RSS
 

List z domu i nocna wyprawa do Zakazanego Lasu…

06 lis

11 października 2020

Wiesz pamiętniczku, zawsze mówiono mi, że kiedy składasz komuś obietnicę to jest święte i pod żadnym pozorem nie można złamać danego słowa. Oczywiście podpisuję się pod tą zasadą rękami i nogami, bo sama nie cierpię, gdy ktoś nie dotrzymuje słowa albo mnie oszuka. Jednak tego dnia dowiedziałam się, że nie wszystko w życiu można przewidzieć i czasem poczucie obowiązku bierze górę nad przyrzeczeniem…Zagadkowo dziś piszę, prawda? Sprawa też nie jest prosta i naprawdę nie łatwo mi o tym pisać, ale złamałam słowo, które dałam Rose. Wiem, że miałam się nie mieszać w sprawy Scorpiusa Malfoya, wiem…ale czułam, że on coś planuje i moje intuicja mnie nie zawiodła! Nie wiem dokładnie, co to ma być, ale jestem pewna, że jego działania wykraczają poza regulamin szkoły…a ja też złamałam nie jeden, żeby się tego dowiedzieć. Ale powoli…wyjaśnię ci wszystko od początku, więc błagam nie oceniaj mnie od razu…chociaż ty, pamiętniczku. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że dzień zaczął się całkiem przyjemnie i nic nie zapowiadała takiej katastrofy i bratania się złem w najczystszej postaci w celu uniknięcia szlabanu…

Kolejne piękne popołudnie mijało mi jak pstryknięcie palców. Siedząc pod wielkim dębem na błoniach, patrzyłam się na szybko płynące chmury i z niepokojem doszłam do wniosku, że moje życie płynie tak samo szybko. Już ponad miesiąc jestem w Hogwarcie, a czuję jakbym mieszkała tu kilka lat! Wpadłam po prostu w rutynę. Nawet przyzwyczaiłam się do złośliwości Irminy i ignorowania mojej osoby przez Krukonów. Chyba to zaakceptowałam. Po prostu nie robiło to już na mnie wrażenia. Nauczyciele zadają nam strasznie dużo wypracowań i mam sporo materiału do opanowania (zwłaszcza, że pochodzę z mugolskiej rodziny i wciąż zwykłe rzeczy są dla mnie nowością). W sumie to nawet nie mam czasu , żeby spokojnie pomyśleć nad tym, co się w okół mnie dzieje. Takie spokojne popołudnie jak dziś, rzadko się trafia. Po przerwie obiadowej powinniśmy mieć Obronę przed Czarną Magią, ale profesor Daydar powiedział nam, że spóźni się godzinę, bo musi załatwić coś w Hogsmade i musimy na niego poczekać. Gryffoni oczywiście nie posiadali się z radości, ale większość Krukonów miała skwaszone miny, bo przygotowywali przez cały wieczór długie referaty o zaklęciach zaawansowanej samoobrony. Ja należałam do grupy zadowolonych. Nie dlatego, że się nie przygotowałam albo nie lubiłam tych lekcji, nie…po prostu czułam, że potrzebuję odpoczynku. W efekcie wylądowałam na błoniach z Tobbym, Rose, Lily, Hugo, Albusem, Jamesem i Leonardem. Ja, dziewczyny i Tobby siedzieliśmy na kocu w cieniu, a chłopcy ćwiczyli manewry quidditcha. Od października zaczęły się rozgrywki o puchar domów i wszyscy tylko o tym mówili. Leonard kompletnie oszalała na tym punkcie. Został rezerwowym szukającym Gryffonów (dzięki wstawiennictwu Jasmesa) i żyje tylko quidditchem. Biedaczek chyba liczy na to, że zagra w pierwszym meczu. Nie chciałabym być w skórze Jamesa, kiedy Leo dowie się, że jednak nie zagra…

Rose zajęła się swoją pracą domową,Tobby siedział i rysował coś w swoim szkicowniku, a ja pozwoliłam Lily „zająć się” moimi włosami. Dziewczynka cały czas coś mówiła, ale wystarczyło, jeśli ja i Rose co jakiś czas przytaknęłyśmy w odpowiednim momencie. Ułożyłam się wygodnie na brzuchu i wyjęłam z kieszeni list od mamy, który noszę ze sobą już od śniadania. Mama tak długo zwlekała z odpowiedzią, że bałam się, czy aby mój list rzeczywiście dotarł na miejsce. W końcu miałam chwilę, że go przeczytać. Drżącymi rękami rozdarłam papier. Tak bardzo tęskniłam za mamą…

Kochana Sabrino
Bardzo się cieszę, że tak szybko zaaklimatyzowałaś się w nowym miejscu. Wiedziałam, że ta szkoła będzie dla ciebie najbardziej odpowiednim miejscem. Zawsze uważałam, że jesteś wyjątkowa i pewnego dnia to odkryjesz. Nie sądziłam tylko, że jesteś czarodziejką. Mam nadzieję, że znajdziesz w Hogwarcie dużo przyjaciół…

- Padnij! – usłyszałam krzyk Leo i w ostatniej chwili przylgnęłam do ziemi, bo w przeciwnym razie dostałabym tłuczkiem po głowie

- Co robisz?! Chcesz nas zabić?! – krzyknęłam

- Pardon madame. Ta piłka jest nieokiełznana jak dziki zwierz – odparł Leo teatralnym głosem, zawrócił swoją miotłę i śmignął z powrotem do kolegów. Zakrztusiłam się pyłem, który uniósł się za nim w powietrzu.

- Jaki szpaner… – prychnęłam

- Kiedy stary Crouch dowiedział się, że Leo został przyjęty do drużyny kupił mu najnowszy model miotły – pokiwała głową Lily – Chciałbym mieć takiego dziadka…

- Mamy najlepszego dziadka na świecie, Lily – zganiła ją Rose – Przynajmniej interesuje się nami cały czas, a nie od święta albo wtedy, gdy coś osiągniemy…

- Poza tym my nie gramy w quidditcha i nie potrzebujemy takich mioteł – stwierdziła pojednawczo Lily

- Mówicie, że dziadek nie poświęca Leonardowi czasu? – wyłapałam

- Po prostu jest bardzo zajęty – Rose znacząco poruszyła brwiami – Wiesz…Leo od dziecka spędzał z nami u naszych dziadków większość wakacji. Stąd go tak dobrze znamy.

- Jest dla nas prawie jak rodzina – dodała Lily – Zawsze jest wesoło, kiedy do nas przyjeżdża. Babcia mówi, że czuje się, jakby przyjęła pod swój dach połączenie wujka Freda i Georga. – zachichotała

- Tak, Leo zawsze jest pełen energii i w nastroju do żartów, ale gdy ktoś zaczyna mówić o domu albo jego rodzinie…szybko się ulatnia – Rose oderwała się od pisania i spojrzała ze smutkiem na Leo, który balansował na czubku miotły – Biedny dzieciak…w sumie wychował się wśród obcych.

- A może dlatego tak się zachowuje? Bo chce zwrócić na siebie czyjąś uwagę, chce, żeby dziadek i mama się nim zainteresowali…

- Może… – szepnęła Rose, a Lily ciężko westchnęła i przesunęła się na drugą stronę, żeby zrobić mi warkocz po prawej

Dobrze, że ja nie mam takiego problemu…wróciłam zatem do czytania listu.

…Pamiętaj, że jesteś mądrą, kochaną, empatyczną i wrażliwą dziewczyną tylko musisz się otworzyć na ludzi. Zapomnij o tym, co było w Londynie. Zaczęłaś nowe życie, więc unikaj kłopotów. Znam cię Sabrina…wiem, że coś przeskrobałaś, ale nie chcesz mnie martwić i przedstawiasz wszystko w różowych barwach. Cokolwiek by się stało, pamiętaj, że bardzo cię kocham…

Pisnęłam, bo wielka piłka uderzyła w sam środek mojej kartki. Wyciągnęłam ją szybko i otrzepałam. No teraz to przesadził…

- Uuuu Socretto dostała list od ukochanego? – niespodziewanie usłyszałam obok siebie wesoły głos Leonarda

- Co?! Crouch, nie wiesz, że nie czyta się prywatnych listów!?

- „pamiętaj, że bardzo cię kocham” no, no Socretto, nie znałem cię od tej strony… – gwizdnął

- Leo, pobiję cię! – zagroziłam

- A tak właściwie co ty tam czytasz, Sabrina? – zainteresowały się dziewczyny – Naprawdę masz tajemniczego wielbiciela? – podekscytowała się Lily

- Nie! Na brodę Merlina! To list od mamy…

- Tak od mamy… – zachichotał Leo

- A idź stąd! – złapałam kamień i rzuciłam w jego stronę, ale chłopak zręcznie go ominął, śmiejąc się dziko

- Jak ja go nie cierpię… – zazgrzytałam zębami

- Nie zwracaj na niego uwagi. Leonardowi brakuje w życiu adrenaliny i każdego tak prowokuje – przewróciła oczami Rose – A zwłaszcza osoby, które dają się łatwo wyprowadzić z równowagi.

- Co u twojej mamy w Londynie? – zapytała zaciekawiona Lily

- Jeszcze nie wiem, nie skończyłam listu – westchnęłam, otwierając kolejny raz pogniecioną kartkę. Niech tylko ktoś mi jeszcze raz przeszkodzi…

…Jeśli chodzi o święta…mamy jeszcze dużo czasu na podjęcie decyzji. Napisałaś, że dużo uczniów wraca do domu, ale część przecież zostaje, prawda? A może lepiej by było, gdybyś została na święta w Hogwarcie i spróbowała wczuć się w atmosferę świąt w świecie magii? To na pewno inne doświadczenie niż zwykłe mugolskie święta w Londynie. Zapytaj się przyjaciół, może ktoś z nich też zostaje na świta w szkole. Pomyślimy jeszcze o tym. Jestem dumna z twoich osiągnięć i cały czas o tobie myślę Sabrinko. W domu wszystko w porządku. O nic się nie martw.
Mama

Początkowa fala ulgi i ciepła jaka zalała mnie na początku czytania listu, zmieniła się w skurcz żołądka i niepokój. Pozornie nic się nie stało. Może mama naprawdę chce, żebym dobrze się tu poczuła i odnalazła swoje korzenie, ale…czy ona nie chce, żebym spędziła z nią święta? Ma tylko mnie, a ja ją. Zawsze jadłyśmy razem kolację, śpiewałyśmy kolędy i szłyśmy na pasterkę do kościoła. Nie wyobrażam sobie świąt bez mamy…ona najwyraźniej beze mnie tak. Poczułam ukłucie w klatce piersiowej i przełknęłam łzy. Nie, to nie jest w stylu mojej mamy. Ona by w życiu tak nie napisała. Nie chce mnie martwić i wszystko opisała w optymistycznej, przerysowanej wersji. Coś się stało i stara się to ukryć. Przynajmniej w tym jesteśmy do siebie podobne…

- Mama przysłała mi wczoraj najnowszy katalog mody z Hogsmade – chwaliła się Lily z buzią pełną czekoladowych żab – Widziałam w nim taką śliczną błękitną sukienkę…mama powiedziała, że może mi ją kupi na bal Halloweenowy.

- Lily, to był magazyn mody dla dorosłych – parsknęła Rose, przerysowując runy z książki do zeszytu – Nie sądzę, żeby ciocia Ginny kupiła ci taką sukienkę, bo wyglądałabyś w niej śmiesznie.

- Sama wyglądałabyś w niej śmiesznie – oburzyła się dziewczynka

- AŁA moje włosy – jęknęłam, gdy Lily ze złości mocniej pociągnęła moje włosy. Zaczynam żałować, że pozwoliłam jej pobawić się we fryzjera.

- Przepraszam, to nie ciebie powinnam pociągnąć za włosy – mruknęła skruszona

- Lily, chodziło mi o to, że jesteś jeszcze za mała na takie sukienki – westchnęła Rose i spojrzała przepraszająco na kuzynkę

- Taaak, bo ty jesteś taka dorosła – przewróciła oczami mała

- Na pewno starsza od ciebie – wzruszyła ramionami i wróciła do pisania, a Lily skrzywiła się i pokazała jej język – Widziałam – burknęła Rose znad zeszytu

- To niesprawiedliwie! – wykrzyknęła Lily, wyrzucając ręce w górę – Dlaczego ty możesz chodzić w takich ładnych sukienkach i podobać się chłopcom?! Pewnie wszyscy będę cię prosić do tańca! A ja? Ja może też bym chciała, żeby ktoś mnie poprosił…

- Jeszcze się doczekasz tych swoich tańców Lily! – zaśmiała się głośno Rose – I zapewniam cię, że będziesz miała dość.

- A ty masz dość? – wzięła się pod boki w buntowniczej pozie

- O taak – pokiwała głową moja przyjaciółka

- Nie wierzę ci! Kto miałby dość tłumu chłopaków, uganiającego się za tobą i proszącego cię o jeden taniec? – poskarżyła się płaczliwie Lily. Ja i Rose spojrzałyśmy się na siebie i wybuchnęłyśmy śmiechem.

- Nie kłóćcie się, nie ma o co – stwierdziłam, ale młoda Potterówna nadal była obrażona

- Lily skarbie…chłopcy wcale się za mną nie uganiają. Co najwyżej zatańczę z twoimi braćmi i może jakimiś nadętymi Krukonami, to wszystko.

- Ale to i tak kilku chłopców, a mnie nikt nie chce poprosić! – nie ustępowała

- Hmm…musisz być cierpliwa – mruknęła Rose, przygryzając wargę od wewnątrz, żeby nie wybuchnąć śmiechem

- A ty? – spojrzała na mnie Lily. Poczułam, że pod wpływem jej spojrzenia robię się czerwona.

- Eee to będzie mój pierwszy taki bal w życiu – odparłam zaskoczona – ale nie sądzę, żeby ktoś chciał ze mną tańczyć.

- No właśnie! Bo będą się gapić na starsze dziewczyny w tych ślicznych sukienkach…

- Nie, to chyba nie w tym rzecz… – prychnęłam

- Albus! To prawda, że mama obiecała mi kupić tą błękitną sukienkę na bal przebierańców? Ty nie umiesz kłamać – Lily podskoczyła do chłopaków, którzy właśnie przy nas lądowali. Wszyscy zgodnie rzucili się na lemoniadę, podczas gdy Lily skakała obok nich jak mały, rudy krasnal i machała im katalogiem przed nosem. Albus odłożył w końcu kubek, wytarł buzię rękawem, zmarszczył brwi i wziął od siostry magazyn.

- Czy ja wiem…coś tam mówiła… – podrapał się po głowie, a w oczach Lily błysnęła nadzieja – Jak zaczęłyście gadać o ciuchach wyłączyłem się – stwierdził w końcu, a dziewczynka załamała się

- Czekaj, ja coś pamiętam – odparł James, który wypił swoją lemoniadę jedynym duszkiem – Pokaż to Albus, niech moje wprawne oko na to spojrzy…

- A od kiedy ty znasz się na modzie, James? – parsknął Albus

- Po prostu wiem, w czym dziewczyna wygląda dobrze – stwierdził pewnie, zabierając katalog.

- A może raczej „bez czego” wygląda dobrze – zachichotał Leo

- Nie pajacu… – zachichotał James i chciał go trzepnąć po głowie, ale Leo szybko odskoczył, śmiejąc się – Chociaż…hoho całkiem niezłe te czarownice… – gwizdnął, a chłopcy zainteresowali się katalogiem. Rose przewróciła oczami.

- James, miałeś im powiedzieć! – tupała nogą Lily, ale chłopcy byli zajęci oglądaniem modelek i chichotaniem

- Ta w niebieskim jest ładna, nie?… – James szturchnął Albusa

- Noo… – rozmarzył się Leo

- To znaczy ta niebieska sukienka jest ładna młody, sukienka – poprawił się szybko James

- Tak, tak, pewnie wyobrażałeś sobie swoją Leslie w takiej sukience…

- Młody! To nie dla ciebie gazety – zaczerwienił się James i szybko zaczął przewracać strony – To o której sukience mówiłaś Lily?

- Właśnie o tej… – westchnęła zniecierpliwiona, przewracając katalog na odpowiednią stronę

- No nieźle! – zagwizdał Hugo

- Ohoho siostrzyczko… – wytrzeszczył oczy Albus – Takiej sukienki to nawet mama by nie kupiła.

- Obiecała mi błękitną!

- Czekaj Liluś…może chodziło jej o taką – James przewrócił na ostatnie strony z ubraniami dla dziewczynek – No i masz! Błękitna jak w mordę strzelił – zawołał

- Pasterka Zosia! No nie mogę! – zaryczał ze śmiechu Leo

- Co?! Pokażcie mi to! – Lily wyrwała bratu katalog, a widząc uroczą, błękitną sukieneczkę w białe kropki o mało się nie popłakała.

- Tak możesz się ubrać na bal – pokiwał głową James, a na jego ustach igrał kpiarski uśmieszek. Poklepał siostrę po głowie.

- Nie wierzę… – jęknęła Lily

- Pastereczka…idealnie pasuje… – Leo aż się popłakał ze śmiechu

- Och daj jej spokój Crouch! Jesteś okrutny! – ofuknęłam go, czując, że powinnam solidaryzować się z Lily

- Życie jest niesprawiedliwe! Rose znowu będzie wyglądała jak jakaś bogini, wszyscy będą z nią tańczyć, nawet Malfoy, a ja będę się musiała zadowolić ponczem i ciastem dyniowym!

- Lily! – Rose na wzmiankę o Malfoyu zrobiła się czerwona

- No co?! Przecież wiem, że dla niego się tak stroisz! – Lily była już na skraju rozpaczy i chyba było jej wszystko jedno, co mówiła

- Poważnie Rose? Romansujesz ze Scorpiusem? – zainteresowali się chłopcy

- Oczywiście, że nie! – wściekła dziewczyna zatrzasnęła podręcznik – Śledziłam go przez pewien czas na potrzeby Klubu Przyjaciół Książek.

- A co, chciałyście od niego autografy? – zażartował Leo

- Nie bądź śmieszny – skasowała go wzrokiem

- Czekaj aż powiem o tym tacie…przyjecie specjalnie na bal, żeby cię pilnować – zaśmiał się Hugo

- Ani mi się waż! – zdenerwowała się Rose

- Więc jednak coś między wami jest – zauważył Albus

- Nie! – broniła się dziewczyna

- To prawda. Ostatnio prawie by się pobili – włączyłam się, ale to tylko podsyciło ich ciekawość. Jedynie James nagle spoważniał.

- Jesteście okropni! Po prostu nam zazdrościcie, bo będziemy pięknie przebrane na bal i wszyscy będą chcieli z nami tańczyć – wystrzeliłam

- Tak? A ty za kogo się przebierasz na bal, Socretto? – zapytał zadziornie Leo

- Za nikogo – powiedziałam wyniośle

- No tak, ona nie musi się za nikogo przebierać na Halloween – mruknął Leonard do Albusa, a Potter zakrztusił się lemoniadą

- Zamorduję cię, Crouch! – nie wytrzymałam – Chodź tu!

- Oho wiedźma na 12! Odwrót taktyczny! – zawołał ze śmiechem i plącząc się o własne nogi, pobiegł przed siebie

- Sabrina, on cię prowokuje… – krzyczała za mną Rose, ale wściekłość mnie zaślepiła i widziałam tylko Croucha jako swój cel. Z kolei on zachowywał się, jakby dostał turbodoładowanie. Biegał, podskakiwał, krzyczał i przezywał mnie, a ja jak głupia odgrażałam się, goniłam go i starałam się trafić jednym z moich zaklęć. Wielu uczniów nas obserwowało i podśmiewało się cicho. Domyślam się, że wyglądało to dość komicznie. Zwłaszcza, że Leo zdawał się w ogóle nie męczyć. Zatoczyliśmy wielkie koło i wróciliśmy do przyjaciół. Ledwo dysząc osunęłam się na koc. Byłam wściekła, bo pomimo całego trudu jaki włożyłam w ten pościg, nie udało mi się go złapać. Jedynie drasnęłam go zaklęciami.

- Wiesz Socretto, teraz jesteś tak czerwona, że mogłabyś udawać dynię – zauważył

- Spadaj Crouch – wydyszałam i ostentacyjnie odwróciłam od niego wzrok

- Nie załamuj się, Socretto, nie było tak źle – zanim zdążyłam się zorientować, Leo podleciał do mnie na miotle ze swoim małpim uśmiechem i poklepał mnie po głowie – Może kiedyś mnie złapiesz – puścił do mnie oko i poleciał do chłopaków, którzy wrócili do gry

- Co za bezczelność! – gotowałam się ze złości

- Odpuść Sabrina, to Leonrad…jego nie zmienisz – pokręciła głową Lily

- Tobby, widziałeś to? – zwróciłam się do przyjaciela, który siedział oparty o pień drzewa i zawzięcie rysował w swoim notatniku – Tobby? – przysunęłam się do niego, ale chłopak zupełnie mnie nie zauważył, jakby wpadł w jakiś trans. Zmarszczyłam brwi i przygryzłam wargę. Martwię się o niego. Na lekcjach też zdarza mu się tracić kontakt z rzeczywistością w ten sposób. Zawsze to wiąże się z tym przeklętym notesem. Zajrzałam mu przez ramię. Znowu rysował to drzewo…Bijącą Wierzę. Od kilku tygodni pracuje na tym samym rysunkiem. Szkicuje, cieniuje, poprawia…widać każdy najmniejszy szczegół. Nie wiem, czy on tak bardzo lubi to drzewo, czy to początek jakiejś obsesji. W każdym razie to nie jest normalne. Muszę mu to jakoś uświadomić. Boję się tylko, że Tobby sam tego nie kontroluje. Potrząsnęłam nim lekko, a chłopak podskoczył i wziął głęboki oddech, jakby właśnie wynurzył się z wody. Wytrzeszczyłam na niego oczy i odsunęłam się zaskoczona.

- Sabrina? – MacMillan rozejrzał się w okół mętnym wzrokiem

- Tak Tobby…wszystko w porządku?

- Eee jasne – odparł niepewnie. Wciąż zdawał się nie wiedzieć, gdzie się znajduje.

- Znowu odleciałeś, wiesz? – skrzyżowałam ręce

- Przepraszam – zacisnął usta i wbił wzrok w ziemię. Przełknął ślinę i zamknął swój notes.

- To od tego rysowania, prawda? – złapałam go za rękę

Chłopiec spojrzał się na mnie, a na jego twarzy było mnóstwo emocji. Strach, zmęczenie, zagubienie i dezorientacja.

- Właściwie to nie wiem… – chrząknął – Kiedyś tak nie było – dodał szeptem

- Tobby, pamiętaj, że chcę ci pomóc. Jesteśmy kumplami, tak?

- Pamiętam, dziękuję – uśmiechnął się słabo

- Dlatego proszę cię, nie rysuj przez jakiś czas w tym notesie… – zaczęłam powoli

- Nie mogę! – Tobby gwałtownym ruchem przytulił do siebie notes – Kiedy poczuję, że muszę, rysuję. To silniejsze ode mnie.

Tego właśnie się obawiałam. Tobby nie ma nad tym kontroli.

- Hej chodźcie już, musimy się zbierać. Koniec przerwy, trzeba wracać na lekcje – przerwała nam Rose

- Już idziemy! – zawołałam

Wstałam i pomogłam podnieść się Tobbyemu, który wydawał mi się dziwnie słaby. Czyżby ten notes wysysał z niego energię? Z niepokojem patrzyłam jak mój przyjaciel człapie swoim kaczkowatym chodem na zajęcia z Opieki nad Magicznymi Zwierzętami. Muszę go obserwować…bo widzisz pamiętniczku, on jest tutaj sam, tak jak ja. Mamy tylko siebie. A z przyjaźnią jest tak, że jak już zdecydujesz się nazywać kogoś swoim przyjacielem, to jesteś za tą osobę odpowiedzialny. Tobby mnie potrzebuje. Nawet jesli on sam nie widzi na razie zagrożenie, to po to ma mnie. Jestem jego uszami i oczami. Nie mogę go zawieść.

Niestety pamiętniczku, ale to chyba było ostatnie, ładne, jesienne popołudnie. Po kolacji zaczął padać rzęsisty deszcz i uczniowie wrócili do swoich pokojów wspólnych. Ja też miałam zamiar tam zostać i odrobić pracę domową z eliksirów, ale gdy Krukoni robili wszystko, żeby mnie stamtąd przepędzić, poddałam się. Zabrałam swoje rzeczy i przeniosłam się do biblioteki. Tu przy moim stoliczku panowała względna cisza i spokój. Siedziałam nad zadaniem 1,5 godziny, ale w końcu wpadłam na pomysł jak się za to zabrać. Jednak mama miała rację mówić, że nigdy nie można się poddawać. Kolejne pół godziny spędziłam na notowaniu odpowiedzi. Kiedy w końcu skończyłam, w bibliotece zostałam już tylko ja. Zaraz będzie cisza nocna i widziałam, że bibliotekarka spogląda na mnie nerwowo. Najwidoczniej miała ze mną złe skojarzenia. Nie chciałam jej denerwować, bo byłam jej wdzięczna, że pozwoliła mi tu znowu przychodzić. Wyszłam więc z biblioteki i ruszyłam do dormitorium. Oczywiście byłam już tak zmęczona, że nie patrzyłam pod nogi i wyłożyłam się na prostej drodze. Przeklinając pod nosem uklękłam, żeby pozbierać rzeczy, które powypadały mi z torby, gdy usłyszałam jakieś głosy. Szybko schowałam się za filarem. W ostatnim momencie bo grupa chłopców w czarnych pelerynach przemknęła jak cienie po schodach i ruszyła do głównego wyjścia. Najwyższy z grupy otworzył wielkie drzwi, a jego kaptur spadł i przez chwilę zobaczyłam jasną gębę Scorpiusa Malfoya! Tak pamiętniczku to był właśnie ten moment, gdy postanowiłam złamać obietnicę. Wiedziałam, że oni coś kombinują. Czułam to przez skórę. Gdyby było inaczej, Krukonki nie zainteresowałyby się nimi i ryzykowały szlabanu przez ich dziwne karteczki. Coś musiało być na rzeczy, a ja miałam szansę, żeby dotrzeć do źródła. Tak jak się domyślasz, pobiegłam za nimi.

Nie zdziwiłam się, kiedy grupa Ślizgonów skierowała się prosto do Zakazanego Lasu. Oczywiście, że to najlepsze miejsce to załatwiania nielegalnych spraw. Już sama nazwa o tym mówi. Teoretycznie żadnemu uczniowi ani nauczycielowi nie przyszłoby do głowy, że Malfoy i jego banda mogę mieć tu do załatwienia jakieś interesy, ale ja nie dam sobie zamydlić oczu! Dzięki szlabanowi u profesor Lovegood (który zamienił się w regularne wizyty, pomoc przy magicznych stworzeniach i rozmowy przy herbacie z miodem) przestałam bać się Zakazanego Lasu i odważnie podążałam za grupą Ślizgonów. Trzymałam się blisko nich, bo nie chciałam zapalać swojej różdżki, a w tych ciemnościach łatwo było się zgubić. Jedyny czego im zazdrościłam to peleryny. Ja już cała przemokłam od wilgoci. Mam tylko nadzieję, że się nie rozchoruję, a jeśli już…to przynajmniej będę mogła powiedzieć, że było warto. W sumie to nie miałam pojęcia, dokąd ta wyprawa zmierza. Również dobrze Scorpius mógł wywoływać jakieś demony albo spotykać się z jakimś czarnoksiężnikiem, a ja głupia szłam za nimi bezbronna jak dziecko. Tak bardzo skupiałam się na otoczeniu, że nie zauważyłam nadciągającego niebezpieczeństwa i miałam małą stłuczkę. I to nie byle z kim!

- Socretto?! Co ty tu robisz?! – warknął Aiden, rozcierając czoło – Grzeczne Krukonki już dawno śpią albo czytają książkę do podusi…

- Nie jestem Krukonką! A ty, co tu robisz?! – burknęłam – Spodziewałam się, że jesteś tam z nimi.

- A tu niespodzianka, co Socretto? – wyszczerzył się okrutnie – Czemu nie palisz światła? – syknął

- Może dlatego, żeby twoi kumple mnie nie zauważyli, bo tak właśnie się kogoś śledzi – zmrużyłam oczy – A tak właściwie czemu ty nie palisz światła? – skrzyżowałam ręce na piersi

- Bo właśnie tak się kogoś śledzi – powtórzył po mnie szybko

- Nie kłam – syknęłam, wbijając w niego spojrzenie – Twój kuzyn nie wtajemnicza cię we wszystkie sprawy i też chcesz się dowiedzieć, co on knuje.

- Nie prawda – zadarł wysoko głowę – Jestem prawą ręką Scorpiusa. Jestem jego najbardziej zaufanym człowiekiem. Po prostu wysłano mnie, żebym cię zatrzymał. Myślisz, że jesteś taka cwana, co? Scorpius już dawno cię wyczuł, szlamo…

- Licz się ze słowami! – błyskawicznym ruchem szermierza wyjęłam różdżkę z buta i wycelowałam w jego perkaty nos – Jedziemy na tym samym wózku, Black. Ty też śledzisz Scorpiusa.

- Nie porównuj mnie do siebie, szlamo. Jestem od ciebie sto razy lepszy. – wycedził

- Tak? To dlaczego twój szef cię zostawił w tyle? – przekrzywiłam głowę i uniosłam brwi

Aiden otworzył buzię, ale szybko ją zamknął, bo najwyraźniej nie mógł wymyślić odpowiednio ciętej riposty.

- Gratulacje, właśnie ich zgubiliśmy – mruknęłam, oglądając się do tyłu. Aiden wykorzystał mój moment nieuwagi i popchnął mnie do drzewo. Teraz to on celował we mnie różdżką.

- Cokolwiek robi mój kuzyn, nie powinno cię to interesować, Socretto – warknął mi prosto w twarz. W jego oddechu czuć było dużo lasagne, a mnie zemdliło. Odepchnęłam go zdecydowanie.

- Nieprawdopodobne…twoja lojalność jest godna podziwu… – zmrużyłam oczy – Słuchaj baranie! Cokolwiek robi twój kuzyn, jest to niezgodne z regulaminem szkoły i myślę, że zainteresuje to profesor McGonagall.

- Jednak jesteś zasadniczą Krukonką – prychnął, a ja pod wpływem impulsu zdzieliłam go w nos. Chłopak zatoczył się do tyłu, jęcząc, łapiąc się z nos i pomstując na mnie.

- Myślisz, że nie wiem, co było na tych karteczkach?!

- Nie nie rozumiesz, Socretto – pokręcił głową

- Ty też nie – odparowałam – Więc moja propozycja jest taka. Obojgu nam zależy na odkryciu sekretu Scorpiusa, więc spróbujmy się nie pozabijać i idźmy za nim, bo za chwilę będzie za daleko, żeby go gonić. – Black cały czas mierzył we mnie różdżką – Chyba, że wolisz spędzić tu noc, bo ja nie zmierzam się poddać – wyciągnęłam moją różdżkę

- Dobrze, chodź – mruknął, nie patrząc się na mnie. Chyba wizja nocy w Zakazanym Lesie podziałała na jego wyobraźnię – Lumos – mruknął, a ja spojrzałam się na niego spode łba – No co, teraz jesteśmy tak daleko, że na pewno nas nie zauważą – wzruszył ramionami

Zdusiłam wybuch śmiechu i odwróciłam od niego wzrok. Zapaliłam swoją różdżkę i objęłam się ramionami. Jednak bał się, że Scorpius odkryje jego obecność. Mimo to był do tego stopnia lojalny wobec niego, że chciał mnie zatrzymać, abym nie poznała jego sekretów. Niesamowite…nie wiem, czy mnie byłoby na to stać. Wydaje mi się, że Scorpius traktuje Aidena na równi ze swoimi służącymi. Oczywiście chłopak nigdy się do tego nie przyzna, ale nawet jego rodzina uważa go za czarną owcę w stadzie. Wszystko to przez nazwisko.

- Aż tak ci zimno, Socretto? – zapytał po jakimś czasie Aiden

- Nie, skądże…czemu tak uważasz? – mruknęłam ironicznie

- Bo trzęsiesz się jak królik na mrozie – prychnął. Biedny królik. Stawiam 100 funtów na to, że sam to przetestował. – Mnie jakoś nie jest zimno.

- Bo masa cię grzeje – stwierdziłam bezlitośnie. Aiden aż przystanął i wciągnął powietrze ze złości. Po chwili ruszył za mną szybciej, ale ja odwróciłam się, uprzedzając jego atak -  Wiesz, gdybyś był prawdziwym dżentelmenem, dałbyś mi swoją kurtkę – zauważyłam z przekąsem

- Jeszcze czego! Nie będę dawał kurtki szlamie – burknął, ale zaskoczony opuścił gardę – Jak zamarzniesz to będzie o jeden problem mniej – wzruszył ramionami, a mnie przeszedł dreszcz.

- Dzięki, od razu czuję się bezpieczniej – mruknęłam, przeskakując zwinnie stos patyków

- Do usług – odparł i wyjął z kieszeni woreczek z jedzeniem. Ten to zawsze jest przygotowany na wszystko! – A może ty się tak trzęsiesz ze strachu, co? – zamlaskał

- Nie boję się Zakazanego Lasu – stwierdziłam pewnie

- Każdy boi się Zakazanego Lasu…zwłaszcza takie Krukonki jak ty – wrzasnął mi do ucha, a ja pisnęłam i podskoczyłam

- Zwariowałeś do reszty?! – wściekłam się

- Boisz się, wiedziałem! – śmiał się, a czekoladowe dropsy wypadały z jego ust

- Cicho bądź! Nawet nie masz pojęcia jakie stworzenia tu mieszkają – warknęłam, a Black natychmiast zamilkł

- Co masz na myśli?

- Wiesz przecież, że miałam szlaban u profesor Lovegood. Opowiedziała mi trochę o potworach z tego lasu.

- O potworach? – przełknął głośno ślinę

- No wiesz…wilkołaki, ponuraki, centaury, demony, trole górskie, czarnoksiężnicy…

- I ty tak po prostu sobie tutaj chodzisz w nocy, mimo że wiesz, co tu mieszka? – wytrzeszczył na mnie oczy

- Tak…to znaczy nie! – poprawiłam się szybko, żeby sobie nie pomyślał, że przychodzę tu regularnie. Tak naprawdę bałam się jak diabli, ale nie miałam zamiaru mu o tym mówić. – Po prostu wiem, jak się zachowywać, żeby ich nie przyciągnąć. Między innymi nie wolno krzyczeć – spojrzałam się niego znacząco

Aiden zrobił marsową minę, ale nic nie powiedział. Dalej szliśmy w milczeniu, a ja coraz bardziej traciłam nadzieję na to, że kiedykolwiek znajdziemy Scorpiusa i jego bandę. Chociaż oni to i tak mały pikuś…na myśl, że mam teraz wrócić do Hogwartu przechodziły mnie dreszcze, bo za Chiny ludowe nie mogłam sobie przypomnieć drogi powrotnej. W nocy wszystko wyglądało tu tak samo! Zgubiliśmy się! Ale tego oczywiście też nie mówiłam Blackowi…Skoro nieoficjalnie stałam się naszym przewodnikiem, nie mogłam panikować.

- Socretto? – usłyszałam jego ciche mruknięcie. Zapas słodyczy się skończył, więc opadał z sił.

- Co jest?

- Jeśli zostaniemy tu na zawsze, a nikt nas nie będzie szukał i któreś z nas będzie się musiało poświęcić, żeby drugie nie umarło z głodu…to ja na pewno nie dam się zabić – oświadczył, a mnie zamurowało. Odwróciła się do niego z otwartą buzią. Nawet nie wiedziałam jak to skomentować.

- Aiden…to najbardziej okrutna i egoistyczna deklaracja jaką słyszałam – powiedziałam powoli, patrząc w jego pyzatą, ubrudzoną czekoladą buzię – I dla twojej wiadomości to myślę, że raczej nie dojdzie tu do kanibalizmu. Prędzej napadnie nas jakieś dzikie zwierzę, a ono nie będzie się nas pytało, które jest smaczniejsze i bardziej tłuste. Choć to jest dość oczywiste.

- Ty wredna szlamo… – syknął, ale zagłuszył go jakiś szum i warknięcie jakiegoś dużego zwierzaka. Poczułam jak coś się pali.

- Co to jest? – wytrzeszczył oczy Aiden

- Nie wiem, ale to coś znajduje się za krzakami. Idziemy tam – zdecydowałam i wskoczyłam w gęstwinę

- Socretto, czekaj! – zawołał Aiden, ale ja go nie słuchałam

Przebiłam się przez krzaki na okazałą polanę, a moim oczom ukazała się wielka grota, a w niej najbrzydsza gadzina, jaką do tej pory widziałam. Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem. Myślałam, że bajki to tylko fikcja literacka…ten świat cały czas mnie zadziwia. Żółte, wielkie ślepia patrzyły się na mnie wygłodniałam wzrokiem. Gadzina zaryła pazurami w ziemię i rozpostarła skrzydła. W końcu odzyskałam mowę i zaczęłam krzyczeć, a czarny, wielki smok otworzył paszczę i zionął w moją stronę ogniem.

- Co do…a niech to! Smok! – krzyknął Aiden, wchodząc na polanę i odskakując przed lecącą kulą ognia

Ogień na całe szczęście nie sięgał do nas, ale i tak poczułam falę piekielnego ciepła. Nogi miałam jak z waty, ale cofnęłam się chwiejnie do tyłu. Dziękowałam w duszy, że smok był uwięziony w grocie magicznymi linami. Jednak gdy zobaczyłam jaka magiczna pieczęć przytrzymuje te liny, zbladłam.

- Aiden, widzisz to co ja? – zapytałam drżącym głosem, wskazując na pulsujący, widmowy znak

- Morsmorde… – wyszeptaliśmy jednocześnie. Spojrzałam się na niego. Na końcu języka miałam pytanie, skąd o tym wie, ale domyśliłam się, że w jego domu taka wiedza jest przekazywana z pokolenia na pokolenie. Ten znak był kiedyś symbolem rozpoznawczym Czarnego Pana. Pojawienie się tutaj widmowej czaszki z wężami, mogło oznaczać duże kłopoty. Czyżby ktoś postanowił iść w ślady Voldemorta?

Aiden zauważył, że patrzę się na niego, więc szybko odwróciłam wzrok. Cała siłą woli zmusiłam się, żeby nie zadać mu pytań.

- Więc to jest sekret Scorpiusa?! Co on chce z nim zrobić?! – byłam wstrząśnięta

- Nie mam pojęcia – pokręcił głową blady ze strachu Black

- Musimy o tym powiedzieć McGonagall!

- Nie, czekaj! – Black złapał mnie za rękę – A jeśli to nie mój kuzyn?

- Co ty gadasz, przecież go śledziliśmy!

- Ale nie ma go tutaj! Sama mówiłaś, że w tym lesie spotykają się różni czarnoksiężnicy. Może to smok jednego z nich.

- Chyba w to nie wierzysz… – zaczęłam, ale nagle usłyszałam trzask łamanej gałęzi

Oblał mnie zimny pot. Rozejrzałam się dookoła błędnym wzrokiem. Ktoś tu był. Czułam potężną, złą energię. Mój oddech przyspieszył, a do oczu napłynęły łzy. Śmierć nadchodziła, widziałam już żarzące się czerwienią ślepia…

- Wiejemy stąd! – zawołał Aiden i pociągnął mnie za ramię. Gdyby nie to, nie ruszyłabym się wtedy z miejsca. Puściłam się sprintem przed siebie walcząc o życie. W tym momencie obudził się we mnie instynkt przetrwania. Biegłam na oślep byle dalej od tej przeklętej polany. Nagle mnie olśniło. Aiden! Jest przecież o wiele wolniejszy ode mnie. Zatrzymałam się ciężko dysząc. Wrócić po niego czy zostawić? Za to jak mnie traktuje należałoby go tam zostawić na pastwę losu! Z drugiej strony on mógł zrobić to samo, a ja stałabym na tej polanie jak cieć przy hałdzie żwiru. W tym momencie pamiętniczku podjęłam bardzo dojrzałam i dorosłą decyzję. Możesz być ze mnie dumny, bo wróciłam po niego. Biedny przewrócił się o wystający korzeń i wpadł w kałużę z błota. Pomogłam mu wstać w ostatnim momencie i razem biegliśmy na złamanie karku do Hogwartu. Już nawet nie pamiętam jak nam się udało tam dotrzeć. Wiem tylko tyle, że rozstaliśmy się przy drzwiach głównych bez słowa. Za dużo emocji jak na jedną noc… Na szczęście nie spotkałam Irytka w drodze do dormitorium. Tylko tego by mi brakowało. Umyłam się w łazience Jęczącej Marty, żeby przypadkiem nie obudzić Irminy i wślizgnęłam się do łóżka najciszej jak mogłam. Teraz, gdy kończę pisać, niebo zaczyna się przejaśniać. Dzisiaj już raczej się nie wyśpię, ale jednego jestem pewna. To była najgorsza noc w moim życiu. Jak nic byłoby po mnie! Jak Scorpius może trzymać smoka?! Jak w ogóle udało mu się go złapać?! I po co…Jednak życie nie jest czarno-białe i pojawia się w nim mnóstwo odcieni szarości. Złamałam obietnicę, ale odkryłam coś co może rzutować na całe bezpieczeństwo Hogwartu. Ktoś używa znaku Voldemorta! Czy to nie jest wystarczającym usprawiedliwieniem? Mam nadzieję, że tak, bo zamierzam kontynuować moje śledztwo, a to zalicza się do mieszania się w sprawy Malfoya…Rose urwie mi za to głowę.

 

 
 

Tags: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~Weronika

    7 listopada 2016 o 16:28

    No i w końcu się doczekałam… :D Powiem, że bardzo mi się podobało i coś czuję, że Leo może w przyszłości wiele znaczyć dla Sabriny…ale to tylko moje przypuszczenia i w związku z tym mam pytanie.
    Cała seria Harrego Pottera opiera się na kilku częściach, paru latach z jego życia i czy będziesz również opisywać ( chyba 6 już nie pamiętam) lat z życia Sabriny? W odstępach między poszczególnymi częściami??? Czy jednak opiszesz tylko jeden rok z jej życia w Hogwarcie?

     
    • Lulubell

      7 listopada 2016 o 22:53

      Mam zamiar opisać wszystkie lata nauki Sabriny w Hogwarcie podobnie jak w oryginalnym Harrym Potterze. Oczywiście pojawi się jakiś ciemny charakter, z którym Sabrina i jej przyjaciele będą walczyć. Tutaj jest zapis w formie pamiętnika, więc pójdzie trochę szybciej ;) Tak masz rację, Leo będzie w przyszłości ważną osobą w życiu Sabriny, ale Aiden i Tobby też…cała czwórka będzie ze sobą w pewien sposób połączona, ale więcej na razie nie powiem. Już nie długo wszystko się wyjaśni :)