RSS
 

O tym jak prawda wychodzi na jaw, a Sands porywa mnie do swojej kryjówki…

02 paź

Stałam i patrzyłam z niedowierzaniem jak wszystkie moje koszmary nagle stają się prawdą. Już od pierwszego spotkania z Gabrielem Sandsem czułam, że to niebezpieczny człowiek i lepiej nie wpaść na niego w ciemnym zaułku. Przez całe wakacje niszczyłam jego plany, przeszkadzałam jego pracownikom i szukałam o nim informacji. Można śmiało powiedzieć, że toczyliśmy ze sobą wojnę. Sands oczywiście przeszkadzał mi jak potrafił: wysłał za mną Piekielnego Żniwiarza, podpalił archiwum w Srebrnej Polanie, mordował ludzi wokół mnie i jeszcze porwał mojego kuzyna, a wszystko po to, żeby mnie wystraszyć. Mimo że do tej pory nie pofatygował się, żeby osobiście mnie powstrzymać, podświadomie czułam, że nie uniknę z nim konfrontacji. To musiało się tak skończyć. Wkraczając do serca sekretów wyspy Jorvik, mogłam się spodziewać, że one pochłoną mnie żywcem i nikt mi nie dawał gwarancji, że wyjdę z tego cało. Sands patrzył się na mnie swoim lodowatym wzrokiem, jakby chciał przejrzeć mnie na wskroś. Był siwiuteńki. Włosy, wąsy, broda…a mimo to wcale nie wyglądał na starego. Był to mężczyzna silny, barczysty, przebiegły i bardzo inteligentny…ale w ten zły sposób. Kiedyś musiał być bardzo przystojny. Nie dziwne, że Lorelaj straciła dla niego głowę. Jego oczy…hipnotyzowały i jednocześnie mroziły wnętrzności. Nie mogłam uciec przed jego spojrzeniem. Sparaliżowana jak po ugryzieniu żmii, nie mogłam się ruszyć. Czas stanął w miejscu. Palce Sandsa coraz mocniej zaciskały się na moich ramionach, ale strach powodował, że przestałam zwracać uwagę na ból.

- Wystarczy tego dobrego… – powiedział cicho Sands – Nie mam zamiaru zrobić ci krzywdy, Lano. Po prostu powiedz, gdzie jest onyks i będzie po sprawie.

- N-n-nie wiem – wyjąkałam

W tym momencie Sands bez ostrzeżenie zamachnął się i spoliczkował mnie. Pisnęłam zaskoczona i zatoczyłam się do tyłu.

- Kłamiesz! – wysyczał przez zęby i potrząsnął mną za ramiona – Gdzie go schowałaś?!

- Naprawdę nie wiem! – mój oddech przyspieszył. Trzęsłam się jak galareta. Chyba moje ciało właśnie zrozumiało, w jakim znalazłam się niebezpieczeństwie. W oczach Gabriela płonęła zimna furia. Zabije mnie, jeśli będzie musiał. Nie zawaha się przed niczym. Przełknęłam ślinę.

- Nie udawaj głupiej, to nic nie da! – żachnął się ojciec Dominik – Przecież wiemy, że byłaś w zajeździe.

- To jeszcze nie znaczy, że znalazłam onyks – syknęłam, odwracając się do niego powoli. Nienawidziłam go z całego serca. Jak mógł tak dobrze udawać?! Jest lepszym aktorem niż myślałam…Najpierw oszukał mamę, potem mnie, a wszystko to robił pod płaszczykiem niewinności przygłupiego, wyizolowanego księdza!

- Sama mówiłaś, że tam jest! – nie poddawał się Dominik

- O tak, niech się ksiądz chwali, że mnie upił, a potem wyciągnął ze mnie wszystkie informacje! Może dostanie ksiądz premię od szefa! – szarpałam się – Właściwie jaki ksiądz…bardziej pasuje mi pan na sługę diabła!

- TO miało mi tylko zapewnić nietykalność – przewrócił oczami i otrzepał sutannę – I przez długie lata tak właśnie było, bo któż by podejrzewał wiejskiego księdza o pomaganie „demonowi wyspy” i liczne morderstwa…

- Co?! – przestałam się rzucać jak ryba. Oblał mnie zimny pot. Nagle wszystko stało się dla mnie jasne. Skoro Dominik pomagał Sandsowi od tylu lat to… – Pan to wszystko zrobił?! Przez pana była ta katastrofa morska, w której zginął pan Shalott?! Pan zabił noworodka w szpitalu?! I nauczyciela w szkole?! A może nawet podpalił pan starą chatę pana Shalott! Nie było wtedy żadnej burzy, prawda? Już wtedy szukaliście kamieni…

- Tak, tak, dokładnie tak! – przyklasnął ze śmiechem ksiądz – To ja wysłałem Sabine do szpitala w Jarlaheim i do Sosnowych Wzgórz, ja podpowiedziałem twojej matce, że kryjówka Sandsa jest na Wyspie Padok, przez co zaprowadziłem ją w pułapkę, ja podłożyłem ogień w archiwum…wszystko to ja – oświadczył dumnie, a pode mną ugięły się nogi. Upadłabym, gdy Sands tak mocno mnie nie trzymał. Czułam się jak szmaciana lalka w jego uścisku.

- Jest pan potworem… – udało mi się wykrztusić – Wilkiem w owczej skórze…jak mogłam panu ufać? – czułam, że po twarzy płyną mi łzy. Łzy złości i bezsilności. Byłam na siebie wściekła – Rose od początku panu nie ufała.

- Tak…panna Kindergarden to mądra dziewczyna. – przesunął ręką po gładkim blacie stołu – Bałem się, że zdoła cię przede mną uchronić, ale jednak instynkt okazał się silniejszy – posłał mi kpiące spojrzenie – Niedaleko pada jabłko od jabłoni.

- Nienawidzę cię! – krzyknęłam i skoczyłam w jego stronę, ale Sands rzucił mną o ziemię

- Jesteś taka sama jak Charlie… – prychnął ksiądz, podchodząc do nas i patrząc się na mnie z góry – Wiesz, że masz taki sam wyraz twarzy jak ona, gdy dowiedziała się prawdy?

- Zamknij się już – Sands spiorunował go spojrzeniem – Nie musi wiedzieć wszystkiego.

- Pamiętnik mamy… – przypomniało mi się – Ty wyrwałeś wtedy te kartki – spojrzałam się z nienawiścią na księdza – Co tam było napisane?

- Chodzi ci o to? – Dominik sięgnął do kieszeni sutanny i wyjął pogięte, pożółkłe kartki

- Dlaczego jeszcze to masz? – warknął na niego Sands

- Lana przyjechała na wyspę Jorvik po to, żeby rozwiązać tajemnicę. Więc proszę bardzo, oto ona! – pomachał mi przed nosem kartkami – Twojej matce udało się uciec z bazy na Wyspie Padok. Zabrała też tą przeklętą druidkę. Była na tyle głupia, że opisała to wszystko w swoim pamiętniku. Chciała zabrać go i pokazać władzom w Los Angeles, chciała sprowadzić pomoc…musiałem ją oczywiście powstrzymać – uśmiechnął się okrutnie, a mnie zemdliło. Odwróciłam wzrok, bo nie mogłam już znieść jego widoku.

- A potem, kiedy już zabrałeś dowody zbrodni i wygoniłeś mamę z wyspy, jak gdyby nigdy nic podrzuciłeś pamiętnik do jej domu? – prychnęłam

- To akurat nie było trudne…wszyscy zaangażowali się w poszukiwania Charlie. Twoi dziadkowie potrzebowali wsparcia, więc zaprosili mnie do domu.

- Przestań, nie mogę już tego słuchać! – pokręciłam energicznie głową

- Cisza! – zagrzmiał Sands – Powiedz mi natychmiast, gdzie jest onyks! – podciągnął mnie do pionu, a mnie zadzwoniło w uszach od siły jego głosu

- Nie mam go przy sobie… – w głowie miałam gonitwę myśli. Byłam tak przerażona, że nawet zapomniałam, co z nim zrobiłam. Wiedziałam tylko, że nie mam go tutaj.

- Co ty za bzdury wygadujesz? – wycedził Sands. Przełknęłam ślinę, oblał mnie zimny pot. – Przeszukaj ją.

- Nie! -pisnęłam, ale nikt się mną nie przejmował. Ojciec Dominik, mimo że nadal był formalnie księdzem, nie miał oporów, że dokładnie przeszukać mojego kieszeni, buty…i inne mniej widoczne kryjówki. Dzięki Bogu nic nie znalazł.

- Co z nim zrobiłaś?! – wściekł się Sands

- Naprawdę nie wiem! – krzyknęłam płaczliwie – Może wypadł mi, kiedy twoi ludzie mnie gonili.

- Żartujesz sobie ze mnie?!

- Gdzieżbym śmiała… – burknęłam, a Sands znowu mnie spoliczkował

- Chcesz mi powiedzieć, że mam przeszukać cały cholerny las, żeby go znaleźć?! – zapytał powoli

- Nie wiem! – warknęłam, ocierając krew z rozciętej wargi – Być może…skoro był pan taki mądry, żeby wysyłać za mną pościg, to niech się pan sam martwi! – odpowiedziałam hardo. W jego oczach błysnęły wściekłe iskry, a ja po chwili pożałowałam swojej butności. Mężczyzna złapał mnie za gardło, przycisnął do ściany i zaczął dusić. Piszczałam i wyrywałam się, ale jego ręce były jak imadło. Coraz bardziej opadałam z sił.

- Myślisz, że ona kłamie? – zastanawiał się na głos Dominik

- A skąd mam wiedzieć głupi starcze! – ryknął Sands – Nie jestem Sabine, żeby czytać jej w myślach!

- Więc sprowadź Sabine – mruknął ksiądz

- Nie, musiałbym ją ściągnąć z Północnej Przełęczy, a ona pilnuje tam Elizabeth. To by za długo trwało…

- W takim razie co robimy? Mam wysłać ludzi, żeby przeszukali las?

- Co? Chyba się zapominasz ojczulku! – zdenerwowany Sands puścił mnie i złapał Dominika za poły sutanny – To ja tu dowodzę, nie zapominaj o tym. Nie będziesz nikogo wysyłał do lasu bez mojej zgody.

Upadłam na podłogę i ciężko dysząc walczyłam o każdy oddech. Było blisko…za blisko. Jeszcze chwila, a naprawdę by mnie udusił. Przed oczami latały mi czarne plamy. Nagle przypomniałam sobie. Onyks leżał bezpiecznie w torbie przy siodle Winterknighta. Jeśli Sabine rzeczywiście tu przyjedzie, na pewno go znajdzie, bo zobaczy go w moich myślach. Muszę coś z nim zrobić, zniszczyć, schować… Resztką sił zaczęłam się czołgać w stronę drzwi. Niestety Sands natychmiast złapał mnie za włosy i pociągnął do góry.

- A ty dokąd się wybierasz? Jeszcze z tobą nie skończyłem…myślałaś, że jesteś taka sprytna i uda ci się nas oszukać, co? – syczał mi do ucha, a ja ledwo powstrzymywałam się, żeby nie wybuchnąć płaczem

- Puść ją Sands! – nieoczekiwanie drzwi do chatki otworzyły się i do środka wkuśtykała znajoma postać

- Earl! – krzyknęła. Łzy zasłaniały mi widoczność, ale byłam pewna, że to on. – Tak strasznie mi przykro… – nie wytrzymałam i rozpłakałam się. Jak on mnie tu znalazł?

- Lana, co oni ci zrobili? – jęknął, a w jego głosie słyszałam tak wielką rozpacz, że aż zabolało mnie serce. No tak, musi przeżywać to wszystko od nowa. Najpierw mama, teraz ja…co ja najlepszego zrobiłam…

- Earl, byłam tak głupia, że choć przez chwilę cię podejrzewałam…przepraszam cię, przepraszam… – szlochałam

- To nie twoja wina Charlie, tylko moja – oznajmił ponuro, mierząc wzrokiem Sandsa i ojca Dominika – Za długo zwlekałem z wyrównaniem rachunków.

- Czego tu szukasz, Hawk? Myślisz, że oddamy ci Lanę? Bo co? Bo jesteś starym gangsterem? – zaśmiał się donośnie Sands – Nie budzisz postrachu tak jak kiedyś, Earl. Teraz jesteś niczym i dobrze o tym wiesz.

- Jestem kim jestem, bo zniszczyłeś mi życie. Odebrałeś mi rodzinę, dom, żonę, Charlie…teraz przyszedł czas, żebyś za to zapłacił – powiedział spokojnie Earl

- Mówisz poważnie? Nie rozśmieszaj mnie! – śmiał się dalej Sands – Chcesz się ze mną bić czy co? Ja mam za sobą magię i daracha, jestem silniejszy fizycznie…co ty możesz mi zrobić?

- Nie szefie, mój braciszek nie chce się z tobą bić. Chce po prostu zgrywać bohatera, tak jak zawsze. – prychnął ojciec Dominik krzyżując ręce na piersi i z krzywym uśmiechem przyglądając się scenie

- Braciszek? – wytrzeszczyłam na niego oczy – Earl, o co tu chodzi?

- Widzisz Lano, nie ukrywałem przed tobą tylko mojego związku z Lorelaj… – chrząknął staruszek

- Twój brat bliźniak – szepnęłam – Myślałam, że Daniel Hawk już nie żyje.

- A jednak stoję tu przed tobą we własnej osobie – rozłożył ręce ksiądz – Choć może rzeczywiście nie jako Daniel Hawk…on umarł wiele lat temu. Odrodziłem się jako ojciec Dominik.

- Dlatego tak bardzo się nienawidziliście, prawda? Zawsze napuszczaliście mnie na siebie nawzajem – parsknęłam – Teraz już wszystko rozumiem. Gwiazda Morgana to wasz wspólny znak rodowy. Ojciec Dominik był zły, że dostałam od ciebie tą torbę…już wtedy powinnam coś podejrzewać – pokręciłam głową

- Spodziewałam się tego…Daniel od zawsze mnie nienawidził. Choć nigdy nie miał powodów. – burknął Earl

- Nie miałem powodów? – Daniel Hawk podskoczył jak oparzony i podszedł do brata. Dopiero gdy stanęli obok siebie, widziałam, jacy są do siebie podobni. – To ciebie zawsze wszyscy kochali i uwielbiali, mimo, że na to nie zasługiwałeś! Mama zawsze pytała się jak poszło ci w szkole, przymykała oczy na twoje dwóje i bójki, a na moje piątki i pochwały od nauczycieli nie zwracała uwagi. Zawsze przejmowali się tobą i tym co robisz! Mogłem pracować jak wół, a oni i tak zawsze mówili o tobie!

- No proszę cię, nie mów mi, że byłeś zazdrosny o to, że dostawałem od ojca pasem po tyłku za moje oceny, a mama płakała przez moje zachowanie. To mnie ojciec wyrzucił z domu za to, że stałem się gangsterem. – zdenerwował się Earl

- Ale potem tego żałowali! Ciągle to sobie wypominali! – żołądkował się Daniel – Ty..ty zawsze byłeś popularny! Byłeś zły, kradłeś, biłeś się z innymi, łamałeś serca dziewczynom, ciągle piłeś i paliłeś…ale miałeś przyjaciół. Twoi gangsterzy oddaliby za ciebie życie, a młodzież z naszego rocznika zawsze kryła cię przed nauczycielami. – Daniel usilnie starał się nad sobą panować, ale cały drżał z tłumionej wściekłości

- Wiesz dlaczego? Może nie byłem prymusem i dżentelmenem, ale byłem bardziej ludzki niż ty. Miałem swoje zasady, swój kodeks honorowy…nigdy nie zrobiłem krzywdy niewinnej osobie. Ty owszem! Może nie tłukłeś się na pięści tak jak ja, ale o wiele lepiej potrafiłeś popsuć komuś krew! – mruknął pogardliwie Earl

- Zabrałeś mi wszystkich przyjaciół! Zostałem przez ciebie sam! – ksiądz trząsł się z nerwów

- Nie Danielu, to wszyscy odwrócili się od ciebie. Nie miałem z tym nic wspólnego. Nawet się o to nie starałem. – zdenerwowany Earl podszedł bliżej i spojrzał bratu w oczy – Chciałem być twoim przyjacielem, nie pamiętasz? Jako dzieci zawsze wciągałem cię do zabawy, ale tobie zawsze coś się nie podobało…

- Bo cokolwiek byśmy nie robili, ty zawsze pokazywałeś jaki to jesteś wspaniały i bohaterski, a ja przy tobie jestem nikim – wycedził przez zęby

- Nieprawda… – syknął Earl – Nie wiem, czemu tak to odbierałeś, ale…

- Ty byłeś tym złym, a ja tym dobrym! Dlaczego nikt tego nie widział?!

- Ach o to ci chodzi…dlatego ty postanowiłeś podkreślić swoją „dobroć” i wstąpiłeś do zakonu – zaśmiał się głośno Earl – No w życiu większej bajki nie słuchałem…nie da się nauczyć żmii nie kąsać, bo ona od urodzenia ma w sobie jad. – powiedział, a Daniel uderzył go pięścią w zęby. Krzyknęłam i chciałam tam pobiec, ale Sands złapał mnie za ręce i wykręcił je do tyłu.

Zaskoczony Earl odskoczył i złapał się za usta. Zmarszczył brwi i spojrzał poważnie na brata. Chyba zrozumiał, że nie da się tej sprawy załatwić żartami.

- Wstąpiłem do zakonu tylko po to, żeby cię zniszczyć – Daniel dyszał jak dzikie zwierze – Zniszczyć cię w oczach tych wszystkich ludzi…

- O tak, pamiętam jak co tydzień w niedzielę wydzierałeś się z ambony i potępiałeś mnie w swoich kazaniach – Earl uśmiechnął się półgębkiem i wytarł krew z twarzy

- Przynajmniej odniosło to skutek. Ludzie zaczęli was nienawidzić. – uśmiechnął się mściwie – Nie traktowali cię już jak lokalnego Robin Hooda tylko przywódcę bandy rabusiów i awanturników.

- Dopóki nie ożeniłem się z Lorelaj Silverglade. Wtedy twój plan zaczął się sypać, co?

- Ludzie mogli sobie gadać o twoim katarsis, ale ja wiedziałem swoje… – zacisnął pięści

- Co takiego wiedziałeś Danielu? – Earl udał zdziwionego

- Że nic się nie zmieniłeś! Zależało ci tylko na pieniądzach i tytule. Tylko po to rozkochałeś w sobie baronową!

- Nigdy mi na tym nie zależało. Chyba mylisz mnie z sobą…ty nawet nie masz pojęcia, co to jest miłość – zmarszczył brwi Earl. Dawno nie widziałam go tak poważnego.

- Poprzysięgałem, że cię zniszczę i zrobię to! Zgodziłem się pomagać Gabrielowi Sandsowi, bo obiecał, że mi pomoże! – wykrzyczał Daniel, a ja wciągnęłam z sykiem powietrze

- Jak można tak bardzo kogoś nienawidzić? To pana brat! Co z pana za człowiek!? – krzyknęłam wzburzona – Zawarł pan pakt z diabłem, żeby osiągnąć swój cel? Co pan chce zrobić?! Zabić go?!

- Nie wysilaj się dziecko, to już nawet nie jest człowiek. Przez swoje chore ambicje, żeby stać się kimś lepszym ode mnie, stoczył się jeszcze głębiej niż ja – odparł z pogardą Earl – A nie twierdzę, że ja jestem święty…oj nie – zaśmiał się

- Jak śmiesz… – Daniel zrobił się siny ze złości

- Taka jest prawda braciszku! Masz na swoich rękach więcej krwi niż ja kiedykolwiek bym miał… – Earl nie skończył, bo Daniel znowu go uderzył.

- Earl! Zostawcie go! – krzyczałam. Nie mogłam zrozumieć, czemu on w ogóle się nie broni. Czy naprawdę był tak słaby jak mówili?

- To ja poznałem Lorelaj z Gabrielem, ja doprowadziłem do waszego rozwodu, ja zdobyłem zaufanie Charlie, żeby wystawić ją Sandsowi… – wyrzucał z siebie Daniel. Jego wytrzymałość psychiczna musiała się właśnie w tej chwili skończyć, skoro zdobył się na takie oświadczenie.

- Ty gnojku…jak możesz o tym mówić z takim spokojem? – Earl zachwiał się pod naporem ciosów brata, ale dzielnie podtrzymywał się na lasce – Przecież udzielałeś nam ślubu! Już wtedy to wszystko planowałeś?! – Earl był naprawdę w szoku. Chyba nie spodziewał się, że brat aż tak go nienawidzi.

- Ale to wszystko na nic, nie widzisz?! Wciąż tu przede mną stoisz i bezczelnie patrzysz się w oczy, jakbyś był lepszy ode mnie!

- Bo jest lepszy od pana! – nie wytrzymałam – O sto razy lepszy ty diabelski…

- Zamknij się głupi dzieciaku! – ryknął na mnie Daniel, a mnie zatkało. Wpadł w jakiś dziwny szał. To zaskakujące, że przez tyle czasu udawało mu się utrzymać maskę spokoju i wesołości, gdy tak naprawdę pod spodem krył w sobie bestię. Ciekawe ile ludzi wokół mnie nosi na co dzień takie maski?

- Nie odzywaj się do niej! Nie masz prawa! – na szczęście Earl odnalazł w sobie ducha walki i zaczął odpierać ataki brata, a w moim sercu pojawiła się nadzieja, że chociaż on wyjdzie z tego cało – Zniszczyłeś mnie, zabrałeś mi Charlie! Gdybym wcześniej rozpracował twoje zagrywki, ona  i Lorette nadal mieszkałyby na wyspie! Tym razem będzie inaczej. Nie zabierzesz mi również Lany! – staruszek walczył coraz bardziej zaciekle. Obaj bracia okładali się pięściami, drapali się, gryźli i krzyczeli. Przed oczami stanęła mi moje wszystkie potyczki z Tori. Nie byłyśmy rodzonymi siostrami, ale kłóciłyśmy się tak jak oni. Czy kiedyś też dojdziemy do podobnego stanu? Nie chciałabym do końca życia jej nienawidzić…Gdyby Earl i Daniel żyli w zgodzie, Sands prawdopodobnie nigdy nie osiągnąłby tylu rzeczy i nie siałby terroru na całej wyspie. To nienawiść Daniela mu pomagała w odwalaniu brudnej roboty. A jeśli Tori nadal będzie mnie nienawidzić? Kto wie, czy za parę lat nie zbuntuje przeciwko mnie całej wyspy. Niestety, nie zaszkodzi mi w takim stopniu, jak jej się wydaje…a zniszczy samą siebie. Daniel tak naprawdę jest wrakiem człowieka, pustą skorupą przesiąkniętą żądzą zemsty. Tacy ludzie są w stanie zabić.

- Earl, proszę… – zaczęłam błagalnie

- Uciekaj Lana! Nic im nie dawaj! Uciekaj do swoich przyjaciół! – dyszał staruszek pomiędzy kolejnymi ciosami – Ja ich zajmę…

- Dość tych rodzinnych pogaduszek! Kończ to Hawk, mamy jeszcze dużo pracy! – zniecierpliwił się Sands

- Z największą przyjemnością, szefie – wysapał ksiądz, po czym obrócił się i podstawił bratu nogę. Earl nie zauważył tego i przewrócił się z hukiem na ziemię.

- Ty stary draniu… – jęknął Earl, łapiąc się za głowę – Zawsze grałeś nieczysto, bo byłeś zbyt słaby, żeby walczyć… – zaśmiał się kpiąco. Daniel nie odpowiedział, ale ze spokojem kopnął go w brzuch.

- Nie! Ty obrzydliwy tchórzu! – krzyknęłam, ale Daniel nie przestawał – Zostawcie go! Przecież macie mnie! Nie ucieknę wam! Zostawcie go!… – płakałam, czując jak mój świat właśnie się burzy

- Pospiesz się! Musimy się stąd zabrać, zanim ktokolwiek nas zobaczy – warknął Sands, zupełnie nieczuły na odgrywającą się przed nim scenę – Zabieramy cię ze sobą, panno Shylund – uśmiechnął się do mnie dziko, a w jego oczach błysnął niezdrowy blask

- Co ze mną zrobicie? – zaschło mi w ustach

- Pożegnaj się z przyjacielem, bo pewnie nigdy więcej go nie zobaczysz – wyszczerzył się okrutnie i złapał mnie za kark. Nie zdążyłam nawet pisnąć, bo Gabriel przycisnął szybko środkowy i wskazujący palec do jakiegoś miejsca z tyłu mojej szyi, a ja osunęłam się bezwładnie w jego ręce. Głosy i barwy zlały się w jedno. Przede mną były tylko ciemność.

***

Obudziłam się w ciemnym, wilgotnym miejscu. Leżałam na zimnej, kamiennej posadzce. Czekałam aż moje oczy przyzwyczają się do ciemności. Bolały mnie wszystkie kości, a najbardziej kark i plecy. Z trudem podniosłam się na rękach do pozycji półleżącej. Byłam wyczerpana. Każdy ruch kosztował mnie wiele wysiłku. Rozejrzałam się wkoło. Zewsząd otaczały mnie grube mury. Gdzieś dalej w korytarzu paliła się pochodnia. Tylko dzięki niej mogłam mniej więcej rozeznać się w kształcie pomieszczenia. Gdybyśmy żyli w czasach średniowiecznych, powiedziałabym, że wrzucono mnie do lochu, ale do diabła był XXI wiek! Chłodny podmuch wiatru polizał mnie po plecach, a ja zadrżałam z zimna. Powoli podniosłam głowę do góry. Na suficie znajdowało się małe wyżłobienie, przypominające okienko. Widziałam przez nie ciemne, nocne niebo i chyba migoczącą gwiazdę. Nie mam pojęcia, ile czasu już leżę w tej ciemności i chłodzie. Co dzieje się „na górze”? Czy przyjaciele mnie szukają? Co z onyksem? Czy Sands go znalazł? Może już po wojnie i Sands wygrał…a Will? Obudził się ze śpiączki? A Alex i Elizabeth? Nagle coś zaszurało po podłodze nieopodal mnie i szybko przebiegło po mojej celi. Skrzywiłam się i jęknęłam cicho. Jeszcze tego brakuje, żeby były tu szczury. Coś huknęło, a ja mimowolnie drgnęłam. Z głębi korytarza usłyszałam szybkie, przybliżające się, zamaszyste kroki. Czułam jak moje mięśnie się spinają. Po chwili światło pochodni oświetliło moją celę, a przede mną stanęli Sands, Sabine i ojciec Dominik. Nie byłam przygotowana na widok całej trójki. Zaniemówiłam. Czy to znaczy, że moje obawy się sprawdzą? Co się stało z Elizabeth i Alex? Co z wioską druidów?!

- Wygląda fatalnie – Sabine pierwsza przerwała milczenia. Wzdrygnęłam się, słysząc jej chrapliwy głos. Już zapomniałam jak bardzo mnie przeraża.

- Nie jadła nic od dwóch dni. Cała czas spała – mruknął Sands

- Baliśmy się, że już się nie obudzi – szepnął ojciec Dominik, a Sands spiorunował go wzrokiem. Zmrużyłam oczy. Ten padalec pewnie by chciał, żebym się nie obudziła. Przesunęłam się do ściany i oparłam się o nią plecami. Jęknęłam cicho, gdy coś mi przeskoczyło w barku.

- Chyba trochę przesadziłeś – Sabine spokojnie zwróciła się do ojca

- Robiłem to, co uznałem za słuszne – syknął Gabriel – A teraz ty rób, co do ciebie należy i wydobądź z niej informacje – otworzył drzwi mojej celi i sztywnym gestem zaprosił do środka Sabine

Instynktownie odsunęłam się od niej, rozpaczliwie powtarzając sobie w głowie, że nie mam pojęcia, gdzie jest onyks.

- Boisz się mnie – zauważyła z zadowoleniem dziewczyna. Podeszła do mnie powoli. Jej błękitne oczy migotały przeraźliwie w mroku celi. Emanowała od niej bardzo zła energia…nawet ja to wyczułam, mimo, że nie jestem jeszcze do końca wtajemniczona.

- Co zrobiłaś z najwyższą kapłanką i jej córką?! – starałam się, żeby głos mi nie drżał

- Ciii nic nie mów – szepnęła Sabine. Pochyliła się nade mną i położyła mi ręce na głowie. Syknęłam, bo jej dotyk wręcz palił. Zamknęłam oczy. Widziałam, jak przesuwają się przede mną różne obrazy z przeszłości. Błagam Morrigan, Epono, miejcie mnie w swojej opiece…Darach szukał wspomnień związanych z onyksem. Usilnie powtarzałam sobie, że nie mam pojęcia, gdzie on jest. „Operacja” przedłużała się, a ja czułam, jak dziewczyna stopniowo traci moc. W końcu zdenerwowana zabrała ręce i jednym zwinnym ruchem przygwoździła mnie do podłogi. Zaskoczona otworzyłam oczy. Twarz wściekłej Sabine wisiała parę centymetrów nad moją.

- Co robisz? – syknęła

- Słucham? – wykaszlałam – Nie rozumiem…

- Co robisz? Jak blokujesz myśli? – powtórzyła podejrzanie spokojnie

- Nie wiem, o czym ty mówisz. Co mogłabym… – rozpaczliwie starałam się wyrównać oddech

- Czekaj, czekaj… – dziewczyna zamknęła oczy i przesunęła pazurem po moim czole – Pocałunek kapłanki. Ta głupia blondyneczka cię naznaczyła! – zachłysnęła się Sabine

- Co to znaczy? – zniecierpliwiony Sands wskoczył do celi

- To znaczy, że przekazała jej część swojego dziedzictwa! – warknęła, wstając gniewnie z podłogi. Zarzuciła peleryną i zaczęła chodzić w tą i z powrotem – Cwaniara chciała się zabezpieczyć…ale przy okazji dała jej nietykalność. Naznaczyła ją dziedzictwem bogini Morrigan.

- Nie odczytasz jej myśli? – chrząknął Sands, starając się opanować wściekłość

- Tego nie powiedziałam – warknęła Sabine, odwracając się do niego gwałtowanie – Potrzebuję po prostu więcej czasu na złamanie czaru.

- Czego ci potrzeba? – zapytał po chwili, patrząc się na mnie niechętnie

- Sama wszystko załatwię…albo zabiję Strażniczki, wtedy będzie najprościej.

- Nie zrobisz tego! – poderwałam się z ziemi, ale w głębi duszy cieszyłam się, że Alex i jej matka wciąż żyją

- Tak? A kto mnie powstrzyma? – zaśmiała się Sabine – Przecież ty już nie stanowisz zagrożenia. – popchnęła mnie do tyłu

- Moi przyjaciele mnie znajdą – powiedziałam hardo

- Posłuchaj kochana, mogę cię szukać do końca ich marnego życia, ale to i tak nic nie da. Założyłam na to miejsce specjalny czar mylący. Nikt cię tu nie znajdzie, dopóki ja na to nie pozwolę – jej szpony zacisnęły się na moim podbródku i darach zmusił mnie, żebym na niego spojrzała -  Tutaj będzie twój grób, Lano Shylund.

- Nie wierzę ci – wyszarpnęłam się jej i pokręciłam głową, ale do moich oczu napłynęły łzy. To nie może być prawda…

- Nie musisz. Sama się przekonasz – Sabine wstała i wyszła w celi łopocząc peleryną

Sands spojrzał na mnie z triumfem, po czym wyszedł z celi i z powrotem ją zamknął. Oboje skierowali się do wyjścia. Został tylko Daniel z pochodnią. Spojrzałam się na niego mętnym wzrokiem. Niech już sobie idzie i mnie zostawi…Nieoczekiwanie ksiądz wyjął spod sutanny bochenek chleba i rzucił go do mnie przez kraty.

- A to co ma znaczyć? – zapytałam słabym głosem

- Jedz, jesteś głodna, a jeszcze trochę tu posiedzisz – odparł

- Co zrobiłeś z Earlem?

- Powiem ci, jeśli to zjesz.

- Nie, nie ufam ci…prędzej umrę, niż zjem to, co mi dacie. – uparłam się

- Twój wybór – wzruszył ramionami ksiądz i zniknął ze swoją pochodnią w korytarzu, a ja znowu zostałam sama…ze szczurami.

***

Nie wiem, jak długo siedziałam w lochu. Straciłam poczucie czasu. Byłam tak słaba, że cały czas budziłam się i zasypiałam na zmianę. Od nocnej wizyty Sandsa, Daniela i Sabine nikt więcej do mnie nie przyszedł. A przynajmniej nie wtedy, gdy byłam przytomna. Co jakiś czas widziałam, że w misce przy drzwiach ktoś dolewa mi wody. Doszłam już do takiego stanu, że zrobiłabym wszystko za łyk wody, więc bez sprzeciwu piłam zimną wodę z miski.  Między sną a jawą w głowie pojawiał mi się film wspomnieć z moich wakacji. Jazda po dolinach z Winterknightem, nocne rozmowy z Rose, ogniska u Earla, kłótnie i pościgi z Willem, wszystkie moje niebezpieczne akcje, z których jakimś cudem wyszłam cało…te wszystkie wspomnienia wprawiały mnie w jeszcze gorszy nastrój. Miała wrażenie nawet sen, że oglądam swój własny pogrzeb! Długo nie mogłam dojść do siebie…W chwilach, gdy byłam przytomna powtarzałam sobie jak mantrę, że nie wiem, gdzie jest onyks. Jeśli Sabine do tej pory go nie znalazła, to naprawdę ja mogę być ostatnia nadzieją. Bałam się o losy Winterknighta. Mam nadzieję, że po protu uciekł, gdy w Starym Opactwie zrobiło się głośno. Gdyby coś mu się stało, załamałabym się. Próbowałam się wsłuchać w głosy z zewnątrz. Może usłyszę jak ktoś mnie woła? Może moi przyjaciele pomimo czaru Sabine i tak mnie znajdą? Niestety jedyny dźwięk, który słyszałam to rytmicznie uderzające krople, piski szczurów oraz szum wiatru przez szczeliny w murze. Czułam się trochę jak bohaterka jakiegoś horroru. Złapana w pułapkę przez zły charakter, wrzucona do lochu z duchami…właśnie, czy tu są duchy? W końcu Sands ma na swoim koncie nie jedno morderstwo. A co jeśli gdzieś dalej w mroku leżą kości jakiegoś nieszczęśnika, który umarł tu z głodu jak ja? Sama myśl o tym, przyprawiła mnie o gęsią skórkę. Świetnie! Mało, że tu utknęłam, to jeszcze zejdę na zawał przez moją zbyt bujną wyobraźnię! Muszę się uspokoić! Tak Lana…spokojnie. Co by powiedziała na to Rose? O już wiem! „Lana, proszę cię. Duchy nie istnieją. To tylko wytwór wyobraźni pisarzy, którzy chcą wywołać emocje u czytelników. Oczywiście osiągają zamierzony efekt, ale to nie ma nic wspólnego z prawdą. Widzisz to, co chcesz widzieć.” Oczami wyobraźni widziałam, jak moja przyjaciółka opowiada to z profesorską miną. Zawsze była taka logiczna. Na pewno znalazłaby wyjście z tej sytuacji. I na pewno lepiej rozegrałaby sytuację z Sandsem. Pewnie nawet nie pozwoliłaby mu się złapać. Brakuje mi jej…a Anastasia? Hmm ona pewnie bałaby się jeszcze bardziej niż ja i musiałabym przejąć rolę tej odważnej. „Lana, a co jeśli nikt nas nie znajdzie i zostaniemy tu na zawsze? Umrzemy tu, a za kilka lat znajdą tu nasze szkielety! Albo będziemy straszyć z tym zamku…czy to nie fascynujące? Jak w tych książkach…”. Właśnie, a może Ana miałaby rację. Gdzie ja mogę być? Oczywiście, że w zamku! Tylko w zamkach są lochy! A jaki zamek znam? Dwór Baronowej Silverglade! No nie, jestem tak blisko moich przyjaciół, a oni kręcą się w kółko i nie mogę mnie znaleźć! „Lana, nie możesz się poddać! Jesteś moją super kuzynką, zawsze byłaś dla mnie jak super bohaterka z moich komiksów. Byłaś moją Wonder Woman w realu. Nie możesz się poddać. To nie w twoim stylu. ” usłyszałam w głowie głos Jaspera. On ma rację…ja się nigdy nie poddaję. Stąd musi być jakieś wyjście. Może udałoby mi się jakoś otworzyć zamek? Sands wie, że jestem słaba, bo prawie nic nie jem. Uważa, że nie stanowię dla niego zagrożenia. Może nie stosuje już żadnych dodatkowych zabezpieczeń, bo wie, że nie ucieknę? Resztką sił przyczołgałam się do drzwi celi i pociągnęłam za kłódkę. Zamknięte, ale gdybym znalazła coś, co nadawało by się do…

- Kłódka jest zardzewiała. Musisz znaleźć coś ciężkiego i spróbować ją rozwalić – usłyszałam obok siebie cichy głosik

- Co? Kto tu jest? – obróciłam się przestraszona. Odpowiedziała mi cisza. Rozejrzałam się w koło po ciemnej celi i przełknęłam ślinę. Mam już omamy? A może to naprawdę duchy?

Powiał zimny wiatr z góry. Ostrożnie wróciłam na swoje miejsce i ułożyłam głowę na zwiniętej bluzie.

- Hej, nie zasypiaj! Słyszysz! – znowu ten głosik. Brzmiał znajomo, jednak w takich okolicznościach i przy moim stanie, nie mogłam już sobie ufać. Poderwałam się przestraszona.

- Dobra, co to za głupie żarty! Kto tu jest?

- To ja! Nie poznajesz mnie, co? – zachichotał głosik

- Wiesz…wybacz, ale nie – zmrużyłam oczy – A powinnam? Poznałyśmy się kiedyś?

- Nie, raczej nie w realu, ale jestem pewna, że mnie znasz – mruczał głos

- Nie w realu? – skrzywiłam się – Przepraszam, ale nie mam nastroju na zagadki. Jak się tu dostałaś?

- Przez ścianę, głuptasie! Mogę chodzić gdzie chcę! – zaśmiała się

- Że co proszę?! – wytrzeszczyłam oczy i objęłam się ramionami. Nagle zrobiło się jeszcze bardziej zimno.

- Jestem duchem.

- Ach…o…tak, to wszystko tłumaczy – zaśmiałam się nerwowo – Jezu, jest już tak źle, że rozmawiam z duchami…pięknie…zaraz będę widzieć białe myszki… – przetarłam rękami po twarzy

- Nie, nie, spokojnie…wszystko z tobą ok. Na razie… – chrząknął duch – Naprawdę mnie nie poznajesz?

- Jeśli mam być szczera, to głos wydaje mi się znajomy, ale już sama nie wiem… – jęknęłam

- Dobrze kombinujesz…nie raz słyszałaś mój głos…we śnie.

- We śnie? – szepnęłam zaskoczona – A więc to ty…wtedy, gdy byłam chora i miałam te dziwne sny, słyszałam w nich twój głos. Ty zesłałaś na mnie te wizje…Byłaś duchem już wtedy?

- Tak – oświadczyła z dumą – Niezła jestem, co? Musiałam się trochę natrudzić, żeby wejść do twoich snów, ale byłaś prawie umierająca, więc to ułatwiało sprawę…

- Chwila! Jeśli teraz ze mną rozmawiasz, czy to znaczy… – przestraszyłam się

- Nie! To ja się podszkoliłam w nawiązywaniu z tobą kontaktu. – uspokoiła mnie szybko, a ja odetchnęłam z ulgą

- Dlaczego ze mną? Chcesz, żebym ci jakoś pomogła? – nie rozumiałam – Twoja rodzina nie wie, gdzie jest twoje ciało? Wiesz, nigdy nie interesowałam się rozmowami z duchami…

- Moja rodzina wie już od dawna, że nie żyję. Zabito mnie niedaleko tego miejsca. Zostałam w świecie żywych, bo…martwię się o moich bliskich – westchnęła ciężko – Po mojej śmierci, rodzina się rozpadła. Już nic nie było tak jak dawniej. Bałam się, że w końcu wszyscy się pozabijają…ale wtedy zjawiłaś się ty. Widzę, że tylko ty jesteś w stanie mi pomóc. Już nawet częściowo udało ci się ich zmienić. Pomagasz im zrozumieć. Przywracasz im znowu wiarę w miłości i w to, że mogą żyć inaczej…

- Kim ty jesteś? – przerwałam jej, czując dreszcze na plecach

- Wiesz, kim jestem…i wiesz jak zginęłam, bo sama ci to pokazałam. – poczułam zimny dotyk na policzku, jakby dziewczyna mnie dotknęła

- Melody? – szepnęłam – To byłaś cały czas ty? Dlaczego…

- Odkąd tu przyjechałaś, czułam, że mi pomożesz. William cię pokochał, mój ojciec w końcu przypomniał sobie o swoim synu…wszystko się zmieniło dzięki tobie. Jesteś dobrą dziewczyną, Lano. Byłam przy tobie przez cały czas. Starałam się ciebie ostrzec. Przed Sandsem, przed Danielem, przed Tori…nie zawsze mi się to udawało, ale obiecałam sobie, że będę cię chronić. Mój brat cię kocha, a ja kocham jego i chociaż już nie żyję, zrobię wszystko, żeby mu pomóc.

- Dziękuję Melody…to bardzo miłe – uśmiechnęłam się – Ale chyba już wszystko przepadło. Sands mnie złapał. Elizabeth też. To już koniec.

- Hej! Nigdy nie jest za późno! Nigdy! Nie poddawaj się, nie pozwolę ci tu zginąć. Gdybym żyła…chciałabym, żebyś była moją szwagierką.

- Och Melody…ja nawet nie wiem, czy to przeżyje – rozpłakałam się

- Znajdą cię! Twoi przyjaciele cie szukają. Uwierz w nich. – powiedziała pewnie

- Wierzę, wierzę…i wciąż czekam… – szepnęłam

Nagle drzwi na końcu korytarza otworzyły się z hukiem, a światło pochodni oślepiło mnie na moment. Melody zniknęła.

- Nie śpisz? – zdziwił się Sands – To jakaś nowość… – mruknął

- Sabine już znalazła sposób? – prychnęłam

- Nie możesz po prostu powiedzieć, gdzie jest onyks? – westchnął ciężko, wkładając pochodnię do uchytu przy celi

- Nie wiem, gdzie on jest – powtórzyłam uparcie

- Jesteś głupia jak Charlie…naprawdę nie chcesz tego wszystkiego zakończyć? – zapytał spokojnym, czarującym głosem. Nie dam się na to nabrać!

- Proszę cię, dobrze wiem, że jestem ci potrzebna tylko do odnalezienia kamienia. Potem mnie zabijesz i zniszczysz całą wyspę – przewróciłam oczami

- Nic nie rozumiesz – syknął Sands – Nienawidzę tej wyspy i wszystkich jej mieszkańców, nienawidzę. Ta przeklęta wyspa Jorvik…ona nas tu więzi. Nikt nie może z niej uciec. To nasze więzienie. Trzeba ją zrównać z ziemią, zatopić – mówił wściekły. Zaintrygowana odwróciłam się do niego.

- Jakie więzienie? O czym ty mówisz?

- Nie zdziwiłaś się, dlaczego nikt z zewnątrz do tej pory nie próbował odkryć naszej wyspy? Wybudować ośrodka turystycznego? Rząd też się nie wtrąca do naszych spraw…żyjemy jak w jakimś małym państwie. – zaczął chodzić w tą i z powrotem z rękami założonymi do tyłu

- I co z tego? To chyba dobrze. Nie powinieneś się cieszyć, że nikt się nie wtrąca do życia mieszkańców?

- Nie, ponieważ prawda jest okrutna. Lano, ta wyspa nie tylko nas więzi, ale także jej magiczna tarcza sprawia, że nikt na całym świecie nie wie, o jej istnieniu.

- Co ty mówisz? Zwariowałeś do reszty?! Ja o niej wiedziałam, a wcale tu nie mieszkałam!

- Widziałaś ją kiedykolwiek na mapie? – przekrzywił głowę

- Nie…ale wcale jej nie szukałam – broniłam się – Mama nigdy nie chciała rozmawiać o Jorvik.

- A widzisz! – prychnął – Każdy kto się tu urodził lub spędził tu dłuższy czas, staje się niewolnikiem tej wyspy. Nie może znaleźć domu nigdzie indziej poza nią.

- A moja mama? – rzuciłam mu kpiące spojrzenie

- Charlie wyjechała, bo ją do tego zmusiłem, ale powiedz, czy wygląda na szczęśliwą?

- Nie… – przyznałam niechętnie – Zachowuje się, jakby każdy dzień był dla niej udręką.

- Właśnie! Tęskni za swoją wyspą! Odczuwa prawie fizyczny ból, bo nie może tu wrócić – mówił z pasją

- Przestań! Nie podoba mi się, że mówisz o tym z takim zadowoleniem… – skrzywiłam się

- Zadowoleniem? Też coś… – prychnął – Ja odczuwałem to samo, gdy pojechałem do Los Angeles szukać Charlie. Nie wytrzymałem, musiałam wrócić. Wtedy właśnie znienawidziłem tą wyspę. Dowiedziałem się, że to wszystko, przez magię Strażników Aideen. Mieszkańcy Jorvik są jakby zahipnotyzowani. Nie widzą życia poza swoją wyspą. Są odizolowani od świata. Trzeba zniszczyć to przeklęte miejsce. A żeby to zrobić, muszę zniszczyć Strażników Aideen.

- Kompletnie oszalałeś… – pokręciłam głową

- Nie wierzysz mi…ale sama zobaczysz. Myślisz, że skończą się wakacje i co? Wrócisz tak po prostu do domu, do Los Angeles? Nie wytrzymasz tam. Wyspa będzie cię przyciągać, wpadniesz w obłęd. Zrobisz wszystko, żeby tu wrócić.

- I tylko dlatego chcesz zniszczyć tą wyspę? Bo ludzie czują się tu bezpieczni i żyją w spokoju? Z dala od postępu cywilizacji i uzależnienia od elektroniki?

- Oni nie wiedzą, co tracą. – prychnął Sands

- A ty chcesz na siłę dać im taką możliwość? Uwierz mi, że uzależnienie od iphona czy facebooka wcale nie uczyni ich szczęśliwszymi. Tu nie ma telefonów, internetu, super samochodów, domów mody…a wszyscy żyją w zgodzie i względnej przyjaźni. Więcej ze sobą rozmawiają, żyją zdrowiej, dzieci bawią się na dworze…naprawdę zależy ci na tym, żeby to wszystko skomercjalizować? – nie mogłam w to uwierzyć

- Jeszcze mi kiedyś za to podziękują…

- Podziękują, jak stąd znikniesz. To ciebie trzeba zniszczyć! Ty zaprowadzasz chaos na tej wyspie! Ty niszczysz ich spokojne życie… – mówiłam szybko, a Sands coraz mocniej marszczył brwi. W końcu zamilkłam.

- Zakładam, że znasz trochę moja historię. – odezwał się po chwili Sands – Całe wakacje szukałaś o mnie informacji po archiwach.

- Coś tam wiem… – zmrużyłam oczy i zakaszlałam. Sands oparł ręce na prętach kraty i utkwił we mnie swoje puste, przerażające spojrzenie.

- Urodziłem się i wychowałem na Sosnowym Wzgórzu. Mój ojciec był radnym, a moja matka nauczycielką. Była też…Strażniczką Aideen, ale opuściła dla mojego ojca swoje plemię. Przez nią w moich żyłach płynie część krwi tych demonów – splunął Sands – Nie cierpię jej za to, że przekazała mi takie geny.

- Skoro jest pan po części druidem, jak może pan myśleć o zabiciu innych Strażników Aideen? – pokręciłam głową

- Oni mnie nie obchodzą. Wszyscy powinni zginąć. To oni wytworzyli tą idiotyczną barierę, a ich wódz Meriadok zabił Jorvika, prawdziwego właściciela tej wyspy.

- Ta wyspa nie jest niczyją własnością, nie rozumiesz tego? Znam legendę o Meriadoku, Alex mi ją opowiedziała. To Jorvik był tym złym, a druidzi ocalili wszystkich przed jego chorymi ambicjami. Wyspa Jorvik nie jest…

- Jest! Moją własnością! Ponieważ to ja jestem potomkiem Demonicznego Jorvika, pierwszego odkrywcy tej wyspy! – ryknął

- No tak…teraz już rozumiem, skąd ma pan ksywkę „demon wyspy” – przełknęłam ślinę

- Ludzie nie wiedzą o moim pochodzeniu…nawet mój ojciec nie zdawał sobie sprawy jak potężna krew w nas płynie. Odkryłem to w pewne wakacje, gdy robiłem porządek na strychu. Znalazłem stare dzienniki moich przodków. Dzieci Jorvika. Zrozumiałem, że to do mnie należy władza nad tą wyspą. Pozbyłem się ojca i wszedłem na jego miejsce w radzie.  Chciałem zostać burmistrzem tej wyspy, chciałem, żeby ludzie się mnie słuchali, chciałem zniszczyć druidów, bo to przez nich zostaliśmy odcięci od świata…tak, w tamte wakacje wszystko się zmieniło.

- Ale nie udało ci się ich zabić… – zauważyłam – Już trzeci raz próbujesz, nie sądzisz, że to o czymś znaczy? – drażniłam się z nim

- Znasz legendę o Meriadoku do końca, Lano Shylund? Czy twoja wesolutka przyjaciółka ci ją dokończyła? Wiesz, w jaki sposób Meriadok zginął? – zapytał z dziwnym uśmiechem, a moje serce przyspieszyło. Alex nie chciała mi dokończyć legendy.

- Nie wiem…

- Więc pozwól, że ja ci ją dokończę…Otóż pomimo wojny między Meriadokiem i Jorvikiem, mieszkańcy wyspy wcale nie byli do siebie tak wrogo nastawieni. W dziennikach moich przodków czytałem o tym, jak młodzi mężczyźni wymykali się wieczorami do lasów, żeby spotkać się z młodymi druidkami i odwrotnie. Te magiczne dziwadła rozmnażały się z naszymi ludźmi…Jorvik był wściekły, kiedy to odkrył. Z zemsty za to, że Meriadok nie pilnuje swojego plemienia, porwał jego córkę. Długo torturował ją i więził…Meriadok robił wszystko, żeby ją odzyskać, ale był już stary, a jego moc słabła. Umarł z tęsknoty i bezsilności. Wtedy też rządy u Strażników Aideen przejęła żona Meriadoka, Miranda.

- Od tej pory to kobiety mają najwyższą pozycję w ich społeczeństwie, tak? – pokiwałam głową

- Tak, oczywiście opowiadam to skrótowo, bo nie to jest moją wisienką na torcie. – kontynuował – Miranda oczywiście wypowiedziała Jorvikowi wojnę. Ruszyła z odsieczą, żeby odzyskać córkę. W tym czasie okazało się, że dziewczyna zaszła w ciążę i urodziła dziecko, dziewczynkę. Jorvik nie chciał brać sobie problemu na głowę, ponieważ miał własną żonę i dzieci, wiec utopił w nocy młodą matkę. To samo chciał zrobić z jej dzieckiem, ale coś go spłoszyło, więc uciekł do domu i zostawił dziecko na plaży. Następnego dnia, Miranda ze swoim oddziałem otoczyły zamek Jorvika. On oczywiście wyszedł na taras i oznajmił, że księżniczka nie żyje. Miranda była zdruzgotana. Poddała się i ze zdziesiątkowanym oddziałem, po długiej walce wróciła do Valedale. Po jakimś czasie ktoś z wioski powiedział jej, że Miranda ma wnuczkę, ale zaginęła…podobno piękny, kary rumak uratował ją przed śmiercią.

- Zawsze wiedziałam, że konie to mądre zwierzęta – oświadczyłam dumnie

- Oj Lano, Lano…skup się. Nie  domyślasz się, dlaczego ten kary rumak ją uratował? Twoja przyjaciółka Alex nie opowiadała ci żadnych legend? – złapał ze pręty i spojrzał na mnie wyczekująco

- Widzę, że ty chcesz mi coś bardzo opowiedzieć. Proszę, nie krepuj się – wycedziłam przez zęby. Wiedziałam, że to ukrywanie prawdy przez Alex wyjdzie mi bokiem…Czego ona mi jeszcze nie powiedziała?!

- Córka Meriadoka była kapłanką Epony i przekazała swojej córce dziedzictwo. Dlatego kary rumak ją uratował. Epona jest boginią koni.

- Taak…i co z tego? – chrząknęłam, czując, że moje ręce się pocą. Do czego on zmierza?!

- Jej córka zapoczątkowała twój ród. Jest praprapraprababką Charlie i twoją też…macie w sobie krew Strażników Aideen, a nawet tak potężnej bogini jak Epona. Jesteś kapłanką bogini Epony, Lano Shylund.

- O kurcze…no to mnie masz – zaśmiałam się nerwowo – Dekonspiracja…

- A wiesz co jest najzabawniejsze? – wyszczerzył się i wyjął z ręki mały nożyk, który błysnął w świetle pochodni

- Myślałam, że to jest tą twoją wisienką… – otworzyłam szeroko oczy, bo Sands otworzył drzwi celi i zbliżył się do mnie

- O nie…zostawiłem coś lepszego na finał – podszedł powoli jak wąż

- No to strzelaj, nie trzymaj mnie w niepewności, bo zejdę na zawał – siliłam się na swobodny ton

- Aby zniszczyć Strażników Aideen, wystarczy zabić wszystkie najwyższe kapłanki ich plemienia. Elizabeth i Alex mam w garści. Ciebie też. Wystarczy, że was zabiję. Wtedy magiczna bariera straci swoją moc, a Drzewo Życia uschnie. Wyspa Jorvik będzie moja… – szepnął z obłędem w oczach

- Chcesz powiedzieć, że niby ja jestem tą najwyższą kapłanką?! – pisnęłam, zasłaniając się rękami

- Głupia dziewczyno…tak ty! Gdybym zabił wtedy Charlie i Elizabeth, nie było by problemu! Ale nie doceniłem jej…a wasza moc jest z pokolenia na pokolenie silniejsza.

- Dlatego mama uciekła z wyspy! I dlatego nie może teraz wrócić, tak?! – poderwałam się z ziemi – Bo wie, że ją zabijesz! Ona wie, że wciąż na nią polujesz, a kiedy osiągniesz swój cel…

- Wyspa i druidzi przestaną istnieć! – zaśmiał się jak szaleniec – Tak, Lano, tak! Twoja matka uciekła z wyspy, żeby chronić Jorvik, jego mieszkańców i Strażników Aideen przede mną, ale nie udało się jej. Zrobiła największy błąd jaki mogła, bo podsunęła mi ciebie pod nos.

- Jak to?!

- Ty jesteś ostatnią kapłanką, nie ona! I na tobie zakończy się wasz ród!

- Nie! – chciałam się podnieść, ale Sands rzucił się na mnie z nożem. Wiedziałam, że jest silniejszy, a ja nie miałam siły walczyć. Nagle stało się coś dziwnego. Nóż wyskoczył z reki Sandsa i poleciał na drugi koniec celi.

- Co to jest do diabła?!

- Melody… – szepnęłam

- Kto?!

- Melody, Alice…wszyscy, których tu zabiłeś są ze mną. Nie pozwolą mnie skrzywdzić! – nieoczekiwanie poczułam przypływ sił – Wierzysz w duchy, Sands? – przekrzywiłam głowę, a pochodnia w korytarzu zgasła – To powinieneś!

- Co robisz, Shylund?! – krzyknął

- Lepiej stąd uciekaj, bo zadzierasz z czymś, czego nie rozumiesz, Gabrielu Sandsie. Nigdy nie szanowałeś magi i duchów, więc obróciły się przeciwko tobie. – wstałam, a Sands zaczął uciekać do wyjścia. Miałam wrażenie, że przemawia przeze mnie coś potężniejszego. Słyszałam w swojej głowie głos Alex.

- Nie wiem, co robisz Shylund, ale tylko kupujesz sobie czas!

- Nie zabijesz mnie, Sands. To już koniec twojej władzy. Duchy mi pomogą…

- Oszalałaś z głodu! – krzyknął Sands, zatrzaskując drzwi od celi – Wrócę tu z Sabine, a wtedy porozmawiamy inaczej… – słyszałam jego oddalające się kroki

- A zjeżdżaj stąd… – mruknęłam, osuwając się na kolana. Kręciło mi się w głowie, czułam się słaba, już nie wiedziałam, co się ze mną dzieje…za dużo informacji na raz. – Melody? – jęknęłam

- Jestem tu kochana, trzymaj się, już niedługo…

- Nie mogę już…

- Możesz! Jesteś taka dzielna. Proszę cię…nie zasypiaj…

Chciałam już stąd wyjść. Wiedziałam, że mamy mało czasu. Gabriel jest tak zdeterminowany, że zabije Alex i Elizabeth nawet jeśli nie znajdzie onyksa. Oni muszą mnie jakoś znaleźć, muszę…Dotknęłam opaski na ramieniu, znak naszego Golden Trio.

- Rose, Jasper…błagam…jestem w dworze baronowej…Andrina – przypomniałam sobie prawdziwe imię przyjaciółki. Powiedziała, że zawsze mnie usłyszy, gdziekolwiek będę. Zaraz zobaczymy, czy to prawda – Andrina…ratuj mnie… – szepnęłam, a potem osunęłam się na ziemię.

***

- Lana! LANA! Jesteś tu?! Lana! – glosy przyjaciół docierały do mnie jakbym była pod wodą. To naprawdę oni?

Tak, słyszałam ich wyraźnie…ale nie mogłam otworzyć oczu. Spróbowałam się poruszyć, ale ciało odmówiło mi posłuszeństwa.

- Lana, oni już tu są! Rusz się! – do ucha piszczała mi Melody

Z wielkim trudem poruszyłam ręką. Powoli budziłam moje zastygłe ciało do życia. Otworzyłam usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk.

- Walcz Lana, walcz! – dopingowała mnie Melody

Czułam, że cała drżę, gdy podnosiłam się na łokciach. Udało mi się otworzyć oczy. Na końcu tunelu widziałam nikłe światło. Głosy moich przyjaciół oddalały się. Znowu spróbowałam ich zawołać. Głośniej, ale wciąż za cicho. Melody mruknęła coś pod nosem i uderzyła w metalową miskę, która zabrzęczała o pręty celi.

- Jeszcze raz, Melody… – szepnęłam, a duch powtórzył swoje działanie

- Lana?! Jesteś tam!? – krzyczała Alex. Miska jeszcze raz uderzyła w pręty. Teraz usłyszałam jak kilka par nóg biegnie w moją stronę. Po chwili płomień pochodni oświetlił moją celę.

- O mój Boże…ty żyjesz! – krzyknęła Rose, padając na kolana przy drzwiach – Lanuś kochana… – dotknęła mojej głowy przez pręty – Zaraz cię wyciągniemy! Jasper, Jackob…!

- Mam leki, zaraz ją opatrzymy… – usłyszałam przejęty głosik Any. Coś huknęło. Jackob i Jasper wyważyli drzwi. Wszyscy wpadli do środka. Czułam, jak ktoś podnosi mnie na ręce.

- Musimy ją zabrać do domu… – powiedział Will

- William?! – z trudem otworzyła znowu oczy – To naprawdę ty?!

- Tak kochanie, tak… – zaśmiał się z ulgą i pocałował mnie w czoło – Już wszystko będzie dobrze, znaleźliśmy cie…teraz wszystko będzie dobrze… – szeptał mi do ucha

- Spokojnie Lana, zaraz poczujesz się lepiej – usłyszałam spokojny głos Lany i poczułam dotyk jej ciepłej ręki na moim czole

Już czułam się lepiej…miałam ich wszystkich obok siebie! Znaleźli mnie! Will i Alex żyją! Moi kochani przyjaciele…teraz wszystko może się udać! Pokonamy Gabriela Sandsa!

 
 

Tags: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Dodaj komentarz