RSS
 

O dwunastu uderzeniach zegara i o tym, jak kolejny raz znalazłam się w niewłaściwym miejscu w złym czasie…

19 sty

20 października 2020

Szkolne życie po przerwanym meczu powoli zaczynało wracać do normy. Wczoraj Gryffoni i Ślizgoni rozegrali powtórkę meczu i ku wielkiej radości połowy szkoły, wygrał Gryffindor. Leonard prawie pękał z dumy, gdy wszyscy chwalili go za piękną akcję na stadionie. No cóż, Crouch zawsze umie zrobić wokół siebie teatrzyk. Musze jednak przyznać rację, że bardzo spektakularnie złapał znicz. Właściwie to miał więcej szczęścia niż rozumu, bo chcąc wyprzedzić szukającego ze Slytherinu, zeskoczył ze swojej miotły jak Batman i złapał złoty znicz w locie. Profesor Hopeson zmył mu w szatni za to głowę, ale nic nie mogło przyćmić radości z pierwszego wygranego w tym sezonie meczu.  Ja też się cieszyłam, bo dzięki temu incydent z moim bojowym wkroczeniem na boisko poszedł w niepamięć. Wszystko wróciło do normy. Nawet to, że jak zwykle zawalałam eksperymenty u Zynoxa…

Dzisiaj musiałam zostać  na przerwie obiadowej i za karę pomagać mu segregować fiolki z elisksirami-bazą na następną lekcję z uczniami z czwartego roku.

- Może w końcu się czegoś nauczysz…chociaż szczerzę wątpię, Socretto – mruczał gniewnie, pochylony nad skrzynią

- Nigdy nie można się poddawać, panie profesorze – zasugerowałam nieśmiało, bawiąc się nerwowo piórem i podkładką z pergaminem. Źle się czułam w tej ciemnej sali…a gdy musiałam zostać tu sam na sam z Zenobim Zynoxem, czułam się jak spięta jak królik – w każdej chwili gotowa do ucieczki.

- Owszem Socretto, wytrwałość to piękna rzecz…ale oprócz samozaparcia, w eliksirach potrzebna jest jeszcze odrobina talentu i tak zwanej iskry…no gdzie ja to schowałem… – sapał, przekopując dalej swoją skrzynię. Usłyszałam brzęk szkła.

- Ja według pana profesora nie mam takiej iskry? – zmarszczyłam brwi

- Weź to – w końcu wynurzył się z czeluści swojego magazynu i podał mi fiolkę z błękitną substancją, która mieniła się przy każdym wstrząśnięciu – Zapisz, że na stanie mam takich pięć.

- Co to jest? – zapytałam, biorąc niechętnie przedmiot i uważając, żeby przez przypadek nie dotknąć jego kościstych palców

- Tak Socretto, uważam, że ty nie masz do tego drygu, a po mojej klasie poruszasz się jak…

- Czemu tak ładnie się błyszczy? Do czego to służy? – zasypałam go pytaniami, ignorując fakt, że zwyczajnie mnie obraża

- Ślaz to jeden ze składników podstawy eliksiru wielosokowego – mruknął w końcu nauczyciel

- Czy to ten eliksir, dzięki któremu można zamienić się na jakiś czas w daną osobę? – zapytałam, zapatrzona w blask, który bił z substancji

- Tak…widzę, że jednak coś czytasz na temat eliksirów. Szkoda, że nie skupisz się na tym, co aktualnie przerabiamy w klasie – zmrużył oczy i szybkim ruchem zabrał mi fiolkę z dłoni. Niechcący dotknął mojej dłoni, a ja wzdrygnęłam się, bo był zimny jak lód. W sumie to nie powinnam się dziwić, skoro całe dnie spędza w tym lochu. Mimo to poczułam, że żołądek zaciska mi się w supeł. – Chyba będziemy się tu częściej widywać… – po kręgosłupie przeszedł mnie dreszcz. Po moim trupie!

Zynox wrócił do składziku, żeby odłożyć kufry. Zostawił na biurku fiolkę ze ślazem. Kuszące…gdybym go wzięła i zrobiła prawdziwy eliksir wielosokowy mogłabym zakraść się do pokoju wspólnego Slytherinu i podsłuchać rozmowy Scorpiusa. Może nawet zapytałabym go o tego smoka? Zanim zdążałam to przemyśleć, moja ręka sama wyskoczyła po fiolkę i wepchneła ją do kieszeni szaty.

- To wszystko, pani profesorze? Chciałabym jeszcze wejść na stołówkę, bo może zdążę coś zjeść przed dzwonkiem. – zapytałam głośno, starając się ukryć zdenerwowanie

- Zjeść? Ach teraz jest przerwa obiadowa…faktycznie – zasępił się, patrząc na zegar. – Oczywiście, idź Socretto…

- A pan nie idzie? – nie wiem czemu, przystanęłam w drzwiach i obróciłam się

- Nie, ja zjem obiad tutaj – odparł sucho, kończąc w ten sposób naszą rozmowę – Zamknij za sobą drzwi, jeśli możesz…

Skinęłam posłusznie głową, zamknęłam pospiesznie drzwi (może zbyt gwałtowanie) i z rosnącą ulgą pobiegłam po schodach na górę. Czy ja do reszty zgłupiałam? Jeśli on to odkryje, będę siedziała w tym lochu do końca szkoły! Albo nawet mnie wyrzucą…Na brodę Merlina, czy ja w ogóle wiem, jak zrobić ten eliksir?! Wiem tylko, że coś takiego jest…O dziewczyno, igrasz z ogniem…

Gdy w końcu znalazłam się w jasno oświetlonym korytarzu, poczułam się o wiele lepiej. Nie wiem, czemu lochy tak na mnie działały. Czemu tak bardzo bałam się Zynoxa? No teraz chociaż mam konkretny powód…

…Oczywiście nie zdążyłam zjeść obiadu. Człapiąc powoli na górę do pracowni zajęć z wróżbiarstwa, natknęłam się na opiekunkę mojego domu. Gorzej chyba być nie mogło.

- Socretto, czemu włóczysz się w czasie lekcji po korytarzu? – zapytała ostro

- Właśnie idę na lekcje, pani profesor. Dopiero wyszłam ze stołówki.

- No pięknie…przez swoje obżarstwo spóźnisz się na lekcje. – wzięła się pod boki

- Obżarstwo? Pani profesor, ja nie zdążyłam nic zjeść! – oburzyłam się – Profesor Zynox zatrzymał mnie po lekcji…

- Profesor Zynox? Znowu? – uniosła brwi zdziwiona

- Niestety tak…

- Nie wiedziałam, że tak polubiłaś eliksiry, Socretto – uśmiechnęła się złośliwie

- Nie polubiłam, wręcz przeciwnie!

- Nie krzycz. Idziemy do mojego gabinetu. Chyba musimy porozmawiać o paru sprawach… – złapała mnie za ramię

- O czym? – wytrzeszczyłam oczy. Odruchowo wożyłam dłoń do kieszeni, żeby upewnić się, że fiolka mi nie wypadła. Była…i ciążyła jak kamień. Muszę ją jakoś ukryć!

- Dyrektor McGonagall zwróciła mi uwagę na twoją…aktywność w społeczności szkolnej. – wymruczała przez ściśnięte zęby, ciągnąc mnie za sobą

- Chodzi o ten mecz, prawda? – zbladłam. Myślałam, że już wszyscy o tym zapomnieli.

- Nie tylko to…to prawda, że wstąpiłaś do Klubu Przyjaciół Książek?

- Powiedzmy, że to okres próbny – wydęłam usta. Zielone oczy Gretel błysnęły niebezpiecznie.

- To dziwne, że Cecylie się na to zgodziła. – stwierdziła – Zwykle nie przyjmują tak młodych uczennic.

- Tak? – zaczęłam się wiercić. Nauczycielka mocniej ścisnęła mój nadgarstek. Może uda mi się przemienić w coś fiolkę? Jak na lekcji transformacji…szybko, jak brzmiało to zaklęcie?! – Może jestem wyjątkowa?

- Wyjątkowa to pojęcie względne Socretto… – prychnęła – A może Cecylie przyjęła cię, bo dałaś jej coś w zamian?

- Słucham? – wytrzeszczyłam oczy. Gretel zatrzymała się i odwróciła się do mnie.

- Jaki jest związek między wami a Scorpiusem Malfoyem?

- A jest jakiś?! – pisnęłam przestraszona – Z tego co zauważyłam, nasze odmy zbytnio się nie lubią.

- Daj spokój Socretto! – syknęła czarownica – To wszystko zaczęło się od tego nocnego włamania do biblioteki. Co wy tam robiliście? Czego szukaliście?

- Już wszystko pani powiedziałam…

- Czemu śledziłaś Malfoya i jego kolegów w zakazanym lesie? Czemu Scoripus cię gonił po szkolnym korytarzu? Myślisz, że nie wiem, że Rose Weasley ci wtedy pomogła? – szarpnęła mną, a ja skupiłam się w sobie – Posłuchaj…jestem opiekunką waszego domu – westchnęła po chwili, a na jej twarzy pojawił się smutny uśmiech – Jeśli macie jakiś problem, pomogę wam. Możecie mi zaufać – szepnęła

Zamrugałam oczami. Cóż za transformacja…Czyżby pani profesor miała problemy z kontrolą agresji? Już miałam jej wszystko opowiedzieć, chociażby po to, żeby dała mi spokój, ale coś mnie tknęło. Mama zawsze mi mówiła, że najważniejsze są czyny, nie słowa. Jeśli Gretel chce, żebym jej ufała, musi udowodnić, że mogę. Na razie tylko mnie przeraża…a fakt, że prosi mnie o to, żebym jej zaufała, oznacza, że zależy jej na tym aż za bardzo. Dlaczego? Tego jeszcze nie wiem. Może McGonagall zauważyła, że nie dogaduje się ze swoimi uczniami? Patrzyłam w jej zielone, nieprzeniknione oczy i rozpaczliwie próbowałam wymyślić jakąś odpowiedź.

- Dlaczego pani nie zapyta o to wszystko Cecylie albo Rose? – wyjąkałam – Są starsze, dłużej znają Malfoya i są pełnoprawnymi członkami klubu.

- Właśnie, są starsze. Lepiej znają obowiązujące tu zasady. Poza tym wychowały się w świecie czarodziei. Nie rozumiesz jeszcze wielu rzeczy… – dotknęła mojego policzka – Nie daj się wykorzystywać Sabrina. One mogę tobą manipulować, a ty tego nie widzisz, bo jesteś zapatrzona w starsze koleżanki. Szukasz akceptacji, bo przez swoją impulsywność stałaś się wyrzutkiem społecznym. Martwię się o ciebie. Chcę ci pomóc… – mówiła spokojnym, kojącym głosem. Przełknęłam ślinę i odsunęłam się od niej. Mocny uścisk na moim nadgarstku nie pasował do jej tonu głosu.

- O tym chciała ze mną rozmawiać pani dyrektor?

- Nie. Po co zawracać głowę pani dyrektor sprawami wewnętrznymi w naszym domu? – wzruszyła ramionami – Nie będziemy tam poruszać tego tematu. Sama rozwiązuję takie problemy.

- Więc co znowu zrobiłam? – przygryzłam wargę

- Zaraz się dowiesz… – mruknęła Gretel, a jej rysy znowu stężały. Dotknęła ściany różdżką, wyszeptała jakieś słowa i na moich oczach ściana rozsunęła się, ukazując spiralne schody. – Do góry Socretto – popchnęła mnie lekko

Bez słowa ruszyłam po schodach. Nagle w mojej głowie pojawiło się odpowiednie zaklęcie. Z duszą na ramieniu zacisnęłam fiolkę w dłoni i zaczęłam mruczeć pod nosem zaklęcie. Mam nadzieję, że Gretel tego nie usłyszała. Serce biło mi coraz szybciej. Nie pierwszy raz w ciągu półtora miesiąca odwiedzam ten gabinet. I to bynajmniej nie w celu pochwalenia mnie za wyniki w nauce (które nawiasem mówiąc miałam bardzo dobre). Niestety w moim przypadku dobre oceny są jedynym argumentem dla którego jeszcze tu jestem, jak stwierdziła dyrektor McGonagall. Drzwi do gabinetu otworzyły się zanim zdążyłam zapukać. Na biurku siedziała duża czarna kotka w kapeluszu pani profesor i patrzyła się na mnie nieruchomymi oczami.

- Przyprowadziłam uczennicę, pani dyrektor – oznajmiła zadowolona

McGonagall przybrała z powrotem swoją ludzką postać i usiadła za biurkiem. Jej spojrzenie jak zwykle było chłodne i surowe.

- Miło cię widzieć ponownie, Socretto – powiedziała sucho – Siadaj. Gretel możesz wracać na lekcję.

- Ale pani dyrektor, mogę się przydać…

- Nie ma potrzeby, dam sobie radę z pierwszoroczną uczennicą Ginevro…dziękuję – skinęła głową. Ruda czarownica skrzywiła się, ale posłusznie opuściła gabinet.  – No dobrze Socretto, przejdźmy do rzeczy. Minęło już trochę czasu od tego wydarzenia, ale myślę, że pamiętasz szczegóły. Takie rzeczy trudno się zapomina. Rozmawiałam już z panem MacMillanem, ale on powiedział, że to ty wszystko widziałaś i słyszałaś…

- Chodzi pani o to zdarzenie na meczu? Myślałam, że wszystko już powiedziałam – poprawiłam się na fotelu

- Powiedz mi dokładnie…co widziałaś przed znakiem Morsmorde? Skąd wiedziałaś, że ze zniczem jest coś nie tak?

- Dalej, nie bój się. To może być bardzo pomocne w poszukiwaniu tego przestępcy – Albus Dumbledore odezwał się ze swojego obrazu. On jako jedyny uśmiechał się do mnie przyjaźnie

- Czy ta dziewczyna w ogóle wie, co oznacza ten znak? – zakpił Severus Snape

- Owszem, proszę pana. To był znak sprzymierzeńców Voldemorta. – powiedziałam odważnie

- Widzisz Severusie, mówiłem ci, że to bystra dziewczynka – odparł Dumbledore

- Gdyby była bystra, powiadomiłaby nauczyciela o problemie – syknął Snape – Znamy w historii Hogwartu przypadki takich samozwańczych bohaterów…

- Severusie, gdyby nie panna Socretto na meczu mogliby zginąć uczniowie…

- Panowie… – jęknęła McGonagall

- Nikt nie miał zginąć. Myślę, że chodziło o przekazanie wiadomości – przerwałam ich kłótnię. Cała trójka wlepiła we mnie spojrzenia, a ja czułam, że się czerwienię.

- A skąd możesz być tego taka pewna? – zmrużył oczy Snape

- Ja…byłam blisko tego czarodzieja. Gdyby chciał, zabiłby mnie i Tobbyego, ale wycofał się. On chciał tylko podmienić znicz i przekazać wiadomość.

- Przyjrzałaś się temu czarodziejowi? – zapytała McGonagall

- Nie…stał w cieniu…nie w kręgu ognia. Widziałam tylko jego błyszczące oczy – wzdrygnęłam się na samo wspomnienie. Nie powiedziałam oczywiście, że prawdopodobnie te same oczy widziałam w Zakazanym Lesie przy jamie smoka.

- A może kryjesz tego czarodzieja? – ciągnął Severus

- Nie! – pisnęłam

- No to już jest śmieszne, Severusie! To bezpodstawne oskarżenia – zdenerwował się Dumbledore

- Pan MacMillan powiedział, że tylko ty widziałaś, że coś jest nie w porządku. Wysłałaś Rose i Lily po pomoc, a sama pobiegłaś do szatni. Czy wiesz, na jakie niebezpieczeństwo się narażałaś?

- Chciałam tylko pomóc…

- Jak to możliwe, że tylko ty zwróciłaś na to uwagę? – naciskała dyrektorka

- Nie wiem – skrzyżowałam ręce. Miałam ochotę stąd wyjść. Czułam, że szukają pretekstu, żeby mnie oskarżyć o ten incydent. Albus Dumbledore zachęcił gestem do dalszego mówienia. Westchnęłam. -  Ten czarodziej…wydaje mi się, że on zaczarował widownie i zawodników…być może jakiś czar hipnozy, nie mam pojęcia.

- Dużo ci się wydaje jak na pierwszoroczną czarownicę półkrwi – zauważył Snape

- Jestem dobrym obserwatorem – wzruszyłam ramionami

- Bezczelna i butna, zupełnie jak…

- …prawdziwy Gryffon – dokończyłam z uśmiechem

- To skandaliczne. Pozwalasz na takie zachowanie, Minewro? – zdenerwował się Snape – Ta dziewczyna już dawno powinna wylecieć z naszej szkoły. To wstyd dla…

- Za co ma wylecieć? Ma dziewczyna charakter – oburzył się Dumbledore – A coś mi się wydaje, że nadchodzi czas, gdy ktoś z charakterem się tu przyda – mrugnął do mnie porozumiewawczo

- Dość tego – zdenerwowała się McGonagall – To wszystko na dziś Socretto, wracaj na lekcje.

Skinęłam głową i wstałam, ale zapomniałam ściskanym w ręku flakoniku, teraz przemienionym w szklanego słonika. W ostatniej chwili uratowałam naczynie przed upadkiem.

- Co masz w ręku? – zapytała dyrektorka, a mnie oblał zimny pot – Daj mi to – zażądała

Westchnęłam i podałam jej słonika. Czarownica zmarszczyła brwi i poprawiła okulary. Pstryknęła palcami, a słonik z powrotem zamienił się we flakonik. Zwiesiłam głową i wbiłam wzrok w dywan. To już po mnie…

- No pięknie! Twoja uczennica użyła przeciwko tobie magii, której sama uczysz – prychnął Snape – W dodatku jest złodziejką…

- Imponujące…nawet tego nie wyczułam na początku…Skąd to masz, Socretto?

- Z sali eliksirów – przyznałam niechętnie

- No nie, tu już za wiele!…z mojej sali… – Snape złapał się za serce – Za moich czasów to byłoby niedopuszczalne!

- Socretto? Co masz mi do powiedzenia?

- Już się się pakuję, pani profesor…

- Myślałam raczej, że powiesz mi do czego było ci to potrzebne – warknęła. Zacisnęłam usta i zamknęłam oczy. Zawaliłam na całej linii.

- Zapomnij Minewro…jeśli ta dziewczyna ma duszę Gryffona, nic ci nie powie – zachichotał Dumbledore

- Śmieszy cię to, Albusie? – spojrzała się na niego wściekła

- Bynajmniej… – spoważniał były dyrektor. Nastała ciężka cisza.

- Socretto… – odezwała się po chwili McGonagall – Wracaj na lekcje.

- Słucham? – wytrzeszczyłam oczy

- Idź zanim zmienię zdanie – pomasowała skronie

- Dziękuję, pani dyrektor – uśmiechnęłam się szeroko – I przepraszam… – ukłoniłam się lekko i szybko wybiegłam na korytarz. Za sobą słyszałam, jak wściekły Severus suszy głowę McGonagall…Nie mam pojęcia, czemu dyrektorka mnie oszczędziła, ale wiem jedno. Już bardziej podpaść jej nie mogłam.

***

Zanim dotarłam do sali wróżbiarstwa lekcja już się skończyła. Równo z dzwonkiem wdrapałam się na piętro. Drzwi klasy otworzyły się i tłum śmiejących się uczniów prawie mnie stratował. Wróżbiarstwo zawsze poprawiało wszystkim humor. Tak naprawdę mało kto traktował ten przedmiot poważnie. Zwłaszcza logicznie Krukoni, którzy lubili konkrety i suche fakty. Po cichu wyśmiewali madame Rosemarthe i robili jej głupie dowcipy. Oczywiście przodowała w tym Irmina. No dobrze, przyznaję, że madame jest dziwną, młodą czarownicą, która ubiera się i zachowuje jak staruszka, ale to nie powód, żeby tak ją lekceważyć. W końcu jest nauczycielką. Jej przedmiotu nie da się nauczyć z księgi, tak jak tego oczekuje Irmina. Trzeba mieć wyczucie, wyobraźnię i delikatność. Niestety ta Kleopatra nawet nie wie, co znaczą te słowa. Ja też nic nie widzę w tej kuli…i kiedy madame prosi mnie o interpretację rozkładu kart improwizuję jak natchniony poeta, ale staram się. Myślę, że madame dobrze wie, co wszyscy o niej myślą. Po co jeszcze bardziej ją dołować? Nie lubię jej wysokiego, piskliwego głosu i tego, że ze wszystkiego robi sztukę dramatyczną, ale cóż mam zrobić?

- Socretto, gdzie byłaś całą lekcję? – zaczepiła mnie Sophia z Ravenclawu

- Gretel mnie zatrzymała – mruknęłam ponuro

- To żałuj, bo przegapiłaś niezłą akcję – parsknął śmiechem Spike

- Co się stało? – zmarszczyłam brwi

- Twój kumpel ześwirował – oznajmiła Irmina z szerokim uśmiechem – Ta wariatka kazała nam rysować. Mieliśmy zamknąć oczy, wąchać jakieś kadzidło i zajrzeć w głąb siebie – naśladowała głos nauczycielki – A potem narysować obraz który pojawi nam się w głowie.

- Na początku było ok, ale potem Tobby zaczął rysować tak szybko, że prawie podarł karton i nie mógł się zatrzymać. Spike zaczął wrzeszczeć, że opętał go duch i dziewczyny zaczęły panikować – zachichotał Midas, a ja zbladłam

- Rosemartha nie mogła nas uspokoić – dodała Irmina

- Tobby…gdzie on jest? – zapytałam

- W klasie z profesorką…czekaj Socretto, nie wchodź tam bo jeszcze cię zarazi tym swoim obłąkaniem! – zawołał Spike, gdy zaczęłam się przeciskać między uczniami

- Zamknij się Spike! – warknęłam tylko. Wiedziałam, że z Tobbym coś jest nie w porządku. Powinnam od razu iść z nim do Skrzydła Szpitalnego. Nie wydaje mi się, żeby w rękach madame Rosemarthy był pod fachową opieką. – Tobby! – wpadłam do klasy – Tobby, nic ci nie jest? – podbiegłam do mojego małego kolegi. Siedział na krześle blady jak ściana i wyglądał jak kupka nieszczęścia. Nauczycielka wyszła zza zasłony z dwoma parującymi kubkami.

- Dzień dobry, panno Socretto. Miło, że się pani w końcu pojawiła – mruknęła z przekąsem

- Co się stało z Tobbym? – kucnęłam obok niego. Miał nieobecny wzrok.

- Źle się poczuł. Właśnie zaparzyłam mu ziołową herbatkę.

- To przez rysowanie, prawda? – spojrzałam na przyjaciela – Powiedz coś – potrząsnęłam nim

- Sabrina, zostaw go! Nie widzisz w jakim jest stanie – zacmokała nauczycielka – Napij się Tobby, zaraz poczujesz się lepiej… – powiedziała troskliwie

- Może lepiej by było zaprowadzić go do Skrzydła Szpitalnego? – zasugerowałam

- Nie, nie ma potrzeby. Zaraz poczuje się lepiej. – zapewniła czarownica. Zmrużyłam oczy i skrzyżowałam ręce.

- Tobby?

- Jest dobrze Sabrina, już mi lepiej… – powiedział słabym głosem

- Mówiłam ci, że nie powinieneś rysować… – położyłam mu ręce na ramionach – Co takiego narysowałeś?

- Nie pamiętam – pokręcił głową, nie patrząc mi w oczy. Spojrzałam na profesorkę. Miała ściągnięte usta i zmarszczone brwi. Przyglądała mi się dziwnie. Przeszedł mnie dreszcz. Mam nadzieję, że nic nie widzi w mojej przyszłości, aurze czy czymś jeszcze innym..

- Tobby podarł rysunek tak szybko jak go namalował – powiedziała w końu

- Widziała pani co to?

- Nie.

- Czemu…czemu to zrobiłeś? – zapytałam cicho

- Czasem to co widzimy w naszej głowie jest zbyt straszne, żeby ujrzało światło dzienne – odparła za niego nauczycielka. Zapadła ciężka cisza. Niedobrze mi się robiło od zapachu duszącego kadzidła. Chciałam stąd jak najszybciej wyjść. Mój przyjaciel jakby czytał mi w myślach podniósł się chwiejnie z krzesełka.

- Musimy już iść pani profesor. Zaraz zacznie się kolejna lekcja.

- Mogę powiedzieć twojemu nauczycielowi, że źle się czułeś – zaproponowała madame Rosemartha – A ty wrócisz do dormitorium.

- Nie, już mi lepiej po tej herbacie – pokiwał głową – Dziękuję. Chodź Sabrina- skierował się do wyjścia

- Gdybyś chciał jeszcze wpaść na herbatkę i porozmawiać to czekam… – powiedziała nauczycielka, gdy byliśmy już przy drzwiach

- Będę pamiętał – obiecał Tobby.  Dopiero teraz przypomniało mi się, że miałam porozmawiać z madame o dziwnym zachowaniu Tobbyego. Teraz przynajmniej będzie wiedziała, co mam na myśli.

- Ja też będę mogła? – zapytałam szybko

- Oczywiście… – powiedziała lekko zaskoczona czarownica – W sumie i tak musisz zaliczyć dzisiejsze zajęcia.

- Zaliczę, na pewno – uśmiechnęłam się nerwowo, bo Tobby już szedł po schodach – Do widzenia. – zamknęłam drzwi i pobiegłam za przyjacielem. Przez chwilę szliśmy w milczeniu.

- Gdzie byłaś?

- U McGonagall…ale ty chyba o tym wiesz. Z tobą też rozmawiała, prawda?

- Tak, sam do niej poszedłem.

- Ale po co, skoro to ja więcej widziałam? – nie rozumiałam

- Bo ja…ja też o tym wiedziałam. Jeszcze wcześniej niż to się wydarzyło – przyznał

- Co? – zatrzymałam się – O czym ty mówisz?

- Właśnie nie wiem…sam nie wiem, co ja mówię – pokręcił głową

- Stój! – złapałam go za rękaw szaty – Powiedz mi prawdę. Jesteśmy przyjaciółmi. Nie wyśmieję cię – obiecałam. Na te słowa Tobby odwrócił się do mnie. Wziął głęboki oddech i klapnął na schodach. Usiadłam obok niego.

- Miałem sen. Widziałem zamieszanie na meczu quidditcha. Nic konkretnego. Ty też byłaś w moim śnie. I Leo, i Aiden. Widziałem jak wbiegasz na boisko i pojawia się ten znak.

- Widziałeś w śnie Morsmorde?! – wytrzeszczyłam oczy

- Tak, ale wtedy jeszcze nie wiedziałem, co to znaczy. Nawet nie traktowałem poważnie tego snu. Myślałem, że to zwykły koszmar, bo za dużo zjadłem na kolację…ale dzisiaj…

- Co dzisiaj? – szepnęłam, a po moim kręgosłupie przeszedł dreszcz – Co namalowałeś Tobby?

- Kiedy madame Rosemartha kazała mi zamknąć oczy, znowu zobaczyłem ten znak. Czułem, że muszę go namalować. Nie mogłem się zatrzymać. Słyszałem piski dziewczyn, ale nie mogłem…kiedy otworzyłem oczy, ten znak był na kartce. Tak dokładnie namalowany, jakby był prawdziwy. Przestraszyłem się i podarłem go, zanim ktoś to zobaczył.

- Och Tobby… – przytuliłam go

- Boję się Sabrina – wyznał – Czemu ten znak mnie prześladuje…czemu go namalowałem?

- Nie wiem Tobby, ale dowiem się – zdecydowałam

***

Kolejna nuda lekcja historii magii. Profesor Bins prowadził swój wykład mechanicznie. Znał go na pamięć. Mimo to wszyscy Krukoni dokładnie notowali jego słowa. Nie to co Gryffoni…oni zajmowali się wszystkim tylko nie lekcją, ale duchowi-profesorowi najwyraźniej to nie przeszkadzało, dopóki nie musiał przerywać. Ręka mnie już bolała od pisania. W tym momencie zobaczyłam Midasa, który nic nie notował. Na jego ławce stało tylko małe pudełeczko.

- Midas, co to jest? – puknęłam do w plecy

-To mój genialny wynalazek – wyszczerzył się zadowolony – To pudełko zapisuje każde słowo profesora, a potem mogę odtworzyć wszystko w pokoju i nie muszę nic pisać. Teraz mogę w końcu tylko słuchać.

- Dyktafon? – prychnęłam – Przykro mi, ale nie jesteś oryginalny.

- Co to jest dyktafon? – zmarszczył brwi

- Narzędzie mugoli do nagrywania dźwięków – odezwał się Leo, siedzący obok nas. Nudziło mu się, a energia wprost go rozsadzała. Złamał już ołówek i zarysował wszystkie kartki jakie miał. Teraz patrzył się na nas z psotnym ognikiem w oczach.

- Nie gadaj Crouch tylko słuchaj. Tobie to się bardziej przyda niż mnie – odparł Midas z wyższością

- Spokojnie chłopie, ja jestem jak kot. Zawsze spadam na cztery łapy – mrugnął w moją stronę

Przewróciłam oczami i wróciłam do pisania. Zerknęłam do Gryffonki, która siedziała obok, ale ona oczywiście nic nie notowała, więc nie miałam od kogo spisać. Pokręciłam głową i notowałam dalej na bieżąco. Nagle coś oparzyło mnie w rękę. Pisnęłam cicho. Na mojej dłoni wylądowała mała płonąca karteczka. Rozejrzałam się po klasie. Nikt niczego nie zauważył. Tylko Leo się na mnie gapił, podpierając brodę na łokciu. Poruszył wymownie brwiami, więc niechętnie otworzyłam płonący liścik.

„Wiesz, że dziś prefekci robią nielegalną imprezę?”

- I co z tego? – zapytałam bezgłośnie

Leo pstryknął palcami, a na kartce pojawił się inny tekst.

„Mam zamiar się tam wkręcić. Idziesz ze mną?”

- Chyba ci do reszty odbiło – popukałam się w czoło

„Jesteś zbuntowanym Gryffonikiem, czy nie Socretto?”

Przełknęłam ślinę. Nie cierpię go…

- Nie dasz rady – zakpiła

„Założymy się?” zmarszczyłam brwi. Jeśli Leo chce się o coś zakładać, to znaczy, że planuje coś głupiego. Zanim mu odpowiedziałam, odezwał się profesor Bins.

- Panie Crouch, byłby pan łaskawy powtórzyć, co przed chwilą mówiłem?

Leo zmrużył oczy. Nagle wpadł na genialny pomysł. Wychylił się z ławki i puknął pudełeczko na ławce Midasa. Nagranie cofnęło się do momentu,  o który prosił nauczyciel i wyłączył. Midas zrobił oburzoną minę.

- Bardzo dobrze panie Crouch. Cieszę się, że notuje pan każde moje słowo – ucieszył się duch

- Ma się rozumieć profesorze – wyszczerzył się Leo, a Gryffonie ledwo ukrywali śmiech

Midas nie mógł tego ścierpieć. Puścił nagranie dalej. Profesor otworzył usta ze zdziwienia, a cała klasa zaczęła ryczeć ze śmiechu.

- Zdolna ze mnie bestia, co nie? – podrapał się po karku Leo

- Crouch, co to ma znaczyć?

- To najnowszy wynalazek Midasa – odezwałam się zanim ugryzłam się w język. Krukoni spojrzeli się na mnie jak na mordercę. Kiedy ja się w końcu zamknę…Leo uśmiechnął się półgębkiem i puścił do mnie oko. O świetnie…

- Tak? W takim razie obaj panowie zostaną na przerwie i wyjaśnimy sobie parę rzeczy…a teraz poproszę to urządzenie.

- Ale panie profesorze… – zaprotestował Midas

- Nie spodziewałem się tego po tobie Midasie! Żeby  w taki sposób robić mi na złość – kręcił głową duch

- Ale to nie tak! – zaczerwienił się chłopak, a mnie zrobiło się żal

- Panie psorze to coś jak dyktafon mugoli – wstawiłam się za nim – Coś takiego może pomóc w nauce…

- Zamknij się Socretto! – krzyknął wściekły Midas

- Co to za słownictwo! Odbieram 15 punktów Ravenclawowi! – zdenerwował się nauczyciel. Midas załamał się, a Irmina zabijała mnie spojrzeniem.

Gdy lekcja się skończyła, Irmina natychmiast dopadła mnie na korytarzu.

- Co ty wyprawiasz?! Po czyjej stronie jesteś?!

- Po żadnej…to był wypadek! – broniłam się – Nie chciałam, żeby tak to się skończyło. Przykro mi…

- Przykro ci? Tylko tyle masz nam do powiedzenia? – parsknął Midas – Profesor skonfiskował mój wynalazek ze wszystkimi moimi notatkami!

- Jesteś hańbą dla Ravenclawu – popchnęła mnie do tyłu Irmina – Nie jesteś godna, żeby być w tym domu. Może i jesteś zdolna, ale nie pasujesz tu!

- Nigdy nie twierdziłam, że jestem Krukonką!

- To idź do tych swoich kochanych Gryffonów! No dalej, droga wolna! Nikt cię tu nie trzyma! – wściekła się Irmina – Idziemy… – zwróciła się do reszty klasy. Zostawili mnie na korytarzu. Zamrugałam oczami, żeby się nie rozpłakać. Ona ma rację, nie pasuję do Ravenclawu. Powinnam być w Gryffindorze i najwyższa pora to zmienić…

21 października 2020

…Wiesz pamiętniczku, to chyba z jednych moich najgłupszych akcji, które tu przeprowadziłam. Chociaż…to od niej wszystko się zaczęło i raz na zawsze przypieczętowałam swój los. Brzmi dramatycznie, co? Nawet jak to sama czytam wydaje się poważne. Pomyśleć, że jeden wieczór może o wszystkim przesądzić! Wczorajszy dzień od początku zapowiadał katastrofę…więc nawet nie powinnam się dziwić, że to to się wszystko skończyło. Zaczęło się od tego, że gdy po kolacji wróciłam do dormitorium, zobaczyłam, że Irmina wystawiła moje rzeczy przed drzwi. Nie chciała mnie wpuścić do środka, mimo waliłam w drzwi i krzyczałam. Inni Krukoni jakoś nie spieszyli mi z pomocą, więc zabrałam kufer i wyszła. Na korytarzu spotkałam Irytka, która dostał ataku śmiechu i czkawki na mój widok.

- Biedny mały zbuntowany Gryffonik…nikt cie nie chce – śmiał się

To przelało czarę goryczy. Zostawiłam rzeczy i pobiegłam na dół. Podjęłam decyzję. Muszę dostać się do gabinetu McGonagall i porozmawiać z Tiarą Przydziału. Ona musi zmienić decyzję! Biegnąc na oślep po korytarzu wpadłam na Leo.

- Co ty tu robisz? – ofuknęłam go – Zaraz będzie cisza nocna…

- Mógłbym zadać ci to sama pytanie – burknął. Wyraźnie był nie w sosie.

- Czekaj, czekaj…nie wpuścili cię nie imprezę – zrozumiałam

- Nie…

- Tak, nie wpuścili cię – klasnęłam w dłonie

- James powiedział, że jestem za mały – skrzywił się

- Haha bardzo dobrze. W końcu ktoś utarł ci nosa.

- Myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi!

- Leonrad, on jest od nas starszy – przewróciłam oczami – Ma swoich znajomych i…

- I tak się tam dostanę – wzruszył ramionami – Widziałem, jak tu wchodzą…muszę tylko znaleźć przejście… – wrócił do macania ściany

- Mogę ci pomóc – przygryzłam wargę – Znam pewne zaklęcie lokalizacyjne…

- Tak? No to dawaj, co tak stoisz?! – ożywił się

- Ale ty też musisz mi pomóc – odsunęłam się

- A czego ty możesz ode mnie chcieć Socretto? Tuż przed ciszą nocną…

- Pomóż mi się dostać do gabinetu McGonagall – powiedziałam szybko

- Wow… – wyraźnie go zatkało – No Socretto…ty chyba naprawdę chcesz wylecieć. To samobójstwo! Po co chcesz tam iść?

- Muszę pogadać z Tiarą. Przekonam ją, że powinnam należeć do Gryffindoru – oparłam się plecami o ścianę

- Aż tak ci zależy? – uniósł brwi

- To sprawa życia i śmierci…

- Ok – uśmiechnął się szeroko – Włamanie się do gabinetu dyrektorki to jeszcze lepsza akcja niż włamanie się na imprezę. Wchodzę w to.

- Nie, wejdę tam sama. Chcę, żebyś pomógł mi tam wejść.

- Dlaczego?

- Bo narobisz niepotrzebnego zamieszania jak zwykle – westchnęłam

- To jak mam ci pomóc? – skrzyżował ręce

- Założę się, że znasz hasło do drzwi. Wyciągnąłeś to od Jamesa, bo jest prefektem.

- Być może… – przyznał ostrożnie

- Oto moja cena. Zaklęcie za hasło.

- Umiesz się targować Socretto… – pokiwał głową – Niech ci będzie. Chcę zobaczyć jak taka Krukonka jak ty łamie regulamin… – zaśmiał się głupio – Podaj zaklęcie.

- Nie, najpierw otwórz mi drzwi.

- O nie…nie przekonasz mnie. Chcesz się dalej targować? Zaraz będzie cisza nocna.

- Dobrze, już dobrze… – warknęłam i wyszeptałam mu zaklęcie na ucho

- Ok, chodź za mną – spoważniał. Musiałam prawie biec, żeby dotrzymać mu kroku. Serce biło mi szybciej. Nie powinnam tego robić…to zbyt duże ryzyko. W dodatku fakt, że na partnera w przestępstwie wybrałam sobie Leonarda, nie uspokajał mnie. To będzie katastrofa, jeśli nas nakryją…Jeszcze mogę się zatrzymać. Złapałam Leo za rękę, w momencie gdy doszliśmy na miejsce, gdzie parę godzin temu przyprowadziła mnie Gretel.

- Jesteśmy…co ty robisz? – podniósł nasze splecione dłonie i przekrzywił głowę z dziwnym uśmiechem. Czułam, że robi mi się gorąco – Nie mów, że boisz się ciemności.

- Nie, wcale nie Crouch – zabrałam szybko moją dłoń

- Acha…jasne – prychnął – Lumos! – wyjął swoją różdżkę – To tutaj. Jesteś pewna, że chcesz tam wejść.

- Tak, szybko zanim zmienię zdanie… – objęłam się ramionami, żeby opanować drgawki

Leo przyłożył rękę do ściany i wyszeptał tajne hasło. Ku mojej uldze przejście ukazało się. To poszło zdecydowanie za łatwo…ale teraz już nie mogę się wycofać. Wzięłam głęboki oddech i weszłam na schody.

- Dziękuję, Leo – posłałam mu niewyraźny uśmiech

- Nie ma za co…Socretto! – zawołał, więc obróciłam się przez ramię – Nawet ja ci nie wyjdzie z Tiarą, to za taki wyczyn i tak powinni cię przenieś do naszego domu – przyznał, a ja poczułam, że moje serce zabiło szybciej z radości. Ha, docenił mnie! Największy rozrabiaka w szkole przyznał, że nadawałabym się do Gryffindoru. To dzień mojego triumfu…Przez chwilę patrzyliśmy na siebie bez słowa. Gdyby nie był taki w gorącej wodzie kąpany, mógłby być całkiem sympatyczny. W sumie jest inteligentny i bystry…ale za bardzo zależy mu na dobrej zabawie.

- Idź już na imprezę zanim wszystko się skończy – przypomniałam

- Biegnę, powodzenia – kiwnął mi głową i pobiegł korytarzem w drugą stronę. Przejście zasunęło się.

- Lumos – wyjęłam różdżkę z buta i ruszyłam schodami na górę. Modliłam się, żeby McGonagall nie było w gabinecie. W sumie powinnam to sprawdzić najpierw, ale byłam tak zdenerwowana całą sytuacją, że nawet nie przyszło mi to do głowy. Podeszłam na palcach do drzwi i zaczęłam nadsłuchiwać. Cisza. Z duszą na ramieniu ostrożnie pociągnęłam za klamkę. W gabinecie było ciemno. Na biurku paliły się tylko dwie wysoki świeczki. Weszłam do środka, dokładnie zamykając za sobą drzwi. Teraz tylko muszę znaleźć Tiarę. Ciężko oddychając rozejrzałam się po pomieszczeniu. W końcu zauważyłam Tiarę leżącą na wysokim taborecie za zasłonką. Pochrapywała cicho, a to oznacza, że będę musiała ją obudzić. Jak się budzi Tiarę?

W miarę bezszelestnie przemknęłam po podłodze, obserwując czy obrazy byłych dyrektorów przypadkiem się nie obudziły. Z ulgą schowałam się za zasłonką. Wytarłam spocone czoło i ręce.

- Dobra…zabieramy się do roboty, Sabrina – szepnęłam i dźgnęłam różdżką Tiarę. Czapkę coś wymruczała przez sen, ale spała dalej. Zazgrzytałam zębami i spróbowałam jeszcze raz tylko mocniej. Prawie ją zrzuciłam z krzesła! Przestraszona złapałam ją w ostatnim momencie. To ją w końcu obudziło…

- Co się dzieje? – wymruczała czapka

- Dobry wieczór Tiaro – wyjąkałam – Przepraszam, że niepokoję cię o tak późnej godzinie…

- Kim ty jesteś? – zmarszczyła się Tiara

- Ja…Sabrina Socretto. Pewnie mnie pamiętasz.

- O tak…miałam z tobą nie lada problem, moja panno. – burknęła w wyrzutem – Co ty tu robisz? Gdzie dyrektor McGonagall?

- Przyszłam tu sama. Musimy porozmawiać – przygryzłam wargę

- Co? Jesteś tu sama?! To jest…!

- Ciiii! Wysłuchaj mnie proszę! – zdesperowana zakryłam jej otwór gębowy dłońmi – Ja tak dłużej nie wytrzymam. Nie jestem Krukonką! Udowadniam to sobie i innym na każdym kroku! – mówiłam na jednym wydechu – Nie pasuję do nich…ciągle robię coś nie tak, przynoszę im wstyd, same porażki…oni mnie nienawidzą. Musisz to przyznać Tiaro…

- Co ty sobie wyobra…mhmh… – burczała czapka

- Błagam cię, nie bądź taka uparta. Każdy się myli. Może to twój pierwszy raz, ale…

- Ty! Ty zarzucasz mi, że się pomyliłam?! – wyszarpnęła się Tiara – To obraza! To bezczelne!

- Nie, nie obrażaj się. Proszę pomóż mi…proszę cofnij swoją decyzję. Ja muszę być w Gryffindorze.

- Nic nie musisz bezczelna, impertynencka panno! Jesteś tam, gdzie twoje miejsce! To ja widzę przyszłość, a twoja przyszłość, choć bardzo męta i burzliwa należy do Ravenclawu bardziej niż myślisz! – grzmiała – A ciebie NIE POWINNO TU BYĆ!

- Co tam się dzieje? Tiaro? – z gabinetu doszedł nas głos z obrazu Albusa Dumbledora

- O nie…proszę cii…

- Dyrektorze! Tu jest uczennica! UCZENNICA PRZEBYWA TU NIELEGALNIE!

- Cicho! Już stąd idę! Proszę…inaczej mnie wyrzucą – złożyłam błagalnie ręce – No zobacz człowieka w człowieku…

- POMOCY! NAPADŁA MNIE! – darła się Tiara

- Przepraszam, nie zostawiłaś mi wyboru…drętwota… – rzuciłam zaklęcie, a czapka zamarła

- Kto tam jest? Minerwo? – Dumbledore obudził się na dobre

Zaciągnęłam kaptur szaty i na oślep pobiegłam do drzwi. Nie reagując na okrzyki budzących się po kolei byłych dyrektorów, wyskoczyłam z gabinetu i na złamanie karku popędziłam w dół po schodach. Mam naprawdę mało czasu, zanim McGonagall zorientuje się, że tu byłam. A jeszcze mniej, żeby dotrzeć do dormitorium i udawać, że od godziny grzecznie leżę w łóżku. Nie wiem ile czasu byłam tam na górze, ale teraz na korytarzu już nawet nie paliły się światła. Wyjęłam swoją różdżkę i popędziłam przed siebie ile sił w nogach. Wskoczyłam na schody i zbiegłam na niższe piętro. Byłam przekonana, że tylko ja jeszcze nie jestem w dormitorium, gdy wpadłam na kogoś i odbiłam się jak od gumy. Z jękiem uderzyłam w podłogę.

- Socretto? Czemu pędzisz, jakby ścigało cię stado dementorów? -jęknął Aiden, rozcierając brzuch w który uderzyłam z siłą tarana

- Bo być może będzie mnie ścigać…a ty? Co ty tu robisz, szlamo? Podkabluję cię do Gretel.

- Tak, to wtedy ja powiem, że byłeś razem ze mną i też dostaniesz karę – podniosłam się i wymierzyłam w niego różdżką

- A daj mi spokój…właśnie od niej wracam. – burknął – Wasza opiekunka to jakaś wariatka! Mruczy coś do siebie, rzuca księgami i ma taki morderczy wzrok. Kazała mi układać księgi w bibliotece w jej pracowni.

- Tak? To dlaczego wychodzisz z kuchni? Włamałeś się do spiżarni czy co? – wyrzuciłam ręce do góry

- Wiesz ile razy wchodziłem i schodziłem z drabiny! – zaczerwienił się – Zgłodniałem. Nie wytrzymałbym do śniadania.

- O nie…cóż za wymyślne tortury. Kazała ci się trochę poruszać – mruknęłam sarkastycznie

- Myślisz, że w tych ciemnościach cię nie widzę? Chcesz dostać w nos, Socretto?

- Zachowajmy tą wątpliwą zabawę na inny moment, ok? – rozejrzałam się nerwowo – Muszę szybko się przemieszać, więc przykro mi, ale…zostaniesz w tyle.

- Hej, dokąd ci się tak śpieszy, szlamo! – złapał mnie swoją tłustą łapą za tył szaty. Na górze usłyszałam jakieś kroki. Oblał mnie zimny pot.

- Aiden! Jeśli nie chcesz dostać kolejnej kary to zaufaj mi i uciekaj! Teraz – wyrwałam się i pobiegłam przed siebie. O dziwo, grubasek potruchtał za mną. Niespodziewanie zza zakrętu wyskoczył Leo, a ja o mało nie dostałam zawału.

- Leonrad! – syknełam

- Sabrina! Jak tam twoja misja? – wysapał i z uśmiechem błazna oparł się nonszalancko łokciem o ścianę

- Wybornie! Tiara narobiła hałasu i muszę uciekać, bo McGonagall depcze mi po pietach.

- Co? Gdzie ty byłaś Socretto? – zainteresował się Black

- A jego skąd wzięłaś? – wytrzeszczył oczy Leo

- Wpadłam na niego po drodze.

- Taki jesteś mądry, Crouch? A co ty  tu robisz? – naburmuszył się Aiden

- Właśnie. Nie dostałeś się na imprezę? – zawtórowałam

- Dostałem się…ale James mnie zobaczył i delikatnie mówiąc nie był zadowolony… – zachichotał nerwowo

- Crouch! – usłyszałam w oddali krzyk Jamesa. Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Może być jeszcze gorzej?

- Podkabluje mnie do Hopesona, jeśli mnie złapie – załamał się Leo

- Myślę, że i tak to zrobi – prychnęłam

- Nie dam się złapać. Hopeson zagroził, że jeszcze jeden numer i wyrzuci mnie z drużyny.

- Naprawdę? To może sobie na niego poczekamy – ucieszył się Aiden i rzucił się na Leo, próbując go złapać

- Uspokójcie się! Jeśli on nas złapie to wszyscy będziemy mieć kłopoty – wskoczyłam między nich

- Krukonka ma rację. Wiejemy! – zarządził Leo

- Nie jestem Krukonką! – ofuknęłam go

- Cicho bądź! I zgaś tą różdżkę – powiedział Leo

- No nie, w co wy mnie wpakowaliście… – marudził Aiden – Nie mam zamiaru za was odpowiadać…

- Odezwał się ten święty – prychnął Leo

- Oberwiesz na boisku Crouch, oj oberwiesz… – odgrażał się Aiden

- Tak, tak jasne…nie sądzicie, że pościg to ekscytujące przeżycie?

- Być może Crouch, ale nie wtedy, gdy jesteśmy ofiarami! – nie mogę uwierzyć, że on jest taki głupi

Wybiegliśmy na główny hall. Przebiegliśmy obok wielkiej sali, gdy zauważyłam jakiś cień. No nie, tylko nie on…

- Tobby?! Co ty tam robisz?! – krzyknęłam, widząc mojego przyjaciela chodzącego spokojnie po korytarzu

- Ja…szukam mojej różdżki… – wytrzeszczył oczy na nasz widok. Słysząc jego oświadczenie, wszyscy w trójkę jęknęliśmy.

- Naprawdę jeszcze jej nie znalazłeś, kaczko? – zarechotał Aiden

- Co to znaczy „jeszcze”? – spiorunowałam Blacka wzrokiem

- To ty ją masz! – podskoczył w miejscu Tobby – Zabrałeś mi ją z toby, kiedy mieliśmy Opiekę nad magicznymi zwierzętami!

- Tak, miałem ją, ale już jej nie mam – wzruszył ramionami

- Ty bałwanie! Oddawaj mi różdżkę! – Tobby rzucił się na niego z pięściami, ale Aiden złapał go i odstawił na miejsce jak niegrzecznego psiaka

- Naprawdę Black? To już nie jest śmieszne…Gdzie jest ta różdżka? – warknęłam

- Spokojnie Socretto, niech się maluszek postara…

- Nie mamy czasu na teatrzyki, Black – niespodziewanie włączył się Leo – On narobi za dużo hałasu.

- No dobra…schowałem ją w łazience Jęczącej Marty.

- Ale to damska łazienka! – zaprotestował Tobby

- I co z tego? Po tobie nie widać różnicy.

- Wystarczy! Daj mu spokój! – wstawiłam się za przyjacielem

- Cicho! Idą – syknął Leo

- Kto… – zaczął Tobby, ale zakryłam mu usta rękami

- Uciekamy! Tędy – Leo ruszył w ciemność, a my za nim

- Nie damy rady, odetną nam drogę – marudziłam

- Nic nie mów i zaufaj mi! – syknął Crouch – Nie hałasujcie tak. Wyprowadzę nas z tego…

Cóż pamiętniczku, spróbuj sobie wyobrazić sytuację, gdy cztery osoby biegną po ciemku korytarzem najszybciej jak potrafią i jednocześnie starają się to robić jak najciszej. Jeśli możesz to sobie wyobrazić, to pewnie wygląda to bardzo komicznie, ale zapewniam cię, że wtedy nie było nam do śmiechu. Tak jak podejrzewałam, pościg nadciągał z obu stron. Wbiegliśmy na schody i wpadliśmy w pułapkę. W tym momencie uratował nas mój geniusz…sama nie wiem, jak na to wpadłam.

- Co teraz? Zaraz nas złapią? – pytał płaczliwe Tobby. Nikt nie odpowiedział.

- Przysuwamy się do poręczy. Najbliżej jak możecie  – powiedziałam zdecydowanie

- Masz plan Socretto? – zdziwił się Aiden

- Mam nadzieje…w tej sytuacji już nic nam nie zaszkodzi. Złapcie się mnie – zarządziłam

Chłopcy zastosowali się do moich poleceń – przyparci do barierki schodów, ściśnięci i wystraszeni. Wyjęłam różdżkę z buta i zamknęłam oczy.

- Kamelionus hiddenus – powiedziałam pewnym głosem i machnęłam różdżką. W tym samym momencie na schody wbiegli McGonagall, James, profesor Hopeson, profesor Gretel i profesor Zynox. Przyłożyłam palcem do ust, pokazując chłopakom, że mają być cicho. Oby to zadziałało…

- Gdzie oni są? Nie mogli daleko uciec – zdenerwowała się Gretel

- Przeszukaliśmy cały zamek. Może wrócili do dormitorium – zasugerował Hopeson

- Jak to możliwe? Słyszałam ich. Byli tuż przed nami.

- Przecież nie rozpłynęli się w powietrzu – warknął trener

- Jest z nimi Sabrina Socretto, wszystko jest możliwe – uśmiechnął się półgębkiem Zynox

- Panie Potter, co pan o tym myśli? – zapytała McGonagall

- Leonrad jest sprytny…mógł ich jakoś wyprowadzić – chrząknął James

- Dobrze, wracajmy do łóżek moi drodzy – westchnęła dyrektora – Teraz ten pościg nie ma sensu. Rano się z nimi rozmówimy. A pan, panie Potter…wrócimy do tematu tej nielegalnej zabawy prefektów.

- Tak jest, pani dyrektor – skłonił głowę James

Wszyscy się rozeszli, a ja w końcu wypuściłam wstrzymywane powietrze. Udało się…

- Jak to zrobiłaś? I co ty w ogóle zrobiłaś? – pierwszy z szoku otrząsnął się Leo

- Zaklęcie kameleona…przeczytałam o tym w jednej książce z naszego zbioru w pokoju wspólnym.

- Genialne…trzeba to opatentować – cieszył się Crouch

- Nie ciesz się Crouch, bo i tak mamy przechlapane – burknął Aiden

W tym momencie wielki zegar zaczął dzwonić. Wybiła dwunasta. Dźwięk rozszedł się echem po całym korytarzu, a moje ciało zaczęło się trząść. Miałam wrażenie, że powietrze faluje. Mój wzrok powędrował na obrazy założycieli Hogwartu zawieszone nad głównym wejściem do szkoły. Godryk Gryffindor, Rowena Ravenclaw, Salazar Slytherin, Helga Huffelpuff…ich oczy zaczęły błyszczeć na czerwono, niebiesko, zielono i złoto…

- Chłopaki…wy też to widzicie? – upewniłam się cicho. Moi towarzysze mieli otwarte buzie i gapili się na obrazy tak jak ja. Co to wszystko znaczy? Opusciłam różdżkę i złapałam kolegów za ręce. Założyciele w zwolnionym tempie zaczęli wychodzi z obrazów. Podpłynęli do nas bliżej. Zastygłam w bezruchu. Instynkt podpowiadał mi, że powinnam uciekać, ale nie mogłam się ruszyć. Rowena podeszła do mnie, Godryk do Leonarda, Salazar do Aidena, a Helga do Tobbyego. Spojrzeli się po sobie i zaśmiali się bezgłośnie, jakby nasze przerażenie ich bawiło, a potem…zrobiło się jeszcze bardziej dziwnie. Każde z nich dotknęło ręką naszego czoła. Prąd elektryczny przepłynął przez moje ciało od stóp do głowy. Ostatnie co widziałam, to piękny uśmiech Roweny i jej śliczne, niebieskie jak niebo oczy…

I to by było na tyle. Nic więcej nie pamiętam pamiętniczku. To straszne uczucie…taka dziura w pamięci. Obudziłam się rano w moim łóżku w dormitorium i od razu wszystko opisałam. Zaraz muszę wstawać i szykować się do szkoły, zanim obudzi się Irmina i reszta współlokatorek, ale zastanawiam się…czy to wszystko jest prawdą? I co tak naprawdę wydarzyło się wczorajszego wieczoru? Bo skoro Irmina wyrzuciła mnie z pokoju, czemu wciąż jestem w łóżku? Jakim cudem się tu znalazłam? A co z chłopakami? Czy ja naprawdę zakradłam się do gabinetu McGonagall? A może to wszystko było bardzo realistycznym snem? Czuję się skołowana, ale czuję…że od tej pory już nic nie będzie takie samo, pamiętniczku. A mój los nierozerwalnie złączył się z Tobbym, Aidenem i Leonardem…

 
 

Tags: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Dodaj komentarz