaj mnie od razu…chociaż ty, pamiętniczku. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że dzień zaczął się całkiem przyjemnie i nic nie zapowiadała takiej katastrofy i bratania się złem w najczystszej postaci w celu uniknięcia szlabanu…

Kolejne piękne popołudnie mijało mi jak pstryknięcie palców. Siedząc pod wielkim dębem na błoniach, patrzyłam się na szybko płynące chmury i z niepokojem doszłam do wniosku, że moje życie płynie tak samo szybko. Już ponad miesiąc jestem w Hogwarcie, a czuję jakbym mieszkała tu kilka lat! Wpadłam po prostu w rutynę. Nawet przyzwyczaiłam się do złośliwości Irminy i ignorowania mojej osoby przez Krukonów. Chyba to zaakceptowałam. Po prostu nie robiło to już na mnie wrażenia. Nauczyciele zadają nam strasznie dużo wypracowań i mam sporo materiału do opanowania (zwłaszcza, że pochodzę z mugolskiej rodziny i wciąż zwykłe rzeczy są dla mnie nowością). W sumie to nawet nie mam czasu , żeby spokojnie pomyśleć nad tym, co się w okół mnie dzieje. Takie spokojne popołudnie jak dziś, rzadko się trafia. Po przerwie obiadowej powinniśmy mieć Obronę przed Czarną Magią, ale profesor Daydar powiedział nam, że spóźni się godzinę, bo musi załatwić coś w Hogsmade i musimy na niego poczekać. Gryffoni oczywiście nie posiadali się z radości, ale większość Krukonów miała skwaszone miny, bo przygotowywali przez cały wieczór długie referaty o zaklęciach zaawansowanej samoobrony. Ja należałam do grupy zadowolonych. Nie dlatego, że się nie przygotowałam albo nie lubiłam tych lekcji, nie…po prostu czułam, że potrzebuję odpoczynku. W efekcie wylądowałam na błoniach z Tobbym, Rose, Lily, Hugo, Albusem, Jamesem i Leonardem. Ja, dziewczyny i Tobby siedzieliśmy na kocu w cieniu, a chłopcy ćwiczyli manewry quidditcha. Od października zaczęły się rozgrywki o puchar domów i wszyscy tylko o tym mówili. Leonard kompletnie oszalała na tym punkcie. Został rezerwowym szukającym Gryffonów (dzięki wstawiennictwu Jasmesa) i żyje tylko quidditchem. Biedaczek chyba liczy na to, że zagra w pierwszym meczu. Nie chciałabym być w skórze Jamesa, kiedy Leo dowie się, że jednak nie zagra…

Rose zajęła się swoją pracą domową,Tobby siedział i rysował coś w swoim szkicowniku, a ja pozwoliłam Lily „zająć się” moimi włosami. Dziewczynka cały czas coś mówiła, ale wystarczyło, jeśli ja i Rose co jakiś czas przytaknęłyśmy w odpowiednim momencie. Ułożyłam się wygodnie na brzuchu i wyjęłam z kieszeni list od mamy, który noszę ze sobą już od śniadania. Mama tak długo zwlekała z odpowiedzią, że bałam się, czy aby mój list rzeczywiście dotarł na miejsce. W końcu miałam chwilę, że go przeczytać. Drżącymi rękami rozdarłam papier. Tak bardzo tęskniłam za mamą…

Kochana Sabrino
Bardzo się cieszę, że tak szybko zaaklimatyzowałaś się w nowym miejscu. Wiedziałam, że ta szkoła będzie dla ciebie najbardziej odpowiednim miejscem. Zawsze uważałam, że jesteś wyjątkowa i pewnego dnia to odkryjesz. Nie sądziłam tylko, że jesteś czarodziejką. Mam nadzieję, że znajdziesz w Hogwarcie dużo przyjaciół…

- Padnij! – usłyszałam krzyk Leo i w ostatniej chwili przylgnęłam do ziemi, bo w przeciwnym razie dostałabym tłuczkiem po głowie

- Co robisz?! Chcesz nas zabić?! – krzyknęłam

- Pardon madame. Ta piłka jest nieokiełznana jak dziki zwierz – odparł Leo teatralnym głosem, zawrócił swoją miotłę i śmignął z powrotem do kolegów. Zakrztusiłam się pyłem, który uniósł się za nim w powietrzu.

- Jaki szpaner… – prychnęłam

- Kiedy stary Crouch dowiedział się, że Leo został przyjęty do drużyny kupił mu najnowszy model miotły – pokiwała głową Lily – Chciałbym mieć takiego dziadka…

- Mamy najlepszego dziadka na świecie, Lily – zganiła ją Rose – Przynajmniej interesuje się nami cały czas, a nie od święta albo wtedy, gdy coś osiągniemy…

- Poza tym my nie gramy w quidditcha i nie potrzebujemy takich mioteł – stwierdziła pojednawczo Lily

- Mówicie, że dziadek nie poświęca Leonardowi czasu? – wyłapałam

- Po prostu jest bardzo zajęty – Rose znacząco poruszyła brwiami – Wiesz…Leo od dziecka spędzał z nami u naszych dziadków większość wakacji. Stąd go tak dobrze znamy.

- Jest dla nas prawie jak rodzina – dodała Lily – Zawsze jest wesoło, kiedy do nas przyjeżdża. Babcia mówi, że czuje się, jakby przyjęła pod swój dach połączenie wujka Freda i Georga. – zachichotała

- Tak, Leo zawsze jest pełen energii i w nastroju do żartów, ale gdy ktoś zaczyna mówić o domu albo jego rodzinie…szybko się ulatnia – Rose oderwała się od pisania i spojrzała ze smutkiem na Leo, który balansował na czubku miotły – Biedny dzieciak…w sumie wychował się wśród obcych.

- A może dlatego tak się zachowuje? Bo chce zwrócić na siebie czyjąś uwagę, chce, żeby dziadek i mama się nim zainteresowali…

- Może… – szepnęła Rose, a Lily ciężko westchnęła i przesunęła się na drugą stronę, żeby zrobić mi warkocz po prawej

Dobrze, że ja nie mam takiego problemu…wróciłam zatem do czytania listu.

…Pamiętaj, że jesteś mądrą, kochaną, empatyczną i wrażliwą dziewczyną tylko musisz się otworzyć na ludzi. Zapomnij o tym, co było w Londynie. Zaczęłaś nowe życie, więc unikaj kłopotów. Znam cię Sabrina…wiem, że coś przeskrobałaś, ale nie chcesz mnie martwić i przedstawiasz wszystko w różowych barwach. Cokolwiek by się stało, pamiętaj, że bardzo cię kocham…

Pisnęłam, bo wielka piłka uderzyła w sam środek mojej kartki. Wyciągnęłam ją szybko i otrzepałam. No teraz to przesadził…

- Uuuu Socretto dostała list od ukochanego? – niespodziewanie usłyszałam obok siebie wesoły głos Leonarda

- Co?! Crouch, nie wiesz, że nie czyta się prywatnych listów!?

- „pamiętaj, że bardzo cię kocham” no, no Socretto, nie znałem cię od tej strony… – gwizdnął

- Leo, pobiję cię! – zagroziłam

- A tak właściwie co ty tam czytasz, Sabrina? – zainteresowały się dziewczyny – Naprawdę masz tajemniczego wielbiciela? – podekscytowała się Lily

- Nie! Na brodę Merlina! To list od mamy…

- Tak od mamy… – zachichotał Leo

- A idź stąd! – złapałam kamień i rzuciłam w jego stronę, ale chłopak zręcznie go ominął, śmiejąc się dziko

- Jak ja go nie cierpię… – zazgrzytałam zębami

- Nie zwracaj na niego uwagi. Leonardowi brakuje w życiu adrenaliny i każdego tak prowokuje – przewróciła oczami Rose – A zwłaszcza osoby, które dają się łatwo wyprowadzić z równowagi.

- Co u twojej mamy w Londynie? – zapytała zaciekawiona Lily

- Jeszcze nie wiem, nie skończyłam listu – westchnęłam, otwierając kolejny raz pogniecioną kartkę. Niech tylko ktoś mi jeszcze raz przeszkodzi…

…Jeśli chodzi o święta…mamy jeszcze dużo czasu na podjęcie decyzji. Napisałaś, że dużo uczniów wraca do domu, ale część przecież zostaje, prawda? A może lepiej by było, gdybyś została na święta w Hogwarcie i spróbowała wczuć się w atmosferę świąt w świecie magii? To na pewno inne doświadczenie niż zwykłe mugolskie święta w Londynie. Zapytaj się przyjaciół, może ktoś z nich też zostaje na świta w szkole. Pomyślimy jeszcze o tym. Jestem dumna z twoich osiągnięć i cały czas o tobie myślę Sabrinko. W domu wszystko w porządku. O nic się nie martw.
Mama

Początkowa fala ulgi i ciepła jaka zalała mnie na początku czytania listu, zmieniła się w skurcz żołądka i niepokój. Pozornie nic się nie stało. Może mama naprawdę chce, żebym dobrze się tu poczuła i odnalazła swoje korzenie, ale…czy ona nie chce, żebym spędziła z nią święta? Ma tylko mnie, a ja ją. Zawsze jadłyśmy razem kolację, śpiewałyśmy kolędy i szłyśmy na pasterkę do kościoła. Nie wyobrażam sobie świąt bez mamy…ona najwyraźniej beze mnie tak. Poczułam ukłucie w klatce piersiowej i przełknęłam łzy. Nie, to nie jest w stylu mojej mamy. Ona by w życiu tak nie napisała. Nie chce mnie martwić i wszystko opisała w optymistycznej, przerysowanej wersji. Coś się stało i stara się to ukryć. Przynajmniej w tym jesteśmy do siebie podobne…

- Mama przysłała mi wczoraj najnowszy katalog mody z Hogsmade – chwaliła się Lily z buzią pełną czekoladowych żab – Widziałam w nim taką śliczną błękitną sukienkę…mama powiedziała, że może mi ją kupi na bal Halloweenowy.

- Lily, to był magazyn mody dla dorosłych – parsknęła Rose, przerysowując runy z książki do zeszytu – Nie sądzę, żeby ciocia Ginny kupiła ci taką sukienkę, bo wyglądałabyś w niej śmiesznie.

- Sama wyglądałabyś w niej śmiesznie – oburzyła się dziewczynka

- AŁA moje włosy – jęknęłam, gdy Lily ze złości mocniej pociągnęła moje włosy. Zaczynam żałować, że pozwoliłam jej pobawić się we fryzjera.

- Przepraszam, to nie ciebie powinnam pociągnąć za włosy – mruknęła skruszona

- Lily, chodziło mi o to, że jesteś jeszcze za mała na takie sukienki – westchnęła Rose i spojrzała przepraszająco na kuzynkę

- Taaak, bo ty jesteś taka dorosła – przewróciła oczami mała

- Na pewno starsza od ciebie – wzruszyła ramionami i wróciła do pisania, a Lily skrzywiła się i pokazała jej język – Widziałam – burknęła Rose znad zeszytu

- To niesprawiedliwie! – wykrzyknęła Lily, wyrzucając ręce w górę – Dlaczego ty możesz chodzić w takich ładnych sukienkach i podobać się chłopcom?! Pewnie wszyscy będę cię prosić do tańca! A ja? Ja może też bym chciała, żeby ktoś mnie poprosił…

- Jeszcze się doczekasz tych swoich tańców Lily! – zaśmiała się głośno Rose – I zapewniam cię, że będziesz miała dość.

- A ty masz dość? – wzięła się pod boki w buntowniczej pozie

- O taak – pokiwała głową moja przyjaciółka

- Nie wierzę ci! Kto miałby dość tłumu chłopaków, uganiającego się za tobą i proszącego cię o jeden taniec? – poskarżyła się płaczliwie Lily. Ja i Rose spojrzałyśmy się na siebie i wybuchnęłyśmy śmiechem.

- Nie kłóćcie się, nie ma o co – stwierdziłam, ale młoda Potterówna nadal była obrażona

- Lily skarbie…chłopcy wcale się za mną nie uganiają. Co najwyżej zatańczę z twoimi braćmi i może jakimiś nadętymi Krukonami, to wszystko.

- Ale to i tak kilku chłopców, a mnie nikt nie chce poprosić! – nie ustępowała

- Hmm…musisz być cierpliwa – mruknęła Rose, przygryzając wargę od wewnątrz, żeby nie wybuchnąć śmiechem

- A ty? – spojrzała na mnie Lily. Poczułam, że pod wpływem jej spojrzenia robię się czerwona.

- Eee to będzie mój pierwszy taki bal w życiu – odparłam zaskoczona – ale nie sądzę, żeby ktoś chciał ze mną tańczyć.

- No właśnie! Bo będą się gapić na starsze dziewczyny w tych ślicznych sukienkach…

- Nie, to chyba nie w tym rzecz… – prychnęłam

- Albus! To prawda, że mama obiecała mi kupić tą błękitną sukienkę na bal przebierańców? Ty nie umiesz kłamać – Lily podskoczyła do chłopaków, którzy właśnie przy nas lądowali. Wszyscy zgodnie rzucili się na lemoniadę, podczas gdy Lily skakała obok nich jak mały, rudy krasnal i machała im katalogiem przed nosem. Albus odłożył w końcu kubek, wytarł buzię rękawem, zmarszczył brwi i wziął od siostry magazyn.

- Czy ja wiem…coś tam mówiła… – podrapał się po głowie, a w oczach Lily błysnęła nadzieja – Jak zaczęłyście gadać o ciuchach wyłączyłem się – stwierdził w końcu, a dziewczynka załamała się

- Czekaj, ja coś pamiętam – odparł James, który wypił swoją lemoniadę jedynym duszkiem – Pokaż to Albus, niech moje wprawne oko na to spojrzy…

- A od kiedy ty znasz się na modzie, James? – parsknął Albus

- Po prostu wiem, w czym dziewczyna wygląda dobrze – stwierdził pewnie, zabierając katalog.

- A może raczej „bez czego” wygląda dobrze – zachichotał Leo

- Nie pajacu… – zachichotał James i chciał go trzepnąć po głowie, ale Leo szybko odskoczył, śmiejąc się – Chociaż…hoho całkiem niezłe te czarownice… – gwizdnął, a chłopcy zainteresowali się katalogiem. Rose przewróciła oczami.

- James, miałeś im powiedzieć! – tupała nogą Lily, ale chłopcy byli zajęci oglądaniem modelek i chichotaniem

- Ta w niebieskim jest ładna, nie?… – James szturchnął Albusa

- Noo… – rozmarzył się Leo

- To znaczy ta niebieska sukienka jest ładna młody, sukienka – poprawił się szybko James

- Tak, tak, pewnie wyobrażałeś sobie swoją Leslie w takiej sukience…

- Młody! To nie dla ciebie gazety – zaczerwienił się James i szybko zaczął przewracać strony – To o której sukience mówiłaś Lily?

- Właśnie o tej… – westchnęła zniecierpliwiona, przewracając katalog na odpowiednią stronę

- No nieźle! – zagwizdał Hugo

- Ohoho siostrzyczko… – wytrzeszczył oczy Albus – Takiej sukienki to nawet mama by nie kupiła.

- Obiecała mi błękitną!

- Czekaj Liluś…może chodziło jej o taką – James przewrócił na ostatnie strony z ubraniami dla dziewczynek – No i masz! Błękitna jak w mordę strzelił – zawołał

- Pasterka Zosia! No nie mogę! – zaryczał ze śmiechu Leo

- Co?! Pokażcie mi to! – Lily wyrwała bratu katalog, a widząc uroczą, błękitną sukieneczkę w białe kropki o mało się nie popłakała.

- Tak możesz się ubrać na bal – pokiwał głową James, a na jego ustach igrał kpiarski uśmieszek. Poklepał siostrę po głowie.

- Nie wierzę… – jęknęła Lily

- Pastereczka…idealnie pasuje… – Leo aż się popłakał ze śmiechu

- Och daj jej spokój Crouch! Jesteś okrutny! – ofuknęłam go, czując, że powinnam solidaryzować się z Lily

- Życie jest niesprawiedliwe! Rose znowu będzie wyglądała jak jakaś bogini, wszyscy będą z nią tańczyć, nawet Malfoy, a ja będę się musiała zadowolić ponczem i ciastem dyniowym!

- Lily! – Rose na wzmiankę o Malfoyu zrobiła się czerwona

- No co?! Przecież wiem, że dla niego się tak stroisz! – Lily była już na skraju rozpaczy i chyba było jej wszystko jedno, co mówiła

- Poważnie Rose? Romansujesz ze Scorpiusem? – zainteresowali się chłopcy

- Oczywiście, że nie! – wściekła dziewczyna zatrzasnęła podręcznik – Śledziłam go przez pewien czas na potrzeby Klubu Przyjaciół Książek.

- A co, chciałyście od niego autografy? – zażartował Leo

- Nie bądź śmieszny – skasowała go wzrokiem

- Czekaj aż powiem o tym tacie…przyjecie specjalnie na bal, żeby cię pilnować – zaśmiał się Hugo

- Ani mi się waż! – zdenerwowała się Rose

- Więc jednak coś między wami jest – zauważył Albus

- Nie! – broniła się dziewczyna

- To prawda. Ostatnio prawie by się pobili – włączyłam się, ale to tylko podsyciło ich ciekawość. Jedynie James nagle spoważniał.

- Jesteście okropni! Po prostu nam zazdrościcie, bo będziemy pięknie przebrane na bal i wszyscy będą chcieli z nami tańczyć – wystrzeliłam

- Tak? A ty za kogo się przebierasz na bal, Socretto? – zapytał zadziornie Leo

- Za nikogo – powiedziałam wyniośle

- No tak, ona nie musi się za nikogo przebierać na Halloween – mruknął Leonard do Albusa, a Potter zakrztusił się lemoniadą

- Zamorduję cię, Crouch! – nie wytrzymałam – Chodź tu!

- Oho wiedźma na 12! Odwrót taktyczny! – zawołał ze śmiechem i plącząc się o własne nogi, pobiegł przed siebie

- Sabrina, on cię prowokuje… – krzyczała za mną Rose, ale wściekłość mnie zaślepiła i widziałam tylko Croucha jako swój cel. Z kolei on zachowywał się, jakby dostał turbodoładowanie. Biegał, podskakiwał, krzyczał i przezywał mnie, a ja jak głupia odgrażałam się, goniłam go i starałam się trafić jednym z moich zaklęć. Wielu uczniów nas obserwowało i podśmiewało się cicho. Domyślam się, że wyglądało to dość komicznie. Zwłaszcza, że Leo zdawał się w ogóle nie męczyć. Zatoczyliśmy wielkie koło i wróciliśmy do przyjaciół. Ledwo dysząc osunęłam się na koc. Byłam wściekła, bo pomimo całego trudu jaki włożyłam w ten pościg, nie udało mi się go złapać. Jedynie drasnęłam go zaklęciami.

- Wiesz Socretto, teraz jesteś tak czerwona, że mogłabyś udawać dynię – zauważył

- Spadaj Crouch – wydyszałam i ostentacyjnie odwróciłam od niego wzrok

- Nie załamuj się, Socretto, nie było tak źle – zanim zdążyłam się zorientować, Leo podleciał do mnie na miotle ze swoim małpim uśmiechem i poklepał mnie po głowie – Może kiedyś mnie złapiesz – puścił do mnie oko i poleciał do chłopaków, którzy wrócili do gry

- Co za bezczelność! – gotowałam się ze złości

- Odpuść Sabrina, to Leonrad…jego nie zmienisz – pokręciła głową Lily

- Tobby, widziałeś to? – zwróciłam się do przyjaciela, który siedział oparty o pień drzewa i zawzięcie rysował w swoim notatniku – Tobby? – przysunęłam się do niego, ale chłopak zupełnie mnie nie zauważył, jakby wpadł w jakiś trans. Zmarszczyłam brwi i przygryzłam wargę. Martwię się o niego. Na lekcjach też zdarza mu się tracić kontakt z rzeczywistością w ten sposób. Zawsze to wiąże się z tym przeklętym notesem. Zajrzałam mu przez ramię. Znowu rysował to drzewo…Bijącą Wierzę. Od kilku tygodni pracuje na tym samym rysunkiem. Szkicuje, cieniuje, poprawia…widać każdy najmniejszy szczegół. Nie wiem, czy on tak bardzo lubi to drzewo, czy to początek jakiejś obsesji. W każdym razie to nie jest normalne. Muszę mu to jakoś uświadomić. Boję się tylko, że Tobby sam tego nie kontroluje. Potrząsnęłam nim lekko, a chłopak podskoczył i wziął głęboki oddech, jakby właśnie wynurzył się z wody. Wytrzeszczyłam na niego oczy i odsunęłam się zaskoczona.

- Sabrina? – MacMillan rozejrzał się w okół mętnym wzrokiem

- Tak Tobby…wszystko w porządku?

- Eee jasne – odparł niepewnie. Wciąż zdawał się nie wiedzieć, gdzie się znajduje.

- Znowu odleciałeś, wiesz? – skrzyżowałam ręce

- Przepraszam – zacisnął usta i wbił wzrok w ziemię. Przełknął ślinę i zamknął swój notes.

- To od tego rysowania, prawda? – złapałam go za rękę

Chłopiec spojrzał się na mnie, a na jego twarzy było mnóstwo emocji. Strach, zmęczenie, zagubienie i dezorientacja.

- Właściwie to nie wiem… – chrząknął – Kiedyś tak nie było – dodał szeptem

- Tobby, pamiętaj, że chcę ci pomóc. Jesteśmy kumplami, tak?

- Pamiętam, dziękuję – uśmiechnął się słabo

- Dlatego proszę cię, nie rysuj przez jakiś czas w tym notesie… – zaczęłam powoli

- Nie mogę! – Tobby gwałtownym ruchem przytulił do siebie notes – Kiedy poczuję, że muszę, rysuję. To silniejsze ode mnie.

Tego właśnie się obawiałam. Tobby nie ma nad tym kontroli.

- Hej chodźcie już, musimy się zbierać. Koniec przerwy, trzeba wracać na lekcje – przerwała nam Rose

- Już idziemy! – zawołałam

Wstałam i pomogłam podnieść się Tobbyemu, który wydawał mi się dziwnie słaby. Czyżby ten notes wysysał z niego energię? Z niepokojem patrzyłam jak mój przyjaciel człapie swoim kaczkowatym chodem na zajęcia z Opieki nad Magicznymi Zwierzętami. Muszę go obserwować…bo widzisz pamiętniczku, on jest tutaj sam, tak jak ja. Mamy tylko siebie. A z przyjaźnią jest tak, że jak już zdecydujesz się nazywać kogoś swoim przyjacielem, to jesteś za tą osobę odpowiedzialny. Tobby mnie potrzebuje. Nawet jesli on sam nie widzi na razie zagrożenie, to po to ma mnie. Jestem jego uszami i oczami. Nie mogę go zawieść.

Niestety pamiętniczku, ale to chyba było ostatnie, ładne, jesienne popołudnie. Po kolacji zaczął padać rzęsisty deszcz i uczniowie wrócili do swoich pokojów wspólnych. Ja też miałam zamiar tam zostać i odrobić pracę domową z eliksirów, ale gdy Krukoni robili wszystko, żeby mnie stamtąd przepędzić, poddałam się. Zabrałam swoje rzeczy i przeniosłam się do biblioteki. Tu przy moim stoliczku panowała względna cisza i spokój. Siedziałam nad zadaniem 1,5 godziny, ale w końcu wpadłam na pomysł jak się za to zabrać. Jednak mama miała rację mówić, że nigdy nie można się poddawać. Kolejne pół godziny spędziłam na notowaniu odpowiedzi. Kiedy w końcu skończyłam, w bibliotece zostałam już tylko ja. Zaraz będzie cisza nocna i widziałam, że bibliotekarka spogląda na mnie nerwowo. Najwidoczniej miała ze mną złe skojarzenia. Nie chciałam jej denerwować, bo byłam jej wdzięczna, że pozwoliła mi tu znowu przychodzić. Wyszłam więc z biblioteki i ruszyłam do dormitorium. Oczywiście byłam już tak zmęczona, że nie patrzyłam pod nogi i wyłożyłam się na prostej drodze. Przeklinając pod nosem uklękłam, żeby pozbierać rzeczy, które powypadały mi z torby, gdy usłyszałam jakieś głosy. Szybko schowałam się za filarem. W ostatnim momencie bo grupa chłopców w czarnych pelerynach przemknęła jak cienie po schodach i ruszyła do głównego wyjścia. Najwyższy z grupy otworzył wielkie drzwi, a jego kaptur spadł i przez chwilę zobaczyłam jasną gębę Scorpiusa Malfoya! Tak pamiętniczku to był właśnie ten moment, gdy postanowiłam złamać obietnicę. Wiedziałam, że oni coś kombinują. Czułam to przez skórę. Gdyby było inaczej, Krukonki nie zainteresowałyby się nimi i ryzykowały szlabanu przez ich dziwne karteczki. Coś musiało być na rzeczy, a ja miałam szansę, żeby dotrzeć do źródła. Tak jak się domyślasz, pobiegłam za nimi.

Nie zdziwiłam się, kiedy grupa Ślizgonów skierowała się prosto do Zakazanego Lasu. Oczywiście, że to najlepsze miejsce to załatwiania nielegalnych spraw. Już sama nazwa o tym mówi. Teoretycznie żadnemu uczniowi ani nauczycielowi nie przyszłoby do głowy, że Malfoy i jego banda mogę mieć tu do załatwienia jakieś interesy, ale ja nie dam sobie zamydlić oczu! Dzięki szlabanowi u profesor Lovegood (który zamienił się w regularne wizyty, pomoc przy magicznych stworzeniach i rozmowy przy herbacie z miodem) przestałam bać się Zakazanego Lasu i odważnie podążałam za grupą Ślizgonów. Trzymałam się blisko nich, bo nie chciałam zapalać swojej różdżki, a w tych ciemnościach łatwo było się zgubić. Jedyny czego im zazdrościłam to peleryny. Ja już cała przemokłam od wilgoci. Mam tylko nadzieję, że się nie rozchoruję, a jeśli już…to przynajmniej będę mogła powiedzieć, że było warto. W sumie to nie miałam pojęcia, dokąd ta wyprawa zmierza. Również dobrze Scorpius mógł wywoływać jakieś demony albo spotykać się z jakimś czarnoksiężnikiem, a ja głupia szłam za nimi bezbronna jak dziecko. Tak bardzo skupiałam się na otoczeniu, że nie zauważyłam nadciągającego niebezpieczeństwa i miałam małą stłuczkę. I to nie byle z kim!

- Socretto?! Co ty tu robisz?! – warknął Aiden, rozcierając czoło – Grzeczne Krukonki już dawno śpią albo czytają książkę do podusi…

- Nie jestem Krukonką! A ty, co tu robisz?! – burknęłam – Spodziewałam się, że jesteś tam z nimi.

- A tu niespodzianka, co Socretto? – wyszczerzył się okrutnie – Czemu nie palisz światła? – syknął

- Może dlatego, żeby twoi kumple mnie nie zauważyli, bo tak właśnie się kogoś śledzi – zmrużyłam oczy – A tak właściwie czemu ty nie palisz światła? – skrzyżowałam ręce na piersi

- Bo właśnie tak się kogoś śledzi – powtórzył po mnie szybko

- Nie kłam – syknęłam, wbijając w niego spojrzenie – Twój kuzyn nie wtajemnicza cię we wszystkie sprawy i też chcesz się dowiedzieć, co on knuje.

- Nie prawda – zadarł wysoko głowę – Jestem prawą ręką Scorpiusa. Jestem jego najbardziej zaufanym człowiekiem. Po prostu wysłano mnie, żebym cię zatrzymał. Myślisz, że jesteś taka cwana, co? Scorpius już dawno cię wyczuł, szlamo…

- Licz się ze słowami! – błyskawicznym ruchem szermierza wyjęłam różdżkę z buta i wycelowałam w jego perkaty nos – Jedziemy na tym samym wózku, Black. Ty też śledzisz Scorpiusa.

- Nie porównuj mnie do siebie, szlamo. Jestem od ciebie sto razy lepszy. – wycedził

- Tak? To dlaczego twój szef cię zostawił w tyle? – przekrzywiłam głowę i uniosłam brwi

Aiden otworzył buzię, ale szybko ją zamknął, bo najwyraźniej nie mógł wymyślić odpowiednio ciętej riposty.

- Gratulacje, właśnie ich zgubiliśmy – mruknęłam, oglądając się do tyłu. Aiden wykorzystał mój moment nieuwagi i popchnął mnie do drzewo. Teraz to on celował we mnie różdżką.

- Cokolwiek robi mój kuzyn, nie powinno cię to interesować, Socretto – warknął mi prosto w twarz. W jego oddechu czuć było dużo lasagne, a mnie zemdliło. Odepchnęłam go zdecydowanie.

- Nieprawdopodobne…twoja lojalność jest godna podziwu… – zmrużyłam oczy – Słuchaj baranie! Cokolwiek robi twój kuzyn, jest to niezgodne z regulaminem szkoły i myślę, że zainteresuje to profesor McGonagall.

- Jednak jesteś zasadniczą Krukonką – prychnął, a ja pod wpływem impulsu zdzieliłam go w nos. Chłopak zatoczył się do tyłu, jęcząc, łapiąc się z nos i pomstując na mnie.

- Myślisz, że nie wiem, co było na tych karteczkach?!

- Nie nie rozumiesz, Socretto – pokręcił głową

- Ty też nie – odparowałam – Więc moja propozycja jest taka. Obojgu nam zależy na odkryciu sekretu Scorpiusa, więc spróbujmy się nie pozabijać i idźmy za nim, bo za chwilę będzie za daleko, żeby go gonić. – Black cały czas mierzył we mnie różdżką – Chyba, że wolisz spędzić tu noc, bo ja nie zmierzam się poddać – wyciągnęłam moją różdżkę

- Dobrze, chodź – mruknął, nie patrząc się na mnie. Chyba wizja nocy w Zakazanym Lesie podziałała na jego wyobraźnię – Lumos – mruknął, a ja spojrzałam się na niego spode łba – No co, teraz jesteśmy tak daleko, że na pewno nas nie zauważą – wzruszył ramionami

Zdusiłam wybuch śmiechu i odwróciłam od niego wzrok. Zapaliłam swoją różdżkę i objęłam się ramionami. Jednak bał się, że Scorpius odkryje jego obecność. Mimo to był do tego stopnia lojalny wobec niego, że chciał mnie zatrzymać, abym nie poznała jego sekretów. Niesamowite…nie wiem, czy mnie byłoby na to stać. Wydaje mi się, że Scorpius traktuje Aidena na równi ze swoimi służącymi. Oczywiście chłopak nigdy się do tego nie przyzna, ale nawet jego rodzina uważa go za czarną owcę w stadzie. Wszystko to przez nazwisko.

- Aż tak ci zimno, Socretto? – zapytał po jakimś czasie Aiden

- Nie, skądże…czemu tak uważasz? – mruknęłam ironicznie

- Bo trzęsiesz się jak królik na mrozie – prychnął. Biedny królik. Stawiam 100 funtów na to, że sam to przetestował. – Mnie jakoś nie jest zimno.

- Bo masa cię grzeje – stwierdziłam bezlitośnie. Aiden aż przystanął i wciągnął powietrze ze złości. Po chwili ruszył za mną szybciej, ale ja odwróciłam się, uprzedzając jego atak -  Wiesz, gdybyś był prawdziwym dżentelmenem, dałbyś mi swoją kurtkę – zauważyłam z przekąsem

- Jeszcze czego! Nie będę dawał kurtki szlamie – burknął, ale zaskoczony opuścił gardę – Jak zamarzniesz to będzie o jeden problem mniej – wzruszył ramionami, a mnie przeszedł dreszcz.

- Dzięki, od razu czuję się bezpieczniej – mruknęłam, przeskakując zwinnie stos patyków

- Do usług – odparł i wyjął z kieszeni woreczek z jedzeniem. Ten to zawsze jest przygotowany na wszystko! – A może ty się tak trzęsiesz ze strachu, co? – zamlaskał

- Nie boję się Zakazanego Lasu – stwierdziłam pewnie

- Każdy boi się Zakazanego Lasu…zwłaszcza takie Krukonki jak ty – wrzasnął mi do ucha, a ja pisnęłam i podskoczyłam

- Zwariowałeś do reszty?! – wściekłam się

- Boisz się, wiedziałem! – śmiał się, a czekoladowe dropsy wypadały z jego ust

- Cicho bądź! Nawet nie masz pojęcia jakie stworzenia tu mieszkają – warknęłam, a Black natychmiast zamilkł

- Co masz na myśli?

- Wiesz przecież, że miałam szlaban u profesor Lovegood. Opowiedziała mi trochę o potworach z tego lasu.

- O potworach? – przełknął głośno ślinę

- No wiesz…wilkołaki, ponuraki, centaury, demony, trole górskie, czarnoksiężnicy…

- I ty tak po prostu sobie tutaj chodzisz w nocy, mimo że wiesz, co tu mieszka? – wytrzeszczył na mnie oczy

- Tak…to znaczy nie! – poprawiłam się szybko, żeby sobie nie pomyślał, że przychodzę tu regularnie. Tak naprawdę bałam się jak diabli, ale nie miałam zamiaru mu o tym mówić. – Po prostu wiem, jak się zachowywać, żeby ich nie przyciągnąć. Między innymi nie wolno krzyczeć – spojrzałam się niego znacząco

Aiden zrobił marsową minę, ale nic nie powiedział. Dalej szliśmy w milczeniu, a ja coraz bardziej traciłam nadzieję na to, że kiedykolwiek znajdziemy Scorpiusa i jego bandę. Chociaż oni to i tak mały pikuś…na myśl, że mam teraz wrócić do Hogwartu przechodziły mnie dreszcze, bo za Chiny ludowe nie mogłam sobie przypomnieć drogi powrotnej. W nocy wszystko wyglądało tu tak samo! Zgubiliśmy się! Ale tego oczywiście też nie mówiłam Blackowi…Skoro nieoficjalnie stałam się naszym przewodnikiem, nie mogłam panikować.

- Socretto? – usłyszałam jego ciche mruknięcie. Zapas słodyczy się skończył, więc opadał z sił.

- Co jest?

- Jeśli zostaniemy tu na zawsze, a nikt nas nie będzie szukał i któreś z nas będzie się musiało poświęcić, żeby drugie nie umarło z głodu…to ja na pewno nie dam się zabić – oświadczył, a mnie zamurowało. Odwróciła się do niego z otwartą buzią. Nawet nie wiedziałam jak to skomentować.

- Aiden…to najbardziej okrutna i egoistyczna deklaracja jaką słyszałam – powiedziałam powoli, patrząc w jego pyzatą, ubrudzoną czekoladą buzię – I dla twojej wiadomości to myślę, że raczej nie dojdzie tu do kanibalizmu. Prędzej napadnie nas jakieś dzikie zwierzę, a ono nie będzie się nas pytało, które jest smaczniejsze i bardziej tłuste. Choć to jest dość oczywiste.

- Ty wredna szlamo… – syknął, ale zagłuszył go jakiś szum i warknięcie jakiegoś dużego zwierzaka. Poczułam jak coś się pali.

- Co to jest? – wytrzeszczył oczy Aiden

- Nie wiem, ale to coś znajduje się za krzakami. Idziemy tam – zdecydowałam i wskoczyłam w gęstwinę

- Socretto, czekaj! – zawołał Aiden, ale ja go nie słuchałam

Przebiłam się przez krzaki na okazałą polanę, a moim oczom ukazała się wielka grota, a w niej najbrzydsza gadzina, jaką do tej pory widziałam. Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem. Myślałam, że bajki to tylko fikcja literacka…ten świat cały czas mnie zadziwia. Żółte, wielkie ślepia patrzyły się na mnie wygłodniałam wzrokiem. Gadzina zaryła pazurami w ziemię i rozpostarła skrzydła. W końcu odzyskałam mowę i zaczęłam krzyczeć, a czarny, wielki smok otworzył paszczę i zionął w moją stronę ogniem.

- Co do…a niech to! Smok! – krzyknął Aiden, wchodząc na polanę i odskakując przed lecącą kulą ognia

Ogień na całe szczęście nie sięgał do nas, ale i tak poczułam falę piekielnego ciepła. Nogi miałam jak z waty, ale cofnęłam się chwiejnie do tyłu. Dziękowałam w duszy, że smok był uwięziony w grocie magicznymi linami. Jednak gdy zobaczyłam jaka magiczna pieczęć przytrzymuje te liny, zbladłam.

- Aiden, widzisz to co ja? – zapytałam drżącym głosem, wskazując na pulsujący, widmowy znak

- Morsmorde… – wyszeptaliśmy jednocześnie. Spojrzałam się na niego. Na końcu języka miałam pytanie, skąd o tym wie, ale domyśliłam się, że w jego domu taka wiedza jest przekazywana z pokolenia na pokolenie. Ten znak był kiedyś symbolem rozpoznawczym Czarnego Pana. Pojawienie się tutaj widmowej czaszki z wężami, mogło oznaczać duże kłopoty. Czyżby ktoś postanowił iść w ślady Voldemorta?

Aiden zauważył, że patrzę się na niego, więc szybko odwróciłam wzrok. Cała siłą woli zmusiłam się, żeby nie zadać mu pytań.

- Więc to jest sekret Scorpiusa?! Co on chce z nim zrobić?! – byłam wstrząśnięta

- Nie mam pojęcia – pokręcił głową blady ze strachu Black

- Musimy o tym powiedzieć McGonagall!

- Nie, czekaj! – Black złapał mnie za rękę – A jeśli to nie mój kuzyn?

- Co ty gadasz, przecież go śledziliśmy!

- Ale nie ma go tutaj! Sama mówiłaś, że w tym lesie spotykają się różni czarnoksiężnicy. Może to smok jednego z nich.

- Chyba w to nie wierzysz… – zaczęłam, ale nagle usłyszałam trzask łamanej gałęzi

Oblał mnie zimny pot. Rozejrzałam się dookoła błędnym wzrokiem. Ktoś tu był. Czułam potężną, złą energię. Mój oddech przyspieszył, a do oczu napłynęły łzy. Śmierć nadchodziła, widziałam już żarzące się czerwienią ślepia…

- Wiejemy stąd! – zawołał Aiden i pociągnął mnie za ramię. Gdyby nie to, nie ruszyłabym się wtedy z miejsca. Puściłam się sprintem przed siebie walcząc o życie. W tym momencie obudził się we mnie instynkt przetrwania. Biegłam na oślep byle dalej od tej przeklętej polany. Nagle mnie olśniło. Aiden! Jest przecież o wiele wolniejszy ode mnie. Zatrzymałam się ciężko dysząc. Wrócić po niego czy zostawić? Za to jak mnie traktuje należałoby go tam zostawić na pastwę losu! Z drugiej strony on mógł zrobić to samo, a ja stałabym na tej polanie jak cieć przy hałdzie żwiru. W tym momencie pamiętniczku podjęłam bardzo dojrzałam i dorosłą decyzję. Możesz być ze mnie dumny, bo wróciłam po niego. Biedny przewrócił się o wystający korzeń i wpadł w kałużę z błota. Pomogłam mu wstać w ostatnim momencie i razem biegliśmy na złamanie karku do Hogwartu. Już nawet nie pamiętam jak nam się udało tam dotrzeć. Wiem tylko tyle, że rozstaliśmy się przy drzwiach głównych bez słowa. Za dużo emocji jak na jedną noc… Na szczęście nie spotkałam Irytka w drodze do dormitorium. Tylko tego by mi brakowało. Umyłam się w łazience Jęczącej Marty, żeby przypadkiem nie obudzić Irminy i wślizgnęłam się do łóżka najciszej jak mogłam. Teraz, gdy kończę pisać, niebo zaczyna się przejaśniać. Dzisiaj już raczej się nie wyśpię, ale jednego jestem pewna. To była najgorsza noc w moim życiu. Jak nic byłoby po mnie! Jak Scorpius może trzymać smoka?! Jak w ogóle udało mu się go złapać?! I po co…Jednak życie nie jest czarno-białe i pojawia się w nim mnóstwo odcieni szarości. Złamałam obietnicę, ale odkryłam coś co może rzutować na całe bezpieczeństwo Hogwartu. Ktoś używa znaku Voldemorta! Czy to nie jest wystarczającym usprawiedliwieniem? Mam nadzieję, że tak, bo zamierzam kontynuować moje śledztwo, a to zalicza się do mieszania się w sprawy Malfoya…Rose urwie mi za to głowę.

 

 

Zakończenie wakacji na wyspie Jorvik i o powrocie do Los Angeles…EPILOG

11 paź

Nie mogę uwierzyć, że to już koniec! Wakacje trwają zdecydowanie za krótko! Dwa miesiące…co to jest?! Mam wrażenie, że czas przeleciał mi między palcami…Czy wszyscy uczniowie tak mają?

Stałam na plaży w Forcie Pint z ciężkim sercem patrzyłam na horyzont, w oczekiwaniu na skazanie…na statek, który zawiezie mnie z powrotem do zatłoczonego, wiecznie spieszącego się, przeludnionego i hałaśliwego Los Angeles. Śmiać mi się chciało na wspomnienie dnia, w którym tu przypłynęłam. Byłam taka nieświadoma, ciekawa i pełna obaw. Nie wiedziałam, czego mam się spodziewać po tajemniczej wyspie, o której mama nic nie chciała mi mówić. Nigdy nikomu o tym nie mówiłam, ale to po kłótni z mamą wylądowała na statku. Ona nie chciała, żebym tu przyjeżdżała, bała się o mnie…wtedy tego nie rozumiałam. Chciałam jej tylko zrobić na złość, za to, że nie pozwoliła mi jechać na obóz konny z przyjaciółmi i kazała mi pracować w wakacje w hotelu. Teraz te problemy wydawały mi się takie banalne i głupie…Westchnęłam i spojrzałam na przyjaciół, którzy przyszli dziś do portu mnie pożegnać. Do oczu napłynęły mi łzy. Dwa miesiące na wyspie Jorvik nauczyły mnie prawdziwego życia, poświęcenia…zaufania…czym jest prawdziwa przyjaźń i miłość. Przestałam być taką indywidualistką i egoistką. Tak, przyznaję się do tego, że bycie jedynaczką uczy takiej postawy. Jednak „wojna” z Tori, budowanie przyjaźni z Rose, Aną, Jasperem, Alex i Jackobem oraz stopniowe zagłębianie się w bliską relację z Williamem na zasadzie od nienawiści do miłości, zmieniły mnie. Dorosłam, dojrzałam. Zmienił się mój system wartości. Ci wspaniali ludzie mnie zmienili. Wszystkie przygody, które tu przeżyłam i mieszkańcy wyspy…każdy z nich nauczył mnie czegoś innego. 

- Widzę statek na horyzoncie… – jęknął Jasper

- No nie…nie chcę wracać do Los Angeles – westchnęłam ciężko i przetarłam twarz dłońmi. Powtórzyłam do zdanie chyba tysięczny raz, odkąd wstałam.

- Będzie dobrze Lana – wujek Marsus poklepał mnie po ramieniu – Nawet nie obejrzysz się, a rok minie i wrócisz do nas na kolejne wakacje.

- Ale to już nie będzie to samo – jęknęłam – Przez rok tyle rzeczy może się zmienić…

- Na pewno nikt tutaj o tobie nie zapomni – uśmiechnęła się ciocia Betty – Wszyscy cię tu kochają Lana. O takich osobach jak ty się nie zapomina. Będziemy na ciebie czekać. Może jak dobrze pójdzie, odwiedzisz nas z rodzicami na święta.

- Ciociu… – szepnęłam wzruszona. Zawsze jest dla mnie taka kochana, a ja nigdy się jej nie słuchałam – Przepraszam cię…ciebie też wujku – przytuliłam się do nich mocno – Za to, że sprawiłam wam tyle kłopotów. To nie miało tak wyglądać. Nie chciałam was zdenerwować ani sprawić przykrości. Naprawdę was kocham…przez tyle lat chciałam się z wami spotkać.

- W porządku Lana, nie możemy się na ciebie gniewać, w końcu uratowałaś wyspę – zaśmiał się wujek, ściskając mnie mocno – Poza tym, gdy zgodziłem się, żebyś tu przyjechała, liczyłem się z tym, że będą kłopoty…jesteś nieodrodną córeczką mojej siostrzyczki – mrugnął do mnie porozumiewawczo

- Naprawdę się nie gniewacie? – spojrzałam im w oczy

- Oczywiście, że nie…jesteś dla mnie jak córka, Lana. Niesforna, nieposłuszna, nieprzewidywana…ale podobno takie dzieci potrzebują najwięcej miłości – zaśmiała się lekko ciocia i cmoknęła mnie w czoło – Ale za rok może twoja wizyta przebiegnie bardziej spokojnie…

- Słowo honoru ciociu, bez żadnych pościgów i śledztw – zaśmiałam się i odsunęłam się, żeby pożegnać się z innymi – Tori? – uniosłam brew i spojrzałam na kuzynkę, która stała ze skrzyżowanymi rękami obok rodziców. Wyglądała sztywno i zdecydowanie nie czuła się dobrze w tej sytuacji.

- Lana… – chrząknęła – Cóż…ja…

- Różnie między nami bywało, Tori – uśmiechnęłam się figlarnie – Ale wiesz…nigdy nie chciałam się z tobą kłócić. Zawsze chciałam mieć siostrę. W sumie to zazdrościłam mamie, że ma rodzeństwo. Przyjechałam tu z dobrym nastawieniem, ale wyszło jak wyszło…

- No tak…głupio wyszło… – podrapała się po głowie – Ja…myliłam się co do ciebie. Nie jesteś taką zarozumiałą, zadufaną w sobie panienką z wielkiego miasta – te słowa z trudem przeszły jej przez gardło, ale było to naprawdę szczere wyznanie

- Wiesz co, Tori…przeszłości już nie wymażemy, ale możemy zacząć od nowa z czystą kartką. – odezwałam się po chwili – Nie chcę się z tobą kłócić do końca życia…a przynajmniej nie tak poważnie – przewróciłam oczami

- Ja też nie – uśmiechnęła się krzywo

- Zgoda? – wyciągnęłam do niej rękę. Kuzynka wahała się chwilę, ale w końcu uścisnęła mocno moją dłoń. Uśmiechnęłam się szeroko i przytuliłam ją. Tori zdrętwiała, ale po chwili poklepała mnie po plecach.

- Wystarczy tych czułości jak na pierwszy raz – mruknęła, a ja parsknęłam śmiechem

- Do następnego razu Tori…trenuj, bo jak przyjadę, zobaczymy jak twoje postępy – mrugnęłam do niej i przeszłam dalej  – Panie Earl… – uśmiechnęłam się wzruszona na widok staruszka na wózku inwalidzkim. Niestety Daniel tak mocno poturbował swojego brata, że ten po heroicznej walce miał złamaną nogę. Z racji na stateczny wiek Earla, kości nie zrastały się tak szybko i mój przyjaciel będzie musiał przez dłuższy czas poruszać się na wózku. Po całej tej przygodzie w szpitalu dostała zapalenie oskrzeli, ale na dzień mojego wyjazdu uprosił pielęgniarki i panna Kate przywiozła go do Fort Pintu swoim wozem.

- Nienawidzę pożegnań… – burknął i zakaszlał

- To nie jest pożegnanie…wrócę za parę miesięcy – uśmiechnęłam się smutno

- Wtedy to mnie może już nie być na tym świecie i będę podróżował z Al Capone po krainie wiecznych łowów…

- Panie Earl, niech pan tak nie mówi! Panna Kate, pan Chirs, Rose i Ana…wszyscy się panem zajmą – zmarszczyłam brwi

- No proszę cię, nie jestem już młody, a taka choroba jak złapie staruszka to nie puszcza…takie wredne diablisko… – znowu zakaszlał

- Wyzdrowieje pan – stwierdziłam pewnie – Jeszcze pan się nigdzie nie wybiera.

- A czemu nie? Zawsze chciałem spotkać Al Capone, to mój idol – oświadczył dumnie

- Panie Earl! – szturchnęłam go, a staruszek wyszczerzył się w bezzębnym uśmiechu

- Nie myśl o mnie za dużo dzieciaku, żyj swoim życiem. Jesteś taka młoda i pełna energii… – niespodziewanie jego głos się załamał -  Tak jak Charlie…chciałbym ją jeszcze kiedyś zobaczyć.

- Przywiozę ją do pana, obiecuję.

- Byłoby miło… – pokiwał w zamyśleniu głową – Charlie była dla mnie bardzo ważna, była dla mnie córką, której nigdy nie miałem…nigdy sobie nie wybaczę, że nie zdążyłem ją wtedy ochronić – pokręcił głową

- Jestem pewna, że ona nie ma do pana żalu. To była jej decyzja. Chciała ratować wyspę Jorvik.

- Wiem…moja kochana Charlie…zawsze robiła wszystko dla innych. Dała mi na starość najlepszy prezent jaki mogła. Wysłała mi ciebie – dotknął mojego policzka swoją pomarszczoną ręką i uśmiechnął się pogodnie

- Niech pan tak nie mówi…nie żegnamy się – pokręciłam powoli głową, ściskając jego dłoń

- W porządku Lano…cieszę się, że ostatnią rzeczą jaką zrobiłem w życiu to uratowanie ciebie. To zadośćuczynienie dla Charlie…teraz mogę spokojnie umrzeć, bo Sands nie żyje i obie moje dziewczynki są bezpieczne

- Przywiozę do pana mamę – obiecałam ze łzami w oczach – Tylko niech pan się trzyma do tego czasu, dobrze?

- Ja? Dziecko drogie, ja się czuję jak młody Bóg! – Earl znowu wrócił do swojego zwykłego sposobu życia – Powiem ci coś w sekrecie – skinął na mnie ręką – Wziąłem ten wózek, bo stać tu i czekać na ten twój stateczek to straszna nuda…a tak to chociaż mi wygodnie. Mogę sobie popatrzeć jak inni się męczą – zachichotał i puścił do mnie perskie okno – Ale nikomu o tym nie mów, jasne?

- Oczywiście… – uśmiechnęłam się pod nosem – I niech pan tak za mną nie tęskni, dobrze?

- Ja? Prawdziwi gangsterzy nie tęsknią za bachorami – wyprężył się dumnie – Wreszcie będę miał trochę spokoju i wrócę do łowienia ryb…

- Trzymam pana za słowo – zaśmiałam się – Ale ja będę za panem tęsknić… – przytuliłam go mocno. Pachniał dymem papierosowym i morzem…no i szpitalem, ale ten zapach starałam się ignorować. Earl zawsze ma mi się kojarzyć ze swoją chatką, ogniskiem i zimnym piwem. Usłyszałam jak staruszek pociąga nosem. Ścisnął mnie mocniej, gdy próbowałam się odsunąć.

- Uważaj na siebie w tym Los Angeles…Lana. – mruknął i puścił mnie

- Tak jest – zasalutowałam

- I jak komuś powiesz, że się rozklejam…

- A w życiu! – obiecałam z ręką na sercu

- Lana! – Alex jak zwykle przybiegła do mnie w podskokach i rzuciła mi się na szyję – Nie wierzę, że wyjeżdżasz. Dopiero dowiedziałaś się, że jesteś kapłanką bogini Epony. Musimy cię nauczyć tylu rzeczy – zakołysała się ze mną

- Ja też nie chcę wyjeżdżać, ale to nie ode mnie zależy… – westchnęłam

- Będzie mi cię brakować. Jak ja wytrzymam do następnych wakacji? – przewróciła oczami

- Będę pisała listy – obiecałam

- No ja mam nadzieję! – szturchnęła mnie

- Ale żebyś o nas nie zapomniała, mamy dla ciebie mały prezent – obok nas pojawiła się Elizabeth z dużą szkatułką

- Co tam jest? – zmarszczyłam brwi

- Pomyślałam, że chciałabyś być w kontakcie z przyjaciółki. Do tej pory tylko Rose i Jasper mieli opaski z magicznymi kamieniami, ale domyślam się, że twoja grupa ostatecznie poszerzyła się o nowe osoby. – uśmiechnęła się znacząco – Dlatego poprosiłam Conrada, żeby zrobił nowe opaski.

- Dziękuję! – ucieszyłam się – Conrad jesteś wielki! – wyszczerzyłam się do kowala, który z uśmiechem skłonił głowę - Ana, Jackoba, Alex, Will…te opaski są dla was – wręczyłam im uroczyście nowe ozdoby

- O matko to taka podniosła chwila…jak z jakieś książki! – podekscytowała się Ana – Taka ceremonia przyjaźni albo…

- Ceremonia pożegnania – wtrąciła Alex

- No właśnie! – przyklasnęła Anastasia

- Czy wy musicie wszystko tak wyolbrzymiać? – westchnęła Rose

- To ważna chwila – mruknęła Ana

- Ważna albo i nie…ważne, że opaska pasuje mi do kurtki – mruknął Will, oglądając ozdobę

- Nie wiem jak przeżyję tą druidzką ozdobę – pokręcił głową Jackob

- Nie bój się, nie poparzysz się, Niedźwiedziu Brunatny! – ofuknęła go Alex

- Czarny Wilku! – wkurzył się Jacke

- Witamy w naszej drużynie – wyszczerzył się Jasper

- O matko, ludzie…ale będzie mi was brakować – jęknęłam i wszyscy przytuliliśmy się w wielkim kole

- Rose, pamiętaj, że jesteś super dziewczyną. Inteligentną, piękną i wspaniałą przyjaciółką. Tylko trochę więcej pewności siebie! Jesteś dla mnie jak siostra – uścisnęłam ją

- Dzięki Lana, postaram się pamiętać – zarumieniła się i poprawiła okulary – Moja mama nie mogła przyjść, ale przesyła przetwory i konfitury.

- Czyli mam zapasy na zimę – wyszczerzyłam się – Podziękuj jej ode mnie. Masz kochaną mamę.

- Dbaj o siebie Lana, bo mnie już nie będzie, żeby wyciągać cię z kłopotów.

- Tego boję się najbardziej – skrzywiłam się – Mój głos rozsądku tu zostaje…jak żyć, panie prezydencie, jak żyć…

- Wierze w ciebie, dasz sobie radę – zaśmiała się moja przyjaciółka

- Pamiętaj, że bogini zawsze ci pomoże. Zwróć się do niej o pomoc. Ja będę prosić Morrigan i Eponę, żeby  się tobą opiekowały – powiedziała Alex

- Dziękuję kochana – uśmiechnęłam się wzruszona

- I pamiętaj, kim jesteś – dodała ciszej, a w jej ślicznych, brązowych oczach błysnęły psotne iskierki, gdy dotknęła mojego czoła

- Dziękuję ci za wszystko…tobie też Elizabeth.

- Pozdrów Charlie i powiedz, że może już do nas wracać. Czekam na nią. Valedale na nią czeka – skinęła głową Elizabeth

- Hej siostro – szturchnął mnie Jasper

- Hej brachu – uśmiechnęłam się szeroko – Będę za tobą tęsknić…nie spotkałam jeszcze takiego 11-latka z głową na karku.

- Dzięki – wyszczerzył się

- Dbaj o siebie młody. Słuchaj się cioci i wujka, trenuj z nowym koniem…i daj szansę Carly. Dziewczyna naprawdę się stara – mrugnęłam do niego, a chłopak zaczerwienił się

- Zawsze będziesz moją super bohaterką, Lana – zawołał, gdy już się odwracałam

- Och Japser… – nie wytrzymałam i przytuliłam go – Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że to słyszę…

- Lana, czytałam tyle książek i tyle płaczliwych pożegnań…obiecałam sobie, że nie będę taka…ale nie mogę… – rozpłakał się Anastasia

- Och Ana… – przyciągnęłam ją do siebie – Jesteś kochana, wiesz? Proszę cię, nie zmieniaj się. Takiej delikatnej i empatycznej osoby dawno nie widziałam. Dla mnie jesteś prawdziwą bohaterką.

- Naprawdę?

- Tak – zaśmiałam się – I super detektywem…jak panna Marple – dodałam, a blondynka uśmiechnęła się szeroko

- Z kim ja teraz będę rozmawiał po hiszpańsku? – westchnął Jackob

- Zawsze możesz nauczyć swoją dziewczynę – uśmiechnęłam się przekornie – Poza tym coś czuję, że wiele dziewczyn byłoby zainteresowanych lekcjami z tobą…

- Voy a esperar por ti, querida. /Będę na ciebie czekał, kochana/ – uśmiechnął się i pocałował mnie przelotnie w usta. On się chyba już nie zmieni…
- Hej, hej, zostaw moją dziewczynę w spokoju – mruknął Will, przyciągając mnie do siebie, a ja zaśmiałam się
- William…wiesz, że cię kocham – powiedziałam poważnie, patrząc mu w oczy
- Wiem… – skinął powoli głową
Walcząc z napływającymi łzami zarzuciłam mu ręce na szyję i przytuliłam się, chowając twarz w zagłębieniu jego szyi. Chciałam zapamiętać ten jego zapach. Musi mi na długo wystarczyć…

- Nie wyjeżdżaj…proszę… – szepnął Will, a ja czułam, jak pęka mi serce

- Muszę, wiesz o tym – pociągnęłam nosem

- I zostawisz tak mnie i Winterknighta? – odsunął mnie od siebie

- Poradzicie sobie we dwóch – westchnęłam

- Jesteś okrutna…

- Hej, a gdzie się podział chłopak, który zrobiłby wszystko, żeby pozbyć się natrętnej miastowej?

- Zniknął…bo ktoś ukradł mu serce – posmutniał

Tego było ze wiele. Po moich policzkach popłynęły łzy. Przyciągnęłam go do siebie i przez chwilę staliśmy i całowaliśmy się. Długo, powoli…co z tego, że wszyscy patrzyli. Razem z nim zostawiałam tu kawałek duszy. Ten pocałunek, rozdzierał mnie na kawałki. W końcu odsunęłam go od siebie. Will patrzył się na mnie, a w jego błękitnych oczach płonęło pożądanie i bunt. Przełknęłam ślinę.

- Kocham cie…czekaj na mnie – szepnęłam i odwróciłam się – Winterknight – w końcu przytuliłam się do mojego ukochanego konia – O stary…ciebie będzie mi najbardziej brakować. Niech sobie inni mówią co chcą – ogier zarżał i poczułam jak kładzie mi łeb na głowie – Ale nie martw się…wrócę. Znowu będziemy jeździć po wzgórzach i dolinach. Dziękuję za najlepsze wakacje w życiu – pocałowałam go w chrapy – Jesteś moim ukochanym koniem – szepnęłam mu do ucha

Statek w końcu dobił do portu, a ja westchnęłam i przymknęłam oczy. Czas na mnie. Podniosłam moją walizkę i ruszyłam po schodkach. Kapitan pomógł mi wnieść bagaż, a ja odwróciłam się jeszcze do tyłu. Wszyscy mieli łzy w oczach. Moi przyjaciele…a także inni mieszkańcy Jorvik, którzy mnie znali: panna Kate, pan Chris, Lucas Greenlight, radny, pani burmistrz, kuchcik, piekarz, Angus, Conrad, Helen Sands, młynarz, Josh, Mich, Carly…duch Melody. Pomachałam im i starłam łzy, cieknące mi po policzkach. Już niedługo wakacje, już niedługo tu wrócę…a może szybciej niż myślę?

——————————————————————————————————————————————————————

…Czułam ucisk w klatce piersiowej idąc po zimnych, pustych korytarzach w wielkiej willi, którą miałam nazywać domem. Moje tenisówki skrzypiały na niej nieprzyjemnie. Byłam tu obca, inna…dresy, tenisówki i podkoszulka nie pasowały do tego wystroju. A może to ja się zmieniłam? Może już nigdy nie założę koturnów i spódniczki mini, bo to już nie mój styl? Na dole w jadalni słyszałam krzątaninę…pewnie pokojówki szykują obiad. Zdjęłam plecak i bluzę i ruszyłam powoli do mojego pokoju. Musze się umyć i doprowadzić „do porządku”, bo rodzice dostaną zawału, jak mnie zobaczą. Nagle drzwi z gabinetu ojca otworzyły się niespodziewanie, a ja prawie dostałam w głowę. Odskoczyłam do tyłu, ale to co zobaczyłam…zmroziły mnie. W gabinecie ojca siedziała jakaś blondyna w futrze i ekstrawaganckim ubraniu. Najwyraźniej przeszkodziłam im w czymś ważnym i jednoznacznym. Nigdy nie wtrącałam się w małżeństwo rodziców, ale nie myślałam, że tata mógłby zdradzić mamę…nie, NIE!

- Tato, jak możesz?! – pisnęłam – A mama? Co to w ogóle…

- Lana? Wróciłaś? – zaśmiał się głupio

- Tato…ty jesteś pijany?

- Kto to jest, misiu? – zapytała kobieta, łamaną angielszczyzną

- Zaraz to załatwię, kochana. Poczekaj chwilę – ojciec wstał od biurka i wyszedł z gabinetu, zatrzaskując drzwi. Oparł się o nie i utkwił we mnie wzrok. Przełknęłam ślinę.

- Tato, co tu się dzieje?

- Nie mów tak do mnie… – syknął

- Słucham? – wytrzeszczyłam oczy. Ojciec jeszcze nigdy się tak nie zachowywał. Byłam przerażona – Dobrze się czujesz? Gdzie mama? – wyciągnęłam rękę, ale on ją odtrącił

- Nie dotykaj mnie – warknął – Nie jesteś moją córką.

- Tato! Co ty mówisz?! – zrobiło mi się słabo – Gdzie mama?!

- Wyrzuciłem ją, kiedy tylko mi o tym powiedziała. Przez tyle lat mnie okłamywała… – prychnął

- Ale…co tu się dzieje? – zakręciło mi się w głowie. Ojciec spojrzał się na mnie z nienawiścią

- Twoja matka ma więcej sekretów niż ci się wydaje…zresztą sama jej o to zapytaj. Ze mną nie masz już nic wspólnego.

- Chwi-chileczkę! – wydukałam – Ja dopiero wróciłam, nie mam pojęcia…

- Henry! – zwołała ojciec, a wierny szofer od razu do niego przybiegł – Zabierz dziewczynę do matki!

- Tak jest – skinął głową Henry – Panienko Lano…

- Nigdzie nie idę! To jakieś żarty!? Tato?!

- Wynoś się stąd. Już – ojciec odwrócił ode mnie wzrok

- Nie wierzę… – pokręciłam głową. On mówił poważnie. Zeszło ze mnie całe powietrze. Prawie nie czułam jak Henry ciągnie mnie za ramiona do drzwi. – Henry, co to wszystko znaczy? Gdzie mama?

- Z tego co wiem, zatrzymała się w hotelu, panienko – poinformował sztywno

- Ale co się stało? Czy to prawda, że ja…

- Nie wiem panienko. Nikt nie udziela mi takich informacji.

- Rozumiem… – przełknęłam ślinę. Zrobiło mi się zimno. Szofer otworzył przede mną drzwi, a ja bez słowa wsiadłam do limuzyny. Mdliło mnie. Nie wiedziałam, co się wokół mnie dzieje. Nie było mnie tylko dwa miesiące, a tu wszystko się zmieniło o 180 stopni.  Czyją jestem córką? Co mama zrobiła? Nawet nie patrzyłam na drogę. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, Henry musiał mnie wyciągnąć siłą z auta. Chyba zrobiło mu sie mnie żal, bo zaprowadził mnie do hotelu, zapytał w recepcji o pokój mamy i pomógł mi zanieść bagaże. Zamówił mi nawet obiad. W czasie gdy on rozmawiał z obsługą, zobaczyłam, że na stole leży biała koperta z moim imieniem. W środku był list.

„Wszystko ci wyjaśnię. Wiem, że masz już dość moich sekretów. Myślałam, że życie w Los Angeles będzie mniej skomplikowane, ale myliłam się. Mamy kłopoty. Wracamy na wyspę Jorvik. Tak szybko jak się da. Mama”

Przeczytałam list i opadłam na kanapę. Nie wiedziałam, czy mam się cieszyć czy płakać. Wracamy na Jorvik? Na stałe?! Ale…co mama zrobiła? Jakie kłopoty? Przed czym znowu uciekamy?…

—————————————————————————————————————————————————————–

Kochani! Dziękuję, że wytrwaliście ze mną do końca! Dziękuję za to, że nie opuściliście mojego bloga i przetrwaliście wszystkie długie przerwy. Mam nadzieję, że warto było czekać ;) Byłam bardzo szczęśliwa, widząc jak licznik odwiedzin rośnie po każdym dodanym poście. Jesteście dla mnie bardzo ważnie, bez was to nie miałoby sensu. Muszę przyznać, że też było mi przykro kończyć przygody Lany, bo przyzwyczaiłam się do bohaterów…jak zauważyliście umieściłam w epilogu fragment o przyjeździe Lany do domu…zrobiło się gorąco. Uspokoję was, że planuję drugi sezon przygód naszej kochanej Lany, ale nie wcześniej niż w okolicy przerwy świątecznej lub nowego rok. Muszę dokładnie przemyśleć fabułę i nowych bohaterów…zobaczymy, co z tego wyjdzie :) Trzymajcie kciuki. Jeśli macie jakieś pomysły, śmiało piszcie. Jestem ciekawa waszych zdań i opinii. Oczywiście do tego czasu na moim blogu pojawią się nowe opowiadania. Dobra wiadomość dla fanów Sabriny – w końcu zabiorę się za opowiadania ze świata magii :D Może nawet wrócę do opowiadań o Pravati Patill (zakładka Parvati Patill – prywatny detektyw). Czas pokaże…może w końcu skupię się na nauce. Powiem wam, że liceum to już nie taka bułka z masłem.

Jeszcze raz dziękuję za wytrwałość. Zachęcam do dyskusji i komentowania. Nie gryzę i bardzo chętnie dowiem się czegoś o moich dzielnych czytelnikach. Jeśli możecie, polecajcie mojego bloga. Czekam na was kochani. Niech licznik odwiedzin i komentarzy rośnie. Do następnego wpisu :D

Wasza Lulubell

 
 

Finałowa bitwa o wyspę Jorvik

09 paź

W uszach odbijał mi się dźwięk kroków przyjaciół, biegnących przez niekończące się korytarze w lochach. Czułam się trochę jak na karuzeli. Światło raz się pojawiało, raz gasło, a ja walczyłam o to, żeby zachować przytomność. William, który mnie niósł oddychał ciężko, a ja zaczęłam się zastanawiać jakim cudem tak szybko wyzdrowiał. Alex biegła blisko mnie i cały czas trzymała mnie z rękę. Czułam, jak przepływa przez nią ciepło. Rose i Jackob biegli na przedzie z pochodnią. Jasper podskakiwał obok nich, co rusz oglądając się na nas do tyłu.

- Pospieszcie się, ona zaraz nam odleci – panikował kuzynek

- Robimy co możemy, te tunele są jak labirynt – warknęła Rose

- William też kiepsko się trzyma… – zauważył młody

- Nic mi nie jest – wysapał Will

- Daj mi ją – niespodziewanie Jackob zawrócił i podszedł do nas

- Poradzę sobie – wycedził William, patrząc się na niego z nienawiścią

- Słuchaj, to że szybciej niż inni wyzdrowiałeś po tej kontuzji, nie znaczy, że możesz się tak nadwyrężać – zmrużył oczy Indianin – I nie zapominaj komu to zawdzięczasz…

- William, jesteś cały spocony, zaraz nam zasłabniesz – wtrąciła się Anastasia – Daj ją Jackowi, on nie zrobi jej krzywdy – zaćwierkała swoim słodkim głosem

- Właśnie wiem – burknął blondyn

- Och daj spokój Greenlight, Lana nie jest kawałkiem kości, a ty nie jesteś wściekłym dobermanem! – zniecierpliwił się Indianin – To też moja przyjaciółka… – spróbował mnie odebrać, ale Will złapał mnie mocniej

- Nie jestem wściekłym dobermanem…

- A ja nie jestem kawałkiem zwykłej kości – zakaszlałam

- Lana! – wszyscy mnie otoczyli

- Hej spokojnie, żyję – uśmiechnęłam się do nich słabo – Po prostu mnie stąd zabierzcie…proszę. Will – dotknęłam drżącą ręką jego policzka – dopiero co cię odzyskałam, nie chcę cię znowu tracić. Pozwól Jackobowi pomóc.

Blondyn nic nie powiedział, ale widziałam w słabym świetle pochodni jak zaciska szczęki. Jackob uśmiechnął się triumfalnie i szybko przejął mnie z jego ramion.

- Nie kłóćmy się, szkoda na to czasu – powiedziała sucho Rose, patrząc się to na jednego, to na drugiego – Idziemy!

Zamknęłam oczy. Otworzyłam je ponownie, gdy poczułam na skórze chłodny wiatr. W końcu wyszłam z lochu…ale i tak było ciemno jak w grobie. Chyba przeprowadzali swoją akcję ratowniczą w środku nocy. W dodatku musiał być nów, bo dawno nie było tu takich ciemności.

- Nareszcie jesteście! Już myślałam, że zejdę tu na zawał ze strachu – usłyszałam głos mojej kuzynki

- Tori?! – zmrużyłam oczy, żeby ją lepiej zobaczyć

- Tak, a co myślałaś? Cała wyspa cię szuka, panno super bohaterko! – warknęła Tori

Siedziała na wozie z latarnią w ręku i niecierpliwie przytupywała nogą. Kiedy Jackob do niej podszedł, pomogła przełożyć mnie na wóz i otuliła kocem. Zamrugałam zdziwiona. Ja chyba śnię…

- Tori, to naprawdę ty? – nie mogłam wyjść z podziwu

- Po prostu leż i nic nie mów – przewróciła oczami. Chłopcy wskoczyli na kozła i pogonili konie, a wóz podskoczył kilka razy na wybojach. Jęknęłam cicho.

- Ostrożnie! Wieziecie ludzi, a nie worki kartofli! – ofuknęła ich Rose

- Przepraszam… – odezwał się skruszony Jasper

- Daj mi te lejce, młody – mruknął Will

- Lana, hej, nie zasypiaj – Alex nie patyczkowała się ze mną tylko strzeliła mnie w policzek – Nie możesz zasnąć, rozumiesz?

- Mhmm…jasno mi to zakomunikowałaś – poprawiłam się na kocu

- Mów, mów do nas. Powiedz, co się stało. – zażądała druidka – Ana, dawaj leki.

- To była pułapka. Sandsa zaplanował to z ojcem Dominikiem. To ona nas zdradził – westchnęłam ciężko, patrząc kątem oka na Anę i jej strzykawkę. Czy ona na pewno wie, co robi?

- Wiedziałam, że nie można mu ufać – prychnęła Rose, kręcąc głową. Dobrze, że powstrzymała się od „A nie mówiłam?!”

- Gdzie on teraz jest? – zapytałam

- Dosłownie rozpłynął się w powietrzu, śladu po sobie nie zostawił… – odparła przejęta Ana

- Stąd mieliśmy pewność, że to on cię porwał – dodała Rose – Poza tym Earl nam wszystko opowiedział…

- Earl! Jak on się czuje?! – chciałam się podnieść, ale Tori przytrzymała mnie za ramiona – Muszę z nim porozmawiać!

- Jest w szpitalu. Nieźle poobijany, ale pewnie się z tego wyliże – poinformowała spokojnie kuzynka

- To ona go znalazła w Starym Opactwie – Rose opowiedziała na moje pytające spojrzenie – i powiedziała nam, że zostałaś porwana przez Sandsa.

- Stary Earl kazał mi natychmiast znaleźć twoich przyjaciół i powiedzieć im, co się stało.

- Gdyby nie Tori, pewnie byśmy myśleli, że załamałaś się przez stan Willa – powiedziała Ana

- Ray, ona nie jest głupiutką, zdesperowaną bohaterką z twoich romansideł. Ile raz mam ci to tłumaczyć? – warknęła na nią Tori, a przyjaciółka zmarszczyła groźnie brwi

- Dziękuję ci Tori…nie spodziewałam się tego po tobie – chrząknęłam po chwili ciszy

- Spokojnie kuzyneczko, tylko ja mogę cię dręczyć… – uśmiechnęła się krzywo i poklepała mnie po plecach – Nie pozwolę, żeby ktoś tknął moją rodzinę – dodała ciszej, a ja uśmiechnęłam się mimowolnie. Zrobiło mi się cieplej w sercu. Może jednak moja kuzynka nie nienawidzi mnie?

- Uwaga, wjeżdżamy na drogę – zawołał Will i wóz znowu podskoczył. Wszystkie dziewczyny momentalnie mnie złapały.Patrzyłam, jak wyjeżdżamy z fosy wokół Dworu Baronowej wprost na drogę. Nagle na drodze pojawiły się dwie świetliste, przezroczyste postacie. Pierwsza – blondynka z pięknymi, dużymi błękitnymi oczami uśmiechnęła się do mnie szeroko i pomachała mi energicznie. Druga wyższa i poważniejsza, miała ciemniejsze włosy i dziurę w okolicach mostkach – Alice Porter. To ją widziałam wtedy w oknie w wieży. Spojrzała się na mnie i ze spokojem skinęła głową. Oba duchy zniknęły tak nagle jak się pojawiły.

- Lana, wszystko w porządku? Co widziałaś? – Rose, potrząsnęła moją dłonią, przywołując mnie do rzeczywistości

- Nic, a co mogłaby zobaczyć w takiej ciemności – mruknęła Alex, krzyżując ręce na piersi. Zauważyłam, że uśmiecha się pod nosem. Ona dobrze wie, co widziałam.

- Ty wiesz…wszystko wiesz i nic mi nie powiedziałaś – spojrzałam na nią oskarżycielsko, bo przypomniało mi się opowieść Sands. Gdyby wcześniej dokończyła mi legendę…

- O czym dokładnie mówisz? – zmarszczyła brwi druidka

- Wiedziałaś, dlaczego moja mama uciekła z wyspy i wiedziałaś, czemu Sandsowi na mnie zależy. Wiedziałaś jakie niebezpieczeństwo mi grozi i nic mi nie powiedziałaś!

- O czym ona mówi? – Rose spojrzała się wojowniczo na blondynkę

- Wiedziałaś, że jestem kapłanką Epony i Sands musi mnie zabić, żeby urzeczywistnić swój szalony plan. Czemu mi tego nie powiedziałaś?! Może nie pchałabym się tak w jego łapy!

- Proszę cię…tyle osób cię ostrzegało, a ty i tak zawsze ryzykowałaś – przewróciła oczami Alex – Prawda by cię nie powstrzymała.

- Ale…

- Poza tym mówiłam ci, że masz moc bogini Epony. Bliźniaki też ci to powiedziały, pamiętasz? Tylko ty nie chciałaś w to wierzyć.

- Gdybyś opowiedziała mi wtedy całą legendę Meriadoka…i powiedziała, dlaczego mama uciekła z wyspy… – czułam, że do oczu napływają mi łzy. A więc to znowu moja wina? Kolejny raz los ukarał mnie za moje roztrzepanie i impulsywność!? Sama to na siebie ściągnęłam?

- Lana słoneczko…ja też wszystkiego nie wiedziałam – Alex pochyliła się do mnie i ścisnęła moje dłonie w swoich rękach. Na jej twarzy widać było zmęczenie i napięcie tych wszystkich dni. – Elizabeth nie chciała mi niczego powiedzieć ze swojej przeszłości. Musiałam szukać informacji na własną rękę. Podejrzewałam, że możesz być kapłanką bogini Epony, ale nie sądziłam, że ród twojej matki jest pod jej opieką. Też dowiedziałam się o tym niedawno i to nie w takich okolicznościach, jak bym chciała… – westchnęła ciężko, a ja domyśliłam się, że mówi o niewoli w Północnej Przełęczy. Pewnie Sabine też jej nie oszczędzała w dawkowaniu nowych informacji – myślisz, że naraziłabym cię na niebezpieczeństwo?

- Nie mówiłaś mi tylu rzeczy… – wycedziłam

- Nie mówiłam ci niesprawdzonych wiadomości! – zniecierpliwiła się – Po co miałam cię straszyć, że Sands poluje na twoją głowę, bo to pomoże mu w jego rytuale zniszczenia wyspy!

- Sands poluje na jej głowę?! – pisnęła Ana

- A co myślałaś, laleczko? Że tak dla zabawy ją tam zamknął? – Alex skasowała ją wzrokiem

- Jak mogłaś jej tego nie powiedzieć?! To kluczowa informacja! – zdenerwowała się Rose

- Dopóki była z nami, Sands nie mógł jej tak po prostu porwać – przewróciła oczami Alex – Czekał na okazję, kiedy Lana oddzieli się od stada…

- A ty oczywiście dałaś mu pretekst i pojechałaś w siną dal! Brawo! – wymachiwała rękami Rose. Mogła się na mnie wściekać, a to znaczy, że powoli wracała do siebie.

- Gdzie ty w ogóle byłaś, jeśli można spytać? – szepnęła Ana, patrząc na mnie podejrzliwie

- Pojechałam do nawiedzonego zajazdu po onyks – westchnęłam ciężko

- Po co? O czym wy w ogóle mówicie? – skrzywiła się Tori – A Sands nie chce przypadkiem wykarczować wyspy? – patrzyła się na nas, ale my tylko machnęłyśmy rękami. Zapomniałyśmy, że ludzie z wyspy tak naprawdę nic nie wiedzieli o planach Gabriela Sandsa. Potem ktoś jej to wyjaśni.

- On tam był przez cały czas – wytrzeszczyła oczy Alex. Przetarła rękami twarz i spojrzała na mnie znowu – Od jak dawna to wiesz? Czemu mi nie powiedziałaś?

- Chciałam ci powiedzieć, ale ciągle było coś ważniejszego… – jęknęłam – najpierw ta wycieczka do bliźniaków, potem porwanie Elizabeth…chciałam odzyskać dla was ten klejnot, zwłaszcza, że magiczna tarcza zaczęła słabnąć.

- A Sands to wykorzystał…śledził cię przez ojca Dominika… – westchnęła Rose

- Tak…byłam załamana, że Will umiera, nie chciałam wracać do domu, nie mogłam nigdzie znaleźć sobie miejsca…pojechałam w nocy do zajazdu, ale ludzie Sandsa mnie śledzili. Zagonili mnie do Starego Opactwa, a tam czekał już komitet powitalny.

- Czy to znaczy, że Sands dostał onyks? – wytrzeszczyła oczy Anastasia

- Nie, nie powiedziałam mu, gdzie go mam. Dlatego mnie zabrał. – pokiwałam powoli głową – Sabine też nie mogła odczytać mi myśli. Uratowałaś mnie, Alex. Naznaczyłaś mnie darem bogini Morrigan i Piekielny Żniwiarz nie mógł tego przełamać.

- Ha! To dlatego była taka wściekła, gdy wróciła! – klasnęła w dłonie druidka – Czasem jestem genialna…

- Alex, jak w ogóle udało cię się uciec z Północnej Przełęczy? – zapytałam

- Masz przy sobie kamień? – dziewczyna jak zwykle nie odpowiedziała na moje pytanie

- Nie – odparłam buntowniczo

- Jak to?! – dziewczyny zapytały jednocześnie tak głośno, że aż chłopcy się odwrócili

- Kiedy uciekałam, schowałam go do torby przy siodle Winterknighta…

- O w mordę… – mruknął Jasper

- Co? Gdzie jest Winterknight?! – po plecach przeszedł mnie dreszcz – Co się z nim stało?

- Myśleliśmy, że Winterknight jest z tobą – odparła Tori, bo tylko jej nie zamurowało – Nigdzie go nie ma…

- Żartujesz sobie?! – pisnęłam – Winterknight! Jeśli coś mu się stało…

- Spokojnie Lana, znajdziemy go – powiedziała pewnie Alex – Winterknight nie jest głupim zwierzakiem. Na pewno gdzieś się ukrył.

- A jeśli Sands go znalazł i…

- Gdyby Sands znalazł już onyks szalał by z radości i niszczył co się da – mruknęła Rose – To logiczne…nic się jeszcze nie stało, więc wciąż go szuka.

- A Winterknight żyje… – odetchnęłam z ulgą

- Już nic z tego nie rozumiem… – mruknęła skołowana Tori

- Potem ci to wytłumaczymy – odezwał się Jackob – Zaraz dojedziemy na miejsce.

- Dobrze…teraz możesz już zasnąć Lana – powiedziała Alex, uśmiechając się do mnie łagodnie

- Czekaj! Powiedz mi, jak uciekłaś z Północnej Przełęczy! Elizabeth też się udało?

- Nie słoneczko…ona wciąż jest uwięziona – pokręciła głową blondynka – A ja…to ty mnie uwolniłaś.

- Jakim cudem? – wytrzeszczyłam oczy

- Przywołałaś mnie – na twarzy mojej przyjaciółki pojawił się piękny, promienny uśmiech, który tak w niej kochałam – Mówiłam ci, że jeśli mnie zawołasz przyjdę do ciebie, gdziekolwiek będę. Nie zauważyłaś tej szczególnej więzi między nami…? – mrugnęła, a ja przypomniałam sobie wszystkie te momenty, gdy jej dotyk mnie elektryzował

- Powiedziałam tylko „Andrina, ratuj mnie…” – zmarszczyłam brwi

- To wystarczyło. Teleportowałaś mnie.

- A reszta? Jak dostaliście się do lochów? Przełamałaś zaklęci Sabine?

- Nie musiałam, ty to zrobiłaś – zachichotała – Opaski na ramię, które ty, Rose i Jasper nosicie mają ze sobą łączność. Ich też do siebie przywołałaś, a oni mieli wizję, że jesteś w lochu. Uratowałaś się Lana – szeptała Alex, a moje oczy robiły się coraz cięższe – A teraz śpij…

- Szukajcie Winterknighta… – mruknęłam, zanim zapadłam w sen

***

Obudziłam się w ciepłym, miękkim łóżku. Nie był to mój pokój i nie wiedziałam, gdzie jestem, ale najważniejsze, że był to miły, normalny pokój. Chciałam się przewrócić na drugi bok i z zaskoczeniem odkryłam, że ktoś leży obok mnie.

- Will… – szepnęłam wzruszona i odgarnęłam jego włosy z czoła. A więc to jednak nie był sen i on naprawdę wczoraj do mnie przyszedł. Wyglądał jak idealne ucieleśnienie anioła, kiedy spał. Tylko ktoś, kto go dobrze znał, wiedział, że to co Will robi w ciągu dnia jest dalekie od boskich czynów anielskich…Może i Greenlight był zły dla całego świata, ale dla mnie i tak już na zawsze będzie aniołem, któremu ktoś po prostu złamał skrzydła.

-Mhmm Lana… – szepnął zaspany i przeciągnął się – Już się obudziłaś?

- Przepraszam, nie chciałam cię obudzić… – szepnęłam, zabierając rękę z jego włosów. Will natychmiast złapał mnie za nadgarstek.

- Nie wygłupiaj się, to ja miałem nie spać i pilnować, czy wszystko z tobą w porządku – otworzył oczy i spojrzał na mnie uważnie – Jak się czujesz?

- „Dzień dobry”, tak chyba witają się rano ludzie w łóżku – uśmiechnęłam się przekornie

- Jest wiele różnych sposobów na powiedzenie sobie „Dzień dobry” w łóżku – uśmiechnął się wymownie, pogłaskał minie po policzku. Nie mogłam się nacieszyć widokiem jego błękitnych, lazurowych oczu. Do oczu napłynęły mi niechciane łzy.

- Boże…myślałam, że już nigdy cię nie zobaczę, Will… – zaśmiałam się płaczliwie

- Bałaś się, że mnie nie zobaczysz? Głupia miastowa…gdybym umarł nawiedzałbym cię jako duch i męczył, że nie dałaś mi ostatniej szansy – uśmiechnął się szelmowsko

- Wariat! – szturchnęłam go w pierś

- Myślałam, że bałaś się, że już nigdy nie zrobię tego… – mruknął, po czym podniósł się na łokciu i pocałował mnie. Zakręciło mi się głowie. Objęłam go za szyję. Czułam jak rozpływam się pod jego dotykiem. Tak bardzo tego potrzebowałam…siły jego ramion, słodkiego smaku powolnych pocałunków, zapachu lasu, którym pachniał…Miałam ochotę już nigdy go nie puszczać.

- Hmm chyba przez tą dłuższą przerwę wyszedłeś z wprawy… – wysapałam, kiedy odsunął się ode mnie – Takie 3 z minusem…

- Tak…co ty nie powiesz? – zmrużył oczy z psotnym błyskiem i oparł ręce na poduszce przy mojej głowie

- Tak mi się wydaje… – przygryzłam usta, starając się ukryć uśmiech

- Ty też wypadłaś trochę blado, Shylund – odparł wyniośle – Jak dla mnie 2 plus

- Że co proszę… – zakrztusiłam się – To może mała sesja poprawkowa?

- Zdecydowanie…postaraj się, może nie będę cię musiał oblewać…

- Głupi blondyn – zachichotałam i znowu zaczęliśmy się całować. Wśród śmiechów i chichotów nawet nie usłyszeliśmy jak drzwi się otwierają. Kate musiała porządnie chrząknąć, żebyśmy ją zauważyli.

- Przepraszam, że przeszkadzam, ale przyszłam sprawdzić ogólny stan pacjenta – oznajmiła Kate

- Tak jest pani doktor, już udostępniam obiekt badań – Will ze swoim głupawym uśmiechem stoczył się z łóżka i stanął przy parapecie

- Ładnie jej pilnujesz Greenlight, nie ma co… – mruknęła panna Kate, pakując mi do buzi termometr

- Po prostu sprawdzałem, czy nie pogorszyła się jej sprawność fizyczna – chrząknął, próbując ukryć śmiech

- Tak? I jaki werdykt? – Kate uśmiechnęła się półgębkiem

- Ogólnie nie jest źle…przydałoby się trochę rozruszać pacjentkę… – puścił do mnie perskie oko, a ja zaprotestowałam z termometrem w buzi – ale to może poczekać… – dodał

- Ja ci dam rozruszać pacjentkę… – prychnęła Kate – W porządku, nie masz już temperatury. Teraz musisz zjeść porządne śniadanie.

- Panno Kate, przepraszam, że się spytam, ale jak to się stało, że Will jest taki sprawny? – przypomniało mi się

- Jak bardzo sprawny? – wytrzeszczyła na mnie oczy

- Nie, nie! Chodziło mi o to, że miał przecież złamane żebra… – powiedziałam szybko, żeby nie zaczęła myśleć o dziwnych rzeczach

- Ach to…właściwie nie wiemy do końca, co się stało. I pewnie nigdy tego nie zrozumiem, ale Jackob…może on ci to jakoś wyjaśni.

- Jackob? – uniosłam brwi

- Był u mnie w szpitalu. Nie mogłem otworzyć oczu ani się poruszyć, ale słyszałem go. – Will opuścił wzrok na podłogę – Powiedział, że przyszłaś do niego i prosiłaś go o pomoc. Mówił, że bardzo ci mnie zależy…że jeśli umrę…to ciebie zabije… – przełknął ślinę – a on cię kocha i nie mógłby patrzeć, jak ty umierasz przeze mnie. Potem przyszła jego matka. Zaczęła szeptać coś w ich sekretnym, indiańskim języku. Po tym zajściu mój stan zaczął się polepszać.

- Powiedziałabym, że nastąpiła gwałtowna poprawa. Nawet sam wybudziłeś się ze śpiączki – dodała Kate

- Ale aż tak szybko? – dalej nie mogłam uwierzyć

- Wcale nie tak szybko…szukaliśmy cię cztery, prawie pięć dni. Ja wyszedłem ze szpitala dopiero wczoraj, gdy Ana powiedziała, że wiedzą, gdzie jesteś. – podszedł do mnie i wziął mnie za rękę

- Tak długo tam byłam?! – wytrzeszczyłam oczy

- Ale ty też zaskakująco szybko wracasz do siebie – spojrzała na mnie Kate – Nie wiem, co tu się dzieje…ale nie pytam się, bo i tak tego nie zrozumiem – westchnęła lekarka

- Dziękuję, że nam pani pomaga – uśmiechnęłam się do niej i ścisnęłam dłoń Willa – Uratowała nam pani życie.

- Jesteście moimi przyjaciółmi…przyjaciele sobie pomagają – uśmiechała się i zapięła swoją torbę – Poza tym cieszę się, że widzę was szczęśliwych…szczególnie zadowolony Greenlight to miła odmiana – mrugnęła do nas, a Will pocałował mnie delikatnie w czoło – Idę teraz po resztę waszej paczki, a wy spróbujcie nie rzucać się na siebie… – parsknęła

- Tak jest, pani doktor  – zasalutowałam – Will…to dlatego byłeś taki zły na Jackoba? Bo powiedział, że mnie kocha? – zapytałam, gdy Kate zniknęła za drzwiami

- Bałem się, że on ma większe szanse…wiesz, gdybym umarł…poza tym on miał tyle okazji, żeby się do ciebie zbliżyć…

- Will, kocham ciebie i tylko ciebie. Gdyby tak nie było, nie walczyłabym o ciebie. – zmusiłam go, żeby na mnie spotkał – Teraz już nic nas nie rozdzieli, rozumiesz?

- Tak jest, pani generał – zasalutował mi z uśmiechem

- Lana, jak się czujesz? – do pokoju weszli Rose, Jasper i Jackob. Przyjaciółka trzymała duży półmisek kanapek.

- Zwarta i gotowa do działania – zażartowałam. Zrobiłam im miejsce i wszyscy usiedliśmy w kole na łóżku, zajadając się kanapkami – Teraz powiedzcie mi, co tu się działo przez tyle dni…

Rose i Jasper szybko streścili mi całą akcję poszukiwawczą. Podobno cała wyspa zaangażowała się w moje poszukiwania. Gdy Earl został przewieziony w ciężkim stanie do szpitala, wszyscy mieszkańcy nagle przypomnieli sobie o jego starym konflikcie z bratem. Niektórzy mówili, że nienawiść odżyła, a inni wieli Earla jako bohatera, który próbował powstrzymać Daniela przed czymś złym. W tym momencie pojawiło się też podejrzenie, że to ksiądz mnie porwał. Lorelaj dostała ataku paniki, ponieważ zniknęłam i ja, i Alex, a ona została bez „ochrony”. Chciała ściągnąć Jackoba, ale on wprost powiedział, że nie ma czasu bronić morderczyni, gdy jego przyjaciółce grozi niebezpieczeństwo. Baronowa zabarykadowała się w swoim pałacyku w Winnicy i kazała przełożyć zawody, dopóki się nie zjadę. Ojciec Willa przeszedł metamorfozę. Odwiedzał syna w szpitalu, doprowadził się do porządku z pomocą panny Kate, cioci Betty i pani Kindergarden. Ogolił się, umył, posprzątał dom…nawet zajął się stajnią i końmi. Wciąż ne odzywa się do Willa, ale to pewnie dlatego, że najzwyczajniej w świecie czuje się winny i nawet nie wie, jak zacząć rozmowę. Erick zniknął po tym jak wypadek Willa stał się głośną sprawą. Prawdopodobnie zaszył się w lesie gdzieś ze sowim gangiem. Elizabeth, Conrad i Rada Starszych wciąż są więzieni przez Piekielnego Żniwiarza w Północnej Przełęczy, choć teraz gdy Alex wróciła szanse na pokonanie Sandsa wzrosły. Angus już zaczął coś przygotowywać. Rose mówi, że Alex przywiozła od niego jakąś miksturę i podawała mi ją, gdy byłam nieprzytomna, więc pewnie dlatego tak szybko wróciłam do zdrowia.

- Właśnie, gdzie jest Alex? – przerwałam

- Cały czas szuka Winterknighta – odparł Jasper

- Jeszcze go nie znaleźliście – zmartwiłam się

- Wyspa Jorvik jest duża, a Winterknight mógł pojechać wszędzie – wzruszył ramionami Jackob

- Musimy się pospieszyć… – pokręciłam głową – Sands jest niecierpliwy. Nie będzie czekał.

- Dziś są zawody. Alex mówiła, że Sands może właśnie na nich wcielić w życie swój plan. – przygryzła wargę Alex

- Jak to dziś są zawody?! Baronowa już się nie boi? Mówiłaś, że miała na mnie czekać…

- No wiesz…teoretycznie to tam jesteś – bąknął Jasper

- Chyba nie rozumiem…co wy… – spojrzałam na nich niepewnie i zrozumiałam – Gdzie jest Anastasia? – zamarłam

- Ona sama chciała – przewróciła oczami Rose – Wymyśliła, że przebierze się za ciebie i wystartuje, żeby sprowokować Sandsa.

- Czy ona kompletnie zwariowała?!

- Próbowaliśmy ją zatrzymać, ale Ana potrafi być naprawdę uparta – prychnął Jackob

- Kate o tym wie? – szepnęłam

- Nie, myśli, że Anastasia pojechała do Fortu Pint do ojca. – powiedział Jasper

- Musimy ją zatrzymać! Przecież Sands tylko na to czeka, żeby mnie złapać – odrzuciłam kołdrę

- Poczekaj, niby jak chcesz go powstrzymać – złapał mnie za ramię Will – Logiczniej byłoby znaleźć coś, co odciągnęłoby jego uwagę od uczestniczek konkursu.

- Will ma rację. Nie chcemy, żeby mieszkańcy wyspy jeszcze bardziej ucierpieli przez tego szaleńca. I tak zapanuje panika, kiedy się pojawi.

- Chcecie mi powiedzieć, że musimy najpierw znaleźć Winterknighta i onyks?

- Sands wciąż wieży, że masz przy sobie onyks. Może zaatakować Anę, a kiedy zobaczy, że go nabraliśmy, zabije ją. – stwierdził Jackob

- Dobra, musimy znaleźć mojego konia… – przeczesałam włosy – Gdzie ty się schowałeś stary…

***

Mimo sprzeciwu Kate jeździliśmy cały ranek i przedpołudnie po okolicy, szukając Winterknighta. Ja jechałam z Willem na Moonpearl. Po drodze spotkaliśmy Alex, która przyłączyła się do naszych poszukiwań. Z godziny na godzinę każdy z nas był coraz bardziej zmęczony i zdenerwowany. Uroczystość miała rozpocząć się o 14, zostały nam tylko dwie godziny. Powoli zaczynałam tracić nadzieję…

- Koń to przecież duży zwierzak, nie mógł się zapaść pod ziemię – mruczała gniewanie Rose

- Chyba, że ktoś go ukrył… – zastanawiała się na głos druidka

- Co masz na myśli? – odwróciłam się do niej

- Może to głupie, ale wydaje mi się…że ktoś go ukrył tak jak ciebie – powiedziała Alex, zatrzymując Mishland

- Chodzi ci o to, że ktoś go schwytał i użył takiego samego zaklęcia jak Sabine na mnie? – zmroziło mnie

- Tak – druidka powoli pokiwała głową – Teraz jestem już tego pewna.

- Sabine go schwytała? – przestraszył się Jasper

- I byłaby tak spokojna? Nie, na pewno nie… – burknęła Rose

- A kto jeszcze znałby takie potężne zaklęcia? – nie poddawał się Jasper, a mnie nagle olśniło. Spojrzałam się na Alex i powiedziałyśmy to jednocześnie.

- Bliźniaki!

- Kto taki? – skrzywiła się Rose

- Mieszkają w Dolinie Złotych Wzgórz, są jasnowidzami – wytłumaczyła Alex, poganiając Mishland do cwału – Mają jakąś kosmiczną moc i jak dla mnie to pochodzą z innego świata, ale są po naszej stronie. To oni mogli zwabić do siebie Winterknighta.

- Myślę, że nawet to przewidzieli – przewróciłam oczami – Jedziemy tam! Mamy mało czasu!

Przyjaciele bez sprzeciwu pogalopowali za Alex. Ich miny mówiły, że uważają ten pomysł za kolejne szaleństwo, ale mimo, że nie rozumieją, co się dzieje, jadą tam gdzie my. To cudownie uczucie wiedzieć, że ufają nam mimo wszystko. Serce biło mi jak oszalałe. Dziwaczne, magiczne dzieciaki były moją ostatnia nadzieją. Czy mój koń był tak mądry, żeby tam po prostu pojechać? Oby tak. Gdyby jednak dostał się w łapy Sabine, to byłby koniec. Może to właśnie cisza przed burzą? Sabine i Sands dostali to co chcieli, a teraz czekają na odpowiedni moment, żeby zaatakować…

Droga do Doliny Złotych Wzgórz niezmiennie pokryta opadającymi, kolorowymi jesiennymi liśćmi wprawiła moich przyjaciół w niemałe zdumienie. Rose spojrzała się na mnie przerażona, ale ja tylko skinęłam jej głową na znak, że wszystko jest w porządku. Biedna dziewczyna…całe jej uporządkowane, logiczne myślenie runęło w gruzach. W miasteczku także nic się nie zmieniło. Ludzie byli cały czas spokojni i chodzi w transie jak śnięte ryby. Tym razem nie zrobiło to już na mnie takiego wrażenia. Szybko przejechaliśmy do centrum, do świątyni jasnowidzów. Ku mojemu zdziwieniu dzieciaki siedziały już na schodkach i patrzyły się swoimi wielkimi oczami przed siebie. Przyjaciele zatrzymali się skonsternowani. Rude bliźniaki siedziały na schodach jak greckie posągi i nawet nie mrugnęły. Alex odważnie zeskoczyła na ziemię i podeszła do nich. Przyklękła na jedno kolano i skłoniła głowę.

- Witajcie, przybyliśmy po konia kapłanki Epony. Wiem, że on tu jest. Kapłanka go potrzebuje. – powiedziała spokojnie

- Nie bójcie się…oni już tacy są – odezwałam się do reszty, która coraz szerzej otwierała oczy

- Nie podoba mi się tu. Ta atmosfera jest taka przytłaczająca – szepnęła Rose, rozglądając się wkoło

- Czemu ci ludzie zadają się nas nie widzieć? – skrzywił się Jasper – Chodzą jak we śnie…

- To magia tak na nich działa, młody – burknął Jackob – Nie wiem, o co tutaj chodzi, ale czuję, że w tym miasteczku płynie silne źródło mocy – zmarszczył brwi, jakby bolała go głowa – Gdybyś tu mieszkał też byś się tak zachowywał.

- Oni wyglądają jakby byli na haju – parsknął Will

- I tak się czują, Greenlight…można powiedzieć, że upili się szczęściem i są w stanie błogości… – Jackob starannie dobierał słowa

- Dobrze powiedziane, Niedźwiedziu Brunatny – pochwaliła go Alex

- Dziękuję druidko.

- To mnie wcale nie uspokoiło – Rose objęła się ramionami

- Oni nas nie skrzywdzą – pocieszyłam ją – Mają Winterknighta. To święty teren…Sands i Sabine nie mogą tu wejść.

- Nie wiadomo, czy go mają. Nic nie mówią – zauważył Will

- Poczekaj, trochę cierpliwości – zacmokała Alex

- A co, dzieciaczki muszą zebrać myśli? – zakpił – Proszę was, ile oni mają lat! 6? A może 7?

- Nie ocenia się książki po okładce, Williamie Greenlight. Ziemskie lata to dla nas mrugnięcie oka – odezwał się niespodziewanie chłopiec

- On mówi – pisnęła cicho Rose

- Oczywiście, że mówi – mruknęłam zniecierpliwiona i zeskoczyłam na ziemię – Proszę was, oddajcie mi Winterknighta. Co mam zrobić, żebyście nam pomogli? Pomedytować? Rozwiązać jakąś zagadkę? Potrzebuję go.

- Potrzebujesz Winterknighta czy tego co ze sobą przywiózł? – odezwała się dziewczynka

- Winterknighta i onyksu – przewróciłam oczami

- A gdybyś musiała wybrać? – zapytał znowu jej brat

- Co to za głupie gierki? zmarszczył brwi Jackob – Nie mamy czasu…

- Cicho bądź Indianinie – syknęła Alex – Im nie wolno przerywać.

- Jak to wybrać? – zrobiło mi się słabo – Onyks jest ostatnim klejnotem, którego szuka Sands, a Winterknight to mój koń, przyjaciel…

- Nie możesz mieć ciastka i zjeść ciastka, Lano – odparła spokojnie dziewczyna – Musisz wybrać.

- Co?! To jakiś żart! Wiecie co się dzieje? Jest wojna! – zdenerwował się William

- Twój koń przyszedł do nas, bo szukał schronienia, gdy demon Jorvik porwał jego kapłankę. Możemy ci go zwrócić, ale wszystko ma swoją cenę. Jedną rzecz możesz zabrać za darmo, druga będzie cię kosztować.

- Ale…co wy możecie ode mnie chcieć? – przestraszyłam się

- Myślałam, że chcecie nam bezinteresownie pomóc – włączyła się Alex

- Właśnie to robimy – bliźniaki nie dały się wyprowadzić z równowagi – Kapłanka nie jest jeszcze gotowa do pojedynku. Musi wybrać.

- Co mam wybrać? – mój głos zadrżał. Czego oni ode mnie chcą?!

- Musisz wybrać, co jest dla ciebie ważniejsze Lano Shylund – bliźniaki zaczęły mówić jednocześnie, a ich połączone głosy nabrały takiej mocy, że przeszły mnie ciarki – Przyjechałaś na wyspę Jorvik z misją. Chciałaś za wszelką cenę dowiedzieć się, czemu twoja matka stąd uciekła i powstrzymać Gabriela Sandsa przed zniszczeniem tego miejsca. Byłaś i jesteś zdeterminowana, żeby walczyć z nim wszelkimi środkami, ale w czasie pobytu na tej wyspie zalazłaś coś więcej niż prawdę o przeszłości Charlie Hoffer…znalazłaś przyjaźń, miłość i odkryłaś swoje przeznaczenie. Jednak często nie słuchałaś swojej intuicji, głosu rozsądku i przyjaciół, przez co znalazłaś się w kłopotach. Jeśli chcesz i czujesz się na siłach własnoręcznie pokonać Gabierla Sandsa to możesz to zrobić bez swoich przyjaciół. Oto nasza cena. Zabierz konia oraz onyks, ale zostaw tu sowich przyjaciół.

Nagle między mną a moją drużyną wyrosła błyszcząca ściana. Przerażona patrzyłam jak moi przyjaciele biją się z powietrzem, żeby wydostać się z niewidzialnej klatki.

- Puśćcie ich! – krzyknęłam

- Nie robimy im krzywdy. Będą tu z nami bezpieczni. Wypuścimy ich, gdy wszystko się skończy. Sands nie zrobi im krzywdy.

- Będą tu bezpieczni? – zdziwiłam się

- Tak, a ty pojedziesz i dokończysz to, po co tu przyjechałaś. Sama. Tak jak zawsze.

Ich słowa zabolały mnie. Naprawdę byłam taką egoistyczną indywidualistką? Spojrzałam na moich przyjaciół. Krzyczeli do mnie bezgłośnie i pokazywali na migi, żebym się nie zgadzała. Chcieli wyjść i mi pomóc, być ze mną na dobre i złe…a ja często tego nie doceniałam. Gdyby nie załatwiała spraw na własną rękę, uniknęłabym wielu niebezpieczeństw. Gdyby nie moi przyjaciele, dawno już by mnie tu nie było…nie raz uratowali mi skórę. Mama przegrała z Sandsem, bo została sama. Przyjaciele ją opuścili. Nie chcę, żeby to samo stało się ze mną…chcę to zrobić z moją drużyną.

- Wybieraj Lano Shylund. Chcesz Winterknighta czy onyks? A może jedno i drugie – chłopiec przekrzywił głowę, wbijając we mnie swoje spojrzenie. Nagle coś mi przyszło do głowy.

- Wybieram…Winterknighta. Tylko Winterknighta, całego tak jak tu przyjechał oraz moich przyjaciół. Bez nich jestem niczym. Tylko z nim mogę wygrać tą wojnę. – oświadczyłam

Na twarzach dzieci pojawił się dziwny, spokojny uśmiech. Nagle magiczna bariera zniknęła i moi przyjaciele byli wolni. Od razu do mnie podbiegli. Zza domu wyjechał Winterknight, rżąc głośno. Przytuliłam się do jego miękkiej, błyszczącej, czarnej sierści.

- Wróciłeś stary! Tak się cieszę, że nic ci nie jest… – pocałowałam go w chrapy – Mądry konik…

- Tak jak jego bogini – bliźniaki dalej się uśmiechały – Jesteś gotowa, Lano Shylund. Jedź i powstrzymaj Gabriela Sandsa. Twoi przyjaciele ci pomogą.

- Dziękuję wam, za wszystko – uśmiechnęłam się i wsiadłam na grzbiet mojego achał-tekina. Od razu poczułam przypływ energii.

- Co oni ci powiedzieli? – pytała Alex, gdy się oddaliliśmy

- Kazali mi wybierać, więc wybrałam Winterknighta i was. – wzruszyłam ramionami

- Och Lana…a co z onyksem? Jak pokonamy Sandsa? – załamał Jasper

- Nie martwcie się…mam go – schyliłam się do torby i wyjęłam mały sztylet

- Jak to zrobiłaś?! – nie mogli wyjść z podziwu

- Wybrałam Winterknighta takiego, jak przyjechał, ze wszystkim co miał… – uśmiechnęłam się szeroko – Wybrałam moich przyjaciół, takimi jacy są naprawdę.

***

Dotarliśmy do Jarlaheim w ostatnim momencie. Już z daleka słychać było piski i krzyki dopingujące zawodników na placu. Właśnie zaczęło się ostatnie okrążenie. Lorelaj siedziała na podwyższeniu i rozmawiała z jakimiś eleganckimi mężczyznami w garniturach, którzy podobnie jak ona byli w jury. To pewnie ci hodowcy z Los Angeles. Po minie baronowej wywnioskowałam, że wszystko idzie zgodnie z jej myślą i dobiła kolejnych transakcji. Nie widziałam śladu po jej rzekomym strachu i panice przed byłym mężem. Na torze było osiem zawodniczek. Wśród nich oczywiście Tori, Catalina i „ja”. Nasza trójeczka była na prowadzeniu. W miarę jak zbliżałyśmy się do mety, krzyki stawały się coraz głośniejsze. Z napięciem patrzyłam się na wyścig. Tak bardzo nie chciałam, żeby Catalina wygrała, a niestety ta wiedźma wysuwała się na prowadzenie. Przed samą linią mety, nieoczekiwanie Anastasia i Bluewave wypruły do przodu i jako pierwsze przecięły czerwoną wstęgę. Widownia zaczęła wiwatować.

- Mamy zwyciężczynię naszego corocznego wyścigu o tytuł Mistrza Wyspy Jorvik. Zwycięzcą jest…panie i panowie…Lana Shylund! – oznajmiła pani burmistrz. Tłum zaczął klaskać, a ja poczułam się głupio, bo w końcu to nie ja tam się ścigałam. Jury oraz pani burmistrz ruszyli na tor wręczyć wieniec i puchar. W tym momencie powietrze stało się ciężki i zaczęło falować. Spojrzałam się kątem oka na Alex. Zaczęło się.

Na torze nie wiadomo skąd pojawił się Sands i jeździec w czarnej pelerynie na swoim piekielnym rumaku. Zapanował chaos. Mieszkańcy zaczęli piszczeć, krzyczeć i pchać się do wyjścia. Pani burmistrz próbowała opanować sytuację przez mikrofon, ale to nic nie dało. Sabine ruszyła na koniu w stronę Any i Bluewave. Zanim moja przyjaciółka się zorientowała, została zrzucona na ziemię. Tori krzyknęła i chciała do niej pobiec, ale pani burmistrz ją złapała i zaczęła odciągać. Baronowa zbladła i przytrzymała się Cataliny. Sands, dumny jak paw, ruszył do „mnie” krokiem zwycięzcy. Sabine trzymała Anę, podczas gdy jej ojciec złapał ją za kapelusz…który został mu w ręku razem z peruką. Blond włosy Any rozsypały się z koka, ostatecznie ją demaskując. Pani burmistrz, Tori, Lorelaj i Catalina otworzyły usta ze zdziwienia.

- Co to ma być?! – ryknął Sands, a moja przyjaciółka się skuliła – Gdzie jest Shylund?!

- Nigdy jej nie dostaniesz – wyjąkała Ana

- Ty głupia dziewczyno… – zamachnął się Sands

- Stój! Nawet nie waż się jej tknąć! – krzyknęłam, wjeżdżając z Winterknightem na opustoszały tor

- Proszę, proszę…ładnie tak oszukiwać Lano? – Gabriel odwrócił się do mnie z udawaną serdecznością

- Przygarniał kocioł garnkowi – burknęłam

- Naprawdę chciałaś narazić przyjaciółkę na takie niebezpieczeństwo? Jesteś okropna…

- Nie, nie chciałam – przerwałam mu – Zostaw ją. Mam dla ciebie coś lepszego – wyjęłam z kieszeni sztylet, a w jego oczach błysnęła żądza mordu

- Lana, nie… – jęknęła Anastasia

- Cicho Ana – syknęłam

- Niemądrze z twojej strony tak po prostu mi to dawać – zaśmiał się Sands

- A kto powiedział, że tak po prostu ci to dam? – prychnęłam, obracając w ręku przedmiot. Nie mam pojęcia skąd miałam w sobie tyle odwagi, żeby stać tak blisko tego nieobliczalnego faceta i śmiać mu się w twarz. Zwłaszcza, że on wyglądał jak czajnik z gotującą się wodą. – Może przyszłam, żeby cię zabić? – obróciłam sztylet ostrzem do przodu i spojrzałam twardo w jego stalowe oczy

Gabriel wciągnął z sykiem powietrze. Nie spodziewał się takiej bezczelności z mojej strony.

- Lano…dobrze wiesz, po co to robię – podszedł do mnie bliżej, ale Winterknight parsknął ostrzegawczo, więc się zatrzymał – Ta wyspa to więzienie. Każdy powinien mieć możliwość wyboru. Wyspa Jorvik i druidzi uwięzili tu nas swoją ohydną magią. Ta przeklęta wyspa musi zniknąć z powierzchni ziemi. Wiesz o tym, tak samo jak ja… – mówił powoli, przekonująco, niczym żmija czając się w rajskim ogrodzie. Tylko oczy wyrażały zimną furię.

- Nie, panie Sands. Nie myślimy tak samo – przekrzywiłam głowę – Kocham tą wyspę i uważam, że to prawdziwy raj na ziemi. Tu ludzie są wolni, kochają się, żyją pełnią życia…a pan chce to zniszczyć, bo jest prawdziwym wcieleniem diabła. Demonem,  którego trzeba zniszczyć, żeby na wyspie zapanował spokój. Tak wiele ludzi przez pana ucierpiało. Czas to skończyć – oznajmiłam z takim samym spokojem

- Sabine, naucz pannę Shylund pokory! – wycedził przez zęby, a ja właśnie czekałam na taki obrót sprawy.

Piekielny Żniwiarz posłusznie puścił przerażoną Anastasię i ruszył w moją stronę. Zebrałam szybko wodze.

- Tak łatwo tego nie dostaniesz! Anastasia uciekaj! – krzyknęłam, rzuciłam sztylet w lewą stronę i czym prędzej się oddaliłam

Zgodnie z planem Will i Moonpearl wyskoczyli zza filaru i przejęli sztylet. Blondyn wystawił w powietrzu kawałek drewna, w który ostre narzędzie wbiło się jak w masło i pognał przed siebie z dzikim śmiechem. Gabriel zamrugał oczami.

- No co tak stoisz?! Goń go! – ryknął do Sabine – Zachciało wam się zabawy w berka, Shylund?! – zwrócił się do mnie – Tylko kupujecie sobie czas! – zaśmiał się, widząc jak Sabine dogania kuzyna. Jej piekielny rumak dyszał jak mała lokomotywa.

- Oddaj to William! Zakończmy to! – krzyczała za nim Sabine chropowatym głosem

- Przykro mi, ale to skończy się inaczej, Sabine! – zawołał – Jackob! – obrócił się w siodle i rzucił sztylet do Indianina, który przeskoczył rzędy krzeseł i razem ze swoim koniem pognali w przeciwnym kierunku

Jeździec w czarnej pelerynie zatrzymał gwałtownie konia, a w powietrze wzbiły się kłęby kurzu. Zawył ze złości i rzucił się w pogoń za stajennym. Echem odbiły się mroczne zaklęcia, które wypowiadała.

- Jackob, za tobą! – pisnęłam na widok wielkiego cienia, pędzącego za nim

- Alex! – Indianin szybko zrozumiał, co się dzieje i podał sztylet dalej. Sands był coraz bardziej wściekły. Obróciła się w poszukiwaniu Any. Dziewczyna schowała się razem z panią burmistrz za filarem. Lorelaj, Catalina i Tori pędziły na widownię. Usłyszałam jak Alex wypowiada jakieś zaklęcie i nastąpił wybuch. Dwie masy powietrza starły się ze sobą, a nad placem zawisła burza. Zerwał się potężny wiatr. Głosy Alex i Sabine otaczały nas i ogłuszały, jakby dziewczyny krzyczały do megafonów. Niezrozumiałe słowa szumiały mi w uszach i sprawiały, że ciarki przechodziły mi po plecach. Złota i fioletowa błyskawica uderzyły w środek placu, a Rose i Sunshine prawie zostały trafione. Rosie pisnęła, ale nie puściła sztyletu, który przejęła od Alex.

- Uciekaj do drzwi! – krzyknęłam do przyjaciółki

Rosmarie posłusznie skręciła do otwieranej bramy, ale tam nieoczekiwanie pojawił się ojciec Dominik. Zatrzasnął wielkie wrota i zabezpieczył je zasuwą.

- Dokąd się wybierasz, panno Kindergarden? Chcesz, żeby ominęła cię zabawa?- uśmiechnął się okrutnie

- Ty draniu! – Rose w ostatnim momencie zatrzymała konia

- Oddawaj to… – ksiądz rzucił się na nią, ale Sunshine stanęła dęba

- Tori! – Rose rzuciła sztylet do kuzynki, która stała najbliżej

Blada ze strachu Tori wychyliła się do podania i złapała sztylet.

- Co teraz?! – odwróciła się w moją stronę szukając instrukcji

Nie zdążyłam się odezwać, bo za nią pojawiła się Lorelaj i popchnęła ją na ziemię.

- Teraz oddaj to mnie – zażądała

- Co?! Lorelaj myślałam, że… – krzyknęłam skołowana

- Naprawdę wierzyłaś, że jestem po twojej stronie? – zaśmiała się baronowa – Że tak po prostu jestem po twojej stronie? Uwierzyłam, że banda dzieciaków ochroni mnie przed Gabrielem Sandsem? – zaczęła szarpać się z moją kuzynką

- Tori nie puszczaj! – pisnęłam i ruszyłam w ich stronę galopem

- Catalina pomóż mi! – warknęła baronowa

- Ona też!? – nie mogłam wyjść z szoku

- Oczywiście, że tak! Pomagała mi, miała rozdzielić cię z przyjaciółmi, skłócić z Greenlightem…w zamian za to, obiecałam jej wyjazd do Los Angeles – dyszała baronowa

- Do Los Angeles?! A więc o to ci chodziło…cały czas próbowałaś się do mnie zbliżyć, bo myślałaś, że wezmę cię ze sobą do Los Angeles! – wybuchłam

- Tak, ale ty jesteś głupia jak but! Nic się nie domyśliłaś! – zaśmiała się gorzko Catalina – Jesteś tak samo bezużyteczna jak twoja kuzynka!

- Myślałam, że mnie lubisz! Mówiłaś, że jestem twoją prawą ręką! – jęknęła Tori

- Ups, kłamałam! – przewróciła oczami Catalina – Nawet nie wiesz, jak łatwo tobą manipulować Tori…wystarczy, że ktoś myśli podobnie jak ty, a ty już go lubisz. Nawet nie analizujesz, po co ktoś miałby to robić…twoja zazdrość o Lanę cię zaślepiła, a ja to wykorzystałam.

- Ty małpo! – krzyknęła wściekła Tori i obie zaczęły kotłować się na ziemi

- Lorelaj! – zeskoczyłam na ziemię obok niej – Myślałam, że żałujesz, że chcesz się zmienić! – starałam się przekrzyczeć burzę – Płakałaś i mówiłaś, że się boisz…

- Bo rzeczywiście się bałam…ale nie Sandsa. Z nim dawno zawarłam umowę. Miałam mu pomóc do ciebie dotrzeć – syczała Lorelaj – Myślałaś, że czary tej druidki i twoja bohaterska postawa ochroniłyby mnie przed nim?

- Więc pozwoliłaś nam wierzyć, że jesteś ofiarą! – pokręciłam głową

- To było jedyne wyjście! On mi tak kazał zrobić! – próbowała się usprawiedliwić

- A ty całe życie się go słuchałaś, tak?! – nie wytrzymałam – Robiłaś wszystko, co ci kazał! Zabijałaś ludzi, Lorelaj! To nie była miłość! On cię omotał!

- Nic nie wiesz o miłości, smarkulo! – wrzeszczała baronowa, a jej głos stawał się coraz bardziej piskliwy – Gdybyś całe życie robiła wszystko, żeby zasłużyć na czyjaś miłość, a w zamian tego dostawała coraz to nowe wymagania i oczekiwania…

- To nie była miłość, Lorelaj! Gabriel cię wykorzystał! Tylko Earl naprawdę cię kochał! Nawet teraz cie kocha po tych wszystkich latach…

- Przestań już! – rozpłakała się baronowa – Niczego nie żałuję! Niczego! Jeśli tylko Gabriel mnie kocha… – ukryła twarz w dłoniach -

- Lana! – Tori udało się obezwładnić Catalinę

- Podaj! – przygotowałam się do złapania, ale Lorelaj odepchnęła mnie mocno

- Oddawaj ten sztylet! Mój mąż go potrzebuje! – rzuciła się na moją kuzynkę. Była w jakimś dziwnym amoku.

- Nic z tego! – warknęła Tori i z całej siły zgniotła palce u stóp baronowej pięścią. Kobieta zawyła z bólu i podskoczyła w miejscu. - Jasper! – krzyknęła Tori do nadjeżdżającego brata

Mój kuzynek złapał w locie deseczkę i pognał przed siebie. Podniosłam się z ziemi i wsiadłam z powrotem na Winterknighta, żeby mu pomóc. Byłam tuż za nim, gdy przed nami wyrósł Sands.

- Dość tej zabawy chłopcze!

- O w morde…chłopaki, łapcie! – krzyknął młody i zamachnął się daleko

Will i Jackob, którzy walczyli z Sabine na drugim końcu placu rzucili się w kierunku sztyletu. Za daleko…nie zdążą. Wyminęłam Jaspera i pognałam z Winterknightem. Sztylet już prawie dotykał piasku, gdy zza filaru wyskoczyła Ana, złapała deseczkę i przeturlała się z nią po ziemi.

- Mam go Lana, mam! – krzyczała uradowana

- A ja mam ciebie! – Sabine pojawiła się jak cień za jej plecami i złapała ją w stalowy uścisk

- Anastasia! – krzyknęliśmy wszyscy, gdy Piekielny Żniwiarz wyrwał dziewczynie sztylet i przyłożył go do jej krtani

- Pax! Pax! – Sands jak dobry wujek wyszedł na środek rozkładając szeroko ręce – Nie zależy nam przecież na rozlewie krwi…

- Tak?! Ciekawe od kiedy?! – kipiałam ze złości

- Hamuj się Shylund, bądź co bądź mamy twoją przyjaciółkę – uśmiechnął się podstępnie

Spojrzałam się po bladych, brudnych i podrapanych twarzach moich przyjaciół. Przełknęłam ślinę. Nie mamy wyboru.

- Dobra, mów czego chcesz – mruknęłam

- Wiesz, czego chcę – powiedział dobitnie, patrząc mi w oczy – Chcę reszty kamieni.

- Nie mam ich… – próbowałam grać na czas

- Zastanów się dobrze Shylund… – warknęła Sabine, a na szyi Any pojawiła się cienka czerwona kreska

- Lana… – pisnęła płaczliwie Ana, a ja przymknęłam oczy. To koniec. Musimy się poddać.

- Ja mam te kamienie, demonie – Alex zeskoczyła z grzbietu Mishland na ziemię

- Więc mi je oddaj druidko!

- Najpierw puść dziewczynę – odparła hardo

- Wymieńcie się równocześnie – zaproponowała Rose

- To nie jest taki zły pomysł – pokiwał głową Sands – Sabine, gdzie jest ołtarz? – zwrócił się do córki, a ona kiwnęła głową na kamienny krąg ułożony na środku placu – Doskonale…druidka i Shylund, idziecie za mną. A reszta ma tu czekać – zmierzył wzrokiem moich przyjaciół

- Jeśli któreś z was się ruszy, zginiecie – dodała Sabine, a na potwierdzenie jej słów moi przyjaciele zostali otoczeni ognistym kręgiem. Rose i Tori pisnęły, konie zaczęły rżeć niespokojnie.

- Lana! – krzyknął Will

- Zostań tam, proszę! – pisnęłam, widząc, że zeskakuje z konia

- Lana, nie możesz tam iść…

Wkurzony Jackob próbował przeskoczyć przez ogień, ale Sabine nie kłamała. Od razu zapłonął i upadł na ziemię.

- Jackob! – Rose i Ana krzyknęły to jednocześnie

- Nie piszcz, bo będzie cierpiał jeszcze bardziej – Sabine potrząsnęła Aną, która zaszlochała bezgłośnie

- Chodź – Alex przywołała mnie do siebie i złapała za rękę. Cała się trzęsłam. Zaschło mi w ustach. Nie wiedziałam, co mam powiedzieć.

- Nie dotykaj jej druidko – syknęła Sabine – Żadnego porozumiewania się.

- Tak jest – mruknęła sztywno Alex, wystawiając ręce przed siebie w obronnym geście

- Idziemy – warknął Sands – Lorelaj, Daniel, chodźcie bliżej – rozkazał, a jego pomagierzy zbliżyli się niechętnie

Na największym kamieniu leżały już klejnoty zgromadzone przez Sandsa – ametyst, szafir, cytryn, opal i kryształ górski. Mężczyzna spojrzał się znacząco na Alex, a blondynka niechętnie odpięła sakiewkę przyczepioną do paska. Powoli wyjęła rubin, szmaragd, diament i bursztyn. Gdy tylko ostatni kamień został ułożony obok reszty przedmiot, wszystkie zaczęły świecić i przybrały swoją prawdziwą postać, czyli skalnych bryłek. Patrzyłam się na to wszystko zafascynowana i przerażona.

- Oddaj mi Anę! – zażądałam

Sabine spojrzała na ojca, a gdy ten skinął głową, puściła dziewczyna. Szybko porwałam ją w objęcia. Ana wtuliła się do mnie, łkając cicho. Alex objęła nas obie ramieniem. Wszystkie trzy patrzyłyśmy jak Sands ogląda swoje łupy. Na jego twarzy zagościł demoniczny uśmiech. Burza przybierała na sile. Ziemia zaczęła się trząść.

- Co się dzieje? – jęknęła Ana

- Zaczęło się…ta wyspa zaraz rozpadnie się w proch – zatarł ręce Sands – Wszystkie detektory, które moja firma G.E.D rozstawiała przez całe wakacje po wyspie są nastawione na częstotliwość emitowanego pola magicznego. Przewodzą drgania do ziemi i powodują jej pękanie.

- Chcesz, żeby ta wyspa rozpadła się w drobny mak? A co z nami? – wytrzeszczyłam na niego oczy

- Zginiemy razem z nią – szepnął zupełnie obłąkany

- Co? Tego nie było w planie – wtrącił się Daniel – Oszukałeś nas!

- Zło które wyległo się na tej wyspie, musi zostać pochłonięte razem z nią…

- Gabrielu…co to ma znaczyć… – rozpłakała się Lorelaj

- To, że Sands oszukał nas wszystkich – mruknęła Alex – Zniszczysz tą wyspę nawet kosztem swojego życia…

- A żebyś wiedziała mała druidko…to ostatnia faza nienawiści… – wysyczał, zbliżając się do niej zgięty w pół – Jeszcze chwila i nikt nigdy nie usłyszy o przeklętej wyspie Jorvik… – śmiał się, a wstrząsy przybierały na sile. Kamienie na naszych oczach powoli zlepiały się w jedno. Czułam, że kiedy się zespolą, nie będzie odwrotu.

- Brakuje jeszcze jednego klejnotu – zauważyła Alex

- Co? – zamrugał Sands wyrwany z transu – Jakiego?

- Kamienia śmierci! – odpowiedziała Sabine i zanim ktokolwiek zdążył zareagować, wbiła sztylet między jego żebra. Sands zawył jak prawdziwy demon, a na nas trysnęła jego krew. Narzędzie przebiło go na wylot. Ja i Anastasia zaczęłyśmy piszczeć, Alex przytuliła nas mocno do siebie.

- Sabine…dlaczego…myślałem, że… – jęczał Sands, patrząc się zbolałym wzrokiem na córkę

- Co? Myślałeś, że możesz mi ufać? Że tak łatwo mną manipulować jak Lorelaj albo Danielem? Że przekupiłeś mnie obietnicą wyjazdu do Los Angeles i nowym życiem? Nie wchodzę w umowy z taką kanalią jak ty – warknęła i przekręciła sztylet w prawo. Sands jęknął głośniej. Wytrzeszczyłam na nią oczy. Chciałam zamknąć oczy i na to nie patrzeć, ale zamurowało mnie. – To ty mnie zabiłeś…chciałeś mojej śmierci…ojcze – głos Sabine zadrżał pod wpływem emocji – Już od urodzenia…nigdy mnie nie kochałeś, nie chciałeś mnie. Przez ciebie znienawidziła mnie własna matka! Czułam się jak potwór!

- Sabine, ja…

- Milcz! Nigdy nie naprawisz swoich błędów. Chciałeś zniszczyć świętą ziemię druidów, ale zapomniałeś, że ja jestem jedną z nich i to także mój dom! Niech pochłonie cię piekło! – warknęła i znowu przekręciła nóż, następnie go wyrwała. Sand upadł na ziemię w pośmiertnych drgawkach. Piasek wokół niego szybko nasiąkał krwią. Sabine przeszła nad nim ostentacyjnie i złapała Lorelaj za poły jedwabnej sukni. – Lorelaj…

- Nie, nie, ty nie żyjesz… – płakała baronowa – Nie możesz żyć, jesteś duchem…

- Chciałabyś co? – zaśmiała się Sabine – Byłoby ci tak wygodniej, bo zadbałaś o to, żebym ci nie przeszkadzała. Podcięłaś mi gardło i zostawiłaś na pewną śmierć w lesie…bo twój kochany Gabriel mnie nie zaakceptował, tak?

- Ciebie nie ma, nie ma…jesteś duchem… – baronowa kompletnie postradała zmysły

- Nie ma mnie…bo dawno wyrzuciłaś moje istnienie ze swoje świadomości. Ale teraz stoję tu przed tobą i jestem, matko! – potrząsnęła nią – Patrz co mi zrobiłaś! To przez ciebie mam taki głos!

Przez chwilę nikt nic nie mówił. Słychać było tylko szloch Lorelaj. Sabine puściła ją i baronowa osunęła się na kolana.

- Nic nie powiesz? – wychrypiała dziewczyna

- Sabine…nie zabijaj mnie, błagam – podniosła na nią spojrzenie – Błagam…ja nie chcę umierać.

- Tylko tylko? – prychnęła dziewczyna – Żadnego przepraszam ani kocham cie?! Jesteś jeszcze gorsza niż on… – burknęła i jednym zwinnym ruchem przecięła jej krtań

- Nie! – pisnęłam

Sabine ciężko dysząc odwróciła się w naszą stronę. Ku mojemu zdumieniu na jej policzkach oprócz krwi widniały łzy. Alex przytuliła nas mocniej.

- Zostaw nas w spokoju darachu – powiedziała poważnie – Naprawdę chcesz ze mną walczyć?

Sabine nie odpowiedziała. Patrzyła się na nas dużymi, lodowo-błękitnymi oczami…pamiątka po ojcu i matce. Po chwili namysłu odrzuciła sztylet.

- Jeszcze się spotkamy – syknęła, zarzuciła peleryną i zniknęła w oparach czarnego dymu

- Co to było? – szepnęłam

- Teleportowała się – przełknęła ślinę Alex

- Gdzie ojciec Dominik? – zauważyła Ana

- Szczury nigdy nie toną ze statkiem – przypomniałam sobie powiedzonko starego Earla

Kolejny wstrząs powalił nas na ziemię. Zauważyłam, że pozostałe klejnoty przyciągnęły do siebie sztylet.

- Alex, musimy coś zrobić! – krzyknęłam

- Wiem, ale nie mam pomysłu…

- Alex! Lana! Ana! Co się dzieje? – ogień opadł i nasi przyjaciele szybko do nas przybiegli

- Co tu się stało? – wytrzeszczyła oczy Tori

- Sabine ich zabiła i rozpłynęła się…a ojciec Dominik chyba zwiał. – streściłam

- Jak to zatrzymać? – Will kiwnął głową na błyszczące kamienie

- Nie wiem… – jęknęła Alex. Była naprawdę przerażona.

- Jackob! – Ana natychmiast podbiegła do ukochanego

- Nie dotykaj go! – ofuknęła ją Rose, która starała się jak mogła, żeby zatamować krew. Wyglądała jak wierny pies czuwający przy umierającym panu.

- Rose…czy ty… – wydukała Ana – Kochasz go, prawda?

Moja przyjaciółka nie zdążyła odpowiedzieć, bo Indianin odzyskał przytomność.

- Jackie… – obie dziewczyny pochyliły się nad nim

- Ana… – nieprzytomny chłopak wyciągnął dłoń

Rose skamieniała i odsunęła się z miną zbitego psa.

- Rose, powinnaś… – zaczęła Ana

- Nie! On chce ciebie! Bądź przy nim, on cię potrzebuje – przykazała surowo Rosie, podnosząc się z klęczek

- Na pewno?

- Tak – otarła nos, objęła się ramionami i ruszyła w naszą stronę. Bez słowa ją przytuliłam. Nie wyobrażam sobie, co mogła teraz czuć. Jackob właśnie złamał jej serce na kawałki.

- Hej ludzie! Musimy stąd uciekać, ewakuować wyspę! – panikowała Tori

- Nie zdążymy – pokręciła głową Alex – Zajmijcie się panią burmistrz, zemdlała jakiś czas temu…

- A ty? – zapytałam

- Ja jakoś to rozdzielę – Alex zdecydowanie wygięła palce i podeszła do prawie zespolonych kamieni. Już prawie dotykała ich rekami. Poczułam swąd przypalanej skóry. Druidka zacisnęła usta i skrzywiła się.

- To raczej kiepski plan, Andrino – usłyszałam za sobą czyiś głos

- Elizabeth! – pierwszy raz tak ucieszyłam się na jej widok

Skoro Sabine zniknęła, jej czary przestały działać i Elizabeth oraz jej druidzi byli wolni.

- Mama… – szepnęła Alex ze łzami w oczach

- Odsuń się córeczko, nie pozwolę, żebyś niepotrzebnie poświeciła swoje życie – powiedziała zdecydowanie Elizabeth. W ręku trzymała coś, co przypominało wielki trójząb.

- To narzędzie było w tajemniczym pudełku od bliźniaków? – zgadłam

- Dokładnie – uśmiechnęła się najwyższa kapłanka – W końcu mogę tego użyć…

Ziemia znowu zadrżała, a na placu pojawiło się wielkie pęknięcie, dzielące to na pół. Elizabeth zachwiała się i wpadła do środka.

- Nie! – krzyknęłam i skoczyłam za nią. W ostatnim momencie złapałam tajemniczy trójząb. – Trzymaj się Elizabeth!

- Nie wciągniesz mnie! – pokręciła głową kapłanka. Wiedziałam, że ma rację. Czułam, że się obsuwam. Już prawie traciłam grunt pod nogami. Pisnęłam, czując, że lecę w dół.

- Mam cię! – wielki, miśkowaty Conrad złapał mnie w ostatnim momencie i wyciągnął nas obie

- Conrad…dziękuję. Znowu mnie uratowałeś – odetchnęła Elizabeth

- Do usług kapłanko – skłonił się

- Chodź Lana, musimy to skończyć – pociągnęła mnie za rękę Elizabeth

- Ja też?

- Tak, pomożesz mi. Dokończysz to, to zaczęła Charlie – uśmiechnęła się do mnie promiennie, a ja się jej odwzajemniłam

Obie zgodnie złapałyśmy trójząb i wbiłyśmy go między błyszczące kamienie. Oślepiło mnie białe światło. W głowie mi szumiało, a porywisty wiatry zatykał nos. Bałam się, że już nie wytrzymam, gdy nagle wszystko się skończyło. Zmęczona osunęłam się na ziemię…

- To naprawdę koniec? – wydyszałam

- Tak…koniec… – pogłaskała mnie po głowie Elizabeth – Dziękuję Lano Shylund. Właśnie uratowałaś wyspę Jorvik. Charlie byłaby z ciebie dumna – powiedziała poważnie, patrząc mi w oczy

Przepełniała mnie radość, nie mogłam przestać się uśmiechać. Po chwili otoczyli nas przyjaciele. Will porwał mnie w objęcia, uniósł do góry i obrócił. Alex, Rose i Ana wyściskały mocno. Jasper cały czas krzyczał, że jestem lepsza niż superman, a Tori nawet nie protestowała. Catalina siedziała blada jak papier na ziemi. Elizabeth zajęła się panią burmistrz, a Conrad i Rada Starych kamieniami i ciałami Sandsa i Lorelaj…nie mogłam uwierzyć, że to wszystko się skończyło. Naprawdę uratowałam wyspę Jorvik. Zniszczyłam jej demona. Odkryłam sekret mamy…znalazłam moje miejsce na ziemi. Miejsce, o którym nikt na świecie nie ma pojęcia…i znalazłam wspaniałych ludzi, których kocham.

 

O tym jak prawda wychodzi na jaw, a Sands porywa mnie do swojej kryjówki…

02 paź

Stałam i patrzyłam z niedowierzaniem jak wszystkie moje koszmary nagle stają się prawdą. Już od pierwszego spotkania z Gabrielem Sandsem czułam, że to niebezpieczny człowiek i lepiej nie wpaść na niego w ciemnym zaułku. Przez całe wakacje niszczyłam jego plany, przeszkadzałam jego pracownikom i szukałam o nim informacji. Można śmiało powiedzieć, że toczyliśmy ze sobą wojnę. Sands oczywiście przeszkadzał mi jak potrafił: wysłał za mną Piekielnego Żniwiarza, podpalił archiwum w Srebrnej Polanie, mordował ludzi wokół mnie i jeszcze porwał mojego kuzyna, a wszystko po to, żeby mnie wystraszyć. Mimo że do tej pory nie pofatygował się, żeby osobiście mnie powstrzymać, podświadomie czułam, że nie uniknę z nim konfrontacji. To musiało się tak skończyć. Wkraczając do serca sekretów wyspy Jorvik, mogłam się spodziewać, że one pochłoną mnie żywcem i nikt mi nie dawał gwarancji, że wyjdę z tego cało. Sands patrzył się na mnie swoim lodowatym wzrokiem, jakby chciał przejrzeć mnie na wskroś. Był siwiuteńki. Włosy, wąsy, broda…a mimo to wcale nie wyglądał na starego. Był to mężczyzna silny, barczysty, przebiegły i bardzo inteligentny…ale w ten zły sposób. Kiedyś musiał być bardzo przystojny. Nie dziwne, że Lorelaj straciła dla niego głowę. Jego oczy…hipnotyzowały i jednocześnie mroziły wnętrzności. Nie mogłam uciec przed jego spojrzeniem. Sparaliżowana jak po ugryzieniu żmii, nie mogłam się ruszyć. Czas stanął w miejscu. Palce Sandsa coraz mocniej zaciskały się na moich ramionach, ale strach powodował, że przestałam zwracać uwagę na ból.

- Wystarczy tego dobrego… – powiedział cicho Sands – Nie mam zamiaru zrobić ci krzywdy, Lano. Po prostu powiedz, gdzie jest onyks i będzie po sprawie.

- N-n-nie wiem – wyjąkałam

W tym momencie Sands bez ostrzeżenie zamachnął się i spoliczkował mnie. Pisnęłam zaskoczona i zatoczyłam się do tyłu.

- Kłamiesz! – wysyczał przez zęby i potrząsnął mną za ramiona – Gdzie go schowałaś?!

- Naprawdę nie wiem! – mój oddech przyspieszył. Trzęsłam się jak galareta. Chyba moje ciało właśnie zrozumiało, w jakim znalazłam się niebezpieczeństwie. W oczach Gabriela płonęła zimna furia. Zabije mnie, jeśli będzie musiał. Nie zawaha się przed niczym. Przełknęłam ślinę.

- Nie udawaj głupiej, to nic nie da! – żachnął się ojciec Dominik – Przecież wiemy, że byłaś w zajeździe.

- To jeszcze nie znaczy, że znalazłam onyks – syknęłam, odwracając się do niego powoli. Nienawidziłam go z całego serca. Jak mógł tak dobrze udawać?! Jest lepszym aktorem niż myślałam…Najpierw oszukał mamę, potem mnie, a wszystko to robił pod płaszczykiem niewinności przygłupiego, wyizolowanego księdza!

- Sama mówiłaś, że tam jest! – nie poddawał się Dominik

- O tak, niech się ksiądz chwali, że mnie upił, a potem wyciągnął ze mnie wszystkie informacje! Może dostanie ksiądz premię od szefa! – szarpałam się – Właściwie jaki ksiądz…bardziej pasuje mi pan na sługę diabła!

- TO miało mi tylko zapewnić nietykalność – przewrócił oczami i otrzepał sutannę – I przez długie lata tak właśnie było, bo któż by podejrzewał wiejskiego księdza o pomaganie „demonowi wyspy” i liczne morderstwa…

- Co?! – przestałam się rzucać jak ryba. Oblał mnie zimny pot. Nagle wszystko stało się dla mnie jasne. Skoro Dominik pomagał Sandsowi od tylu lat to… – Pan to wszystko zrobił?! Przez pana była ta katastrofa morska, w której zginął pan Shalott?! Pan zabił noworodka w szpitalu?! I nauczyciela w szkole?! A może nawet podpalił pan starą chatę pana Shalott! Nie było wtedy żadnej burzy, prawda? Już wtedy szukaliście kamieni…

- Tak, tak, dokładnie tak! – przyklasnął ze śmiechem ksiądz – To ja wysłałem Sabine do szpitala w Jarlaheim i do Sosnowych Wzgórz, ja podpowiedziałem twojej matce, że kryjówka Sandsa jest na Wyspie Padok, przez co zaprowadziłem ją w pułapkę, ja podłożyłem ogień w archiwum…wszystko to ja – oświadczył dumnie, a pode mną ugięły się nogi. Upadłabym, gdy Sands tak mocno mnie nie trzymał. Czułam się jak szmaciana lalka w jego uścisku.

- Jest pan potworem… – udało mi się wykrztusić – Wilkiem w owczej skórze…jak mogłam panu ufać? – czułam, że po twarzy płyną mi łzy. Łzy złości i bezsilności. Byłam na siebie wściekła – Rose od początku panu nie ufała.

- Tak…panna Kindergarden to mądra dziewczyna. – przesunął ręką po gładkim blacie stołu – Bałem się, że zdoła cię przede mną uchronić, ale jednak instynkt okazał się silniejszy – posłał mi kpiące spojrzenie – Niedaleko pada jabłko od jabłoni.

- Nienawidzę cię! – krzyknęłam i skoczyłam w jego stronę, ale Sands rzucił mną o ziemię

- Jesteś taka sama jak Charlie… – prychnął ksiądz, podchodząc do nas i patrząc się na mnie z góry – Wiesz, że masz taki sam wyraz twarzy jak ona, gdy dowiedziała się prawdy?

- Zamknij się już – Sands spiorunował go spojrzeniem – Nie musi wiedzieć wszystkiego.

- Pamiętnik mamy… – przypomniało mi się – Ty wyrwałeś wtedy te kartki – spojrzałam się z nienawiścią na księdza – Co tam było napisane?

- Chodzi ci o to? – Dominik sięgnął do kieszeni sutanny i wyjął pogięte, pożółkłe kartki

- Dlaczego jeszcze to masz? – warknął na niego Sands

- Lana przyjechała na wyspę Jorvik po to, żeby rozwiązać tajemnicę. Więc proszę bardzo, oto ona! – pomachał mi przed nosem kartkami – Twojej matce udało się uciec z bazy na Wyspie Padok. Zabrała też tą przeklętą druidkę. Była na tyle głupia, że opisała to wszystko w swoim pamiętniku. Chciała zabrać go i pokazać władzom w Los Angeles, chciała sprowadzić pomoc…musiałem ją oczywiście powstrzymać – uśmiechnął się okrutnie, a mnie zemdliło. Odwróciłam wzrok, bo nie mogłam już znieść jego widoku.

- A potem, kiedy już zabrałeś dowody zbrodni i wygoniłeś mamę z wyspy, jak gdyby nigdy nic podrzuciłeś pamiętnik do jej domu? – prychnęłam

- To akurat nie było trudne…wszyscy zaangażowali się w poszukiwania Charlie. Twoi dziadkowie potrzebowali wsparcia, więc zaprosili mnie do domu.

- Przestań, nie mogę już tego słuchać! – pokręciłam energicznie głową

- Cisza! – zagrzmiał Sands – Powiedz mi natychmiast, gdzie jest onyks! – podciągnął mnie do pionu, a mnie zadzwoniło w uszach od siły jego głosu

- Nie mam go przy sobie… – w głowie miałam gonitwę myśli. Byłam tak przerażona, że nawet zapomniałam, co z nim zrobiłam. Wiedziałam tylko, że nie mam go tutaj.

- Co ty za bzdury wygadujesz? – wycedził Sands. Przełknęłam ślinę, oblał mnie zimny pot. – Przeszukaj ją.

- Nie! -pisnęłam, ale nikt się mną nie przejmował. Ojciec Dominik, mimo że nadal był formalnie księdzem, nie miał oporów, że dokładnie przeszukać mojego kieszeni, buty…i inne mniej widoczne kryjówki. Dzięki Bogu nic nie znalazł.

- Co z nim zrobiłaś?! – wściekł się Sands

- Naprawdę nie wiem! – krzyknęłam płaczliwie – Może wypadł mi, kiedy twoi ludzie mnie gonili.

- Żartujesz sobie ze mnie?!

- Gdzieżbym śmiała… – burknęłam, a Sands znowu mnie spoliczkował

- Chcesz mi powiedzieć, że mam przeszukać cały cholerny las, żeby go znaleźć?! – zapytał powoli

- Nie wiem! – warknęłam, ocierając krew z rozciętej wargi – Być może…skoro był pan taki mądry, żeby wysyłać za mną pościg, to niech się pan sam martwi! – odpowiedziałam hardo. W jego oczach błysnęły wściekłe iskry, a ja po chwili pożałowałam swojej butności. Mężczyzna złapał mnie za gardło, przycisnął do ściany i zaczął dusić. Piszczałam i wyrywałam się, ale jego ręce były jak imadło. Coraz bardziej opadałam z sił.

- Myślisz, że ona kłamie? – zastanawiał się na głos Dominik

- A skąd mam wiedzieć głupi starcze! – ryknął Sands – Nie jestem Sabine, żeby czytać jej w myślach!

- Więc sprowadź Sabine – mruknął ksiądz

- Nie, musiałbym ją ściągnąć z Północnej Przełęczy, a ona pilnuje tam Elizabeth. To by za długo trwało…

- W takim razie co robimy? Mam wysłać ludzi, żeby przeszukali las?

- Co? Chyba się zapominasz ojczulku! – zdenerwowany Sands puścił mnie i złapał Dominika za poły sutanny – To ja tu dowodzę, nie zapominaj o tym. Nie będziesz nikogo wysyłał do lasu bez mojej zgody.

Upadłam na podłogę i ciężko dysząc walczyłam o każdy oddech. Było blisko…za blisko. Jeszcze chwila, a naprawdę by mnie udusił. Przed oczami latały mi czarne plamy. Nagle przypomniałam sobie. Onyks leżał bezpiecznie w torbie przy siodle Winterknighta. Jeśli Sabine rzeczywiście tu przyjedzie, na pewno go znajdzie, bo zobaczy go w moich myślach. Muszę coś z nim zrobić, zniszczyć, schować… Resztką sił zaczęłam się czołgać w stronę drzwi. Niestety Sands natychmiast złapał mnie za włosy i pociągnął do góry.

- A ty dokąd się wybierasz? Jeszcze z tobą nie skończyłem…myślałaś, że jesteś taka sprytna i uda ci się nas oszukać, co? – syczał mi do ucha, a ja ledwo powstrzymywałam się, żeby nie wybuchnąć płaczem

- Puść ją Sands! – nieoczekiwanie drzwi do chatki otworzyły się i do środka wkuśtykała znajoma postać

- Earl! – krzyknęła. Łzy zasłaniały mi widoczność, ale byłam pewna, że to on. – Tak strasznie mi przykro… – nie wytrzymałam i rozpłakałam się. Jak on mnie tu znalazł?

- Lana, co oni ci zrobili? – jęknął, a w jego głosie słyszałam tak wielką rozpacz, że aż zabolało mnie serce. No tak, musi przeżywać to wszystko od nowa. Najpierw mama, teraz ja…co ja najlepszego zrobiłam…

- Earl, byłam tak głupia, że choć przez chwilę cię podejrzewałam…przepraszam cię, przepraszam… – szlochałam

- To nie twoja wina Charlie, tylko moja – oznajmił ponuro, mierząc wzrokiem Sandsa i ojca Dominika – Za długo zwlekałem z wyrównaniem rachunków.

- Czego tu szukasz, Hawk? Myślisz, że oddamy ci Lanę? Bo co? Bo jesteś starym gangsterem? – zaśmiał się donośnie Sands – Nie budzisz postrachu tak jak kiedyś, Earl. Teraz jesteś niczym i dobrze o tym wiesz.

- Jestem kim jestem, bo zniszczyłeś mi życie. Odebrałeś mi rodzinę, dom, żonę, Charlie…teraz przyszedł czas, żebyś za to zapłacił – powiedział spokojnie Earl

- Mówisz poważnie? Nie rozśmieszaj mnie! – śmiał się dalej Sands – Chcesz się ze mną bić czy co? Ja mam za sobą magię i daracha, jestem silniejszy fizycznie…co ty możesz mi zrobić?

- Nie szefie, mój braciszek nie chce się z tobą bić. Chce po prostu zgrywać bohatera, tak jak zawsze. – prychnął ojciec Dominik krzyżując ręce na piersi i z krzywym uśmiechem przyglądając się scenie

- Braciszek? – wytrzeszczyłam na niego oczy – Earl, o co tu chodzi?

- Widzisz Lano, nie ukrywałem przed tobą tylko mojego związku z Lorelaj… – chrząknął staruszek

- Twój brat bliźniak – szepnęłam – Myślałam, że Daniel Hawk już nie żyje.

- A jednak stoję tu przed tobą we własnej osobie – rozłożył ręce ksiądz – Choć może rzeczywiście nie jako Daniel Hawk…on umarł wiele lat temu. Odrodziłem się jako ojciec Dominik.

- Dlatego tak bardzo się nienawidziliście, prawda? Zawsze napuszczaliście mnie na siebie nawzajem – parsknęłam – Teraz już wszystko rozumiem. Gwiazda Morgana to wasz wspólny znak rodowy. Ojciec Dominik był zły, że dostałam od ciebie tą torbę…już wtedy powinnam coś podejrzewać – pokręciłam głową

- Spodziewałam się tego…Daniel od zawsze mnie nienawidził. Choć nigdy nie miał powodów. – burknął Earl

- Nie miałem powodów? – Daniel Hawk podskoczył jak oparzony i podszedł do brata. Dopiero gdy stanęli obok siebie, widziałam, jacy są do siebie podobni. – To ciebie zawsze wszyscy kochali i uwielbiali, mimo, że na to nie zasługiwałeś! Mama zawsze pytała się jak poszło ci w szkole, przymykała oczy na twoje dwóje i bójki, a na moje piątki i pochwały od nauczycieli nie zwracała uwagi. Zawsze przejmowali się tobą i tym co robisz! Mogłem pracować jak wół, a oni i tak zawsze mówili o tobie!

- No proszę cię, nie mów mi, że byłeś zazdrosny o to, że dostawałem od ojca pasem po tyłku za moje oceny, a mama płakała przez moje zachowanie. To mnie ojciec wyrzucił z domu za to, że stałem się gangsterem. – zdenerwował się Earl

- Ale potem tego żałowali! Ciągle to sobie wypominali! – żołądkował się Daniel – Ty..ty zawsze byłeś popularny! Byłeś zły, kradłeś, biłeś się z innymi, łamałeś serca dziewczynom, ciągle piłeś i paliłeś…ale miałeś przyjaciół. Twoi gangsterzy oddaliby za ciebie życie, a młodzież z naszego rocznika zawsze kryła cię przed nauczycielami. – Daniel usilnie starał się nad sobą panować, ale cały drżał z tłumionej wściekłości

- Wiesz dlaczego? Może nie byłem prymusem i dżentelmenem, ale byłem bardziej ludzki niż ty. Miałem swoje zasady, swój kodeks honorowy…nigdy nie zrobiłem krzywdy niewinnej osobie. Ty owszem! Może nie tłukłeś się na pięści tak jak ja, ale o wiele lepiej potrafiłeś popsuć komuś krew! – mruknął pogardliwie Earl

- Zabrałeś mi wszystkich przyjaciół! Zostałem przez ciebie sam! – ksiądz trząsł się z nerwów

- Nie Danielu, to wszyscy odwrócili się od ciebie. Nie miałem z tym nic wspólnego. Nawet się o to nie starałem. – zdenerwowany Earl podszedł bliżej i spojrzał bratu w oczy – Chciałem być twoim przyjacielem, nie pamiętasz? Jako dzieci zawsze wciągałem cię do zabawy, ale tobie zawsze coś się nie podobało…

- Bo cokolwiek byśmy nie robili, ty zawsze pokazywałeś jaki to jesteś wspaniały i bohaterski, a ja przy tobie jestem nikim – wycedził przez zęby

- Nieprawda… – syknął Earl – Nie wiem, czemu tak to odbierałeś, ale…

- Ty byłeś tym złym, a ja tym dobrym! Dlaczego nikt tego nie widział?!

- Ach o to ci chodzi…dlatego ty postanowiłeś podkreślić swoją „dobroć” i wstąpiłeś do zakonu – zaśmiał się głośno Earl – No w życiu większej bajki nie słuchałem…nie da się nauczyć żmii nie kąsać, bo ona od urodzenia ma w sobie jad. – powiedział, a Daniel uderzył go pięścią w zęby. Krzyknęłam i chciałam tam pobiec, ale Sands złapał mnie za ręce i wykręcił je do tyłu.

Zaskoczony Earl odskoczył i złapał się za usta. Zmarszczył brwi i spojrzał poważnie na brata. Chyba zrozumiał, że nie da się tej sprawy załatwić żartami.

- Wstąpiłem do zakonu tylko po to, żeby cię zniszczyć – Daniel dyszał jak dzikie zwierze – Zniszczyć cię w oczach tych wszystkich ludzi…

- O tak, pamiętam jak co tydzień w niedzielę wydzierałeś się z ambony i potępiałeś mnie w swoich kazaniach – Earl uśmiechnął się półgębkiem i wytarł krew z twarzy

- Przynajmniej odniosło to skutek. Ludzie zaczęli was nienawidzić. – uśmiechnął się mściwie – Nie traktowali cię już jak lokalnego Robin Hooda tylko przywódcę bandy rabusiów i awanturników.

- Dopóki nie ożeniłem się z Lorelaj Silverglade. Wtedy twój plan zaczął się sypać, co?

- Ludzie mogli sobie gadać o twoim katarsis, ale ja wiedziałem swoje… – zacisnął pięści

- Co takiego wiedziałeś Danielu? – Earl udał zdziwionego

- Że nic się nie zmieniłeś! Zależało ci tylko na pieniądzach i tytule. Tylko po to rozkochałeś w sobie baronową!

- Nigdy mi na tym nie zależało. Chyba mylisz mnie z sobą…ty nawet nie masz pojęcia, co to jest miłość – zmarszczył brwi Earl. Dawno nie widziałam go tak poważnego.

- Poprzysięgałem, że cię zniszczę i zrobię to! Zgodziłem się pomagać Gabrielowi Sandsowi, bo obiecał, że mi pomoże! – wykrzyczał Daniel, a ja wciągnęłam z sykiem powietrze

- Jak można tak bardzo kogoś nienawidzić? To pana brat! Co z pana za człowiek!? – krzyknęłam wzburzona – Zawarł pan pakt z diabłem, żeby osiągnąć swój cel? Co pan chce zrobić?! Zabić go?!

- Nie wysilaj się dziecko, to już nawet nie jest człowiek. Przez swoje chore ambicje, żeby stać się kimś lepszym ode mnie, stoczył się jeszcze głębiej niż ja – odparł z pogardą Earl – A nie twierdzę, że ja jestem święty…oj nie – zaśmiał się

- Jak śmiesz… – Daniel zrobił się siny ze złości

- Taka jest prawda braciszku! Masz na swoich rękach więcej krwi niż ja kiedykolwiek bym miał… – Earl nie skończył, bo Daniel znowu go uderzył.

- Earl! Zostawcie go! – krzyczałam. Nie mogłam zrozumieć, czemu on w ogóle się nie broni. Czy naprawdę był tak słaby jak mówili?

- To ja poznałem Lorelaj z Gabrielem, ja doprowadziłem do waszego rozwodu, ja zdobyłem zaufanie Charlie, żeby wystawić ją Sandsowi… – wyrzucał z siebie Daniel. Jego wytrzymałość psychiczna musiała się właśnie w tej chwili skończyć, skoro zdobył się na takie oświadczenie.

- Ty gnojku…jak możesz o tym mówić z takim spokojem? – Earl zachwiał się pod naporem ciosów brata, ale dzielnie podtrzymywał się na lasce – Przecież udzielałeś nam ślubu! Już wtedy to wszystko planowałeś?! – Earl był naprawdę w szoku. Chyba nie spodziewał się, że brat aż tak go nienawidzi.

- Ale to wszystko na nic, nie widzisz?! Wciąż tu przede mną stoisz i bezczelnie patrzysz się w oczy, jakbyś był lepszy ode mnie!

- Bo jest lepszy od pana! – nie wytrzymałam – O sto razy lepszy ty diabelski…

- Zamknij się głupi dzieciaku! – ryknął na mnie Daniel, a mnie zatkało. Wpadł w jakiś dziwny szał. To zaskakujące, że przez tyle czasu udawało mu się utrzymać maskę spokoju i wesołości, gdy tak naprawdę pod spodem krył w sobie bestię. Ciekawe ile ludzi wokół mnie nosi na co dzień takie maski?

- Nie odzywaj się do niej! Nie masz prawa! – na szczęście Earl odnalazł w sobie ducha walki i zaczął odpierać ataki brata, a w moim sercu pojawiła się nadzieja, że chociaż on wyjdzie z tego cało – Zniszczyłeś mnie, zabrałeś mi Charlie! Gdybym wcześniej rozpracował twoje zagrywki, ona  i Lorette nadal mieszkałyby na wyspie! Tym razem będzie inaczej. Nie zabierzesz mi również Lany! – staruszek walczył coraz bardziej zaciekle. Obaj bracia okładali się pięściami, drapali się, gryźli i krzyczeli. Przed oczami stanęła mi moje wszystkie potyczki z Tori. Nie byłyśmy rodzonymi siostrami, ale kłóciłyśmy się tak jak oni. Czy kiedyś też dojdziemy do podobnego stanu? Nie chciałabym do końca życia jej nienawidzić…Gdyby Earl i Daniel żyli w zgodzie, Sands prawdopodobnie nigdy nie osiągnąłby tylu rzeczy i nie siałby terroru na całej wyspie. To nienawiść Daniela mu pomagała w odwalaniu brudnej roboty. A jeśli Tori nadal będzie mnie nienawidzić? Kto wie, czy za parę lat nie zbuntuje przeciwko mnie całej wyspy. Niestety, nie zaszkodzi mi w takim stopniu, jak jej się wydaje…a zniszczy samą siebie. Daniel tak naprawdę jest wrakiem człowieka, pustą skorupą przesiąkniętą żądzą zemsty. Tacy ludzie są w stanie zabić.

- Earl, proszę… – zaczęłam błagalnie

- Uciekaj Lana! Nic im nie dawaj! Uciekaj do swoich przyjaciół! – dyszał staruszek pomiędzy kolejnymi ciosami – Ja ich zajmę…

- Dość tych rodzinnych pogaduszek! Kończ to Hawk, mamy jeszcze dużo pracy! – zniecierpliwił się Sands

- Z największą przyjemnością, szefie – wysapał ksiądz, po czym obrócił się i podstawił bratu nogę. Earl nie zauważył tego i przewrócił się z hukiem na ziemię.

- Ty stary draniu… – jęknął Earl, łapiąc się za głowę – Zawsze grałeś nieczysto, bo byłeś zbyt słaby, żeby walczyć… – zaśmiał się kpiąco. Daniel nie odpowiedział, ale ze spokojem kopnął go w brzuch.

- Nie! Ty obrzydliwy tchórzu! – krzyknęłam, ale Daniel nie przestawał – Zostawcie go! Przecież macie mnie! Nie ucieknę wam! Zostawcie go!… – płakałam, czując jak mój świat właśnie się burzy

- Pospiesz się! Musimy się stąd zabrać, zanim ktokolwiek nas zobaczy – warknął Sands, zupełnie nieczuły na odgrywającą się przed nim scenę – Zabieramy cię ze sobą, panno Shylund – uśmiechnął się do mnie dziko, a w jego oczach błysnął niezdrowy blask

- Co ze mną zrobicie? – zaschło mi w ustach

- Pożegnaj się z przyjacielem, bo pewnie nigdy więcej go nie zobaczysz – wyszczerzył się okrutnie i złapał mnie za kark. Nie zdążyłam nawet pisnąć, bo Gabriel przycisnął szybko środkowy i wskazujący palec do jakiegoś miejsca z tyłu mojej szyi, a ja osunęłam się bezwładnie w jego ręce. Głosy i barwy zlały się w jedno. Przede mną były tylko ciemność.

***

Obudziłam się w ciemnym, wilgotnym miejscu. Leżałam na zimnej, kamiennej posadzce. Czekałam aż moje oczy przyzwyczają się do ciemności. Bolały mnie wszystkie kości, a najbardziej kark i plecy. Z trudem podniosłam się na rękach do pozycji półleżącej. Byłam wyczerpana. Każdy ruch kosztował mnie wiele wysiłku. Rozejrzałam się wkoło. Zewsząd otaczały mnie grube mury. Gdzieś dalej w korytarzu paliła się pochodnia. Tylko dzięki niej mogłam mniej więcej rozeznać się w kształcie pomieszczenia. Gdybyśmy żyli w czasach średniowiecznych, powiedziałabym, że wrzucono mnie do lochu, ale do diabła był XXI wiek! Chłodny podmuch wiatru polizał mnie po plecach, a ja zadrżałam z zimna. Powoli podniosłam głowę do góry. Na suficie znajdowało się małe wyżłobienie, przypominające okienko. Widziałam przez nie ciemne, nocne niebo i chyba migoczącą gwiazdę. Nie mam pojęcia, ile czasu już leżę w tej ciemności i chłodzie. Co dzieje się „na górze”? Czy przyjaciele mnie szukają? Co z onyksem? Czy Sands go znalazł? Może już po wojnie i Sands wygrał…a Will? Obudził się ze śpiączki? A Alex i Elizabeth? Nagle coś zaszurało po podłodze nieopodal mnie i szybko przebiegło po mojej celi. Skrzywiłam się i jęknęłam cicho. Jeszcze tego brakuje, żeby były tu szczury. Coś huknęło, a ja mimowolnie drgnęłam. Z głębi korytarza usłyszałam szybkie, przybliżające się, zamaszyste kroki. Czułam jak moje mięśnie się spinają. Po chwili światło pochodni oświetliło moją celę, a przede mną stanęli Sands, Sabine i ojciec Dominik. Nie byłam przygotowana na widok całej trójki. Zaniemówiłam. Czy to znaczy, że moje obawy się sprawdzą? Co się stało z Elizabeth i Alex? Co z wioską druidów?!

- Wygląda fatalnie – Sabine pierwsza przerwała milczenia. Wzdrygnęłam się, słysząc jej chrapliwy głos. Już zapomniałam jak bardzo mnie przeraża.

- Nie jadła nic od dwóch dni. Cała czas spała – mruknął Sands

- Baliśmy się, że już się nie obudzi – szepnął ojciec Dominik, a Sands spiorunował go wzrokiem. Zmrużyłam oczy. Ten padalec pewnie by chciał, żebym się nie obudziła. Przesunęłam się do ściany i oparłam się o nią plecami. Jęknęłam cicho, gdy coś mi przeskoczyło w barku.

- Chyba trochę przesadziłeś – Sabine spokojnie zwróciła się do ojca

- Robiłem to, co uznałem za słuszne – syknął Gabriel – A teraz ty rób, co do ciebie należy i wydobądź z niej informacje – otworzył drzwi mojej celi i sztywnym gestem zaprosił do środka Sabine

Instynktownie odsunęłam się od niej, rozpaczliwie powtarzając sobie w głowie, że nie mam pojęcia, gdzie jest onyks.

- Boisz się mnie – zauważyła z zadowoleniem dziewczyna. Podeszła do mnie powoli. Jej błękitne oczy migotały przeraźliwie w mroku celi. Emanowała od niej bardzo zła energia…nawet ja to wyczułam, mimo, że nie jestem jeszcze do końca wtajemniczona.

- Co zrobiłaś z najwyższą kapłanką i jej córką?! – starałam się, żeby głos mi nie drżał

- Ciii nic nie mów – szepnęła Sabine. Pochyliła się nade mną i położyła mi ręce na głowie. Syknęłam, bo jej dotyk wręcz palił. Zamknęłam oczy. Widziałam, jak przesuwają się przede mną różne obrazy z przeszłości. Błagam Morrigan, Epono, miejcie mnie w swojej opiece…Darach szukał wspomnień związanych z onyksem. Usilnie powtarzałam sobie, że nie mam pojęcia, gdzie on jest. „Operacja” przedłużała się, a ja czułam, jak dziewczyna stopniowo traci moc. W końcu zdenerwowana zabrała ręce i jednym zwinnym ruchem przygwoździła mnie do podłogi. Zaskoczona otworzyłam oczy. Twarz wściekłej Sabine wisiała parę centymetrów nad moją.

- Co robisz? – syknęła

- Słucham? – wykaszlałam – Nie rozumiem…

- Co robisz? Jak blokujesz myśli? – powtórzyła podejrzanie spokojnie

- Nie wiem, o czym ty mówisz. Co mogłabym… – rozpaczliwie starałam się wyrównać oddech

- Czekaj, czekaj… – dziewczyna zamknęła oczy i przesunęła pazurem po moim czole – Pocałunek kapłanki. Ta głupia blondyneczka cię naznaczyła! – zachłysnęła się Sabine

- Co to znaczy? – zniecierpliwiony Sands wskoczył do celi

- To znaczy, że przekazała jej część swojego dziedzictwa! – warknęła, wstając gniewnie z podłogi. Zarzuciła peleryną i zaczęła chodzić w tą i z powrotem – Cwaniara chciała się zabezpieczyć…ale przy okazji dała jej nietykalność. Naznaczyła ją dziedzictwem bogini Morrigan.

- Nie odczytasz jej myśli? – chrząknął Sands, starając się opanować wściekłość

- Tego nie powiedziałam – warknęła Sabine, odwracając się do niego gwałtowanie – Potrzebuję po prostu więcej czasu na złamanie czaru.

- Czego ci potrzeba? – zapytał po chwili, patrząc się na mnie niechętnie

- Sama wszystko załatwię…albo zabiję Strażniczki, wtedy będzie najprościej.

- Nie zrobisz tego! – poderwałam się z ziemi, ale w głębi duszy cieszyłam się, że Alex i jej matka wciąż żyją

- Tak? A kto mnie powstrzyma? – zaśmiała się Sabine – Przecież ty już nie stanowisz zagrożenia. – popchnęła mnie do tyłu

- Moi przyjaciele mnie znajdą – powiedziałam hardo

- Posłuchaj kochana, mogę cię szukać do końca ich marnego życia, ale to i tak nic nie da. Założyłam na to miejsce specjalny czar mylący. Nikt cię tu nie znajdzie, dopóki ja na to nie pozwolę – jej szpony zacisnęły się na moim podbródku i darach zmusił mnie, żebym na niego spojrzała -  Tutaj będzie twój grób, Lano Shylund.

- Nie wierzę ci – wyszarpnęłam się jej i pokręciłam głową, ale do moich oczu napłynęły łzy. To nie może być prawda…

- Nie musisz. Sama się przekonasz – Sabine wstała i wyszła w celi łopocząc peleryną

Sands spojrzał na mnie z triumfem, po czym wyszedł z celi i z powrotem ją zamknął. Oboje skierowali się do wyjścia. Został tylko Daniel z pochodnią. Spojrzałam się na niego mętnym wzrokiem. Niech już sobie idzie i mnie zostawi…Nieoczekiwanie ksiądz wyjął spod sutanny bochenek chleba i rzucił go do mnie przez kraty.

- A to co ma znaczyć? – zapytałam słabym głosem

- Jedz, jesteś głodna, a jeszcze trochę tu posiedzisz – odparł

- Co zrobiłeś z Earlem?

- Powiem ci, jeśli to zjesz.

- Nie, nie ufam ci…prędzej umrę, niż zjem to, co mi dacie. – uparłam się

- Twój wybór – wzruszył ramionami ksiądz i zniknął ze swoją pochodnią w korytarzu, a ja znowu zostałam sama…ze szczurami.

***

Nie wiem, jak długo siedziałam w lochu. Straciłam poczucie czasu. Byłam tak słaba, że cały czas budziłam się i zasypiałam na zmianę. Od nocnej wizyty Sandsa, Daniela i Sabine nikt więcej do mnie nie przyszedł. A przynajmniej nie wtedy, gdy byłam przytomna. Co jakiś czas widziałam, że w misce przy drzwiach ktoś dolewa mi wody. Doszłam już do takiego stanu, że zrobiłabym wszystko za łyk wody, więc bez sprzeciwu piłam zimną wodę z miski.  Między sną a jawą w głowie pojawiał mi się film wspomnieć z moich wakacji. Jazda po dolinach z Winterknightem, nocne rozmowy z Rose, ogniska u Earla, kłótnie i pościgi z Willem, wszystkie moje niebezpieczne akcje, z których jakimś cudem wyszłam cało…te wszystkie wspomnienia wprawiały mnie w jeszcze gorszy nastrój. Miała wrażenie nawet sen, że oglądam swój własny pogrzeb! Długo nie mogłam dojść do siebie…W chwilach, gdy byłam przytomna powtarzałam sobie jak mantrę, że nie wiem, gdzie jest onyks. Jeśli Sabine do tej pory go nie znalazła, to naprawdę ja mogę być ostatnia nadzieją. Bałam się o losy Winterknighta. Mam nadzieję, że po protu uciekł, gdy w Starym Opactwie zrobiło się głośno. Gdyby coś mu się stało, załamałabym się. Próbowałam się wsłuchać w głosy z zewnątrz. Może usłyszę jak ktoś mnie woła? Może moi przyjaciele pomimo czaru Sabine i tak mnie znajdą? Niestety jedyny dźwięk, który słyszałam to rytmicznie uderzające krople, piski szczurów oraz szum wiatru przez szczeliny w murze. Czułam się trochę jak bohaterka jakiegoś horroru. Złapana w pułapkę przez zły charakter, wrzucona do lochu z duchami…właśnie, czy tu są duchy? W końcu Sands ma na swoim koncie nie jedno morderstwo. A co jeśli gdzieś dalej w mroku leżą kości jakiegoś nieszczęśnika, który umarł tu z głodu jak ja? Sama myśl o tym, przyprawiła mnie o gęsią skórkę. Świetnie! Mało, że tu utknęłam, to jeszcze zejdę na zawał przez moją zbyt bujną wyobraźnię! Muszę się uspokoić! Tak Lana…spokojnie. Co by powiedziała na to Rose? O już wiem! „Lana, proszę cię. Duchy nie istnieją. To tylko wytwór wyobraźni pisarzy, którzy chcą wywołać emocje u czytelników. Oczywiście osiągają zamierzony efekt, ale to nie ma nic wspólnego z prawdą. Widzisz to, co chcesz widzieć.” Oczami wyobraźni widziałam, jak moja przyjaciółka opowiada to z profesorską miną. Zawsze była taka logiczna. Na pewno znalazłaby wyjście z tej sytuacji. I na pewno lepiej rozegrałaby sytuację z Sandsem. Pewnie nawet nie pozwoliłaby mu się złapać. Brakuje mi jej…a Anastasia? Hmm ona pewnie bałaby się jeszcze bardziej niż ja i musiałabym przejąć rolę tej odważnej. „Lana, a co jeśli nikt nas nie znajdzie i zostaniemy tu na zawsze? Umrzemy tu, a za kilka lat znajdą tu nasze szkielety! Albo będziemy straszyć z tym zamku…czy to nie fascynujące? Jak w tych książkach…”. Właśnie, a może Ana miałaby rację. Gdzie ja mogę być? Oczywiście, że w zamku! Tylko w zamkach są lochy! A jaki zamek znam? Dwór Baronowej Silverglade! No nie, jestem tak blisko moich przyjaciół, a oni kręcą się w kółko i nie mogę mnie znaleźć! „Lana, nie możesz się poddać! Jesteś moją super kuzynką, zawsze byłaś dla mnie jak super bohaterka z moich komiksów. Byłaś moją Wonder Woman w realu. Nie możesz się poddać. To nie w twoim stylu. ” usłyszałam w głowie głos Jaspera. On ma rację…ja się nigdy nie poddaję. Stąd musi być jakieś wyjście. Może udałoby mi się jakoś otworzyć zamek? Sands wie, że jestem słaba, bo prawie nic nie jem. Uważa, że nie stanowię dla niego zagrożenia. Może nie stosuje już żadnych dodatkowych zabezpieczeń, bo wie, że nie ucieknę? Resztką sił przyczołgałam się do drzwi celi i pociągnęłam za kłódkę. Zamknięte, ale gdybym znalazła coś, co nadawało by się do…

- Kłódka jest zardzewiała. Musisz znaleźć coś ciężkiego i spróbować ją rozwalić – usłyszałam obok siebie cichy głosik

- Co? Kto tu jest? – obróciłam się przestraszona. Odpowiedziała mi cisza. Rozejrzałam się w koło po ciemnej celi i przełknęłam ślinę. Mam już omamy? A może to naprawdę duchy?

Powiał zimny wiatr z góry. Ostrożnie wróciłam na swoje miejsce i ułożyłam głowę na zwiniętej bluzie.

- Hej, nie zasypiaj! Słyszysz! – znowu ten głosik. Brzmiał znajomo, jednak w takich okolicznościach i przy moim stanie, nie mogłam już sobie ufać. Poderwałam się przestraszona.

- Dobra, co to za głupie żarty! Kto tu jest?

- To ja! Nie poznajesz mnie, co? – zachichotał głosik

- Wiesz…wybacz, ale nie – zmrużyłam oczy – A powinnam? Poznałyśmy się kiedyś?

- Nie, raczej nie w realu, ale jestem pewna, że mnie znasz – mruczał głos

- Nie w realu? – skrzywiłam się – Przepraszam, ale nie mam nastroju na zagadki. Jak się tu dostałaś?

- Przez ścianę, głuptasie! Mogę chodzić gdzie chcę! – zaśmiała się

- Że co proszę?! – wytrzeszczyłam oczy i objęłam się ramionami. Nagle zrobiło się jeszcze bardziej zimno.

- Jestem duchem.

- Ach…o…tak, to wszystko tłumaczy – zaśmiałam się nerwowo – Jezu, jest już tak źle, że rozmawiam z duchami…pięknie…zaraz będę widzieć białe myszki… – przetarłam rękami po twarzy

- Nie, nie, spokojnie…wszystko z tobą ok. Na razie… – chrząknął duch – Naprawdę mnie nie poznajesz?

- Jeśli mam być szczera, to głos wydaje mi się znajomy, ale już sama nie wiem… – jęknęłam

- Dobrze kombinujesz…nie raz słyszałaś mój głos…we śnie.

- We śnie? – szepnęłam zaskoczona – A więc to ty…wtedy, gdy byłam chora i miałam te dziwne sny, słyszałam w nich twój głos. Ty zesłałaś na mnie te wizje…Byłaś duchem już wtedy?

- Tak – oświadczyła z dumą – Niezła jestem, co? Musiałam się trochę natrudzić, żeby wejść do twoich snów, ale byłaś prawie umierająca, więc to ułatwiało sprawę…

- Chwila! Jeśli teraz ze mną rozmawiasz, czy to znaczy… – przestraszyłam się

- Nie! To ja się podszkoliłam w nawiązywaniu z tobą kontaktu. – uspokoiła mnie szybko, a ja odetchnęłam z ulgą

- Dlaczego ze mną? Chcesz, żebym ci jakoś pomogła? – nie rozumiałam – Twoja rodzina nie wie, gdzie jest twoje ciało? Wiesz, nigdy nie interesowałam się rozmowami z duchami…

- Moja rodzina wie już od dawna, że nie żyję. Zabito mnie niedaleko tego miejsca. Zostałam w świecie żywych, bo…martwię się o moich bliskich – westchnęła ciężko – Po mojej śmierci, rodzina się rozpadła. Już nic nie było tak jak dawniej. Bałam się, że w końcu wszyscy się pozabijają…ale wtedy zjawiłaś się ty. Widzę, że tylko ty jesteś w stanie mi pomóc. Już nawet częściowo udało ci się ich zmienić. Pomagasz im zrozumieć. Przywracasz im znowu wiarę w miłości i w to, że mogą żyć inaczej…

- Kim ty jesteś? – przerwałam jej, czując dreszcze na plecach

- Wiesz, kim jestem…i wiesz jak zginęłam, bo sama ci to pokazałam. – poczułam zimny dotyk na policzku, jakby dziewczyna mnie dotknęła

- Melody? – szepnęłam – To byłaś cały czas ty? Dlaczego…

- Odkąd tu przyjechałaś, czułam, że mi pomożesz. William cię pokochał, mój ojciec w końcu przypomniał sobie o swoim synu…wszystko się zmieniło dzięki tobie. Jesteś dobrą dziewczyną, Lano. Byłam przy tobie przez cały czas. Starałam się ciebie ostrzec. Przed Sandsem, przed Danielem, przed Tori…nie zawsze mi się to udawało, ale obiecałam sobie, że będę cię chronić. Mój brat cię kocha, a ja kocham jego i chociaż już nie żyję, zrobię wszystko, żeby mu pomóc.

- Dziękuję Melody…to bardzo miłe – uśmiechnęłam się – Ale chyba już wszystko przepadło. Sands mnie złapał. Elizabeth też. To już koniec.

- Hej! Nigdy nie jest za późno! Nigdy! Nie poddawaj się, nie pozwolę ci tu zginąć. Gdybym żyła…chciałabym, żebyś była moją szwagierką.

- Och Melody…ja nawet nie wiem, czy to przeżyje – rozpłakałam się

- Znajdą cię! Twoi przyjaciele cie szukają. Uwierz w nich. – powiedziała pewnie

- Wierzę, wierzę…i wciąż czekam… – szepnęłam

Nagle drzwi na końcu korytarza otworzyły się z hukiem, a światło pochodni oślepiło mnie na moment. Melody zniknęła.

- Nie śpisz? – zdziwił się Sands – To jakaś nowość… – mruknął

- Sabine już znalazła sposób? – prychnęłam

- Nie możesz po prostu powiedzieć, gdzie jest onyks? – westchnął ciężko, wkładając pochodnię do uchytu przy celi

- Nie wiem, gdzie on jest – powtórzyłam uparcie

- Jesteś głupia jak Charlie…naprawdę nie chcesz tego wszystkiego zakończyć? – zapytał spokojnym, czarującym głosem. Nie dam się na to nabrać!

- Proszę cię, dobrze wiem, że jestem ci potrzebna tylko do odnalezienia kamienia. Potem mnie zabijesz i zniszczysz całą wyspę – przewróciłam oczami

- Nic nie rozumiesz – syknął Sands – Nienawidzę tej wyspy i wszystkich jej mieszkańców, nienawidzę. Ta przeklęta wyspa Jorvik…ona nas tu więzi. Nikt nie może z niej uciec. To nasze więzienie. Trzeba ją zrównać z ziemią, zatopić – mówił wściekły. Zaintrygowana odwróciłam się do niego.

- Jakie więzienie? O czym ty mówisz?

- Nie zdziwiłaś się, dlaczego nikt z zewnątrz do tej pory nie próbował odkryć naszej wyspy? Wybudować ośrodka turystycznego? Rząd też się nie wtrąca do naszych spraw…żyjemy jak w jakimś małym państwie. – zaczął chodzić w tą i z powrotem z rękami założonymi do tyłu

- I co z tego? To chyba dobrze. Nie powinieneś się cieszyć, że nikt się nie wtrąca do życia mieszkańców?

- Nie, ponieważ prawda jest okrutna. Lano, ta wyspa nie tylko nas więzi, ale także jej magiczna tarcza sprawia, że nikt na całym świecie nie wie, o jej istnieniu.

- Co ty mówisz? Zwariowałeś do reszty?! Ja o niej wiedziałam, a wcale tu nie mieszkałam!

- Widziałaś ją kiedykolwiek na mapie? – przekrzywił głowę

- Nie…ale wcale jej nie szukałam – broniłam się – Mama nigdy nie chciała rozmawiać o Jorvik.

- A widzisz! – prychnął – Każdy kto się tu urodził lub spędził tu dłuższy czas, staje się niewolnikiem tej wyspy. Nie może znaleźć domu nigdzie indziej poza nią.

- A moja mama? – rzuciłam mu kpiące spojrzenie

- Charlie wyjechała, bo ją do tego zmusiłem, ale powiedz, czy wygląda na szczęśliwą?

- Nie… – przyznałam niechętnie – Zachowuje się, jakby każdy dzień był dla niej udręką.

- Właśnie! Tęskni za swoją wyspą! Odczuwa prawie fizyczny ból, bo nie może tu wrócić – mówił z pasją

- Przestań! Nie podoba mi się, że mówisz o tym z takim zadowoleniem… – skrzywiłam się

- Zadowoleniem? Też coś… – prychnął – Ja odczuwałem to samo, gdy pojechałem do Los Angeles szukać Charlie. Nie wytrzymałem, musiałam wrócić. Wtedy właśnie znienawidziłem tą wyspę. Dowiedziałem się, że to wszystko, przez magię Strażników Aideen. Mieszkańcy Jorvik są jakby zahipnotyzowani. Nie widzą życia poza swoją wyspą. Są odizolowani od świata. Trzeba zniszczyć to przeklęte miejsce. A żeby to zrobić, muszę zniszczyć Strażników Aideen.

- Kompletnie oszalałeś… – pokręciłam głową

- Nie wierzysz mi…ale sama zobaczysz. Myślisz, że skończą się wakacje i co? Wrócisz tak po prostu do domu, do Los Angeles? Nie wytrzymasz tam. Wyspa będzie cię przyciągać, wpadniesz w obłęd. Zrobisz wszystko, żeby tu wrócić.

- I tylko dlatego chcesz zniszczyć tą wyspę? Bo ludzie czują się tu bezpieczni i żyją w spokoju? Z dala od postępu cywilizacji i uzależnienia od elektroniki?

- Oni nie wiedzą, co tracą. – prychnął Sands

- A ty chcesz na siłę dać im taką możliwość? Uwierz mi, że uzależnienie od iphona czy facebooka wcale nie uczyni ich szczęśliwszymi. Tu nie ma telefonów, internetu, super samochodów, domów mody…a wszyscy żyją w zgodzie i względnej przyjaźni. Więcej ze sobą rozmawiają, żyją zdrowiej, dzieci bawią się na dworze…naprawdę zależy ci na tym, żeby to wszystko skomercjalizować? – nie mogłam w to uwierzyć

- Jeszcze mi kiedyś za to podziękują…

- Podziękują, jak stąd znikniesz. To ciebie trzeba zniszczyć! Ty zaprowadzasz chaos na tej wyspie! Ty niszczysz ich spokojne życie… – mówiłam szybko, a Sands coraz mocniej marszczył brwi. W końcu zamilkłam.

- Zakładam, że znasz trochę moja historię. – odezwał się po chwili Sands – Całe wakacje szukałaś o mnie informacji po archiwach.

- Coś tam wiem… – zmrużyłam oczy i zakaszlałam. Sands oparł ręce na prętach kraty i utkwił we mnie swoje puste, przerażające spojrzenie.

- Urodziłem się i wychowałem na Sosnowym Wzgórzu. Mój ojciec był radnym, a moja matka nauczycielką. Była też…Strażniczką Aideen, ale opuściła dla mojego ojca swoje plemię. Przez nią w moich żyłach płynie część krwi tych demonów – splunął Sands – Nie cierpię jej za to, że przekazała mi takie geny.

- Skoro jest pan po części druidem, jak może pan myśleć o zabiciu innych Strażników Aideen? – pokręciłam głową

- Oni mnie nie obchodzą. Wszyscy powinni zginąć. To oni wytworzyli tą idiotyczną barierę, a ich wódz Meriadok zabił Jorvika, prawdziwego właściciela tej wyspy.

- Ta wyspa nie jest niczyją własnością, nie rozumiesz tego? Znam legendę o Meriadoku, Alex mi ją opowiedziała. To Jorvik był tym złym, a druidzi ocalili wszystkich przed jego chorymi ambicjami. Wyspa Jorvik nie jest…

- Jest! Moją własnością! Ponieważ to ja jestem potomkiem Demonicznego Jorvika, pierwszego odkrywcy tej wyspy! – ryknął

- No tak…teraz już rozumiem, skąd ma pan ksywkę „demon wyspy” – przełknęłam ślinę

- Ludzie nie wiedzą o moim pochodzeniu…nawet mój ojciec nie zdawał sobie sprawy jak potężna krew w nas płynie. Odkryłem to w pewne wakacje, gdy robiłem porządek na strychu. Znalazłem stare dzienniki moich przodków. Dzieci Jorvika. Zrozumiałem, że to do mnie należy władza nad tą wyspą. Pozbyłem się ojca i wszedłem na jego miejsce w radzie.  Chciałem zostać burmistrzem tej wyspy, chciałem, żeby ludzie się mnie słuchali, chciałem zniszczyć druidów, bo to przez nich zostaliśmy odcięci od świata…tak, w tamte wakacje wszystko się zmieniło.

- Ale nie udało ci się ich zabić… – zauważyłam – Już trzeci raz próbujesz, nie sądzisz, że to o czymś znaczy? – drażniłam się z nim

- Znasz legendę o Meriadoku do końca, Lano Shylund? Czy twoja wesolutka przyjaciółka ci ją dokończyła? Wiesz, w jaki sposób Meriadok zginął? – zapytał z dziwnym uśmiechem, a moje serce przyspieszyło. Alex nie chciała mi dokończyć legendy.

- Nie wiem…

- Więc pozwól, że ja ci ją dokończę…Otóż pomimo wojny między Meriadokiem i Jorvikiem, mieszkańcy wyspy wcale nie byli do siebie tak wrogo nastawieni. W dziennikach moich przodków czytałem o tym, jak młodzi mężczyźni wymykali się wieczorami do lasów, żeby spotkać się z młodymi druidkami i odwrotnie. Te magiczne dziwadła rozmnażały się z naszymi ludźmi…Jorvik był wściekły, kiedy to odkrył. Z zemsty za to, że Meriadok nie pilnuje swojego plemienia, porwał jego córkę. Długo torturował ją i więził…Meriadok robił wszystko, żeby ją odzyskać, ale był już stary, a jego moc słabła. Umarł z tęsknoty i bezsilności. Wtedy też rządy u Strażników Aideen przejęła żona Meriadoka, Miranda.

- Od tej pory to kobiety mają najwyższą pozycję w ich społeczeństwie, tak? – pokiwałam głową

- Tak, oczywiście opowiadam to skrótowo, bo nie to jest moją wisienką na torcie. – kontynuował – Miranda oczywiście wypowiedziała Jorvikowi wojnę. Ruszyła z odsieczą, żeby odzyskać córkę. W tym czasie okazało się, że dziewczyna zaszła w ciążę i urodziła dziecko, dziewczynkę. Jorvik nie chciał brać sobie problemu na głowę, ponieważ miał własną żonę i dzieci, wiec utopił w nocy młodą matkę. To samo chciał zrobić z jej dzieckiem, ale coś go spłoszyło, więc uciekł do domu i zostawił dziecko na plaży. Następnego dnia, Miranda ze swoim oddziałem otoczyły zamek Jorvika. On oczywiście wyszedł na taras i oznajmił, że księżniczka nie żyje. Miranda była zdruzgotana. Poddała się i ze zdziesiątkowanym oddziałem, po długiej walce wróciła do Valedale. Po jakimś czasie ktoś z wioski powiedział jej, że Miranda ma wnuczkę, ale zaginęła…podobno piękny, kary rumak uratował ją przed śmiercią.

- Zawsze wiedziałam, że konie to mądre zwierzęta – oświadczyłam dumnie

- Oj Lano, Lano…skup się. Nie  domyślasz się, dlaczego ten kary rumak ją uratował? Twoja przyjaciółka Alex nie opowiadała ci żadnych legend? – złapał ze pręty i spojrzał na mnie wyczekująco

- Widzę, że ty chcesz mi coś bardzo opowiedzieć. Proszę, nie krepuj się – wycedziłam przez zęby. Wiedziałam, że to ukrywanie prawdy przez Alex wyjdzie mi bokiem…Czego ona mi jeszcze nie powiedziała?!

- Córka Meriadoka była kapłanką Epony i przekazała swojej córce dziedzictwo. Dlatego kary rumak ją uratował. Epona jest boginią koni.

- Taak…i co z tego? – chrząknęłam, czując, że moje ręce się pocą. Do czego on zmierza?!

- Jej córka zapoczątkowała twój ród. Jest praprapraprababką Charlie i twoją też…macie w sobie krew Strażników Aideen, a nawet tak potężnej bogini jak Epona. Jesteś kapłanką bogini Epony, Lano Shylund.

- O kurcze…no to mnie masz – zaśmiałam się nerwowo – Dekonspiracja…

- A wiesz co jest najzabawniejsze? – wyszczerzył się i wyjął z ręki mały nożyk, który błysnął w świetle pochodni

- Myślałam, że to jest tą twoją wisienką… – otworzyłam szeroko oczy, bo Sands otworzył drzwi celi i zbliżył się do mnie

- O nie…zostawiłem coś lepszego na finał – podszedł powoli jak wąż

- No to strzelaj, nie trzymaj mnie w niepewności, bo zejdę na zawał – siliłam się na swobodny ton

- Aby zniszczyć Strażników Aideen, wystarczy zabić wszystkie najwyższe kapłanki ich plemienia. Elizabeth i Alex mam w garści. Ciebie też. Wystarczy, że was zabiję. Wtedy magiczna bariera straci swoją moc, a Drzewo Życia uschnie. Wyspa Jorvik będzie moja… – szepnął z obłędem w oczach

- Chcesz powiedzieć, że niby ja jestem tą najwyższą kapłanką?! – pisnęłam, zasłaniając się rękami

- Głupia dziewczyno…tak ty! Gdybym zabił wtedy Charlie i Elizabeth, nie było by problemu! Ale nie doceniłem jej…a wasza moc jest z pokolenia na pokolenie silniejsza.

- Dlatego mama uciekła z wyspy! I dlatego nie może teraz wrócić, tak?! – poderwałam się z ziemi – Bo wie, że ją zabijesz! Ona wie, że wciąż na nią polujesz, a kiedy osiągniesz swój cel…

- Wyspa i druidzi przestaną istnieć! – zaśmiał się jak szaleniec – Tak, Lano, tak! Twoja matka uciekła z wyspy, żeby chronić Jorvik, jego mieszkańców i Strażników Aideen przede mną, ale nie udało się jej. Zrobiła największy błąd jaki mogła, bo podsunęła mi ciebie pod nos.

- Jak to?!

- Ty jesteś ostatnią kapłanką, nie ona! I na tobie zakończy się wasz ród!

- Nie! – chciałam się podnieść, ale Sands rzucił się na mnie z nożem. Wiedziałam, że jest silniejszy, a ja nie miałam siły walczyć. Nagle stało się coś dziwnego. Nóż wyskoczył z reki Sandsa i poleciał na drugi koniec celi.

- Co to jest do diabła?!

- Melody… – szepnęłam

- Kto?!

- Melody, Alice…wszyscy, których tu zabiłeś są ze mną. Nie pozwolą mnie skrzywdzić! – nieoczekiwanie poczułam przypływ sił – Wierzysz w duchy, Sands? – przekrzywiłam głowę, a pochodnia w korytarzu zgasła – To powinieneś!

- Co robisz, Shylund?! – krzyknął

- Lepiej stąd uciekaj, bo zadzierasz z czymś, czego nie rozumiesz, Gabrielu Sandsie. Nigdy nie szanowałeś magi i duchów, więc obróciły się przeciwko tobie. – wstałam, a Sands zaczął uciekać do wyjścia. Miałam wrażenie, że przemawia przeze mnie coś potężniejszego. Słyszałam w swojej głowie głos Alex.

- Nie wiem, co robisz Shylund, ale tylko kupujesz sobie czas!

- Nie zabijesz mnie, Sands. To już koniec twojej władzy. Duchy mi pomogą…

- Oszalałaś z głodu! – krzyknął Sands, zatrzaskując drzwi od celi – Wrócę tu z Sabine, a wtedy porozmawiamy inaczej… – słyszałam jego oddalające się kroki

- A zjeżdżaj stąd… – mruknęłam, osuwając się na kolana. Kręciło mi się w głowie, czułam się słaba, już nie wiedziałam, co się ze mną dzieje…za dużo informacji na raz. – Melody? – jęknęłam

- Jestem tu kochana, trzymaj się, już niedługo…

- Nie mogę już…

- Możesz! Jesteś taka dzielna. Proszę cię…nie zasypiaj…

Chciałam już stąd wyjść. Wiedziałam, że mamy mało czasu. Gabriel jest tak zdeterminowany, że zabije Alex i Elizabeth nawet jeśli nie znajdzie onyksa. Oni muszą mnie jakoś znaleźć, muszę…Dotknęłam opaski na ramieniu, znak naszego Golden Trio.

- Rose, Jasper…błagam…jestem w dworze baronowej…Andrina – przypomniałam sobie prawdziwe imię przyjaciółki. Powiedziała, że zawsze mnie usłyszy, gdziekolwiek będę. Zaraz zobaczymy, czy to prawda – Andrina…ratuj mnie… – szepnęłam, a potem osunęłam się na ziemię.

***

- Lana! LANA! Jesteś tu?! Lana! – glosy przyjaciół docierały do mnie jakbym była pod wodą. To naprawdę oni?

Tak, słyszałam ich wyraźnie…ale nie mogłam otworzyć oczu. Spróbowałam się poruszyć, ale ciało odmówiło mi posłuszeństwa.

- Lana, oni już tu są! Rusz się! – do ucha piszczała mi Melody

Z wielkim trudem poruszyłam ręką. Powoli budziłam moje zastygłe ciało do życia. Otworzyłam usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk.

- Walcz Lana, walcz! – dopingowała mnie Melody

Czułam, że cała drżę, gdy podnosiłam się na łokciach. Udało mi się otworzyć oczy. Na końcu tunelu widziałam nikłe światło. Głosy moich przyjaciół oddalały się. Znowu spróbowałam ich zawołać. Głośniej, ale wciąż za cicho. Melody mruknęła coś pod nosem i uderzyła w metalową miskę, która zabrzęczała o pręty celi.

- Jeszcze raz, Melody… – szepnęłam, a duch powtórzył swoje działanie

- Lana?! Jesteś tam!? – krzyczała Alex. Miska jeszcze raz uderzyła w pręty. Teraz usłyszałam jak kilka par nóg biegnie w moją stronę. Po chwili płomień pochodni oświetlił moją celę.

- O mój Boże…ty żyjesz! – krzyknęła Rose, padając na kolana przy drzwiach – Lanuś kochana… – dotknęła mojej głowy przez pręty – Zaraz cię wyciągniemy! Jasper, Jackob…!

- Mam leki, zaraz ją opatrzymy… – usłyszałam przejęty głosik Any. Coś huknęło. Jackob i Jasper wyważyli drzwi. Wszyscy wpadli do środka. Czułam, jak ktoś podnosi mnie na ręce.

- Musimy ją zabrać do domu… – powiedział Will

- William?! – z trudem otworzyła znowu oczy – To naprawdę ty?!

- Tak kochanie, tak… – zaśmiał się z ulgą i pocałował mnie w czoło – Już wszystko będzie dobrze, znaleźliśmy cie…teraz wszystko będzie dobrze… – szeptał mi do ucha

- Spokojnie Lana, zaraz poczujesz się lepiej – usłyszałam spokojny głos Lany i poczułam dotyk jej ciepłej ręki na moim czole

Już czułam się lepiej…miałam ich wszystkich obok siebie! Znaleźli mnie! Will i Alex żyją! Moi kochani przyjaciele…teraz wszystko może się udać! Pokonamy Gabriela Sandsa!