RSS
 

Archiwum - Styczeń, 2017

O konsekwencjacj nocnej eskapady i odkryciu tajemnicy Tobbyego…

26 sty

21 października 2020

Zeszłam na śniadanie do sali głównej z mieszanymi uczuciami. Byłam pewna, że jeśli w hallu nie będą wisieć listy gończe z naszymi twarzami, to przynajmniej nauczyciele zgarną nas w drodze do stołówki. Ku mojemu zdziwieniu i nieukrywanej uldze nic takiego się nie stało. Powiem ci więcej pamiętniczku, nikt nie sprawiał wrażenia poinformowanego o tej sprawie. Normalnie cała szkoła już by o tym plotkowała. No wiesz pamiętniczku, momentami czuję się jak gwiazda śledzona przez uważne paparazzi. Brakuje jeszcze tego, żebym trafiła z pierwszą stronę Proroka Codziennego z tytułem „Sabrina Socretto i jej kolejne wyczyny w szkole. Kiedy ta krnąbrna uczennica w końcu wyleci z murów elitarnej szkoły?”. Kiedy powiedziałam o tym Rose, zaczęła się śmiać i stwierdziła, że mam za dużą wyobraźnię i jestem przewrażliwiona. Według niej każdy ma zbyt wiele własnych problemów, żeby żyć moimi. Może coś w tym jest, ale i tak czuję się jak sarna na celowniku…

W takim wypadku moje obawy były całkiem uzasadnione. Byłam przekonana, że to mój ostatni dzień w szkole. Jak nie teraz to po śniadaniu McGonagall każe mi przyjść do swojego gabinetu i powie, że mam pakować walizki. Przecież ta czapka…no bądźmy szczerzy (jest wredna i zgorzkniała), na pewno nie potrafi trzymać języka za zębami. Widziała mnie i zna. Dlaczego nie miałaby powiedzieć dyrektorce, że zakradłam się do jej gabinetu? Znając Tiarę pewnie podkoloryzuje opowieść tak, że wyjdę na szantażystę o pomieszanych zmysłach z giwerą większą od mojej ręki. Bałam się tylko, że wylatując, pociągnę za sobą Tobbyego, Leonarda i Aidena. Tak naprawdę tylko Tobby był moim przyjacielem, ale nie zniosłabym myśli, że zniszczyłam karierę trzem pozostałym uczniom. Martwił mnie fakt, że opiekunowie domów prawdopodobnie wiedzieli, że cała nasza czwórka błądziła po szkolnych korytarzach. Już słyszę te plotki…”Socretto wciągnęła w swoje szaleńcze wybryki uczniów z innych domów” (no dobra, Croucha na takie rzeczy nie trzeba długo namawiać), „Socretto chce opanować całą szkołę”…o nie…już mi słabo. A może…jest cień szansy choć mały…może to wszystko był sen? Skoro nikt nic nie wie oprócz mnie. To byłby mój najbardziej realistyczny sen w życiu, ale w sumie mogłam się tego spodziewać. Widziałam duchy czterech założycieli Hogwartu, którzy do nas podeszli i nas dotknęli. Jak babcie kocham pamiętniczku…to musiał być sen, bo nie wstąpiłam do ekipy „Łowcy duchów”.

Niestety kiedy usiadłam do stołu moje marzenia o fantastycznym śnie prysnęły niczym bańka mydlana. Wystarczyło popatrzeć w stronę stołu Puchonów. Biedny, mały Tobby siedział skulony na ławce i jak w transie przeżuwał rogalik z marmoladą. Jego kręcone włosy były jeszcze bardziej potargane i pokręcone niż zwykle, a łagodne oczy dziś były podkrążone i wytrzeszczone, jakby zobaczył ducha…a przecież nie mógłby mieć takiego samego snu co ja, prawda? Przełknęłam ślinę i nalałam sobie gorącej, pachnącej goździkami herbaty do kubka. Dyskretnie odwróciłam się i spojrzałam na pozostałych towarzyszy wczorajszej niespodziewanej eskapady. Leo jadł spokojnie śniadanie, ale był dziwnie nieobecny i prawie z nikim nie rozmawiał. Chyba nigdy nie widziałam go siedzącego w jednym miejscu dłużej niż minutę. No tak już kiedy wchodziłam wielką salę, uderzyła mnie ta dziwna cisza. Teraz już wiem, że nie słyszałam jak Crouch się drze i rechocze. Aiden z kolei nic nie jadł! To przebiło wszystko. Mały, grubiutki Ślizgon uwielbiany przez skrzaty, które gotowały nam posiłki nic nie jadł. Chłopak, który zawsze miał pełny talerz i jeszcze zabierał coś „na potem” w serwetkach siedział i gapił się w przestrzeń, podczas gdy przed jego nosem parowały gorące kiełbaski i jajecznica. Czy to nie jest groźne dla jego zdrowia? Marsowa mina chyba odstraszała wszystkich jego kolegów, bo nikt nie śmiał do niego zagadać. Nagle nasze spojrzenia się spotkały. Black przestał opierać brodę na ręku i podniósł się do pionu. Zmrużył oczy i coś mruknął pod nosem w moją stronę, ale ja szybko się odwróciłam.

- Niech to szlag…więc to prawda… – mruczałam, nakładając twarożek na kanapkę

- Oj prawda, prawda Socretto…Gretel przełożyła termin oddawania wypracowań na jutro. – westchnął Midas

- Co?! – spanikowałam. Nawet nie zaczęłam tego pisać

- Daj spokój, ona cię nawet nie słuchała – prychnęła Irmina – Socretto żyje w swoim świecie…

- Gapiła się na stół Gryffonów – zachichotała Minnie. Wyglądała jak Rudolf z nosem czerwonym od dżemu

- Pewnie patrzyła się na Croucha – podchwycił Spike – Zabujałaś się, co?

- Nie, wcale, że nie… – skrzywiłam się – Dlaczego miałby mi się podobać?

- Czy ja wiem…bo jest z Gryffindoru i ma tak samo głupie pomysły jak ty? Albo dlatego, że na obronie przed czarną magią ciągle ze sobą rywalizujecie? Albo dlatego, że ciągle za nim łazisz – wymieniała Irmina, oblizując palce z kremu czekoladowego

- Coś dużo tych argumentów… – zmrużyłam oczy – Ale ja z nim nie łażę…

- Jasne… – przewróciła oczami Irmina – Zrobisz wszystko, żeby wkupić się w łaski Gryffonów.

„Twoim przeznaczeniem jest Ravenclaw, bardziej niż ci się wydaje” usłyszałam w głowie głos Tiary. Zacisnęłam usta. Nie, nie zgadzam się na to. Chcę mieć coś do powiedzenia, jeśli chodzi o moje „przeznaczenie”. Jeszcze będę w Gryffindorze! Tylko dlaczego wczoraj w nocy podeszła do mnie Rowena Ravenclaw? Stop! Muszę o tym zapomnieć…muszę zapomnieć o całym wczorajszym wieczorze.

Do końca śniadania nie odzywałam się, co raczej nikomu nie przeszkadzało. Poczekałam aż uczniowie zaczną wychodzić na lekcje i gdy nikt nie patrzył przemknęłam się do stołu Puchonów. Wsunęłam się na miejsce obok Tobbyego i poklepałam go po plecach.

- Jak tam po spotkaniu z Helgą Huffelpuff?  – zapytałam lekkim tonem, a MacMillan zakrztusił się mlekiem. Musiałam go popukać w plecy.

- Sabrina, ty naprawdę nie znasz znaczenia słów dyskrecja i subtelność – wykasłał

- Wygląda na to, że nie znam – uśmiechnęłam się półgębkiem i wzięłam łyka z jego kubka- Więc to prawda? Ty też to pamiętasz?

- Uwierz mi, że wolałbym zapomnieć – przeczesał ręką włosy – Nigdy nie piłem nic mocniejszego niż kremowe piwo, ale wydaje mi się, że tak właśnie czują się osoby na kacu… – mruknął, kładąc twarz na stole

- Zapomnimy o tym, obiecują – pomasowałam go energicznie po plecach. Był chudy, mogłam wyczuć jego kręgi. Poza tym oddychał szybko, jakby miał się zaraz rozpłakać. – Tylko musisz wziąć się w garść Tobby. Chyba nikt nie pamięta, co się wczoraj stało oprócz nas. To dobry znak.

- Ale co się wczoraj właściwie stało? – jęknął, unosząc się na łokciu – Nie rozumiem tego…ja tylko chciałem znaleźć różdżkę.

- I znalazłeś ją chociaż? – zapytałam łagodnie

- Nie! – uderzył ręką w stół – Ała… – skrzywił się i pomasował dłoń

- Trzymaj MacMillan – warknął ktoś i rzucił nam pod nos różdżkę Tobbyego – Ten jeden raz…

- Black? – wytrzeszczyliśmy oczy

Aiden bez słowa usiadł na przeciwko nas i posłał nam mętne spojrzenie. Przełknęłam ślinę. W tej chwili nie wiedziałam, czy mam się go bać.

- Czy wy wczoraj…czy my… – chrząknął zmieszany

- Nie kończ. Tak, naprawdę ich spotkaliśmy – mruknęłam, rozglądając się dyskretnie po sali

- Nie uwierzycie, co mi się śniło! – Leo wskoczył na miejsce obok Aidena, a ja podskoczyłam zaskoczona – Uciekaliśmy wczoraj przed nauczycielami i Sabrina użyła takiego superowego zaklęcia, a potem podszedł do mnie Godryk…

- Ciii! – syknęliśmy do niego w trójkę

- Nie drzyj japy Crouch – warknął Aiden – Cała szkoła nie musi o tym wiedzieć.

- Ha, czyli nie zwariowałem – zaśmiał się triumfalnie

- To akurat kwestia dyskusyjna – prychnęłam

- No wiesz… – obruszył się

- Ej, to nie my podpalamy sobie włosy – stwierdził rzeczowo Aiden

- To był wypadek – Leo przesunął ręką po swoich włosach obciętych na jeża (stwierdził, że nie będzie ich już zapuszczał na złość matce) i uśmechnął się głupkowato. Przewróciłam oczami. Ten chłopak kiedyś się zabije i powie, że to był wypadek.

- Po prostu się nie drzyj, bo jakbyś nie zauważył, nauczyciele w dziwny sposób o tym zapomnieli… – szepnęłam

- Do czasu… – westchnął Tobby

- Ej, uważasz, że nie potrafię dochować sekretu? – obruszył się Leo

- To chyba jasne Crouch. Gęba ci się nie zamyka od rana do wieczora – parsknął Aiden

- Za to ty snujesz się cały dzień po szkole jak dementor – odparował Leo – Tylko nie jesteś tak szybki i zwinni jak oni przez te ciastka…

- Mogę mu przyłożyć? – Aiden złapał go za tył szaty i zacisnął dłoń w pięść

- Zostaw – warknęłam – Musimy się naradzić, co robimy dalej – skrzyżowałam ręce na piersi i oparłam się plecami o ścianę

- A musimy coś w ogóle robić? – zapytał Tobby przez ściśnięte gardło

- No pewnie, że tak! Nie chcesz się dowiedzieć, po co oni do nas przyszli, MacMillan? Bo na pewno po coś przyszli! To było takie kosmiczne… – cieszył się Leo

- Stop! Nikomu nie możemy o tym powiedzieć! – złapałam Leo za rękę – Zachowujmy się, jakby nic się nie stało. Spróbuję czegoś poszukać na ten temat w bibliotece… – chłopak spojrzał się na nasze ręce i poruszył wymownie brwiami. Zacmokałam zirytowana jego infantylnym zachowaniem i cofnełam dłoń. Czułam gorąco na policzkach.

- Jasne…tylko spokojnie, księżniczko – wyszczerzył się Leo – Buzia na kłódkę – zrobił ruch jakby zamykał usta na klucz

- Nie, popieram kaczkę. Powinniśmy dać sobie z tym spokój. Może to były tylko halucynacje spowodowane twoim zaklęciem? – Aiden spojrzał się na mnie oskarżycielsko

- Nie mów na mnie kaczka! – zdenerwował się Tobby – I nie oskarżaj o nic Sabriny. Uratowała nas wczoraj.

- Przede wszystkim ratowała swój tyłek…tak szlamo, myślisz że nie wiem, że byłaś u McGonagall? – warknął Black

- Ej, nie mów tak do niej…! – obużyli się chłopcy

- Przede wszystkim nie możemy się tak jawnie spotykać – mruknęłam, widząc zaciekawione spojrzenia uczniów. Zignorowałam, że jawnie mnie obraża – Przyciągamy uwagę.

- Spokojnie, ja to załatwię – uśmiechnął się drapieżnie Aiden

- Nie, nie możemy wzbudzać podejrzeń. W końcu teoretycznie nie za bardzo się lubimy…

- Ja tam nie lubię was nawet w praktyce – prychnął Black

- Dzięki ziom, my ciebie też – Leo pokiwał głową i położył dłoń na ramieniu Blacka

- Zabieraj tą łapę, Crouch – syknął blondyn

- Przestańcie chociaż na chwilę – przewróciłam oczami – To co nas spotkało nie było przypadkowe – spojrzałam na nich poważnie – Kto albo coś chciało, żebyśmy się tam znaleźli o tej godzinie. Jestem pewna, że nie jesteśmy pierwsi w historii, którzy przeżyli takie…spotkanie trzeciego stopnia. To na pewno coś dla nas znaczy. Poszukam o tym informacji w bibliotece. Tam na pewno znajdę jakieś logiczne wytłumaczenie.

- Tak…może będziemy mieć jakieś korzyści z tego spotkania – zamyślił się Aiden – Bogactwo albo sławę…

- Albo dostaniemy super moce i będziemy musieli kogoś uratować! Jak super czwórka! – cieszył się Leo

- Ja to bym wolał, żeby to rzeczywiście był zwykły sen – westchnął ciężko Tobby

- Wiem Tobby… – złapałam go za rękę i uśmiechnęłam się smutno – a teraz idziemy na lekcje i zachowujemy się tak jak zwykle, czyli nie rozmawiamy ze sobą za dużo, jasne?

- Jak słońce, księżniczko – wyszczerzył się Leo

- Teraz już mogę mu rozkwasić nos? – upewnił się Aiden

- Droga wolna – skinęłam rękę

- No nie… – Crouch poderwał się z miejsca – I tak mnie nie dogonisz, prosiaczku! – krzyknął, uciekając niczym mały motorek

- Spadamy stąd – kiwnęłam głową na drzwi. Tobby szybko zabrał swoją różdżkę ze stołu, zanim Aiden się rozmyślił i poczłapał za mną szybko do drzwi. Mam tylko nadzieję, że nikt nie zwrócił na naszą małą naradę większej uwagi. Niestety pamiętniczku, czuję w kościach, że to nie było ostatnie nasze spotkanie w tej sprawie…

***

Pierwsze dwie lekcje właściwie minęły całkiem spokojnie. Schody zaczęły się dopiero na trzeciej godzinie, gdy zeszliśmy do lochów na lekcje eliksirów. Zynox już na początku oświadczył, że czeka nas trudne i wymagające doświadczenie, dlatego oczekuje od nas uwagi, bo będziemy musieli powtórzyć za nim każdy krok. Tak, to zdecydowanie zapowiadało katastrofalną lekcję. Ale prawdziwa bomba nadeszła po chwili…

- Żeby ułatwić wam trochę to zadanie, wybiorę zaraz ochotnika, który będzie przygotowywał doświadczenie równo ze mną pod moim czujnym okiem. – powiedział, a wszyscy ucichli

- Panie profesorze, ochotnik z definicji to osoba chętna, która zgłasza się z własnej, nieprzymuszonej woli. Nie można wybierać ochotnika – stwierdziła Irmina z przemądrzałą miną

Zasłoniłam usta ręką, żeby ukryć śmiech. Zynox nie jest dziś w dobrym humorze, więc ta Kleopatra w końcu się doigra. Wybierze ja jak nic…

- Racja, ale to moja lekcja i moje reguły – uśmiechnął się w sposób, od którego przeszły mnie ciarki – Mam już na oku jednego ochotnika – oparł się plecami o biurko i rozejrzał się po klasie. Wszyscy, nawet Ślizgoni zastygli w bezruchu jak zające na polowaniu – Ta osoba jest na tyle bezczelna, że ośmiela się kraść z mojej pracowni składniki eliksirów i naiwnie sądzi, że tego nie zauważę – zaśmiał się sam do siebie, a mnie oblał zimny pot. Niech to szlag…A jednak nauczyciele pamiętają.

Uczniowie patrzyli po sobie przerażeni, bojąc się odezwać. Nawet Irmina nie miała w zanadrzu żadnej zgryźliwej uwagi..

- Gdyby ta osoba nie była tak mierna z eliksirów i miała jakiekolwiek pojęcie jak uwarzyć eliksir wielosokowy, może nie byłbym tak zły. Niestety ta osoba prawdopodobnie nie miała zielonego pojęcia co robi, a nic mnie tak nie drażni jak potężne artefakty w rękach ignorantów – zazgrzytał zębami ze złości. Jestem skończona… – Socretto, zapraszam na stanowisko – rzucił w moją stronę fartuch, a ja mimo oszołomienia złapał am go. Nauczyciel zarzucił peleryną i zniknął w składziku, żeby przygotować sprzęty.

Wstałam powoli z ławki. Nogi miałam jak z waty, a ręce mi się trzęsły jak galareta. Po zniknięciu nauczyciela wszyscy zaczęlii rozmawiać.

- Wow Socretto…nieźle…nawet ja bym czegoś takiego nie zrobił… – dziwił się Black

- Czy ja słyszę podziw w twoim głowie? – siliłam się na żart

- Raczej litość, szlamo – parsknął – On cię zniszczy…

- Już po tobie, szlamo – zawtórowali Ethan i Noah – Nie zdasz eliksirów.

- Socretto, o czym ty myślałaś? Jak mogłaś coś ukraść z pracowni? – Irmina była szczerze przerażona. Nie pamiętniczku, bynajmniej nie bała się o mnie – Zniszczyłaś dobre imię Ravenclawu…zamorduję cię, jeśli to przeżyjesz…

- No dalej Socretto, jeszcze się nie ubrałaś? – mruknął Zynox, wracając do klasy – A i jeszcze jedno…od tego eksperymentu zależy twoja ocena semestralna.

- Ale panie profesorze… – wytrzeszczyłam oczy

- Wolisz końcoworoczną? – spojrzał na mnie ponad szkłami oklarów

- Nie – spuściłam wzrok

- To do roboty. Skoro wydaje ci się, że masz masz tyle doświadczenia, żeby poradzić sobie z eliksirem wielosokowym, to takie doświadczenia będzie dla ciebie zwykłą igraszką – uśmiechnął się perfidnie. Bez słowa ustawiłam się na stanowisku.

Uroczo, prawda? To się nazywa wsparcie. Krukoni siedzieli jak marmurowe posągi, posępnie patrząc i przyglądając się sytuacji. Z kolei Ślizgoni zabawili się w starożytnych gladiatorów, którzy pragną „chleba i igrzysk” i głośno komentowali naszą walkę gladiatorów Socretto vs. Zynox. Aiden wyciągnął torbę czekoladowych żab i doskonale się bawił, śmiejąc się ze znajomymi i jedząc słodycze. Patrzyłam uważnie na to, co robi nauczyciel, ale choćbym nie wiem co robiła, nie potrafię precyzyjnie powtórzyć tych ruchów. Brakuje mi doświadczenia i po prostu talentu. Czułam się beznadziejna.

- Socretto, uważaj bo zaraz wybuchniesz – zarechotał Black

- Gdzie? – pisnęłam i odskoczyłam od stolika. Niechcący ramieniem zahaczyłam o fiolkę z czerwonym proszkiem i wsypałam część do mikstury. Ślizgoni zaczęli się śmiać, a ja spojrzałam się gniewnie na Blacka.

- Black, zajmij się słodyczami z łaski swojej – burknął Zynox

- Panie profesorze, moja mikstura…

- Na twoje szczęście ten proszek zadziała na twoją korzyść, Socretto – zmrużył oczy, nie patrząc na mnie. Chyba sytuacja nie potoczyła się po jego myśli. – Nie stój tak i pracuj.

- Oczywiście – wyjąkałam. Kątem oka spojrzałam na Aidena. Pomaga mi? Nie, przecież nie mógł przewidzieć, że się przestraszę i strącę proszek do kociołka. Zresztą to do niego nie pasuje. Black chce mojej klęski od początku. Pokręciłam głową, żeby odgonić myśli i skupić się na pracy.

- Midas, daj mi tą książkę…przewróć stronę – usłyszałam poddenerwowany szept Irminy. – Socretto, obrazek na dole… – syknęła, próbując przesunąć podręcznik na brzeg ławki – Widzisz?

Tak pamiętniczku, to był ten pamiętny moment, gdy Irmina chciała mi pomóc. Nigdy więcej coś podobnego się nie zdarzyło, dlatego stwierdziłam, że ten akt łaski wypadałoby zapisać w kalendarzu i przypominać jej to co roku, żeby upewnić się, że ta jędza ma uczucia. Oczywiście dobrze wiem, że ona nie chciała pomóc mnie tylko sobie…i reszcie Krukonów. Ratowała nasz dom przed kompletną kompromitacją, ale mój honor nie pozwalał mi skorzystać z jej pomocy. Przecież do końca szkoły by mi to wypominała.

- Zabieraj tą książkę – warknęłam cicho, patrząc, czy Zynox coś widzi

- Nie bądź głupia, nie zrobisz tego sama – Irmina ze złości zacisnęła palce na brzegach ławki

- Zrobię. Dam z siebie wszystko. Nie będę korzystać z twojej łaski – wysyczałam przez zęby. Kątem oka zauważyłam, jak Irmina zrobiła się sina z oburzenia.

- Głupia! – wydusiła z siebie i odchyliła się na oparciu krzesła. Do końca lekcji nie odezwała się słowem. Minnie cały czas coś do niej szeptała, jakby chciała ją uspokoić.

- Kończymy pracę Socretto – poinformował mnie w końcu Zynox

- Tak szybko? – pisnęłam

- Wystarczająco długo się z tym męczymy. Kończymy ten teatrzyk. – powiedział sucho

- Mam wrażenie, że ta sztuka nie zbierze oklasków – chrząknęłam

- Na zakończenie trzeba przekręcić kociołek do góry nogami. Jeśli wszystko wykonałaś poprawie na spodek wyleci ciekła, lepka i aromatyczna mikstura – profesor zademonstrował, a reszta klasy zaczęła klaskać. Skrzywiłam się. Jak dla mnie ta papka wygląda jak zgęstniała krew. – Zapamiętajcie przepis na ten wywar, bo może uratować komuś życie. Uzupełnia braki krwi, gdy ktoś stracił jej dużo, a pomoc…

- A jeśli zrobiłam coś źle? – przerwałam mu, podrygując z nerwów w miejscu

- Nie chciałabyś takiego obrotu sprawy – skrzyżował ręce Zynox – No dalej Socretto, ja czekam – niecierpliwie przebierał swoimi długimi, bladymi, pająkowatymi palcami

Wzięłam głęboki oddech i podniosłam kociołek z paleniska. Mikstura skwierczała i bulgotała niebezpiecznie. Uczniowie wyglądali na przerażonych, a niektórzy zasłaniali się już podręcznikami. No dobrze…raz kozie ja. Przechyliłam szybko kociołek i zacisnęłam powieki. Nic się nie stało, więc otworzyłam oczy. Na spodku leżała gęsta, rdzawoczerwona, gęsta jak syrop ciecz.

- Hej, udało… – nie skończyłam, bo w tej chwili nastąpił wybuch

Dziewczyny zaczęły piszczeć, a ja z wrzaskiem odskoczyłam do tyłu. Niedostatecznie szybko i lepka masa ochlapała moją twarz, ubranie…i właściwie wszystko. Byłam w totalnym szoku. Zamarłam z otwartą buzią i spojrzałam na profesora. Zynox uśmiechał się, jakby od początku wszystko to przewidział.

- No i co, Socretto? Wiesz co teraz nastąpi? Nie zdajesz eliksirów – wzruszył ramionami, a ja o mało nie przewróciłam się na ziemie. Zadzwonił dzwonek. Uczniowie spakowali się i w ekspresowym tempie wybiegli z lochów. Nawet Krukoni tego nie skomentowali. Byłam skończona.

- Posprzątaj ten bałagan, Socretto – mruknął i zaniósł swoje narzędzia do składziku

- Panie profesorze… – zaczęłam, ale musiałam odchrząknąć, bo głos mi drżał – Czy ja mogę to jakoś poprawić…?

- Nie, ale ciesz się, że nie powiedziałem dyrektor McGonagall o tej kradzieży- burknął profesor

- Chwila, myślałam, że to ona powiedziała panu – zbaraniałam

- Pani dyrektor mnie? – zmieszał się – Ach no tak…wspomniała o tym wczoraj przy kolacji…

- Nie prawda, kłamie pan – oznajmiłam z pewnością. Obeszłam stół i podeszłam do jego biurka – Skąd pan o tym wiedział? Śledził mnie pan? Czyta mi pan w myślach, czy co? – paplałam wściekła, zanim ugryzłam się w język. Zynox zmarszczył swoje krzaczaste czarne brwi, które teraz złączyły się w jedną linię.

- Wystarczy, Socretto. Zapominasz się. Wydaje ci się, że nauczyciele są tacy głupi i nic nie widzą? Od początku wiedziałem, że wzięłaś tą miksturę.

- Więc czemu nie wezwał mnie pan do gabinetu po lekcjach? Albo nie zaczepił na korytarzu? Właściwie to nie widziałam pana wczoraj przy stole nauczycieli…wyszedł pan dopiero w nocy…

- Próbujesz mi udowodnić, że kłamię? – krzyknął, a ja zamilkłam. Drżał ze złości.

- Nie panie profesorze. Ja tylko…

Zynox cofnął się w cień, a gwałtowny ruch jego płaszcza zgasił świeczkę. W pomieszczeniu zrobiło się jeszcze ciemniej. Przeszedł mnie dreszcz. Instynkt mówił mi uciekaj.

- Przepraszam panie profesorze, niech się pan nie denerwuje… – mój oddech przyspieszył. Nie widziałam go, ale słyszałam jego kroki. Przemieszczał się po sali w stronę składziku. To głupie, ale czułam się bezbronna, bo prawie nic nie widziałam w tych ponurych ciemnościach. Odruchowo sięgnęłam do buta po różdżkę.

- Wyjdź stąd! – zażądał

- Ale…

- Wyjdź i zamknij drzwi! – ryknął i zatrzasnął drzwi do składziku, a ja już o nic nie pytając zabrałam torbę i uciekłam. Chciałam tylko jak najszybciej zapomnieć o tej lekcji

***

W łazience udało mi się zmyć resztki nieudanego eksperymentu i poszłam prosto na zajęcia z transmutacji. Biorąc pod uwagę, zachowanie Zynoxa nie byłam pewna, czy nauczyciele nie wiedzą o naszej nocnej eskapadzie. Dlaczego jednak to ukrywają? Postanowiłam mimo wszystko nie wyróżniać się specjalnie przez jakiś czas. Krukoni wciąż byli na mnie obrażeni, więc ostentacyjnie mnie ignorowali, co bardzo mi odpowiadało. Usiadłam na końcu klasy i obłożyłam się książkami.

- Cześć piękna, jak tam nasze śledztwo?

- Leonrad… – jęknęłam, zamykając książkę. Jego towarzystwo nie jest dobrym pomysłem, jeśli chcesz się wtopić w tłum. – Nie miałam jeszcze czasu iść do biblioteki.

- Słyszałem o tej lekcji eliksirów – zaśmiał się zadowolony. W oczach miał psotne iskierki – Nasza „krwawa Mary”…

- Nie nazywaj mnie tak! – oburzyłam się

- Wszyscy już tak o tobie mówią – wzruszył ramionami z rozbrajającym uśmiechem

- Wszyscy, to znaczy kto? – westchnełam

- No cała szkoła! Ślizgoni opowiadali o tym na przerwie każdemu kogo spotkali. Podobno Zynox cię oblał i nie zdajesz.

- Po tym jak go wkurzyłam raczej nie mam szans – mruczałam rysując na pergaminie schemat, który Muglis właśnie namalował na tablicy

- Brawo, przybij piątkę.

- Niby z jakiej okazji? – wytrzeszczyłam oczy

- Coraz bardziej przypominasz Gryffona, księżniczko. Igranie z regulaminem, życie na krawędzi…

- Nie, to tylko znaczy, że coraz bardziej upodabniam się do CIEBIE, a tego wolałabym uniknąć – przewróciłam oczami

- Oj dobra, wyluzuj…jesteś strasznie spięta – burknął i obrażony położył się na podręczniku

- Moi drodzy, koniec teorii. Zabieramy się za ćwiczenia praktyczne – klasnął w dłonie profesor

- Nareszcie… – z westchnieniem wyjęłam różdżkę. Lokacja, przemieszczanie przedmiotów, teleportacja…łatwizna. Ćwiczyłam to już w pokoju wspólnym z Rose, która w dodatku mnie pochwaliła. Podniosłam różdżkę i już miałam wypowiedzieć zaklęcie, gdy spojrzałam na Leo. Miałam się nie wychylać…niech on to poćwiczy, bo pewnie jak zwykle nawet nie słuchał teorii. Poza tym Muglis chodził po klasie i sprawdzał nasze postępy.

- Chcesz być pierwszy? – zapytałam wspaniałomyślnie

- Dlaczego ja? – zmrużył oczy – Skoro się przygotowałaś to wal, droga wolna – machnął rękę

- Ale ja…nie umiem tego zrobić – chrząknęłam – Pokażesz mi?

- Jaja sobie robisz? Ty czegoś nie umiesz? – prychnął rozbawiony

- No proszę cię…nie usłyszałam ostatniej części wykładu, bo mnie zagadałeś. Jesteś mi winien małą prezentację. – Muglis był coraz bliżej

- No to mamy mały problem, bo ja też nie słuchałem… – wyszczerzył się

- Ok, rób to co ci mówię – straciłam cierpliwość

- Co ty…? – podążył za moim wzrokiem i zobaczył nauczyciela – Nie chcesz pokazać się Muglisowi?

- Nie, chcę, żebyś ty w końcu coś zaprezentował – wymyśliłam na szybko wymówkę

- Muglis wie, że jestem zbyt roztrzepany, żeby skupić się na takich zaklęciach – skrzyżował ręce

- To nie znaczy, że nie możesz próbować – naciskałam – A nóż widelec go zaskoczysz.

- Daj spokój, Muglis już na pierwszej lekcji powiedział, że jest zaskoczony, że ktoś dał mi różdżkę, bo jestem zagrożeniem dla świata.

- Więc twierdzisz, że tego nie potrafisz? – przygryzłam wargę. Muglis stanął obok nas i uważnie nas obserwował, przygładzając swoje siwe wąsy.

- Tego nie powiedziałem – nastroszył się Leo

- Więc udowodnij – poruszyłam wymownie brwiami

- Sama chciałaś – Leo podrzucił różdżkę i złapał ją w powietrzu przed moim nosem. Co za efekciarz…

- To nie skończy się dobrze, wiesz o tym? – szepnął do mnie Muglis. Spojrzałam się na niego przez ramię, ale nic nie powiedziałam. Leo robił minę, jakby mocno się skupiał i wypowiedział zaklęcie. Kulka powoli zaczęła znikać. Niestety w kubku pojawiła się tylko jej część.

- No panie psorze, niech pan zobaczy jak było blisko! – wykrzyknął

- Widzę Crouch, widzę… – zaśmiał się pod nosem

- Ale to można opatentować! Nowa moda na…pół kulki w kubku. Jaki to chwyt reklamowy! Druga połówka jest niewidzialna. Jak ją znajdziesz to dostaniesz za darmo

- Dobrze Crouch, nie jest tak źle… – tym razem nauczyciel roześmiał się na głos. Nawet ja się uśmiechnęłam. Leonrad potrafi znaleźć wyjście z każdej sytuacji – Poćwicz jeszcze, a teraz Sabrina.

- Ja? – byłam pewna, że pójdzie dalej

- Tak, pokaż co potrafisz – pokiwał głową

Westchnęłam i podrapałam się po czole. Mam udawać, że tego nie umiem? Nie, Muglis wie już, co potrafię. Nie uwierzy mi. Poddałam się i wykonałam ćwiczenie. Czarodziej uniósł brwi i z uznaniem pokiwał głową.

- Bardzo dobrze, Sabrina. Trzymaj tak dalej…

- A więc okłamałaś mnie! Potrafisz to… – krzyknął Leo i zamachnął się ręką. Nawet nie zauważył, że stracił kubek z ławki. Pod wpływem impulsu machnęłam różdżką i szklany kubek zmienił się w plastikowy. Muglis kucnął i podniósł przedmiot. Wszyscy się na nas patrzyli. Z kubka wyfrunął motyl w kształcie metalowej kulki ze szydłami. Przełknęłam ślinę. Miałam się nie wychylać…

- Dobry refleks, Sabrina – pochwalił mnie nauczyciel – Dyrektor McGonagall miała rację… – mruknął do siebie – Wracajcie do ćwiczeń. Niedługo koniec lekcji – dodał i odszedł od naszej ławki

- Co to było? – zapytał Leo

- Nie ważne – pochyliłam się nad książką  – Dziękuje bardzo…właśnie zniszczyłeś moje szanse na bycie niezauważoną – burknęłam

- Chciałaś, żeby nikt cię nie widział? Jesteś dziwna. Wszystkie dziewczyny chcą się rzucać w oczy.

- Na pewno nie ja! – warknęłam

- Nie rozumiem dziewczyn! – wzniósł ręce Leo. Nie odpowiedziałam i udałam, że zajęłam się czytaniem. – Świetnie. Jednak się pomyliłem co do ciebie. Jesteś sztywną, zasadniczą Krukoną – prychnął i zanim na niego spojrzałam zebrał swoje rzeczy i przesiadł się do swojego kolegi. Zabolało, ale postanowiłam nie pokazywać tego po sobie. Nie mogę pozwolić pamiętniczku, żeby taki Crouch myślał, że mnie obchodzą jego humory…

Po lekcji Muglis wezwał mnie do siebie. Powiedział, że dyrektor McGonagall przygotowała dla mnie dodatkowe lekcje ćwiczeń i wręczył mi podręcznik dla uczniów z drugiego roku. Dodał, że mam zapoznać się z pierwszym działem i on albo pani dyrektor wkrótce mnie z tego odpytają. Tak, o tym właśnie marzyłam…

***

Na przerwie obiadowej w końcu spotkałam się z Tobbym i opowiedziałam mu, co mi się przydarzyło. Plotki właściwie szybko się rozchodzą i on już wszystko wiedział, ale i tak cierpliwie wysłuchał jak streściłam mu cały poranek na jednym wydechu. Aż dostałam czkawki.

- To straszne…zwłaszcza ta sprawa z Zynoxem – stwierdził – Myślisz, że naprawdę może cię oblać?

- Nie wiem…boję się… – nie miałam już siły udawać twardej – On zachowywał się jak opętany. Nie wiem, czym go tak zdenerwowałam.

- Może twoje pytania go zdenerwowały? Czasem potrafisz być namolna

- Ja tylko chciałam dowiedzieć się prawdy. Skoro McGonagall mu nie powiedziała o tej fiolce, to skąd mógłby się dowiedzieć? On coś ukrywa…a tak przy okazji to dzięki! Nie wiedziałam, że jestem namolna.

- Oj nie jesteś…tak tylko żartuję – szturchnął mnie łokciem – Porozmawiaj z Gretel. Powinna ci pomóc, w końcu to opiekunka twojego domu.

- Jasne, jeszcze dostanę u niej karę za przyniesienie wstydu domowi. Nic z tego…ale Zynoxa nie było wczoraj na tej kolacji, prawda? – zapytałam cicho

- Nie, nie przypominam sobie, żebym go widział – podrapał się po głowie Tobby

- To dobrze, bo myślałam, że zaczynam wariować… – wzdrygnęłam się przy silniejszym podmuchu wiatrem. Koniec października mimo, że słoneczny, był już chłodny.

- Jesteś zdenerwowana. Mogłabyś iść do madame Rosemarthy. Ja byłem u niej na przerwie na herbatce i od razu mi lepiej.

- Chcesz mi powiedzieć, że nauczycielka wróżbiarstwa jest naszym szkolnym pedagogiem? – prychnęłam

- Nie wiem kto to jest pedagog, ale madame Rosemartha zawsze mnie wysłucha i poradzi coś mądrego. Gdy dokuczają mi w klasie idę się do niej wygadać – opuścił głowę

- Tobby, masz przecież mnie… – poczułam się zdradzona

- Wiem, ale…to co innego. Ona jest dorosła…i rozumie dużo rzeczy.

- A o czym jeszcze rozmawiacie? – zmrużyłam oczy, przypominając sobie ostatnią lekcję Tobbyego, gdy zaczął rysować i opętało go

- O różnych rzeczach… – schylił się do torby po jabłko. W tym momencie z jego kolan spadł notes. Akurat otworzył się na ostatnim rysunku. To drzewo…

- Tobby…skończyłeś swój rysunek – zdziwiłam się

- Tak, nawet nie wiem kiedy – przyznał

- Miałeś na razie nie rysować – zmarszczyłam brwi

- Och daj spokój, mówiłem, że z tym nie da się tak łatwo skończyć – zabrał mi notes – Poza tym madame Rosemartha mówi, że nie powinienem tego powstrzymywać, muszę to wypuścić.

- Ale co? – nie rozumiałam

- Nic… – przygryzł wargę i wsadził notes do torby

- Tobby, co ona ci jeszcze mówi o tych rysunkach? Wiesz, czemu wpadasz w taki trans?

- Nie, nie rozmawiam z nią o tym

- Przecież mówiłeś…

- Muszę iść, zaraz będzie dzwonek. Spotykamy się po kolacji w bibliotece? – przerwał mi wesoło

- Tak, jasne… – mruknęłam, ale gdy tylko przyjaciel odwrócił się, skoczyłam i zabrałam mu notes z otwartej torby. Już ja sobie porozmawiam z madame Rosemarthą…

***

Zrezygnowałam z kolacji i od razu po lekcjach ruszyłam do biblioteki, żeby poszukać informacji jeszcze przed Tobbym. Początkowo czytałam tylko o czterech założycielach, ale moją uwagę ciągle pzykuwał notes Tobbyego na dnie mojej torby. Przyjaciel bardzo dokładnie narysował to drzewo. Wycieniował, pokolorował…teraz przypominało Wierzbę Bijącą, która rośnie u nas na błoniach. Na dole obok grubego pnia stało mnóstwo małych ludzików, a na górze ponad koroną drzew błyszczał…miniaturowy znak Morsmorde! Zerwałam się z krzesła, a książki z hukiem pospadały z moich kolan. Bibliotekarka spojrzała na mnie z naganą. Posłałam jej przepraszający uśmiech i zebrałam książki z podłogi. Znowu ten znak…czemu Tobby go rysuje? Ruszyłam do regałów i po długich poszukiwaniach w końcu natrafiłam na odpowiednią książkę. Przeczytałam, że Morsmorde był znakiem Lorda Voldemorta oraz Śmierciożerców, którzy nosili taki tatuaż na ręku. Najgorsze było to, że ci czarnoksiężnicy używali tego zaklęcia, żeby zaznaczyć miejsce, gdzie doszło do morderstwa lub do naznaczenia swoich wrogów…

Pierwszy raz ten znak pojawił się na meczu quidditcha. A jeśli…to było ostrzeżenie? Mój mózg pracował na pełnych obrotach. Dlaczego na meczu quidditcha? Dla kogo było to ostrzeżenie? Dla któregoś z graczy? A może…dla szukającego? W końcu znak wyskoczył ze złotego znicza. Cóż, to że Lord Voldemord nie żyje, nie oznacza, że ktoś nie chce odbudować jego potęgi. Ten czarnoksiężnik z błyszczącymi oczami, którego widziałam…widział, że ja go widzę. Musiał też przewidzieć, że ściągnie mnie na dół…a ja wezmę za sobą Tobbyego. Chciał, żebyśmy tam zeszli, ale nie zamierzał nas zabić. Tobby i Aiden byli już na boisku. Kiedy pobiegłam do nich, żeby przeszkodzić im w złapaniu znicza, byliśmy już w czwórkę. To jest wiadomość dla nas…dla mnie, Tobbyego, Aidena i Leonrad…ktoś z nas ma niedługo zginąć…

***

Biegłam ile sił w nogach po schodach dopóki nie zatrzymałam się pod drzwiami pracowni madame Rosemarthy. Dysząc jak mały parowóz zaczęłam dobijać się do środka. Po chwili nauczycielka otworzyła mi z marsową miną. Była ubraną w swoją błyszczącą szatę w gwiazdy i pachniało wyjątkowo intensywnymi kadzidłami. Zmarszczyłam nos. Pewnie przeszkodziłam jej we wróżeniu.

- Czułam, że niedługo mnie odwiedzisz, Sabrino – powiedziała spokojnie

- Doprawdy? Może po prostu słyszała pani jak sapię biegnąc po schodach, a potem walę w drzwi? – nie mogłam się powstrzymać

- Oj, oj ktoś ma niewyparzony język…nie masz przekonania do wróżenia, prawda kochana?

- Nie, jak dla mnie to tylko spekulacje i odrobina psychologi – wysapałam

- Więc czemu chcesz mnie prosić o pomoc, skoro nie ufasz temu, co robię? – oparła się o framugę drzwi

- Bo chodzi o Tobbyego…a konkretnie o to, co on maluje – wyciągnęłam z torby notes

- Wejdź – uchyliła szerzej drzwi

- Wie pani o tym od dłuższego czas, prawda? – nie traciłam czasu

- Poczekaj, zaparzę herbatę i wtedy porozmawiamy. Usiądź – wskazała mi krzesło. Jęknęłam, ale posłusznie usiadłam i zaczekałam na nauczycielkę.

- Tak Sabrino, już od pierwszej lekcji zauważyłam, że Tobby jest niezwykle wrażliwą osobą. – powiedziała czarownica, wracając po chwili z dzbankiem i szklankami

- No tak, wrażliwy to on jest…ale co znaczą te rysunki. Czemu on ciągle maluje to drzewo.

- To jest znak, symbol… – powiedziała, ostrożnie dotykając strony z notesu

- Nie rozumiem, nie znam się na symbolice…ale wiem, co oznacza Morsmorde. – popukałam palcem w zielony znaczek – I to nie wróży dla nas nic dobrego.

- Napij się herbaty. Jesteś cała zestresowana – dotknęła mojej reki – Każdy dzień w tej szkole jest dla ciebie trudny. To walka o przetrwanie. A mimo to nie poddajesz się…lubisz to miejsce…i tęsknisz za domem.

- Stop. Co pani robi? – wyszarpnęłam dłoń z jej uścisku

- Staram się pomóc – wzruszyła ramionami

- Tobbyemu też pani tak pomaga?

- Cóż…jesteś jego przyjaciółką, więc wiesz, że nie jest akceptowany przez klasę. Bronisz go i on bardzo cię za to ceni, ale marzy o tym…żebyś nie musiała tego robić. Chce być normalny, ale jest niezwykły… – mówiła z pasją

- Dobrze, dobrze, trzymajmy się konkretów. Czemu Tobby jest takie niezwykły – z grzeczności spróbowałam herbaty

- Twój przyjaciel ma dar, dar rysowania.

- To już wiem.

- Nie rozumiesz…Tobby przez rysunki wyraża to, co widzi w przyszłości. – przechyliła się w moją stronę, aż zobaczyłam swoje odbicie w jej oczach

- Chce pani powiedzieć, że Tobby…

- Jest wizjonerem – dokończyła z triumfalnym uśmiechem

- Niemożliwe… – zmrużyłam oczy

- Czemu nie?

- Bo wiedziałby o tym od dzieciństwa albo…sama nie wiem… – zwątpiłam w to co mówię. Napiłam się herbaty. Przez chwilę panowała cisza.

- Pewne zdolności odkrywa się z wiekiem, krok po kroku… – mówiła powoli, a ja czułam jak moje mięśnie się rozluźniają. Może rzeczywiście byłam zestresowana.

- Zaraz, zaraz…od kiedy Tobby przychodzi do pani na takie pogawędki?

- Od początku roku. Te rozmowy mu pomagają.

- I pani za każdym razem dawała mu taką herbatkę?

- Tak.

- To pani wina! – zrozumiałam – To pani obudziła w nim ten dar! Obserwowałam go…z tygodnia na tydzień coraz bardziej zatracał się w tym rysowaniu przez panią.

- To dobrze, że rysuje. Przekonałam go do tego.

- I co pani zrobiła? On cierpi…wpada w trans i traci kontakt z rzeczywistością! – jęknęłam, podnosząc się z krzesła

- Mogę go nauczyć tego kontrolować – złapała mnie za rękę – Zrozum Sabrina, że jeśli wizjoner będzie dusił w sobie te wizje, wybuchnie. Tak jak wtedy na lekcji…

- Nie, nie wierzę…jemu trzeba pomóc. Wziąć do Skrzydła Szpitalnego, do dyrektor…

- Nie Sabrina, proszę! – krzyknęła rozpaczliwie madame Rosemartha – Tylko Tobby może nas uratować przed katastrofą. Coś się zbliża…wiesz o tym, prawda? – syknęła, a mnie przeszedł dreszcz – Cała wasza czwórka w tym siedzi. Grozi wam wielkie niebezpieczeństwo. Całemu światu czarodziei grozi niebezpieczeństwo. Tylko wizje Tobbyego mogą nas uratować.

- Nie wierze… – powtórzyłam uparcie – Co znaczy to drzewo?

- Tylko Tobby może nam to powiedzieć, ale skoro wisi nad nim Morsmorde, oznacza śmierć, morderstwo… – zadrżała nauczycielka

- No dobrze, morderstwo pod Bijącą Wierzbą… – oblizałam wargi zdenerwowana i usiadłam z powrotem na krześle – Ale kiedy to się stanie?

- Nie wiem – spojrzała na mnie poważnie – ale tylko wasza czwórka może temu zapobiec – szepnęła, a ja czułam jak mój żołądek zwija się w supeł.

I co ty na to pamiętniczku? Już sama nie wiem w co mama wierzyć. Chyba jednak nasza sen o spotkaniu czterech założycieli Hogwaru był prawdziwy…

 

O tym jak dzielna owca próbuje wyrwać się ze stada i iść drogą z soczystą trawą, czyli jak próbuję być sobą i zemsta Sary…

23 sty

Cisza przedłużała się, a wszyscy gapili się na mnie, jakbym była duchem. Przesunęłam wzrokiem po zebranych w moim pokoju osobach. Natasha, Jennifer, Bill, David, Tom, Jade, Elena…no i oczywiście Sara. Znałam ich i jeszcze do niedawna nie wyobrażałam sobie, żeby spędzić popołudnie bez tego towarzystwa. Przed oczami migały mi urywki gorących imprez, na których muzyka dudniła mi w uszach, a alkohol szumiał w głowie. Wtedy ta cała maskarada mi nie przeszkadzała. Wtedy nie widziałam w niczym problemu. Teraz zachowuję się jak nasza gosposia, która za każdym razem wpadała do mojego pokoju i kazała ściszyć „ten jazgot”.

- Kochana, co się z tobą stało? Wyglądasz jakby napadł cię gang raperów w drodze do domu – Sara podeszła do mnie, uśmiechając się słodko i dotknęła lekko moich podrapanych ramion. Teraz rozumiem, czemu wszyscy mieli taki strach w oczach. Musiałam wyglądać upiornie. – Spokojnie, zaraz coś na to poradzimy. W końcu jest impreza. Znieczulimy cię i zapomnisz…o tym. Bill? – pstryknęła palcami, a blondyn od razu ruszył w naszą stronę ze szklaneczką alkoholu

Przełknęłam ślinę i powoli rozprostowałam palce. To nie jest ich wina, że tu przyszli. Nie wiedzieli, że to nie ja jestem organizatorką. Jak zwykle robili wszystko pod dyktando Sary. Ja już z tym skończyłam. Właśnie w tym momencie.

- Nie – wyszarpnęłam się z jej uścisku – Nie będzie żadnego znieczulania – dodałam wypranym z emocji głosem

- Aż tak cię boli? No dobrze, może pójdę po jakieś tabletki do Marthy, ale na litość…jesteś gospodarzem imprezy. Nie powinnaś się pokazywać gościom w takim stanie – powiedziała ciszej

- Ja? Ja jestem..?! – krzyknęłam – No tak…jestem gospodarzem – olśniło mnie – Nie ty, ale ja! Więc nie masz prawa urządzać imprezy pod moim dachem bez mojej zgody! Zabieraj swoich gości i wynocha. Koniec imprezy! – złapałam ją za rękę. Dziewczyna wytrzeszczyła oczy, nie spodziewając się po mnie takiej reakcji. Jednak zaskoczenie szybko przerodziło się w gniew, a w jej oczach błysnęły wściekłe iskry. Puściłam ją, ale trwało to tak krótko, że nikt tego nie zauważył.

- Jak to bez twojej zgody? Sara powiedziała, że to ty nas zaprosiłaś! – włączył się Tom, a reszta osób go poparła – Co tu się dzieje?

- Nikogo nie zapraszałam, idioci – nie wytrzymałam – A gdybym to zrobiła, powiadomiłabym was osobiście, nie sądzicie?

- Sara, powiedz prawdę – Jade, ciemnoskóra dziewczyna w cekinowej sukience mini skrzyżowała ręce i podeszła do nas. Zawsze była konkretna i teraz pewnie jest wściekła, że dała się w coś takiego wrobić. Jej rodzice mieli własną klinikę chirurgi plastycznej.

- Prawdę? Ależ to jest prawda! – powiedziała Sara, modulując głosem, żeby odegrać pokrzywdzoną sierotkę. Przewróciłam oczami. Dobrze znałam ten numer. Nauczyła się tego sposobu w podstawówce i działał do tej pory. Tylko że nigdy nie wykorzystywała go przeciwko mnie. – Dziś po południu spotkałyśmy się w klubie jeździeckim, Jennifer i Natasha mogą poświadczyć – kiwnęła na koleżanki, który wywołane do odpowiedzi wyprostowały się jak struny.

- Doprawdy? – uniosłam brwi zaskoczona

- Tak – Natasha przeciągała zgłoski – Spotkałyśmy się w klubie – dodała szybko widząc spojrzenie Sary. Jennifer pokiwała z zapałem głową. Czułam, że gorąco napływa mi do policzków. Co one kombinują?

- Spotkałyśmy się i wtedy Lana powiedziała mi, że chciałaby urządzić imprezę w ramach przeprosin, za to, jak potraktowała nas w Starbucksie – Sara ciągnęła swój lament

- A jak was potraktowała? – zapytała Elena, mrużąc oczy

- Okropnie – pociągnęła nosem Sara – Zupełnie jej nie poznaję po tych wakacjach…Spotkaliśmy chłopców, chwilę z nimi porozmawiałyśmy, a Lana nagle wstała i oświadczyła, że musi iść.

- Tak, wyskoczyła jakby ktoś ją gonił – przytaknął Bill – To nie było ok, laska – spojrzał na mnie nieprzyjemnie

- Dobrze, że David zgodził się odwieźć nas do domu.

- O tak…bo gdybyś zamówiła taksówkę, korona by ci z głowy spadła – mruknęłam, zanim ugryzłam się w język. Teraz wszyscy patrzyli się na mnie jak na czarny charakter. Świetnie…właśnie o to jej chodzi.

- Widzicie, tak się naprawdę zachowuje – westchnęła Sara – A ja chciałam być dla niej po prostu miła. Nie było jej całe wakacje, nie odbierała nawet telefonu. Wybaczyłam jej to, bo jest moją najlepszą przyjaciółkę. – położyła rekę na sercu, a mnie zrobiło się niedobrze – Nie pytałam o nic, tylko uwierzyłam w bajeczkę o braku zasięgu, ale nie zasłużyłam sobie na takie traktowanie…co ja ci zrobiłam? – rozpłakała się jak prawdziwa aktorka

- Och Saro… – Jade, która stała obok nas przytuliła ją – Nic jej nie zrobiłaś.

- Nie, nie, chwileczkę…ona udaje, nie widzicie tego? – czułam, że tracę kontrolę

- Co udaje? – warknął David – To prawda, że nie odbierałaś od nas telefonów. Gdzie się podziewałaś tyle czasu, co? Może znalazłaś nowych przyjaciół?

- David, naprawdę nie miałam zasięgu na tej wyspie – zmarszczyłam brwi

- Widocznie świetnie się tam bawiłaś bez nas – uśmiechnęła się wrednie Natasha

- Właśnie, a teraz musiałaś wrócić do domu i jesteś wściekła, ale nie wyzywaj się na nas, idiotko – warknęła Jennifer

- W klubie jeździeckim powiedziałaś, że chcesz nas wszystkich przeprosić, wiec ściągnęłam ich tu dla ciebie – odezwała się znowu Sara. Widziała, że już wygrała – Ale ty…zjawiasz się spóźniona i to jeszcze w takim stroju. Jesteś wściekła nie wiadomo na co…co się z tobą dzieje?

- Demolujecie mi pokój, to się dzieje! – rozłożyłam ręce

- Och proszę cię, wiesz, że nie o to chodzi – żachnęła się Natasha – Szukasz pretekstu, żeby się nas pozbyć.

- Tak! Wróciłam do domu, jestem zmęczona i obolała, bo spadłam z konia. Chciałam się położyć, a tu słyszę, że w moim pokoju ktoś włączył muzykę na full i bawi się w najlepsze…

- Spadła z konia, ha! – zatriumfowała Jennifer – Nawet własny koń jej nie lubi!

- Nie, to nie tak… – zaczęłam, ale wszyscy zaczęli mówić równo ze mną – Przestańcie! Nie organizowałam żadnej imprezy! Nie spotkałam się z dziewczynami w klubie! Sara to wszystko wymyśliła, żeby się na mnie zemścić, bo taka właśnie jest!

- Ja taka jestem? – Sara zaśmiała się dziwnie – A kto ukrywał się przed nami cały dzień i siedział na stołówce przy stoliku dziwaków? – spojrzała na mnie wyzywająco. Wszyscy wstrzymali oddech.

- Lana, czy to prawda? Ukrywałaś się przed nami? – zdruzgotana Jade spojrzała mi w oczy – Dlaczego?

- Ja…ja po prostu…ubrałam się inaczej – zaczęłam się jąkać

- Myślisz, że ubranie cokolwiek zmieni? – prychnęła Sara – Jesteś jedną z nas, Lana. Nie ważne, czy ubierasz się jak my…

- Czyli jak zdzira? Nie już nie będę się tak ubierać – powiedziałam, a Sara natychmiast mnie spoliczkowała. Odskoczyłam do tyłu i złapałam się za policzek

- Jeszcze dwa miesiące temu też się tak ubierałaś i zachowywałaś – syknęła Sara – I nie przyszłoby ci do głowy, żeby tak mnie obrazić…jeszcze nikt mnie tak nie obraził…

- Zmieniłaś się Lana… – pokręcił głową Bill i objął ramieniem Sarę. Zaśmiałam się z bezsilności i przyłożyłam zaciśniętą pieść do buzi. Bill jest taki obleśny…pewnie zgadza się z tym co powiedziałam, ale będzie bronił Sary. Udaje, że ją obejmuje, chociaż tak naprawdę chodziło mu o to, żeby być bliżej i położyć łapy na jej wyeksponowanych cyckach.

- Nie wiem, kogo spotkałaś na tej cholernej wyspie, ale zapomniałaś przez to kim jesteś! A ja ci to przypomnę! – mówiła z pasją Sara – Pamiętasz jak chciałaś wykorzystać na imprezie pijanego Billa i…

- Przestań kłamać! – teraz to ja ją spoliczkowałam – I nie przypisuj mi swoich zasług. To ty chciałaś go wykorzystać i jeszcze kazałaś mi sterczeć pod drzwiami jego sypialni, żeby nikt wam nie przeszkodził – w złości zdradziłam jeden z sekretów Sary. Dziewczyna aż otworzyła usta ze złości. Wszyscy zaczęli między sobą szeptać.

- Naprawdę to zrobiłaś? Nic nie pamiętam – Bill podrapał się po głowie – A szkoda…

- Ona kłamie, nie słuchaj jej – Sara masowała powoli policzek, ale jej pewność siebie zmalała. Wiedziała, że nam w rękawie więcej takich bombowych newsów

- Dość tego, wychodźcie stąd. Impreza skończona – otworzyłam drzwi i kiwnęłam głową. Wszyscy z jękiem ruszyli do wyjścia.

- To najgorsza twoja impreza, mała – wskazał na mnie Bill, zakładając swoje ciemne okulary i przyciągając do swojego boku Sarę

- Pożałujesz tego… – powiedziała bezgłośnie Sara na odchodnym, a mnie przeszedł dreszcz. Właśnie zaczęłam z nią wojnę.

- Lana, to wszystko, co się dziś stało… – Tom podszedł do mnie nie pewnie

- Tom, przepraszam… – zaczęłam, spuszczając wzrok. Jeśli on uwierzył w to wszystko, co mówiła Sara…

- Tom! Chodź, bo nie podwiozę cię do domu! – krzyknął David

- Idź – przełknęłam ślinę – Pogadamy innym razem.

Tom pokiwał smutno głową i wyszedł. Odwróciłam się i zobaczyłam Natashę i Jennifer, które próbowały przemknąć się bokiem do drzwi. Gdyby nie ich kłamstwa, nie byłoby tej sytuacji.

- Dziewczyny? – skrzyżowałam ręce – Może mi coś powiecie?

- Spadaj Lana – zmrużyła oczy Natasha – Sara to nasza przyjaciółka.

- Dlatego do końca będziesz dla niej kłamała? O cokolwiek Sara poprosi ty to zrobisz bez mrugnięcia okiem? Gdyby ona jeszcze była taka lojalna w stosunku do was

- Prekrati! /Przestań!/ – krzyknęła po rosyjsku Natasha i wyszła szybkim krokiem z pokoju

- Jennifer, co ty robisz?

- Nie jesteś godna, żeby mieć w pokoju plakaty Justina Biebera – mówiła obrażała, ściągając plakaty

- Proszę bardzo, bierz go – prychnęłam – I tak dostałam je od ciebie…chcesz jeszcze Tylor Swift i Katy Perry?

- Zmieniłaś się Lana. Kiedyś lubiłaś imprezy, lubiłaś się wygłupiać tak jak my… – Jennifer spojrzała na mnie przerażona, a w jej oczach zalśniły łzy – Naprawdę myślisz, że ubieramy się jak… – zawiesiła głos. Nie odpowiedziałam tylko odwróciłam wzrok. Jennifer mruknęła coś pod nosem i wyszła z pokoju, trzaskając drzwiami.

Zostałam sama z bałaganem. Westchnęłam ciężko i uklękłam na moim puszystym dywanie, teraz lepiącym się od coli. Przez otwarte okno słyszałam jak znajomi odjeżdżają swoimi samochodami z piskiem opon. Krzyżyk na drogę…żeby tylko wjechali prosto w bramę. Kiedy całe napięcie zaczęło opadać, poczułam jak obolała jestem…jutro zostaną mi siniaki po tym upadku. Jednak najbardziej bolał mnie policzek. Teraz już wiem, co czuł Will, który nie raz dostał ode mnie z liścia. To piecze jak cholera…najgorsze jest to, że przed oczami cały czas widzę twarz Sary. Zraniłam ją do żywego. Przez chwilę widziałam w niej moją Sarę…tą małą dziewczynkę, którą poznałam w przedszkolu. Jak mogła się zmienić w taką kreaturę?

Z trudem podniosłam się na nogi i zaczęłam sprzątać śmieci rozrzucone po pokoju. Chciałam się wyrobić przed powrotem rodziców. Zawsze przyjeżdżali do domu późno, ale mimo to chciałam zachować pozory, że nic się tu nie wydarzyło. Po jakimś czasie usłyszałam ciche pukanie do drzwi.

- Proszę – westchnęłam ciężko

- Nie przeszkadzam, panienko… – do pokoju zajrzała Martha – O Boże kochany, co za chlew! – skrzywiła się

- Tak…moi przyjaciele…to znaczy byli przyjaciele potrafią się bawić – prychnęłam, zawiązując worek pełen puszek po napojach energetycznych

- Szczerze powiedziawszy jestem po wrażeniem, że ich wyrzuciłaś – gosposia weszła do pokoju i zamknęła za sobą drzwi

- Ja też Martho, ja też…

- Może zrób sobie przerwę. Wyglądasz na wykończoną – zasugerowała ze zmartwioną miną – Przyniosłam kanapki i kakao, bo nie jadłaś kolacji… – dodała cicho

- Och…zapomniałam o tym. Dziękuję, Martho – uśmiechnęłam się smutno – Jesteś kochana.

Usiadłam na brzegu łóżka i zaczęłam powoli jeść kanapki. Martha zrobiła je z moim ulubionym twarożkiem, tak jak wtedy, gdy byłam mała.

- Pokaż te ramiona. Co ci się stało? Wleciałaś do domu jak demon i od razu poleciałaś na górę… – Martha przysiadła obok mnie

- Spadłam z konia – przyznałam szczerze

- Persefona cię zrzuciła? Przecież to taki łagodny koń i znasz ją od tylu lat…

- To była moja wina. Zapomniałam, że Persefona to nie Winterknight…ale to dobrze. Przydał mi się taki zimny prysznic – mruknęłam, zadziwiając samą siebie

- Martwię się o ciebie, Lano – powiedziała cicho gosposia, przynosząc z łazienki wodę utlenioną i bandaże

- Tak? Dlaczego? – popiłam kanapkę kakao

- Zmieniłaś się i to bardzo – powiedziała, a ja nie mogłam się powstrzymać, żeby nie uśmiechnąć się półgębkiem – To jak się ubierasz, jak mówisz…i ta nagła zmiana przyjaciół. Rozmawiałam z Georgem. Lana, wiesz, że już bardzo dawno nie słyszałam jak mówisz „proszę”, „przepraszam”, „dziękuję”…

- Wiem, byłam okropna…AŁA – syknęłam, gdy Martha polała wodą utlenioną moje ramię – Przepraszam Martho – przytuliłam ją niespodziewanie – Nie byłam sobą. Wyspa Jorvik mnie zmieniła. Nie umiem już wrócić do tamtej Lany.

- Bardzo dobrze, chica. Taka Lana mi się podoba – pogłaskała mnie po głowie

- Ale wszyscy chcą tamtą Lanę – czułam, że do oczu napływają mi łzy

- Bo są głupi i ślepi. Sztuka życia polega na tym, żeby nie iść za stadem jak ta głupia owca, tylko wyrwać się z szalonego pędu na nieudeptaną ścieżkę. Tylko tam rośnie soczysta trawa – uśmiechnęła się i odgarnęła mi kosmyk włosów za ucho

- Łatwo mówić, ale gdy przychodzi do działania, ciężko jest przeciwstawić się tłumowi – zauważyłam

- Zrobiłaś już pierwszy krok – przypomniała Martha – Teraz tylko musisz w tym wytrwać – podeszła do szafy i wybrała z niej moją ulubioną zieloną podkoszulkę, w którą często ubierałam się do jazdy na Winterknighcie – Przebierz się. Wyprałam twoje ubrania.

- Dziękuję – uśmiechnęłam się – Uwielbiam tą koszulkę…

- Proszę bardzo…mówiłam ci o tym, jak się tu znalazłam? – zapytała nagle

- Nie, raczej nie – zmarszczyłam brwi

- Mieszkałam w wielodzietnej rodzinie w małej meksykańskiej wiosce. Byłam szóstą z kolei córką. Rodzice byli biedni, często nie mieli pieniędzy na jedzenie. Targ też był daleko. Żyliśmy z tego, co mój ojciec lub bracia upolowali. Pewnego dnia wprowadzono zarządzenie, że polowanie jest nielegalne. Zaczęliśmy głodować. Mimo, że ojciec i bracia poszli do pracy i tak nie mogliśmy kupić wystarczającej ilości produktów. Wtedy rodzice wpadli na pomysł, żeby wydać nas bogato za mąż. Matka wyjechała ze mną i siostrami do stolicy, zatrudniała się jako gosposia w domach bogaczów i nam również załatwiła podobną pracę. Kazała nam uwodzić synów naszych zamożnych pracodawców i doprowadzić do tego, żeby zajść z nimi w ciążę.

- To okrutne! Wykorzystałyście tych mężczyzn.

- Według tamtejszego prawa, żeby uniknąć skandalu, mężczyzna musiał poślubić kobietę, która urodzi jego dziecko. Moje siostry były posłuszne i widziały w tym oszustwie przyszłość dla siebie, ale ja nie mogłam tak postąpić. Chciałam wyjść za mąż z miłości, a nie dlatego, żeby uniknąć hańby.

- Uciekłaś ze stada – pokiwałam głową

- Dosłownie – zaśmiała się cicho Martha – Pewnej nocy uciekłam z domu i pod osłoną nocy udałam się do portu. Poprzedniego dnia umówiłam się z handlarzem, że przewiezie mnie przez granicę, a ja pomogę mu w interesie.

- Postawiłaś wszystko na jedną kartę? Odważna jesteś. – pokiwałam z uznaniem głową

- Czasem trzeba tak zrobić…zaryzykowałam bardzo dużo. Przecież ten handlarz mógł mnie zgwałcić, sprzedać jako niewolnicę, zabić…a jednak dotrzymał obietnicy i pomógł mi przejść przez granicę. Pracowała u niego przez kilka miesięcy, dopóki nie zdecydował się wrócić do Meksyku po kolejny towar. Ja zostałam w Arizonie. Od tej pory musiałam radzić sobie sama.

- I co zrobiłaś? Znalazłaś jaką pracę? – zainteresowałam się

- Musiałam coś znaleźć, żeby przeżyć. – zaśmiała się – Na szczęście potrzebowali młodej, ładnej dziewczyny w Las Vegas, więc zatrudniłam się w tamtejszym kasynie. Obrałam się w towarzystwie milionerów, gwiazd i szefów mafii. To były czasy… – uśmiechnęła się do swoich wspomnień – Wszystko układało się dobrze, dopóki właściciel kasyna nie kazał nam oszukiwać gości. Musiałam na to przystać, bo inaczej zgłosiłby mnie do urzędu i kazaliby mi wracać do kraju. Oczywiście długo nie udało mu się oszukiwać tych ludzi…

- Szybko się połapali?

- Tak, szefowie mafii to bystrzy ludzie. Grozili mojemu szefowi, że zapłacie im za straty. Pewnego wieczoru pewien biznesmen podszedł do mnie i powiedział na ucho, że za 10 minut mam stąd uciekać. Nie wiedziałam o co chodzi, myślałam, że to jakiś wariat, a takich nie brakowało w Las Vegas. Jednak okazało się, że facet mówił prawdę. Po 10 minutach gang zrobił nalot na kasyno. Strzelali na oślep.

- Udało ci się uciec?! Jak?

- Podświadomie byłam przygotowana na tą sytuację. Schowałam się pod stołem i czekałam na odpowiedni moment, żeby uciec. Wymknęłam się tylnym wyjściem. Tam czekał na mnie samochód. Byłam przerażona, ale okazało się, że to ten sam facet, który mnie ostrzegł. Zabrał mnie stamtąd, zanim przyjechała policja. Najwidoczniej mnie polubił, bo zaproponował pracę u siebie. Stwierdził, że teraz gdy zamordowali wszystkich w kasynie, pewnie nie będę chciała tam wracać. Powiedział, że chce, abym była u niego gosposią i od czasu do czasu zajęła się jego synem, bo jego żona często choruje. Uważałam, że to niebiosa mi go zesłały. Oczywiście zgodziłam się…i tak trafiłam do domu twojego dziadka.

- Jaka ciekawa opowieść. W gangsterskim stylu – zaśmiałam się

- Może tak, ale najważniejsze jest przesłanie, a brzmi ona tak, że czasem warto podjąć ryzyko i wyrwać się z utartego schematu i poszukać czegoś nowego – uśmiechnęła się gosposia

- Masz rację, Martho. Dziękuję.

- Nie ma za co, ptaszynko…wychowałam twojego ojca, wychowałam ciebie…jesteś dla mnie jak wnuczka. Zawsze jestem po twojej stronie i będę cię wspierać – pocałowała mnie w czoło – A teraz bierzmy się do pracy, bo mamy jeszcze dużo do zrobienia, żeby doprowadzić ten pokój do porządku.

- Pomożesz mi? – ucieszyłam się

- Przeciwstawiłaś się tej wypudrowanej pannie Crowley! Zasługujesz na moją pomoc. Już dawno miałam ochotę tak ją wziąć  i ścisnąć jak mokre prześcieradło…och, takiej to by się przydało porządne wychowanie – zmarszczyła śmiesznie czoło, a ja zaczęłam się śmiać

***

Z pomocą Marthy sprzątnie pokoju poszło dwa razy szybciej. Pod koniec byłam już tak zmęczona, że nie pamiętam jak się umyłam, przebrałam w piżamę i utonęłam w moim miękkim łóżku. Zasnęłam od razu i spałam dość twardo, dlatego prawie krzyknęłam, gdy ktoś gwałtownie wyrwało mnie ze snu. Usiadłam na łóżku i rozejrzałam się w około. W ciemnościach dostrzegłam zarysy postaci ojca, który siedział na brzegu mojego łóżka jak przyczajona pantera. Wyprostowany i czujny do skoku. Jego ciemne oczy, tak podobne do moich przerażały mnie w tych egipskich ciemnościach.

- Ach to ty tato… – westchnęłam w końcu, żeby przerwać tą ciężką ciszę. Odgarnęłam grzywkę z twarzy i odrzuciłam kołdrę. – Która godzina?

- Około trzeciej nad ranem… – mruknął od niechcenia

- Dopiero teraz wróciłeś z pracy? – ziewnęłam

- Tak – odparł cicho po chwili, nie odrywając wzroku od swoich dłoni

- Nie powinieneś tyle siedzieć w biurze nad dokumentami. Musisz o siebie dbać – znowu ziewnęłam

- Muszę dbać o interesy, Lana – powiedział, przytulając mnie w niedźwiedzim uścisku – Jak tam pierwszy dzień w szkole? Auto dobrze się sprawuje?

- Naprawdę obudziłeś mnie o trzeciej nad ranem, żeby o to zapytać? – zmarszczyłam brwi, ale ojciec wyglądał na poważnego. Cóż, powinnam się cieszyć, że w końcu znalazł dla mnie czas – W szkole tak sobie…chyba pokłóciłam się ze znajomymi. Za to porsche jeździ jak marzenie. – uśmiechnęłam się

- Twoja matka mówiła mi, że byłaś już na wagarach.

- Ach to…przepraszam, to już więcej się nie powtórzy – przygryzłam wargę

- Wcześniej też tak mówiłaś – zauważył z przekąsem

- Ale teraz to się zmieni tatusiu, obiecuję – spojrzałam mu prosto w oczy – Już nie będę wagarować, imprezować i…robić innych głupich rzeczy.

- Włączając w to jazdę jak pirat drogowy? – zachichotał

- Skąd o tym wiesz? – zdziwiłam się

- Widzę więcej niż myślisz – dotknął mojego nosa palcem wskazującym – To dobrze, że znowu będziesz grzeczną dziewczyną. Zobaczymy na jak długo…o to pokłóciłaś się z Sarą, prawda?

- No nie…skąd o tym wiesz? Zadzwoniła do ciebie? – oburzona odsunęłam się od ojca

- Do starego Crowleya, a on przyszedł do mnie – tata oparł się plecami o zagłówek łóżka, splótł dłonie i ułożył je na brzuchu. Jego wzrok mówił, że coś przeskrobałam.

- Aha…zaczyna się robić ciekawie – chrząknęłam

- Pan Crowley powiedział, że spoliczkowałaś Sarę przy znajomych. Czy to prawda?

- Ja tylko jej oddałam. Ona zaczęła – broniłam się bez sensu

- Lana, nie ważne kto zaczął, ważne, co ty zrobiłaś – zacmokał

- Tato, wiesz co ona zrobiła? Zaprosiła znajomych do naszego domu i powiedziała, że to ja urządziłam tą imprezę. To przez nią poszłam dziś na wagary. Ona się mści, bo ja już nie chodzę tak jak mi zagra… – mówiłam rozżalona. Ojciec poruszył się niespokojnie.

- Rozumiem to kochanie, ale jutro…musisz przeprosić Sarę – oświadczył

- Co?! Chyba żartujesz! Nigdy! – krzyknęłam, a ojciec niespodziewanie złapał mnie za nadgarstki – No chyba, że ona przeprosi mnie pierwsza… – dodałam ciszej

- Nie, ty przeprosisz ją pierwsza – powiedział głosem nieznoszącym sprzeciwu

- Tato…czy ty nie słuchałeś tego, co do ciebie powiedziałam? Ona się na mnie mści, bo już jej nie słucham. I nie mam zamiaru słuchać!

- Nie rozumiem. Byłyście najlepszymi przyjaciółkami. Pewnie pokłóciłyście się o jakąś drobnostkę i po paru dniach zapomnicie o całej sprawie…nie można tego przyspieszyć? Zawsze mówię, że mądry człowiek pierwszy wyciąga rękę do zgody.

- Wcale tak nie mówisz – żachnęłam się

- To teraz tak mówię. To będzie moje motto przewodnie – czułam, że traci cierpliwość – Czemu nie możesz jej przeprosić? Chcesz w jednej chwili zniszczyć wieloletnią przyjaźń?

- A może to od początku nie była przyjaźń? – zazgrzytałam zębami

- Nie ważne, co to było. Po prostu ją przeproś – zażądał

- Nie. Nie mogę…po tym wszystkim, co zrobił… – zaczęłam kręcić głową

- Lana, wiem, że nie rozumiesz pewnych rzeczy, ale pan Crowley jest bardzo bogaty i wpływowy – ojciec wziął moją twarz w swoje duże dłonie – Bardziej niż my. I zna wielu ludzi, którzy mogli by zaszkodzić tatusiowi, rozumiesz? – mówił do mnie jak do małej dziewczynki

- Czemu mieszasz moje życie z twoimi interesami? – jęknęłam, przypominając sobie rozmowę z mamą

- Nie mieszam! – krzyknął, ale wziął głęboki oddech i szybko się uspokoił – nie…ale byłoby cudownie gdyby moja najdroższa księżniczka chciała pomóc tatusiowi. – uśmiechnął się czarująco – Wiesz, że każda córeczka jest oczkiem w głowie swojego tatusia, tak?

- Co ty nie powiesz? – chrząknęłam, zastanawiając się usilnie, jak mam mu odmówić, żeby do reszty nie stracił cierpliwości

- Stary Crowley kocha swoją córkę i nie pozwoli, żeby włos jej spadł z głowy. Zniszczy każdego, kto ośmieli się ją skrzywdzić. Zaczynasz wojnę z niewłaściwym człowiekiem, Lana.

- Jaką wojnę? Po prostu nie chcę się więcej przyjaźnić z tą żmiją…

- A, a, a – tata uniósł palec do góry – właśnie, że chcesz – dotknął mojego nosa – Dlatego jutro rano przeprosisz Sarę i pojedziecie na zakupy, do kina czy gdzie wy tam chodzicie…dam ci nawet pieniądze, kup sobie coś ładnego – sięgnął do kieszeni

- Nigdzie z nią nie pójdę. To koniec – odsunęłam się od ojca

- Pójdziesz i znowu będziecie przyjaciółkami! – ryknął, a ja przestraszona objęłam się ramionami. Tata jeszcze nigdy na mnie tak nie krzyczał – Przepraszam kochanie – wyciągnął rękę, żeby mnie pogłaskać, ale odsunęłam się dalej. – Dobrze, nie mam zamiaru wprowadzać cię w interesy, ale musisz wiedzieć tylko tyle, że mam nóż na gardle, a Crowley może mi pomóc finansowo. Przez twój dzisiejszy numer nasza współpraca wisi na włosku, więc staniesz na głowie, żeby to naprawić – wstał z łóżka, a światło księżyca wpadające przez otwarty taras w końcu go oświetliło

- Tato, skąd masz te siniaki? – wytrzeszczyłam oczy

- Poszedłem z kolegami do baru, wywiązała się mała bójka… – pomasował skronie – Nie ważne. Jutro rano przeprosisz Sarę Crowley za swoje zachowanie i nie chcę więcej słyszeć o tej sprawie – powiedział niskim, nieprzyjemnym głosem nieznoszącym sprzeciwu. Przeszedł mnie dreszcz. W taki sam sposób odezwał się wtedy do Swena, gdy wychodzili po kolacji. Wtedy po raz pierwszy miałam wrażenie, że należy się go bać…teraz to uczucie było jeszcze silniejsze. Powoli pokiwałam głową. – Grzeczna dziewczynka – ojciec uśmiechnął się i pocałował mnie w czubek głowy – Śpij dobrze – dodał i cicho jak kot wymknął się z pokoju

Położyłam się, ale już nie mogłam zasnąć. Czy tata zawsze był taki apodyktyczny? Nie tak go zapamiętałam. Może dlatego, że zawsze robiłam to, co chciał. To niesamowite jak ludzie potrafią się przeistoczyć w potwory, gdy sprawy nie układają się po ich myśli…szkoda, że nie ma to Rose. Ona zawsze wie co robić. Zwinęłam się w kłębek myśląc o moich przyjaciołach. Bez nich czułam się bezbronna.

***

Usnęłam drugi raz jakieś pół godziny przed budzikiem. Niewyspana i z bólem w kościach zwlokłam się z łóżka. Ubrałam się w strój, który kupiłam wczoraj w sklepie i zeszłam na śniadanie. Mamy i taty już nie było, ale niezawodna Martha jak zwykle przygotowała mi ciepłe mleko z płatkami owsianymi. Wszyscy chwalili mnie, że ładnie dziś wyglądam, ale nie miałam jakoś nastoju na dłuższe rozmowy. Denerwowałam się przed rozmową z Sarą. Na lekcjach też nie mogłam się skupić. Fakt, że jej towarzystwo ostentacyjnie mnie ignorowało, nie uszło uwadze innych uczniów, którzy zawzięcie o mnie plotkowali i snuli domysły, co się stało. Tylko Sara była podejrzanie zadowolona. Oczywiście wiedziała, że jej ojciec zrobił mojemu niezłą awanturę i spokojnie czekała, kiedy zacznę ją błagać o wybaczenie. Pewnie była na to doskonale przygotowana. Przetrzymałam ją aż do przerwy obiadowej. Wzięłam głęboki wdech i weszłam na stołówkę. Momentalnie wszyscy zaczęli mnie obserwować. Starałam się patrzeć przed siebie. Szłam prosto do celu, do stolika „pięknisiów”. Natasha i Jennifer od razu mnie zauważyły i pochyliły się do Sary oznajmić jej, że się zbliżam. Moje serce przyspieszyło i czułam dudnienie w uszach. W końcu zatrzymałam się przed dawnymi znajomymi. Teraz już nikt nawet nie ukrywał, że gapi się na tą niecodzienną scenkę.

- Saro – zaczęłam słabym głosem

Chłopcy, Jade i Elena  przyjęli bojowe postawy, czekając na najmniejszy znak od liderki, że mogą się mną zająć. Doskonale znałam hierarchię. To obrzydliwe. Wytresowała ich jak prywatnych ochroniarzy.

- Lano – Sara powoli efektownie obróciła się na ławce, żeby na mnie spojrzeć – Chciałaś coś jeszcze dodać po wczorajszym spotkaniu?

- Chciałam…chciałam cię… – przygryzłam wargę. Robiłam to wbrew sobie i słowa nie mogły mi przejść przez gardło. Najchętniej walnęłabym ją w tą uśmiechniętą, wymalowaną gębę, ale musiałam się opanować. Cokolwiek robisz, rób to z dumną. Nie pokazuj im, że mają cię w garści. Tego nauczyłam się na wakacjach.Podniosłam więc głowę i odważnie spojrzałam jej w oczy. Powiem to. – Chciałam cię przeprosić za to, jak wczoraj cię potraktowałam.

- Och…jakie to miłe z twojej strony – mruknęła z przekąsem Sara – Nie spodziewałam się tego.

- Co ty nie powiesz? – na moich ustach zaigrał cień kpiącego uśmiechu. Sara go zobaczyła i od razu zmieniła nastawienie.

- Nie sądziłam, że zdobędziesz się na odwagę, żeby mnie przeprosić i przyznać, że jesteś kłamczuchą – założyła nogę na nogę i oparła się plecami o stół

- Że co… – zamrugałam

- Chciałaś przeprosić, że jesteś kłamczuchą, ponieważ zaprosiłaś wszystkich na imprezę, a potem udawałaś, że nie masz pojęcia o czym mówię. – spojrzała jakby rzucała mi wyzwanie

- Tak – odparłam po chwili wypranym z emocji głosem

- I przyznajesz, że z premedytacją wyrzuciłaś nas wszystkich zamiast nas przeprosić za swoje zachowanie. Przepraszasz, że mnie uderzyłaś i obraziłaś, bo po prostu jesteś zazdrosna, że nigdy nie będziesz wyglądała tak jak ja.

- Tak – z trudem wytrzymałam jej wzrok

- I przyznajesz, że kłamałaś, gdy mówiłaś o tym jak zaciągnęłam Bill do łóżka na imprezie.

- Tak.

- Świetnie, bo ty to zrobiłaś – Sara bawiła się coraz lepiej. Wiedziała, że w tej sytuacji może mi wcisnąć wszystko co chce, a ja i tak będę musiała się na to zgodzić. Z trudem powstrzymałam łzy. – A powiedziałaś to tylko dlatego, że dowiedziałaś się, że ja i Tom się całowaliśmy i jesteśmy parą – wzięła swoją dietetyczną colę

- Ty i Tom? – prychnęłam zaskoczona. Idiotka…myślała, że to mnie zaboli. Wiedziała, że od dawna podkochuję się w Tommym i marzyłam o tym, żeby mnie pocałował, ale byłam zbyt nieśmiała, żeby do niego zagadać. Może kiedyś by mnie to zraniło, ale po tym jak poznałam Willa…zapomniałam o Tomie.

- Tak czy nie? – z roztargnieniem oglądała swoje długie, szponiaste paznokcie

- Tak – zazgrzytałam zębami

- I nic z tego, co o mnie powiedziałaś nie było prawdą?

- Tak – westchnęłam zniecierpliwiona

- Dobrze – uśmiechnęła się słodko – Wybaczam ci. Jesteś prawdziwą żmiją i zdzirą, ale ludziom powinno się wybaczać. Znaj moje dobre serce – wzruszyła lekko ramionami i oblała mnie colą. Zamrugałam oczami i zaskoczona cofnęłam się do tyłu. To wszystko? Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszyscy wrócili do przerwanych rozmów. No tak, królowa osiągnęła swój cel. Upokorzyła mnie przed całą szkołą. Tom podniósł się z ławki i podał mi serwetki, ale Sara złapała go za rękę.

- Idź stąd – powiedziała do mnie spokojnie

- Słucham? Przecież powiedziałaś, że mi wybaczyłaś…

- Ale kara musi być – nie ustępowała – Już nie siedzisz przy naszym stole. Do odwołania.

- Spadaj Shylund, mam ci to przeliterować? – warknął David, podnosząc się ze swojego miejsca

- Nie kłopocz się, bo dobrze wiemy, że i tak tego nie potrafisz – burknęłam i nie czekając na odpowiedź wyszłam ze stołówki.

Poszłam do łazienki, żeby obmyć się z lepiącej coli. Nie miałam innego wyjścia jak przebrać się w stój od zajęć sportowych. Dobrze, że za godzinę mamy lekcję, bo wyszłabym na jeszcze większą idiotkę. Spojrzałam na siebie w lustrze. O dziwo nie chciało mi się płakać ani nie miałam zamiaru krzyczeć. Cała ta sytuacja była mi podejrzanie obojętna. Szkoda mi było tylko nowych ciuchów. Nawet nie chciałam się zemścić. Poczułam…ulgę. Tak, ulgę! Teraz już wszyscy wiedzą, że ja nie przyjaźnię się z Sarą Crowley, a to otwiera mi furtkę do bycia sobą. Do bycia prawdziwą Laną. W końcu będę robiła to co chcę i będę się przyjaźniła z ludźmi, których lubię. Uśmiechnęłam się. Poczułam jak z ametystowej opaski na ramieniu rozchodzi się przyjemne ciepło, a w głowie usłyszałam echo głosu Alex „Dobrze Lana, pokaż mi, że jesteś dzielna”. Teraz tylko muszę znaleźć moich kolorowych, nietypowych znajomych i sprawdzić, czy uda mi się ich przeprosić, bo na ich wybaczeniu naprawdę mi zależało.

***

Do końca dnia chodziłam w białej sportowej podkoszulce i krótkich czarnych spodenkach do ćwiczeń. Ku mojej uldze nikt nie zwrócił na to specjalnej uwagi. Pewnie dlatego, że w Kalifornii jest gorąco i mnóstwo uczniów ubiera się tak na co dzień. Szukałam moich kolorowych znajomych ze stołówki, ale nigdzie nie mogłam na nich trafić. W końcu przed ostatnią lekcją poddałam się. Jednak kiedy szłam do szafki wymienić książki, w końcu ich zobaczyłam. Ashley i Kevin stali niedaleko mnie i również zabierali książki ze swoich szafek. Teraz albo nigdy. Odchrząknęłam, założyłam włosy za ucho i podeszłam do nich cała w nerwach.

- Cześć – zagadnęłam nieśmiało

Ashley drgnęła zaskoczona i obróciła się powoli. Kevin wytrzeszczył na mnie oczy i prawie upuścił swój plecak obklejony plakietkami ze zlotów fanów gier i komiksów.

- Cz-cześć, a co ty tu robisz? – wydukał chłopak

- Właściwie tu chodzę tu do szkoły – zaśmiałam się nerwowo i podrapałam się po karku. Chciałam rozładować atmosferę, ale chyba jeszcze bardziej ich speszyłam, bo zaczerwienili się i odwrócili wzrok. Pewnie myślą, że się z nich nabijam.

- Przepraszam za to, co się stało wczoraj na stołówce – powiedziałam poważnie. Spojrzeli na mnie, jakby nie wierzyli mi.

- To nie twoja wina – odezwała się po chwili Ashley – Sara do ciebie podeszła i zabrała cię – wzruszyła ramionami, jakby to było normalne

- Nie, mam za co przepraszać. Nie przedstawiłam się tak, jak należy. Nie wiedzieliście, że rozmawiacie z Laną Shylund, a ja usiadłam z wami, bo nie chciałam, żeby chłopaki mnie zauważyli. – wyznałam – Gdybyście wiedzieli kim jestem, pewnie nie chcielibyście ze mną rozmawiać – prychnęłam

- Pewnie nie… – powiedział Kevin, powoli kiwając głową

- I wcale się wam nie dziwię. – dodałam szybko – Byłam okropna, naprawdę. Sama bym ze sobą nie chciała rozmawiać jeszcze dwa miesiące temu… – nie mogłam przestać mówić

- Dlaczego nie chciałaś, żeby twoi przyjaciele cię wczoraj poznali? – przerwała mi spokojnie Ashley – Ubrałaś się tak specjalnie, żeby cię nie poznali, prawda? – spojrzała na mnie poważnie tymi swoimi wielkimi, łagodnymi oczami

- Tak – przełknęłam ślinę – Ja…może mi nie uwierzycie, ale zmieniłam się przez te wakacje. Dużo rzeczy zrozumiałam i już nie chcę być z nimi. Nie chcę być taką osobą – zmarszczyłam brwi

- Widzieliśmy przedstawienie Sary na stołówce – powiedział po chwili Kevin – I to jak oblała cię colą.

- Tak…cała Sara. Wczoraj powiedziałam jej parę słów za dużo i to jest jej słodka zemsta – przygryzłam wargę

- Przeprosiłaś ją i przyznałaś się, że to twoja wina – nie ustępował Kevin

- Nie miałam wyjścia – zacisnęłam usta – ale już się z nią nie przyjaźnię.

- Zmusiła cię do tego? – szepnęła Ashley

- Coś w tym stylu – mruknęłam. Kevin nie wyglądał na przekonanego, ale ona od razu mi wybaczyła.

- Przykro mi, że tak cię urządziła. Chcesz, żebym ci pożyczyła bluzę? Twoje rzeczy są pewnie całe mokre – zaproponowała

Zanim cokolwiek odpowiedziałam, ktoś uderzył ręką w szafkę tuż obok mojego ucha. Podskoczyłam w miejscu.

- Co ty tu robisz? – syknęła Caroline – Masz tupet…

- Caro, ona chciała tylko przeprosić – zaoponowała Ashley

- I ty jej uwierzyłaś? – zakpiła Caroline – Jesteś bardziej naiwna niż myślałam.

- To prawda! Naprawdę mi głupio, że tak wyszło…

- Głupio ci? – parsknęła Caroline – Po co to robisz Shylund? Wysłali cię tutaj jako szpiega? Żebyś zdobyła nasze zaufanie, wyciągnęła od nas informacje, a potem ośmieszysz nas przed całą szkołą, tak?

- Nie, dlaczego miałabym to robić! – zmarszczyłam brwi

- Bo do tej pory tak robiliście! Bo tak działa Sara! Zresztą sama się o tym dziś przekonałaś – uśmiechnęła się wrednie – I wcale nie jest mi ciebie żal. Dobrze ci tak. – skrzyżowała ręce i spojrzała na mnie wyzywająco. Nienawidziła mnie.

- Nie przyjaźnię się z Sarą ani jej bandą – westchnęła

- Od kiedy?! – zaśmiała się Caroline – Zawsze chodzisz za nią jak cień.

- Lana mówiła, że chce się zmienić – powiedziała cicho Ashley

- Ash, ona przeprosiła tą lalunię przy całej szkole, a ona jej wybaczyła. Nic się nie zmieni – warknęła Caroline

Kevin i Ashley popatrzyli na mnie jak zbite szczeniaki. Uwierzyli Caroline. Wszystko przepadło. W sumie czemu niby mieliby mi wierzyć. Zraniłam ich. Wyśmiewałam się z nich tak jak Sara i do niedawna byłam w jej bandzie. Słowami nic tu nie wskóram. Tylko czyny mogą im udowodnić, że naprawdę się zmieniłam.

- Chodź Shylund, przejdziemy się na do klasy – Caroline niespodziewanie złapała mnie za ramię i pociągnęła za sobą

- Caroline, tylko spokojnie, proszę! – pisnęła Ashley

- Nie bój się Ashley, mam hiszpański razem z panną Shylund. Nic jej nie zrobię – poklepała mnie zbyt mocno po plecach i uśmiechnęła się do przyjaciół – Idźcie już na swoje lekcje.

Kevin i Ashley wolno ruszyli w przeciwną stronę, co chwila oglądając się za siebie. Z twarzy Caroline nie schodził sztuczny uśmiech, ale gdy tylko ta dwójka zniknęła za zakrętem, wbiła mnie w drzwi szafki. Jęknęłam cicho, czując jak w tył głowy wbija mi się kłódka. Ma dziewczyna siłę…

- Posłuchaj Shylund, bo powiem to tylko raz. Zostaw w spokoju moich przyjaciół – syczała – Nie mieszaj im w głowach. Kocham im. To jedne bliskie mi osoby, więc jeśli ich skrzywdzisz, to nie ręczę za siebie. A uwierz mi, że powinnaś się bać, bo nie zawaham się zrobić ci krzywdy. Powiedz Crowley, że już nigdy więcej nie zrobi z nas pośmiewiska.

- Sama jej to powiedz. Ja już z nią nie gadam… – warknęłam, ale Caroline mocniej przyszpiliła mnie do szafki

- Zrozumiałaś, co mówiłam? – zapytała spokojnie

- Tak – syknęłam przez zeby

- Świetnie – puściła mnie, a ja wzięłam głęboki oddech. Zadzwonił dzwonek. W samą porę… – Do zobaczenia na hiszpańskim, Shylund – uśmiechnęła się krzywo i ruszyła przed siebie korytarzem, głośno tupiąc swoimi glanami.

Wzięłam kilka głębokich wdechów, żeby się uspokoić i ruszyłam za nią.

- Lana!

Odwróciłam się zaskoczona. Do klasy biologicznej wchodziła Sara. Zmrużyłam oczy.

- Widzimy się wieczorem na imprezie u Billa, tak kochana? – zaćwierkała słodka

Zatkało mnie. Nie mogłam odmówić, bo patrzyło na nas wiele osób. Crowley nie odpuszcza…to oznacza, że szykuje dla mnie coś jeszcze w ramach słodkiej zemsty.

- Dobrze się bawisz, Sara? – prychnęłam

- O tak…dawno tak dobrze się nie bawiłam, Lana – puściła do mnie oko i weszła do klasy

Zostałam sama na korytarzu z myślą, że ten dzień nie skończy się tak szybko jak bym chciała, a przez żądanie ojca stałam się nową zabawkę w rękach okrutnej, rozpieszczonej nastolatki. Lepszego początku szkoły nie mogłam sobie wyobrazić…

 

O dwunastu uderzeniach zegara i o tym, jak kolejny raz znalazłam się w niewłaściwym miejscu w złym czasie…

19 sty

20 października 2020

Szkolne życie po przerwanym meczu powoli zaczynało wracać do normy. Wczoraj Gryffoni i Ślizgoni rozegrali powtórkę meczu i ku wielkiej radości połowy szkoły, wygrał Gryffindor. Leonard prawie pękał z dumy, gdy wszyscy chwalili go za piękną akcję na stadionie. No cóż, Crouch zawsze umie zrobić wokół siebie teatrzyk. Musze jednak przyznać rację, że bardzo spektakularnie złapał znicz. Właściwie to miał więcej szczęścia niż rozumu, bo chcąc wyprzedzić szukającego ze Slytherinu, zeskoczył ze swojej miotły jak Batman i złapał złoty znicz w locie. Profesor Hopeson zmył mu w szatni za to głowę, ale nic nie mogło przyćmić radości z pierwszego wygranego w tym sezonie meczu.  Ja też się cieszyłam, bo dzięki temu incydent z moim bojowym wkroczeniem na boisko poszedł w niepamięć. Wszystko wróciło do normy. Nawet to, że jak zwykle zawalałam eksperymenty u Zynoxa…

Dzisiaj musiałam zostać  na przerwie obiadowej i za karę pomagać mu segregować fiolki z elisksirami-bazą na następną lekcję z uczniami z czwartego roku.

- Może w końcu się czegoś nauczysz…chociaż szczerzę wątpię, Socretto – mruczał gniewnie, pochylony nad skrzynią

- Nigdy nie można się poddawać, panie profesorze – zasugerowałam nieśmiało, bawiąc się nerwowo piórem i podkładką z pergaminem. Źle się czułam w tej ciemnej sali…a gdy musiałam zostać tu sam na sam z Zenobim Zynoxem, czułam się jak spięta jak królik – w każdej chwili gotowa do ucieczki.

- Owszem Socretto, wytrwałość to piękna rzecz…ale oprócz samozaparcia, w eliksirach potrzebna jest jeszcze odrobina talentu i tak zwanej iskry…no gdzie ja to schowałem… – sapał, przekopując dalej swoją skrzynię. Usłyszałam brzęk szkła.

- Ja według pana profesora nie mam takiej iskry? – zmarszczyłam brwi

- Weź to – w końcu wynurzył się z czeluści swojego magazynu i podał mi fiolkę z błękitną substancją, która mieniła się przy każdym wstrząśnięciu – Zapisz, że na stanie mam takich pięć.

- Co to jest? – zapytałam, biorąc niechętnie przedmiot i uważając, żeby przez przypadek nie dotknąć jego kościstych palców

- Tak Socretto, uważam, że ty nie masz do tego drygu, a po mojej klasie poruszasz się jak…

- Czemu tak ładnie się błyszczy? Do czego to służy? – zasypałam go pytaniami, ignorując fakt, że zwyczajnie mnie obraża

- Ślaz to jeden ze składników podstawy eliksiru wielosokowego – mruknął w końcu nauczyciel

- Czy to ten eliksir, dzięki któremu można zamienić się na jakiś czas w daną osobę? – zapytałam, zapatrzona w blask, który bił z substancji

- Tak…widzę, że jednak coś czytasz na temat eliksirów. Szkoda, że nie skupisz się na tym, co aktualnie przerabiamy w klasie – zmrużył oczy i szybkim ruchem zabrał mi fiolkę z dłoni. Niechcący dotknął mojej dłoni, a ja wzdrygnęłam się, bo był zimny jak lód. W sumie to nie powinnam się dziwić, skoro całe dnie spędza w tym lochu. Mimo to poczułam, że żołądek zaciska mi się w supeł. – Chyba będziemy się tu częściej widywać… – po kręgosłupie przeszedł mnie dreszcz. Po moim trupie!

Zynox wrócił do składziku, żeby odłożyć kufry. Zostawił na biurku fiolkę ze ślazem. Kuszące…gdybym go wzięła i zrobiła prawdziwy eliksir wielosokowy mogłabym zakraść się do pokoju wspólnego Slytherinu i podsłuchać rozmowy Scorpiusa. Może nawet zapytałabym go o tego smoka? Zanim zdążałam to przemyśleć, moja ręka sama wyskoczyła po fiolkę i wepchneła ją do kieszeni szaty.

- To wszystko, pani profesorze? Chciałabym jeszcze wejść na stołówkę, bo może zdążę coś zjeść przed dzwonkiem. – zapytałam głośno, starając się ukryć zdenerwowanie

- Zjeść? Ach teraz jest przerwa obiadowa…faktycznie – zasępił się, patrząc na zegar. – Oczywiście, idź Socretto…

- A pan nie idzie? – nie wiem czemu, przystanęłam w drzwiach i obróciłam się

- Nie, ja zjem obiad tutaj – odparł sucho, kończąc w ten sposób naszą rozmowę – Zamknij za sobą drzwi, jeśli możesz…

Skinęłam posłusznie głową, zamknęłam pospiesznie drzwi (może zbyt gwałtowanie) i z rosnącą ulgą pobiegłam po schodach na górę. Czy ja do reszty zgłupiałam? Jeśli on to odkryje, będę siedziała w tym lochu do końca szkoły! Albo nawet mnie wyrzucą…Na brodę Merlina, czy ja w ogóle wiem, jak zrobić ten eliksir?! Wiem tylko, że coś takiego jest…O dziewczyno, igrasz z ogniem…

Gdy w końcu znalazłam się w jasno oświetlonym korytarzu, poczułam się o wiele lepiej. Nie wiem, czemu lochy tak na mnie działały. Czemu tak bardzo bałam się Zynoxa? No teraz chociaż mam konkretny powód…

…Oczywiście nie zdążyłam zjeść obiadu. Człapiąc powoli na górę do pracowni zajęć z wróżbiarstwa, natknęłam się na opiekunkę mojego domu. Gorzej chyba być nie mogło.

- Socretto, czemu włóczysz się w czasie lekcji po korytarzu? – zapytała ostro

- Właśnie idę na lekcje, pani profesor. Dopiero wyszłam ze stołówki.

- No pięknie…przez swoje obżarstwo spóźnisz się na lekcje. – wzięła się pod boki

- Obżarstwo? Pani profesor, ja nie zdążyłam nic zjeść! – oburzyłam się – Profesor Zynox zatrzymał mnie po lekcji…

- Profesor Zynox? Znowu? – uniosła brwi zdziwiona

- Niestety tak…

- Nie wiedziałam, że tak polubiłaś eliksiry, Socretto – uśmiechnęła się złośliwie

- Nie polubiłam, wręcz przeciwnie!

- Nie krzycz. Idziemy do mojego gabinetu. Chyba musimy porozmawiać o paru sprawach… – złapała mnie za ramię

- O czym? – wytrzeszczyłam oczy. Odruchowo wożyłam dłoń do kieszeni, żeby upewnić się, że fiolka mi nie wypadła. Była…i ciążyła jak kamień. Muszę ją jakoś ukryć!

- Dyrektor McGonagall zwróciła mi uwagę na twoją…aktywność w społeczności szkolnej. – wymruczała przez ściśnięte zęby, ciągnąc mnie za sobą

- Chodzi o ten mecz, prawda? – zbladłam. Myślałam, że już wszyscy o tym zapomnieli.

- Nie tylko to…to prawda, że wstąpiłaś do Klubu Przyjaciół Książek?

- Powiedzmy, że to okres próbny – wydęłam usta. Zielone oczy Gretel błysnęły niebezpiecznie.

- To dziwne, że Cecylie się na to zgodziła. – stwierdziła – Zwykle nie przyjmują tak młodych uczennic.

- Tak? – zaczęłam się wiercić. Nauczycielka mocniej ścisnęła mój nadgarstek. Może uda mi się przemienić w coś fiolkę? Jak na lekcji transformacji…szybko, jak brzmiało to zaklęcie?! – Może jestem wyjątkowa?

- Wyjątkowa to pojęcie względne Socretto… – prychnęła – A może Cecylie przyjęła cię, bo dałaś jej coś w zamian?

- Słucham? – wytrzeszczyłam oczy. Gretel zatrzymała się i odwróciła się do mnie.

- Jaki jest związek między wami a Scorpiusem Malfoyem?

- A jest jakiś?! – pisnęłam przestraszona – Z tego co zauważyłam, nasze odmy zbytnio się nie lubią.

- Daj spokój Socretto! – syknęła czarownica – To wszystko zaczęło się od tego nocnego włamania do biblioteki. Co wy tam robiliście? Czego szukaliście?

- Już wszystko pani powiedziałam…

- Czemu śledziłaś Malfoya i jego kolegów w zakazanym lesie? Czemu Scoripus cię gonił po szkolnym korytarzu? Myślisz, że nie wiem, że Rose Weasley ci wtedy pomogła? – szarpnęła mną, a ja skupiłam się w sobie – Posłuchaj…jestem opiekunką waszego domu – westchnęła po chwili, a na jej twarzy pojawił się smutny uśmiech – Jeśli macie jakiś problem, pomogę wam. Możecie mi zaufać – szepnęła

Zamrugałam oczami. Cóż za transformacja…Czyżby pani profesor miała problemy z kontrolą agresji? Już miałam jej wszystko opowiedzieć, chociażby po to, żeby dała mi spokój, ale coś mnie tknęło. Mama zawsze mi mówiła, że najważniejsze są czyny, nie słowa. Jeśli Gretel chce, żebym jej ufała, musi udowodnić, że mogę. Na razie tylko mnie przeraża…a fakt, że prosi mnie o to, żebym jej zaufała, oznacza, że zależy jej na tym aż za bardzo. Dlaczego? Tego jeszcze nie wiem. Może McGonagall zauważyła, że nie dogaduje się ze swoimi uczniami? Patrzyłam w jej zielone, nieprzeniknione oczy i rozpaczliwie próbowałam wymyślić jakąś odpowiedź.

- Dlaczego pani nie zapyta o to wszystko Cecylie albo Rose? – wyjąkałam – Są starsze, dłużej znają Malfoya i są pełnoprawnymi członkami klubu.

- Właśnie, są starsze. Lepiej znają obowiązujące tu zasady. Poza tym wychowały się w świecie czarodziei. Nie rozumiesz jeszcze wielu rzeczy… – dotknęła mojego policzka – Nie daj się wykorzystywać Sabrina. One mogę tobą manipulować, a ty tego nie widzisz, bo jesteś zapatrzona w starsze koleżanki. Szukasz akceptacji, bo przez swoją impulsywność stałaś się wyrzutkiem społecznym. Martwię się o ciebie. Chcę ci pomóc… – mówiła spokojnym, kojącym głosem. Przełknęłam ślinę i odsunęłam się od niej. Mocny uścisk na moim nadgarstku nie pasował do jej tonu głosu.

- O tym chciała ze mną rozmawiać pani dyrektor?

- Nie. Po co zawracać głowę pani dyrektor sprawami wewnętrznymi w naszym domu? – wzruszyła ramionami – Nie będziemy tam poruszać tego tematu. Sama rozwiązuję takie problemy.

- Więc co znowu zrobiłam? – przygryzłam wargę

- Zaraz się dowiesz… – mruknęła Gretel, a jej rysy znowu stężały. Dotknęła ściany różdżką, wyszeptała jakieś słowa i na moich oczach ściana rozsunęła się, ukazując spiralne schody. – Do góry Socretto – popchnęła mnie lekko

Bez słowa ruszyłam po schodach. Nagle w mojej głowie pojawiło się odpowiednie zaklęcie. Z duszą na ramieniu zacisnęłam fiolkę w dłoni i zaczęłam mruczeć pod nosem zaklęcie. Mam nadzieję, że Gretel tego nie usłyszała. Serce biło mi coraz szybciej. Nie pierwszy raz w ciągu półtora miesiąca odwiedzam ten gabinet. I to bynajmniej nie w celu pochwalenia mnie za wyniki w nauce (które nawiasem mówiąc miałam bardzo dobre). Niestety w moim przypadku dobre oceny są jedynym argumentem dla którego jeszcze tu jestem, jak stwierdziła dyrektor McGonagall. Drzwi do gabinetu otworzyły się zanim zdążyłam zapukać. Na biurku siedziała duża czarna kotka w kapeluszu pani profesor i patrzyła się na mnie nieruchomymi oczami.

- Przyprowadziłam uczennicę, pani dyrektor – oznajmiła zadowolona

McGonagall przybrała z powrotem swoją ludzką postać i usiadła za biurkiem. Jej spojrzenie jak zwykle było chłodne i surowe.

- Miło cię widzieć ponownie, Socretto – powiedziała sucho – Siadaj. Gretel możesz wracać na lekcję.

- Ale pani dyrektor, mogę się przydać…

- Nie ma potrzeby, dam sobie radę z pierwszoroczną uczennicą Ginevro…dziękuję – skinęła głową. Ruda czarownica skrzywiła się, ale posłusznie opuściła gabinet.  – No dobrze Socretto, przejdźmy do rzeczy. Minęło już trochę czasu od tego wydarzenia, ale myślę, że pamiętasz szczegóły. Takie rzeczy trudno się zapomina. Rozmawiałam już z panem MacMillanem, ale on powiedział, że to ty wszystko widziałaś i słyszałaś…

- Chodzi pani o to zdarzenie na meczu? Myślałam, że wszystko już powiedziałam – poprawiłam się na fotelu

- Powiedz mi dokładnie…co widziałaś przed znakiem Morsmorde? Skąd wiedziałaś, że ze zniczem jest coś nie tak?

- Dalej, nie bój się. To może być bardzo pomocne w poszukiwaniu tego przestępcy – Albus Dumbledore odezwał się ze swojego obrazu. On jako jedyny uśmiechał się do mnie przyjaźnie

- Czy ta dziewczyna w ogóle wie, co oznacza ten znak? – zakpił Severus Snape

- Owszem, proszę pana. To był znak sprzymierzeńców Voldemorta. – powiedziałam odważnie

- Widzisz Severusie, mówiłem ci, że to bystra dziewczynka – odparł Dumbledore

- Gdyby była bystra, powiadomiłaby nauczyciela o problemie – syknął Snape – Znamy w historii Hogwartu przypadki takich samozwańczych bohaterów…

- Severusie, gdyby nie panna Socretto na meczu mogliby zginąć uczniowie…

- Panowie… – jęknęła McGonagall

- Nikt nie miał zginąć. Myślę, że chodziło o przekazanie wiadomości – przerwałam ich kłótnię. Cała trójka wlepiła we mnie spojrzenia, a ja czułam, że się czerwienię.

- A skąd możesz być tego taka pewna? – zmrużył oczy Snape

- Ja…byłam blisko tego czarodzieja. Gdyby chciał, zabiłby mnie i Tobbyego, ale wycofał się. On chciał tylko podmienić znicz i przekazać wiadomość.

- Przyjrzałaś się temu czarodziejowi? – zapytała McGonagall

- Nie…stał w cieniu…nie w kręgu ognia. Widziałam tylko jego błyszczące oczy – wzdrygnęłam się na samo wspomnienie. Nie powiedziałam oczywiście, że prawdopodobnie te same oczy widziałam w Zakazanym Lesie przy jamie smoka.

- A może kryjesz tego czarodzieja? – ciągnął Severus

- Nie! – pisnęłam

- No to już jest śmieszne, Severusie! To bezpodstawne oskarżenia – zdenerwował się Dumbledore

- Pan MacMillan powiedział, że tylko ty widziałaś, że coś jest nie w porządku. Wysłałaś Rose i Lily po pomoc, a sama pobiegłaś do szatni. Czy wiesz, na jakie niebezpieczeństwo się narażałaś?

- Chciałam tylko pomóc…

- Jak to możliwe, że tylko ty zwróciłaś na to uwagę? – naciskała dyrektorka

- Nie wiem – skrzyżowałam ręce. Miałam ochotę stąd wyjść. Czułam, że szukają pretekstu, żeby mnie oskarżyć o ten incydent. Albus Dumbledore zachęcił gestem do dalszego mówienia. Westchnęłam. -  Ten czarodziej…wydaje mi się, że on zaczarował widownie i zawodników…być może jakiś czar hipnozy, nie mam pojęcia.

- Dużo ci się wydaje jak na pierwszoroczną czarownicę półkrwi – zauważył Snape

- Jestem dobrym obserwatorem – wzruszyłam ramionami

- Bezczelna i butna, zupełnie jak…

- …prawdziwy Gryffon – dokończyłam z uśmiechem

- To skandaliczne. Pozwalasz na takie zachowanie, Minewro? – zdenerwował się Snape – Ta dziewczyna już dawno powinna wylecieć z naszej szkoły. To wstyd dla…

- Za co ma wylecieć? Ma dziewczyna charakter – oburzył się Dumbledore – A coś mi się wydaje, że nadchodzi czas, gdy ktoś z charakterem się tu przyda – mrugnął do mnie porozumiewawczo

- Dość tego – zdenerwowała się McGonagall – To wszystko na dziś Socretto, wracaj na lekcje.

Skinęłam głową i wstałam, ale zapomniałam ściskanym w ręku flakoniku, teraz przemienionym w szklanego słonika. W ostatniej chwili uratowałam naczynie przed upadkiem.

- Co masz w ręku? – zapytała dyrektorka, a mnie oblał zimny pot – Daj mi to – zażądała

Westchnęłam i podałam jej słonika. Czarownica zmarszczyła brwi i poprawiła okulary. Pstryknęła palcami, a słonik z powrotem zamienił się we flakonik. Zwiesiłam głową i wbiłam wzrok w dywan. To już po mnie…

- No pięknie! Twoja uczennica użyła przeciwko tobie magii, której sama uczysz – prychnął Snape – W dodatku jest złodziejką…

- Imponujące…nawet tego nie wyczułam na początku…Skąd to masz, Socretto?

- Z sali eliksirów – przyznałam niechętnie

- No nie, tu już za wiele!…z mojej sali… – Snape złapał się za serce – Za moich czasów to byłoby niedopuszczalne!

- Socretto? Co masz mi do powiedzenia?

- Już się się pakuję, pani profesor…

- Myślałam raczej, że powiesz mi do czego było ci to potrzebne – warknęła. Zacisnęłam usta i zamknęłam oczy. Zawaliłam na całej linii.

- Zapomnij Minewro…jeśli ta dziewczyna ma duszę Gryffona, nic ci nie powie – zachichotał Dumbledore

- Śmieszy cię to, Albusie? – spojrzała się na niego wściekła

- Bynajmniej… – spoważniał były dyrektor. Nastała ciężka cisza.

- Socretto… – odezwała się po chwili McGonagall – Wracaj na lekcje.

- Słucham? – wytrzeszczyłam oczy

- Idź zanim zmienię zdanie – pomasowała skronie

- Dziękuję, pani dyrektor – uśmiechnęłam się szeroko – I przepraszam… – ukłoniłam się lekko i szybko wybiegłam na korytarz. Za sobą słyszałam, jak wściekły Severus suszy głowę McGonagall…Nie mam pojęcia, czemu dyrektorka mnie oszczędziła, ale wiem jedno. Już bardziej podpaść jej nie mogłam.

***

Zanim dotarłam do sali wróżbiarstwa lekcja już się skończyła. Równo z dzwonkiem wdrapałam się na piętro. Drzwi klasy otworzyły się i tłum śmiejących się uczniów prawie mnie stratował. Wróżbiarstwo zawsze poprawiało wszystkim humor. Tak naprawdę mało kto traktował ten przedmiot poważnie. Zwłaszcza logicznie Krukoni, którzy lubili konkrety i suche fakty. Po cichu wyśmiewali madame Rosemarthe i robili jej głupie dowcipy. Oczywiście przodowała w tym Irmina. No dobrze, przyznaję, że madame jest dziwną, młodą czarownicą, która ubiera się i zachowuje jak staruszka, ale to nie powód, żeby tak ją lekceważyć. W końcu jest nauczycielką. Jej przedmiotu nie da się nauczyć z księgi, tak jak tego oczekuje Irmina. Trzeba mieć wyczucie, wyobraźnię i delikatność. Niestety ta Kleopatra nawet nie wie, co znaczą te słowa. Ja też nic nie widzę w tej kuli…i kiedy madame prosi mnie o interpretację rozkładu kart improwizuję jak natchniony poeta, ale staram się. Myślę, że madame dobrze wie, co wszyscy o niej myślą. Po co jeszcze bardziej ją dołować? Nie lubię jej wysokiego, piskliwego głosu i tego, że ze wszystkiego robi sztukę dramatyczną, ale cóż mam zrobić?

- Socretto, gdzie byłaś całą lekcję? – zaczepiła mnie Sophia z Ravenclawu

- Gretel mnie zatrzymała – mruknęłam ponuro

- To żałuj, bo przegapiłaś niezłą akcję – parsknął śmiechem Spike

- Co się stało? – zmarszczyłam brwi

- Twój kumpel ześwirował – oznajmiła Irmina z szerokim uśmiechem – Ta wariatka kazała nam rysować. Mieliśmy zamknąć oczy, wąchać jakieś kadzidło i zajrzeć w głąb siebie – naśladowała głos nauczycielki – A potem narysować obraz który pojawi nam się w głowie.

- Na początku było ok, ale potem Tobby zaczął rysować tak szybko, że prawie podarł karton i nie mógł się zatrzymać. Spike zaczął wrzeszczeć, że opętał go duch i dziewczyny zaczęły panikować – zachichotał Midas, a ja zbladłam

- Rosemartha nie mogła nas uspokoić – dodała Irmina

- Tobby…gdzie on jest? – zapytałam

- W klasie z profesorką…czekaj Socretto, nie wchodź tam bo jeszcze cię zarazi tym swoim obłąkaniem! – zawołał Spike, gdy zaczęłam się przeciskać między uczniami

- Zamknij się Spike! – warknęłam tylko. Wiedziałam, że z Tobbym coś jest nie w porządku. Powinnam od razu iść z nim do Skrzydła Szpitalnego. Nie wydaje mi się, żeby w rękach madame Rosemarthy był pod fachową opieką. – Tobby! – wpadłam do klasy – Tobby, nic ci nie jest? – podbiegłam do mojego małego kolegi. Siedział na krześle blady jak ściana i wyglądał jak kupka nieszczęścia. Nauczycielka wyszła zza zasłony z dwoma parującymi kubkami.

- Dzień dobry, panno Socretto. Miło, że się pani w końcu pojawiła – mruknęła z przekąsem

- Co się stało z Tobbym? – kucnęłam obok niego. Miał nieobecny wzrok.

- Źle się poczuł. Właśnie zaparzyłam mu ziołową herbatkę.

- To przez rysowanie, prawda? – spojrzałam na przyjaciela – Powiedz coś – potrząsnęłam nim

- Sabrina, zostaw go! Nie widzisz w jakim jest stanie – zacmokała nauczycielka – Napij się Tobby, zaraz poczujesz się lepiej… – powiedziała troskliwie

- Może lepiej by było zaprowadzić go do Skrzydła Szpitalnego? – zasugerowałam

- Nie, nie ma potrzeby. Zaraz poczuje się lepiej. – zapewniła czarownica. Zmrużyłam oczy i skrzyżowałam ręce.

- Tobby?

- Jest dobrze Sabrina, już mi lepiej… – powiedział słabym głosem

- Mówiłam ci, że nie powinieneś rysować… – położyłam mu ręce na ramionach – Co takiego narysowałeś?

- Nie pamiętam – pokręcił głową, nie patrząc mi w oczy. Spojrzałam na profesorkę. Miała ściągnięte usta i zmarszczone brwi. Przyglądała mi się dziwnie. Przeszedł mnie dreszcz. Mam nadzieję, że nic nie widzi w mojej przyszłości, aurze czy czymś jeszcze innym..

- Tobby podarł rysunek tak szybko jak go namalował – powiedziała w końu

- Widziała pani co to?

- Nie.

- Czemu…czemu to zrobiłeś? – zapytałam cicho

- Czasem to co widzimy w naszej głowie jest zbyt straszne, żeby ujrzało światło dzienne – odparła za niego nauczycielka. Zapadła ciężka cisza. Niedobrze mi się robiło od zapachu duszącego kadzidła. Chciałam stąd jak najszybciej wyjść. Mój przyjaciel jakby czytał mi w myślach podniósł się chwiejnie z krzesełka.

- Musimy już iść pani profesor. Zaraz zacznie się kolejna lekcja.

- Mogę powiedzieć twojemu nauczycielowi, że źle się czułeś – zaproponowała madame Rosemartha – A ty wrócisz do dormitorium.

- Nie, już mi lepiej po tej herbacie – pokiwał głową – Dziękuję. Chodź Sabrina- skierował się do wyjścia

- Gdybyś chciał jeszcze wpaść na herbatkę i porozmawiać to czekam… – powiedziała nauczycielka, gdy byliśmy już przy drzwiach

- Będę pamiętał – obiecał Tobby.  Dopiero teraz przypomniało mi się, że miałam porozmawiać z madame o dziwnym zachowaniu Tobbyego. Teraz przynajmniej będzie wiedziała, co mam na myśli.

- Ja też będę mogła? – zapytałam szybko

- Oczywiście… – powiedziała lekko zaskoczona czarownica – W sumie i tak musisz zaliczyć dzisiejsze zajęcia.

- Zaliczę, na pewno – uśmiechnęłam się nerwowo, bo Tobby już szedł po schodach – Do widzenia. – zamknęłam drzwi i pobiegłam za przyjacielem. Przez chwilę szliśmy w milczeniu.

- Gdzie byłaś?

- U McGonagall…ale ty chyba o tym wiesz. Z tobą też rozmawiała, prawda?

- Tak, sam do niej poszedłem.

- Ale po co, skoro to ja więcej widziałam? – nie rozumiałam

- Bo ja…ja też o tym wiedziałam. Jeszcze wcześniej niż to się wydarzyło – przyznał

- Co? – zatrzymałam się – O czym ty mówisz?

- Właśnie nie wiem…sam nie wiem, co ja mówię – pokręcił głową

- Stój! – złapałam go za rękaw szaty – Powiedz mi prawdę. Jesteśmy przyjaciółmi. Nie wyśmieję cię – obiecałam. Na te słowa Tobby odwrócił się do mnie. Wziął głęboki oddech i klapnął na schodach. Usiadłam obok niego.

- Miałem sen. Widziałem zamieszanie na meczu quidditcha. Nic konkretnego. Ty też byłaś w moim śnie. I Leo, i Aiden. Widziałem jak wbiegasz na boisko i pojawia się ten znak.

- Widziałeś w śnie Morsmorde?! – wytrzeszczyłam oczy

- Tak, ale wtedy jeszcze nie wiedziałem, co to znaczy. Nawet nie traktowałem poważnie tego snu. Myślałem, że to zwykły koszmar, bo za dużo zjadłem na kolację…ale dzisiaj…

- Co dzisiaj? – szepnęłam, a po moim kręgosłupie przeszedł dreszcz – Co namalowałeś Tobby?

- Kiedy madame Rosemartha kazała mi zamknąć oczy, znowu zobaczyłem ten znak. Czułem, że muszę go namalować. Nie mogłem się zatrzymać. Słyszałem piski dziewczyn, ale nie mogłem…kiedy otworzyłem oczy, ten znak był na kartce. Tak dokładnie namalowany, jakby był prawdziwy. Przestraszyłem się i podarłem go, zanim ktoś to zobaczył.

- Och Tobby… – przytuliłam go

- Boję się Sabrina – wyznał – Czemu ten znak mnie prześladuje…czemu go namalowałem?

- Nie wiem Tobby, ale dowiem się – zdecydowałam

***

Kolejna nuda lekcja historii magii. Profesor Bins prowadził swój wykład mechanicznie. Znał go na pamięć. Mimo to wszyscy Krukoni dokładnie notowali jego słowa. Nie to co Gryffoni…oni zajmowali się wszystkim tylko nie lekcją, ale duchowi-profesorowi najwyraźniej to nie przeszkadzało, dopóki nie musiał przerywać. Ręka mnie już bolała od pisania. W tym momencie zobaczyłam Midasa, który nic nie notował. Na jego ławce stało tylko małe pudełeczko.

- Midas, co to jest? – puknęłam do w plecy

-To mój genialny wynalazek – wyszczerzył się zadowolony – To pudełko zapisuje każde słowo profesora, a potem mogę odtworzyć wszystko w pokoju i nie muszę nic pisać. Teraz mogę w końcu tylko słuchać.

- Dyktafon? – prychnęłam – Przykro mi, ale nie jesteś oryginalny.

- Co to jest dyktafon? – zmarszczył brwi

- Narzędzie mugoli do nagrywania dźwięków – odezwał się Leo, siedzący obok nas. Nudziło mu się, a energia wprost go rozsadzała. Złamał już ołówek i zarysował wszystkie kartki jakie miał. Teraz patrzył się na nas z psotnym ognikiem w oczach.

- Nie gadaj Crouch tylko słuchaj. Tobie to się bardziej przyda niż mnie – odparł Midas z wyższością

- Spokojnie chłopie, ja jestem jak kot. Zawsze spadam na cztery łapy – mrugnął w moją stronę

Przewróciłam oczami i wróciłam do pisania. Zerknęłam do Gryffonki, która siedziała obok, ale ona oczywiście nic nie notowała, więc nie miałam od kogo spisać. Pokręciłam głową i notowałam dalej na bieżąco. Nagle coś oparzyło mnie w rękę. Pisnęłam cicho. Na mojej dłoni wylądowała mała płonąca karteczka. Rozejrzałam się po klasie. Nikt niczego nie zauważył. Tylko Leo się na mnie gapił, podpierając brodę na łokciu. Poruszył wymownie brwiami, więc niechętnie otworzyłam płonący liścik.

„Wiesz, że dziś prefekci robią nielegalną imprezę?”

- I co z tego? – zapytałam bezgłośnie

Leo pstryknął palcami, a na kartce pojawił się inny tekst.

„Mam zamiar się tam wkręcić. Idziesz ze mną?”

- Chyba ci do reszty odbiło – popukałam się w czoło

„Jesteś zbuntowanym Gryffonikiem, czy nie Socretto?”

Przełknęłam ślinę. Nie cierpię go…

- Nie dasz rady – zakpiła

„Założymy się?” zmarszczyłam brwi. Jeśli Leo chce się o coś zakładać, to znaczy, że planuje coś głupiego. Zanim mu odpowiedziałam, odezwał się profesor Bins.

- Panie Crouch, byłby pan łaskawy powtórzyć, co przed chwilą mówiłem?

Leo zmrużył oczy. Nagle wpadł na genialny pomysł. Wychylił się z ławki i puknął pudełeczko na ławce Midasa. Nagranie cofnęło się do momentu,  o który prosił nauczyciel i wyłączył. Midas zrobił oburzoną minę.

- Bardzo dobrze panie Crouch. Cieszę się, że notuje pan każde moje słowo – ucieszył się duch

- Ma się rozumieć profesorze – wyszczerzył się Leo, a Gryffonie ledwo ukrywali śmiech

Midas nie mógł tego ścierpieć. Puścił nagranie dalej. Profesor otworzył usta ze zdziwienia, a cała klasa zaczęła ryczeć ze śmiechu.

- Zdolna ze mnie bestia, co nie? – podrapał się po karku Leo

- Crouch, co to ma znaczyć?

- To najnowszy wynalazek Midasa – odezwałam się zanim ugryzłam się w język. Krukoni spojrzeli się na mnie jak na mordercę. Kiedy ja się w końcu zamknę…Leo uśmiechnął się półgębkiem i puścił do mnie oko. O świetnie…

- Tak? W takim razie obaj panowie zostaną na przerwie i wyjaśnimy sobie parę rzeczy…a teraz poproszę to urządzenie.

- Ale panie profesorze… – zaprotestował Midas

- Nie spodziewałem się tego po tobie Midasie! Żeby  w taki sposób robić mi na złość – kręcił głową duch

- Ale to nie tak! – zaczerwienił się chłopak, a mnie zrobiło się żal

- Panie psorze to coś jak dyktafon mugoli – wstawiłam się za nim – Coś takiego może pomóc w nauce…

- Zamknij się Socretto! – krzyknął wściekły Midas

- Co to za słownictwo! Odbieram 15 punktów Ravenclawowi! – zdenerwował się nauczyciel. Midas załamał się, a Irmina zabijała mnie spojrzeniem.

Gdy lekcja się skończyła, Irmina natychmiast dopadła mnie na korytarzu.

- Co ty wyprawiasz?! Po czyjej stronie jesteś?!

- Po żadnej…to był wypadek! – broniłam się – Nie chciałam, żeby tak to się skończyło. Przykro mi…

- Przykro ci? Tylko tyle masz nam do powiedzenia? – parsknął Midas – Profesor skonfiskował mój wynalazek ze wszystkimi moimi notatkami!

- Jesteś hańbą dla Ravenclawu – popchnęła mnie do tyłu Irmina – Nie jesteś godna, żeby być w tym domu. Może i jesteś zdolna, ale nie pasujesz tu!

- Nigdy nie twierdziłam, że jestem Krukonką!

- To idź do tych swoich kochanych Gryffonów! No dalej, droga wolna! Nikt cię tu nie trzyma! – wściekła się Irmina – Idziemy… – zwróciła się do reszty klasy. Zostawili mnie na korytarzu. Zamrugałam oczami, żeby się nie rozpłakać. Ona ma rację, nie pasuję do Ravenclawu. Powinnam być w Gryffindorze i najwyższa pora to zmienić…

21 października 2020

…Wiesz pamiętniczku, to chyba z jednych moich najgłupszych akcji, które tu przeprowadziłam. Chociaż…to od niej wszystko się zaczęło i raz na zawsze przypieczętowałam swój los. Brzmi dramatycznie, co? Nawet jak to sama czytam wydaje się poważne. Pomyśleć, że jeden wieczór może o wszystkim przesądzić! Wczorajszy dzień od początku zapowiadał katastrofę…więc nawet nie powinnam się dziwić, że to to się wszystko skończyło. Zaczęło się od tego, że gdy po kolacji wróciłam do dormitorium, zobaczyłam, że Irmina wystawiła moje rzeczy przed drzwi. Nie chciała mnie wpuścić do środka, mimo waliłam w drzwi i krzyczałam. Inni Krukoni jakoś nie spieszyli mi z pomocą, więc zabrałam kufer i wyszła. Na korytarzu spotkałam Irytka, która dostał ataku śmiechu i czkawki na mój widok.

- Biedny mały zbuntowany Gryffonik…nikt cie nie chce – śmiał się

To przelało czarę goryczy. Zostawiłam rzeczy i pobiegłam na dół. Podjęłam decyzję. Muszę dostać się do gabinetu McGonagall i porozmawiać z Tiarą Przydziału. Ona musi zmienić decyzję! Biegnąc na oślep po korytarzu wpadłam na Leo.

- Co ty tu robisz? – ofuknęłam go – Zaraz będzie cisza nocna…

- Mógłbym zadać ci to sama pytanie – burknął. Wyraźnie był nie w sosie.

- Czekaj, czekaj…nie wpuścili cię nie imprezę – zrozumiałam

- Nie…

- Tak, nie wpuścili cię – klasnęłam w dłonie

- James powiedział, że jestem za mały – skrzywił się

- Haha bardzo dobrze. W końcu ktoś utarł ci nosa.

- Myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi!

- Leonrad, on jest od nas starszy – przewróciłam oczami – Ma swoich znajomych i…

- I tak się tam dostanę – wzruszył ramionami – Widziałem, jak tu wchodzą…muszę tylko znaleźć przejście… – wrócił do macania ściany

- Mogę ci pomóc – przygryzłam wargę – Znam pewne zaklęcie lokalizacyjne…

- Tak? No to dawaj, co tak stoisz?! – ożywił się

- Ale ty też musisz mi pomóc – odsunęłam się

- A czego ty możesz ode mnie chcieć Socretto? Tuż przed ciszą nocną…

- Pomóż mi się dostać do gabinetu McGonagall – powiedziałam szybko

- Wow… – wyraźnie go zatkało – No Socretto…ty chyba naprawdę chcesz wylecieć. To samobójstwo! Po co chcesz tam iść?

- Muszę pogadać z Tiarą. Przekonam ją, że powinnam należeć do Gryffindoru – oparłam się plecami o ścianę

- Aż tak ci zależy? – uniósł brwi

- To sprawa życia i śmierci…

- Ok – uśmiechnął się szeroko – Włamanie się do gabinetu dyrektorki to jeszcze lepsza akcja niż włamanie się na imprezę. Wchodzę w to.

- Nie, wejdę tam sama. Chcę, żebyś pomógł mi tam wejść.

- Dlaczego?

- Bo narobisz niepotrzebnego zamieszania jak zwykle – westchnęłam

- To jak mam ci pomóc? – skrzyżował ręce

- Założę się, że znasz hasło do drzwi. Wyciągnąłeś to od Jamesa, bo jest prefektem.

- Być może… – przyznał ostrożnie

- Oto moja cena. Zaklęcie za hasło.

- Umiesz się targować Socretto… – pokiwał głową – Niech ci będzie. Chcę zobaczyć jak taka Krukonka jak ty łamie regulamin… – zaśmiał się głupio – Podaj zaklęcie.

- Nie, najpierw otwórz mi drzwi.

- O nie…nie przekonasz mnie. Chcesz się dalej targować? Zaraz będzie cisza nocna.

- Dobrze, już dobrze… – warknęłam i wyszeptałam mu zaklęcie na ucho

- Ok, chodź za mną – spoważniał. Musiałam prawie biec, żeby dotrzymać mu kroku. Serce biło mi szybciej. Nie powinnam tego robić…to zbyt duże ryzyko. W dodatku fakt, że na partnera w przestępstwie wybrałam sobie Leonarda, nie uspokajał mnie. To będzie katastrofa, jeśli nas nakryją…Jeszcze mogę się zatrzymać. Złapałam Leo za rękę, w momencie gdy doszliśmy na miejsce, gdzie parę godzin temu przyprowadziła mnie Gretel.

- Jesteśmy…co ty robisz? – podniósł nasze splecione dłonie i przekrzywił głowę z dziwnym uśmiechem. Czułam, że robi mi się gorąco – Nie mów, że boisz się ciemności.

- Nie, wcale nie Crouch – zabrałam szybko moją dłoń

- Acha…jasne – prychnął – Lumos! – wyjął swoją różdżkę – To tutaj. Jesteś pewna, że chcesz tam wejść.

- Tak, szybko zanim zmienię zdanie… – objęłam się ramionami, żeby opanować drgawki

Leo przyłożył rękę do ściany i wyszeptał tajne hasło. Ku mojej uldze przejście ukazało się. To poszło zdecydowanie za łatwo…ale teraz już nie mogę się wycofać. Wzięłam głęboki oddech i weszłam na schody.

- Dziękuję, Leo – posłałam mu niewyraźny uśmiech

- Nie ma za co…Socretto! – zawołał, więc obróciłam się przez ramię – Nawet ja ci nie wyjdzie z Tiarą, to za taki wyczyn i tak powinni cię przenieś do naszego domu – przyznał, a ja poczułam, że moje serce zabiło szybciej z radości. Ha, docenił mnie! Największy rozrabiaka w szkole przyznał, że nadawałabym się do Gryffindoru. To dzień mojego triumfu…Przez chwilę patrzyliśmy na siebie bez słowa. Gdyby nie był taki w gorącej wodzie kąpany, mógłby być całkiem sympatyczny. W sumie jest inteligentny i bystry…ale za bardzo zależy mu na dobrej zabawie.

- Idź już na imprezę zanim wszystko się skończy – przypomniałam

- Biegnę, powodzenia – kiwnął mi głową i pobiegł korytarzem w drugą stronę. Przejście zasunęło się.

- Lumos – wyjęłam różdżkę z buta i ruszyłam schodami na górę. Modliłam się, żeby McGonagall nie było w gabinecie. W sumie powinnam to sprawdzić najpierw, ale byłam tak zdenerwowana całą sytuacją, że nawet nie przyszło mi to do głowy. Podeszłam na palcach do drzwi i zaczęłam nadsłuchiwać. Cisza. Z duszą na ramieniu ostrożnie pociągnęłam za klamkę. W gabinecie było ciemno. Na biurku paliły się tylko dwie wysoki świeczki. Weszłam do środka, dokładnie zamykając za sobą drzwi. Teraz tylko muszę znaleźć Tiarę. Ciężko oddychając rozejrzałam się po pomieszczeniu. W końcu zauważyłam Tiarę leżącą na wysokim taborecie za zasłonką. Pochrapywała cicho, a to oznacza, że będę musiała ją obudzić. Jak się budzi Tiarę?

W miarę bezszelestnie przemknęłam po podłodze, obserwując czy obrazy byłych dyrektorów przypadkiem się nie obudziły. Z ulgą schowałam się za zasłonką. Wytarłam spocone czoło i ręce.

- Dobra…zabieramy się do roboty, Sabrina – szepnęłam i dźgnęłam różdżką Tiarę. Czapkę coś wymruczała przez sen, ale spała dalej. Zazgrzytałam zębami i spróbowałam jeszcze raz tylko mocniej. Prawie ją zrzuciłam z krzesła! Przestraszona złapałam ją w ostatnim momencie. To ją w końcu obudziło…

- Co się dzieje? – wymruczała czapka

- Dobry wieczór Tiaro – wyjąkałam – Przepraszam, że niepokoję cię o tak późnej godzinie…

- Kim ty jesteś? – zmarszczyła się Tiara

- Ja…Sabrina Socretto. Pewnie mnie pamiętasz.

- O tak…miałam z tobą nie lada problem, moja panno. – burknęła w wyrzutem – Co ty tu robisz? Gdzie dyrektor McGonagall?

- Przyszłam tu sama. Musimy porozmawiać – przygryzłam wargę

- Co? Jesteś tu sama?! To jest…!

- Ciiii! Wysłuchaj mnie proszę! – zdesperowana zakryłam jej otwór gębowy dłońmi – Ja tak dłużej nie wytrzymam. Nie jestem Krukonką! Udowadniam to sobie i innym na każdym kroku! – mówiłam na jednym wydechu – Nie pasuję do nich…ciągle robię coś nie tak, przynoszę im wstyd, same porażki…oni mnie nienawidzą. Musisz to przyznać Tiaro…

- Co ty sobie wyobra…mhmh… – burczała czapka

- Błagam cię, nie bądź taka uparta. Każdy się myli. Może to twój pierwszy raz, ale…

- Ty! Ty zarzucasz mi, że się pomyliłam?! – wyszarpnęła się Tiara – To obraza! To bezczelne!

- Nie, nie obrażaj się. Proszę pomóż mi…proszę cofnij swoją decyzję. Ja muszę być w Gryffindorze.

- Nic nie musisz bezczelna, impertynencka panno! Jesteś tam, gdzie twoje miejsce! To ja widzę przyszłość, a twoja przyszłość, choć bardzo męta i burzliwa należy do Ravenclawu bardziej niż myślisz! – grzmiała – A ciebie NIE POWINNO TU BYĆ!

- Co tam się dzieje? Tiaro? – z gabinetu doszedł nas głos z obrazu Albusa Dumbledora

- O nie…proszę cii…

- Dyrektorze! Tu jest uczennica! UCZENNICA PRZEBYWA TU NIELEGALNIE!

- Cicho! Już stąd idę! Proszę…inaczej mnie wyrzucą – złożyłam błagalnie ręce – No zobacz człowieka w człowieku…

- POMOCY! NAPADŁA MNIE! – darła się Tiara

- Przepraszam, nie zostawiłaś mi wyboru…drętwota… – rzuciłam zaklęcie, a czapka zamarła

- Kto tam jest? Minerwo? – Dumbledore obudził się na dobre

Zaciągnęłam kaptur szaty i na oślep pobiegłam do drzwi. Nie reagując na okrzyki budzących się po kolei byłych dyrektorów, wyskoczyłam z gabinetu i na złamanie karku popędziłam w dół po schodach. Mam naprawdę mało czasu, zanim McGonagall zorientuje się, że tu byłam. A jeszcze mniej, żeby dotrzeć do dormitorium i udawać, że od godziny grzecznie leżę w łóżku. Nie wiem ile czasu byłam tam na górze, ale teraz na korytarzu już nawet nie paliły się światła. Wyjęłam swoją różdżkę i popędziłam przed siebie ile sił w nogach. Wskoczyłam na schody i zbiegłam na niższe piętro. Byłam przekonana, że tylko ja jeszcze nie jestem w dormitorium, gdy wpadłam na kogoś i odbiłam się jak od gumy. Z jękiem uderzyłam w podłogę.

- Socretto? Czemu pędzisz, jakby ścigało cię stado dementorów? -jęknął Aiden, rozcierając brzuch w który uderzyłam z siłą tarana

- Bo być może będzie mnie ścigać…a ty? Co ty tu robisz, szlamo? Podkabluję cię do Gretel.

- Tak, to wtedy ja powiem, że byłeś razem ze mną i też dostaniesz karę – podniosłam się i wymierzyłam w niego różdżką

- A daj mi spokój…właśnie od niej wracam. – burknął – Wasza opiekunka to jakaś wariatka! Mruczy coś do siebie, rzuca księgami i ma taki morderczy wzrok. Kazała mi układać księgi w bibliotece w jej pracowni.

- Tak? To dlaczego wychodzisz z kuchni? Włamałeś się do spiżarni czy co? – wyrzuciłam ręce do góry

- Wiesz ile razy wchodziłem i schodziłem z drabiny! – zaczerwienił się – Zgłodniałem. Nie wytrzymałbym do śniadania.

- O nie…cóż za wymyślne tortury. Kazała ci się trochę poruszać – mruknęłam sarkastycznie

- Myślisz, że w tych ciemnościach cię nie widzę? Chcesz dostać w nos, Socretto?

- Zachowajmy tą wątpliwą zabawę na inny moment, ok? – rozejrzałam się nerwowo – Muszę szybko się przemieszać, więc przykro mi, ale…zostaniesz w tyle.

- Hej, dokąd ci się tak śpieszy, szlamo! – złapał mnie swoją tłustą łapą za tył szaty. Na górze usłyszałam jakieś kroki. Oblał mnie zimny pot.

- Aiden! Jeśli nie chcesz dostać kolejnej kary to zaufaj mi i uciekaj! Teraz – wyrwałam się i pobiegłam przed siebie. O dziwo, grubasek potruchtał za mną. Niespodziewanie zza zakrętu wyskoczył Leo, a ja o mało nie dostałam zawału.

- Leonrad! – syknełam

- Sabrina! Jak tam twoja misja? – wysapał i z uśmiechem błazna oparł się nonszalancko łokciem o ścianę

- Wybornie! Tiara narobiła hałasu i muszę uciekać, bo McGonagall depcze mi po pietach.

- Co? Gdzie ty byłaś Socretto? – zainteresował się Black

- A jego skąd wzięłaś? – wytrzeszczył oczy Leo

- Wpadłam na niego po drodze.

- Taki jesteś mądry, Crouch? A co ty  tu robisz? – naburmuszył się Aiden

- Właśnie. Nie dostałeś się na imprezę? – zawtórowałam

- Dostałem się…ale James mnie zobaczył i delikatnie mówiąc nie był zadowolony… – zachichotał nerwowo

- Crouch! – usłyszałam w oddali krzyk Jamesa. Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Może być jeszcze gorzej?

- Podkabluje mnie do Hopesona, jeśli mnie złapie – załamał się Leo

- Myślę, że i tak to zrobi – prychnęłam

- Nie dam się złapać. Hopeson zagroził, że jeszcze jeden numer i wyrzuci mnie z drużyny.

- Naprawdę? To może sobie na niego poczekamy – ucieszył się Aiden i rzucił się na Leo, próbując go złapać

- Uspokójcie się! Jeśli on nas złapie to wszyscy będziemy mieć kłopoty – wskoczyłam między nich

- Krukonka ma rację. Wiejemy! – zarządził Leo

- Nie jestem Krukonką! – ofuknęłam go

- Cicho bądź! I zgaś tą różdżkę – powiedział Leo

- No nie, w co wy mnie wpakowaliście… – marudził Aiden – Nie mam zamiaru za was odpowiadać…

- Odezwał się ten święty – prychnął Leo

- Oberwiesz na boisku Crouch, oj oberwiesz… – odgrażał się Aiden

- Tak, tak jasne…nie sądzicie, że pościg to ekscytujące przeżycie?

- Być może Crouch, ale nie wtedy, gdy jesteśmy ofiarami! – nie mogę uwierzyć, że on jest taki głupi

Wybiegliśmy na główny hall. Przebiegliśmy obok wielkiej sali, gdy zauważyłam jakiś cień. No nie, tylko nie on…

- Tobby?! Co ty tam robisz?! – krzyknęłam, widząc mojego przyjaciela chodzącego spokojnie po korytarzu

- Ja…szukam mojej różdżki… – wytrzeszczył oczy na nasz widok. Słysząc jego oświadczenie, wszyscy w trójkę jęknęliśmy.

- Naprawdę jeszcze jej nie znalazłeś, kaczko? – zarechotał Aiden

- Co to znaczy „jeszcze”? – spiorunowałam Blacka wzrokiem

- To ty ją masz! – podskoczył w miejscu Tobby – Zabrałeś mi ją z toby, kiedy mieliśmy Opiekę nad magicznymi zwierzętami!

- Tak, miałem ją, ale już jej nie mam – wzruszył ramionami

- Ty bałwanie! Oddawaj mi różdżkę! – Tobby rzucił się na niego z pięściami, ale Aiden złapał go i odstawił na miejsce jak niegrzecznego psiaka

- Naprawdę Black? To już nie jest śmieszne…Gdzie jest ta różdżka? – warknęłam

- Spokojnie Socretto, niech się maluszek postara…

- Nie mamy czasu na teatrzyki, Black – niespodziewanie włączył się Leo – On narobi za dużo hałasu.

- No dobra…schowałem ją w łazience Jęczącej Marty.

- Ale to damska łazienka! – zaprotestował Tobby

- I co z tego? Po tobie nie widać różnicy.

- Wystarczy! Daj mu spokój! – wstawiłam się za przyjacielem

- Cicho! Idą – syknął Leo

- Kto… – zaczął Tobby, ale zakryłam mu usta rękami

- Uciekamy! Tędy – Leo ruszył w ciemność, a my za nim

- Nie damy rady, odetną nam drogę – marudziłam

- Nic nie mów i zaufaj mi! – syknął Crouch – Nie hałasujcie tak. Wyprowadzę nas z tego…

Cóż pamiętniczku, spróbuj sobie wyobrazić sytuację, gdy cztery osoby biegną po ciemku korytarzem najszybciej jak potrafią i jednocześnie starają się to robić jak najciszej. Jeśli możesz to sobie wyobrazić, to pewnie wygląda to bardzo komicznie, ale zapewniam cię, że wtedy nie było nam do śmiechu. Tak jak podejrzewałam, pościg nadciągał z obu stron. Wbiegliśmy na schody i wpadliśmy w pułapkę. W tym momencie uratował nas mój geniusz…sama nie wiem, jak na to wpadłam.

- Co teraz? Zaraz nas złapią? – pytał płaczliwe Tobby. Nikt nie odpowiedział.

- Przysuwamy się do poręczy. Najbliżej jak możecie  – powiedziałam zdecydowanie

- Masz plan Socretto? – zdziwił się Aiden

- Mam nadzieje…w tej sytuacji już nic nam nie zaszkodzi. Złapcie się mnie – zarządziłam

Chłopcy zastosowali się do moich poleceń – przyparci do barierki schodów, ściśnięci i wystraszeni. Wyjęłam różdżkę z buta i zamknęłam oczy.

- Kamelionus hiddenus – powiedziałam pewnym głosem i machnęłam różdżką. W tym samym momencie na schody wbiegli McGonagall, James, profesor Hopeson, profesor Gretel i profesor Zynox. Przyłożyłam palcem do ust, pokazując chłopakom, że mają być cicho. Oby to zadziałało…

- Gdzie oni są? Nie mogli daleko uciec – zdenerwowała się Gretel

- Przeszukaliśmy cały zamek. Może wrócili do dormitorium – zasugerował Hopeson

- Jak to możliwe? Słyszałam ich. Byli tuż przed nami.

- Przecież nie rozpłynęli się w powietrzu – warknął trener

- Jest z nimi Sabrina Socretto, wszystko jest możliwe – uśmiechnął się półgębkiem Zynox

- Panie Potter, co pan o tym myśli? – zapytała McGonagall

- Leonrad jest sprytny…mógł ich jakoś wyprowadzić – chrząknął James

- Dobrze, wracajmy do łóżek moi drodzy – westchnęła dyrektora – Teraz ten pościg nie ma sensu. Rano się z nimi rozmówimy. A pan, panie Potter…wrócimy do tematu tej nielegalnej zabawy prefektów.

- Tak jest, pani dyrektor – skłonił głowę James

Wszyscy się rozeszli, a ja w końcu wypuściłam wstrzymywane powietrze. Udało się…

- Jak to zrobiłaś? I co ty w ogóle zrobiłaś? – pierwszy z szoku otrząsnął się Leo

- Zaklęcie kameleona…przeczytałam o tym w jednej książce z naszego zbioru w pokoju wspólnym.

- Genialne…trzeba to opatentować – cieszył się Crouch

- Nie ciesz się Crouch, bo i tak mamy przechlapane – burknął Aiden

W tym momencie wielki zegar zaczął dzwonić. Wybiła dwunasta. Dźwięk rozszedł się echem po całym korytarzu, a moje ciało zaczęło się trząść. Miałam wrażenie, że powietrze faluje. Mój wzrok powędrował na obrazy założycieli Hogwartu zawieszone nad głównym wejściem do szkoły. Godryk Gryffindor, Rowena Ravenclaw, Salazar Slytherin, Helga Huffelpuff…ich oczy zaczęły błyszczeć na czerwono, niebiesko, zielono i złoto…

- Chłopaki…wy też to widzicie? – upewniłam się cicho. Moi towarzysze mieli otwarte buzie i gapili się na obrazy tak jak ja. Co to wszystko znaczy? Opusciłam różdżkę i złapałam kolegów za ręce. Założyciele w zwolnionym tempie zaczęli wychodzi z obrazów. Podpłynęli do nas bliżej. Zastygłam w bezruchu. Instynkt podpowiadał mi, że powinnam uciekać, ale nie mogłam się ruszyć. Rowena podeszła do mnie, Godryk do Leonarda, Salazar do Aidena, a Helga do Tobbyego. Spojrzeli się po sobie i zaśmiali się bezgłośnie, jakby nasze przerażenie ich bawiło, a potem…zrobiło się jeszcze bardziej dziwnie. Każde z nich dotknęło ręką naszego czoła. Prąd elektryczny przepłynął przez moje ciało od stóp do głowy. Ostatnie co widziałam, to piękny uśmiech Roweny i jej śliczne, niebieskie jak niebo oczy…

I to by było na tyle. Nic więcej nie pamiętam pamiętniczku. To straszne uczucie…taka dziura w pamięci. Obudziłam się rano w moim łóżku w dormitorium i od razu wszystko opisałam. Zaraz muszę wstawać i szykować się do szkoły, zanim obudzi się Irmina i reszta współlokatorek, ale zastanawiam się…czy to wszystko jest prawdą? I co tak naprawdę wydarzyło się wczorajszego wieczoru? Bo skoro Irmina wyrzuciła mnie z pokoju, czemu wciąż jestem w łóżku? Jakim cudem się tu znalazłam? A co z chłopakami? Czy ja naprawdę zakradłam się do gabinetu McGonagall? A może to wszystko było bardzo realistycznym snem? Czuję się skołowana, ale czuję…że od tej pory już nic nie będzie takie samo, pamiętniczku. A mój los nierozerwalnie złączył się z Tobbym, Aidenem i Leonardem…

 

O tym jak próbuję walczyć ze starymi nawykami, znajomymi i pierwszy raz spadam z konia…

17 sty

Dziewczyny szybko wyciągnęły mnie z łazienki, zanim zdążyłam się dobrze przyjrzeć swojemu „nowemu” wyglądowi”. Dobry Boże…odzwyczaiłam się od takiej wersji siebie. To aż dziwne, że po przyjeździe do Moorland szybko zapomniałam o modnych ciuchach i makijażu, a po powrocie do domu mam taki problem z przystosowaniem się do obowiązującego stylu życia. Halo, mieszkam tu od urodzenia! Nie powinnam się czuć jak agent w obcej skórze! Coś jest zdecydowanie nie tak…

Sara, Natasha i Jennifer wykorzystały chwilę mojej słabości i zaprowadziły mnie na parking. Po drodze rozmawiały wesoło i chichotały głupkowato, jakby w ogóle mnie tu nie było. Jennifer wzięła kolejną gumę i robiła nam selfie. Zaszumiało mi w uszach. Widziałam, jak Jennifer wyjmuje z torebki kluczki do swojego auta. Ścisnęłam kurczowo moją torbę. Musze jakoś odzyskać kontrolę…

- Jedziemy moim autem – powiedziałam zdecydowanie

- Twoim? – dziewczyny obróciły się zaskoczone – Masz auto?

- Tak, tata kupił mi porsche po wakacjach – przełknęłam ślinę i wyjęłam kluczki. Odblokowałam drzwi, a dziewczyny zaczęły piszczeć z zachwytu, gdy zobaczyły, co stoi na parkingu.

- O mamuniu to najnowszy porsche! Widziałam takie w salonie! – piszczała Jennifer wskakując na tyle siedzenie – Jest booooski…a jakie ma miękkie siedzenia…

- O tak, pachnie jeszcze nowością – westchnęła Natasha, rozciągając się na tylnym siedzeniu i kładąc nogi na oparciu pasażera – Ale do czasu, wystarczy, że wpuścisz tu Billa – spojrzała porozumiewawczo na Jennifer i obie wybuchły śmiechem. Skrzywiłam się. Czy ktoś im kiedyś powiedział, że mają koński śmiech? Bez urazy dla koni ma się rozumieć…

- Skarbie, chłopcy oszaleją, kiedy zobaczą to cudeńko – Sara przytuliła mnie od tyłu i cmoknęła w policzek – Dobre posunięcie…

- Nie rozumiem – zmarszczyłam brwi

- Oj Lana…wiem, że ty wiesz, że Tommy lubi takie samochody… – szepnęła mi do ucha, a mnie przeszedł dreszcz – ale zapomnij o nim. Jest zajęty – dodała lekkim tonem. Zanim zdążyłam odpowiedzieć, poklepała mnie po ramieniu i wsiadła na miejsce pasażera. Wszystkie trzy czekała aż ruszymy z parkingu. Wzięłam głęboki oddech, żeby się uspokoić i usiadłam na swoim miejscu. Przekręciłam kluczyk w stacyjce i wyjechałam gwałtownie z parkingu. Dziewczyny piszczały z radości. Nawet nie próbowałam wspominać o pasach, bo i tak by mnie wyśmiały. Założyłam przyciemniane okulary i wbiłam wzrok w jezdnię. Jennifer przechyliłam się przez siedzenie i podłączyła swojego smartphone do odtwarzacza. Chwilę później Justin Bieber leciał na cały regulator. Jęknęłam cicho.

- Więc to ty lubisz Justina Biebera? – starałam się, żeby mój głos brzmiał spokojnie

- Tak, a ty nie? – zaśmiała się i zaczęła śpiewać na cały głos. Jak ona fałszuje…

- Oczywiście, że nie! Przy tym w ogóle nie da się tańczyć! To dobre na randkę! – zawołała Sara, a ja pierwszy raz byłam jej wdzięczna, że powiedziała coś, o czym myślałam – To jest muzyka… – dodała, po czym przełączyła na Nicki Minaj

- A żeby ci się te tipsy połamały… – jęknęłam cicho. Lepsze to niż Bieber, ale mimo wszystko…

- Co mówisz? – zapytała Sara. Na szczęście mnie nie słyszała, bo koleś obok zaczął trąbić.

- Masz śliczny lakier. Musisz mi pokazać salon, w którym zrobili ci paznokcie. – skłamałam lekko

- No i wraca moja Lana! – uściskała mnie Sara – Dalej maleńka, nie mamy całego dnia na stanie w korkach!

- Mówisz masz – mruknęłam i przyspieszyła. Z zadowoleniem patrzyłam jak pęd powietrza zasłonił jej twarz włosami. Wyglądała jak topielica. Dobrze, że na drodze był teraz mniejszy ruch. Oczywiście jak to przystało na pasażerów auta z odkrytym dachem jadących po kalifornijskich drogach, dziewczyny włączyły muzykę na full i zaczęły tańczyć. Niektórzy kierowcy uśmiechali się, inni gwizdali, a jeszcze inni krzyczeli swoje numery telefonu. Przy każdej takiej sytuacji coraz bardziej wbijałam się w fotel i kurczyłam się z sobie. Zaraz spalę się ze wstydu…dobrze, że droga do centrum handlowego nie była tak długa. A może to ja szybko jechałam?

Sara od początku nie próżnowała. Zaciągnęła mnie na rundkę po swoich (przepraszam „naszych”) ulubionych sklepach. Ona, Natasha i Jennifer potraktowały mnie dosłownie jak lalkę Barbie. Umieściły mnie w przymierzalni i wciąż przynosiły nowe ciuchy. Moje oczy robiły się coraz większe, ale i tak nic nie przebiło ekspedientki, która patrzyła się na to wszystko zza lady z mina cierpiętnicy. No tak…będzie musiała to posprzątać, jak wyjdziemy. Najchętniej pewnie by nas stąd wyrzuciła, ale dobrze wie, że Sara jest córką znaczącego biznesmena, Natasha to córka rosyjskiego ambasadora, a ja…no cóż, córka sławnego adwokata. Znała nas wszystkie i wiedziała, że kilka razy w miesiącu robimy taki „nalot bombowy”. Musiała to znieść.

- Zabierz mnie stąd – powiedziałam do niej bezgłośnie, gdy podeszła bliżej poskładać ubrania rzucone na podłogę

- Jesteś tu przetrzymywana siłą? Grożą ci bronią? Szantażują? Ukradły twoją kartę? – zapytała znudzonym głosem

- Nie – mruknęłam, ściągając przez głowę niewygodny, obcisły top

- To obawiam się, że nie mogę nic zrobić, żeby uratować cię od tej katorgi robienia zakupów na wagarach – prychnęła i odeszła

W sumie to nie dziwię się jej. Nie lubiła nas, bo miała przez nas więcej roboty. A ja wcześniej prawdopodobnie zachowywałam się jak moje koleżanki.

- I jak? Wybrałaś coś? – Jennifer wpakowała się do mojej przymierzalni w trzecim z kolei sklepie

- Ubieram się, jeśli jeszcze tego nie zauważyłaś… – burknęłam

- A coś ty taka skryta? Mamy razem szatnię na wf, widziałam cię już w staniku.

- Jennifer…ty nie ćwiczysz, bo boisz się spocić – spojrzałam na nią spode łba

- Ale do szatni wchodzą – powiedziała wesoło po chwili namysłu

- Jak wam idzie dziewczynki? – do szatni zajrzały też Natasha i Sara

- Pięknie ci w tej bluzce… – westchnęła Sara – Podkreśla twoją hiszpańską urodę. Zawsze chciałam mieć taką ciemną karnację jak ty…

- A nie jest zbyt…wulgarna? – zmrużyłam oczy

- No coś ty! Wyglądasz w niej jak prawdziwa tancerka flamenco – cieszyła się Natasha

- Bierzemy – zdecydowała Sara – do tego te shorty i skórzaną spódniczkę…

- Nie – powiedziałam twardo. Dziewczyny zamilkły i spojrzały na mnie zaskoczone. Przełknęłam ślinę. Nie mogłam już tego wytrzymać. – To moja karta i nie będziesz mi mówiła, co mam kupować. – dodałam ciszej

- Natasha odstaw moje rzeczy z przymierzalni na tą kupkę przy kasie – powiedziała Sara, a blondynka natychmiast wykonała jej polecenie – Jennifer? – kiwnęła na brunetkę, która zrozumiała dopiero po chwili, że ma wyjść. Oho… – Lana skarbie…oczywiście, że to twoje karta – podeszła bliżej i zasunęła zasłonkę – ale zawsze ci doradzałam, co masz kupić. Liczyłaś się z moim zdaniem. Coś się zmieniło?

- Nie podobają mi się te rzeczy – powiedziałam odważnie, przyglądając się sobie w lustrze – W szafie mam mnóstwo podobnych. – usta Sary ściągnęły się w dzióbek, a na jej idealnie gładkim czole pojawiła się zmarszczka

- Uwierz mi, że nie…to najnowszy trend na jesień…

- Nie o to mi chodzi! – żachnęłam się – Nie czuję się dobrze w takim stylu…

- Od kiedy… – syknęła, a coś w jej głosie sprawiło, że spojrzałam na odbicie jej twarzy w lustrze – Odkąd wróciłaś z tej dzikiej głuszy, tak? Co oni ci tam zrobili? Pranie mózgu?

- Saro… – przełknęłam ślinę

- Znamy się od podstawówki, Lana. Jesteś moją najlepszą przyjaciółką. Ufamy sobie i mówimy o wszystkim. Mamy podobny styl i gust. Chodzimy razem na imprezy. Zwierzamy się sobie o swoich miłościach i problemach. Wiesz o mnie więcej niż te idiotki…nigdy nie kwestionowałaś moich decyzji…

Ale to nie znaczy, że się ze wszystkim zgadzałam.

- Jesteśmy bogatce, popularne i ubieramy się seksi…jesteśmy boginiami szkoły. Możemy wszystko i mamy w garści wszystkich – syknęła mi do ucha, a ja drgnęła na dźwięk słowa „bogini”. Ja jestem boginią…mam moc bogini Epony. – Jak dwa miesiące mogły cię tak zmienić?! Spójrz na mnie! – zażądała i złapał mnie za podbródek. Jej zimne, zielone oczy patrzyły się wprost w moje. – Zapomnij o tej wyspie. Zapomnij o wszystkim, co tam się działo. Tu jest twoje życie.

- Może… – czułam, że zaczynam się łamać pod naporem jej wzroku

- Więc kupisz te ubrania?

- Nie – mój głos drżał – Te nie, ale widziałam coś innego… – poprawiłam się szybko

- Dobrze…pokaż mi to – Sara próbowała zachować spokój

Wyszłam z przymierzali i wzięłam głęboki oddech. Nogi miałam jak z waty. Nie będę jej marionetką…o nie…szybko znalazłam rzeczy, które Jennifer wcześniej odniosła i wróciłam do koleżanki. Siedziała na pufie z nogą założoną na nogę i piłowała paznokcie. Patrzyła na mnie wyczekująco.

- No dalej, przebierz się – zażądała

Zgrzytając zębami przebrałam się w ubrania. Ku mojej uldze wyglądałam znacznie lepiej. Czerwona luźna koszulka na ramiączka w stylu hippisowskim, włożona dłuższe shorty w kwiatowy wzór oraz kobaltowy dłuższy kardigan i letnie kozaki. Dziewczęco, modnie, ale nie wulgarnie. Skrzyżowałam ręce i posłałam jej wyzywające spojrzenie.

- No nieźle…delikatna, cukierkowa laleczka – Sara przesunęła palcem po brodzie – Ok, kupuję to. Zobaczmy jak długo w tym wytrwasz – prychnęła, wstała i minęła mnie ostentacyjnie w przejściu

Zakupy można uznać za zakończone. Dziewczyny wyszły ze sklepu z wielkimi torbami, ja z jedną, ale i tak byłam zadowolona z zakupu. Od razu przebrałam się w ten komplet i oddałam rzeczy Sarze. Wyglądało na to,  że zdołałam ją udobruchać, ale to tylko pozory. Zbyt dobrze znam Sarę. Nie posłuchałam jej. Bunt na podkładzie. Mogę spodziewać się zemsty w najmniej odpowiednim czasie. Na razie jednak udawała kochaną i słodką przyjaciółkę. Zaprosiła nas do Starbucksa. Zamówiłyśmy cztery kawy i usiadłyśmy przy naszym ulubionym stoliku z końcu sali. Dziewczyny od razu wyjęły telefony i zaczęły pisać statusy na Facebooku, Twitterze i Bóg wie czym jeszcze…

- Lana, a ty gdzie masz telefon? – zapytała nagle Jennifer

- Zostawiłam w domu – wzruszyłam ramionami, a koleżanki zamarły

- No coś ty! – przejęła się Jennifer – Zapomniałaś o phonie?! Ja bym od razu po niego wróciła…wariuję bez mojego phona…

- Ładował się kiedy wychodziłam, więc… – zmieszałam się

- A kogo my tu mamy! Nasze gorące laseczki! – w Starbucksie niespodziewanie zjawił się Tom, Bill i David

- Czeeeść! – zawołały słodko dziewczyny – W samą porę, chodźcie… – Sara przysunęła się do Natashy, robią im miejsce

Bill od razu wepchnął się między nie, wziął Sarę na kolana i zdjął ciemne okulary. Jego blond włosy z przesadzoną ilością żelu były zaczesane do tyłu, a czarna skórzana kurtka w zamyśle miała mu dodać gangsterskiego szyku. Zemdliło mnie na myśl, że przypomina trochę Williama. David usiadł jak na tronie i rozciągnął ręce na oparciu kanapy. Firmowy top z Nike podkreślał jego wyrzeźbiony brzuch i muskularne ręce. Ciemnoskóry chłopak przesunął ręką po swoich krótko ostrzyżonych włosach i wyszczerzył się do nas w uśmiechu. Tom wsunął się na miejsce obok, spojrzał się na mnie i uśmiechnął się nieśmiało, co mnie zdziwiło. Mimo to odwzajemniłam uśmiech. Wyglądał najspokojniej z całej trójki. Ubrany w czerwoną podkoszulkę i szorty wyglądał jakby właśnie wracał z plaży. On też był umięśniony i opalony. Pewnie całe wakacje grał z siatkówkę plażową z Davidem.

- Wow Lana…wyglądasz…inaczej – powiedział z podziwem

- Co to znaczy? Lepiej czy gorzej? – napiłam się kawy

- Lepiej…zdecydowanie – pokiwał głową, nie odrywając ode mnie wzroku. O mało nie zakrztusiłam się kawą. Jennifer, która siedziała obok mnie przewróciła oczami i szturchnęła w bok.

- Hej ludzie robię jutro imprezę na pożegnanie wakacji! Rozumiem, że wszyscy będą – przerwał nam Bill

- Pewnie, że tak! Nie ma innej opcji! – ucieszyła się Jennifer

- Ale pożegnanie wakacji tak smutno brzmi… – Sara zrobiła minkę smutnego psiaka

- Nie bój żaby skarbie – Bill cmoknął ją głośno w szyję, zanim Sara trzepnęła go w rękę – Zakończenie wakacji, ale początek sezonu imprez! Studenci wracają do college.

Świetnie…przetarłam twarz ręką. Zauważyłam zaciekawione spojrzenie Toma. Chrząknęłam i podniosłam się z miejsca. Nie zniosę już tej pustej rozmowy.

- Przepraszam, ale muszę już lecieć. Umówiłam się z mamą.

- Lana, chłopcy dopiero przyszli… – zaprotestowała Natasha

- Przepraszam, ale nie chcę się spóźnić. Zobaczymy się potem.

- A kto nas odwiezie? – Sara utkwiła we mnie wzrok. Przeszedł mnie dreszcz

- Skoro chłopcy już przyszli… – wzruszyłam ramionami, czując, że żołądek wiąże mi się w supeł pod wpływem jej spojrzenia. Znowu jej podpadłam.

- Nie ma sprawy. Z chęcią odwieziemy dziewczyny – mrugnął do mnie David

- Widzimy się w klubie jeździeckim? – zawołała za mną Jennifer

- Jasne! – odkrzyknęłam i już przedzierałam się do wyjścia. Czułam, że wzrok Sary wypala mi dziurę w plecach. Z ulgą wypadłam z baru i popędziłam na parking. Niektórzy ludzie patrzyli się na mnie dziwnie, ale nie zatrzymywałam się. Dopiero gdy wsiadłam do auta, zapięła pasy i odpaliłam silnik, poczułam się lepiej. Przyłożyłam czoło do kierownicy, próbując złapać oddech. To szaleństwo, ta tortury…jak mogłam tak żyć? Założyłam okulary, napiłam się wody (zasłodziłam się tą karmelową kawą) i wyjechałam z parkingu (tym razem nie jak pirat drogowy). Mama…czeka mnie trudna rozmowa.

***

Wjechałam na parking hotelu i zaparkowałam na miejscu dla pracowników obok SUV-a mamy. Ochroniarz dobrze mnie znał, więc tylko skinął głową, gdy go mijałam. Skierowałam się do razu do recepcji.

- Dzień dobry Sharon, mama u siebie?

- Dzień dobry, Lana – kobieta obdarzyła mnie swoim firmowym uśmiechem – Tak, zaraz cię zapowiem. Chodź.

Podążyłam za nią do biura. Lubiłam tu przychodzić, gdy byłam mała. W hotelu zawsze się coś działo i mimo, że mama nie miała dla mnie czasu, potrafiłam sobie znaleźć zajęcie. Czasem pomagałam pokojówkom, innym razem patrzyłam jak kucharz przygotowuje dania…albo siedziałam na recepcji z Sharon i rysowałam konie. Rysowałam konie na wszystkim…teraz już wiem, skąd u mnie takie zamiłowanie do tych zwierząt.

- Pani kierownik, przyszła pani córka – Sharon zajrzała do gabinetu mamy

- Dobrze, niech wejdzie – odpowiedziała cicho mama

Sharon skinęła mi głową i weszłam do cichego, przytulnego gabinetu. Byłam dumna z mamy, że jest kierownikiem 5-gwiazdkowego hotelu, że jest prawdziwą bizneswoman. Mimo, że przez to nie miała dla mnie czasu. Praktycznie wychowywali mnie Martha, George i reszta pracowników domu. Ale mama była kimś…hotel pod jej kierownictwem dostał dwie gwiazdki rok po roku. Patrzyłam jak siedzi przy biurku w idealnie skrojonym żakiecie i perfekcyjnie upiętym koku. Ten obraz mamy tak cholernie nie pasował mi to obrazu Charlie Hoffer z Moorland, że to aż boli…Co się stało, że tak się zmieniła? Widać nie tylko ja przeszłam metamorfozę po przyjeździe z Jorvik. Tylko, że ja chyba zmieniłam się na lepsze…

- Siadaj Lana, muszę tylko dokończyć to pismo i już będziemy rozmawiać. Dosłownie minutka… – mruknęła, nie odrywając pióra od kartki

Skinęłam głową i osunęłam się na krzesło. Powiesiłam torbę na oparciu i zapatrzyłam się w przestrzeń. Mój wzrok wędrował po regałach pełnych książek i segregatorów. Pamiętam jak ścigałam to wszystko i oglądałam, mieszałam…mama była wtedy wściekła i kazała Sharon zabrać mnie do siebie. O tak…byłam wtedy jak „żywe srebro”. Tak kiedyś określiła mnie Martha. A teraz? Zdjełam okulary i wytarłam pojedynczą łzę. Nie rycz Lana, no już…

- Już, gotowe – mama odłożyła kartkę i w końcu na mnie spojrzała – Och…widzę, że wracasz do starych nawyków.

- Starych nawyków? – powtórzyłam powoli, mrużąc oczy

- Dzwoniła dyrektorka twojej szkoły. Uciekłaś już pierwszego dnia? Litości, Lana… – westchnęła znużona – Gdzie byłaś? Na zakupach? No tak…nowe ciuchy… – potarła skroń

- Zawsze taka byłam? – przerwałam jej

- Nie rozumiem – zmarszczyła brwi

- Zawsze byłam taką pustą, zepsutą, rozpieszczoną nastolatką? – spojrzałam jej w oczy. Mama wytrzymała moje spojrzenie. Przysunęła się do biurka i splotła dłonie.

- Nigdy nie byłaś – powiedziała po chwili

- Więc czemu przyjaźnię się z takimi ludźmi jak Sara, Natasha czy Jennifer…

- Bo rozpaczliwie pragniesz miłości ojca… – westchnęła smutno i pokręciła głową

- Teraz to ja nie rozumiem – warknęłam

- Posłuchaj Lana – mama wbiła we mnie spojrzenie – Od dziecka byłaś urodzoną indywidualistką. Miałaś własny świat i swoje kredki. Zawsze wiedziałam, że masz dużą wyobraźnię, fantazję…już w przedszkolu sama dobierałaś sobie towarzystwo i kiedy coś ci się nie podobało rzucałaś klocki i wychodziłaś – machnęła rękę – Tak…miałam charakterek i często miałam przez to problemy – uśmiechnęła się półgębkiem, a ja słuchałam jej jak zaczarowana – Nie wszystkie dzieci cię lubiły, ale ty miałaś to w nosie. Nie chciałaś się na siłę nikomu przypodobać.

- To coś się chyba pozmieniało… – parsknęłam zażenowana

- Nie, daj mi skończyć. Zawsze broniłaś słabszych…naturalnie przyciągałaś ludzi swoją dobrocią, wesołością, poczuciem humoru…i dawałaś im bezpieczeństwo. Twoja przedszkolanka mówiła mi, że bawiłaś się Superwoman i ratowałaś dziewczynki przed chłopcami, którzy sypali je piaskiem w piaskownicy…Niecierpliwa, buntownicza, dociekliwa i uparta dziewczynka…to moja córeczka. Miałaś swoje reguły gry już jako dziecko.

- Więc dlaczego…?

- Sarę poznałaś w podstawówce. Była jedną z dziewczynek, które „ratowałaś z opresji”. Ubóstwiała cię. – powiedziała mama, a mnie zatakało

- Chyba sobie jaja robisz… – odparłam, zanim ugryzłam się w język. Mama uniosła brew, ale nie skomentowała tego. – Przecież teraz…

- Ludzie zmieniają się, kiedy dorastają.

- Ale Sara…

- Sara się zmieniała, a ty chciałaś być lojalna wobec niej, więc starałaś się dostosować.

- Powiedziałaś, ze zawsze byłam indywidualistką.

- Tak, ale nie tym razem…przyjaźniłaś się z Sarą i jej koleżankami, udawałaś, że jesteś jedną z nim, bo twój ojciec tego chciał.

- Słucham?! – krzyknęłam

- Uspokój się…ojcowie tych dziewczyn to przyjaciele twojego ojca i wydaje mi się…w sumie to jestem pewna, że przyjaźniłaś się z dziewczynami, bo chciałaś się przypodobać ojcu. Chciałaś w końcu zasłużyć na jego uwagę.

- To jest…

- Chore, wiem o tym. To moja wina, że dopuściłam do tej sytuacji. O to głównie kłóciłyśmy się przed twoim wyjazdem. Uważałam, że powinnaś w końcu zerwać kontakty z tym towarzystwem. Męczysz się, nie pasujesz do nich. Ty jednak uparcie obstawałaś przy swoim. Nie mogłam na ciebie wpłynąć…nie ukrywam, że nie mamy ze sobą dobrych kontaktów. Ja też nie poświęcałam ci dużo czas… – dodała cicho i wbiła wzrok w podłogę

- To niemożliwe. Nie wierze ci – pokręciłam szybko głową

- Lana…

- Byłam taka fałszywa i obłudna?! Dlaczego miałabym udawać, że podoba mi się to, co robią? Nie wyobrażam sobie siebie jak paraduje w tych durnych plastikowych ubrankach, chodzę na podejrzane imprezy, słucham Justina Biebera, śpię z różowym jednorożcem i…ranię najbliższych – gotowało się we mnie ze złości. To nie prawda. Nie mogłam się tak zachowywać dla taty. Nie pozwoliłabym, żeby on wybierał mi znajomych. Nie…

- Uparłaś się, że dasz radę udawać. Chciałaś za wszelką cenę należeć do tej paczki – mama w zamyśleniu zaczęła się bawić figurką stojącą na jej biurku – ale i tak od nich odstawałaś. Denerwowało cię to, bo czym bardziej się starałaś tym bardziej ci nie wychodziło i czułaś się z tym sztucznie…coraz częściej wybuchałaś złością, buntowałaś się…

- Ale tkwiłam w tym po uszy i nie chciałam się wyplątać, tak? Bałam się postawić Sarze i z tym skończyć. Jestem tchórzem. To chcesz mi powiedzieć? – czułam, że do oczu napływają mi gorące łzy. Próbowałam z nimi walczyć. Bezskutecznie. – Powiedz mi tylko jedno…czemu teraz już nie potrafię udawać? – zapytałam i nawet dla mnie mój głos brzmiał żałośnie. Przez łzy widziałam zmartwioną twarz matki.

- Musisz zrozumieć Lana, że każdy człowiek nosi maski… – powiedziała cicho i wzięła mnie ostrożnie za drżącą dłoń – ale przychodzi taki moment, kiedy nie wytrzymujemy i przychodzi pora, żeby zrzucić maskę. Takie działanie to akt odwagi, niewiele się na niego decyduje, bo niesie za sobą pewnego ryzyko. Kiedy raz zdejmiesz maskę, nie możesz jej z powrotem założyć. – zakończyła poważnie

- Ja nawet nie chcę…czuję, że tu nie pasuję…to nie moje życie. Wyspa Jorvik to moje życie – przyznałam pod wpływem impulsu. Mama odetchnęła ciężko – Co mam zrobić?

- Wydaje mi się…że osiągnęłaś na wyspie Jorvik swój cel – mama ostrożnie dobierała słowa – a także odnalazłaś siebie. Teraz musisz być twarda i dzielna. Proś Morrigan i Eponę o siłę i moc, one zawsze ci pomogą… – zniżyła głos do szeptu. Wytrzeszczyłam oczy, bo nie spodziewałam się takiego wyznania od matki. Nigdy nie mówiła o żadnej religii, wierzeniach czy nawet mitach, a teraz nagle przyznaje się do wiary w celtyckich bogów. Otworzyłam usta, żeby coś powiedzieć, ale w tym momencie drzwi do gabinetu otworzyły się.

- Pani Shylund, przyjechał nasz gość specjalny – poinformowała Sharon

- Już idę – matka puściła moją dłoń, wstała i zapięła żakiet – Przepraszam Lana…miałyśmy porozmawiać o czymś innym. Dokończymy tą rozmowę w domu.

- Zdecydowanie – pokiwałam głową, wciąż będąc w szoku

- Gdzie teraz jedziesz?

- Do klubu jeździeckiego. Muszę pojeździć konno, bo zwariuję.

- Dobrze – zgodziła się mama. Chyba chciała powiedzieć coś jeszcze, ale obecność Sharon jej przeszkadzała, bo pokręciła tylko głową i wyszła z gabinetu. Zabrałam moją torbę i również wyszłam.

***

Klub jeździecki „Arabic champions” znajdował się na peryferiach miasta niedaleko plaży. Często jeździłam tam na konne wycieczki. Lubiłam jeździć po plaży przy zachodzącym słońcu. Sara cieszyła się, bo mogła podziwiać opalonych surferów, a ja zostawiałam ją i po prostu galopowałam. Właściwie to był jedyny moment, gdy nie trzymała mnie przy sobie kurczowo. Wydaje mi się, że bała się tego, że zwracam większą uwagę moją hiszpańską urodą, co oczywiście było nieprawdą. Sara po prostu była zazdrosna. Z niecierpliwością zamknęłam auto i pobiegłam do klubu. Dziewczyn chyba jeszcze nie było. W szatni zorientowałam się, że nie wzięłam kluczyka do szafki, więc przebrałam się w ubrania, które wzięłam rano z domu – czerwony t-shirt i jeansy.

- Lana Shylund, dawno cię u nas nie było – uśmiechnęła się stajenna

- Wczoraj wróciłam z wakacji – wytłumaczyłam

- I od razu przyszłaś pojeździć, co? To chyba twoja prawdziwa pasja… – zachichotała

- To moja życie… – pokiwałam głową – Mogę iść do boksu Winterknighta?

- Gdzie? – zdziwiła się

- Persefony, oczywiście, że Persefony… – zaśmiałam się nerwowo. Jak mogłam zapomnieć imienia mojej klaczy? Cóż, zapominam już tylu rzeczy, że nie powinnam się dziwić.

- Tak, jest w swoim boksie. Niedawno wróciła z wybiegu. – stajenna odłożyła łopatę i wiadro na miejsce – Zaraz ją przygotuję do jazdy…

- Nie trzeba, poradzę sobie – uśmiechnęłam się

- Ok…Masz zamiar jeździć w takim stroju? – zmarszczyła brwi

- Coś z nim nie w porządku? Jest wygodny.

- Jak uważasz… – wzruszyła ramionami – Kto bogatemu zabroni? – mruknęła pod nosem

Puściłam tą uwagę mimo uszu i ruszyłam do boksu mojej klacz. Persefona stała spokojnie i przeżuwała od niechcenia paszę. Była okazałym koniem arabskim o ślicznej, błyszczącej kasztanowej sierści. Dobrze o nią dbali pod moją nieobecność. Właściwie to zawsze dbają. Po to są tu stajenni. Czyszczą nasze konie, karmią je, wyprowadzają na wybieg i przygotowują do jazdy. Właściciel przychodzi „na gotowe”, nie ma dużych szans na nawiązanie więzi z koniem. Nie to co na wyspie Jorvik. Tam koń był prawdziwym przyjacielem człowieka i każdy jeździec poświęcał swojemu koniowi wiele uwagi. Nawet Tori czy Catalina…

Ze smutkiem zauważyłam, że klacz w ogóle nie cieszy się z mojego przyjścia. Z obojętnością przyjęła to, że ją pogłaskałam i oporządziłam. Mój entuzjazm z jazdy słabł z minuty na minutę.  W końcu naburmuszona wyprowadziłam Persefonę z boksu i wsiadłam na nią. Siodło może było dopasowane i miękkie, ale to nie sprawiało, że siedziała mi się wygodnie na jej grzbiecie. Westchnęłam i skierowałam klacz na ujeżdżalnię. W tym momencie zobaczyłam Sarę i Jennifer, które wyjeżdżały na swoich koniach. O nie…nie mam nastroju na spotkanie z nimi. Pewnie chcą się przyłączyć do zastępu jednej z instruktorek na krytej ujeżdżalni. Zawróciłam i wyjechałam na parkur. Obawiam się, że nie potrafię już jeździć w zastępie…nie po tych dzikich przejażdżkach z Winterknightem. Po krótkiej rozgrzewce wybrałam się na tor do skoków. Może nie miałam z Persefoną tak dobrego kontaktu jak z moim achał-tekinem, ale muszę przyznać, że skakała jak zawodowiec. Dlatego właśnie wygrywałam na niej licznej konkursy…Pamiętam dzień, w którym tata mi ją kupił. To były moje 11 urodziny. Zabrał mnie rano do stajni, pokazał boks i powiedział, że od tej pory będę się uczyła jazdy na własnym koniu. Wtedy Persefona wydawała mi się najpiękniejszym i najmądrzejszym koniem na świecie. Teraz miałam wrażenie, że jeżdżę na koniu-robocie, który bez najmniejszego sprzeciwu wykonuje moje polecenia. Cała radość z jazdy prysła…

Pokonałyśmy ostatnią stacjonatę i zatrzymałam Persefonę. Zmęczyłam się…wyżyłam się…czułam się trochę lepiej. Spięłam klacz i zebrałam wodze, gdy niespodziewanie mój koń zarzucił łbem i zaczął się wyrywać.

- Co ty robisz? Hej, spokojnie! – przestraszyłam się – Prr…dobry koń… – może coś ją przestraszyło. Skróciłam wodze, a klacz zaczęła się jeszcze bardziej szarpać

- Shylund, czy ty na głowę upadłaś?! – na parkur wjechała szefowa klubu – Jak ty wyglądasz?

- Przepraszam, nie rozumiem, o co… – mówiłam jednocześnie starając się zapanować nad koniem

- Co ty robisz? – syknęła kobieta. Wystawiła swój bacik przed nos Persefony, a ta natychmiast się uspokoiła – Gdzie twój żakiet, bryczesy, sztyblety, toczek…cała reszta? Zapomniałaś, jak wyglądają klubowiczki?

- Zapomniałam kluczyka do szafki – przyznałam niechętnie. I bardzo dobrze! Nie miałam ochoty przebierać się w ten śmieszny jedwabny strój i zbędne gadżety. Naprawdę nie potrzebuję bacika, żeby zapanować nad koniem! A może jednak…?

- Masz szczęście, że to dopiero pierwszy dzień po wakacjach… – mruknęła kobieta – Mogę przymknąć na to oko, ale następnym razem za brak subordynacji nasz regulamin przewiduje karę. To prestiżowy klub. Nasz wizerunek nie może ucierpieć. Tutaj jeżdżą największe gwiazdy.

- Tak wiem, proszę pani. Przepraszam.

- I popuść te wodze! To tresowany koń, nie musisz go trzymać za pysk jak dzikiego mustanga. Nie dziwne, że twoja klacz się wyrywa. Więcej gracji i finezji… – dodała

Przewróciłam oczami i zastosowałam się do poleceń. Dyrektora zadowolona zabrała bacik i zebrała wodze.

- Obserwuję cię Shylund – powiedziała na odchodnym, a we mnie zagotowało się ze złości

Tak się nie da jeździć! Pod ciągłą kontrolą! Niczym w Amazon Girls! Choć mimo wszystko wolę tamten klub nawet pod rządami Cataliny. One chociaż potrafiły porządnie jeździć…Zawróciłam Persefonę i pogalopowałam w stronę lasu. Klacz najwidoczniej już dawno nie biegła tak szybko, bo wkrótce zaczęła dyszeć i sapać. Jechałam dalej i nie zwalniałam. Byłam wściekła. Persefona zaczęła się szarpać, ale trzymałam ją mocno. I nagle stało się coś, czego się nie spodziewałam. Klacz stanęła dęba i zaczęła wierzgać, jakby była bykiem na rodeo. Pisnęłam zaskoczona. Wodze wyleciały mi z rąk, a ja…spadłam wprost w krzaki. Przez chwilę po prostu leżałam i patrzyłam się w koronę drzew nade mną. Spadłam z konia…pierwszy raz koń mnie zrzucił…podniosłam się do pozycji siedzącej i odszukałam wzrokiem klaczy. Stała przy drzewie i skubała trawę. Wybuchłam płaczem, czym zaskoczyłam samą siebie. W tym momencie czułam się bezradna, beznadziejna i bezużyteczna. Nie mogę się tu odnaleźć, nic mi nie wychodzi…objęłam się ramionami i ryczałam dalej. Co ze mnie za bogini Epona skoro nie potrafię dogadać się z koniem? A może tylko z Winterknightem miałam taką niepowtarzalną więź? Co ja bym dała, żeby znowu przytulić się do jego miękkiej, czarnej sierści…

Chwilę trwało zanim się uspokoiłam. W końcu musiałam się podnieść i wrócić do klubu. Wytarłam twarz podkoszulką i dopiero teraz zauważyłam, że mam podrapane do krwi ramiona. Nawet tego nie poczułam…w sumie rany tak bardzo mnie nie bolały jak serce. Tęsknię za moimi przyjaciółmi, za Winterknightem, za Willem, za Jorvik…tęsknota dokucza bardziej niż ból fizyczny…

***

Szybko wróciłam do klubu i odstawiłam Persefonę do boksu. Na szczęście nie spotkałam nikogo znajomego, bo pewnie nie uniknęłabym opowieści o mojej przygodzie. Moja reputacja wspaniałej Lany medalistki i zaklinaczki koni ległaby w gruzach. Jak mogłam pozwolić, żeby mnie zrzuciła? Byłam zła…ale teraz już głównie na siebie. Zapomniałam, że Persefona jest o wiele delikatniejsza niż Winterknighta i nie znosi szarpania. Zasłużyłam sobie na to. Jednak gdy ją czesałam, zauważyłam, że klacz posyła mi przepraszające spojrzenie i puka mnie nieśmiało chrapami.

- Przepraszam, to wszystko moja wina… – westchnęłam, drapiąc ją za uchem – Zostawiłam cię na całej wakacje. Za bardzo przyzwyczaiłam się do Winterknighta…ale to nie znaczy, że już cie nie lubię, wiesz? – głos mi zadrżał. Wiedziałam, że ona mnie słucha i rozumie. – Po prostu…daj mi czas, ok? Wszystko się zmieni, obiecuję. Damy radę, tak? Mam tylko ciebie…tylko tobie mogę się wygadać. Daj mi jeszcze jedną szansę, proszę… – przytuliłam się ostrożnie do jej boku. Klacz parsknęła, a po chwili poczułam, jak kładzie mi łeb na plecach. Poczułam jak kamień spada mi z serca. Przynajmniej udało mi się z nią porozumieć. – Wrócę jutro i zaczniemy wszystko od nowa. Na spokojnie… – pogłaskałam ją i podałam marchewkę. Zadowolona klacz zjadła smakołyk, liżąc mnie po palcach. Uśmiechnęłam się mimowolnie. Może jest jeszcze jakaś szansa? Wzięłam swoją torbę i nie przebierając się, wróciłam na parking. Zapadłam zmierzch. Byłam obolała, zmęczona i marzyłam o kąpieli i łóżku…za dużo emocji jak na jeden dzień…

Cieszyłam się, kiedy dojeżdżałam do domu. Naprawdę liczyłam na odpoczynek…dlatego, gdy już z daleka usłyszałam głośną muzykę i zobaczyłam migoczące światła dyskotekowe w moim pokoju zrobiło mi się słabo. Pilotem otworzyłam bramę i pełna niepokoju wjechałam na teren posesji. Zatrzymałam auto i wyskoczyłam z niego, plącząc się w pas. O nie…tego się obawiałam. W zapadających ciemnościach rozpoznałam samochody Sary, Billa i Davida. Nogi się pode mną ugięły i musiałam się podeprzeć na aucie. A więc to jest zemsta Sary…Wpadłam do domu jak burza.

- Martha, ¿qué está pasando?! /Co się dzieje?/ – krzyknęłam

- Twoi znajomi…mówili, że zaprosiłaś ich na imprezę i zaraz przyjedziesz…chcieli, żeby ich wpuścić – przestraszyła się gosposia – Zawsze mówiłaś, że mogą do ciebie wchodzić, więc…

- Voy a mostrarles una fiesta! /Ja im pokażę imprezę!/ – kipiałam ze złości

Zanim Martha zdążyła coś powiedzieć pobiegłam do swojego pokoju, klnąc po drodze po hiszpańsku. Musiałam wyglądać jak bogini wojny, bo kiedy otworzyłam z rozmachem drzwi, wszyscy wytrzeszczyli na mnie oczy. Wyłączyłam muzykę i spojrzałam na nich wzrokiem mordercy.

- ¿Qué está pasando?! – krzykęłam

Bill zakrztusił się piwem, David puścił Natashę, która upadła na łóżko, Jennifer wyleciał telefon i nie zdążyła zrobić selfie, a Toma zupełnie zamurowało. Kilkoro innych znajomych, których ściągnęli zamarło w konsternacji. Tylko Sara wyglądała na opanowaną. Uśmiechnęła się szyderczo i odezwała się słodkim głosem.

- Jak to co skarbie? Robimy imprezkę…jesteś w samą porę. Co z tymi darmowymi drinkami, które obiecałaś.

Zamroczyło mnie za złości. Zamrugałam i cofnęłam się krok do tyłu. Mój pokój wyglądał jak jedno wielkie pobojowisko…wszędzie wlały się czipsy, popcorn, paluszki, czuć było smród papierosów i alkoholu. Tylko spokojnie Lana. Oddychaj. Goście zaczęli szeptać między sobą.

- Ej co nagle zrobiło się tak cicho? To może ja zmienię na coś szybszego… – Bill ruszył do wieży, ale David zatrzymał go za ramię i popchnął do tyłu – O Lana! Piwko czy coś mocniejszego? – zapytał jak gdyby nigdy nic

Zacisnęłam ręce w pięści. No nie…zabiję ich…

 

O tym jak kończy się piękny sen i zaczyna się zwykłe życie, czyli powrót do Los Angeles…

15 sty

Prom powoli zbliżał się do portu w Los Angeles, a ja z minuty na minutę stawałam się kłębkiem nerwów. To niesamowite, że dwa miesiące temu płynęłam tym samym promem w drugą stronę spokojna, zrelaksowana… no i może podekscytowana perspektywą wakacji na tajemniczej wyspie z dzieciństwa mojej mamy. W najśmielszych snach nie przypuszczałam, że te dwa miesiące przeminą tak szybko…i tak bardzo zmienią moje życie. Czuję się zupełnie inną osobą, inną Laną. Za dużo wiem, za dużo widziałam, zbyt wiele osób poznałam…Chłodna morska bryza rozwiała mi włosy, a mnie przeszedł dreszcz. Zapięłam bluzę i skrzyżowałam ramiona na piersi. Oparłam się o barierkę, bo poczułam, że trzęsą mi się łydki. Na horyzoncie pojawiły się kontury wielkiego portu. Gardło ścisnęło mi się z żalu, a w oczach zapiekły mnie łzy, więc spuściłam wzrok na spokojną, lazurową toń wody. Co się ze mną dzieje? Przecież wracam do domu…do mojego prawdziwego życia. Więc dlaczego mam wrażenie, że moje życie skończyło się wraz z wyjazdem z wyspy Jorvik? Uspokój się, uspokój! Myśl racjonalnie…musisz sobie z tym poradzić. Przetarłam twarz rękami i wzięłam głęboki oddech. Palce prawej ręki mimowolnie ześlizgnęły się na ametystową opaskę, symbol mojej drużyny, mojego temu Lany. Rose, Jasper, William, Alex, Anastasia, Jackob…co by powiedzieli, gdyby mnie teraz zobaczyli? Dziewczyna, która pokonała „diabła wyspy” płacze, bo musi wracać do domu? Kobito ty się w łeb walnij! Jestem Lana, Lana Shylund wyspa Jorvik mnie zmieniła, ale nie osłabiła. Dzięki tej przygodzie stałam się silniejsza i bardziej pewna siebie. Odkryłam prawdziwą siebie i odkryłam tajemnicę matki. Nie zakończyłam jednak całej tej sprawy. Czeka mnie jeszcze rozmowa z mamą: o jej ucieczce, o śledztwie przeciwko Sandsowi, o druidach, o Lorette, o starym Earlu, o Lorelaj, o Elizabeth, o Lucasie…teraz wiem więcej i nie dam się tak łatwo zbyć. Muszę jednak być silna, bo mama jest twardą zawodniczką. Z jednej strony podziwiam ją, że tyle lat udawało jej się ukrywać prawdę, ale z drugiej strony okłamałam mnie o wszystkim. To niewybaczalne. Ukryła przede mną ważne informacje o naszej rodzinie. Chcę wyjaśnić z nią parę spraw i przekonać do przyjazdu na wyspę Jorvik. To może być najcięższa część, ale obiecałam to staremu Earlowi. I dotrzymam słowa.

Kapitan promu nie spieszył się z przybiciem do brzegu. Jakby specjalnie dla mnie powoli kołował i z opóźnieniem wrzucił kotwicę. Ostatni raz rzuciłam okiem na jedyny statek, który może przewieźć ludzi do tej magicznej krainy. Wrócę do Jorvik. Najszybciej jak będę mogła. Westchnęłam ciężko i wzięłam moją podróżną torbę. Człapiąc za resztą pasażerów zeszłam po trapie na brzeg. Nogi trochę mi się chwiały od zejścia na twardy grunt, ale w tym momencie zjawił się przy mnie niezawodny George. To jeden z najbardziej zaufanych ludzi taty. Jest naszym szoferem odkąd pamiętam. Może być już dobrze po 50, a jego czarne włosy są już przyprószone siwizną.

- Witam panienkę na stałym lądzie. Pomogę panience z tą torbą – powiedział z uśmiechem i zanim zdążyłam coś powiedzieć, zabrał mój bagaż

- Cześć George – uśmiechnęłam się lekko – Dziękuję, odzwyczaiłam się już noszenie za mną pakunków.

- Właśnie widzę… – spojrzał na mnie badawczym wzrokiem – Nabrała panienka masy.

- Słucham? – wytrzeszczyłam oczy, nie wiedząc, czy żartuje

- Mięśnie…chodziło mi o mięśnie – poprawił się szybko ze śmiechem – Teraz to panienka mogłaby bez problemu przyłożyć jakiemuś lalusiowi na dyskotece. Już nie będzie panience potrzebna eskorta Swena.

- Haha masz rację – zaśmiałam się na głos – Radziłam już sobie z gorszymi typkami niż napalony, pijany nastolatek… – dodałam ciszej, a przed oczami stanęły mi wszystkie potyczki z jeźdźcem w czarnej pelerynie, Sandsem i Erickiem…To była szkoła życia! Swen może sobie wsadzić w nos swój złoty pas mistrza boksu wagi ciężkiej. Szybko pokręciłam głową, żeby pozbyć się wspomnień. Nie trać kontaktu z rzeczywistością!

- Wszystko w porządku? – George od razu zauważył moje roztargnienie. Zna mnie od dziecka, więc widział mnie w różnych nastrojach, a ja często traktowałam go jak dziadka, którego nigdy nie poznałam. Nie uda mi się przed nim ukryć prawdy, ale muszę się postarać.

- Tak, przepraszam. Zamyśliłam się – podrapałam się po karku i uśmiechnęłam się niepewnie

- Pewnie panienka jest zmęczona po podróży, a ja tak panienkę męczę pytaniami – zreflektował się, zanim zapadła niezręczna cisza – Chodźmy do auta.

Z ulgą ruszyłam za szoferem na parking na tyłach portu. Szczerze powiedziawszy od jazdy samochodem też się odzwyczaiłam. Przez dwa miesiące moim jedynym środkiem transportu był koński grzbiet, więc teraz czułam się dziwnie siedząc na skórzanych, beżowych siedzeniach w klimatyzowanym dużym białym mercedesie. Ostrożnie zapięłam się pasami i zapadłam się w miękkie siedzenie, czekając aż George odłoży torbę do bagażnika.

- O matko ma panienka taką minę jakbym wsadził panienkę do pojazdu kosmitów – parsknął śmiechem szofer

- Trochę tak się czuję… – chrząknęłam zmieszana

George spojrzał na mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy, ale po chwili wzruszył ramionami i założył przyciemniane okulary. Przekręcił kluczyk w stacyjce i ruszyliśmy, a ja przypomniałam sobie jak rażące potrafi być kalifornijskie słońce. Skrzywiłam się i zmrużyłam oczy. Na wyspie Jorik też świeciło słońca, a i owszem! Czasem było tak gorąco, że nie można było znaleźć skrawka cienia, ale nigdy mnie to nie drażniło, a teraz…miałam ochotę wsiąść z auta.

- Druga para okularów jest w skrytce – przypomniał życzliwie George

- Och…no tak…dziękuję – mruknęłam i szybko założyłam okulary. Od razu lepiej.

Zauważyłam, że szofer podkręca klimatyzację. Spojrzałam na niego katem oka.

- Przepraszam, po prostu panienka bardzo intensywnie pachnie…końmi… – zaczął się usprawiedliwiać

- No tak zapomniałam…pewnie wszystkie moje ubrania tak pachną, bo całe dnie jeździłam z Winterknightem po Jorvik – powiedziałam, przypominając sobie to cudowne uczucie wiatru we włosach i szumu w uszach…końskie rżenie. Czułam się wtedy, jakbym mogła podbić świat. Pod wpływem impulsu otworzyłam okno i wystawiłam rękę, żeby poczuć na skórze pęd powietrza.

- Nie ma potrzeby otwierać okna, aż tak bardzo nie przeszkadza mi ten zapach – zmieszał się George

- Nie, ja po prostu chciałam poczuć wiatr…brakuje mi go. Ja i Winterknight codziennie galopowaliśmy po polach i lasach niezależnie od pogody – odparłam w zamyśleniu

- Rozumiem, że wakacje w siodle udały się? – uśmiechnął się kącikiem ust

- I to jak… – pokiwałam głową. George też pokiwał głową i włączył radio. Akurat leciał przebój Katy Perry „Roar”. Skrzywiłam się lekko i przyciszyłam radio.

- Co się stało? Już panienka nie lubi już Katy Perry? – zdziwił się George

- Lubię ale…było trochę za głośno – chrząknęłam i poprawiłam się w fotelu. Nogi zaczęły mi się przylepiać do tych skórzanych siedzeń.

- To może powie mi panienka coś o tym Winterknighcie. To koń ze stajni twojego wujka, tak?

- Tak, ale to trochę bardziej skomplikowana historia! – ożywiłam się – Winterknight był u wujka tylko na przechowanie. Tak naprawdę jego właściciel był William Greenlight – arogancki, zadufany w sobie, agresywny typek…tak jak jego koń. Przynajmniej tak mi się wydawało na początku – zaśmiałam się – Wiesz George, że wszyscy bali się podjeść do Winterknighta, a ja to zrobiłam od razu, jak go zobaczyłam. Mało tego od razu na niego wsiadłam! Myślałam, że Rose i Jackob dostaną zawału jak to zobaczyli…

- No zaczyna się robić ciekawie… – parsknął szofer – Zawsze wiedziałem, że jest panienka w gorącej wodzie kapana…

- George, znasz mnie od dziecka – nie wytrzymałam – Dlaczego mówisz do mnie per „panienka”?

Szofer aż się zakrztusił. Odwrócił się do mnie i zdjął okulary. W jego oczach był szok.

- Ponieważ sama panienka mi kazała. Nie chciała panienka wyróżniać się  wśród koleżanek. Podobno ich szoferzy nie zwracali się do nich po imieniu…

Zatkało mnie…byłam aż tak pusta i zepsuta? Nawet nie sądziłam, że jeszcze dwa miesiące temu zachowywałam się jak typowa kalifornijska laleczka. Sama myśl o tym mnie przerażała. Jak ja traktowałam ludzi wokół siebie? Jak mogłam w taki sposób potraktować Georga, który był dla mnie prawie jak rodzina. Przełknęłam ślinę i nieśmiało spojrzałam mu w oczy.

- Przepraszam za tamto…możemy o tym zapomnieć? Jestem Lana…nie jakaś tam panienka – wzdrygnęłam się

- Dobrze… – kiwnął powoli głową, nadal zdziwiony – Jak sobie życzysz, Lana.

Reszta podróży do domu upłynęła mi na opowiadaniu moich przygód na wyspie Jorvik. Oczywiście nie zdążyłam mu powiedzieć wszystkiego, na to potrzebowałabym co najmniej tygodnia, ale szofer był i tak pod wrażeniem tego, co usłyszał. Nawet nie zauważyłam, gdy podjechaliśmy pod willę taty w dzielnicy Chatsworth. Dopiero gdy usłyszałam szczekanie dwóch dobermanów ojca: Kła i Demona, uświadomiłam sobie, gdzie jestem. Słońce już powoli zachodziło, oświetlając ogromną, białą willę czerwono- złotymi promieniami. Czujniki światła już zaczęły działać i droga do ogrodu zaczęła migotać za sprawą kolorowych lampionów. W oddali słychać było szum wody od zjeżdżali wodnej i mini wodospadu.

- Zapomniałam, że tu jest tak…luksusowo – zamrugałam oczami

- Witamy w domu Lana – uśmiechnął się George – Właśnie kończy się ostatni dzień wakacji – kiwnął głową na zachodzące słońce

- Tak…niestety – przełknęłam głośno ślinę

- Masz zamiar stąd w ogóle wyjść? – zażartował szofer, widząc jak przykuło mnie do siedzenia

- A mam jakiś wybór? – spojrzałam się na niego, szukając ratunku

- Chyba nie… – westchnął

- Tak myślałam…dzięki za pocieszenie George.

- Do usług – zaśmiał się i wysiadł, żeby wyjąć moją torbę

Wzięłam głęboki oddech i poszłam za jego przykładem. Ledwo zeskoczyłam na ziemie, przybiegły do mnie psy. Zaciekawione przestały szczekać i wąchały mnie dokładnie. No tak, niby wyglądałam jak stara Lana, ale pachniałam jak zupełnie ktoś inny. W środku też czułam się jak ktoś inny…

- Moja mała, kochana Lana! – drzwi otworzyły się i zobaczyłam jak po schodach biegnie do mnie Martha, nasza gosposia. Niska, nieco przy kości charyzmatyczna osóbka. Jej okrągła, czerwona twarz dosłownie promieniała radością na mój widok. Poczułam jak robi się ciepło na sercu. Martha zawsze otwarcie wyrażała swoje uczucia i nie zważała na żadne konwenanse. Przytulała mnie mocno, gdy tego potrzebowałam, ale gdy sobie na to zasłużyłam, potrafiła mnie zbesztać i postawić do pionu. Raz nawet nawrzeszczała na tatę i klnąc na czym świat stoi oświadczyła, że nie ma zamiaru gotować z tak marnej jakości produktów kolacji dla „bandy adwokatów”. Kochana kobieta…zawsze podziwiałam ją za mocny charakter i pewność siebie. Tata chyba też ją za to cenił, bo normalnie wyrzucał każdego pracownika, który mu się sprzeciwił. Martha była ciepła, szczera  i dobroduszna…przypominała mi trochę kochaną panią Kindergarden. Do oczu napłynęły mnie łzy. Z ulgą wpadłam w ramiona gosposi i ukryłam twarz w jej fartuchu, który pachniał cebulą, papryką i bazylią…

- Martho, tak się cieszę, że cię widzę – uśmiechnęłam się przez łzy, kiedy w końcu mnie puściła

- Kruszynko, ty płaczesz? Aż tak się stęskniłaś? – wzruszyła się Martha – Jak ty schudłaś! Widziałeś to George?! Skóra i kości!

- Nie kości tylko mięśnie Martho – poprawił się szofer

- Głodzili cię tam kochanie? – Martha udała, że go nie słyszy

- Nie, jedzenie było tam naprawdę pyszne. Nawet nauczyłam się robić jajecznicę…i naleśniki… – pochwaliłam się

- Coś podobnego! Nasza księżniczka zechciała nauczyć się gotować – gosposia wzięła się pod boki – A dało się to w ogóle zjeść?

- Oczywiście, że tak! – udałam obrażoną

- Coś podobnego… – powtórzyła Martha – Nie myślałam, że doczekam tego dnia, aż panienka Lana zacznie gotować…sprzątać też cię tam nauczyli? – szturchnęła mnie w bok z psotnym uśmiechem, a ja zrobiłam się czerwona. Było ze mną aż tak źle? Czemu wcześniej tego nie widziałam?

- Nie męcz jej Martho, dziewczyna jest pewnie głodna i marzy o spaniu – George uratował sytuację

- Och tak, zapomniałam o kaczce w piekarniku! – klasnęła w dłonie gosposia – Szybko idź po ojca i przyjdźcie na kolacje…ugotowałam twoje ulubione danie – mrugnęła do mnie – Tylko przebierz się…śmierdzisz końskim łajnem – stwierdziła i pobiegła z powrotem do domu

- Aż tak źle? Mogłeś powiedzieć – spojrzałam z wyrzutem na Georga i dyskretnie powąchałam koszulkę.

- Chciałem być taktowny – wzruszył ramionami szofer – Nie to co nasza kobieta-demolka…

- Mama też będzie na kolacji? – zapytałam z nadzieją

- Niestety…musiała dziś dłużej zostać w hotelu. Ma jaką galę czy coś w tm rodzaju…

- Rozumiem… – burknęłam

- Ale przynajmniej pan Shylund jest w domu. – uśmiechnął się szofer – Leć do niego, czeka na ciebie. Jest w swoim gabinecie.

Skinęłam głową i posłusznie pobiegłam do ojca. Wspięłam się na drugie piętro po kręconych schodach z białego marmuru, a moje tenisówki skrzypiały nieprzyjemnie na wypastowanej, lśniącej podłodze. Gabinet taty znajdował się na końcu korytarza w zachodnim skrzydle. Gdy zbliżyłam się do drzwi i zapukałam, poczułam się znowu jak mała dziewczynka, która jednoczenie pragnie i boi się spotkania z ojcem. Pragnie się do niego przytulić, pochwalić się obrazkiem z przedszkola, ale jednocześnie drży z niepokoju, że kolejny raz zostanie odprawiona z kwitkiem, a ojciec nawet nie zaszczyci jej spojrzeniem. Słysząc niski, spokojny baryton ojca zapraszający do wejścia, serce zabiło mi mocniej. Przełknęłam ślinę i pociągnęłam za ręcznie rzeźbioną klamkę ze złota w kształcie głowy tygrysa.

- Tato? – szepnęłam ściśniętym z emocji głosem

- Lana – ojciec obrócił się na swoim wielkim, czarnym skórzanym fotelu od okna i spojrzał na mnie. Ku mojej uldze uśmiechał się – Mi niña de nuevo. /Moja mała dziewczynka wróciła/

- Papá… – westchnęłam i pobiegłam go przytulić

Ojciec zaśmiał się i uścisnął mnie mocno. Pewnie niedawno wrócił z kancelarii, bo wciąż był ubrany w garnitur i białą koszulę. Pachniał też wodą kolońską i cygarami. Był już po 40, ale wciąż o siebie dbał. Chodził na siłownię ze swoimi kumplami z pracy, a jego ramiona i klatka piersiowa były umięśnione jak u atlety. Pewnie dlatego budził respekt, gdy pojawiał się w sądzie. Tutaj wszyscy mi powtarzają, że z wyglądu jestem podobna do ojca (odwrotnie niż na wyspie Jorvik). Do tej pory też tak uważałam, bo odziedziczyłam po nim typowo hiszpański wyglad – ciemne włosy, oliwkową cerę, ciemne, prawie czarne oczy. Zawsze cieszyłam się, gdy tacie udało się odebrać mnie ze szkoły. Wszystkie nauczycielki się w nim podkochiwały. Wystarczyło, że wszedł do szkoły w tej swojej białej koszuli podwiniętej do łokci, przeczesał ręką czarne, wystylizowane włosy i błysnął w uśmiechu białymi zębami. Rozumiem, czemu kiedyś spodobał się mamie. Teraz, gdy patrzyłam na jego twarz, miałam wrażenie, że postarzał się przez te dwa miesiące. Jego czarne, magnetyczne oczy nie błyszczały już tak jak kiedyś, zamiast tego były podkrążone i zmęczone. Na czole pojawiło się więcej zmarszczek. Ma jakieś kłopoty?

- Querida hija…te ves muy bien…pero los caballos olor /Kochana córeczka…świetnie wyglądasz…ale pachniesz końmi./ – powiedział wesoło, a ja zapomniałam moich podejrzeniach.

- Wiem, wiem przebiorę się na kolacje – przewróciłam oczami

- Podobało ci się na wyspie Jorvik? – zapytał wesoło

- Bardzo…to były moje najlepsze wakacje – odpowiedziałam szczerze.

- To dobrze…może w końcu przestaniesz nas tak zamęczać, żebyśmy tam pojechali – powiedział i nagle czar prysł. Poczułam jak w gardle rośnie mi gula. Czy to znaczy, że już nie pozwoli mi tam jechać? – Wszystko w porządku? – spojrzał na mnie, gdy zamilkłam

- Tak, tak… – skłamałam szybko i spróbowałam przywołać na twarz uśmiech – Martha powiedziała, że kolacja już gotowa.

- O tak, czuję – wziął głęboki oddech – Idź się przebrać i widzimy się na kolacji. Muszę jeszcze coś dokończyć  – mruknął, a ja w końcu zobaczyłam leżący na biurku stos papierów. Zdążyłam zauważyć tylko jakieś duże sumy pieniędzy, zanim ojciec zebrał kartki do kupki.

- Jasne, ale pospiesz się, bo wszystko ci zjem. Jestem głodna jak wilk – uśmiechnęłam się

Wyszłam z gabinetu lekko skołowana. Czy to możliwe, żeby zakazał mi kolejnych wyjazdów na wyspę? Jeśli tak, to ucieknę! Przyrzekam, że to zrobię! Co ja mówię…co się ze mną dzieje? Muszę się uspokoić…Ruszyłam powoli do mojego pokoju we wschodnim skrzydle. Weszłam do środka i przez chwilę stałam jak zaklęta. Przywitały mnie pudroworóżwe ściany, wielkie wodne łóżko z baldachimem, ściana wytapetowana plakatami Katy Perry, Taylor Swift i Justina Biebera oraz słodkie białe mebelki jak z domku dla lalki. Jak babcie kocham…ja tu mieszkałam?! Zdjęłam tenisówki i po stopniach wdrapałam się na łóżko. Jak mięciutko…pościel pachniała różami, a u wezgłowia siedział pluszowy, kolorowy jednorożec (pamiątka z jednej z imprez). Po namyśle pobiegłam do torby, wyciągnęłam z niej mojego miśka Teodora i położyłam go na poduszce. No dobrze…może to jednak mój pokój. Mam wrażenie, jakbym byłam pacjentką z amnezją i właśnie wracała mi pamięć. Usiadłam ostrożnie na łóżku i podskoczyłam. Odbiłam się jak piłeczka kilka razy. Nic nie skrzypiało, deski nie wbijały się w plecy, a pościel zrobiona z satyny była mięciutka i pachnąca. Hmm można polubić spanie w takim pokoju. Uśmiechnęłam się, patrząc się na podwieszaną przy suficie huśtawkę-pufę. Lubiłam się na niej huśtać i godzinami gadać przez telefon z koleżankami. Właśnie, przez telefon…dopiero teraz sobie o tym przypomniałam. Wróciłam do torby i zaczęłam w niej grzebać, dopóki nie wyciągnęłam mojego smartphone z samego dna. Zupełnie się rozładował, ale w sumie nie bardzo mnie to obchodziło, bo na wyspie Jorvik i tak nie mogłam używać telefonu. Po pierwsze nie było tam zasięgu, a po drugie nikt tam nie potrzebował telefonu. Gdy ludzie chcieli się spotkać, po prostu do siebie przyjeżdżali albo szukali się na dworze. W gruncie rzeczy to było bardziej, naturalne, proste…a telefon…Drżącą ręką podłączyłam smartphone do ładowarki. Tak jak przypuszczałam od razu pojawił mi się komunikat o ilości nieodebranych połączeń i wiadomości w skrzynce smsowej. Sara, Jennifer, Natasha, Jade, Elena, Tom, Bill, David…uuuła zapchali mi całą skrzynkę. Domyślam się, że będą na mnie bardzo obrażeni. I tak nie uwierzą mi, że gdzieś może nie być zasięgu. Dla nich coś takiego jest nierealne, po prostu sytuacja z filmu science fiction. Otworzyłam pierwsze smsy. Prychnęłam i ze złością rzuciłam telefon o ziemię. Jakie to wszystko puste! Sara zasypywała mnie wiadomościami o promocji w centrum handlowym i pytała jaką sukienkę ma sobie kupić na imprezę, a Bill…ten to pojechał po bandzie. Nie wiem co brał, ale musiał być na haju skoro wypisywał do mnie o swoich fantazjach erotycznych o 2 w nocy…co za banda idiotów! Czemu ja się z nimi przyjaźnię? Nie widziałam wcześniej kim są? A może mi to nie przeszkadzało…Usiadłam po turecku i oparłam się plecami o ścianę. Zamknęłam oczy. Ha! Jutro jest pierwszy dzień szkoły i będę się musiała z nimi zobaczyć. To chyba jeszcze gorsza wiadomość. Chwilę tak siedziałam zanim wstałam z podłogi i zażenowana podeszłam do szafy.

- O cholera… – mruknęłam, widząc zawartość szafy. Krótkie spódniczki, wydekoltowane bluzki, shorty – To jakiś sen…koszmar – zamknęłam oczy i pomasowałam skronie – Spokojnie, po prostu potrzebuję dnia, żeby się przyzwyczaić. Jeden dzień…tak, jutro wszystko będzie dobrze. Jutro już wszystko będzie po staremu… – próbowałam sobie tłumaczyć

Tłumiąc w sobie wstręt do własnej garderoby wyjęłam jeansowe shorty i zwykłą bluzkę z krótkim rękawem z nadrukiem w hawajskie kwiaty. To wydawało mi się w miarę normalne. Wykapałam się i tak ubrana ruszyłam na kolację. Martha przeszła samą siebie. Kaczka nadziewana jabłkami, naleśniki z nutellą, zupa krem z pomidorów, roladki z cukinii, czekoladowe ciasto z wiśniami…już dawno się tak nie najadłam. Ojciec przyszedł w połowie kolacji. Był zamyślony i sprawiał wrażenie nieobecnego. Dopiero gdy Martha zapytała się, czy nałożyć mu kaczki, ocknął się z zadumy. Opowiadałam reszcie domowników o moich przygodach i nowych znajomych, ale kątem oka wciąż patrzyłam na tatę. Tak bardzo chciałam, żeby włączył się w moją opowieść, zadawał pytania…po prostu aktywnie słuchał! Cóż, prawdopodobnie tak jest zawsze…Martha chyba zauważyła moje ukradkowe spojrzenia w stronę ojca, bo szturchnęła go łokciem i spojrzała na niego znacząco.

- No tak, bardzo miła to twoja Catalina… – odchrząknął w końcu

- Rose tato…Catalina była akurat tą niemiłą… – przewróciłam oczami

- Tak? Przepraszam, wiesz, że nie mam pamięci do imion – puścił do mnie oko znad kieliszka wina – To co, jutro powrót do szkoły?

- Niestety… – westchnęłam

- Tak myślałem, że nie będziesz zadowolona, dlatego mam dla ciebie prezent, żeby trochę osłodzić ci ten dzień – powiedział, wycierając usta serwetką

- Tak? – zmarszczyłam brwi – Nie muszę iść do szkoły?

- Nie…ale mam coś, żeby droga minęła ci przyjemniej – odparł z zagadkowym uśmiechem – Przed wakacjami zdałaś na prawo jazdy, prawda? – pochylił się do mnie przez stół – Więc chyba czas na twój pierwszy samochód.

- Naprawdę?! – pisnęłam

- O tak…porsche boxer spyder w twoim ulubionym czerwonym kolorze – wyszczerzył się

- Żartujesz tato…przecież to nowiutkie auto…chciałam takie… – wytrzeszczyłam oczy. Zabrakło mi słów – Przecież jak chłopaki to zobaczą, oczy wyjdą im na wierzch.

- Cualquier cosa por mi princesa. /Wszystko dla mojej księżniczki/ Nie możesz przecież jeździć jakimś gratem. W końcu jesteś Shylund.

- Dziękuje tato… – wstałam od stołu i rzuciłam mu się na szyję – Pokażesz mi go? Przejedziemy się razem?

- Jest w garażu. George ci pokaże, jeśli będziesz chciała. – pogłaskał mnie po głowie

- A ty? – zmarkotniałam

- Musze wyjść na godzinkę…ale co to za smutna mina? Wrócę zanim zaśniesz.

- W porządku – chrząknęłam i odsunęłam się od niego powoli

- Obiecuję. Jeszcze zdążysz mi pokazać jak śmigasz swoim autkiem – poczochrał mnie po włosach, jak w czasach, gdy byłam mała. Zawsze tak mówił, ale rzadko dotrzymywał słowa. Skinęłam głową i wróciłam na swoje miejsce.

- Muszę już iść. Jak zwykle pyszna kolacja Martho. – pochwalił naszą gosposię – Zadzwoń do mnie, kiedy Charlie zjawi się w domu. Idziemy Swen – dodał ciszej. Przeszedł mnie dreszcze. Coś w jego tonie mnie zaniepokoiło, ale nie wiedziałam jeszcze co. Udałam jednak, że jestem zajęta smarowaniem naleśnika nutellą. Już po chwili go nie było.

- Chcesz obejrzeć samochód, Lana? – zapytał George po chwili milczenia

- Nie – odparłam cicho

- Tak myślałem… – chrząknął szofer

- Dziękuję, kolacja była pyszna – wstałam powoli od stołu – Pójdę już do siebie. Jestem zmęczona.

- Oczywiście kruszynko, wyśpij się. Jutro zaczyna się szkoła – powiedziała dobrotliwie Martha

- Może pomogę ci sprzątać? – zaoferowałam się

- Och nie…nie musisz, to moja praca – wyglądała na lekko zdziwioną – ale dziękuję, że zapytałaś – dodała po chwili namysłu

Skinęłam głową i ruszyłam do mojego pokoju. W połowie drogi przystanęłam. Wcale nie miałam ochoty tam iść. Chyba nie zasnę w tym różowym pokoiku dla Barbie. Zawróciłam i wyszłam na taras. Potrzebowałam powietrza. Na dworze było już ciemno, ale wciąż przyjemnie ciepło. Niebo było bezgwiezdne. Usiadłam na leżaku i zamknęłam oczy. Cisza i spokój…szum mini wodospadu mnie uspokajał. Mogłam sobie wyobrazić, że leżę na plaży w Forcie Pint. Lampki oświetlające basen budowały przyjemny nastrój. Leżę na piasku, słyszę rżenie koni i śmiech przyjaciół, zespół gra tajemniczą, magiczną celtycką muzykę, księżyc w pełni oświetla wybrzeże. Ja i Will stoimy po pas w wodzie, przyciąga mnie do siebie za pasek od shortów…jeszcze chwila i mnie pocałuje… Powoli zaczynałam się odprężać. Nagle poczułam coś zimnego i mokrego na policzku. Łzy? Spanikowana zaczęłam szybko wycierać twarz. Za bardzo odpłynęłam. Jestem w will w Los Angeles…daleko…cholernie daleko od wyspy Jorvik…

…Zasnęłam. Nawet nie wiem kiedy. Obudził mnie dotyk czyiś rąk. Delikatna dłoń o długich palcach pogłaskała mnie po policzku.

- Mama… – szepnęłam

- Cii…śpij. Nie chciałam cię obudzić – szepnęła

- Chciałam z tobą porozmawiać… – próbowałam się obudzić

- Domyślam się… – mruknęła, odgarniając grzywkę z mojego czoła. Nagle jej dłoń zatrzymała się w miejscu, gdzie Elizabeth naznaczyła mnie celtyckim znakiem. Usłyszałam jak mama wciąga powietrze. Była druidką, musiała wyczuć znak. W tym mroku nie wiedziałam jej twarzy, ale chyba była zdenerwowana, bo dłoń jej zadrżała. Cofnęła ją szybko. – Dziś jest już późno. Wiem, że masz dużo pytań…ja zresztą też, ale musimy przełożyć tą rozmowę na jutro.

- Ale mamo…

- Za kilka godzin musisz wstać do szkoły – szepnęła mi do ucha i podniosła mnie na ręce – Chyba schudłaś, moja panno – mruknęła

Chciałam coś powiedzieć, ale coraz bardziej odpływałam aż w końcu poddałam się i pozwoliłam porwać się do krainy snu. Chyba byłam bardziej zmęczona niż mi się wydawało.

***

Gdy o 7 rano budził zaśpiewał mi piosenkę Justina Biebera „Baby” poderwałam się z łóżkiem z morderczym odruchem zniszczenia tego „diabelskiego narzędzia”. Od razu się obudziłam…mam nadzieję, że to był powód ustawienia tej piosenki na pobudkę. Innego powodu nie jestem sobie wyobrazić. Po omacku złapałam telefon i szybko zmieniłam dźwięk budzika na pierwszy lepszy normalny dzwonek. Z westchnieniem odrzuciłam telefon i opadłam na poduszki. Misja wykonana…mam już dość, a to dopiero początek dnia.

- Pora na coś bardziej spektakularnego, co Teodor? – podniosłam miśka – Tak…mam na myśli znalezienia czegoś normalnego w tej szafie – prychnęłam – A potem muszę przeżyć ten pierwszy dzień…myślisz, że dam radę? – spojrzałam w jego mądre, czarne, błyszczące oczka – A niech to kaczki zdepczą…chętnie wzięłabym cię ze sobą, ale to chyba byłaby lekka przesada – przytuliłam mocno maskotkę – Opaska musi mi wystarczyć – postukałam ametyst na ramieniu

W końcu wygramoliłam się z łóżka. Drzwi na balkon były otwarte na oścież, więc pokojówka już tu była…albo mama je otworzyła wczoraj w nocy. W każdym bądź razie słońce pięknie świeciło i zapowiadał się cudowny dzień…tak jak większość dni w Kalifornii (jeśli ktoś lubi upał oczywiście). Przekopałam cała szafę i w końcu znalazłam zwykły, dopasowany czerwony t-shirt i zwykłe jeansy. Założyłam do tego zwykłe tenisówki i nawet się nie pomalowałam. Zarzuciłam torbę na ramię i stanęłam przed lustrem. Ciemne, kręcone włosy do połowy pleców (już ich nie prostuję jak kiedyś), duże czarne oczy bez ostrych kresek i doklejanych rzęs (i tak miałam naturalnie długie rzęsy) i opalona, oliwkowa cera…w końcu wyglądałam jak prawdziwa chica española. To ja, nowa, prawdziwa Lana. Kiwnęłam swojemu odbiciu i zeszłam na dół.

- Drugie śniadanie, twoje ulubione bułeczki z dżemem… – Martha już czekała na mnie przy schodach – Lana? – wytrzeszczyła oczy na mój widok – Idziesz tak do szkoły?

- Tak, a co w tym złego? – wzruszyłam ramionami

- Nic – pokręciła szybko głową gosposia – Po prostu już dawno nie widziałam cię tak ubraną…

- To dobrze czy źle? – uniosłam brew

- Bardzo dobrze – przytaknęłam energicznie – No…pani Charlie kazała ci przekazać, że po południu będzie na ciebie czekać w hotelu. – wyglądała na zmieszaną

- W porządku – mruknęłam, biorąc kluczki do mojego porsche z wieszaczka – A tata? O której wrócił?

- Późno w nocy…teraz śpi…

- Niech śpi… – burknęłam, kierując się do garażu. Tata i te jego obiecanki-cacanki – Miłego dnia, Martho.

- Uważaj na drodze! – zawołała za mną gosposia

- Jasna sprawa! – wyszczerzyłam się w uśmiechu i zeszłam do garażu, nucąc pod nosem

Wbrew temu, co myślałam, nie zgubiłam drogi. Złość na rodziców sprawiła, że zapomniałam o strachu i myśli, że pierwszy raz jadę sama do szkoły nowiutkim porsche. Płynnie wjechałam na dobrze mi znany szkolny parking i zaparkowałam w moim ulubionym miejscu w cieniu wielkiego dębu. Poszłam do sekretariatu i odebrałam swój plan lekcji. Nawet nie jest tak źle. Dziś mam chemię, biologię, dwie godziny zajęć sportowych, godzina literatury i hiszpański. Luzik. Odniosłam książki do szafki i wróciłam pod pracownię chemiczną. O dziwo nikt nie zwracał na mnie uwagi, a ja też specjalne nie rzucałam się w oczy. Przez chwilę miałam wrażenie, że ludzie traktują mnie jak nową osobę. Z trudem ukrywałam śmiech. To zabawne jak ubranie może zmienić człowieka.

Do przerwy obiadowej udało mi się funkcjonować inco gnito. Nawet zaczęło mi się do podobać. Na stołówce zadowolona z siebie wzięłam tackę z jedzeniem i ruszyłam do stolika, gdzie zwykle siedzę z dziewczynami, gdy nagle mnie olśniło. Nie mogę tam usiąść. Jeśli chcę pozostać niezauważona, muszę dalej wtapiać się w tłum. O nie, Bill i Tom tu idą! Nie mogą mnie zauważyć! Bill jest głupi jak but, ale Tom na pewno mnie poza…zwłaszcza, że kiedyś poznał mnie bardzo blisko. Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam przed siebie. Usiadłam przy pierwszym lepszym stoliku, plecami do nich i odetchnęłam z ulgą. Przeszli obok mnie.

- Cześć – odezwała się dziewczyna obok mnie, a ja prawie podskoczyłam

- Cześć – uśmiechnęłam się nerwowo – Mogę się dosiąść?

- Właściwie już to zrobiłaś – zauważyła dziewczyna

- No tak… – drżącą ręką założyłam włosy za ucho – Jestem Lana.

Zapanowała cisza. Trzy osoby siedzące przy stoliku patrzyły się na mnie uważnie, jakby skanowały mnie laserem. Przełknęłam ślinę. Ciężko tu zawierać nowe przyjaźnie.

Dziewczyna, która się do mnie odezwała miała długie czarne włosy z fioletowymi pasemkami. Była ubrana w czarną podkoszulkę na ramiączkach i czarne, podziurawione rurki. Na biodrach miała przewiązaną czerwoną koszulę w kratę, a w uszach kolczyki w kształcie trupich czaszek. Nigdy nie rozmawiałam z dziewczynami takiego pokroju, ale wydaje mi się, że nazywa się Caroline. Caroline Dumort. Nienawidzi cheerleaderek, bo według niej robimy z siebie laleczki i zgadzamy się na paradowanie w seksistowskich strojach. Ach tak…zapomniałam wspomnieć, że byłam zastępcą szefowej cheerleaderek.
Chłopak siedzący obok niej był trochę otyły, ale miał sympatyczną, okrągła twarz. Rude włosy wyglądały jakby ich właściciel właśnie wstał z łóżka, a grzywka postawiona do góry sprawiała wrażenie, jakby chłopak robił eksperymenty w sali chemicznej i coś mu wybuchło w twarz. Ubrany był w granatową koszulkę z wizerunkiem Wiedźmina, a na szyi miał przewieszone duże, czarne słuchawki. Palce już miał usmarowane keczupem, ale grzecznie przerwał jedzenie hamburgera, żeby lepiej mi się przyjrzeć. Kevin Ducker, naczelny gracz w rankingu szkolnym. Spławiłam go przy oczach całej szkoły, gdy poprosił mnie na szkolnej dyskotece do tańca. Ostatnia była chuda, wysoka dziewczyna, która wyglądała jakby miała co najwyżej 11 lat. Miał krótkie brązowe, puszyste włosy ścięte do kości policzkowych i różową grzywkę. Przez wielkie sarnie oczy wyglądała trochę jak bezbronne dziecko. Miała na sobie błękitną podkoszulkę z kotem biegnącym po tęczy i różowy sweterek pod kolor grzywki. Ashley Speed. Pamiętam, że na dniach szkoły miała stoisko z komiksami, a David i Bill zamknęli ją kiedyś z kanciapie woźnego, bo dowiedzieli się, że mała boi się ciemności. O w mordzie…jeśli oni dowiedzą się, kim jestem, zamordują mnie. Każdy z nich ma powód, żeby mnie nienawidzić. Oblał mnie zimny pot. Czemu tak długo milczą?!

- Caroline – dziewczyna-emo uścisnęła mocno moją dłoń – Jesteś tu nowa? Nie widziałam cię tu wcześniej.

- Hmm przepisałam się pod koniec tamtego roku szkolnego… – skłamałam lekko – Chyba jeszcze nie poznałyśmy się od tej właściwej strony… – podrapałam się po karku, kombinując jakby tu nie zdradzić swojej tożsamości

- Na to wygląda – pokiwała głową Caroline – To Kevin i Ashley, moja ekipa. Nie jesteśmy zbyt popularni jak widzisz. Jeśli zależy ci na gwiazdorzeniu, to możesz podpiąć się to stolika tych bogatych pięknisiów.

- Caro, nie mów tak, bo ją zrazisz. Właśnie dlatego nie mamy przyjaciół – jęknęła Ashley

- Spokojnie, wcale mnie nie zraziła – puściłam do niej oko – Mnie właśnie nie zależny na gwiazdorzeniu.

- Nie przejmuj się. Caro jest szorstka, ale zyskuje przy bliższym spotkaniu – powiedział Kevin z ustami pełnymi hamburga

- Ja tu jestem – mruknęła Caroline – I nie mów z pełnymi ustami, keczup ci kapie – warknęła i podała mu serwetkę – Czasem są jak dzieci…patrz, ubrudzisz koszule… – jęknęła, patrząc na Kevina

- Ładna koszulka – zwróciłam się do Ashley, która zrobiła się cała czerwona i starała się na mnie nie patrzeć

- Naprawdę? Dziękuje

- Śmieszny kot – uśmiechnęłam się

- To Nyan Cat – zaczerwieniła się jeszcze bardziej – Jestem Otaku.

- Kim? – nie zrozumiałam

- Fanką anime i mangi – przewróciła oczami Caroline – Wiesz, chińskie bajeczki…

- Nie chińskie, tylko japońskie! – oburzyła się Ashley

- Chodzi o te animowane seriale, tak? – spróbowałam załagodzić sytuację

- Tak… – przygryzła wargę Ashley

- Hmm kiedy byłam młodsza chyba oglądałam taką jedną o chłopcu, który chciał być super ninją czy coś w tym stylu…

- Naruto. Wiele osób oglądało to anime w dzieciństwie. To plus pokemony.

- Lubiłam te anime – uśmiechnęłam się, a Ashley w końcu odważyła się na mnie spojrzeć. W jej oczach była radość i wdzięczność, że jej nie wyśmiałam.

- A grałaś w gry o Naruto? – włączył się Kevin

- Niestety nie…

- To żałuj dziewczyno! Wiesz jaka akcja tam się dzieje. Albo Mortal Kombat…to moja ulubiona gra. Gdybyś kiedyś potrzebowała jakieś kody…w jakiejkolwiek grze, to wal śmiało.

- Dzięki, zapamiętam – zaśmiałam się lekko – A ty Caroline?

- Co ja? – burknęła dłubiąc w sałatce

- Jakie jest twoje hobby? – podparłam się na łokciu

- Gram w kapeli rockowej – wzruszyła ramionami – ale nie lubię o tym mówić – zmarszczyła brwi

- Pokłóciła z głównym wokalistą, który jest jej chłopakiem – powiedziała cicho Ashley

- Ashley! To nie jej sprawa! – wkurzyła się Caroline

- W porządku, jeśli nie chcesz to nie musisz mówić – odparłam szybko

- I dobrze, bo nie zamierzam – burknęła dziewczyna. Przy stole zapanowała niezręczna cisza.

- Hej robicie coś po szkole? – odchrząknęłam po chwili

- Caroline ma próbę zespołu i idziemy do niej – wystrzelił Kevin

- Kurde, naprawdę nie możecie mówić o sobie?! Tak bardzo ciekawe jest moje życie? – Caroline odstawiła z brzękiem widelec

- Może Lana mogłaby pójść z nami, jeśli chce… – zaczęła Ashley

- Nie! To zamknięta próba dla wtajemniczonych!

- Ok, ok w porządku – powiedziałam szybko. Teraz się nie dziwię, czemu Ashley powiedziała, że wszystkich odstraszają. – Ale skoro grasz w Wild Wolves to nie masz się czego wstydzić, serio.

- Skąd wiesz…? – Caroline spiorunowała mnie wzrokiem. Kiwnęłam na jej bransoletkę z logo zespołu.

- Mój były chłopak…niedoszły chłopak…ciągnął mnie na wasze koncerty.

- Pewnie średnio ci się podobały ciężkie brzmienia, co złotko? – prychnęła Caroline

- Podobało mi się…był super klimat, wokalista ma świetny głos i byliście dobrze zgrani…ale kiedy w grę weszły narkotyki, już nie było tak fajnie… – mówiłam. Ręce Caroline zacisnęły się w pięści. Kevin i Ashley niespokojnie obserwowali jej reakcję.

- Racja…dragi nas zniszczyły – stwierdziła z dziwnym spokojem

- Bierzesz.

- Nie!

- Starasz się z tym skończyć – zrozumiałam – Dlatego jesteś taka nerwowa…

- Lana, nie…ona sobie poradzi, my jej pomagamy – Ashley błagalnie złapała mnie za rękę – Proszę cię…

- Ash, nie płacz. – westchnęła Caroline – Wiesz, że tego nie cierpię – wzięła ją za rękę. Zdziwiona patrzyłam jak ta opryskliwa dziewczyna zmieniła się opiekuńczego anioła dla Ashley. Niesamowite…jednak ma jakieś uczucia.

- Ale ona wie, wystarczy, że chwilę z tobą porozmawiała… – rozkleiła się Ashley – Nauczyciele też to zauważą.

- Spokojnie, nikomu nie powiem – zapewniłam

- Dlaczego? – Caroline zmierzyła mnie wzrokiem

- Każdy ma swoje demony, z którymi próbuje walczyć – wzruszyłam ramionami i wyciągnęłam z torby paczkę chusteczek – Proszę – podałam je Ashley

- Dzięki Lana. Yo, spoko z ciebie laska – pokiwał głową Kevin – Żółwik?

- Żółwik…ale gdybyście potrzebowali pomocy, to powiedzcie, ok? – powiedziałam pewnie, ale mimo to czułam się głupio. Niby jak mogłabym im pomóc? Widziałam na imprezach osoby, które brały narkotyki, ale nigdy nie próbowałam pomagać takim osobom…bałam się ich, starałam się unikać. Mimo to dla trójka mnie zaintrygowała.

- Dzięki, dajemy sobie radę – Caroline odzyskała rezon

- Ekhm…jaką macie następną lekcję? – postanowiłam zmienić temat

- Zajęcie sportowe – stwierdziła smutno Ashley – Pewnie będziemy grać w siatkówkę.

- Spokojnie Ash, opracowałem już taktykę – Kevin wyjął tableta – Widzisz? Caro będzie cię kryła i żadna piłka nie powinna cie trafić, a będzie wyglądało że grasz. Musisz tylko stać tu na środku – chłopak z dumą pokazywał animację

- A co jeśli będzie przejście, geniuszu? – uniosła brew Caroline

- Musisz zawsze stać za nią – wzruszył ramionami Kevin

- I myślisz, że to takie proste?

- Tak! Caro, będziesz moim obrońcą! Kawii… – pisnęła radośnie Ashley

- Ja z wami zwariuję… – załamała się Caroline, a ja zachichotałam – A tobie co tak wesoło, nowa?

- Jesteście zabawni…tak różni, a jednak się przyjaźnicie.

Nagle drzwi na stołówkę otworzyły się z hukiem i do środka weszły moje koleżanki. O nie…tylko tego mi brakowało. Od razu mnie zauważyły i ruszyły w moją stronę, prowokując wszystkich do odwracania się w ich stronę. Wyglądały jak gwiazdy – wymalowane, w dopasowanych, modnych ciuchach. Sara była wściekła. Znałam ją na tyle dobrze, że wiedziałam, że chce się zemścić za to, że tyle czasu ją ignorowałam.

- Lana złotko, tutaj jesteś – Sara Crowley, szefowa cheerleaderek i naszej małej grupki podeszła do mnie z wrednym uśmiechem. Zmieniła fryzurę. Znowu rozjaśniła końcówki, ale nadal lubiła chodzić w zbyt krótkich spódniczkach i kurtce z futerkiem – Szukałyśmy cię cały dzień.

- No i mnie znalazłyście – zaśmiałam się nerwowo, rozglądając się na boki. Wszyscy zaczęli do siebie szeptać i pokazywać mnie palcami. Dopiero teraz zorientowali się, kim jestem.

- Unikasz z nami kontaktu, Lana? – zapytała Natasha Kirjowa z rosyjskim akcentem. Ładna blondynka o niebieskich oczach i wyglądzie porcelanowej laleczki. Gdyby nie miała tak mocnego smokey eye, sprawiała by wrażenie milszej. Teraz jej makijaż w połączeniu z krótką czarną sukienką mógł być odebrany jednoznacznie.

- Nie, dopiero wczoraj wróciłam do domu i…mój telefon nie miał zasięgu – zaczęłam się tłumaczyć. Co się ze mną dzieje? Przed lustrem ćwiczyłam inną przemowę.

- Patrzcie jak ona jest ubrana – syknęła Jennifer Madison. Głupiutki klon Sary, posłuszny na każde jej skinienie. – To wstyd! Kochana, czy ty nie byłaś na zakupach? – dotknęła mojej bawełnianej podkoszulki

- Zabieramy cię stąd. Potrzebujesz pomocy i to zaraz. – stwierdziła Sara – Widząc jak wyglądasz, wybaczam ci wszystko – przytuliła mnie teatralnym gestem. Przewróciłam oczami – Ten wyjazd na odludzie zrobił z ciebie dzikuskę! Naprawimy cię skarbie! Chodź – pociągnęła mnie za rękę

- Zaraz, ty jesteś Lana Shylund! Ta Lana Shylund!? – zbladła Caroline

- A niby jaka inna? Znasz jeszcze inną Lanę? – zamlaskała gumą Jennifer

- Ty… – wzrok Caroline mnie zabijał

- Przepraszam, ja tylko… – spojrzałam błagalnie na trójkę nowych znajomych, ale Sara szarpnęła mnie za ramię – Gdzie mnie ciągnięcie? – warknęłam do dziewczyn – Musicie robić szopkę przy całej szkole?

- Kto tu robi szopkę? Patrz jak wyglądasz! – popchnęła mnie Natasha – Robimy ci przysługę. Teraz to nawet Bill by na ciebie nie spojrzał, a obie dobrze wiemy, że nie pogardzi żadną dziewczyną.

- O czym ty mówisz? Nigdy nie kręciłam z Billem! Jest głupi jak but… – obruszyłam się

- Nieważne! Jeszcze to nadrobisz. Idziemy na zakupy – zdecydowała Sara

- A lekcje? – prychnęłam. Dziewczyny spojrzały po sobie.

- Olać lekcje! Lana, co się z tobą stało? Kochana, zaczynam się martwić… – wepchnęły mnie do łazienki

- Co wy robicie? – przestraszyłam się

- Jest gorzej niż myślałam. Tak nie możemy się z tobą pokazać na mieście – pokręciła głową Sara – Dobrze, że przypadkowo wzięłam dziś ciuchy na zmianę – westchnęła z ulgą – Jennifer, moja torba… – wyciągnęła rękę

- Ale… – zaprotestowałam

- Wiem, że mamy taki sam rozmiar. No dalej, szybciutko. Musimy ci jeszcze zrobić makijaż – Sara wepchnęłam mi do ręki torbę i zamknęła mnie w kabinie

Zamrugałam oczami. Co tu się dzieje…czy tak wyglądało moje życie? Naprawdę je wcześniej lubiłam? Cóż mogę zrobić…nie wypuszczą mnie, jeśli się nie przebiorę. Wzięłam głęboki oddech i przebrałam się w ubrania Sary. Po chwili wyszłam z kabiny ubrana w obcisłą, skórzaną, czarną spódniczkę, czerwony top z dekoltem i brokatowe bolerko.

- No i pięknie, jeszcze makijaż – zachwyciły się moje koleżanki

Szybko porwały mnie w swoje ręce i już po chwili przed lustrem stała inna Lana…stara Lana, kalifornijska lalunia. To od tej wersji siebie próbowałam uciec. Przełknęłam ślinę. Piękny sen o Jorvik się skończył…zaczęło się zwykłe życie.