RSS
 

O tym jak próbuję walczyć ze starymi nawykami, znajomymi i pierwszy raz spadam z konia…

17 sty

Dziewczyny szybko wyciągnęły mnie z łazienki, zanim zdążyłam się dobrze przyjrzeć swojemu „nowemu” wyglądowi”. Dobry Boże…odzwyczaiłam się od takiej wersji siebie. To aż dziwne, że po przyjeździe do Moorland szybko zapomniałam o modnych ciuchach i makijażu, a po powrocie do domu mam taki problem z przystosowaniem się do obowiązującego stylu życia. Halo, mieszkam tu od urodzenia! Nie powinnam się czuć jak agent w obcej skórze! Coś jest zdecydowanie nie tak…

Sara, Natasha i Jennifer wykorzystały chwilę mojej słabości i zaprowadziły mnie na parking. Po drodze rozmawiały wesoło i chichotały głupkowato, jakby w ogóle mnie tu nie było. Jennifer wzięła kolejną gumę i robiła nam selfie. Zaszumiało mi w uszach. Widziałam, jak Jennifer wyjmuje z torebki kluczki do swojego auta. Ścisnęłam kurczowo moją torbę. Musze jakoś odzyskać kontrolę…

- Jedziemy moim autem – powiedziałam zdecydowanie

- Twoim? – dziewczyny obróciły się zaskoczone – Masz auto?

- Tak, tata kupił mi porsche po wakacjach – przełknęłam ślinę i wyjęłam kluczki. Odblokowałam drzwi, a dziewczyny zaczęły piszczeć z zachwytu, gdy zobaczyły, co stoi na parkingu.

- O mamuniu to najnowszy porsche! Widziałam takie w salonie! – piszczała Jennifer wskakując na tyle siedzenie – Jest booooski…a jakie ma miękkie siedzenia…

- O tak, pachnie jeszcze nowością – westchnęła Natasha, rozciągając się na tylnym siedzeniu i kładąc nogi na oparciu pasażera – Ale do czasu, wystarczy, że wpuścisz tu Billa – spojrzała porozumiewawczo na Jennifer i obie wybuchły śmiechem. Skrzywiłam się. Czy ktoś im kiedyś powiedział, że mają koński śmiech? Bez urazy dla koni ma się rozumieć…

- Skarbie, chłopcy oszaleją, kiedy zobaczą to cudeńko – Sara przytuliła mnie od tyłu i cmoknęła w policzek – Dobre posunięcie…

- Nie rozumiem – zmarszczyłam brwi

- Oj Lana…wiem, że ty wiesz, że Tommy lubi takie samochody… – szepnęła mi do ucha, a mnie przeszedł dreszcz – ale zapomnij o nim. Jest zajęty – dodała lekkim tonem. Zanim zdążyłam odpowiedzieć, poklepała mnie po ramieniu i wsiadła na miejsce pasażera. Wszystkie trzy czekała aż ruszymy z parkingu. Wzięłam głęboki oddech, żeby się uspokoić i usiadłam na swoim miejscu. Przekręciłam kluczyk w stacyjce i wyjechałam gwałtownie z parkingu. Dziewczyny piszczały z radości. Nawet nie próbowałam wspominać o pasach, bo i tak by mnie wyśmiały. Założyłam przyciemniane okulary i wbiłam wzrok w jezdnię. Jennifer przechyliłam się przez siedzenie i podłączyła swojego smartphone do odtwarzacza. Chwilę później Justin Bieber leciał na cały regulator. Jęknęłam cicho.

- Więc to ty lubisz Justina Biebera? – starałam się, żeby mój głos brzmiał spokojnie

- Tak, a ty nie? – zaśmiała się i zaczęła śpiewać na cały głos. Jak ona fałszuje…

- Oczywiście, że nie! Przy tym w ogóle nie da się tańczyć! To dobre na randkę! – zawołała Sara, a ja pierwszy raz byłam jej wdzięczna, że powiedziała coś, o czym myślałam – To jest muzyka… – dodała, po czym przełączyła na Nicki Minaj

- A żeby ci się te tipsy połamały… – jęknęłam cicho. Lepsze to niż Bieber, ale mimo wszystko…

- Co mówisz? – zapytała Sara. Na szczęście mnie nie słyszała, bo koleś obok zaczął trąbić.

- Masz śliczny lakier. Musisz mi pokazać salon, w którym zrobili ci paznokcie. – skłamałam lekko

- No i wraca moja Lana! – uściskała mnie Sara – Dalej maleńka, nie mamy całego dnia na stanie w korkach!

- Mówisz masz – mruknęłam i przyspieszyła. Z zadowoleniem patrzyłam jak pęd powietrza zasłonił jej twarz włosami. Wyglądała jak topielica. Dobrze, że na drodze był teraz mniejszy ruch. Oczywiście jak to przystało na pasażerów auta z odkrytym dachem jadących po kalifornijskich drogach, dziewczyny włączyły muzykę na full i zaczęły tańczyć. Niektórzy kierowcy uśmiechali się, inni gwizdali, a jeszcze inni krzyczeli swoje numery telefonu. Przy każdej takiej sytuacji coraz bardziej wbijałam się w fotel i kurczyłam się z sobie. Zaraz spalę się ze wstydu…dobrze, że droga do centrum handlowego nie była tak długa. A może to ja szybko jechałam?

Sara od początku nie próżnowała. Zaciągnęła mnie na rundkę po swoich (przepraszam „naszych”) ulubionych sklepach. Ona, Natasha i Jennifer potraktowały mnie dosłownie jak lalkę Barbie. Umieściły mnie w przymierzalni i wciąż przynosiły nowe ciuchy. Moje oczy robiły się coraz większe, ale i tak nic nie przebiło ekspedientki, która patrzyła się na to wszystko zza lady z mina cierpiętnicy. No tak…będzie musiała to posprzątać, jak wyjdziemy. Najchętniej pewnie by nas stąd wyrzuciła, ale dobrze wie, że Sara jest córką znaczącego biznesmena, Natasha to córka rosyjskiego ambasadora, a ja…no cóż, córka sławnego adwokata. Znała nas wszystkie i wiedziała, że kilka razy w miesiącu robimy taki „nalot bombowy”. Musiała to znieść.

- Zabierz mnie stąd – powiedziałam do niej bezgłośnie, gdy podeszła bliżej poskładać ubrania rzucone na podłogę

- Jesteś tu przetrzymywana siłą? Grożą ci bronią? Szantażują? Ukradły twoją kartę? – zapytała znudzonym głosem

- Nie – mruknęłam, ściągając przez głowę niewygodny, obcisły top

- To obawiam się, że nie mogę nic zrobić, żeby uratować cię od tej katorgi robienia zakupów na wagarach – prychnęła i odeszła

W sumie to nie dziwię się jej. Nie lubiła nas, bo miała przez nas więcej roboty. A ja wcześniej prawdopodobnie zachowywałam się jak moje koleżanki.

- I jak? Wybrałaś coś? – Jennifer wpakowała się do mojej przymierzalni w trzecim z kolei sklepie

- Ubieram się, jeśli jeszcze tego nie zauważyłaś… – burknęłam

- A coś ty taka skryta? Mamy razem szatnię na wf, widziałam cię już w staniku.

- Jennifer…ty nie ćwiczysz, bo boisz się spocić – spojrzałam na nią spode łba

- Ale do szatni wchodzą – powiedziała wesoło po chwili namysłu

- Jak wam idzie dziewczynki? – do szatni zajrzały też Natasha i Sara

- Pięknie ci w tej bluzce… – westchnęła Sara – Podkreśla twoją hiszpańską urodę. Zawsze chciałam mieć taką ciemną karnację jak ty…

- A nie jest zbyt…wulgarna? – zmrużyłam oczy

- No coś ty! Wyglądasz w niej jak prawdziwa tancerka flamenco – cieszyła się Natasha

- Bierzemy – zdecydowała Sara – do tego te shorty i skórzaną spódniczkę…

- Nie – powiedziałam twardo. Dziewczyny zamilkły i spojrzały na mnie zaskoczone. Przełknęłam ślinę. Nie mogłam już tego wytrzymać. – To moja karta i nie będziesz mi mówiła, co mam kupować. – dodałam ciszej

- Natasha odstaw moje rzeczy z przymierzalni na tą kupkę przy kasie – powiedziała Sara, a blondynka natychmiast wykonała jej polecenie – Jennifer? – kiwnęła na brunetkę, która zrozumiała dopiero po chwili, że ma wyjść. Oho… – Lana skarbie…oczywiście, że to twoje karta – podeszła bliżej i zasunęła zasłonkę – ale zawsze ci doradzałam, co masz kupić. Liczyłaś się z moim zdaniem. Coś się zmieniło?

- Nie podobają mi się te rzeczy – powiedziałam odważnie, przyglądając się sobie w lustrze – W szafie mam mnóstwo podobnych. – usta Sary ściągnęły się w dzióbek, a na jej idealnie gładkim czole pojawiła się zmarszczka

- Uwierz mi, że nie…to najnowszy trend na jesień…

- Nie o to mi chodzi! – żachnęłam się – Nie czuję się dobrze w takim stylu…

- Od kiedy… – syknęła, a coś w jej głosie sprawiło, że spojrzałam na odbicie jej twarzy w lustrze – Odkąd wróciłaś z tej dzikiej głuszy, tak? Co oni ci tam zrobili? Pranie mózgu?

- Saro… – przełknęłam ślinę

- Znamy się od podstawówki, Lana. Jesteś moją najlepszą przyjaciółką. Ufamy sobie i mówimy o wszystkim. Mamy podobny styl i gust. Chodzimy razem na imprezy. Zwierzamy się sobie o swoich miłościach i problemach. Wiesz o mnie więcej niż te idiotki…nigdy nie kwestionowałaś moich decyzji…

Ale to nie znaczy, że się ze wszystkim zgadzałam.

- Jesteśmy bogatce, popularne i ubieramy się seksi…jesteśmy boginiami szkoły. Możemy wszystko i mamy w garści wszystkich – syknęła mi do ucha, a ja drgnęła na dźwięk słowa „bogini”. Ja jestem boginią…mam moc bogini Epony. – Jak dwa miesiące mogły cię tak zmienić?! Spójrz na mnie! – zażądała i złapał mnie za podbródek. Jej zimne, zielone oczy patrzyły się wprost w moje. – Zapomnij o tej wyspie. Zapomnij o wszystkim, co tam się działo. Tu jest twoje życie.

- Może… – czułam, że zaczynam się łamać pod naporem jej wzroku

- Więc kupisz te ubrania?

- Nie – mój głos drżał – Te nie, ale widziałam coś innego… – poprawiłam się szybko

- Dobrze…pokaż mi to – Sara próbowała zachować spokój

Wyszłam z przymierzali i wzięłam głęboki oddech. Nogi miałam jak z waty. Nie będę jej marionetką…o nie…szybko znalazłam rzeczy, które Jennifer wcześniej odniosła i wróciłam do koleżanki. Siedziała na pufie z nogą założoną na nogę i piłowała paznokcie. Patrzyła na mnie wyczekująco.

- No dalej, przebierz się – zażądała

Zgrzytając zębami przebrałam się w ubrania. Ku mojej uldze wyglądałam znacznie lepiej. Czerwona luźna koszulka na ramiączka w stylu hippisowskim, włożona dłuższe shorty w kwiatowy wzór oraz kobaltowy dłuższy kardigan i letnie kozaki. Dziewczęco, modnie, ale nie wulgarnie. Skrzyżowałam ręce i posłałam jej wyzywające spojrzenie.

- No nieźle…delikatna, cukierkowa laleczka – Sara przesunęła palcem po brodzie – Ok, kupuję to. Zobaczmy jak długo w tym wytrwasz – prychnęła, wstała i minęła mnie ostentacyjnie w przejściu

Zakupy można uznać za zakończone. Dziewczyny wyszły ze sklepu z wielkimi torbami, ja z jedną, ale i tak byłam zadowolona z zakupu. Od razu przebrałam się w ten komplet i oddałam rzeczy Sarze. Wyglądało na to,  że zdołałam ją udobruchać, ale to tylko pozory. Zbyt dobrze znam Sarę. Nie posłuchałam jej. Bunt na podkładzie. Mogę spodziewać się zemsty w najmniej odpowiednim czasie. Na razie jednak udawała kochaną i słodką przyjaciółkę. Zaprosiła nas do Starbucksa. Zamówiłyśmy cztery kawy i usiadłyśmy przy naszym ulubionym stoliku z końcu sali. Dziewczyny od razu wyjęły telefony i zaczęły pisać statusy na Facebooku, Twitterze i Bóg wie czym jeszcze…

- Lana, a ty gdzie masz telefon? – zapytała nagle Jennifer

- Zostawiłam w domu – wzruszyłam ramionami, a koleżanki zamarły

- No coś ty! – przejęła się Jennifer – Zapomniałaś o phonie?! Ja bym od razu po niego wróciła…wariuję bez mojego phona…

- Ładował się kiedy wychodziłam, więc… – zmieszałam się

- A kogo my tu mamy! Nasze gorące laseczki! – w Starbucksie niespodziewanie zjawił się Tom, Bill i David

- Czeeeść! – zawołały słodko dziewczyny – W samą porę, chodźcie… – Sara przysunęła się do Natashy, robią im miejsce

Bill od razu wepchnął się między nie, wziął Sarę na kolana i zdjął ciemne okulary. Jego blond włosy z przesadzoną ilością żelu były zaczesane do tyłu, a czarna skórzana kurtka w zamyśle miała mu dodać gangsterskiego szyku. Zemdliło mnie na myśl, że przypomina trochę Williama. David usiadł jak na tronie i rozciągnął ręce na oparciu kanapy. Firmowy top z Nike podkreślał jego wyrzeźbiony brzuch i muskularne ręce. Ciemnoskóry chłopak przesunął ręką po swoich krótko ostrzyżonych włosach i wyszczerzył się do nas w uśmiechu. Tom wsunął się na miejsce obok, spojrzał się na mnie i uśmiechnął się nieśmiało, co mnie zdziwiło. Mimo to odwzajemniłam uśmiech. Wyglądał najspokojniej z całej trójki. Ubrany w czerwoną podkoszulkę i szorty wyglądał jakby właśnie wracał z plaży. On też był umięśniony i opalony. Pewnie całe wakacje grał z siatkówkę plażową z Davidem.

- Wow Lana…wyglądasz…inaczej – powiedział z podziwem

- Co to znaczy? Lepiej czy gorzej? – napiłam się kawy

- Lepiej…zdecydowanie – pokiwał głową, nie odrywając ode mnie wzroku. O mało nie zakrztusiłam się kawą. Jennifer, która siedziała obok mnie przewróciła oczami i szturchnęła w bok.

- Hej ludzie robię jutro imprezę na pożegnanie wakacji! Rozumiem, że wszyscy będą – przerwał nam Bill

- Pewnie, że tak! Nie ma innej opcji! – ucieszyła się Jennifer

- Ale pożegnanie wakacji tak smutno brzmi… – Sara zrobiła minkę smutnego psiaka

- Nie bój żaby skarbie – Bill cmoknął ją głośno w szyję, zanim Sara trzepnęła go w rękę – Zakończenie wakacji, ale początek sezonu imprez! Studenci wracają do college.

Świetnie…przetarłam twarz ręką. Zauważyłam zaciekawione spojrzenie Toma. Chrząknęłam i podniosłam się z miejsca. Nie zniosę już tej pustej rozmowy.

- Przepraszam, ale muszę już lecieć. Umówiłam się z mamą.

- Lana, chłopcy dopiero przyszli… – zaprotestowała Natasha

- Przepraszam, ale nie chcę się spóźnić. Zobaczymy się potem.

- A kto nas odwiezie? – Sara utkwiła we mnie wzrok. Przeszedł mnie dreszcz

- Skoro chłopcy już przyszli… – wzruszyłam ramionami, czując, że żołądek wiąże mi się w supeł pod wpływem jej spojrzenia. Znowu jej podpadłam.

- Nie ma sprawy. Z chęcią odwieziemy dziewczyny – mrugnął do mnie David

- Widzimy się w klubie jeździeckim? – zawołała za mną Jennifer

- Jasne! – odkrzyknęłam i już przedzierałam się do wyjścia. Czułam, że wzrok Sary wypala mi dziurę w plecach. Z ulgą wypadłam z baru i popędziłam na parking. Niektórzy ludzie patrzyli się na mnie dziwnie, ale nie zatrzymywałam się. Dopiero gdy wsiadłam do auta, zapięła pasy i odpaliłam silnik, poczułam się lepiej. Przyłożyłam czoło do kierownicy, próbując złapać oddech. To szaleństwo, ta tortury…jak mogłam tak żyć? Założyłam okulary, napiłam się wody (zasłodziłam się tą karmelową kawą) i wyjechałam z parkingu (tym razem nie jak pirat drogowy). Mama…czeka mnie trudna rozmowa.

***

Wjechałam na parking hotelu i zaparkowałam na miejscu dla pracowników obok SUV-a mamy. Ochroniarz dobrze mnie znał, więc tylko skinął głową, gdy go mijałam. Skierowałam się do razu do recepcji.

- Dzień dobry Sharon, mama u siebie?

- Dzień dobry, Lana – kobieta obdarzyła mnie swoim firmowym uśmiechem – Tak, zaraz cię zapowiem. Chodź.

Podążyłam za nią do biura. Lubiłam tu przychodzić, gdy byłam mała. W hotelu zawsze się coś działo i mimo, że mama nie miała dla mnie czasu, potrafiłam sobie znaleźć zajęcie. Czasem pomagałam pokojówkom, innym razem patrzyłam jak kucharz przygotowuje dania…albo siedziałam na recepcji z Sharon i rysowałam konie. Rysowałam konie na wszystkim…teraz już wiem, skąd u mnie takie zamiłowanie do tych zwierząt.

- Pani kierownik, przyszła pani córka – Sharon zajrzała do gabinetu mamy

- Dobrze, niech wejdzie – odpowiedziała cicho mama

Sharon skinęła mi głową i weszłam do cichego, przytulnego gabinetu. Byłam dumna z mamy, że jest kierownikiem 5-gwiazdkowego hotelu, że jest prawdziwą bizneswoman. Mimo, że przez to nie miała dla mnie czasu. Praktycznie wychowywali mnie Martha, George i reszta pracowników domu. Ale mama była kimś…hotel pod jej kierownictwem dostał dwie gwiazdki rok po roku. Patrzyłam jak siedzi przy biurku w idealnie skrojonym żakiecie i perfekcyjnie upiętym koku. Ten obraz mamy tak cholernie nie pasował mi to obrazu Charlie Hoffer z Moorland, że to aż boli…Co się stało, że tak się zmieniła? Widać nie tylko ja przeszłam metamorfozę po przyjeździe z Jorvik. Tylko, że ja chyba zmieniłam się na lepsze…

- Siadaj Lana, muszę tylko dokończyć to pismo i już będziemy rozmawiać. Dosłownie minutka… – mruknęła, nie odrywając pióra od kartki

Skinęłam głową i osunęłam się na krzesło. Powiesiłam torbę na oparciu i zapatrzyłam się w przestrzeń. Mój wzrok wędrował po regałach pełnych książek i segregatorów. Pamiętam jak ścigałam to wszystko i oglądałam, mieszałam…mama była wtedy wściekła i kazała Sharon zabrać mnie do siebie. O tak…byłam wtedy jak „żywe srebro”. Tak kiedyś określiła mnie Martha. A teraz? Zdjełam okulary i wytarłam pojedynczą łzę. Nie rycz Lana, no już…

- Już, gotowe – mama odłożyła kartkę i w końcu na mnie spojrzała – Och…widzę, że wracasz do starych nawyków.

- Starych nawyków? – powtórzyłam powoli, mrużąc oczy

- Dzwoniła dyrektorka twojej szkoły. Uciekłaś już pierwszego dnia? Litości, Lana… – westchnęła znużona – Gdzie byłaś? Na zakupach? No tak…nowe ciuchy… – potarła skroń

- Zawsze taka byłam? – przerwałam jej

- Nie rozumiem – zmarszczyła brwi

- Zawsze byłam taką pustą, zepsutą, rozpieszczoną nastolatką? – spojrzałam jej w oczy. Mama wytrzymała moje spojrzenie. Przysunęła się do biurka i splotła dłonie.

- Nigdy nie byłaś – powiedziała po chwili

- Więc czemu przyjaźnię się z takimi ludźmi jak Sara, Natasha czy Jennifer…

- Bo rozpaczliwie pragniesz miłości ojca… – westchnęła smutno i pokręciła głową

- Teraz to ja nie rozumiem – warknęłam

- Posłuchaj Lana – mama wbiła we mnie spojrzenie – Od dziecka byłaś urodzoną indywidualistką. Miałaś własny świat i swoje kredki. Zawsze wiedziałam, że masz dużą wyobraźnię, fantazję…już w przedszkolu sama dobierałaś sobie towarzystwo i kiedy coś ci się nie podobało rzucałaś klocki i wychodziłaś – machnęła rękę – Tak…miałam charakterek i często miałam przez to problemy – uśmiechnęła się półgębkiem, a ja słuchałam jej jak zaczarowana – Nie wszystkie dzieci cię lubiły, ale ty miałaś to w nosie. Nie chciałaś się na siłę nikomu przypodobać.

- To coś się chyba pozmieniało… – parsknęłam zażenowana

- Nie, daj mi skończyć. Zawsze broniłaś słabszych…naturalnie przyciągałaś ludzi swoją dobrocią, wesołością, poczuciem humoru…i dawałaś im bezpieczeństwo. Twoja przedszkolanka mówiła mi, że bawiłaś się Superwoman i ratowałaś dziewczynki przed chłopcami, którzy sypali je piaskiem w piaskownicy…Niecierpliwa, buntownicza, dociekliwa i uparta dziewczynka…to moja córeczka. Miałaś swoje reguły gry już jako dziecko.

- Więc dlaczego…?

- Sarę poznałaś w podstawówce. Była jedną z dziewczynek, które „ratowałaś z opresji”. Ubóstwiała cię. – powiedziała mama, a mnie zatakało

- Chyba sobie jaja robisz… – odparłam, zanim ugryzłam się w język. Mama uniosła brew, ale nie skomentowała tego. – Przecież teraz…

- Ludzie zmieniają się, kiedy dorastają.

- Ale Sara…

- Sara się zmieniała, a ty chciałaś być lojalna wobec niej, więc starałaś się dostosować.

- Powiedziałaś, ze zawsze byłam indywidualistką.

- Tak, ale nie tym razem…przyjaźniłaś się z Sarą i jej koleżankami, udawałaś, że jesteś jedną z nim, bo twój ojciec tego chciał.

- Słucham?! – krzyknęłam

- Uspokój się…ojcowie tych dziewczyn to przyjaciele twojego ojca i wydaje mi się…w sumie to jestem pewna, że przyjaźniłaś się z dziewczynami, bo chciałaś się przypodobać ojcu. Chciałaś w końcu zasłużyć na jego uwagę.

- To jest…

- Chore, wiem o tym. To moja wina, że dopuściłam do tej sytuacji. O to głównie kłóciłyśmy się przed twoim wyjazdem. Uważałam, że powinnaś w końcu zerwać kontakty z tym towarzystwem. Męczysz się, nie pasujesz do nich. Ty jednak uparcie obstawałaś przy swoim. Nie mogłam na ciebie wpłynąć…nie ukrywam, że nie mamy ze sobą dobrych kontaktów. Ja też nie poświęcałam ci dużo czas… – dodała cicho i wbiła wzrok w podłogę

- To niemożliwe. Nie wierze ci – pokręciłam szybko głową

- Lana…

- Byłam taka fałszywa i obłudna?! Dlaczego miałabym udawać, że podoba mi się to, co robią? Nie wyobrażam sobie siebie jak paraduje w tych durnych plastikowych ubrankach, chodzę na podejrzane imprezy, słucham Justina Biebera, śpię z różowym jednorożcem i…ranię najbliższych – gotowało się we mnie ze złości. To nie prawda. Nie mogłam się tak zachowywać dla taty. Nie pozwoliłabym, żeby on wybierał mi znajomych. Nie…

- Uparłaś się, że dasz radę udawać. Chciałaś za wszelką cenę należeć do tej paczki – mama w zamyśleniu zaczęła się bawić figurką stojącą na jej biurku – ale i tak od nich odstawałaś. Denerwowało cię to, bo czym bardziej się starałaś tym bardziej ci nie wychodziło i czułaś się z tym sztucznie…coraz częściej wybuchałaś złością, buntowałaś się…

- Ale tkwiłam w tym po uszy i nie chciałam się wyplątać, tak? Bałam się postawić Sarze i z tym skończyć. Jestem tchórzem. To chcesz mi powiedzieć? – czułam, że do oczu napływają mi gorące łzy. Próbowałam z nimi walczyć. Bezskutecznie. – Powiedz mi tylko jedno…czemu teraz już nie potrafię udawać? – zapytałam i nawet dla mnie mój głos brzmiał żałośnie. Przez łzy widziałam zmartwioną twarz matki.

- Musisz zrozumieć Lana, że każdy człowiek nosi maski… – powiedziała cicho i wzięła mnie ostrożnie za drżącą dłoń – ale przychodzi taki moment, kiedy nie wytrzymujemy i przychodzi pora, żeby zrzucić maskę. Takie działanie to akt odwagi, niewiele się na niego decyduje, bo niesie za sobą pewnego ryzyko. Kiedy raz zdejmiesz maskę, nie możesz jej z powrotem założyć. – zakończyła poważnie

- Ja nawet nie chcę…czuję, że tu nie pasuję…to nie moje życie. Wyspa Jorvik to moje życie – przyznałam pod wpływem impulsu. Mama odetchnęła ciężko – Co mam zrobić?

- Wydaje mi się…że osiągnęłaś na wyspie Jorvik swój cel – mama ostrożnie dobierała słowa – a także odnalazłaś siebie. Teraz musisz być twarda i dzielna. Proś Morrigan i Eponę o siłę i moc, one zawsze ci pomogą… – zniżyła głos do szeptu. Wytrzeszczyłam oczy, bo nie spodziewałam się takiego wyznania od matki. Nigdy nie mówiła o żadnej religii, wierzeniach czy nawet mitach, a teraz nagle przyznaje się do wiary w celtyckich bogów. Otworzyłam usta, żeby coś powiedzieć, ale w tym momencie drzwi do gabinetu otworzyły się.

- Pani Shylund, przyjechał nasz gość specjalny – poinformowała Sharon

- Już idę – matka puściła moją dłoń, wstała i zapięła żakiet – Przepraszam Lana…miałyśmy porozmawiać o czymś innym. Dokończymy tą rozmowę w domu.

- Zdecydowanie – pokiwałam głową, wciąż będąc w szoku

- Gdzie teraz jedziesz?

- Do klubu jeździeckiego. Muszę pojeździć konno, bo zwariuję.

- Dobrze – zgodziła się mama. Chyba chciała powiedzieć coś jeszcze, ale obecność Sharon jej przeszkadzała, bo pokręciła tylko głową i wyszła z gabinetu. Zabrałam moją torbę i również wyszłam.

***

Klub jeździecki „Arabic champions” znajdował się na peryferiach miasta niedaleko plaży. Często jeździłam tam na konne wycieczki. Lubiłam jeździć po plaży przy zachodzącym słońcu. Sara cieszyła się, bo mogła podziwiać opalonych surferów, a ja zostawiałam ją i po prostu galopowałam. Właściwie to był jedyny moment, gdy nie trzymała mnie przy sobie kurczowo. Wydaje mi się, że bała się tego, że zwracam większą uwagę moją hiszpańską urodą, co oczywiście było nieprawdą. Sara po prostu była zazdrosna. Z niecierpliwością zamknęłam auto i pobiegłam do klubu. Dziewczyn chyba jeszcze nie było. W szatni zorientowałam się, że nie wzięłam kluczyka do szafki, więc przebrałam się w ubrania, które wzięłam rano z domu – czerwony t-shirt i jeansy.

- Lana Shylund, dawno cię u nas nie było – uśmiechnęła się stajenna

- Wczoraj wróciłam z wakacji – wytłumaczyłam

- I od razu przyszłaś pojeździć, co? To chyba twoja prawdziwa pasja… – zachichotała

- To moja życie… – pokiwałam głową – Mogę iść do boksu Winterknighta?

- Gdzie? – zdziwiła się

- Persefony, oczywiście, że Persefony… – zaśmiałam się nerwowo. Jak mogłam zapomnieć imienia mojej klaczy? Cóż, zapominam już tylu rzeczy, że nie powinnam się dziwić.

- Tak, jest w swoim boksie. Niedawno wróciła z wybiegu. – stajenna odłożyła łopatę i wiadro na miejsce – Zaraz ją przygotuję do jazdy…

- Nie trzeba, poradzę sobie – uśmiechnęłam się

- Ok…Masz zamiar jeździć w takim stroju? – zmarszczyła brwi

- Coś z nim nie w porządku? Jest wygodny.

- Jak uważasz… – wzruszyła ramionami – Kto bogatemu zabroni? – mruknęła pod nosem

Puściłam tą uwagę mimo uszu i ruszyłam do boksu mojej klacz. Persefona stała spokojnie i przeżuwała od niechcenia paszę. Była okazałym koniem arabskim o ślicznej, błyszczącej kasztanowej sierści. Dobrze o nią dbali pod moją nieobecność. Właściwie to zawsze dbają. Po to są tu stajenni. Czyszczą nasze konie, karmią je, wyprowadzają na wybieg i przygotowują do jazdy. Właściciel przychodzi „na gotowe”, nie ma dużych szans na nawiązanie więzi z koniem. Nie to co na wyspie Jorvik. Tam koń był prawdziwym przyjacielem człowieka i każdy jeździec poświęcał swojemu koniowi wiele uwagi. Nawet Tori czy Catalina…

Ze smutkiem zauważyłam, że klacz w ogóle nie cieszy się z mojego przyjścia. Z obojętnością przyjęła to, że ją pogłaskałam i oporządziłam. Mój entuzjazm z jazdy słabł z minuty na minutę.  W końcu naburmuszona wyprowadziłam Persefonę z boksu i wsiadłam na nią. Siodło może było dopasowane i miękkie, ale to nie sprawiało, że siedziała mi się wygodnie na jej grzbiecie. Westchnęłam i skierowałam klacz na ujeżdżalnię. W tym momencie zobaczyłam Sarę i Jennifer, które wyjeżdżały na swoich koniach. O nie…nie mam nastroju na spotkanie z nimi. Pewnie chcą się przyłączyć do zastępu jednej z instruktorek na krytej ujeżdżalni. Zawróciłam i wyjechałam na parkur. Obawiam się, że nie potrafię już jeździć w zastępie…nie po tych dzikich przejażdżkach z Winterknightem. Po krótkiej rozgrzewce wybrałam się na tor do skoków. Może nie miałam z Persefoną tak dobrego kontaktu jak z moim achał-tekinem, ale muszę przyznać, że skakała jak zawodowiec. Dlatego właśnie wygrywałam na niej licznej konkursy…Pamiętam dzień, w którym tata mi ją kupił. To były moje 11 urodziny. Zabrał mnie rano do stajni, pokazał boks i powiedział, że od tej pory będę się uczyła jazdy na własnym koniu. Wtedy Persefona wydawała mi się najpiękniejszym i najmądrzejszym koniem na świecie. Teraz miałam wrażenie, że jeżdżę na koniu-robocie, który bez najmniejszego sprzeciwu wykonuje moje polecenia. Cała radość z jazdy prysła…

Pokonałyśmy ostatnią stacjonatę i zatrzymałam Persefonę. Zmęczyłam się…wyżyłam się…czułam się trochę lepiej. Spięłam klacz i zebrałam wodze, gdy niespodziewanie mój koń zarzucił łbem i zaczął się wyrywać.

- Co ty robisz? Hej, spokojnie! – przestraszyłam się – Prr…dobry koń… – może coś ją przestraszyło. Skróciłam wodze, a klacz zaczęła się jeszcze bardziej szarpać

- Shylund, czy ty na głowę upadłaś?! – na parkur wjechała szefowa klubu – Jak ty wyglądasz?

- Przepraszam, nie rozumiem, o co… – mówiłam jednocześnie starając się zapanować nad koniem

- Co ty robisz? – syknęła kobieta. Wystawiła swój bacik przed nos Persefony, a ta natychmiast się uspokoiła – Gdzie twój żakiet, bryczesy, sztyblety, toczek…cała reszta? Zapomniałaś, jak wyglądają klubowiczki?

- Zapomniałam kluczyka do szafki – przyznałam niechętnie. I bardzo dobrze! Nie miałam ochoty przebierać się w ten śmieszny jedwabny strój i zbędne gadżety. Naprawdę nie potrzebuję bacika, żeby zapanować nad koniem! A może jednak…?

- Masz szczęście, że to dopiero pierwszy dzień po wakacjach… – mruknęła kobieta – Mogę przymknąć na to oko, ale następnym razem za brak subordynacji nasz regulamin przewiduje karę. To prestiżowy klub. Nasz wizerunek nie może ucierpieć. Tutaj jeżdżą największe gwiazdy.

- Tak wiem, proszę pani. Przepraszam.

- I popuść te wodze! To tresowany koń, nie musisz go trzymać za pysk jak dzikiego mustanga. Nie dziwne, że twoja klacz się wyrywa. Więcej gracji i finezji… – dodała

Przewróciłam oczami i zastosowałam się do poleceń. Dyrektora zadowolona zabrała bacik i zebrała wodze.

- Obserwuję cię Shylund – powiedziała na odchodnym, a we mnie zagotowało się ze złości

Tak się nie da jeździć! Pod ciągłą kontrolą! Niczym w Amazon Girls! Choć mimo wszystko wolę tamten klub nawet pod rządami Cataliny. One chociaż potrafiły porządnie jeździć…Zawróciłam Persefonę i pogalopowałam w stronę lasu. Klacz najwidoczniej już dawno nie biegła tak szybko, bo wkrótce zaczęła dyszeć i sapać. Jechałam dalej i nie zwalniałam. Byłam wściekła. Persefona zaczęła się szarpać, ale trzymałam ją mocno. I nagle stało się coś, czego się nie spodziewałam. Klacz stanęła dęba i zaczęła wierzgać, jakby była bykiem na rodeo. Pisnęłam zaskoczona. Wodze wyleciały mi z rąk, a ja…spadłam wprost w krzaki. Przez chwilę po prostu leżałam i patrzyłam się w koronę drzew nade mną. Spadłam z konia…pierwszy raz koń mnie zrzucił…podniosłam się do pozycji siedzącej i odszukałam wzrokiem klaczy. Stała przy drzewie i skubała trawę. Wybuchłam płaczem, czym zaskoczyłam samą siebie. W tym momencie czułam się bezradna, beznadziejna i bezużyteczna. Nie mogę się tu odnaleźć, nic mi nie wychodzi…objęłam się ramionami i ryczałam dalej. Co ze mnie za bogini Epona skoro nie potrafię dogadać się z koniem? A może tylko z Winterknightem miałam taką niepowtarzalną więź? Co ja bym dała, żeby znowu przytulić się do jego miękkiej, czarnej sierści…

Chwilę trwało zanim się uspokoiłam. W końcu musiałam się podnieść i wrócić do klubu. Wytarłam twarz podkoszulką i dopiero teraz zauważyłam, że mam podrapane do krwi ramiona. Nawet tego nie poczułam…w sumie rany tak bardzo mnie nie bolały jak serce. Tęsknię za moimi przyjaciółmi, za Winterknightem, za Willem, za Jorvik…tęsknota dokucza bardziej niż ból fizyczny…

***

Szybko wróciłam do klubu i odstawiłam Persefonę do boksu. Na szczęście nie spotkałam nikogo znajomego, bo pewnie nie uniknęłabym opowieści o mojej przygodzie. Moja reputacja wspaniałej Lany medalistki i zaklinaczki koni ległaby w gruzach. Jak mogłam pozwolić, żeby mnie zrzuciła? Byłam zła…ale teraz już głównie na siebie. Zapomniałam, że Persefona jest o wiele delikatniejsza niż Winterknighta i nie znosi szarpania. Zasłużyłam sobie na to. Jednak gdy ją czesałam, zauważyłam, że klacz posyła mi przepraszające spojrzenie i puka mnie nieśmiało chrapami.

- Przepraszam, to wszystko moja wina… – westchnęłam, drapiąc ją za uchem – Zostawiłam cię na całej wakacje. Za bardzo przyzwyczaiłam się do Winterknighta…ale to nie znaczy, że już cie nie lubię, wiesz? – głos mi zadrżał. Wiedziałam, że ona mnie słucha i rozumie. – Po prostu…daj mi czas, ok? Wszystko się zmieni, obiecuję. Damy radę, tak? Mam tylko ciebie…tylko tobie mogę się wygadać. Daj mi jeszcze jedną szansę, proszę… – przytuliłam się ostrożnie do jej boku. Klacz parsknęła, a po chwili poczułam, jak kładzie mi łeb na plecach. Poczułam jak kamień spada mi z serca. Przynajmniej udało mi się z nią porozumieć. – Wrócę jutro i zaczniemy wszystko od nowa. Na spokojnie… – pogłaskałam ją i podałam marchewkę. Zadowolona klacz zjadła smakołyk, liżąc mnie po palcach. Uśmiechnęłam się mimowolnie. Może jest jeszcze jakaś szansa? Wzięłam swoją torbę i nie przebierając się, wróciłam na parking. Zapadłam zmierzch. Byłam obolała, zmęczona i marzyłam o kąpieli i łóżku…za dużo emocji jak na jeden dzień…

Cieszyłam się, kiedy dojeżdżałam do domu. Naprawdę liczyłam na odpoczynek…dlatego, gdy już z daleka usłyszałam głośną muzykę i zobaczyłam migoczące światła dyskotekowe w moim pokoju zrobiło mi się słabo. Pilotem otworzyłam bramę i pełna niepokoju wjechałam na teren posesji. Zatrzymałam auto i wyskoczyłam z niego, plącząc się w pas. O nie…tego się obawiałam. W zapadających ciemnościach rozpoznałam samochody Sary, Billa i Davida. Nogi się pode mną ugięły i musiałam się podeprzeć na aucie. A więc to jest zemsta Sary…Wpadłam do domu jak burza.

- Martha, ¿qué está pasando?! /Co się dzieje?/ – krzyknęłam

- Twoi znajomi…mówili, że zaprosiłaś ich na imprezę i zaraz przyjedziesz…chcieli, żeby ich wpuścić – przestraszyła się gosposia – Zawsze mówiłaś, że mogą do ciebie wchodzić, więc…

- Voy a mostrarles una fiesta! /Ja im pokażę imprezę!/ – kipiałam ze złości

Zanim Martha zdążyła coś powiedzieć pobiegłam do swojego pokoju, klnąc po drodze po hiszpańsku. Musiałam wyglądać jak bogini wojny, bo kiedy otworzyłam z rozmachem drzwi, wszyscy wytrzeszczyli na mnie oczy. Wyłączyłam muzykę i spojrzałam na nich wzrokiem mordercy.

- ¿Qué está pasando?! – krzykęłam

Bill zakrztusił się piwem, David puścił Natashę, która upadła na łóżko, Jennifer wyleciał telefon i nie zdążyła zrobić selfie, a Toma zupełnie zamurowało. Kilkoro innych znajomych, których ściągnęli zamarło w konsternacji. Tylko Sara wyglądała na opanowaną. Uśmiechnęła się szyderczo i odezwała się słodkim głosem.

- Jak to co skarbie? Robimy imprezkę…jesteś w samą porę. Co z tymi darmowymi drinkami, które obiecałaś.

Zamroczyło mnie za złości. Zamrugałam i cofnęłam się krok do tyłu. Mój pokój wyglądał jak jedno wielkie pobojowisko…wszędzie wlały się czipsy, popcorn, paluszki, czuć było smród papierosów i alkoholu. Tylko spokojnie Lana. Oddychaj. Goście zaczęli szeptać między sobą.

- Ej co nagle zrobiło się tak cicho? To może ja zmienię na coś szybszego… – Bill ruszył do wieży, ale David zatrzymał go za ramię i popchnął do tyłu – O Lana! Piwko czy coś mocniejszego? – zapytał jak gdyby nigdy nic

Zacisnęłam ręce w pięści. No nie…zabiję ich…

 

Tags: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Dodaj komentarz