RSS
 

O tym jak kończy się piękny sen i zaczyna się zwykłe życie, czyli powrót do Los Angeles…

15 sty

Prom powoli zbliżał się do portu w Los Angeles, a ja z minuty na minutę stawałam się kłębkiem nerwów. To niesamowite, że dwa miesiące temu płynęłam tym samym promem w drugą stronę spokojna, zrelaksowana… no i może podekscytowana perspektywą wakacji na tajemniczej wyspie z dzieciństwa mojej mamy. W najśmielszych snach nie przypuszczałam, że te dwa miesiące przeminą tak szybko…i tak bardzo zmienią moje życie. Czuję się zupełnie inną osobą, inną Laną. Za dużo wiem, za dużo widziałam, zbyt wiele osób poznałam…Chłodna morska bryza rozwiała mi włosy, a mnie przeszedł dreszcz. Zapięłam bluzę i skrzyżowałam ramiona na piersi. Oparłam się o barierkę, bo poczułam, że trzęsą mi się łydki. Na horyzoncie pojawiły się kontury wielkiego portu. Gardło ścisnęło mi się z żalu, a w oczach zapiekły mnie łzy, więc spuściłam wzrok na spokojną, lazurową toń wody. Co się ze mną dzieje? Przecież wracam do domu…do mojego prawdziwego życia. Więc dlaczego mam wrażenie, że moje życie skończyło się wraz z wyjazdem z wyspy Jorvik? Uspokój się, uspokój! Myśl racjonalnie…musisz sobie z tym poradzić. Przetarłam twarz rękami i wzięłam głęboki oddech. Palce prawej ręki mimowolnie ześlizgnęły się na ametystową opaskę, symbol mojej drużyny, mojego temu Lany. Rose, Jasper, William, Alex, Anastasia, Jackob…co by powiedzieli, gdyby mnie teraz zobaczyli? Dziewczyna, która pokonała „diabła wyspy” płacze, bo musi wracać do domu? Kobito ty się w łeb walnij! Jestem Lana, Lana Shylund wyspa Jorvik mnie zmieniła, ale nie osłabiła. Dzięki tej przygodzie stałam się silniejsza i bardziej pewna siebie. Odkryłam prawdziwą siebie i odkryłam tajemnicę matki. Nie zakończyłam jednak całej tej sprawy. Czeka mnie jeszcze rozmowa z mamą: o jej ucieczce, o śledztwie przeciwko Sandsowi, o druidach, o Lorette, o starym Earlu, o Lorelaj, o Elizabeth, o Lucasie…teraz wiem więcej i nie dam się tak łatwo zbyć. Muszę jednak być silna, bo mama jest twardą zawodniczką. Z jednej strony podziwiam ją, że tyle lat udawało jej się ukrywać prawdę, ale z drugiej strony okłamałam mnie o wszystkim. To niewybaczalne. Ukryła przede mną ważne informacje o naszej rodzinie. Chcę wyjaśnić z nią parę spraw i przekonać do przyjazdu na wyspę Jorvik. To może być najcięższa część, ale obiecałam to staremu Earlowi. I dotrzymam słowa.

Kapitan promu nie spieszył się z przybiciem do brzegu. Jakby specjalnie dla mnie powoli kołował i z opóźnieniem wrzucił kotwicę. Ostatni raz rzuciłam okiem na jedyny statek, który może przewieźć ludzi do tej magicznej krainy. Wrócę do Jorvik. Najszybciej jak będę mogła. Westchnęłam ciężko i wzięłam moją podróżną torbę. Człapiąc za resztą pasażerów zeszłam po trapie na brzeg. Nogi trochę mi się chwiały od zejścia na twardy grunt, ale w tym momencie zjawił się przy mnie niezawodny George. To jeden z najbardziej zaufanych ludzi taty. Jest naszym szoferem odkąd pamiętam. Może być już dobrze po 50, a jego czarne włosy są już przyprószone siwizną.

- Witam panienkę na stałym lądzie. Pomogę panience z tą torbą – powiedział z uśmiechem i zanim zdążyłam coś powiedzieć, zabrał mój bagaż

- Cześć George – uśmiechnęłam się lekko – Dziękuję, odzwyczaiłam się już noszenie za mną pakunków.

- Właśnie widzę… – spojrzał na mnie badawczym wzrokiem – Nabrała panienka masy.

- Słucham? – wytrzeszczyłam oczy, nie wiedząc, czy żartuje

- Mięśnie…chodziło mi o mięśnie – poprawił się szybko ze śmiechem – Teraz to panienka mogłaby bez problemu przyłożyć jakiemuś lalusiowi na dyskotece. Już nie będzie panience potrzebna eskorta Swena.

- Haha masz rację – zaśmiałam się na głos – Radziłam już sobie z gorszymi typkami niż napalony, pijany nastolatek… – dodałam ciszej, a przed oczami stanęły mi wszystkie potyczki z jeźdźcem w czarnej pelerynie, Sandsem i Erickiem…To była szkoła życia! Swen może sobie wsadzić w nos swój złoty pas mistrza boksu wagi ciężkiej. Szybko pokręciłam głową, żeby pozbyć się wspomnień. Nie trać kontaktu z rzeczywistością!

- Wszystko w porządku? – George od razu zauważył moje roztargnienie. Zna mnie od dziecka, więc widział mnie w różnych nastrojach, a ja często traktowałam go jak dziadka, którego nigdy nie poznałam. Nie uda mi się przed nim ukryć prawdy, ale muszę się postarać.

- Tak, przepraszam. Zamyśliłam się – podrapałam się po karku i uśmiechnęłam się niepewnie

- Pewnie panienka jest zmęczona po podróży, a ja tak panienkę męczę pytaniami – zreflektował się, zanim zapadła niezręczna cisza – Chodźmy do auta.

Z ulgą ruszyłam za szoferem na parking na tyłach portu. Szczerze powiedziawszy od jazdy samochodem też się odzwyczaiłam. Przez dwa miesiące moim jedynym środkiem transportu był koński grzbiet, więc teraz czułam się dziwnie siedząc na skórzanych, beżowych siedzeniach w klimatyzowanym dużym białym mercedesie. Ostrożnie zapięłam się pasami i zapadłam się w miękkie siedzenie, czekając aż George odłoży torbę do bagażnika.

- O matko ma panienka taką minę jakbym wsadził panienkę do pojazdu kosmitów – parsknął śmiechem szofer

- Trochę tak się czuję… – chrząknęłam zmieszana

George spojrzał na mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy, ale po chwili wzruszył ramionami i założył przyciemniane okulary. Przekręcił kluczyk w stacyjce i ruszyliśmy, a ja przypomniałam sobie jak rażące potrafi być kalifornijskie słońce. Skrzywiłam się i zmrużyłam oczy. Na wyspie Jorik też świeciło słońca, a i owszem! Czasem było tak gorąco, że nie można było znaleźć skrawka cienia, ale nigdy mnie to nie drażniło, a teraz…miałam ochotę wsiąść z auta.

- Druga para okularów jest w skrytce – przypomniał życzliwie George

- Och…no tak…dziękuję – mruknęłam i szybko założyłam okulary. Od razu lepiej.

Zauważyłam, że szofer podkręca klimatyzację. Spojrzałam na niego katem oka.

- Przepraszam, po prostu panienka bardzo intensywnie pachnie…końmi… – zaczął się usprawiedliwiać

- No tak zapomniałam…pewnie wszystkie moje ubrania tak pachną, bo całe dnie jeździłam z Winterknightem po Jorvik – powiedziałam, przypominając sobie to cudowne uczucie wiatru we włosach i szumu w uszach…końskie rżenie. Czułam się wtedy, jakbym mogła podbić świat. Pod wpływem impulsu otworzyłam okno i wystawiłam rękę, żeby poczuć na skórze pęd powietrza.

- Nie ma potrzeby otwierać okna, aż tak bardzo nie przeszkadza mi ten zapach – zmieszał się George

- Nie, ja po prostu chciałam poczuć wiatr…brakuje mi go. Ja i Winterknight codziennie galopowaliśmy po polach i lasach niezależnie od pogody – odparłam w zamyśleniu

- Rozumiem, że wakacje w siodle udały się? – uśmiechnął się kącikiem ust

- I to jak… – pokiwałam głową. George też pokiwał głową i włączył radio. Akurat leciał przebój Katy Perry „Roar”. Skrzywiłam się lekko i przyciszyłam radio.

- Co się stało? Już panienka nie lubi już Katy Perry? – zdziwił się George

- Lubię ale…było trochę za głośno – chrząknęłam i poprawiłam się w fotelu. Nogi zaczęły mi się przylepiać do tych skórzanych siedzeń.

- To może powie mi panienka coś o tym Winterknighcie. To koń ze stajni twojego wujka, tak?

- Tak, ale to trochę bardziej skomplikowana historia! – ożywiłam się – Winterknight był u wujka tylko na przechowanie. Tak naprawdę jego właściciel był William Greenlight – arogancki, zadufany w sobie, agresywny typek…tak jak jego koń. Przynajmniej tak mi się wydawało na początku – zaśmiałam się – Wiesz George, że wszyscy bali się podjeść do Winterknighta, a ja to zrobiłam od razu, jak go zobaczyłam. Mało tego od razu na niego wsiadłam! Myślałam, że Rose i Jackob dostaną zawału jak to zobaczyli…

- No zaczyna się robić ciekawie… – parsknął szofer – Zawsze wiedziałem, że jest panienka w gorącej wodzie kapana…

- George, znasz mnie od dziecka – nie wytrzymałam – Dlaczego mówisz do mnie per „panienka”?

Szofer aż się zakrztusił. Odwrócił się do mnie i zdjął okulary. W jego oczach był szok.

- Ponieważ sama panienka mi kazała. Nie chciała panienka wyróżniać się  wśród koleżanek. Podobno ich szoferzy nie zwracali się do nich po imieniu…

Zatkało mnie…byłam aż tak pusta i zepsuta? Nawet nie sądziłam, że jeszcze dwa miesiące temu zachowywałam się jak typowa kalifornijska laleczka. Sama myśl o tym mnie przerażała. Jak ja traktowałam ludzi wokół siebie? Jak mogłam w taki sposób potraktować Georga, który był dla mnie prawie jak rodzina. Przełknęłam ślinę i nieśmiało spojrzałam mu w oczy.

- Przepraszam za tamto…możemy o tym zapomnieć? Jestem Lana…nie jakaś tam panienka – wzdrygnęłam się

- Dobrze… – kiwnął powoli głową, nadal zdziwiony – Jak sobie życzysz, Lana.

Reszta podróży do domu upłynęła mi na opowiadaniu moich przygód na wyspie Jorvik. Oczywiście nie zdążyłam mu powiedzieć wszystkiego, na to potrzebowałabym co najmniej tygodnia, ale szofer był i tak pod wrażeniem tego, co usłyszał. Nawet nie zauważyłam, gdy podjechaliśmy pod willę taty w dzielnicy Chatsworth. Dopiero gdy usłyszałam szczekanie dwóch dobermanów ojca: Kła i Demona, uświadomiłam sobie, gdzie jestem. Słońce już powoli zachodziło, oświetlając ogromną, białą willę czerwono- złotymi promieniami. Czujniki światła już zaczęły działać i droga do ogrodu zaczęła migotać za sprawą kolorowych lampionów. W oddali słychać było szum wody od zjeżdżali wodnej i mini wodospadu.

- Zapomniałam, że tu jest tak…luksusowo – zamrugałam oczami

- Witamy w domu Lana – uśmiechnął się George – Właśnie kończy się ostatni dzień wakacji – kiwnął głową na zachodzące słońce

- Tak…niestety – przełknęłam głośno ślinę

- Masz zamiar stąd w ogóle wyjść? – zażartował szofer, widząc jak przykuło mnie do siedzenia

- A mam jakiś wybór? – spojrzałam się na niego, szukając ratunku

- Chyba nie… – westchnął

- Tak myślałam…dzięki za pocieszenie George.

- Do usług – zaśmiał się i wysiadł, żeby wyjąć moją torbę

Wzięłam głęboki oddech i poszłam za jego przykładem. Ledwo zeskoczyłam na ziemie, przybiegły do mnie psy. Zaciekawione przestały szczekać i wąchały mnie dokładnie. No tak, niby wyglądałam jak stara Lana, ale pachniałam jak zupełnie ktoś inny. W środku też czułam się jak ktoś inny…

- Moja mała, kochana Lana! – drzwi otworzyły się i zobaczyłam jak po schodach biegnie do mnie Martha, nasza gosposia. Niska, nieco przy kości charyzmatyczna osóbka. Jej okrągła, czerwona twarz dosłownie promieniała radością na mój widok. Poczułam jak robi się ciepło na sercu. Martha zawsze otwarcie wyrażała swoje uczucia i nie zważała na żadne konwenanse. Przytulała mnie mocno, gdy tego potrzebowałam, ale gdy sobie na to zasłużyłam, potrafiła mnie zbesztać i postawić do pionu. Raz nawet nawrzeszczała na tatę i klnąc na czym świat stoi oświadczyła, że nie ma zamiaru gotować z tak marnej jakości produktów kolacji dla „bandy adwokatów”. Kochana kobieta…zawsze podziwiałam ją za mocny charakter i pewność siebie. Tata chyba też ją za to cenił, bo normalnie wyrzucał każdego pracownika, który mu się sprzeciwił. Martha była ciepła, szczera  i dobroduszna…przypominała mi trochę kochaną panią Kindergarden. Do oczu napłynęły mnie łzy. Z ulgą wpadłam w ramiona gosposi i ukryłam twarz w jej fartuchu, który pachniał cebulą, papryką i bazylią…

- Martho, tak się cieszę, że cię widzę – uśmiechnęłam się przez łzy, kiedy w końcu mnie puściła

- Kruszynko, ty płaczesz? Aż tak się stęskniłaś? – wzruszyła się Martha – Jak ty schudłaś! Widziałeś to George?! Skóra i kości!

- Nie kości tylko mięśnie Martho – poprawił się szofer

- Głodzili cię tam kochanie? – Martha udała, że go nie słyszy

- Nie, jedzenie było tam naprawdę pyszne. Nawet nauczyłam się robić jajecznicę…i naleśniki… – pochwaliłam się

- Coś podobnego! Nasza księżniczka zechciała nauczyć się gotować – gosposia wzięła się pod boki – A dało się to w ogóle zjeść?

- Oczywiście, że tak! – udałam obrażoną

- Coś podobnego… – powtórzyła Martha – Nie myślałam, że doczekam tego dnia, aż panienka Lana zacznie gotować…sprzątać też cię tam nauczyli? – szturchnęła mnie w bok z psotnym uśmiechem, a ja zrobiłam się czerwona. Było ze mną aż tak źle? Czemu wcześniej tego nie widziałam?

- Nie męcz jej Martho, dziewczyna jest pewnie głodna i marzy o spaniu – George uratował sytuację

- Och tak, zapomniałam o kaczce w piekarniku! – klasnęła w dłonie gosposia – Szybko idź po ojca i przyjdźcie na kolacje…ugotowałam twoje ulubione danie – mrugnęła do mnie – Tylko przebierz się…śmierdzisz końskim łajnem – stwierdziła i pobiegła z powrotem do domu

- Aż tak źle? Mogłeś powiedzieć – spojrzałam z wyrzutem na Georga i dyskretnie powąchałam koszulkę.

- Chciałem być taktowny – wzruszył ramionami szofer – Nie to co nasza kobieta-demolka…

- Mama też będzie na kolacji? – zapytałam z nadzieją

- Niestety…musiała dziś dłużej zostać w hotelu. Ma jaką galę czy coś w tm rodzaju…

- Rozumiem… – burknęłam

- Ale przynajmniej pan Shylund jest w domu. – uśmiechnął się szofer – Leć do niego, czeka na ciebie. Jest w swoim gabinecie.

Skinęłam głową i posłusznie pobiegłam do ojca. Wspięłam się na drugie piętro po kręconych schodach z białego marmuru, a moje tenisówki skrzypiały nieprzyjemnie na wypastowanej, lśniącej podłodze. Gabinet taty znajdował się na końcu korytarza w zachodnim skrzydle. Gdy zbliżyłam się do drzwi i zapukałam, poczułam się znowu jak mała dziewczynka, która jednoczenie pragnie i boi się spotkania z ojcem. Pragnie się do niego przytulić, pochwalić się obrazkiem z przedszkola, ale jednocześnie drży z niepokoju, że kolejny raz zostanie odprawiona z kwitkiem, a ojciec nawet nie zaszczyci jej spojrzeniem. Słysząc niski, spokojny baryton ojca zapraszający do wejścia, serce zabiło mi mocniej. Przełknęłam ślinę i pociągnęłam za ręcznie rzeźbioną klamkę ze złota w kształcie głowy tygrysa.

- Tato? – szepnęłam ściśniętym z emocji głosem

- Lana – ojciec obrócił się na swoim wielkim, czarnym skórzanym fotelu od okna i spojrzał na mnie. Ku mojej uldze uśmiechał się – Mi niña de nuevo. /Moja mała dziewczynka wróciła/

- Papá… – westchnęłam i pobiegłam go przytulić

Ojciec zaśmiał się i uścisnął mnie mocno. Pewnie niedawno wrócił z kancelarii, bo wciąż był ubrany w garnitur i białą koszulę. Pachniał też wodą kolońską i cygarami. Był już po 40, ale wciąż o siebie dbał. Chodził na siłownię ze swoimi kumplami z pracy, a jego ramiona i klatka piersiowa były umięśnione jak u atlety. Pewnie dlatego budził respekt, gdy pojawiał się w sądzie. Tutaj wszyscy mi powtarzają, że z wyglądu jestem podobna do ojca (odwrotnie niż na wyspie Jorvik). Do tej pory też tak uważałam, bo odziedziczyłam po nim typowo hiszpański wyglad – ciemne włosy, oliwkową cerę, ciemne, prawie czarne oczy. Zawsze cieszyłam się, gdy tacie udało się odebrać mnie ze szkoły. Wszystkie nauczycielki się w nim podkochiwały. Wystarczyło, że wszedł do szkoły w tej swojej białej koszuli podwiniętej do łokci, przeczesał ręką czarne, wystylizowane włosy i błysnął w uśmiechu białymi zębami. Rozumiem, czemu kiedyś spodobał się mamie. Teraz, gdy patrzyłam na jego twarz, miałam wrażenie, że postarzał się przez te dwa miesiące. Jego czarne, magnetyczne oczy nie błyszczały już tak jak kiedyś, zamiast tego były podkrążone i zmęczone. Na czole pojawiło się więcej zmarszczek. Ma jakieś kłopoty?

- Querida hija…te ves muy bien…pero los caballos olor /Kochana córeczka…świetnie wyglądasz…ale pachniesz końmi./ – powiedział wesoło, a ja zapomniałam moich podejrzeniach.

- Wiem, wiem przebiorę się na kolacje – przewróciłam oczami

- Podobało ci się na wyspie Jorvik? – zapytał wesoło

- Bardzo…to były moje najlepsze wakacje – odpowiedziałam szczerze.

- To dobrze…może w końcu przestaniesz nas tak zamęczać, żebyśmy tam pojechali – powiedział i nagle czar prysł. Poczułam jak w gardle rośnie mi gula. Czy to znaczy, że już nie pozwoli mi tam jechać? – Wszystko w porządku? – spojrzał na mnie, gdy zamilkłam

- Tak, tak… – skłamałam szybko i spróbowałam przywołać na twarz uśmiech – Martha powiedziała, że kolacja już gotowa.

- O tak, czuję – wziął głęboki oddech – Idź się przebrać i widzimy się na kolacji. Muszę jeszcze coś dokończyć  – mruknął, a ja w końcu zobaczyłam leżący na biurku stos papierów. Zdążyłam zauważyć tylko jakieś duże sumy pieniędzy, zanim ojciec zebrał kartki do kupki.

- Jasne, ale pospiesz się, bo wszystko ci zjem. Jestem głodna jak wilk – uśmiechnęłam się

Wyszłam z gabinetu lekko skołowana. Czy to możliwe, żeby zakazał mi kolejnych wyjazdów na wyspę? Jeśli tak, to ucieknę! Przyrzekam, że to zrobię! Co ja mówię…co się ze mną dzieje? Muszę się uspokoić…Ruszyłam powoli do mojego pokoju we wschodnim skrzydle. Weszłam do środka i przez chwilę stałam jak zaklęta. Przywitały mnie pudroworóżwe ściany, wielkie wodne łóżko z baldachimem, ściana wytapetowana plakatami Katy Perry, Taylor Swift i Justina Biebera oraz słodkie białe mebelki jak z domku dla lalki. Jak babcie kocham…ja tu mieszkałam?! Zdjęłam tenisówki i po stopniach wdrapałam się na łóżko. Jak mięciutko…pościel pachniała różami, a u wezgłowia siedział pluszowy, kolorowy jednorożec (pamiątka z jednej z imprez). Po namyśle pobiegłam do torby, wyciągnęłam z niej mojego miśka Teodora i położyłam go na poduszce. No dobrze…może to jednak mój pokój. Mam wrażenie, jakbym byłam pacjentką z amnezją i właśnie wracała mi pamięć. Usiadłam ostrożnie na łóżku i podskoczyłam. Odbiłam się jak piłeczka kilka razy. Nic nie skrzypiało, deski nie wbijały się w plecy, a pościel zrobiona z satyny była mięciutka i pachnąca. Hmm można polubić spanie w takim pokoju. Uśmiechnęłam się, patrząc się na podwieszaną przy suficie huśtawkę-pufę. Lubiłam się na niej huśtać i godzinami gadać przez telefon z koleżankami. Właśnie, przez telefon…dopiero teraz sobie o tym przypomniałam. Wróciłam do torby i zaczęłam w niej grzebać, dopóki nie wyciągnęłam mojego smartphone z samego dna. Zupełnie się rozładował, ale w sumie nie bardzo mnie to obchodziło, bo na wyspie Jorvik i tak nie mogłam używać telefonu. Po pierwsze nie było tam zasięgu, a po drugie nikt tam nie potrzebował telefonu. Gdy ludzie chcieli się spotkać, po prostu do siebie przyjeżdżali albo szukali się na dworze. W gruncie rzeczy to było bardziej, naturalne, proste…a telefon…Drżącą ręką podłączyłam smartphone do ładowarki. Tak jak przypuszczałam od razu pojawił mi się komunikat o ilości nieodebranych połączeń i wiadomości w skrzynce smsowej. Sara, Jennifer, Natasha, Jade, Elena, Tom, Bill, David…uuuła zapchali mi całą skrzynkę. Domyślam się, że będą na mnie bardzo obrażeni. I tak nie uwierzą mi, że gdzieś może nie być zasięgu. Dla nich coś takiego jest nierealne, po prostu sytuacja z filmu science fiction. Otworzyłam pierwsze smsy. Prychnęłam i ze złością rzuciłam telefon o ziemię. Jakie to wszystko puste! Sara zasypywała mnie wiadomościami o promocji w centrum handlowym i pytała jaką sukienkę ma sobie kupić na imprezę, a Bill…ten to pojechał po bandzie. Nie wiem co brał, ale musiał być na haju skoro wypisywał do mnie o swoich fantazjach erotycznych o 2 w nocy…co za banda idiotów! Czemu ja się z nimi przyjaźnię? Nie widziałam wcześniej kim są? A może mi to nie przeszkadzało…Usiadłam po turecku i oparłam się plecami o ścianę. Zamknęłam oczy. Ha! Jutro jest pierwszy dzień szkoły i będę się musiała z nimi zobaczyć. To chyba jeszcze gorsza wiadomość. Chwilę tak siedziałam zanim wstałam z podłogi i zażenowana podeszłam do szafy.

- O cholera… – mruknęłam, widząc zawartość szafy. Krótkie spódniczki, wydekoltowane bluzki, shorty – To jakiś sen…koszmar – zamknęłam oczy i pomasowałam skronie – Spokojnie, po prostu potrzebuję dnia, żeby się przyzwyczaić. Jeden dzień…tak, jutro wszystko będzie dobrze. Jutro już wszystko będzie po staremu… – próbowałam sobie tłumaczyć

Tłumiąc w sobie wstręt do własnej garderoby wyjęłam jeansowe shorty i zwykłą bluzkę z krótkim rękawem z nadrukiem w hawajskie kwiaty. To wydawało mi się w miarę normalne. Wykapałam się i tak ubrana ruszyłam na kolację. Martha przeszła samą siebie. Kaczka nadziewana jabłkami, naleśniki z nutellą, zupa krem z pomidorów, roladki z cukinii, czekoladowe ciasto z wiśniami…już dawno się tak nie najadłam. Ojciec przyszedł w połowie kolacji. Był zamyślony i sprawiał wrażenie nieobecnego. Dopiero gdy Martha zapytała się, czy nałożyć mu kaczki, ocknął się z zadumy. Opowiadałam reszcie domowników o moich przygodach i nowych znajomych, ale kątem oka wciąż patrzyłam na tatę. Tak bardzo chciałam, żeby włączył się w moją opowieść, zadawał pytania…po prostu aktywnie słuchał! Cóż, prawdopodobnie tak jest zawsze…Martha chyba zauważyła moje ukradkowe spojrzenia w stronę ojca, bo szturchnęła go łokciem i spojrzała na niego znacząco.

- No tak, bardzo miła to twoja Catalina… – odchrząknął w końcu

- Rose tato…Catalina była akurat tą niemiłą… – przewróciłam oczami

- Tak? Przepraszam, wiesz, że nie mam pamięci do imion – puścił do mnie oko znad kieliszka wina – To co, jutro powrót do szkoły?

- Niestety… – westchnęłam

- Tak myślałem, że nie będziesz zadowolona, dlatego mam dla ciebie prezent, żeby trochę osłodzić ci ten dzień – powiedział, wycierając usta serwetką

- Tak? – zmarszczyłam brwi – Nie muszę iść do szkoły?

- Nie…ale mam coś, żeby droga minęła ci przyjemniej – odparł z zagadkowym uśmiechem – Przed wakacjami zdałaś na prawo jazdy, prawda? – pochylił się do mnie przez stół – Więc chyba czas na twój pierwszy samochód.

- Naprawdę?! – pisnęłam

- O tak…porsche boxer spyder w twoim ulubionym czerwonym kolorze – wyszczerzył się

- Żartujesz tato…przecież to nowiutkie auto…chciałam takie… – wytrzeszczyłam oczy. Zabrakło mi słów – Przecież jak chłopaki to zobaczą, oczy wyjdą im na wierzch.

- Cualquier cosa por mi princesa. /Wszystko dla mojej księżniczki/ Nie możesz przecież jeździć jakimś gratem. W końcu jesteś Shylund.

- Dziękuje tato… – wstałam od stołu i rzuciłam mu się na szyję – Pokażesz mi go? Przejedziemy się razem?

- Jest w garażu. George ci pokaże, jeśli będziesz chciała. – pogłaskał mnie po głowie

- A ty? – zmarkotniałam

- Musze wyjść na godzinkę…ale co to za smutna mina? Wrócę zanim zaśniesz.

- W porządku – chrząknęłam i odsunęłam się od niego powoli

- Obiecuję. Jeszcze zdążysz mi pokazać jak śmigasz swoim autkiem – poczochrał mnie po włosach, jak w czasach, gdy byłam mała. Zawsze tak mówił, ale rzadko dotrzymywał słowa. Skinęłam głową i wróciłam na swoje miejsce.

- Muszę już iść. Jak zwykle pyszna kolacja Martho. – pochwalił naszą gosposię – Zadzwoń do mnie, kiedy Charlie zjawi się w domu. Idziemy Swen – dodał ciszej. Przeszedł mnie dreszcze. Coś w jego tonie mnie zaniepokoiło, ale nie wiedziałam jeszcze co. Udałam jednak, że jestem zajęta smarowaniem naleśnika nutellą. Już po chwili go nie było.

- Chcesz obejrzeć samochód, Lana? – zapytał George po chwili milczenia

- Nie – odparłam cicho

- Tak myślałem… – chrząknął szofer

- Dziękuję, kolacja była pyszna – wstałam powoli od stołu – Pójdę już do siebie. Jestem zmęczona.

- Oczywiście kruszynko, wyśpij się. Jutro zaczyna się szkoła – powiedziała dobrotliwie Martha

- Może pomogę ci sprzątać? – zaoferowałam się

- Och nie…nie musisz, to moja praca – wyglądała na lekko zdziwioną – ale dziękuję, że zapytałaś – dodała po chwili namysłu

Skinęłam głową i ruszyłam do mojego pokoju. W połowie drogi przystanęłam. Wcale nie miałam ochoty tam iść. Chyba nie zasnę w tym różowym pokoiku dla Barbie. Zawróciłam i wyszłam na taras. Potrzebowałam powietrza. Na dworze było już ciemno, ale wciąż przyjemnie ciepło. Niebo było bezgwiezdne. Usiadłam na leżaku i zamknęłam oczy. Cisza i spokój…szum mini wodospadu mnie uspokajał. Mogłam sobie wyobrazić, że leżę na plaży w Forcie Pint. Lampki oświetlające basen budowały przyjemny nastrój. Leżę na piasku, słyszę rżenie koni i śmiech przyjaciół, zespół gra tajemniczą, magiczną celtycką muzykę, księżyc w pełni oświetla wybrzeże. Ja i Will stoimy po pas w wodzie, przyciąga mnie do siebie za pasek od shortów…jeszcze chwila i mnie pocałuje… Powoli zaczynałam się odprężać. Nagle poczułam coś zimnego i mokrego na policzku. Łzy? Spanikowana zaczęłam szybko wycierać twarz. Za bardzo odpłynęłam. Jestem w will w Los Angeles…daleko…cholernie daleko od wyspy Jorvik…

…Zasnęłam. Nawet nie wiem kiedy. Obudził mnie dotyk czyiś rąk. Delikatna dłoń o długich palcach pogłaskała mnie po policzku.

- Mama… – szepnęłam

- Cii…śpij. Nie chciałam cię obudzić – szepnęła

- Chciałam z tobą porozmawiać… – próbowałam się obudzić

- Domyślam się… – mruknęła, odgarniając grzywkę z mojego czoła. Nagle jej dłoń zatrzymała się w miejscu, gdzie Elizabeth naznaczyła mnie celtyckim znakiem. Usłyszałam jak mama wciąga powietrze. Była druidką, musiała wyczuć znak. W tym mroku nie wiedziałam jej twarzy, ale chyba była zdenerwowana, bo dłoń jej zadrżała. Cofnęła ją szybko. – Dziś jest już późno. Wiem, że masz dużo pytań…ja zresztą też, ale musimy przełożyć tą rozmowę na jutro.

- Ale mamo…

- Za kilka godzin musisz wstać do szkoły – szepnęła mi do ucha i podniosła mnie na ręce – Chyba schudłaś, moja panno – mruknęła

Chciałam coś powiedzieć, ale coraz bardziej odpływałam aż w końcu poddałam się i pozwoliłam porwać się do krainy snu. Chyba byłam bardziej zmęczona niż mi się wydawało.

***

Gdy o 7 rano budził zaśpiewał mi piosenkę Justina Biebera „Baby” poderwałam się z łóżkiem z morderczym odruchem zniszczenia tego „diabelskiego narzędzia”. Od razu się obudziłam…mam nadzieję, że to był powód ustawienia tej piosenki na pobudkę. Innego powodu nie jestem sobie wyobrazić. Po omacku złapałam telefon i szybko zmieniłam dźwięk budzika na pierwszy lepszy normalny dzwonek. Z westchnieniem odrzuciłam telefon i opadłam na poduszki. Misja wykonana…mam już dość, a to dopiero początek dnia.

- Pora na coś bardziej spektakularnego, co Teodor? – podniosłam miśka – Tak…mam na myśli znalezienia czegoś normalnego w tej szafie – prychnęłam – A potem muszę przeżyć ten pierwszy dzień…myślisz, że dam radę? – spojrzałam w jego mądre, czarne, błyszczące oczka – A niech to kaczki zdepczą…chętnie wzięłabym cię ze sobą, ale to chyba byłaby lekka przesada – przytuliłam mocno maskotkę – Opaska musi mi wystarczyć – postukałam ametyst na ramieniu

W końcu wygramoliłam się z łóżka. Drzwi na balkon były otwarte na oścież, więc pokojówka już tu była…albo mama je otworzyła wczoraj w nocy. W każdym bądź razie słońce pięknie świeciło i zapowiadał się cudowny dzień…tak jak większość dni w Kalifornii (jeśli ktoś lubi upał oczywiście). Przekopałam cała szafę i w końcu znalazłam zwykły, dopasowany czerwony t-shirt i zwykłe jeansy. Założyłam do tego zwykłe tenisówki i nawet się nie pomalowałam. Zarzuciłam torbę na ramię i stanęłam przed lustrem. Ciemne, kręcone włosy do połowy pleców (już ich nie prostuję jak kiedyś), duże czarne oczy bez ostrych kresek i doklejanych rzęs (i tak miałam naturalnie długie rzęsy) i opalona, oliwkowa cera…w końcu wyglądałam jak prawdziwa chica española. To ja, nowa, prawdziwa Lana. Kiwnęłam swojemu odbiciu i zeszłam na dół.

- Drugie śniadanie, twoje ulubione bułeczki z dżemem… – Martha już czekała na mnie przy schodach – Lana? – wytrzeszczyła oczy na mój widok – Idziesz tak do szkoły?

- Tak, a co w tym złego? – wzruszyłam ramionami

- Nic – pokręciła szybko głową gosposia – Po prostu już dawno nie widziałam cię tak ubraną…

- To dobrze czy źle? – uniosłam brew

- Bardzo dobrze – przytaknęłam energicznie – No…pani Charlie kazała ci przekazać, że po południu będzie na ciebie czekać w hotelu. – wyglądała na zmieszaną

- W porządku – mruknęłam, biorąc kluczki do mojego porsche z wieszaczka – A tata? O której wrócił?

- Późno w nocy…teraz śpi…

- Niech śpi… – burknęłam, kierując się do garażu. Tata i te jego obiecanki-cacanki – Miłego dnia, Martho.

- Uważaj na drodze! – zawołała za mną gosposia

- Jasna sprawa! – wyszczerzyłam się w uśmiechu i zeszłam do garażu, nucąc pod nosem

Wbrew temu, co myślałam, nie zgubiłam drogi. Złość na rodziców sprawiła, że zapomniałam o strachu i myśli, że pierwszy raz jadę sama do szkoły nowiutkim porsche. Płynnie wjechałam na dobrze mi znany szkolny parking i zaparkowałam w moim ulubionym miejscu w cieniu wielkiego dębu. Poszłam do sekretariatu i odebrałam swój plan lekcji. Nawet nie jest tak źle. Dziś mam chemię, biologię, dwie godziny zajęć sportowych, godzina literatury i hiszpański. Luzik. Odniosłam książki do szafki i wróciłam pod pracownię chemiczną. O dziwo nikt nie zwracał na mnie uwagi, a ja też specjalne nie rzucałam się w oczy. Przez chwilę miałam wrażenie, że ludzie traktują mnie jak nową osobę. Z trudem ukrywałam śmiech. To zabawne jak ubranie może zmienić człowieka.

Do przerwy obiadowej udało mi się funkcjonować inco gnito. Nawet zaczęło mi się do podobać. Na stołówce zadowolona z siebie wzięłam tackę z jedzeniem i ruszyłam do stolika, gdzie zwykle siedzę z dziewczynami, gdy nagle mnie olśniło. Nie mogę tam usiąść. Jeśli chcę pozostać niezauważona, muszę dalej wtapiać się w tłum. O nie, Bill i Tom tu idą! Nie mogą mnie zauważyć! Bill jest głupi jak but, ale Tom na pewno mnie poza…zwłaszcza, że kiedyś poznał mnie bardzo blisko. Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam przed siebie. Usiadłam przy pierwszym lepszym stoliku, plecami do nich i odetchnęłam z ulgą. Przeszli obok mnie.

- Cześć – odezwała się dziewczyna obok mnie, a ja prawie podskoczyłam

- Cześć – uśmiechnęłam się nerwowo – Mogę się dosiąść?

- Właściwie już to zrobiłaś – zauważyła dziewczyna

- No tak… – drżącą ręką założyłam włosy za ucho – Jestem Lana.

Zapanowała cisza. Trzy osoby siedzące przy stoliku patrzyły się na mnie uważnie, jakby skanowały mnie laserem. Przełknęłam ślinę. Ciężko tu zawierać nowe przyjaźnie.

Dziewczyna, która się do mnie odezwała miała długie czarne włosy z fioletowymi pasemkami. Była ubrana w czarną podkoszulkę na ramiączkach i czarne, podziurawione rurki. Na biodrach miała przewiązaną czerwoną koszulę w kratę, a w uszach kolczyki w kształcie trupich czaszek. Nigdy nie rozmawiałam z dziewczynami takiego pokroju, ale wydaje mi się, że nazywa się Caroline. Caroline Dumort. Nienawidzi cheerleaderek, bo według niej robimy z siebie laleczki i zgadzamy się na paradowanie w seksistowskich strojach. Ach tak…zapomniałam wspomnieć, że byłam zastępcą szefowej cheerleaderek.
Chłopak siedzący obok niej był trochę otyły, ale miał sympatyczną, okrągła twarz. Rude włosy wyglądały jakby ich właściciel właśnie wstał z łóżka, a grzywka postawiona do góry sprawiała wrażenie, jakby chłopak robił eksperymenty w sali chemicznej i coś mu wybuchło w twarz. Ubrany był w granatową koszulkę z wizerunkiem Wiedźmina, a na szyi miał przewieszone duże, czarne słuchawki. Palce już miał usmarowane keczupem, ale grzecznie przerwał jedzenie hamburgera, żeby lepiej mi się przyjrzeć. Kevin Ducker, naczelny gracz w rankingu szkolnym. Spławiłam go przy oczach całej szkoły, gdy poprosił mnie na szkolnej dyskotece do tańca. Ostatnia była chuda, wysoka dziewczyna, która wyglądała jakby miała co najwyżej 11 lat. Miał krótkie brązowe, puszyste włosy ścięte do kości policzkowych i różową grzywkę. Przez wielkie sarnie oczy wyglądała trochę jak bezbronne dziecko. Miała na sobie błękitną podkoszulkę z kotem biegnącym po tęczy i różowy sweterek pod kolor grzywki. Ashley Speed. Pamiętam, że na dniach szkoły miała stoisko z komiksami, a David i Bill zamknęli ją kiedyś z kanciapie woźnego, bo dowiedzieli się, że mała boi się ciemności. O w mordzie…jeśli oni dowiedzą się, kim jestem, zamordują mnie. Każdy z nich ma powód, żeby mnie nienawidzić. Oblał mnie zimny pot. Czemu tak długo milczą?!

- Caroline – dziewczyna-emo uścisnęła mocno moją dłoń – Jesteś tu nowa? Nie widziałam cię tu wcześniej.

- Hmm przepisałam się pod koniec tamtego roku szkolnego… – skłamałam lekko – Chyba jeszcze nie poznałyśmy się od tej właściwej strony… – podrapałam się po karku, kombinując jakby tu nie zdradzić swojej tożsamości

- Na to wygląda – pokiwała głową Caroline – To Kevin i Ashley, moja ekipa. Nie jesteśmy zbyt popularni jak widzisz. Jeśli zależy ci na gwiazdorzeniu, to możesz podpiąć się to stolika tych bogatych pięknisiów.

- Caro, nie mów tak, bo ją zrazisz. Właśnie dlatego nie mamy przyjaciół – jęknęła Ashley

- Spokojnie, wcale mnie nie zraziła – puściłam do niej oko – Mnie właśnie nie zależny na gwiazdorzeniu.

- Nie przejmuj się. Caro jest szorstka, ale zyskuje przy bliższym spotkaniu – powiedział Kevin z ustami pełnymi hamburga

- Ja tu jestem – mruknęła Caroline – I nie mów z pełnymi ustami, keczup ci kapie – warknęła i podała mu serwetkę – Czasem są jak dzieci…patrz, ubrudzisz koszule… – jęknęła, patrząc na Kevina

- Ładna koszulka – zwróciłam się do Ashley, która zrobiła się cała czerwona i starała się na mnie nie patrzeć

- Naprawdę? Dziękuje

- Śmieszny kot – uśmiechnęłam się

- To Nyan Cat – zaczerwieniła się jeszcze bardziej – Jestem Otaku.

- Kim? – nie zrozumiałam

- Fanką anime i mangi – przewróciła oczami Caroline – Wiesz, chińskie bajeczki…

- Nie chińskie, tylko japońskie! – oburzyła się Ashley

- Chodzi o te animowane seriale, tak? – spróbowałam załagodzić sytuację

- Tak… – przygryzła wargę Ashley

- Hmm kiedy byłam młodsza chyba oglądałam taką jedną o chłopcu, który chciał być super ninją czy coś w tym stylu…

- Naruto. Wiele osób oglądało to anime w dzieciństwie. To plus pokemony.

- Lubiłam te anime – uśmiechnęłam się, a Ashley w końcu odważyła się na mnie spojrzeć. W jej oczach była radość i wdzięczność, że jej nie wyśmiałam.

- A grałaś w gry o Naruto? – włączył się Kevin

- Niestety nie…

- To żałuj dziewczyno! Wiesz jaka akcja tam się dzieje. Albo Mortal Kombat…to moja ulubiona gra. Gdybyś kiedyś potrzebowała jakieś kody…w jakiejkolwiek grze, to wal śmiało.

- Dzięki, zapamiętam – zaśmiałam się lekko – A ty Caroline?

- Co ja? – burknęła dłubiąc w sałatce

- Jakie jest twoje hobby? – podparłam się na łokciu

- Gram w kapeli rockowej – wzruszyła ramionami – ale nie lubię o tym mówić – zmarszczyła brwi

- Pokłóciła z głównym wokalistą, który jest jej chłopakiem – powiedziała cicho Ashley

- Ashley! To nie jej sprawa! – wkurzyła się Caroline

- W porządku, jeśli nie chcesz to nie musisz mówić – odparłam szybko

- I dobrze, bo nie zamierzam – burknęła dziewczyna. Przy stole zapanowała niezręczna cisza.

- Hej robicie coś po szkole? – odchrząknęłam po chwili

- Caroline ma próbę zespołu i idziemy do niej – wystrzelił Kevin

- Kurde, naprawdę nie możecie mówić o sobie?! Tak bardzo ciekawe jest moje życie? – Caroline odstawiła z brzękiem widelec

- Może Lana mogłaby pójść z nami, jeśli chce… – zaczęła Ashley

- Nie! To zamknięta próba dla wtajemniczonych!

- Ok, ok w porządku – powiedziałam szybko. Teraz się nie dziwię, czemu Ashley powiedziała, że wszystkich odstraszają. – Ale skoro grasz w Wild Wolves to nie masz się czego wstydzić, serio.

- Skąd wiesz…? – Caroline spiorunowała mnie wzrokiem. Kiwnęłam na jej bransoletkę z logo zespołu.

- Mój były chłopak…niedoszły chłopak…ciągnął mnie na wasze koncerty.

- Pewnie średnio ci się podobały ciężkie brzmienia, co złotko? – prychnęła Caroline

- Podobało mi się…był super klimat, wokalista ma świetny głos i byliście dobrze zgrani…ale kiedy w grę weszły narkotyki, już nie było tak fajnie… – mówiłam. Ręce Caroline zacisnęły się w pięści. Kevin i Ashley niespokojnie obserwowali jej reakcję.

- Racja…dragi nas zniszczyły – stwierdziła z dziwnym spokojem

- Bierzesz.

- Nie!

- Starasz się z tym skończyć – zrozumiałam – Dlatego jesteś taka nerwowa…

- Lana, nie…ona sobie poradzi, my jej pomagamy – Ashley błagalnie złapała mnie za rękę – Proszę cię…

- Ash, nie płacz. – westchnęła Caroline – Wiesz, że tego nie cierpię – wzięła ją za rękę. Zdziwiona patrzyłam jak ta opryskliwa dziewczyna zmieniła się opiekuńczego anioła dla Ashley. Niesamowite…jednak ma jakieś uczucia.

- Ale ona wie, wystarczy, że chwilę z tobą porozmawiała… – rozkleiła się Ashley – Nauczyciele też to zauważą.

- Spokojnie, nikomu nie powiem – zapewniłam

- Dlaczego? – Caroline zmierzyła mnie wzrokiem

- Każdy ma swoje demony, z którymi próbuje walczyć – wzruszyłam ramionami i wyciągnęłam z torby paczkę chusteczek – Proszę – podałam je Ashley

- Dzięki Lana. Yo, spoko z ciebie laska – pokiwał głową Kevin – Żółwik?

- Żółwik…ale gdybyście potrzebowali pomocy, to powiedzcie, ok? – powiedziałam pewnie, ale mimo to czułam się głupio. Niby jak mogłabym im pomóc? Widziałam na imprezach osoby, które brały narkotyki, ale nigdy nie próbowałam pomagać takim osobom…bałam się ich, starałam się unikać. Mimo to dla trójka mnie zaintrygowała.

- Dzięki, dajemy sobie radę – Caroline odzyskała rezon

- Ekhm…jaką macie następną lekcję? – postanowiłam zmienić temat

- Zajęcie sportowe – stwierdziła smutno Ashley – Pewnie będziemy grać w siatkówkę.

- Spokojnie Ash, opracowałem już taktykę – Kevin wyjął tableta – Widzisz? Caro będzie cię kryła i żadna piłka nie powinna cie trafić, a będzie wyglądało że grasz. Musisz tylko stać tu na środku – chłopak z dumą pokazywał animację

- A co jeśli będzie przejście, geniuszu? – uniosła brew Caroline

- Musisz zawsze stać za nią – wzruszył ramionami Kevin

- I myślisz, że to takie proste?

- Tak! Caro, będziesz moim obrońcą! Kawii… – pisnęła radośnie Ashley

- Ja z wami zwariuję… – załamała się Caroline, a ja zachichotałam – A tobie co tak wesoło, nowa?

- Jesteście zabawni…tak różni, a jednak się przyjaźnicie.

Nagle drzwi na stołówkę otworzyły się z hukiem i do środka weszły moje koleżanki. O nie…tylko tego mi brakowało. Od razu mnie zauważyły i ruszyły w moją stronę, prowokując wszystkich do odwracania się w ich stronę. Wyglądały jak gwiazdy – wymalowane, w dopasowanych, modnych ciuchach. Sara była wściekła. Znałam ją na tyle dobrze, że wiedziałam, że chce się zemścić za to, że tyle czasu ją ignorowałam.

- Lana złotko, tutaj jesteś – Sara Crowley, szefowa cheerleaderek i naszej małej grupki podeszła do mnie z wrednym uśmiechem. Zmieniła fryzurę. Znowu rozjaśniła końcówki, ale nadal lubiła chodzić w zbyt krótkich spódniczkach i kurtce z futerkiem – Szukałyśmy cię cały dzień.

- No i mnie znalazłyście – zaśmiałam się nerwowo, rozglądając się na boki. Wszyscy zaczęli do siebie szeptać i pokazywać mnie palcami. Dopiero teraz zorientowali się, kim jestem.

- Unikasz z nami kontaktu, Lana? – zapytała Natasha Kirjowa z rosyjskim akcentem. Ładna blondynka o niebieskich oczach i wyglądzie porcelanowej laleczki. Gdyby nie miała tak mocnego smokey eye, sprawiała by wrażenie milszej. Teraz jej makijaż w połączeniu z krótką czarną sukienką mógł być odebrany jednoznacznie.

- Nie, dopiero wczoraj wróciłam do domu i…mój telefon nie miał zasięgu – zaczęłam się tłumaczyć. Co się ze mną dzieje? Przed lustrem ćwiczyłam inną przemowę.

- Patrzcie jak ona jest ubrana – syknęła Jennifer Madison. Głupiutki klon Sary, posłuszny na każde jej skinienie. – To wstyd! Kochana, czy ty nie byłaś na zakupach? – dotknęła mojej bawełnianej podkoszulki

- Zabieramy cię stąd. Potrzebujesz pomocy i to zaraz. – stwierdziła Sara – Widząc jak wyglądasz, wybaczam ci wszystko – przytuliła mnie teatralnym gestem. Przewróciłam oczami – Ten wyjazd na odludzie zrobił z ciebie dzikuskę! Naprawimy cię skarbie! Chodź – pociągnęła mnie za rękę

- Zaraz, ty jesteś Lana Shylund! Ta Lana Shylund!? – zbladła Caroline

- A niby jaka inna? Znasz jeszcze inną Lanę? – zamlaskała gumą Jennifer

- Ty… – wzrok Caroline mnie zabijał

- Przepraszam, ja tylko… – spojrzałam błagalnie na trójkę nowych znajomych, ale Sara szarpnęła mnie za ramię – Gdzie mnie ciągnięcie? – warknęłam do dziewczyn – Musicie robić szopkę przy całej szkole?

- Kto tu robi szopkę? Patrz jak wyglądasz! – popchnęła mnie Natasha – Robimy ci przysługę. Teraz to nawet Bill by na ciebie nie spojrzał, a obie dobrze wiemy, że nie pogardzi żadną dziewczyną.

- O czym ty mówisz? Nigdy nie kręciłam z Billem! Jest głupi jak but… – obruszyłam się

- Nieważne! Jeszcze to nadrobisz. Idziemy na zakupy – zdecydowała Sara

- A lekcje? – prychnęłam. Dziewczyny spojrzały po sobie.

- Olać lekcje! Lana, co się z tobą stało? Kochana, zaczynam się martwić… – wepchnęły mnie do łazienki

- Co wy robicie? – przestraszyłam się

- Jest gorzej niż myślałam. Tak nie możemy się z tobą pokazać na mieście – pokręciła głową Sara – Dobrze, że przypadkowo wzięłam dziś ciuchy na zmianę – westchnęła z ulgą – Jennifer, moja torba… – wyciągnęła rękę

- Ale… – zaprotestowałam

- Wiem, że mamy taki sam rozmiar. No dalej, szybciutko. Musimy ci jeszcze zrobić makijaż – Sara wepchnęłam mi do ręki torbę i zamknęła mnie w kabinie

Zamrugałam oczami. Co tu się dzieje…czy tak wyglądało moje życie? Naprawdę je wcześniej lubiłam? Cóż mogę zrobić…nie wypuszczą mnie, jeśli się nie przebiorę. Wzięłam głęboki oddech i przebrałam się w ubrania Sary. Po chwili wyszłam z kabiny ubrana w obcisłą, skórzaną, czarną spódniczkę, czerwony top z dekoltem i brokatowe bolerko.

- No i pięknie, jeszcze makijaż – zachwyciły się moje koleżanki

Szybko porwały mnie w swoje ręce i już po chwili przed lustrem stała inna Lana…stara Lana, kalifornijska lalunia. To od tej wersji siebie próbowałam uciec. Przełknęłam ślinę. Piękny sen o Jorvik się skończył…zaczęło się zwykłe życie.

 

Tags: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Dodaj komentarz