RSS
 

Finałowa bitwa o wyspę Jorvik

09 paź

W uszach odbijał mi się dźwięk kroków przyjaciół, biegnących przez niekończące się korytarze w lochach. Czułam się trochę jak na karuzeli. Światło raz się pojawiało, raz gasło, a ja walczyłam o to, żeby zachować przytomność. William, który mnie niósł oddychał ciężko, a ja zaczęłam się zastanawiać jakim cudem tak szybko wyzdrowiał. Alex biegła blisko mnie i cały czas trzymała mnie z rękę. Czułam, jak przepływa przez nią ciepło. Rose i Jackob biegli na przedzie z pochodnią. Jasper podskakiwał obok nich, co rusz oglądając się na nas do tyłu.

- Pospieszcie się, ona zaraz nam odleci – panikował kuzynek

- Robimy co możemy, te tunele są jak labirynt – warknęła Rose

- William też kiepsko się trzyma… – zauważył młody

- Nic mi nie jest – wysapał Will

- Daj mi ją – niespodziewanie Jackob zawrócił i podszedł do nas

- Poradzę sobie – wycedził William, patrząc się na niego z nienawiścią

- Słuchaj, to że szybciej niż inni wyzdrowiałeś po tej kontuzji, nie znaczy, że możesz się tak nadwyrężać – zmrużył oczy Indianin – I nie zapominaj komu to zawdzięczasz…

- William, jesteś cały spocony, zaraz nam zasłabniesz – wtrąciła się Anastasia – Daj ją Jackowi, on nie zrobi jej krzywdy – zaćwierkała swoim słodkim głosem

- Właśnie wiem – burknął blondyn

- Och daj spokój Greenlight, Lana nie jest kawałkiem kości, a ty nie jesteś wściekłym dobermanem! – zniecierpliwił się Indianin – To też moja przyjaciółka… – spróbował mnie odebrać, ale Will złapał mnie mocniej

- Nie jestem wściekłym dobermanem…

- A ja nie jestem kawałkiem zwykłej kości – zakaszlałam

- Lana! – wszyscy mnie otoczyli

- Hej spokojnie, żyję – uśmiechnęłam się do nich słabo – Po prostu mnie stąd zabierzcie…proszę. Will – dotknęłam drżącą ręką jego policzka – dopiero co cię odzyskałam, nie chcę cię znowu tracić. Pozwól Jackobowi pomóc.

Blondyn nic nie powiedział, ale widziałam w słabym świetle pochodni jak zaciska szczęki. Jackob uśmiechnął się triumfalnie i szybko przejął mnie z jego ramion.

- Nie kłóćmy się, szkoda na to czasu – powiedziała sucho Rose, patrząc się to na jednego, to na drugiego – Idziemy!

Zamknęłam oczy. Otworzyłam je ponownie, gdy poczułam na skórze chłodny wiatr. W końcu wyszłam z lochu…ale i tak było ciemno jak w grobie. Chyba przeprowadzali swoją akcję ratowniczą w środku nocy. W dodatku musiał być nów, bo dawno nie było tu takich ciemności.

- Nareszcie jesteście! Już myślałam, że zejdę tu na zawał ze strachu – usłyszałam głos mojej kuzynki

- Tori?! – zmrużyłam oczy, żeby ją lepiej zobaczyć

- Tak, a co myślałaś? Cała wyspa cię szuka, panno super bohaterko! – warknęła Tori

Siedziała na wozie z latarnią w ręku i niecierpliwie przytupywała nogą. Kiedy Jackob do niej podszedł, pomogła przełożyć mnie na wóz i otuliła kocem. Zamrugałam zdziwiona. Ja chyba śnię…

- Tori, to naprawdę ty? – nie mogłam wyjść z podziwu

- Po prostu leż i nic nie mów – przewróciła oczami. Chłopcy wskoczyli na kozła i pogonili konie, a wóz podskoczył kilka razy na wybojach. Jęknęłam cicho.

- Ostrożnie! Wieziecie ludzi, a nie worki kartofli! – ofuknęła ich Rose

- Przepraszam… – odezwał się skruszony Jasper

- Daj mi te lejce, młody – mruknął Will

- Lana, hej, nie zasypiaj – Alex nie patyczkowała się ze mną tylko strzeliła mnie w policzek – Nie możesz zasnąć, rozumiesz?

- Mhmm…jasno mi to zakomunikowałaś – poprawiłam się na kocu

- Mów, mów do nas. Powiedz, co się stało. – zażądała druidka – Ana, dawaj leki.

- To była pułapka. Sandsa zaplanował to z ojcem Dominikiem. To ona nas zdradził – westchnęłam ciężko, patrząc kątem oka na Anę i jej strzykawkę. Czy ona na pewno wie, co robi?

- Wiedziałam, że nie można mu ufać – prychnęła Rose, kręcąc głową. Dobrze, że powstrzymała się od „A nie mówiłam?!”

- Gdzie on teraz jest? – zapytałam

- Dosłownie rozpłynął się w powietrzu, śladu po sobie nie zostawił… – odparła przejęta Ana

- Stąd mieliśmy pewność, że to on cię porwał – dodała Rose – Poza tym Earl nam wszystko opowiedział…

- Earl! Jak on się czuje?! – chciałam się podnieść, ale Tori przytrzymała mnie za ramiona – Muszę z nim porozmawiać!

- Jest w szpitalu. Nieźle poobijany, ale pewnie się z tego wyliże – poinformowała spokojnie kuzynka

- To ona go znalazła w Starym Opactwie – Rose opowiedziała na moje pytające spojrzenie – i powiedziała nam, że zostałaś porwana przez Sandsa.

- Stary Earl kazał mi natychmiast znaleźć twoich przyjaciół i powiedzieć im, co się stało.

- Gdyby nie Tori, pewnie byśmy myśleli, że załamałaś się przez stan Willa – powiedziała Ana

- Ray, ona nie jest głupiutką, zdesperowaną bohaterką z twoich romansideł. Ile raz mam ci to tłumaczyć? – warknęła na nią Tori, a przyjaciółka zmarszczyła groźnie brwi

- Dziękuję ci Tori…nie spodziewałam się tego po tobie – chrząknęłam po chwili ciszy

- Spokojnie kuzyneczko, tylko ja mogę cię dręczyć… – uśmiechnęła się krzywo i poklepała mnie po plecach – Nie pozwolę, żeby ktoś tknął moją rodzinę – dodała ciszej, a ja uśmiechnęłam się mimowolnie. Zrobiło mi się cieplej w sercu. Może jednak moja kuzynka nie nienawidzi mnie?

- Uwaga, wjeżdżamy na drogę – zawołał Will i wóz znowu podskoczył. Wszystkie dziewczyny momentalnie mnie złapały.Patrzyłam, jak wyjeżdżamy z fosy wokół Dworu Baronowej wprost na drogę. Nagle na drodze pojawiły się dwie świetliste, przezroczyste postacie. Pierwsza – blondynka z pięknymi, dużymi błękitnymi oczami uśmiechnęła się do mnie szeroko i pomachała mi energicznie. Druga wyższa i poważniejsza, miała ciemniejsze włosy i dziurę w okolicach mostkach – Alice Porter. To ją widziałam wtedy w oknie w wieży. Spojrzała się na mnie i ze spokojem skinęła głową. Oba duchy zniknęły tak nagle jak się pojawiły.

- Lana, wszystko w porządku? Co widziałaś? – Rose, potrząsnęła moją dłonią, przywołując mnie do rzeczywistości

- Nic, a co mogłaby zobaczyć w takiej ciemności – mruknęła Alex, krzyżując ręce na piersi. Zauważyłam, że uśmiecha się pod nosem. Ona dobrze wie, co widziałam.

- Ty wiesz…wszystko wiesz i nic mi nie powiedziałaś – spojrzałam na nią oskarżycielsko, bo przypomniało mi się opowieść Sands. Gdyby wcześniej dokończyła mi legendę…

- O czym dokładnie mówisz? – zmarszczyła brwi druidka

- Wiedziałaś, dlaczego moja mama uciekła z wyspy i wiedziałaś, czemu Sandsowi na mnie zależy. Wiedziałaś jakie niebezpieczeństwo mi grozi i nic mi nie powiedziałaś!

- O czym ona mówi? – Rose spojrzała się wojowniczo na blondynkę

- Wiedziałaś, że jestem kapłanką Epony i Sands musi mnie zabić, żeby urzeczywistnić swój szalony plan. Czemu mi tego nie powiedziałaś?! Może nie pchałabym się tak w jego łapy!

- Proszę cię…tyle osób cię ostrzegało, a ty i tak zawsze ryzykowałaś – przewróciła oczami Alex – Prawda by cię nie powstrzymała.

- Ale…

- Poza tym mówiłam ci, że masz moc bogini Epony. Bliźniaki też ci to powiedziały, pamiętasz? Tylko ty nie chciałaś w to wierzyć.

- Gdybyś opowiedziała mi wtedy całą legendę Meriadoka…i powiedziała, dlaczego mama uciekła z wyspy… – czułam, że do oczu napływają mi łzy. A więc to znowu moja wina? Kolejny raz los ukarał mnie za moje roztrzepanie i impulsywność!? Sama to na siebie ściągnęłam?

- Lana słoneczko…ja też wszystkiego nie wiedziałam – Alex pochyliła się do mnie i ścisnęła moje dłonie w swoich rękach. Na jej twarzy widać było zmęczenie i napięcie tych wszystkich dni. – Elizabeth nie chciała mi niczego powiedzieć ze swojej przeszłości. Musiałam szukać informacji na własną rękę. Podejrzewałam, że możesz być kapłanką bogini Epony, ale nie sądziłam, że ród twojej matki jest pod jej opieką. Też dowiedziałam się o tym niedawno i to nie w takich okolicznościach, jak bym chciała… – westchnęła ciężko, a ja domyśliłam się, że mówi o niewoli w Północnej Przełęczy. Pewnie Sabine też jej nie oszczędzała w dawkowaniu nowych informacji – myślisz, że naraziłabym cię na niebezpieczeństwo?

- Nie mówiłaś mi tylu rzeczy… – wycedziłam

- Nie mówiłam ci niesprawdzonych wiadomości! – zniecierpliwiła się – Po co miałam cię straszyć, że Sands poluje na twoją głowę, bo to pomoże mu w jego rytuale zniszczenia wyspy!

- Sands poluje na jej głowę?! – pisnęła Ana

- A co myślałaś, laleczko? Że tak dla zabawy ją tam zamknął? – Alex skasowała ją wzrokiem

- Jak mogłaś jej tego nie powiedzieć?! To kluczowa informacja! – zdenerwowała się Rose

- Dopóki była z nami, Sands nie mógł jej tak po prostu porwać – przewróciła oczami Alex – Czekał na okazję, kiedy Lana oddzieli się od stada…

- A ty oczywiście dałaś mu pretekst i pojechałaś w siną dal! Brawo! – wymachiwała rękami Rose. Mogła się na mnie wściekać, a to znaczy, że powoli wracała do siebie.

- Gdzie ty w ogóle byłaś, jeśli można spytać? – szepnęła Ana, patrząc na mnie podejrzliwie

- Pojechałam do nawiedzonego zajazdu po onyks – westchnęłam ciężko

- Po co? O czym wy w ogóle mówicie? – skrzywiła się Tori – A Sands nie chce przypadkiem wykarczować wyspy? – patrzyła się na nas, ale my tylko machnęłyśmy rękami. Zapomniałyśmy, że ludzie z wyspy tak naprawdę nic nie wiedzieli o planach Gabriela Sandsa. Potem ktoś jej to wyjaśni.

- On tam był przez cały czas – wytrzeszczyła oczy Alex. Przetarła rękami twarz i spojrzała na mnie znowu – Od jak dawna to wiesz? Czemu mi nie powiedziałaś?

- Chciałam ci powiedzieć, ale ciągle było coś ważniejszego… – jęknęłam – najpierw ta wycieczka do bliźniaków, potem porwanie Elizabeth…chciałam odzyskać dla was ten klejnot, zwłaszcza, że magiczna tarcza zaczęła słabnąć.

- A Sands to wykorzystał…śledził cię przez ojca Dominika… – westchnęła Rose

- Tak…byłam załamana, że Will umiera, nie chciałam wracać do domu, nie mogłam nigdzie znaleźć sobie miejsca…pojechałam w nocy do zajazdu, ale ludzie Sandsa mnie śledzili. Zagonili mnie do Starego Opactwa, a tam czekał już komitet powitalny.

- Czy to znaczy, że Sands dostał onyks? – wytrzeszczyła oczy Anastasia

- Nie, nie powiedziałam mu, gdzie go mam. Dlatego mnie zabrał. – pokiwałam powoli głową – Sabine też nie mogła odczytać mi myśli. Uratowałaś mnie, Alex. Naznaczyłaś mnie darem bogini Morrigan i Piekielny Żniwiarz nie mógł tego przełamać.

- Ha! To dlatego była taka wściekła, gdy wróciła! – klasnęła w dłonie druidka – Czasem jestem genialna…

- Alex, jak w ogóle udało cię się uciec z Północnej Przełęczy? – zapytałam

- Masz przy sobie kamień? – dziewczyna jak zwykle nie odpowiedziała na moje pytanie

- Nie – odparłam buntowniczo

- Jak to?! – dziewczyny zapytały jednocześnie tak głośno, że aż chłopcy się odwrócili

- Kiedy uciekałam, schowałam go do torby przy siodle Winterknighta…

- O w mordę… – mruknął Jasper

- Co? Gdzie jest Winterknight?! – po plecach przeszedł mnie dreszcz – Co się z nim stało?

- Myśleliśmy, że Winterknight jest z tobą – odparła Tori, bo tylko jej nie zamurowało – Nigdzie go nie ma…

- Żartujesz sobie?! – pisnęłam – Winterknight! Jeśli coś mu się stało…

- Spokojnie Lana, znajdziemy go – powiedziała pewnie Alex – Winterknight nie jest głupim zwierzakiem. Na pewno gdzieś się ukrył.

- A jeśli Sands go znalazł i…

- Gdyby Sands znalazł już onyks szalał by z radości i niszczył co się da – mruknęła Rose – To logiczne…nic się jeszcze nie stało, więc wciąż go szuka.

- A Winterknight żyje… – odetchnęłam z ulgą

- Już nic z tego nie rozumiem… – mruknęła skołowana Tori

- Potem ci to wytłumaczymy – odezwał się Jackob – Zaraz dojedziemy na miejsce.

- Dobrze…teraz możesz już zasnąć Lana – powiedziała Alex, uśmiechając się do mnie łagodnie

- Czekaj! Powiedz mi, jak uciekłaś z Północnej Przełęczy! Elizabeth też się udało?

- Nie słoneczko…ona wciąż jest uwięziona – pokręciła głową blondynka – A ja…to ty mnie uwolniłaś.

- Jakim cudem? – wytrzeszczyłam oczy

- Przywołałaś mnie – na twarzy mojej przyjaciółki pojawił się piękny, promienny uśmiech, który tak w niej kochałam – Mówiłam ci, że jeśli mnie zawołasz przyjdę do ciebie, gdziekolwiek będę. Nie zauważyłaś tej szczególnej więzi między nami…? – mrugnęła, a ja przypomniałam sobie wszystkie te momenty, gdy jej dotyk mnie elektryzował

- Powiedziałam tylko „Andrina, ratuj mnie…” – zmarszczyłam brwi

- To wystarczyło. Teleportowałaś mnie.

- A reszta? Jak dostaliście się do lochów? Przełamałaś zaklęci Sabine?

- Nie musiałam, ty to zrobiłaś – zachichotała – Opaski na ramię, które ty, Rose i Jasper nosicie mają ze sobą łączność. Ich też do siebie przywołałaś, a oni mieli wizję, że jesteś w lochu. Uratowałaś się Lana – szeptała Alex, a moje oczy robiły się coraz cięższe – A teraz śpij…

- Szukajcie Winterknighta… – mruknęłam, zanim zapadłam w sen

***

Obudziłam się w ciepłym, miękkim łóżku. Nie był to mój pokój i nie wiedziałam, gdzie jestem, ale najważniejsze, że był to miły, normalny pokój. Chciałam się przewrócić na drugi bok i z zaskoczeniem odkryłam, że ktoś leży obok mnie.

- Will… – szepnęłam wzruszona i odgarnęłam jego włosy z czoła. A więc to jednak nie był sen i on naprawdę wczoraj do mnie przyszedł. Wyglądał jak idealne ucieleśnienie anioła, kiedy spał. Tylko ktoś, kto go dobrze znał, wiedział, że to co Will robi w ciągu dnia jest dalekie od boskich czynów anielskich…Może i Greenlight był zły dla całego świata, ale dla mnie i tak już na zawsze będzie aniołem, któremu ktoś po prostu złamał skrzydła.

-Mhmm Lana… – szepnął zaspany i przeciągnął się – Już się obudziłaś?

- Przepraszam, nie chciałam cię obudzić… – szepnęłam, zabierając rękę z jego włosów. Will natychmiast złapał mnie za nadgarstek.

- Nie wygłupiaj się, to ja miałem nie spać i pilnować, czy wszystko z tobą w porządku – otworzył oczy i spojrzał na mnie uważnie – Jak się czujesz?

- „Dzień dobry”, tak chyba witają się rano ludzie w łóżku – uśmiechnęłam się przekornie

- Jest wiele różnych sposobów na powiedzenie sobie „Dzień dobry” w łóżku – uśmiechnął się wymownie, pogłaskał minie po policzku. Nie mogłam się nacieszyć widokiem jego błękitnych, lazurowych oczu. Do oczu napłynęły mi niechciane łzy.

- Boże…myślałam, że już nigdy cię nie zobaczę, Will… – zaśmiałam się płaczliwie

- Bałaś się, że mnie nie zobaczysz? Głupia miastowa…gdybym umarł nawiedzałbym cię jako duch i męczył, że nie dałaś mi ostatniej szansy – uśmiechnął się szelmowsko

- Wariat! – szturchnęłam go w pierś

- Myślałam, że bałaś się, że już nigdy nie zrobię tego… – mruknął, po czym podniósł się na łokciu i pocałował mnie. Zakręciło mi się głowie. Objęłam go za szyję. Czułam jak rozpływam się pod jego dotykiem. Tak bardzo tego potrzebowałam…siły jego ramion, słodkiego smaku powolnych pocałunków, zapachu lasu, którym pachniał…Miałam ochotę już nigdy go nie puszczać.

- Hmm chyba przez tą dłuższą przerwę wyszedłeś z wprawy… – wysapałam, kiedy odsunął się ode mnie – Takie 3 z minusem…

- Tak…co ty nie powiesz? – zmrużył oczy z psotnym błyskiem i oparł ręce na poduszce przy mojej głowie

- Tak mi się wydaje… – przygryzłam usta, starając się ukryć uśmiech

- Ty też wypadłaś trochę blado, Shylund – odparł wyniośle – Jak dla mnie 2 plus

- Że co proszę… – zakrztusiłam się – To może mała sesja poprawkowa?

- Zdecydowanie…postaraj się, może nie będę cię musiał oblewać…

- Głupi blondyn – zachichotałam i znowu zaczęliśmy się całować. Wśród śmiechów i chichotów nawet nie usłyszeliśmy jak drzwi się otwierają. Kate musiała porządnie chrząknąć, żebyśmy ją zauważyli.

- Przepraszam, że przeszkadzam, ale przyszłam sprawdzić ogólny stan pacjenta – oznajmiła Kate

- Tak jest pani doktor, już udostępniam obiekt badań – Will ze swoim głupawym uśmiechem stoczył się z łóżka i stanął przy parapecie

- Ładnie jej pilnujesz Greenlight, nie ma co… – mruknęła panna Kate, pakując mi do buzi termometr

- Po prostu sprawdzałem, czy nie pogorszyła się jej sprawność fizyczna – chrząknął, próbując ukryć śmiech

- Tak? I jaki werdykt? – Kate uśmiechnęła się półgębkiem

- Ogólnie nie jest źle…przydałoby się trochę rozruszać pacjentkę… – puścił do mnie perskie oko, a ja zaprotestowałam z termometrem w buzi – ale to może poczekać… – dodał

- Ja ci dam rozruszać pacjentkę… – prychnęła Kate – W porządku, nie masz już temperatury. Teraz musisz zjeść porządne śniadanie.

- Panno Kate, przepraszam, że się spytam, ale jak to się stało, że Will jest taki sprawny? – przypomniało mi się

- Jak bardzo sprawny? – wytrzeszczyła na mnie oczy

- Nie, nie! Chodziło mi o to, że miał przecież złamane żebra… – powiedziałam szybko, żeby nie zaczęła myśleć o dziwnych rzeczach

- Ach to…właściwie nie wiemy do końca, co się stało. I pewnie nigdy tego nie zrozumiem, ale Jackob…może on ci to jakoś wyjaśni.

- Jackob? – uniosłam brwi

- Był u mnie w szpitalu. Nie mogłem otworzyć oczu ani się poruszyć, ale słyszałem go. – Will opuścił wzrok na podłogę – Powiedział, że przyszłaś do niego i prosiłaś go o pomoc. Mówił, że bardzo ci mnie zależy…że jeśli umrę…to ciebie zabije… – przełknął ślinę – a on cię kocha i nie mógłby patrzeć, jak ty umierasz przeze mnie. Potem przyszła jego matka. Zaczęła szeptać coś w ich sekretnym, indiańskim języku. Po tym zajściu mój stan zaczął się polepszać.

- Powiedziałabym, że nastąpiła gwałtowna poprawa. Nawet sam wybudziłeś się ze śpiączki – dodała Kate

- Ale aż tak szybko? – dalej nie mogłam uwierzyć

- Wcale nie tak szybko…szukaliśmy cię cztery, prawie pięć dni. Ja wyszedłem ze szpitala dopiero wczoraj, gdy Ana powiedziała, że wiedzą, gdzie jesteś. – podszedł do mnie i wziął mnie za rękę

- Tak długo tam byłam?! – wytrzeszczyłam oczy

- Ale ty też zaskakująco szybko wracasz do siebie – spojrzała na mnie Kate – Nie wiem, co tu się dzieje…ale nie pytam się, bo i tak tego nie zrozumiem – westchnęła lekarka

- Dziękuję, że nam pani pomaga – uśmiechnęłam się do niej i ścisnęłam dłoń Willa – Uratowała nam pani życie.

- Jesteście moimi przyjaciółmi…przyjaciele sobie pomagają – uśmiechała się i zapięła swoją torbę – Poza tym cieszę się, że widzę was szczęśliwych…szczególnie zadowolony Greenlight to miła odmiana – mrugnęła do nas, a Will pocałował mnie delikatnie w czoło – Idę teraz po resztę waszej paczki, a wy spróbujcie nie rzucać się na siebie… – parsknęła

- Tak jest, pani doktor  – zasalutowałam – Will…to dlatego byłeś taki zły na Jackoba? Bo powiedział, że mnie kocha? – zapytałam, gdy Kate zniknęła za drzwiami

- Bałem się, że on ma większe szanse…wiesz, gdybym umarł…poza tym on miał tyle okazji, żeby się do ciebie zbliżyć…

- Will, kocham ciebie i tylko ciebie. Gdyby tak nie było, nie walczyłabym o ciebie. – zmusiłam go, żeby na mnie spotkał – Teraz już nic nas nie rozdzieli, rozumiesz?

- Tak jest, pani generał – zasalutował mi z uśmiechem

- Lana, jak się czujesz? – do pokoju weszli Rose, Jasper i Jackob. Przyjaciółka trzymała duży półmisek kanapek.

- Zwarta i gotowa do działania – zażartowałam. Zrobiłam im miejsce i wszyscy usiedliśmy w kole na łóżku, zajadając się kanapkami – Teraz powiedzcie mi, co tu się działo przez tyle dni…

Rose i Jasper szybko streścili mi całą akcję poszukiwawczą. Podobno cała wyspa zaangażowała się w moje poszukiwania. Gdy Earl został przewieziony w ciężkim stanie do szpitala, wszyscy mieszkańcy nagle przypomnieli sobie o jego starym konflikcie z bratem. Niektórzy mówili, że nienawiść odżyła, a inni wieli Earla jako bohatera, który próbował powstrzymać Daniela przed czymś złym. W tym momencie pojawiło się też podejrzenie, że to ksiądz mnie porwał. Lorelaj dostała ataku paniki, ponieważ zniknęłam i ja, i Alex, a ona została bez „ochrony”. Chciała ściągnąć Jackoba, ale on wprost powiedział, że nie ma czasu bronić morderczyni, gdy jego przyjaciółce grozi niebezpieczeństwo. Baronowa zabarykadowała się w swoim pałacyku w Winnicy i kazała przełożyć zawody, dopóki się nie zjadę. Ojciec Willa przeszedł metamorfozę. Odwiedzał syna w szpitalu, doprowadził się do porządku z pomocą panny Kate, cioci Betty i pani Kindergarden. Ogolił się, umył, posprzątał dom…nawet zajął się stajnią i końmi. Wciąż ne odzywa się do Willa, ale to pewnie dlatego, że najzwyczajniej w świecie czuje się winny i nawet nie wie, jak zacząć rozmowę. Erick zniknął po tym jak wypadek Willa stał się głośną sprawą. Prawdopodobnie zaszył się w lesie gdzieś ze sowim gangiem. Elizabeth, Conrad i Rada Starszych wciąż są więzieni przez Piekielnego Żniwiarza w Północnej Przełęczy, choć teraz gdy Alex wróciła szanse na pokonanie Sandsa wzrosły. Angus już zaczął coś przygotowywać. Rose mówi, że Alex przywiozła od niego jakąś miksturę i podawała mi ją, gdy byłam nieprzytomna, więc pewnie dlatego tak szybko wróciłam do zdrowia.

- Właśnie, gdzie jest Alex? – przerwałam

- Cały czas szuka Winterknighta – odparł Jasper

- Jeszcze go nie znaleźliście – zmartwiłam się

- Wyspa Jorvik jest duża, a Winterknight mógł pojechać wszędzie – wzruszył ramionami Jackob

- Musimy się pospieszyć… – pokręciłam głową – Sands jest niecierpliwy. Nie będzie czekał.

- Dziś są zawody. Alex mówiła, że Sands może właśnie na nich wcielić w życie swój plan. – przygryzła wargę Alex

- Jak to dziś są zawody?! Baronowa już się nie boi? Mówiłaś, że miała na mnie czekać…

- No wiesz…teoretycznie to tam jesteś – bąknął Jasper

- Chyba nie rozumiem…co wy… – spojrzałam na nich niepewnie i zrozumiałam – Gdzie jest Anastasia? – zamarłam

- Ona sama chciała – przewróciła oczami Rose – Wymyśliła, że przebierze się za ciebie i wystartuje, żeby sprowokować Sandsa.

- Czy ona kompletnie zwariowała?!

- Próbowaliśmy ją zatrzymać, ale Ana potrafi być naprawdę uparta – prychnął Jackob

- Kate o tym wie? – szepnęłam

- Nie, myśli, że Anastasia pojechała do Fortu Pint do ojca. – powiedział Jasper

- Musimy ją zatrzymać! Przecież Sands tylko na to czeka, żeby mnie złapać – odrzuciłam kołdrę

- Poczekaj, niby jak chcesz go powstrzymać – złapał mnie za ramię Will – Logiczniej byłoby znaleźć coś, co odciągnęłoby jego uwagę od uczestniczek konkursu.

- Will ma rację. Nie chcemy, żeby mieszkańcy wyspy jeszcze bardziej ucierpieli przez tego szaleńca. I tak zapanuje panika, kiedy się pojawi.

- Chcecie mi powiedzieć, że musimy najpierw znaleźć Winterknighta i onyks?

- Sands wciąż wieży, że masz przy sobie onyks. Może zaatakować Anę, a kiedy zobaczy, że go nabraliśmy, zabije ją. – stwierdził Jackob

- Dobra, musimy znaleźć mojego konia… – przeczesałam włosy – Gdzie ty się schowałeś stary…

***

Mimo sprzeciwu Kate jeździliśmy cały ranek i przedpołudnie po okolicy, szukając Winterknighta. Ja jechałam z Willem na Moonpearl. Po drodze spotkaliśmy Alex, która przyłączyła się do naszych poszukiwań. Z godziny na godzinę każdy z nas był coraz bardziej zmęczony i zdenerwowany. Uroczystość miała rozpocząć się o 14, zostały nam tylko dwie godziny. Powoli zaczynałam tracić nadzieję…

- Koń to przecież duży zwierzak, nie mógł się zapaść pod ziemię – mruczała gniewanie Rose

- Chyba, że ktoś go ukrył… – zastanawiała się na głos druidka

- Co masz na myśli? – odwróciłam się do niej

- Może to głupie, ale wydaje mi się…że ktoś go ukrył tak jak ciebie – powiedziała Alex, zatrzymując Mishland

- Chodzi ci o to, że ktoś go schwytał i użył takiego samego zaklęcia jak Sabine na mnie? – zmroziło mnie

- Tak – druidka powoli pokiwała głową – Teraz jestem już tego pewna.

- Sabine go schwytała? – przestraszył się Jasper

- I byłaby tak spokojna? Nie, na pewno nie… – burknęła Rose

- A kto jeszcze znałby takie potężne zaklęcia? – nie poddawał się Jasper, a mnie nagle olśniło. Spojrzałam się na Alex i powiedziałyśmy to jednocześnie.

- Bliźniaki!

- Kto taki? – skrzywiła się Rose

- Mieszkają w Dolinie Złotych Wzgórz, są jasnowidzami – wytłumaczyła Alex, poganiając Mishland do cwału – Mają jakąś kosmiczną moc i jak dla mnie to pochodzą z innego świata, ale są po naszej stronie. To oni mogli zwabić do siebie Winterknighta.

- Myślę, że nawet to przewidzieli – przewróciłam oczami – Jedziemy tam! Mamy mało czasu!

Przyjaciele bez sprzeciwu pogalopowali za Alex. Ich miny mówiły, że uważają ten pomysł za kolejne szaleństwo, ale mimo, że nie rozumieją, co się dzieje, jadą tam gdzie my. To cudownie uczucie wiedzieć, że ufają nam mimo wszystko. Serce biło mi jak oszalałe. Dziwaczne, magiczne dzieciaki były moją ostatnia nadzieją. Czy mój koń był tak mądry, żeby tam po prostu pojechać? Oby tak. Gdyby jednak dostał się w łapy Sabine, to byłby koniec. Może to właśnie cisza przed burzą? Sabine i Sands dostali to co chcieli, a teraz czekają na odpowiedni moment, żeby zaatakować…

Droga do Doliny Złotych Wzgórz niezmiennie pokryta opadającymi, kolorowymi jesiennymi liśćmi wprawiła moich przyjaciół w niemałe zdumienie. Rose spojrzała się na mnie przerażona, ale ja tylko skinęłam jej głową na znak, że wszystko jest w porządku. Biedna dziewczyna…całe jej uporządkowane, logiczne myślenie runęło w gruzach. W miasteczku także nic się nie zmieniło. Ludzie byli cały czas spokojni i chodzi w transie jak śnięte ryby. Tym razem nie zrobiło to już na mnie takiego wrażenia. Szybko przejechaliśmy do centrum, do świątyni jasnowidzów. Ku mojemu zdziwieniu dzieciaki siedziały już na schodkach i patrzyły się swoimi wielkimi oczami przed siebie. Przyjaciele zatrzymali się skonsternowani. Rude bliźniaki siedziały na schodach jak greckie posągi i nawet nie mrugnęły. Alex odważnie zeskoczyła na ziemię i podeszła do nich. Przyklękła na jedno kolano i skłoniła głowę.

- Witajcie, przybyliśmy po konia kapłanki Epony. Wiem, że on tu jest. Kapłanka go potrzebuje. – powiedziała spokojnie

- Nie bójcie się…oni już tacy są – odezwałam się do reszty, która coraz szerzej otwierała oczy

- Nie podoba mi się tu. Ta atmosfera jest taka przytłaczająca – szepnęła Rose, rozglądając się wkoło

- Czemu ci ludzie zadają się nas nie widzieć? – skrzywił się Jasper – Chodzą jak we śnie…

- To magia tak na nich działa, młody – burknął Jackob – Nie wiem, o co tutaj chodzi, ale czuję, że w tym miasteczku płynie silne źródło mocy – zmarszczył brwi, jakby bolała go głowa – Gdybyś tu mieszkał też byś się tak zachowywał.

- Oni wyglądają jakby byli na haju – parsknął Will

- I tak się czują, Greenlight…można powiedzieć, że upili się szczęściem i są w stanie błogości… – Jackob starannie dobierał słowa

- Dobrze powiedziane, Niedźwiedziu Brunatny – pochwaliła go Alex

- Dziękuję druidko.

- To mnie wcale nie uspokoiło – Rose objęła się ramionami

- Oni nas nie skrzywdzą – pocieszyłam ją – Mają Winterknighta. To święty teren…Sands i Sabine nie mogą tu wejść.

- Nie wiadomo, czy go mają. Nic nie mówią – zauważył Will

- Poczekaj, trochę cierpliwości – zacmokała Alex

- A co, dzieciaczki muszą zebrać myśli? – zakpił – Proszę was, ile oni mają lat! 6? A może 7?

- Nie ocenia się książki po okładce, Williamie Greenlight. Ziemskie lata to dla nas mrugnięcie oka – odezwał się niespodziewanie chłopiec

- On mówi – pisnęła cicho Rose

- Oczywiście, że mówi – mruknęłam zniecierpliwiona i zeskoczyłam na ziemię – Proszę was, oddajcie mi Winterknighta. Co mam zrobić, żebyście nam pomogli? Pomedytować? Rozwiązać jakąś zagadkę? Potrzebuję go.

- Potrzebujesz Winterknighta czy tego co ze sobą przywiózł? – odezwała się dziewczynka

- Winterknighta i onyksu – przewróciłam oczami

- A gdybyś musiała wybrać? – zapytał znowu jej brat

- Co to za głupie gierki? zmarszczył brwi Jackob – Nie mamy czasu…

- Cicho bądź Indianinie – syknęła Alex – Im nie wolno przerywać.

- Jak to wybrać? – zrobiło mi się słabo – Onyks jest ostatnim klejnotem, którego szuka Sands, a Winterknight to mój koń, przyjaciel…

- Nie możesz mieć ciastka i zjeść ciastka, Lano – odparła spokojnie dziewczyna – Musisz wybrać.

- Co?! To jakiś żart! Wiecie co się dzieje? Jest wojna! – zdenerwował się William

- Twój koń przyszedł do nas, bo szukał schronienia, gdy demon Jorvik porwał jego kapłankę. Możemy ci go zwrócić, ale wszystko ma swoją cenę. Jedną rzecz możesz zabrać za darmo, druga będzie cię kosztować.

- Ale…co wy możecie ode mnie chcieć? – przestraszyłam się

- Myślałam, że chcecie nam bezinteresownie pomóc – włączyła się Alex

- Właśnie to robimy – bliźniaki nie dały się wyprowadzić z równowagi – Kapłanka nie jest jeszcze gotowa do pojedynku. Musi wybrać.

- Co mam wybrać? – mój głos zadrżał. Czego oni ode mnie chcą?!

- Musisz wybrać, co jest dla ciebie ważniejsze Lano Shylund – bliźniaki zaczęły mówić jednocześnie, a ich połączone głosy nabrały takiej mocy, że przeszły mnie ciarki – Przyjechałaś na wyspę Jorvik z misją. Chciałaś za wszelką cenę dowiedzieć się, czemu twoja matka stąd uciekła i powstrzymać Gabriela Sandsa przed zniszczeniem tego miejsca. Byłaś i jesteś zdeterminowana, żeby walczyć z nim wszelkimi środkami, ale w czasie pobytu na tej wyspie zalazłaś coś więcej niż prawdę o przeszłości Charlie Hoffer…znalazłaś przyjaźń, miłość i odkryłaś swoje przeznaczenie. Jednak często nie słuchałaś swojej intuicji, głosu rozsądku i przyjaciół, przez co znalazłaś się w kłopotach. Jeśli chcesz i czujesz się na siłach własnoręcznie pokonać Gabierla Sandsa to możesz to zrobić bez swoich przyjaciół. Oto nasza cena. Zabierz konia oraz onyks, ale zostaw tu sowich przyjaciół.

Nagle między mną a moją drużyną wyrosła błyszcząca ściana. Przerażona patrzyłam jak moi przyjaciele biją się z powietrzem, żeby wydostać się z niewidzialnej klatki.

- Puśćcie ich! – krzyknęłam

- Nie robimy im krzywdy. Będą tu z nami bezpieczni. Wypuścimy ich, gdy wszystko się skończy. Sands nie zrobi im krzywdy.

- Będą tu bezpieczni? – zdziwiłam się

- Tak, a ty pojedziesz i dokończysz to, po co tu przyjechałaś. Sama. Tak jak zawsze.

Ich słowa zabolały mnie. Naprawdę byłam taką egoistyczną indywidualistką? Spojrzałam na moich przyjaciół. Krzyczeli do mnie bezgłośnie i pokazywali na migi, żebym się nie zgadzała. Chcieli wyjść i mi pomóc, być ze mną na dobre i złe…a ja często tego nie doceniałam. Gdyby nie załatwiała spraw na własną rękę, uniknęłabym wielu niebezpieczeństw. Gdyby nie moi przyjaciele, dawno już by mnie tu nie było…nie raz uratowali mi skórę. Mama przegrała z Sandsem, bo została sama. Przyjaciele ją opuścili. Nie chcę, żeby to samo stało się ze mną…chcę to zrobić z moją drużyną.

- Wybieraj Lano Shylund. Chcesz Winterknighta czy onyks? A może jedno i drugie – chłopiec przekrzywił głowę, wbijając we mnie swoje spojrzenie. Nagle coś mi przyszło do głowy.

- Wybieram…Winterknighta. Tylko Winterknighta, całego tak jak tu przyjechał oraz moich przyjaciół. Bez nich jestem niczym. Tylko z nim mogę wygrać tą wojnę. – oświadczyłam

Na twarzach dzieci pojawił się dziwny, spokojny uśmiech. Nagle magiczna bariera zniknęła i moi przyjaciele byli wolni. Od razu do mnie podbiegli. Zza domu wyjechał Winterknight, rżąc głośno. Przytuliłam się do jego miękkiej, błyszczącej, czarnej sierści.

- Wróciłeś stary! Tak się cieszę, że nic ci nie jest… – pocałowałam go w chrapy – Mądry konik…

- Tak jak jego bogini – bliźniaki dalej się uśmiechały – Jesteś gotowa, Lano Shylund. Jedź i powstrzymaj Gabriela Sandsa. Twoi przyjaciele ci pomogą.

- Dziękuję wam, za wszystko – uśmiechnęłam się i wsiadłam na grzbiet mojego achał-tekina. Od razu poczułam przypływ energii.

- Co oni ci powiedzieli? – pytała Alex, gdy się oddaliliśmy

- Kazali mi wybierać, więc wybrałam Winterknighta i was. – wzruszyłam ramionami

- Och Lana…a co z onyksem? Jak pokonamy Sandsa? – załamał Jasper

- Nie martwcie się…mam go – schyliłam się do torby i wyjęłam mały sztylet

- Jak to zrobiłaś?! – nie mogli wyjść z podziwu

- Wybrałam Winterknighta takiego, jak przyjechał, ze wszystkim co miał… – uśmiechnęłam się szeroko – Wybrałam moich przyjaciół, takimi jacy są naprawdę.

***

Dotarliśmy do Jarlaheim w ostatnim momencie. Już z daleka słychać było piski i krzyki dopingujące zawodników na placu. Właśnie zaczęło się ostatnie okrążenie. Lorelaj siedziała na podwyższeniu i rozmawiała z jakimiś eleganckimi mężczyznami w garniturach, którzy podobnie jak ona byli w jury. To pewnie ci hodowcy z Los Angeles. Po minie baronowej wywnioskowałam, że wszystko idzie zgodnie z jej myślą i dobiła kolejnych transakcji. Nie widziałam śladu po jej rzekomym strachu i panice przed byłym mężem. Na torze było osiem zawodniczek. Wśród nich oczywiście Tori, Catalina i „ja”. Nasza trójeczka była na prowadzeniu. W miarę jak zbliżałyśmy się do mety, krzyki stawały się coraz głośniejsze. Z napięciem patrzyłam się na wyścig. Tak bardzo nie chciałam, żeby Catalina wygrała, a niestety ta wiedźma wysuwała się na prowadzenie. Przed samą linią mety, nieoczekiwanie Anastasia i Bluewave wypruły do przodu i jako pierwsze przecięły czerwoną wstęgę. Widownia zaczęła wiwatować.

- Mamy zwyciężczynię naszego corocznego wyścigu o tytuł Mistrza Wyspy Jorvik. Zwycięzcą jest…panie i panowie…Lana Shylund! – oznajmiła pani burmistrz. Tłum zaczął klaskać, a ja poczułam się głupio, bo w końcu to nie ja tam się ścigałam. Jury oraz pani burmistrz ruszyli na tor wręczyć wieniec i puchar. W tym momencie powietrze stało się ciężki i zaczęło falować. Spojrzałam się kątem oka na Alex. Zaczęło się.

Na torze nie wiadomo skąd pojawił się Sands i jeździec w czarnej pelerynie na swoim piekielnym rumaku. Zapanował chaos. Mieszkańcy zaczęli piszczeć, krzyczeć i pchać się do wyjścia. Pani burmistrz próbowała opanować sytuację przez mikrofon, ale to nic nie dało. Sabine ruszyła na koniu w stronę Any i Bluewave. Zanim moja przyjaciółka się zorientowała, została zrzucona na ziemię. Tori krzyknęła i chciała do niej pobiec, ale pani burmistrz ją złapała i zaczęła odciągać. Baronowa zbladła i przytrzymała się Cataliny. Sands, dumny jak paw, ruszył do „mnie” krokiem zwycięzcy. Sabine trzymała Anę, podczas gdy jej ojciec złapał ją za kapelusz…który został mu w ręku razem z peruką. Blond włosy Any rozsypały się z koka, ostatecznie ją demaskując. Pani burmistrz, Tori, Lorelaj i Catalina otworzyły usta ze zdziwienia.

- Co to ma być?! – ryknął Sands, a moja przyjaciółka się skuliła – Gdzie jest Shylund?!

- Nigdy jej nie dostaniesz – wyjąkała Ana

- Ty głupia dziewczyno… – zamachnął się Sands

- Stój! Nawet nie waż się jej tknąć! – krzyknęłam, wjeżdżając z Winterknightem na opustoszały tor

- Proszę, proszę…ładnie tak oszukiwać Lano? – Gabriel odwrócił się do mnie z udawaną serdecznością

- Przygarniał kocioł garnkowi – burknęłam

- Naprawdę chciałaś narazić przyjaciółkę na takie niebezpieczeństwo? Jesteś okropna…

- Nie, nie chciałam – przerwałam mu – Zostaw ją. Mam dla ciebie coś lepszego – wyjęłam z kieszeni sztylet, a w jego oczach błysnęła żądza mordu

- Lana, nie… – jęknęła Anastasia

- Cicho Ana – syknęłam

- Niemądrze z twojej strony tak po prostu mi to dawać – zaśmiał się Sands

- A kto powiedział, że tak po prostu ci to dam? – prychnęłam, obracając w ręku przedmiot. Nie mam pojęcia skąd miałam w sobie tyle odwagi, żeby stać tak blisko tego nieobliczalnego faceta i śmiać mu się w twarz. Zwłaszcza, że on wyglądał jak czajnik z gotującą się wodą. – Może przyszłam, żeby cię zabić? – obróciłam sztylet ostrzem do przodu i spojrzałam twardo w jego stalowe oczy

Gabriel wciągnął z sykiem powietrze. Nie spodziewał się takiej bezczelności z mojej strony.

- Lano…dobrze wiesz, po co to robię – podszedł do mnie bliżej, ale Winterknight parsknął ostrzegawczo, więc się zatrzymał – Ta wyspa to więzienie. Każdy powinien mieć możliwość wyboru. Wyspa Jorvik i druidzi uwięzili tu nas swoją ohydną magią. Ta przeklęta wyspa musi zniknąć z powierzchni ziemi. Wiesz o tym, tak samo jak ja… – mówił powoli, przekonująco, niczym żmija czając się w rajskim ogrodzie. Tylko oczy wyrażały zimną furię.

- Nie, panie Sands. Nie myślimy tak samo – przekrzywiłam głowę – Kocham tą wyspę i uważam, że to prawdziwy raj na ziemi. Tu ludzie są wolni, kochają się, żyją pełnią życia…a pan chce to zniszczyć, bo jest prawdziwym wcieleniem diabła. Demonem,  którego trzeba zniszczyć, żeby na wyspie zapanował spokój. Tak wiele ludzi przez pana ucierpiało. Czas to skończyć – oznajmiłam z takim samym spokojem

- Sabine, naucz pannę Shylund pokory! – wycedził przez zęby, a ja właśnie czekałam na taki obrót sprawy.

Piekielny Żniwiarz posłusznie puścił przerażoną Anastasię i ruszył w moją stronę. Zebrałam szybko wodze.

- Tak łatwo tego nie dostaniesz! Anastasia uciekaj! – krzyknęłam, rzuciłam sztylet w lewą stronę i czym prędzej się oddaliłam

Zgodnie z planem Will i Moonpearl wyskoczyli zza filaru i przejęli sztylet. Blondyn wystawił w powietrzu kawałek drewna, w który ostre narzędzie wbiło się jak w masło i pognał przed siebie z dzikim śmiechem. Gabriel zamrugał oczami.

- No co tak stoisz?! Goń go! – ryknął do Sabine – Zachciało wam się zabawy w berka, Shylund?! – zwrócił się do mnie – Tylko kupujecie sobie czas! – zaśmiał się, widząc jak Sabine dogania kuzyna. Jej piekielny rumak dyszał jak mała lokomotywa.

- Oddaj to William! Zakończmy to! – krzyczała za nim Sabine chropowatym głosem

- Przykro mi, ale to skończy się inaczej, Sabine! – zawołał – Jackob! – obrócił się w siodle i rzucił sztylet do Indianina, który przeskoczył rzędy krzeseł i razem ze swoim koniem pognali w przeciwnym kierunku

Jeździec w czarnej pelerynie zatrzymał gwałtownie konia, a w powietrze wzbiły się kłęby kurzu. Zawył ze złości i rzucił się w pogoń za stajennym. Echem odbiły się mroczne zaklęcia, które wypowiadała.

- Jackob, za tobą! – pisnęłam na widok wielkiego cienia, pędzącego za nim

- Alex! – Indianin szybko zrozumiał, co się dzieje i podał sztylet dalej. Sands był coraz bardziej wściekły. Obróciła się w poszukiwaniu Any. Dziewczyna schowała się razem z panią burmistrz za filarem. Lorelaj, Catalina i Tori pędziły na widownię. Usłyszałam jak Alex wypowiada jakieś zaklęcie i nastąpił wybuch. Dwie masy powietrza starły się ze sobą, a nad placem zawisła burza. Zerwał się potężny wiatr. Głosy Alex i Sabine otaczały nas i ogłuszały, jakby dziewczyny krzyczały do megafonów. Niezrozumiałe słowa szumiały mi w uszach i sprawiały, że ciarki przechodziły mi po plecach. Złota i fioletowa błyskawica uderzyły w środek placu, a Rose i Sunshine prawie zostały trafione. Rosie pisnęła, ale nie puściła sztyletu, który przejęła od Alex.

- Uciekaj do drzwi! – krzyknęłam do przyjaciółki

Rosmarie posłusznie skręciła do otwieranej bramy, ale tam nieoczekiwanie pojawił się ojciec Dominik. Zatrzasnął wielkie wrota i zabezpieczył je zasuwą.

- Dokąd się wybierasz, panno Kindergarden? Chcesz, żeby ominęła cię zabawa?- uśmiechnął się okrutnie

- Ty draniu! – Rose w ostatnim momencie zatrzymała konia

- Oddawaj to… – ksiądz rzucił się na nią, ale Sunshine stanęła dęba

- Tori! – Rose rzuciła sztylet do kuzynki, która stała najbliżej

Blada ze strachu Tori wychyliła się do podania i złapała sztylet.

- Co teraz?! – odwróciła się w moją stronę szukając instrukcji

Nie zdążyłam się odezwać, bo za nią pojawiła się Lorelaj i popchnęła ją na ziemię.

- Teraz oddaj to mnie – zażądała

- Co?! Lorelaj myślałam, że… – krzyknęłam skołowana

- Naprawdę wierzyłaś, że jestem po twojej stronie? – zaśmiała się baronowa – Że tak po prostu jestem po twojej stronie? Uwierzyłam, że banda dzieciaków ochroni mnie przed Gabrielem Sandsem? – zaczęła szarpać się z moją kuzynką

- Tori nie puszczaj! – pisnęłam i ruszyłam w ich stronę galopem

- Catalina pomóż mi! – warknęła baronowa

- Ona też!? – nie mogłam wyjść z szoku

- Oczywiście, że tak! Pomagała mi, miała rozdzielić cię z przyjaciółmi, skłócić z Greenlightem…w zamian za to, obiecałam jej wyjazd do Los Angeles – dyszała baronowa

- Do Los Angeles?! A więc o to ci chodziło…cały czas próbowałaś się do mnie zbliżyć, bo myślałaś, że wezmę cię ze sobą do Los Angeles! – wybuchłam

- Tak, ale ty jesteś głupia jak but! Nic się nie domyśliłaś! – zaśmiała się gorzko Catalina – Jesteś tak samo bezużyteczna jak twoja kuzynka!

- Myślałam, że mnie lubisz! Mówiłaś, że jestem twoją prawą ręką! – jęknęła Tori

- Ups, kłamałam! – przewróciła oczami Catalina – Nawet nie wiesz, jak łatwo tobą manipulować Tori…wystarczy, że ktoś myśli podobnie jak ty, a ty już go lubisz. Nawet nie analizujesz, po co ktoś miałby to robić…twoja zazdrość o Lanę cię zaślepiła, a ja to wykorzystałam.

- Ty małpo! – krzyknęła wściekła Tori i obie zaczęły kotłować się na ziemi

- Lorelaj! – zeskoczyłam na ziemię obok niej – Myślałam, że żałujesz, że chcesz się zmienić! – starałam się przekrzyczeć burzę – Płakałaś i mówiłaś, że się boisz…

- Bo rzeczywiście się bałam…ale nie Sandsa. Z nim dawno zawarłam umowę. Miałam mu pomóc do ciebie dotrzeć – syczała Lorelaj – Myślałaś, że czary tej druidki i twoja bohaterska postawa ochroniłyby mnie przed nim?

- Więc pozwoliłaś nam wierzyć, że jesteś ofiarą! – pokręciłam głową

- To było jedyne wyjście! On mi tak kazał zrobić! – próbowała się usprawiedliwić

- A ty całe życie się go słuchałaś, tak?! – nie wytrzymałam – Robiłaś wszystko, co ci kazał! Zabijałaś ludzi, Lorelaj! To nie była miłość! On cię omotał!

- Nic nie wiesz o miłości, smarkulo! – wrzeszczała baronowa, a jej głos stawał się coraz bardziej piskliwy – Gdybyś całe życie robiła wszystko, żeby zasłużyć na czyjaś miłość, a w zamian tego dostawała coraz to nowe wymagania i oczekiwania…

- To nie była miłość, Lorelaj! Gabriel cię wykorzystał! Tylko Earl naprawdę cię kochał! Nawet teraz cie kocha po tych wszystkich latach…

- Przestań już! – rozpłakała się baronowa – Niczego nie żałuję! Niczego! Jeśli tylko Gabriel mnie kocha… – ukryła twarz w dłoniach -

- Lana! – Tori udało się obezwładnić Catalinę

- Podaj! – przygotowałam się do złapania, ale Lorelaj odepchnęła mnie mocno

- Oddawaj ten sztylet! Mój mąż go potrzebuje! – rzuciła się na moją kuzynkę. Była w jakimś dziwnym amoku.

- Nic z tego! – warknęła Tori i z całej siły zgniotła palce u stóp baronowej pięścią. Kobieta zawyła z bólu i podskoczyła w miejscu. - Jasper! – krzyknęła Tori do nadjeżdżającego brata

Mój kuzynek złapał w locie deseczkę i pognał przed siebie. Podniosłam się z ziemi i wsiadłam z powrotem na Winterknighta, żeby mu pomóc. Byłam tuż za nim, gdy przed nami wyrósł Sands.

- Dość tej zabawy chłopcze!

- O w morde…chłopaki, łapcie! – krzyknął młody i zamachnął się daleko

Will i Jackob, którzy walczyli z Sabine na drugim końcu placu rzucili się w kierunku sztyletu. Za daleko…nie zdążą. Wyminęłam Jaspera i pognałam z Winterknightem. Sztylet już prawie dotykał piasku, gdy zza filaru wyskoczyła Ana, złapała deseczkę i przeturlała się z nią po ziemi.

- Mam go Lana, mam! – krzyczała uradowana

- A ja mam ciebie! – Sabine pojawiła się jak cień za jej plecami i złapała ją w stalowy uścisk

- Anastasia! – krzyknęliśmy wszyscy, gdy Piekielny Żniwiarz wyrwał dziewczynie sztylet i przyłożył go do jej krtani

- Pax! Pax! – Sands jak dobry wujek wyszedł na środek rozkładając szeroko ręce – Nie zależy nam przecież na rozlewie krwi…

- Tak?! Ciekawe od kiedy?! – kipiałam ze złości

- Hamuj się Shylund, bądź co bądź mamy twoją przyjaciółkę – uśmiechnął się podstępnie

Spojrzałam się po bladych, brudnych i podrapanych twarzach moich przyjaciół. Przełknęłam ślinę. Nie mamy wyboru.

- Dobra, mów czego chcesz – mruknęłam

- Wiesz, czego chcę – powiedział dobitnie, patrząc mi w oczy – Chcę reszty kamieni.

- Nie mam ich… – próbowałam grać na czas

- Zastanów się dobrze Shylund… – warknęła Sabine, a na szyi Any pojawiła się cienka czerwona kreska

- Lana… – pisnęła płaczliwie Ana, a ja przymknęłam oczy. To koniec. Musimy się poddać.

- Ja mam te kamienie, demonie – Alex zeskoczyła z grzbietu Mishland na ziemię

- Więc mi je oddaj druidko!

- Najpierw puść dziewczynę – odparła hardo

- Wymieńcie się równocześnie – zaproponowała Rose

- To nie jest taki zły pomysł – pokiwał głową Sands – Sabine, gdzie jest ołtarz? – zwrócił się do córki, a ona kiwnęła głową na kamienny krąg ułożony na środku placu – Doskonale…druidka i Shylund, idziecie za mną. A reszta ma tu czekać – zmierzył wzrokiem moich przyjaciół

- Jeśli któreś z was się ruszy, zginiecie – dodała Sabine, a na potwierdzenie jej słów moi przyjaciele zostali otoczeni ognistym kręgiem. Rose i Tori pisnęły, konie zaczęły rżeć niespokojnie.

- Lana! – krzyknął Will

- Zostań tam, proszę! – pisnęłam, widząc, że zeskakuje z konia

- Lana, nie możesz tam iść…

Wkurzony Jackob próbował przeskoczyć przez ogień, ale Sabine nie kłamała. Od razu zapłonął i upadł na ziemię.

- Jackob! – Rose i Ana krzyknęły to jednocześnie

- Nie piszcz, bo będzie cierpiał jeszcze bardziej – Sabine potrząsnęła Aną, która zaszlochała bezgłośnie

- Chodź – Alex przywołała mnie do siebie i złapała za rękę. Cała się trzęsłam. Zaschło mi w ustach. Nie wiedziałam, co mam powiedzieć.

- Nie dotykaj jej druidko – syknęła Sabine – Żadnego porozumiewania się.

- Tak jest – mruknęła sztywno Alex, wystawiając ręce przed siebie w obronnym geście

- Idziemy – warknął Sands – Lorelaj, Daniel, chodźcie bliżej – rozkazał, a jego pomagierzy zbliżyli się niechętnie

Na największym kamieniu leżały już klejnoty zgromadzone przez Sandsa – ametyst, szafir, cytryn, opal i kryształ górski. Mężczyzna spojrzał się znacząco na Alex, a blondynka niechętnie odpięła sakiewkę przyczepioną do paska. Powoli wyjęła rubin, szmaragd, diament i bursztyn. Gdy tylko ostatni kamień został ułożony obok reszty przedmiot, wszystkie zaczęły świecić i przybrały swoją prawdziwą postać, czyli skalnych bryłek. Patrzyłam się na to wszystko zafascynowana i przerażona.

- Oddaj mi Anę! – zażądałam

Sabine spojrzała na ojca, a gdy ten skinął głową, puściła dziewczyna. Szybko porwałam ją w objęcia. Ana wtuliła się do mnie, łkając cicho. Alex objęła nas obie ramieniem. Wszystkie trzy patrzyłyśmy jak Sands ogląda swoje łupy. Na jego twarzy zagościł demoniczny uśmiech. Burza przybierała na sile. Ziemia zaczęła się trząść.

- Co się dzieje? – jęknęła Ana

- Zaczęło się…ta wyspa zaraz rozpadnie się w proch – zatarł ręce Sands – Wszystkie detektory, które moja firma G.E.D rozstawiała przez całe wakacje po wyspie są nastawione na częstotliwość emitowanego pola magicznego. Przewodzą drgania do ziemi i powodują jej pękanie.

- Chcesz, żeby ta wyspa rozpadła się w drobny mak? A co z nami? – wytrzeszczyłam na niego oczy

- Zginiemy razem z nią – szepnął zupełnie obłąkany

- Co? Tego nie było w planie – wtrącił się Daniel – Oszukałeś nas!

- Zło które wyległo się na tej wyspie, musi zostać pochłonięte razem z nią…

- Gabrielu…co to ma znaczyć… – rozpłakała się Lorelaj

- To, że Sands oszukał nas wszystkich – mruknęła Alex – Zniszczysz tą wyspę nawet kosztem swojego życia…

- A żebyś wiedziała mała druidko…to ostatnia faza nienawiści… – wysyczał, zbliżając się do niej zgięty w pół – Jeszcze chwila i nikt nigdy nie usłyszy o przeklętej wyspie Jorvik… – śmiał się, a wstrząsy przybierały na sile. Kamienie na naszych oczach powoli zlepiały się w jedno. Czułam, że kiedy się zespolą, nie będzie odwrotu.

- Brakuje jeszcze jednego klejnotu – zauważyła Alex

- Co? – zamrugał Sands wyrwany z transu – Jakiego?

- Kamienia śmierci! – odpowiedziała Sabine i zanim ktokolwiek zdążył zareagować, wbiła sztylet między jego żebra. Sands zawył jak prawdziwy demon, a na nas trysnęła jego krew. Narzędzie przebiło go na wylot. Ja i Anastasia zaczęłyśmy piszczeć, Alex przytuliła nas mocno do siebie.

- Sabine…dlaczego…myślałem, że… – jęczał Sands, patrząc się zbolałym wzrokiem na córkę

- Co? Myślałeś, że możesz mi ufać? Że tak łatwo mną manipulować jak Lorelaj albo Danielem? Że przekupiłeś mnie obietnicą wyjazdu do Los Angeles i nowym życiem? Nie wchodzę w umowy z taką kanalią jak ty – warknęła i przekręciła sztylet w prawo. Sands jęknął głośniej. Wytrzeszczyłam na nią oczy. Chciałam zamknąć oczy i na to nie patrzeć, ale zamurowało mnie. – To ty mnie zabiłeś…chciałeś mojej śmierci…ojcze – głos Sabine zadrżał pod wpływem emocji – Już od urodzenia…nigdy mnie nie kochałeś, nie chciałeś mnie. Przez ciebie znienawidziła mnie własna matka! Czułam się jak potwór!

- Sabine, ja…

- Milcz! Nigdy nie naprawisz swoich błędów. Chciałeś zniszczyć świętą ziemię druidów, ale zapomniałeś, że ja jestem jedną z nich i to także mój dom! Niech pochłonie cię piekło! – warknęła i znowu przekręciła nóż, następnie go wyrwała. Sand upadł na ziemię w pośmiertnych drgawkach. Piasek wokół niego szybko nasiąkał krwią. Sabine przeszła nad nim ostentacyjnie i złapała Lorelaj za poły jedwabnej sukni. – Lorelaj…

- Nie, nie, ty nie żyjesz… – płakała baronowa – Nie możesz żyć, jesteś duchem…

- Chciałabyś co? – zaśmiała się Sabine – Byłoby ci tak wygodniej, bo zadbałaś o to, żebym ci nie przeszkadzała. Podcięłaś mi gardło i zostawiłaś na pewną śmierć w lesie…bo twój kochany Gabriel mnie nie zaakceptował, tak?

- Ciebie nie ma, nie ma…jesteś duchem… – baronowa kompletnie postradała zmysły

- Nie ma mnie…bo dawno wyrzuciłaś moje istnienie ze swoje świadomości. Ale teraz stoję tu przed tobą i jestem, matko! – potrząsnęła nią – Patrz co mi zrobiłaś! To przez ciebie mam taki głos!

Przez chwilę nikt nic nie mówił. Słychać było tylko szloch Lorelaj. Sabine puściła ją i baronowa osunęła się na kolana.

- Nic nie powiesz? – wychrypiała dziewczyna

- Sabine…nie zabijaj mnie, błagam – podniosła na nią spojrzenie – Błagam…ja nie chcę umierać.

- Tylko tylko? – prychnęła dziewczyna – Żadnego przepraszam ani kocham cie?! Jesteś jeszcze gorsza niż on… – burknęła i jednym zwinnym ruchem przecięła jej krtań

- Nie! – pisnęłam

Sabine ciężko dysząc odwróciła się w naszą stronę. Ku mojemu zdumieniu na jej policzkach oprócz krwi widniały łzy. Alex przytuliła nas mocniej.

- Zostaw nas w spokoju darachu – powiedziała poważnie – Naprawdę chcesz ze mną walczyć?

Sabine nie odpowiedziała. Patrzyła się na nas dużymi, lodowo-błękitnymi oczami…pamiątka po ojcu i matce. Po chwili namysłu odrzuciła sztylet.

- Jeszcze się spotkamy – syknęła, zarzuciła peleryną i zniknęła w oparach czarnego dymu

- Co to było? – szepnęłam

- Teleportowała się – przełknęła ślinę Alex

- Gdzie ojciec Dominik? – zauważyła Ana

- Szczury nigdy nie toną ze statkiem – przypomniałam sobie powiedzonko starego Earla

Kolejny wstrząs powalił nas na ziemię. Zauważyłam, że pozostałe klejnoty przyciągnęły do siebie sztylet.

- Alex, musimy coś zrobić! – krzyknęłam

- Wiem, ale nie mam pomysłu…

- Alex! Lana! Ana! Co się dzieje? – ogień opadł i nasi przyjaciele szybko do nas przybiegli

- Co tu się stało? – wytrzeszczyła oczy Tori

- Sabine ich zabiła i rozpłynęła się…a ojciec Dominik chyba zwiał. – streściłam

- Jak to zatrzymać? – Will kiwnął głową na błyszczące kamienie

- Nie wiem… – jęknęła Alex. Była naprawdę przerażona.

- Jackob! – Ana natychmiast podbiegła do ukochanego

- Nie dotykaj go! – ofuknęła ją Rose, która starała się jak mogła, żeby zatamować krew. Wyglądała jak wierny pies czuwający przy umierającym panu.

- Rose…czy ty… – wydukała Ana – Kochasz go, prawda?

Moja przyjaciółka nie zdążyła odpowiedzieć, bo Indianin odzyskał przytomność.

- Jackie… – obie dziewczyny pochyliły się nad nim

- Ana… – nieprzytomny chłopak wyciągnął dłoń

Rose skamieniała i odsunęła się z miną zbitego psa.

- Rose, powinnaś… – zaczęła Ana

- Nie! On chce ciebie! Bądź przy nim, on cię potrzebuje – przykazała surowo Rosie, podnosząc się z klęczek

- Na pewno?

- Tak – otarła nos, objęła się ramionami i ruszyła w naszą stronę. Bez słowa ją przytuliłam. Nie wyobrażam sobie, co mogła teraz czuć. Jackob właśnie złamał jej serce na kawałki.

- Hej ludzie! Musimy stąd uciekać, ewakuować wyspę! – panikowała Tori

- Nie zdążymy – pokręciła głową Alex – Zajmijcie się panią burmistrz, zemdlała jakiś czas temu…

- A ty? – zapytałam

- Ja jakoś to rozdzielę – Alex zdecydowanie wygięła palce i podeszła do prawie zespolonych kamieni. Już prawie dotykała ich rekami. Poczułam swąd przypalanej skóry. Druidka zacisnęła usta i skrzywiła się.

- To raczej kiepski plan, Andrino – usłyszałam za sobą czyiś głos

- Elizabeth! – pierwszy raz tak ucieszyłam się na jej widok

Skoro Sabine zniknęła, jej czary przestały działać i Elizabeth oraz jej druidzi byli wolni.

- Mama… – szepnęła Alex ze łzami w oczach

- Odsuń się córeczko, nie pozwolę, żebyś niepotrzebnie poświeciła swoje życie – powiedziała zdecydowanie Elizabeth. W ręku trzymała coś, co przypominało wielki trójząb.

- To narzędzie było w tajemniczym pudełku od bliźniaków? – zgadłam

- Dokładnie – uśmiechnęła się najwyższa kapłanka – W końcu mogę tego użyć…

Ziemia znowu zadrżała, a na placu pojawiło się wielkie pęknięcie, dzielące to na pół. Elizabeth zachwiała się i wpadła do środka.

- Nie! – krzyknęłam i skoczyłam za nią. W ostatnim momencie złapałam tajemniczy trójząb. – Trzymaj się Elizabeth!

- Nie wciągniesz mnie! – pokręciła głową kapłanka. Wiedziałam, że ma rację. Czułam, że się obsuwam. Już prawie traciłam grunt pod nogami. Pisnęłam, czując, że lecę w dół.

- Mam cię! – wielki, miśkowaty Conrad złapał mnie w ostatnim momencie i wyciągnął nas obie

- Conrad…dziękuję. Znowu mnie uratowałeś – odetchnęła Elizabeth

- Do usług kapłanko – skłonił się

- Chodź Lana, musimy to skończyć – pociągnęła mnie za rękę Elizabeth

- Ja też?

- Tak, pomożesz mi. Dokończysz to, to zaczęła Charlie – uśmiechnęła się do mnie promiennie, a ja się jej odwzajemniłam

Obie zgodnie złapałyśmy trójząb i wbiłyśmy go między błyszczące kamienie. Oślepiło mnie białe światło. W głowie mi szumiało, a porywisty wiatry zatykał nos. Bałam się, że już nie wytrzymam, gdy nagle wszystko się skończyło. Zmęczona osunęłam się na ziemię…

- To naprawdę koniec? – wydyszałam

- Tak…koniec… – pogłaskała mnie po głowie Elizabeth – Dziękuję Lano Shylund. Właśnie uratowałaś wyspę Jorvik. Charlie byłaby z ciebie dumna – powiedziała poważnie, patrząc mi w oczy

Przepełniała mnie radość, nie mogłam przestać się uśmiechać. Po chwili otoczyli nas przyjaciele. Will porwał mnie w objęcia, uniósł do góry i obrócił. Alex, Rose i Ana wyściskały mocno. Jasper cały czas krzyczał, że jestem lepsza niż superman, a Tori nawet nie protestowała. Catalina siedziała blada jak papier na ziemi. Elizabeth zajęła się panią burmistrz, a Conrad i Rada Starych kamieniami i ciałami Sandsa i Lorelaj…nie mogłam uwierzyć, że to wszystko się skończyło. Naprawdę uratowałam wyspę Jorvik. Zniszczyłam jej demona. Odkryłam sekret mamy…znalazłam moje miejsce na ziemi. Miejsce, o którym nikt na świecie nie ma pojęcia…i znalazłam wspaniałych ludzi, których kocham.

 
 

Tags: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~Weronika

    9 października 2016 o 22:45

    Kiedy tylko zobaczyłam tytuł odechciało mi się czytać, tak bardzo nie chce końca. Za bardzo się do tego przywiązałam, pamiętam jak zaczęłam czytać i chciałam już wiedzieć jak to wszystko się zakończy ale im dłużej to trwało im bliżej końca tym bardziej byłam pewna, że tego tak naprawdę w ogóle nie chce. To zdecydowanie najlepsza „książka” jaką przeczytałam, nic mi tego nie zastąpi. Oczywiescie mam nadzieję, że pojawi się coś jeszcze jakiś bonus albo podsumowanie jak ogólnie zakończy się cała ta historia. Chyba już nie muszę pisać, że opowiadanie było (przepraszam za wyrażanie) zajebiste. Chcę ci podziękować za wszystkie te opowiadania, emocje jakich doświadczyłam i wiele innych rzeczy. Jesteś niesamowita pamiętaj o tym i mimo iż nie znam Twojego imienia ani nic więcej o tobie nie wiem, to trafię kiedyś nawet nieświadomie na twoją książkę i pochlinie, zaciekawi mnie tak jak te opowiadania… życzę powodzenia. I jeszcze raz dziękuję…

     
    • Lulubell

      11 października 2016 o 17:17

      Dziękuje za miłe słowa, kochana. Bardzo cieszę się, że tak ci się podobało. Nie ma nic lepszego dla autora niż zadowolony czytelnik ;) Mam nadzieję, że nie opuścisz mojego bloga. Wciąż będę pisać o Sabrinie…a co do Lany…być może pojawi się drugi sezon jej przygód, jeśli fanom będzie bardzo na tym zależeć ;) Dzięki za wytrwałość i zachęcam do pisania, bo bardzo miło mi się z tobą dyskutowało i szczerze powiedziawszy przyzwyczaiłam się już do twoich komentarzy :D Trzymaj się i do zobaczenia ;)

       
      • ~Weronika

        11 października 2016 o 19:03

        Oczywiście, że nie opuszczę twojego bloga… można powiedzieć, że stał się on już moją codziennością. Tak jak wspominałam zazwyczaj piszesz w weekendy ale i tak codziennie wchodzę by sprawdzić czy może jednak coś wstawiłaś, czy może odpisałaś na mój komentarz…a co do tego to nawet nie wiesz jak mi ulżyło i jak się cieszę, że moje komentarze pod (ostatnio) prawie każdym wpisem ci nie przeszkadzają, bo zaczynałam się już martwić, że jest to dla ciebie uciążliwe i irytujące. Zresztą ja tez polubiłam z tobą pisać miło, że szanujesz czytelników i odpowiadasz na moje pytania i akceptujesz moje uwagi :D Zresztą pomyślałam lub chyba nawet kiedyś o tym wspomniałaś, że jesteś ciekawa opinii innych i chcesz wiedzieć czy wpis się podoba lub czy należy coś poprawić. I tak przy okazji jak mogę pod opowiadaniem ”Finałowa bitwa o wyspę Jorvik ” pod koniec lub gdzieś w trakcie pomyliłaś trochę osoby i trzeba było się domyślać kto to powiedział lub do kogo było to kierowane i w jeszcze poprzednim opowiadaniu napisałaś (cytuję) : ,,- Spokojnie Lana, zaraz poczujesz się lepiej – usłyszałam spokojny głos Lany i poczułam dotyk jej ciepłej ręki na moim czole” domyśliłam się, że miała powiedzieć to Alex ;) ale na przyszłość polecam abyś przeczytała po kilka razy swoje opowiadanie i sprawdziła czy nie ma np. takich pomyłek. Taka drobna uwaga ode mnie :D A teraz idę czytać najnowszy wpis .
        PS: przepraszam za błędy w moim poprzednim komentarzu ale pisałam na telefonie, a on lubi zmieniać mi słowa. :D