RSS
 

Konsekwencje nocnej eskapady, szataż Klubu przyjaciół Książek i niebezpieczna rozgrywki quidditcha w atmosferze czarnej magii…

13 lis

15 października 2020

Minęły cztery dni od czasu, gdy wymknęłam się w nocy do Zakazanego Lasu i razem z Aidenem Blackiem odkryliśmy gigantycznego smoka w grocie. Nikomu o tym nie powiedzieliśmy i sami także o tym nie rozmawialiśmy. Właściwie to nawet się unikaliśmy albo po prostu zbieg okoliczności sprawiał, że nie wchodziliśmy sobie w drogę. Byłam zadowolona z takiego obrotu sprawy, bo nie musiałam być przygotowana na atak z dwóch frontów (to znaczy od Ślizgonów i Krukonów), a skoncentrowałam się bardziej na obronie przed Irminą i moją klasą. Zaoszczędziłam trochę na siniakach, ale byłam pewna, że Aiden wkrótce się otrząśnie i wróci do gnębienia mnie. I wcale nie chodzi mi o to, że tak po chamsku mnie pobije, nie…on przygotował dla mnie bardziej „wyrafinowane metody”. Otwiera znienacka drzwi, gdy biegnę korytarzem, żeby nie spóźnić się na kolejną lekcję…albo popycha mnie na schodach…często też podstawia mi nogę…ciągnie za włosy, a na eliksirach wrzuca mi za kołnierzyk jakieś obrzydliwe, szczypiące robaki. Ja zaczynam podskakiwać i piszczeć, przewracam wszystko co mam na stole, klasa się śmieje, a Zynox ze swoim krecim wzrokiem nigdy nie widzi prawdziwego winowajcy. Zawsze to ja obrywam po głowie, tracę punkty, muszę sprzątać salę, a wieczorem Irmina robi mi w pokoju awanturę o to, że tracimy przeze mnie miejsce w rankingu i reputację. To jest szczyt wszystkiego! Ona dobrze wie, że to Aiden mnie torturuje…a ona mu w tym dorównuje. Więc sam widzisz pamiętniczku, że te parę dni i tak było dla mnie błogosławieństwem. Teraz mogę się spodziewać ponownego „ataku drzwi”…

Pomijając jednak szok Blacka i jego chwilę słabości, jestem naprawdę zdumiona, że żaden nauczyciel ani uczeń nie doniósł na nas do dyrektor McGonagall. Naprawdę wyszliśmy i wróciliśmy niezauważeni? To aż niemożliwe…Ktoś musiał coś wiedzieć, to byłoby za piękne…Właśnie tego dnia przekonałam się, że wszystkie nasze działania pozostawiają po sobie jakiś ślad, a my musimy przyjąć na klatę ich konsekwencję. Czasem są naprawdę ciężkie, ale jak powiedziało się A, to trzeba powiedzieć B i brnąć dalej w ten ciemny busz…

Tak jak powiedziałam na początku, przez pierwsze dni w ogóle nie mówiłam nikomu o nocnej wyprawie. Rano szłam na śniadanie z duszą na ramieniu, bo bałam się, że do jadalni zaraz wkroczy dyrektor McGonagall z profesor Gretel, zabiorą mnie do gabinetu i każą się pakować. Nic takiego się nie stało, a ja czekałam z napięciem i udawałam, że nic się nie stało…Dzisiaj już nie wytrzymałam i stwierdziłam, że muszę z kimś porozmawiać. Wszyscy byli pochłonięci rozmową o  quidditchu, ponieważ po południu miał się odbyć mecz między Gryffonami a Ślizgonami. Chłopcy biegali na przerwach i obstawiali na swoje ulubione drużyny, rozmawiali o taktyce, a niektórzy sprzedawali plakietki i flagi z ruszającymi się obrazkami do kibicowania (oczywiście wtedy, gdy nauczyciele nie widzieli, bo handel w szkole był nielegalny). Dziewczyny oglądały zdjęcia zawodników ze starszych klas i plotkowały o tym, który z nich jest najprzystojniejszy, tworzyły jakieś pożal się Boże rankingi i zbierały autografy…Leo i Aiden, jako gwiazdy w tegorocznych składach, błyszczeli na korytarzach i chodzili dumni jak pawie. Gorzej gdy przypadkowo weszli sobie w drogę. Dziś już dwa razy się pobili. Oczywiście takie bójki zawsze wywoływały dużo emocji wśród uczniów i zbierały wielu gapiów. Wściekły profesor Hopeson powiedział, że jak jeszcze raz dojdzie do takiej sytuacji, zdyskwalifikuje jednego i drugiego zawodnika, dlatego do końca dnia kapitanowie ich pilnowali. Atmosfera i tak była gorąca…wszyscy z niecierpliwością czekali na koniec lekcji.

Jedyną osobą, która była tym wszystkim zainteresowana w tak niewielkim stopniu jak ja, był Tobby. Tak, mój Tobby – największy fan quidditcha. Już samo to było niepokojące, dlatego na zielarstwie postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce. Poczekałam, aż profesor Longbottom odwróci się do tablicy, żeby zapisać obserwacje i wnioski z naszego eksperymentu, po czym szturchnęłam Puchona łokciem. Chłopak znowu rysował w tym swoim notesiku i zapomniał o całym świecie. Coraz bardziej traci nad tym kontrolę. Zielarstwo to jego ulubiona lekcja i zawsze starał się być na niej aktywny i przytomny.

- Tobby! – syknęłam, gdy przyjaciel nie reagował. Szturchnęłam go jeszcze raz, ale on po prostu był w transie. Przygryzłam wargę. Jeśli teraz wyrwę mu pióro, on może zacząć się drzeć na całą klasę. Nie jestem w stanie przewidzieć jego reakcji. Muszę jednak złapać z nim jakiś kontakt! Dobra Sabrina…to musi być szybka akcja. Wzięłam głęboki wdech, rozciągnęłam palce, policzyłam do trzech, po czym wyrwałam mu pióro z ręki, a drugą dłonią zakryłam mu usta. Tobby w pierwszy momencie tak jak przypuszczałam zaczął się szarpać, ale szybko się uspokoił, a do jego mętnego wzroku znowu wróciły iskry. Nikt niczego nie zauważył. Dobrze, że siedzieliśmy na końcu. Jedynie Midas odwrócił się do nas przez ramię. Widząc, co robię, wytrzeszczył oczy. Wyszczerzyłam się i machnęłam ręką, na znak, że wszystko w porządku, ale on tylko poprawił okulary i zmarszczył brwi, uśmiechając się wrednie.

- Panie profesorze, Socretto dusi naszego Tobby’ego… – powiedział z triumfem, jakby właśnie udowodnił, że jestem poszukiwanym mordercą

- Ty kretynie… – jęknęłam cicho, puszczając natychmiast Puchona

Cała klasa odwróciła się w naszą stronę. Dobrze, że MacMillan już wrócił do siebie i wyglądał normalnie. Profesor Longbottom odłożył kredę i skrzyżowała ręce.

- Co wy tam robicie na końcu? – westchnął

- Na pewno chce profesor wiedzieć? – zachichotał rudy Spike, a ja rzuciłam w tył jego głowy gumką – AŁA! – wrzasnął i obrócił się czerwony ze złości

- Sabrina! – zdenerwował się nauczyciel

- Pilnuj swojego nosa, Spike – warknęłam

- Zamknij się, Socretto – syknęła Irmina

- Panie profesorze, ona nie może siedzieć z naszym Tobbym! Ta wariatka go zabije – biadoliła Puchonka Sandy.

- Uspokójcie się! Jak wy się zachowujecie! – profesor uderzył ręką w biurko

- Nic mu nie zrobiłam! – broniłam się – Po prostu on chciał kichnąć, a ja nie chciałam…żeby kichnął na plecy Ernolda – improwizowałam

- Może niech sam poszkodowany się wypowie – nauczyciel wskazał ręką na Puchona

- Sabrina mówi prawdę, nic się nie dzieje – odparł lojalnie Tobby. Był już spokojny i opanowany, nie został ślad po Tobby-maniaku. Przełknęłam ślinę, patrząc na niego. Co się z nim dzieje? Ma rozdwojenie jaźni czy co?

- Zanotowaliście obserwacje? – pytał dalej profesor

- Właśnie to robimy – potarł nos Tobby. Oczywiście kłamał. Obserwowałam go od kilku tygodni i powoli uczyłam się jego zachowań. Gdy kłamał albo był zakłopotany, zawsze pocierał nos.

- Pospieszcie się, bo zaraz przechodzimy do wniosków. Dokończycie po lekcji…to, co zaczęliście – dodał niepewnie, a klasa zachichotała

Zabrałam się za pisanie. Po chwili jednak szturchnęłam przyjaciela łokciem. Podniósł wzrok znad papieru i widząc, że Longbottom nie patrzy, odezwał się do mnie.

- Znowu to samo? – mruknął

- Tak. Mówiłam ci, że musisz z tym skończyć – odparłam, nie odrywając wzroku od tekstu

- Przepraszam Sabrina…ale ja nie potrafię – szepnął płaczliwie

- Dobra, wrócimy do tego potem – westchnęłam – Muszę powiedzieć ci coś ważnego – przysunęłam się bliżej niego – Cztery dni temu byłam nocą w Zakazanym Lesie.

- Zwariowałaś?! – powiedział głośniej, a ja natychmiast dla niepoznaki odsunęłam się na swoją stronę. Odczekałam chwilę i posłałam mu piorunujące spojrzenie. Chłopak przełknął ślinę.

- Wracałam z biblioteki i wpadłam na Malfoya i jego bandę. Wychodzili z Hogwartu, więc poszłam za nimi. Czułam, że coś knują. Poszli do Zakazanego Lasu. Wpadłam tam na Blacka. – kontynuowałam konspiracyjnym szeptem

- Jeszcze on…no świetnie – Tobby wziął głęboki oddech

- Malfoy też go nie wtajemniczył w swój plan.

- No i co z tego? To tylko dowodzi, że robi coś naprawdę strasznego. Byłaś u McGonagall?

- Nie – prychnęłam

- Sabrina! – syknął – Co ty wyprawiasz? Po co go kryjesz?

- Chce najpierw sprawdzić, co dokładnie zamierza.

- Jesteś nienormalna. Jeśli Scorpius odkryje, że węszysz koło niego…

- Wiem, wiem…uważam…ale słuchaj, to nie wszystko…

- Obiecałaś Rose, że będziesz się trzymała od niego z daleka – wyrzucił mi

- Tobby! To wyjątkowa sytuacja – złapałam go za rękę. Chłopiec przestał pisać i spojrzał na mnie.

- Żadna sytuacja nie usprawiedliwia złamania danego słowa – powiedział poważnie

- Tobby, Malfoy ukrywa smoka – odparłam powoli

Puchon aż zakrztusił się powietrzem. Przewróciłam oczami i wróciłam do pisania.

- Tobby, wszystko w porządku? – zainteresował się profesor Longbottom

- Tak panie profesorze…chyba trochę się przeziębiłem… – udał, że kaszle – Widziałaś, że Scorpius zajmuje się tym smokiem? – zapytał mnie po chwili

- Nie, kiedy dotarliśmy z Blackiem na polanę, nikogo już tam nie było, ale…czułam, że ktoś nas obserwuje. – dodałam ostrożnie obserwując reakcję przyjaciela. – To nie mógł być żaden uczeń. Ktoś silniejszy…jakiś czarnoksiężnik…uciekaliśmy tak szybko, że prawie pogubiłam nogi – celowo pominęłam informację o znaku Morsmorde, bo chłopak już i tak zbladł.

- Mogliście zginąć – wyszeptał, patrząc się na mnie jak na greckiego herosa

- Wiem – mruknęłam i poczułam coś na kształt dumy. W końcu przeżyłam spotkanie ze smokiem i uciekłam złemu czarodziejowi. Nie wiem, czy to wyczyn, którym można się chwalić, ale na pewno doświadczyłam więcej niż zwykły pierwszoroczny uczeń.

Tobby otwierał usta, żeby o coś zapytać, ale ostatecznie zrezygnował i wrócił do przepisywania. Profesor Longbottom skończył dyktować i przeszedł do podsumowania eksperymentu. Katem oka zauważyłam, że mój przyjaciel znowu sięga po notes.

- Nie rób tego – złapałam go za ramię – Zaraz koniec zajęć.

- Muszę coś domalować…coś widzę – zazgrzytał zębami, tocząc ze sobą wewnętrzną walkę

- Co widzisz? – zmarszczyłam brwi i pochyliłam się w jego stronę

- Puść mnie, Sabrina – syknął

- Nie…nie mam zamiaru – odparłam, widząc jak jego oczy zaczynają się zmieniać.  Szybko zabrałam jego pióro.

- Oddaj mi się – warknął przez zęby

- Uspokój się – mruknęłam, patrząc się katem oka na klasę

- Oddaj mi moje pióro, bo naprawdę… – złapał notes do ręki i podniósł go na mnie

- Co naprawdę? – spojrzałam na niego wyzywająco, chowając pióro za plecami

- Tobby, powiedz klasie jaka jest odpowiedź na moje pytanie – chwilę grozy przerwał profesor Longbottom. MacMillan znowu wrócił do siebie, a ja z ulgą osunęłam się na krzesełko.

- Przepraszam, a może profesor powtórzyć pytanie, bo nie usłyszałem? – wyjąkał, a Krukoni jęknęli cicho i wszyscy jak jeden mąż wystrzelili do góry ręce, bo oczywiście każdy z nich znał odpowiedź

- Tak, proszę bardzo. Pytałem się, jaką glebę trzeba użyć do prawidłowej hodowli Studników Bagiennych.

- Och…Studniki Bagienne jak sama nazwa wskazuje żyją tylko sto dni, kwitną raz w roku i dostarczają nam antidotum na obrażenia zadane przez zaklęcia ofensywne… – zaczął ostrożnie

- Bardzo ładnie Tobby, cieszę się, że tyle pamiętasz z naszej wycieczki – uśmiechnął się szeroko profesor – Powiedz tylko, na jakiej glebie powinniśmy je sadzić.

- Ja… – zaczął, a na jego czole pojawił się kropelki potu

Nic nie pamiętał, bo był właściwie nieobecny na tej lekcji. Najpierw pochłonęło go rysowanie, a potem ja zajęłam go rozmową. Wiem, ile zielarstwo dla niego znaczy. Parę dni temu profesor Longbottom wziął go na wycieczkę ze starszymi uczniami i zbierali właśnie te rośliny. Potem Tobby opowiadał mi wszystko z błyskiem radości w oczach. Pamiętał każde słowo, które nauczyciel do nich powiedzieć. To jasne, że ubóstwiał swojego opiekuna domu, ale w tym momencie miał amnezję. Był blady jak kartka papieru, nic nie pamiętał. Gorączkowo myślałam nad tym, jak mu pomóc.

- Ja nic nie pamiętam, panie profesorze – wyznał z brutalną szczerością, a nauczycielowi zrzedła mina

- Jak to nie pamiętasz? To takie proste Tobby… – dodał zachęcająco

- Jak ktoś ma dziurawą głowę, to wszystko jest trudne – prychnął Spike

- Dość tego! Odejmuję Ravenclaw 10 punktów za bezczelne zachowanie!

- Ale panie psorze… – Spike aż się wyprostował

- Tobby, skoncentruj się. Rozmawialiśmy o tym niedawno…

- Tak wiem, ale ja naprawdę nic nie pamiętam… – odparł płaczliwie, kurcząc się w sobie

- Nie słuchałeś na dzisiejszej lekcji?

- Panie profesorze, on się źle czuje. Jest przeziębiony – wyrwałam się, nie mogąc już patrzeć, jak mój przyjaciel cierpi

- To prawda Tobby? Popatrz na mnie – profesor wyszedł zza biurka i podszedł do naszej ławki

MacMillan przełknął ślinę, przycisnął do siebie kurczowo notes i podniósł głowę.

- Rzeczywiście masz trochę mętny wzrok…i ciepłe czoło. Na przerwie idź do Skrzydła Szpitalnego – poradził

- Dobrze, panie profesorze – pokiwał głową Tobby, nie patrząc mu w oczy

- Kto w klasie zna odpowiedź na pytanie? Irmina?

- Oczywiście chodzi o glebę o odczynie kwaśnym. W okolicy można ją znaleźć na obrzeżach Zakazanego Lasu – wyrzuciła z siebie książkową formułkę

- Bardzo dobrze, dziękuję. Otwórzcie zeszyty, podyktuję wam, co musicie zrobić na następną lekcję. Chcę żebyście poszukali na błoniach podobnych roślin do naszych Studników Bagiennych. Możecie też korzystać z zasobów biblioteki…

Lekcja wkrótce się skończyła. Uczniowie pakowali się w pośpiechu, żeby zdążyć przejść do budynku na następną lekcję, bo profesor Muglis nie lubił spóźnień i każdy chciał uniknąć przemiany w mysz.

- Sabrina, możesz na chwilę zostać? – zapytał nagle profesor Longbottom

- Tak…a coś się stało? – zamarłam

- Chciałem z tobą porozmawiać – oparł się o biurko i skrzyżował ręce

- Oczywiście… – skinęłam głową. Może on wie o moim nocnym wyjściu? Albo usłyszał o czym rozmawiam z MacMillanem?

- Nie wiesz, co się dzieje z Tobbym? – zapytał bez ogródek, gdy ostatni uczeń opuścił już klasę. Tego się nie spodziewałam.

- Właśnie sama próbuję się dowiedzieć… – uniosłam brwi

- Od pewnego czasu wydaje mi się, że ma jakiś problem i nie chce nikomu o tym powiedzieć. Na początku myślałem, że to przez to, że inni mu dokuczają i śmieją się z niego, ale teraz wydaje mi się, że to jakiś głębszy problem. – powiedział w zamyśleniu, głaszcząc liście Studnicy Bagiennej

- Tobby jest bardzo delikatnym chłopcem, zachowuje się trochę jak dziewczyny – wydęłam buzię, zastanawiając się, ile mogę mu powiedzieć – To jasne, że przejmuje się tym, jak traktują go koledzy. Nawet bardziej niż ja, chociaż to ja jestem tutaj czarną owcą w stadzie.

- Nie mów tak Sabrina, jesteś zdolną, młodą czarownicą. Wielu nauczycieli cię chwali. Po prostu miałaś…nietypowy początek – uśmiechnął się smutno – Sam coś o tym wiem.

- Nie musi mnie pan pocieszać, panie profesorze. Przyzwyczaiła się, że komuś ciągle coś we mnie nie pasuje i ludzie robią mi z tego powodu różne przykrości. – wzruszyłam ramionami i zakłopotana poprawiłam torbę na ramieniu

- Nie można przyzwyczajać się do przemocy, Sabrino – przerwał mi – Nikt nie ma prawa się nad tobą znęcać. Jeśli tobie albo Tobby’emu ktoś robi krzywdę, powiedz mi proszę. – wyglądał na zmartwionego i przejętego całą ta sytuacją. Przypomniałam sobie słowa profesor Lovegood. Mówiła, że ona i profesor Longbottom zawsze mi pomogą. Na razie muszę jednak sprawdzić, czy mam rację.

- Wszystko w porządku, jakoś sobie radzę – uśmiechnęłam się – Ale Tobby…ostatnio zachowuje się inaczej.

- Myślisz, że to przez ten notes?

- Zauważył to pan? – zmrużyłam oczy

- Po prostu często widzę jak MacMillan siedzi na przerwach i coś tam notuje, rysuje…sam nie wiem.

- Rysuje drzewa…ale on sam nie wie, po co – pokręciłam powoli głową i zdałam sobie sprawę, jak głupio to brzmi. Zaczerwieniłam się. – Przepraszam…

- Za co przepraszasz? Przyjaźnisz się z Tobbym, więc pomyślałem, że wiesz coś więcej. Pewnie też się o niego martwisz.

- Tak, ale nie wiem, jak mogę mu pomóc. On nigdy nie rozstaje się z tym notesem.

- Spróbuj porozmawiać z madame Rosemarthą – podpowiedział

- Ja? Z nauczycielką wróżbiarstwa? – skrzywiłam się – A może pan profesor…

- O nie, ja nie mam cierpliwości do wróżbitów…zresztą vice versa – zaśmiał się – A jeśli pani profesor – chrząknął z niechęcią – powie ci coś ciekawego, przyjdź z tym do mnie, dobrze?

- Dobrze – skinęłam głową – Poproszę też Rose, żeby obserwowała go w pokoju wspólnym.

- Już to zrobiłem…ale przypomnij jej. Lily to taka roztrzepana dziewczyna…zupełnie nie wiem, po kim to ma, bo chyba nie po rodzicach.  – pokręcił ze śmiechem głową

- Dobrze, panie profesorze – uśmiechnęłam się pod nosem – Przypomnę jej…

- Ach Sabrina i pamiętaj o zaległym wypracowaniu! – zawołał za mną w drzwiach – Nasza miała pogawędka wcale cię z tego nie zwalnia, nie myśl, że zapomniałem.

- Tak jest… – westchnęłam i zasalutowałam

Po tej rozmowie od razu poszłam poszukać Tobbyego. O dziwo mój przyjaciel wcale nie pytał się, o czym rozmawiałam z jego opiekunem. Siedział na ławce na dziecińcu z Puchonami ze swojego rocznika i przeglądał szkolną kronikę quidditcha. Wszyscy z zapartym tchem oglądali migające obrazki na których Harry Potter, najmłodszy szukający w historii, wykonuje niebezpieczny manewr, aby wyprzedzić Draco Malfoya i złapać złoty znicz. Mój mały przyjaciel wyglądał, jakby ktoś znowu tchnął w niego życie, więc postanowiłam odłożyć moment rozmowy na później.

Lekcje minęły zaskakująco szybko i w końcu przyszła pora na długo oczekiwany mecz. Poczekałam grzecznie aż tłum uczniów przepchnie się na trybuny i razem z Tobbym weszliśmy na końcu. MacMillan był trochę niezadowolony, ale wytłumaczyłam mu, że gdyby ktoś go stratował, czułby się jeszcze gorzej. Chłopak nie mógł się zdecydować, której drużynie ma kibicować, więc ostatecznie kupił dwie flagi. Jedną złoto-czerwoną, na której ruszała się głowa ogromnego lwa, rycząc głośno. Druga, zielono-srebrna przedstawiała gigantycznego węża, który nieustannie się ruszał, syczał i co jakiś czas wystawiał swój podwójny język. Ja nie miałam nic, byłam bezstronna. Niektórzy patrzyli się na nas dziwnie, a zwłaszcza na Tobby’ego, którego dwie flagi toczyły ze sobą zażartą walkę. Lew starał się pożreć węża, a wąż chciał dosięgnąć lwa swoim językiem, co według mnie wyglądało komicznie. Zupełnie nie rozumiałam tego bojowego zacięcia. To tylko mecz…w Londynie chłopcy z mojej klasy też ekscytowali się i oglądali ze swoimi ojcami mecze w telewizji, ale ja nigdy nie widziałam w tym sensu. Jednak kiedy weszłam na trybuny i zobaczyłam stadion aż przeszedł mnie dreszcz. To był niesamowity widok. Każdy kibic na świecie dałby się zabić za możliwość wejścia na taki mecz. Trybuny mieniły się od złota, czerwieni, srebra i zieleni. W sektorze Gryffonów były głośno od ogłuszającego ryku lwa, a sektor Ślizgonów syczał jak oszalały. Uczniowie ze starszych klas wymyślali różne slogany i toczyli w ten sposób „bitwy” między domami. Wokół boiska latały czarodziejki na miotłach, zabawiając zebranych swoją choreografią i rozrzucając w powietrzu brokat oraz serpentyny.  Nie wiedziałam, że tutaj też są cheerleaderki! Zakręciło mi się w głowie z nadmiaru emocji i gdyby Tobby nie pociągnął mnie na ławkę, pewnie bym się osunęła. Nawet nie zauważyłam, kiedy mój przyjaciel zdążył zdobyć torbę słodyczy. Dawno nie widziałam go tak szczęśliwego. Widać naprawdę kochał mecze quidditcha…uśmiechnęłam się mechanicznie, widząc go tak zadowolonego. Martwiłam się, bo ostatnimi dniami Tobby wyglądał  jak duch i bałam się, że zapomniał, że można się śmiać. Ten mecz postawi go na nogi.

Nauczyciele próbowali zapanować nad hałasem na trybunach, ale w końcu dali sobie spokój, widząc, że emocje wzięły górę. Sama widziałam, jak profesor Daydar podskakiwał w szaliku z barwami Gryffindoru. Dyrektor McGonagall właśnie wchodziła do loży dla nauczycieli. Komentator zapowiadał już wejście drużyn na boisko. Na środku stał dumny profesor Hopeson. Na jego widok wszystkie nauczycieli od razu zaczęły śledzić grę. Założę się, że większość z nich przyszła tutaj, żeby popatrzeć na przystojnego, umięśnionego trenera. Po krótkim przedstawieniu zasad, sędzia gwizdnął i zaczęła się gra. Tłum przywitał graczy z dzikim okrzykiem radości. Gra od samego początku była energiczna i pełna zwrotów akcji. Zawodnicy byli w świetnej kondycji. James Potter jako kapitan starał się być wszędzie i cały czas blokował Perrego, kapitana Ślizgonów. Leonrad oczywiście też błyszczał. On czuł się w świetle reflektorów jak ryba w wodzie. Specjalnie pozował do zdjęć do kroniki szkolnej.

- Crouch do diabła! Skoncentruj się na zniczu! – krzyknął na niego ścigający Mason

- Już się robi szefie! Co ja poradzę, że fani mnie kochają!?

- Zaraz nie będą mieli kogo kochać! – zarechotał Aiden i odbił tłuczka w stronę Leo, jednak Gryffon okręcił się jak małpka wokół miotły i poleciał dalej, pokazując mu język.

Gdyby Aiden był wściekłym bykiem, para poszłaby mu z nosa. Oj to będzie ciekawa gra…Aiden jako pałkarz czuł się w swoim żywiole, bo w końcu mógł komuś bez skrupułów przywalić. Z kolei Leo ze swoim ADHD miał całe boisko, żeby się wyszaleć.

- Ten mecz jest genialny! – Tobby nie mógł wysiedzieć na krzesełku

- Tak, żeby tylko Crouch i Black nie zapomnieli, że ich gra nie polega tylko na tym, żeby sobie nawzajem dokopać – pokręciłam głową

Wiesz pamiętniczku, obiecywałam sobie, że nie będę wczuwała się w ten mecz i w ogóle będę go oglądać z obojętnością. Po kilku lekcjach quidditcha zrozumiałam, że ten sport jednak nie jest dla mnie, a Irmina (która uważała się za „gwiazdę”, ponieważ jej matka występowała kiedyś w reprezentacji narodowej) skutecznie obrzydziła mi tą grę. Pamiętam jedną z ostatnich lekcji, gdy (kolejny raz) siedziałam na ławce rezerwowych i obserwowałam naszą panią kapitan i jej wiernego „pieska” Midasa.

- Midas, musimy wyliczyć trajektorię lotu kafla, która byłaby najlepsza dla Marcusa. Zmienię go na ścigającego – stwierdziła tonem nie znoszącym sprzeciwu

- A co na to profesor Hopeson? – zapytał Midas, zerkając na nią niepewnie znad kartki

- Już ja go przekonam, o to się nie martw. Moich argumentów nie da się przebić – machnęła lekceważąco ręką

- Skoro tak mówisz…podaj mi wagę, wzrost Marcusa, ciężkość kafla… – Irmina szybko wymieniła jakieś liczby

- Ach i jeszcze wylicz pozycję, na jakiej powinna stać Socretto. Hopeson powiedział, że on a też musi z nami grać – burknęła cicho

- Nie zapominaj, że tu jestem – szturchnęłam ją łokciem. Dziewczyna oczywiście oddała mi mocniej i spojrzała na mnie spode łba.

- Niestety wiem o tym, Socretto…

- I wcale nie zamierzam z wami grać – odparłam wyniośle, pomimo znaków Tobby’ego (który przeważnie siedział ze mną na ławce rezerwowych) mówiących, że mam jej nie prowokować.

- Słuchaj, może i nie czujesz się Krukonką, ale dopóki jesteś w naszym domu i nosisz nasze barwy, jesteś jedną z nas – wysyczała przez zęby – A skoro jesteś jedną z nas, grasz z nami. I dajesz z siebie wszystko! Ravenclaw nie przegrywa. Jesteśmy na to zbyt inteligentni i sprytni. Ty też musisz taka być, bo jesteś jedną z nas.

- Nie chcę być jedną z was. Prędzej wrócę do Londynu niż stanę się taką zaślepioną, zawziętą wiedźmą jak ty – oświadczyłam, patrząc na nią szeroko otworzonymi oczami. Midas odkaszlnął znacząco.

- Nie obchodzi mnie, co o mnie myślisz. Dla mnie wciąż jesteś mugolakiem. A teraz idź na boisko – powiedziała władczo i wypchnęła mnie na miotle. Od tego momentu, nienawidzę lekcji quidditcha, bo Irmina mści się i robi wszystko, żeby pokazać, że jest na tym polu ode mnie lepsza. Jak do tej pory nie może mnie wyprzedzić w nauce, więc chociaż tu może się na mnie wyżyć…

Mimo to dziś nie mogłam się powstrzymać. Szybko się poddałam i razem z Tobbym skakaliśmy przy barierce, zdzierając sobie gardło i krzycząc. W końcu tak się zgrzałam, że musiałam zdjąć płaszcz i szalik.

- Napij się, bo zaraz stracisz głos – zachichotał Tobby, dzieląc się ze mną kremowym piwem

- Dzięki – wychrypiałam – To wszystko przez ciebie…po co mnie tu ciągnąłeś? Mogłam zostać i pouczyć się w bibliotece…

- Nadal chcesz iść do biblioteki? – spojrzał na mnie kpiąco

- Nie, już nie… – pokręciłam ze śmiechem głową – Za dużo emocji…

Nagle zobaczyłam coś dziwnego. Tłuczek poleciał do góry, ale natrafił na jakąś niewidoczną blokadę w powietrzu i zwrócił. Dustin, pałkarz Ślizgonów ledwo zdążył ochronić swojego ścigającego. Nikt nie zwrócił uwagi na to dziwne zjawisko oprócz mnie. Tak przecież nie powinno być. Ktoś otoczył boisko niewidzialną siatką?

- Tobby, widziałeś to? – złapałam przyjaciela za rękaw, widząc jak wysoko w górze ptak odbija się od niewidzialnej ściany i zawraca

- Co?

- Boisko odgradza niewidzialna ściana. Nikt nie może z niej wylecieć ani wlecieć do środka.

- O czym ty mówisz?

- Czyli to nie jest normalne… – oblał mnie zimny pot

- Coś musiało ci się przewidzieć…

- Nie! Spójrz! – podniosłam kamyk i mało myśląc, rzuciłam go w stronę boiska

- Sabrina, co ty robisz?! – zdenerwował się Tobby, ale w tym momencie przedmiot wrócił i rąbnął chłopca prosto w czoło – AŁA! – krzyknął zaskoczony. Dobrze, że to był mały kamyk… – Jak to zrobiłaś?

- To nie ja! Mówię ci, że tu dzieje się coś dziwnego. – wychyliłam się przez barierkę i spojrzałam w dół. Na dole przy wejściu do szatni zobaczyłam w cieniu te błyszczące czerwone oczy…te same, które patrzyły na mnie w nocy w Zakazanym Lesie. – On tu jest! – szarpnęłam Puchona – Ten czarnoksiężnik z lasu… – wskazałam na czerwone oczy, jednak w tym samym momencie postać zniknęła

- Nikogo tam nie widzę, Sabrina…

- Ale on tam jest! I chyba chce coś zrobić zawodnikom! Musimy go zatrzymać! – przebiłam się przez tłum i pobiegłam w stronę schodów

- Sabrina, stój! – MacMillan poczłapał za mną

Wiem, co widziałam! Ten człowiek tu był. Może szukał mnie i Aidena. Na pewno wszystkim grozi niebezpieczeństwo. Szybko biegłam po schodach w dół na niższe piętra trybun. Muszę go znaleźć i dowiedzieć się, co planuje. W końcu zeskoczyłam na miękką trawę i ruszyłam w stronę szatni. Pierwsze, co poczułam, to dziwny zapach. Pamiętam go z lekcji eliksirów, ale nie zakodowałam w głowie, co mówił na ten temat Zynox.

- Co tak cuchnie? – wysapał Tobby, doganiając mnie

- Czarna magia…Zynox opowiadał nam o tym na lekcji. Poszukajmy go, może nam pomoże…

- Zynox został podobno w szkole, bo jakiś uczeń ma u niego karę. Myślisz, że to jakaś trucizna?

- Nie wiem, ale to podejrzane, że Zynox został w szkole podczas, gdy jego dom gra… – cofnęłam się w stronę schodów, ale jakaś siła odepchnęła mnie do tyłu – Co to ma znaczyć?

- Wpadliśmy w pułapkę! – zaczął panikować Tobby

- Uspokój się! Słyszysz?

- Co mam słyszeć?! – trząsł się Tobby

- Ktoś wypowiada jakieś zaklęcia…

- Tak…bardzo cicho i w jakimś dziwnym języku – dodał Puchon

- Aż mnie ciarki przechodzą od tego głosu – wzdrygnęłam się

- Sabrina, patrz co się dzieje! Zawodnicy zwalniają, ruszają się jak muchy w smole! Dlaczego nikt tego nie widzi?!

- To pewnie przez tą barierę. My weszliśmy do środka, więc widzimy, jak jest naprawdę.

- Musimy przeszkodzić temu komuś. Co on chce z nimi zrobić?

- To na pewno potężny czarodziej – pobiegliśmy razem z Tobbym w stronę źródła głosu – Przekształcił w jakiś sposób zaklęcie Impediamento, które ich spowalnia.

- To zaklęcie nie tylko ich spowalnia Sabrina. Oni wydają się być zahipnotyzowani – dyszał Puchon

- Właśnie! Ten czarodziej używa czarnej magii, żeby mieć nad nimi kontrolę. Chce ich do czegoś zaprogramować…

Nie zdążyłam więcej powiedzieć, bo fala czarnej magii zatkała mnie jak porywisty podmuch wiatru. Zatoczyłam się do tyłu i oparłam do ścianę. Spojrzałam się na przyjaciele, który był blady ze strachu. Uświadomiła sobie, że to misja samobójcza. Ten czarodziej unicestwi nas jednym skinieniem różdżki.

- Musimy dostać się za ten filar! – starałam się przekrzyczeć wiatr, który się nagle zerwał

- Jak chcesz to zrobić?! Mam wrażenie, że ten wiatr nas zaraz porwie!

- Musisz mi pomóc! Wyczarujemy zaklęciem Protego tarczę, która nas przez chwilę obroni. Profesor Daydar mówił o tym na lekcji. Jeśli nie mamy możliwości wyprowadzenia ataku, powinniśmy zasłonić się na chwilę tarczą i spróbować wrócić na dogodną pozycję, żeby móc znowu zaatakować!

- Zróbmy cokolwiek!

- Podaj mi rękę! – wyciągnęłam z buta moją różdżkę – Protego! – krzyknęłam i z radością poczułam jak otula nas przezroczysta płachta

- To działa! – ucieszył się Tobby

- Biegnijmy! Długo tego nie utrzymam! – jęknęłam

Zaledwie udało nam się przebiec na drugą stronę, moja tarcza zniknęła, ale…wiatr również. Na trawie zobaczyliśmy tylko wypalone koło, a w powietrzu latały drobinki popiołu. Rozejrzałam się w koło. Ani śladu tajemniczego czarnoksiężnika, ale tutaj na pewno wypowiadał swoje zaklęcia. W powietrzu wciąż czuć było czarną magię. Przestraszył się nas? Podeszłam bliżej i nagle z korytarza wyleciał na nas wielki, czarny kruk. Oboje z Tobbym zaczęliśmy krzyczeć i zakryliśmy się rękami. Ptak przeleciał obok nas, robią hałas i ciągnąc za sobą zimny, arktyczny podmuch.

- Gdzie on zniknął Sabrina? – zapytał po chwili mój przyjaciel

- Nie wiem – wyjąkałam i wzięłam głębszy oddech, żeby się uspokoić – Nienawidzę kruków… – znowu się wzdrygnęłam

- Chyba naprawdę nie powinnaś być Krukonką – prychnął Tobby – Patrz, zawodnicy wracają do formy!

- Chociaż tyle…udało nam się przeszkodzić temu typkowi. Gdybym tylko wiedziała, co chciał osiągnąć…

- A skąd wiesz, że nie zrobił tego, co chciał? – zasępił się Tobby

- Co ty mówisz? – oblał mnie zimny pot

- No wiesz…chyba nie sądzisz, że go wystraszyliśmy -uśmiechnął się krzywo – Może i nie jesteśmy najgorsi, ale on mógłby nas zabić ot tak – pstryknął palcem. Przełknęłam ślinę. Głupio przyznać, ale naprawdę sądziłam, że to my go wypłoszyliśmy.

- Patrz, coś zostało w kręgu – zauważyłam – Accio! – przywołałam do siebie kartki i zmarszczyłam brwi widząc, że strony są zapisane drobnym maczkiem

- To zaklęcia? – Tobby zajrzał mi przez ramię

- Nie…wydaje mi się, że to przepis. Włos smoka, ślina tojada…to jest „j” czy „y”? – przekrzywiłam kartkę

- No nie mów, że facet zgubił przepis na koktajl – zaśmiał się Tobby

- Wyjątkowo niesmaczny koktajl, przecież tojad ma trującą wydzielinę… – powiedziałam i zamarłam – Na brodę Merlina! On chciał kogoś otruć!

- Nie… – przetarł twarz Tobby – To jest tak dużo osób, nie znajdziemy tej właściwej…

- Nie musiał jej podawać eliksiru. Zobacz…to kufer na piłki do gry. – podeszłam i otworzyłam go. Tak jak się obawiałam, wszystkie były w środku. Puchon otworzył buzię ze zdumienia.

- Chcesz powiedzieć, że on otruł…?

- Wysmarował piłki trucizną, spowolnił grę, wprowadził zawodników w trans i podmienił je! – zatrzasnęłam z powrotem kufer

- Trzeba przerwać grę! Oni zaraz tam padną!

- Nie, bo tojad jest trujący tylko z zetknięciu ze skórą, ale zawodnicy noszą rękawice. Chyba, że nawdychają się oparów i wtedy mogą mieć halucynacje albo coś jeszcze gorszego.

- Mogą sobie zrobić krzywdę albo innym – stwierdził Tobby

- Chodźmy! – pobiegłam w stronę trybun. Tym razem dostaliśmy się na górę bez problemu. Na razie gra toczyła się gładko. Slytherin wyprzedzał Gryffindor o 40 punktów. Kibice szaleli. Wychyliłam się przez barierkę i w tym momencie Leo śmignął mi koło nosa.

- Crouch! – wrzasnęłam

- Przykro mi, ale znicz nie złapie się sam! – zawołał

- Wracaj tu Crouch! Nie możesz go złapać, słyszysz?! – darłam się, ale Tobby szybko mnie powstrzymał. Nie zauważyłam, że przez przypadek weszliśmy do strefy dla Gryfonów.

- Co Socretto, zmieniłaś front? Teraz chcesz być jednak w Sltyherinie? – burknął jakiś starszy Gryffon

- Nie, ja tylko… – wyjąkałam

- Chodź stąd – Tobby zaczął przebijać się przez tłum

- Tobby, Sabrina, co wy tu robicie? Co się stało? – przez przypadek wpadłyśmy na Rose i Lily, które szły na miejsce z torbą słonych przekąsek

- Musimy zatrzymać grę! Piłki są zatrute! – powiedziałam

- Skąd o tym wiecie? – skrzywiła się Lily

- Widzieliśmy czarownika i słyszeliśmy jak wypowiada zaklęcia na dole, koło szatni – dodał Tobby na jednym wydechu

- Kto wypowiadał zaklęcia? – nie rozumiała Rose

- To pewnie Malfoy! Sabrina mówiła, że ona hoduje smoka! – Puchon nie wytrzymał presji

- Co?! – wykrzyknęły dziewczyny, a Rose puściła torbę

- Tobby! – ofuknęłam go

- MacMillan skąd wiesz takie rzeczy?! A ty…? – Rose była czerwona ze złości – Coś mi obiecałaś Sabrina!

- Rose, potem wszystko ci wyjaśnię, ale pomóż nam zatrzymać grę. Oni nie mogą dotknąć tych piłek. Są zatrute wydzieliną tojada i czymś jeszcze…

- Nie mam pojęcia, skąd to wiesz, Sabrina… – pokręciła głową Rose – ale zgoda, ja i Lily idziemy do McGonagall.

- Rosie, żartujesz sobie?! To tylko plotki – oburzyła się Lily

- Jeśli Malfoy maczał w tym palce, to nie mogą być plotki…

- Nie wiem, czy to zrobił Malfoy. Ten czarodziej był silniejszy – mruknęłam, ale Rose mnie nie usłyszała

- Powstrzymaj jakoś chłopaków. Lily, idziemy – zarządziła Rose i obie pobiegły w stronę loży nauczycielskiej

- Wiesz Sabrina, może to rzeczywiście Scorpius. Chciał zapewnić zwycięstwo swojej drużynie… – Tobby nie skończył, bo nagle szukający Ślizgonów nie wyhamował i z całym impetem rąbnął w ścianę. Slytherin zaczął buczeć, a profesor Hopeson podleciał na pomoc. Gra została na chwilę zatrzymana. To była nasza szansa. Leo zatrzymał się blisko sektora szatni. Ja i Tobby puściliśmy się biegiem.

- Leonrad, Leonrad! – krzyczałam ile sił w płucach, bo trener znowu zagwizdał, w chwili gdy dobiegaliśmy na miejsce

- Socretto? Jak tu weszłaś? Nie wiedziałem, że jesteś taką zdeterminowaną fanką – zaśmiał się – Niestety teraz jest środek gry i Gryffindor ma szansę to wygrać, więc sorry bella, ale autografy będą po meczu…

- Wszystko pięknie tylko problem w tym, że nie jestem twoją fanką Crouch! – kipiałam ze złości – A ty nie możesz złapać znicza!

- Wiesz co, nawet jeśli nie jesteś moją fanką, co ubodło mnie w samo serce, to nie powód, żebyś podcinała mi skrzydła – naburmuszył się

- Litości człowieku…nie chodzi mi o to, że nie wierzę w twoje możliwości. Znicz jest zatruty!

- Co? To chyba najgłupsze, co do tej pory powiedziałaś…

- Ona nie kłamie! – poparł mnie Tobby

- Leo rusz tyłek! – zawołał James – Sabrina? – zwolnił na mój widok – Co ty…

- Znicz! – zawołał uradowany Leo

- Nie! Wracaj tu! – jęknęłam

- Sabrina, nie możesz tutaj być! – zdenerwował się James

- Nic nie rozumiesz, piłki są zatrute…

- Proszę państwa, emocje sięgają zenitu, Leonrad Crouch goni znicz! Jest coraz bliżej! – z głośników dobiegł głos komentatora – Jak zakończy się ten emocjonujący mecz? A co to?! Aiden Black porzucił swoją pozycję pałkarza i ruszył do ataku na znicz! Proszę państwa co się dzieje…czy Black chce zastąpić swojego kolegę i nie dopuści do wygranej Croucha?

- Oni się pozabijają! – złapał się za głowę Tobby

- Oni nie mogą dotknąć znicza! – krzyknęłam i mało myśląc wbiegłam na boisko, co wywołało falę okrzyków

- Proszę państwa co za mecz! Na dwóch szukających szarżuje wściekła Socretto! Ma dziewczyna parę w nogach! To dopiero walka! Bitwa trzech domów jak słowo daję…

Nie zwracając uwagi na otoczenie starałam się dogonić chłopców, którzy lecieli teraz nisko nad ziemią. Leo już prawie miał złoty znicz. Przesunął się na czubek miotły i balansował na niej jak małpka. Aiden wymachiwał kijem jak neandertalczyk i gonił go wydając dzikie odgłosy. Oboje w tym samym momencie zeskoczyli ze swoich mioteł, a ja za nimi, przyciskając ich do ziemi.

- Co robisz Socretto!? – zawołał Aiden

- Nie ruszać znicza!

- Daj spokój, ona zamieniła się we wściekłego ponuraka! – szarpał się Leo

- On jest zatruty tojadem – z całych sił starałam się ich zatrzymać

- Pogięło cię do reszty?!

- Patrz, wylądował na trawie!

- Mam go! – Aiden wyciągnął po niego tłustą łapę, ale ja złapałam jedną z mioteł i walnęłam znicz z całej siły. Ku zaskoczeniu wszystkich piłka rozpadła się na dwie części, a ze środka wyleciał duży, zielony znak Morsmorde. Taki sam, który widzieliśmy z Aidenem w lesie. Otworzyłam buzię i po prostu się na niego gapiłam. Żaden z moich kolegów się odezwał. Zastygliśmy w bezruchu na trawie. Po chwili, jak w zwolnionym tempie, zapanowało poruszenie.

- Spokój! Proszę zachować spokój! Wszyscy proszeni są o ewakuację do szkoły! – grzmiała dyrektor McGonagall

Nie ruszałam się. Nawet wtedy, gdy podbiegł do nas Tobby, James, Albus, profesor Hopeson i reszta zawodników. Patrzyłam jak zaczarowana na zmieniający się znak. Czaszka przemieniła się w borsuka, którego połknął wąż. Następnie został on zadziobany przez kruka, którego z kolei lew przeciął swoimi pazurami. Niespodziewanie lew został przebity mieczem. Nad wszystkimi zwierzętami pojawiła się para czerwonych ślepi. Dokładnie tych samych które widziałam. Echo odbiło głęboki, gardłowy śmiech. To był znak…że w świecie czarodziei pojawiło się kolejne zło.

***

Po meczu cała nasza czwórka została wysłana do gabinetu McGonagall. Ja i Tobby byliśmy przesłuchiwani najdłużej. Byłam już tak zmęczona, że ledwo co mówiłam. Ja i Tobby dostaliśmy ujemne punkty za zachowanie podczas meczu i fakt, że nie przyszliśmy ze sprawą od razu do niej. Wygłosiła nam też długie kazanie o tym, jak źle takie spotkanie mogło się dla nas skończyć. W końcu dyrektorka zlitowała się i kazała nam wracać do pokoi, a sama poszła na zebranie z nauczycielami. Cecylie jako prefekt mojego domu czekała na mnie. Pozwoliłam się jej prowadzić, bo oczy same mi się zamykały. Jednak kiedy je otworzyłam ze zdumieniem odkryłam, że jakimś cudem znalazłam się w Klubie Przyjaciół Książek. Przy stoliku siedziały wszystkie klubowiczki. W tym zaniepokojona Rose.

- Coś mnie ominęło? – zapytałam mało przytomnie

- Czy to prawda, że widziałaś w Zakazanym Lesie smoka?

- Skąd wiecie…? Rose?

- Wiedziały wcześniej – prychnęła

- Naprawdę myślałaś, że jesteś taka sprytna Socretto, że nikt nie zauważy twojego włóczenia się po nocy? – zakpiła Cecylie

- Gdyby ktoś nie wyrzucił mnie z pokoju, nie musiałabym się włóczyć…Dlaczego nie naskarżyłyście na mnie Gretel? – zapytałam buntowniczo

- Wciąż możemy to zrobić – zmrużyła oczy Cecylie – Po prostu powiedz, czy widziałaś Scorpiusa ze smokiem.

- Widziałam smoka bez Malfoya. Zgubiliśmy go – przyznałam

- W takim razie znajdziesz sposób, żeby dowiedzieć się, czy to on go hoduje – zarządziła Cecylie

- Żartujesz sobie? – parsknęłam

- Nie, nie będziesz jej narażać – Rose uderzyła ręką w stół

- Rose, ona jest cwana. Wykiwała nas wszystkich z tym wisiorkiem. Poradzi sobie ze śledztwem. Dziś pokazała, że potrafi być skuteczna. Potrzebujemy jej.

- Mam być waszym mięsem armatnim? Nie zgadzam się, będę za was obrywać i zbierać ujemne punkty. Nic z tego! – zaprotestowałam

- Jeśli tego nie zrobisz, powiem McGonagall o twoich wycieczkach do Zakazanego Lasu. – zagroziła Cecylie

- Byłam tylko raz… – zazgrzytałam zębami

- I myślisz, że ci uwierzy?

- Cecylie, ona jest pierwszoroczniakiem – zaprotestowała Rose – Odpuść…

- Co z tego? Udowodniła, że może dla nas pracować…i w sumie nie ma wyboru – zatriumfowała prefekt – Jutro wszystko ci wyjaśnię Socretto…

Tak właśnie drogi pamiętniczku zostałam wplatana w tajemnicza intrygę i śledztwo. Wiedziałam, że ten względny spokój to cisza przed burzą. Takie są właśnie konsekwencje moich heroicznych działań. Po krótkim dochodzeniu McGonagall uznała, że to był głupi żart uczniów. Nie podała jednak konkretnych sprawców i wygłosiła tylko pouczającą mowę o tym, że pewnych symboli nie można używać dla zabawy i prosi o to, żeby winni sami poddali się karze. Odwołała też kolejne mecze do listopada. W szkole zapanowała ponura atmosfera. Ktoś „mądry” powiedział, że to przez moje wtargnięcie na boisko dyrektorka się wściekła i cała fala nienawiści znowu wylała się na mnie. Jak zwykle tylko Potterowie, Weasleyowie oraz Tobby stanęli po mojej stronie. Leo był rozgoryczony bo nie mógł grać, a Aiden po prostu się do mnie nie odzywał i kręcił się cały czas w towarzystwie kuzyna. Wszyscy potraktowali ten incydent z meczu jako niegroźny, głupi dowcip. Mimo to czułam, że sprawa jest poważna, ale nauczyciele nie chcą nas martwić. A może za  bardzo panikuję, pamiętniczku? Może to naprawdę wina Malfoya i jego bandy? Chyba jednak mam zbyt dużą wyobraźnie…Zobaczymy, co będzie dalej…

 
 

Tags: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Dodaj komentarz