RSS
 

O konsekwencjacj nocnej eskapady i odkryciu tajemnicy Tobbyego…

26 sty

21 października 2020

Zeszłam na śniadanie do sali głównej z mieszanymi uczuciami. Byłam pewna, że jeśli w hallu nie będą wisieć listy gończe z naszymi twarzami, to przynajmniej nauczyciele zgarną nas w drodze do stołówki. Ku mojemu zdziwieniu i nieukrywanej uldze nic takiego się nie stało. Powiem ci więcej pamiętniczku, nikt nie sprawiał wrażenia poinformowanego o tej sprawie. Normalnie cała szkoła już by o tym plotkowała. No wiesz pamiętniczku, momentami czuję się jak gwiazda śledzona przez uważne paparazzi. Brakuje jeszcze tego, żebym trafiła z pierwszą stronę Proroka Codziennego z tytułem „Sabrina Socretto i jej kolejne wyczyny w szkole. Kiedy ta krnąbrna uczennica w końcu wyleci z murów elitarnej szkoły?”. Kiedy powiedziałam o tym Rose, zaczęła się śmiać i stwierdziła, że mam za dużą wyobraźnię i jestem przewrażliwiona. Według niej każdy ma zbyt wiele własnych problemów, żeby żyć moimi. Może coś w tym jest, ale i tak czuję się jak sarna na celowniku…

W takim wypadku moje obawy były całkiem uzasadnione. Byłam przekonana, że to mój ostatni dzień w szkole. Jak nie teraz to po śniadaniu McGonagall każe mi przyjść do swojego gabinetu i powie, że mam pakować walizki. Przecież ta czapka…no bądźmy szczerzy (jest wredna i zgorzkniała), na pewno nie potrafi trzymać języka za zębami. Widziała mnie i zna. Dlaczego nie miałaby powiedzieć dyrektorce, że zakradłam się do jej gabinetu? Znając Tiarę pewnie podkoloryzuje opowieść tak, że wyjdę na szantażystę o pomieszanych zmysłach z giwerą większą od mojej ręki. Bałam się tylko, że wylatując, pociągnę za sobą Tobbyego, Leonarda i Aidena. Tak naprawdę tylko Tobby był moim przyjacielem, ale nie zniosłabym myśli, że zniszczyłam karierę trzem pozostałym uczniom. Martwił mnie fakt, że opiekunowie domów prawdopodobnie wiedzieli, że cała nasza czwórka błądziła po szkolnych korytarzach. Już słyszę te plotki…”Socretto wciągnęła w swoje szaleńcze wybryki uczniów z innych domów” (no dobra, Croucha na takie rzeczy nie trzeba długo namawiać), „Socretto chce opanować całą szkołę”…o nie…już mi słabo. A może…jest cień szansy choć mały…może to wszystko był sen? Skoro nikt nic nie wie oprócz mnie. To byłby mój najbardziej realistyczny sen w życiu, ale w sumie mogłam się tego spodziewać. Widziałam duchy czterech założycieli Hogwartu, którzy do nas podeszli i nas dotknęli. Jak babcie kocham pamiętniczku…to musiał być sen, bo nie wstąpiłam do ekipy „Łowcy duchów”.

Niestety kiedy usiadłam do stołu moje marzenia o fantastycznym śnie prysnęły niczym bańka mydlana. Wystarczyło popatrzeć w stronę stołu Puchonów. Biedny, mały Tobby siedział skulony na ławce i jak w transie przeżuwał rogalik z marmoladą. Jego kręcone włosy były jeszcze bardziej potargane i pokręcone niż zwykle, a łagodne oczy dziś były podkrążone i wytrzeszczone, jakby zobaczył ducha…a przecież nie mógłby mieć takiego samego snu co ja, prawda? Przełknęłam ślinę i nalałam sobie gorącej, pachnącej goździkami herbaty do kubka. Dyskretnie odwróciłam się i spojrzałam na pozostałych towarzyszy wczorajszej niespodziewanej eskapady. Leo jadł spokojnie śniadanie, ale był dziwnie nieobecny i prawie z nikim nie rozmawiał. Chyba nigdy nie widziałam go siedzącego w jednym miejscu dłużej niż minutę. No tak już kiedy wchodziłam wielką salę, uderzyła mnie ta dziwna cisza. Teraz już wiem, że nie słyszałam jak Crouch się drze i rechocze. Aiden z kolei nic nie jadł! To przebiło wszystko. Mały, grubiutki Ślizgon uwielbiany przez skrzaty, które gotowały nam posiłki nic nie jadł. Chłopak, który zawsze miał pełny talerz i jeszcze zabierał coś „na potem” w serwetkach siedział i gapił się w przestrzeń, podczas gdy przed jego nosem parowały gorące kiełbaski i jajecznica. Czy to nie jest groźne dla jego zdrowia? Marsowa mina chyba odstraszała wszystkich jego kolegów, bo nikt nie śmiał do niego zagadać. Nagle nasze spojrzenia się spotkały. Black przestał opierać brodę na ręku i podniósł się do pionu. Zmrużył oczy i coś mruknął pod nosem w moją stronę, ale ja szybko się odwróciłam.

- Niech to szlag…więc to prawda… – mruczałam, nakładając twarożek na kanapkę

- Oj prawda, prawda Socretto…Gretel przełożyła termin oddawania wypracowań na jutro. – westchnął Midas

- Co?! – spanikowałam. Nawet nie zaczęłam tego pisać

- Daj spokój, ona cię nawet nie słuchała – prychnęła Irmina – Socretto żyje w swoim świecie…

- Gapiła się na stół Gryffonów – zachichotała Minnie. Wyglądała jak Rudolf z nosem czerwonym od dżemu

- Pewnie patrzyła się na Croucha – podchwycił Spike – Zabujałaś się, co?

- Nie, wcale, że nie… – skrzywiłam się – Dlaczego miałby mi się podobać?

- Czy ja wiem…bo jest z Gryffindoru i ma tak samo głupie pomysły jak ty? Albo dlatego, że na obronie przed czarną magią ciągle ze sobą rywalizujecie? Albo dlatego, że ciągle za nim łazisz – wymieniała Irmina, oblizując palce z kremu czekoladowego

- Coś dużo tych argumentów… – zmrużyłam oczy – Ale ja z nim nie łażę…

- Jasne… – przewróciła oczami Irmina – Zrobisz wszystko, żeby wkupić się w łaski Gryffonów.

„Twoim przeznaczeniem jest Ravenclaw, bardziej niż ci się wydaje” usłyszałam w głowie głos Tiary. Zacisnęłam usta. Nie, nie zgadzam się na to. Chcę mieć coś do powiedzenia, jeśli chodzi o moje „przeznaczenie”. Jeszcze będę w Gryffindorze! Tylko dlaczego wczoraj w nocy podeszła do mnie Rowena Ravenclaw? Stop! Muszę o tym zapomnieć…muszę zapomnieć o całym wczorajszym wieczorze.

Do końca śniadania nie odzywałam się, co raczej nikomu nie przeszkadzało. Poczekałam aż uczniowie zaczną wychodzić na lekcje i gdy nikt nie patrzył przemknęłam się do stołu Puchonów. Wsunęłam się na miejsce obok Tobbyego i poklepałam go po plecach.

- Jak tam po spotkaniu z Helgą Huffelpuff?  – zapytałam lekkim tonem, a MacMillan zakrztusił się mlekiem. Musiałam go popukać w plecy.

- Sabrina, ty naprawdę nie znasz znaczenia słów dyskrecja i subtelność – wykasłał

- Wygląda na to, że nie znam – uśmiechnęłam się półgębkiem i wzięłam łyka z jego kubka- Więc to prawda? Ty też to pamiętasz?

- Uwierz mi, że wolałbym zapomnieć – przeczesał ręką włosy – Nigdy nie piłem nic mocniejszego niż kremowe piwo, ale wydaje mi się, że tak właśnie czują się osoby na kacu… – mruknął, kładąc twarz na stole

- Zapomnimy o tym, obiecują – pomasowałam go energicznie po plecach. Był chudy, mogłam wyczuć jego kręgi. Poza tym oddychał szybko, jakby miał się zaraz rozpłakać. – Tylko musisz wziąć się w garść Tobby. Chyba nikt nie pamięta, co się wczoraj stało oprócz nas. To dobry znak.

- Ale co się wczoraj właściwie stało? – jęknął, unosząc się na łokciu – Nie rozumiem tego…ja tylko chciałem znaleźć różdżkę.

- I znalazłeś ją chociaż? – zapytałam łagodnie

- Nie! – uderzył ręką w stół – Ała… – skrzywił się i pomasował dłoń

- Trzymaj MacMillan – warknął ktoś i rzucił nam pod nos różdżkę Tobbyego – Ten jeden raz…

- Black? – wytrzeszczyliśmy oczy

Aiden bez słowa usiadł na przeciwko nas i posłał nam mętne spojrzenie. Przełknęłam ślinę. W tej chwili nie wiedziałam, czy mam się go bać.

- Czy wy wczoraj…czy my… – chrząknął zmieszany

- Nie kończ. Tak, naprawdę ich spotkaliśmy – mruknęłam, rozglądając się dyskretnie po sali

- Nie uwierzycie, co mi się śniło! – Leo wskoczył na miejsce obok Aidena, a ja podskoczyłam zaskoczona – Uciekaliśmy wczoraj przed nauczycielami i Sabrina użyła takiego superowego zaklęcia, a potem podszedł do mnie Godryk…

- Ciii! – syknęliśmy do niego w trójkę

- Nie drzyj japy Crouch – warknął Aiden – Cała szkoła nie musi o tym wiedzieć.

- Ha, czyli nie zwariowałem – zaśmiał się triumfalnie

- To akurat kwestia dyskusyjna – prychnęłam

- No wiesz… – obruszył się

- Ej, to nie my podpalamy sobie włosy – stwierdził rzeczowo Aiden

- To był wypadek – Leo przesunął ręką po swoich włosach obciętych na jeża (stwierdził, że nie będzie ich już zapuszczał na złość matce) i uśmechnął się głupkowato. Przewróciłam oczami. Ten chłopak kiedyś się zabije i powie, że to był wypadek.

- Po prostu się nie drzyj, bo jakbyś nie zauważył, nauczyciele w dziwny sposób o tym zapomnieli… – szepnęłam

- Do czasu… – westchnął Tobby

- Ej, uważasz, że nie potrafię dochować sekretu? – obruszył się Leo

- To chyba jasne Crouch. Gęba ci się nie zamyka od rana do wieczora – parsknął Aiden

- Za to ty snujesz się cały dzień po szkole jak dementor – odparował Leo – Tylko nie jesteś tak szybki i zwinni jak oni przez te ciastka…

- Mogę mu przyłożyć? – Aiden złapał go za tył szaty i zacisnął dłoń w pięść

- Zostaw – warknęłam – Musimy się naradzić, co robimy dalej – skrzyżowałam ręce na piersi i oparłam się plecami o ścianę

- A musimy coś w ogóle robić? – zapytał Tobby przez ściśnięte gardło

- No pewnie, że tak! Nie chcesz się dowiedzieć, po co oni do nas przyszli, MacMillan? Bo na pewno po coś przyszli! To było takie kosmiczne… – cieszył się Leo

- Stop! Nikomu nie możemy o tym powiedzieć! – złapałam Leo za rękę – Zachowujmy się, jakby nic się nie stało. Spróbuję czegoś poszukać na ten temat w bibliotece… – chłopak spojrzał się na nasze ręce i poruszył wymownie brwiami. Zacmokałam zirytowana jego infantylnym zachowaniem i cofnełam dłoń. Czułam gorąco na policzkach.

- Jasne…tylko spokojnie, księżniczko – wyszczerzył się Leo – Buzia na kłódkę – zrobił ruch jakby zamykał usta na klucz

- Nie, popieram kaczkę. Powinniśmy dać sobie z tym spokój. Może to były tylko halucynacje spowodowane twoim zaklęciem? – Aiden spojrzał się na mnie oskarżycielsko

- Nie mów na mnie kaczka! – zdenerwował się Tobby – I nie oskarżaj o nic Sabriny. Uratowała nas wczoraj.

- Przede wszystkim ratowała swój tyłek…tak szlamo, myślisz że nie wiem, że byłaś u McGonagall? – warknął Black

- Ej, nie mów tak do niej…! – obużyli się chłopcy

- Przede wszystkim nie możemy się tak jawnie spotykać – mruknęłam, widząc zaciekawione spojrzenia uczniów. Zignorowałam, że jawnie mnie obraża – Przyciągamy uwagę.

- Spokojnie, ja to załatwię – uśmiechnął się drapieżnie Aiden

- Nie, nie możemy wzbudzać podejrzeń. W końcu teoretycznie nie za bardzo się lubimy…

- Ja tam nie lubię was nawet w praktyce – prychnął Black

- Dzięki ziom, my ciebie też – Leo pokiwał głową i położył dłoń na ramieniu Blacka

- Zabieraj tą łapę, Crouch – syknął blondyn

- Przestańcie chociaż na chwilę – przewróciłam oczami – To co nas spotkało nie było przypadkowe – spojrzałam na nich poważnie – Kto albo coś chciało, żebyśmy się tam znaleźli o tej godzinie. Jestem pewna, że nie jesteśmy pierwsi w historii, którzy przeżyli takie…spotkanie trzeciego stopnia. To na pewno coś dla nas znaczy. Poszukam o tym informacji w bibliotece. Tam na pewno znajdę jakieś logiczne wytłumaczenie.

- Tak…może będziemy mieć jakieś korzyści z tego spotkania – zamyślił się Aiden – Bogactwo albo sławę…

- Albo dostaniemy super moce i będziemy musieli kogoś uratować! Jak super czwórka! – cieszył się Leo

- Ja to bym wolał, żeby to rzeczywiście był zwykły sen – westchnął ciężko Tobby

- Wiem Tobby… – złapałam go za rękę i uśmiechnęłam się smutno – a teraz idziemy na lekcje i zachowujemy się tak jak zwykle, czyli nie rozmawiamy ze sobą za dużo, jasne?

- Jak słońce, księżniczko – wyszczerzył się Leo

- Teraz już mogę mu rozkwasić nos? – upewnił się Aiden

- Droga wolna – skinęłam rękę

- No nie… – Crouch poderwał się z miejsca – I tak mnie nie dogonisz, prosiaczku! – krzyknął, uciekając niczym mały motorek

- Spadamy stąd – kiwnęłam głową na drzwi. Tobby szybko zabrał swoją różdżkę ze stołu, zanim Aiden się rozmyślił i poczłapał za mną szybko do drzwi. Mam tylko nadzieję, że nikt nie zwrócił na naszą małą naradę większej uwagi. Niestety pamiętniczku, czuję w kościach, że to nie było ostatnie nasze spotkanie w tej sprawie…

***

Pierwsze dwie lekcje właściwie minęły całkiem spokojnie. Schody zaczęły się dopiero na trzeciej godzinie, gdy zeszliśmy do lochów na lekcje eliksirów. Zynox już na początku oświadczył, że czeka nas trudne i wymagające doświadczenie, dlatego oczekuje od nas uwagi, bo będziemy musieli powtórzyć za nim każdy krok. Tak, to zdecydowanie zapowiadało katastrofalną lekcję. Ale prawdziwa bomba nadeszła po chwili…

- Żeby ułatwić wam trochę to zadanie, wybiorę zaraz ochotnika, który będzie przygotowywał doświadczenie równo ze mną pod moim czujnym okiem. – powiedział, a wszyscy ucichli

- Panie profesorze, ochotnik z definicji to osoba chętna, która zgłasza się z własnej, nieprzymuszonej woli. Nie można wybierać ochotnika – stwierdziła Irmina z przemądrzałą miną

Zasłoniłam usta ręką, żeby ukryć śmiech. Zynox nie jest dziś w dobrym humorze, więc ta Kleopatra w końcu się doigra. Wybierze ja jak nic…

- Racja, ale to moja lekcja i moje reguły – uśmiechnął się w sposób, od którego przeszły mnie ciarki – Mam już na oku jednego ochotnika – oparł się plecami o biurko i rozejrzał się po klasie. Wszyscy, nawet Ślizgoni zastygli w bezruchu jak zające na polowaniu – Ta osoba jest na tyle bezczelna, że ośmiela się kraść z mojej pracowni składniki eliksirów i naiwnie sądzi, że tego nie zauważę – zaśmiał się sam do siebie, a mnie oblał zimny pot. Niech to szlag…A jednak nauczyciele pamiętają.

Uczniowie patrzyli po sobie przerażeni, bojąc się odezwać. Nawet Irmina nie miała w zanadrzu żadnej zgryźliwej uwagi..

- Gdyby ta osoba nie była tak mierna z eliksirów i miała jakiekolwiek pojęcie jak uwarzyć eliksir wielosokowy, może nie byłbym tak zły. Niestety ta osoba prawdopodobnie nie miała zielonego pojęcia co robi, a nic mnie tak nie drażni jak potężne artefakty w rękach ignorantów – zazgrzytał zębami ze złości. Jestem skończona… – Socretto, zapraszam na stanowisko – rzucił w moją stronę fartuch, a ja mimo oszołomienia złapał am go. Nauczyciel zarzucił peleryną i zniknął w składziku, żeby przygotować sprzęty.

Wstałam powoli z ławki. Nogi miałam jak z waty, a ręce mi się trzęsły jak galareta. Po zniknięciu nauczyciela wszyscy zaczęlii rozmawiać.

- Wow Socretto…nieźle…nawet ja bym czegoś takiego nie zrobił… – dziwił się Black

- Czy ja słyszę podziw w twoim głowie? – siliłam się na żart

- Raczej litość, szlamo – parsknął – On cię zniszczy…

- Już po tobie, szlamo – zawtórowali Ethan i Noah – Nie zdasz eliksirów.

- Socretto, o czym ty myślałaś? Jak mogłaś coś ukraść z pracowni? – Irmina była szczerze przerażona. Nie pamiętniczku, bynajmniej nie bała się o mnie – Zniszczyłaś dobre imię Ravenclawu…zamorduję cię, jeśli to przeżyjesz…

- No dalej Socretto, jeszcze się nie ubrałaś? – mruknął Zynox, wracając do klasy – A i jeszcze jedno…od tego eksperymentu zależy twoja ocena semestralna.

- Ale panie profesorze… – wytrzeszczyłam oczy

- Wolisz końcoworoczną? – spojrzał na mnie ponad szkłami oklarów

- Nie – spuściłam wzrok

- To do roboty. Skoro wydaje ci się, że masz masz tyle doświadczenia, żeby poradzić sobie z eliksirem wielosokowym, to takie doświadczenia będzie dla ciebie zwykłą igraszką – uśmiechnął się perfidnie. Bez słowa ustawiłam się na stanowisku.

Uroczo, prawda? To się nazywa wsparcie. Krukoni siedzieli jak marmurowe posągi, posępnie patrząc i przyglądając się sytuacji. Z kolei Ślizgoni zabawili się w starożytnych gladiatorów, którzy pragną „chleba i igrzysk” i głośno komentowali naszą walkę gladiatorów Socretto vs. Zynox. Aiden wyciągnął torbę czekoladowych żab i doskonale się bawił, śmiejąc się ze znajomymi i jedząc słodycze. Patrzyłam uważnie na to, co robi nauczyciel, ale choćbym nie wiem co robiła, nie potrafię precyzyjnie powtórzyć tych ruchów. Brakuje mi doświadczenia i po prostu talentu. Czułam się beznadziejna.

- Socretto, uważaj bo zaraz wybuchniesz – zarechotał Black

- Gdzie? – pisnęłam i odskoczyłam od stolika. Niechcący ramieniem zahaczyłam o fiolkę z czerwonym proszkiem i wsypałam część do mikstury. Ślizgoni zaczęli się śmiać, a ja spojrzałam się gniewnie na Blacka.

- Black, zajmij się słodyczami z łaski swojej – burknął Zynox

- Panie profesorze, moja mikstura…

- Na twoje szczęście ten proszek zadziała na twoją korzyść, Socretto – zmrużył oczy, nie patrząc na mnie. Chyba sytuacja nie potoczyła się po jego myśli. – Nie stój tak i pracuj.

- Oczywiście – wyjąkałam. Kątem oka spojrzałam na Aidena. Pomaga mi? Nie, przecież nie mógł przewidzieć, że się przestraszę i strącę proszek do kociołka. Zresztą to do niego nie pasuje. Black chce mojej klęski od początku. Pokręciłam głową, żeby odgonić myśli i skupić się na pracy.

- Midas, daj mi tą książkę…przewróć stronę – usłyszałam poddenerwowany szept Irminy. – Socretto, obrazek na dole… – syknęła, próbując przesunąć podręcznik na brzeg ławki – Widzisz?

Tak pamiętniczku, to był ten pamiętny moment, gdy Irmina chciała mi pomóc. Nigdy więcej coś podobnego się nie zdarzyło, dlatego stwierdziłam, że ten akt łaski wypadałoby zapisać w kalendarzu i przypominać jej to co roku, żeby upewnić się, że ta jędza ma uczucia. Oczywiście dobrze wiem, że ona nie chciała pomóc mnie tylko sobie…i reszcie Krukonów. Ratowała nasz dom przed kompletną kompromitacją, ale mój honor nie pozwalał mi skorzystać z jej pomocy. Przecież do końca szkoły by mi to wypominała.

- Zabieraj tą książkę – warknęłam cicho, patrząc, czy Zynox coś widzi

- Nie bądź głupia, nie zrobisz tego sama – Irmina ze złości zacisnęła palce na brzegach ławki

- Zrobię. Dam z siebie wszystko. Nie będę korzystać z twojej łaski – wysyczałam przez zęby. Kątem oka zauważyłam, jak Irmina zrobiła się sina z oburzenia.

- Głupia! – wydusiła z siebie i odchyliła się na oparciu krzesła. Do końca lekcji nie odezwała się słowem. Minnie cały czas coś do niej szeptała, jakby chciała ją uspokoić.

- Kończymy pracę Socretto – poinformował mnie w końcu Zynox

- Tak szybko? – pisnęłam

- Wystarczająco długo się z tym męczymy. Kończymy ten teatrzyk. – powiedział sucho

- Mam wrażenie, że ta sztuka nie zbierze oklasków – chrząknęłam

- Na zakończenie trzeba przekręcić kociołek do góry nogami. Jeśli wszystko wykonałaś poprawie na spodek wyleci ciekła, lepka i aromatyczna mikstura – profesor zademonstrował, a reszta klasy zaczęła klaskać. Skrzywiłam się. Jak dla mnie ta papka wygląda jak zgęstniała krew. – Zapamiętajcie przepis na ten wywar, bo może uratować komuś życie. Uzupełnia braki krwi, gdy ktoś stracił jej dużo, a pomoc…

- A jeśli zrobiłam coś źle? – przerwałam mu, podrygując z nerwów w miejscu

- Nie chciałabyś takiego obrotu sprawy – skrzyżował ręce Zynox – No dalej Socretto, ja czekam – niecierpliwie przebierał swoimi długimi, bladymi, pająkowatymi palcami

Wzięłam głęboki oddech i podniosłam kociołek z paleniska. Mikstura skwierczała i bulgotała niebezpiecznie. Uczniowie wyglądali na przerażonych, a niektórzy zasłaniali się już podręcznikami. No dobrze…raz kozie ja. Przechyliłam szybko kociołek i zacisnęłam powieki. Nic się nie stało, więc otworzyłam oczy. Na spodku leżała gęsta, rdzawoczerwona, gęsta jak syrop ciecz.

- Hej, udało… – nie skończyłam, bo w tej chwili nastąpił wybuch

Dziewczyny zaczęły piszczeć, a ja z wrzaskiem odskoczyłam do tyłu. Niedostatecznie szybko i lepka masa ochlapała moją twarz, ubranie…i właściwie wszystko. Byłam w totalnym szoku. Zamarłam z otwartą buzią i spojrzałam na profesora. Zynox uśmiechał się, jakby od początku wszystko to przewidział.

- No i co, Socretto? Wiesz co teraz nastąpi? Nie zdajesz eliksirów – wzruszył ramionami, a ja o mało nie przewróciłam się na ziemie. Zadzwonił dzwonek. Uczniowie spakowali się i w ekspresowym tempie wybiegli z lochów. Nawet Krukoni tego nie skomentowali. Byłam skończona.

- Posprzątaj ten bałagan, Socretto – mruknął i zaniósł swoje narzędzia do składziku

- Panie profesorze… – zaczęłam, ale musiałam odchrząknąć, bo głos mi drżał – Czy ja mogę to jakoś poprawić…?

- Nie, ale ciesz się, że nie powiedziałem dyrektor McGonagall o tej kradzieży- burknął profesor

- Chwila, myślałam, że to ona powiedziała panu – zbaraniałam

- Pani dyrektor mnie? – zmieszał się – Ach no tak…wspomniała o tym wczoraj przy kolacji…

- Nie prawda, kłamie pan – oznajmiłam z pewnością. Obeszłam stół i podeszłam do jego biurka – Skąd pan o tym wiedział? Śledził mnie pan? Czyta mi pan w myślach, czy co? – paplałam wściekła, zanim ugryzłam się w język. Zynox zmarszczył swoje krzaczaste czarne brwi, które teraz złączyły się w jedną linię.

- Wystarczy, Socretto. Zapominasz się. Wydaje ci się, że nauczyciele są tacy głupi i nic nie widzą? Od początku wiedziałem, że wzięłaś tą miksturę.

- Więc czemu nie wezwał mnie pan do gabinetu po lekcjach? Albo nie zaczepił na korytarzu? Właściwie to nie widziałam pana wczoraj przy stole nauczycieli…wyszedł pan dopiero w nocy…

- Próbujesz mi udowodnić, że kłamię? – krzyknął, a ja zamilkłam. Drżał ze złości.

- Nie panie profesorze. Ja tylko…

Zynox cofnął się w cień, a gwałtowny ruch jego płaszcza zgasił świeczkę. W pomieszczeniu zrobiło się jeszcze ciemniej. Przeszedł mnie dreszcz. Instynkt mówił mi uciekaj.

- Przepraszam panie profesorze, niech się pan nie denerwuje… – mój oddech przyspieszył. Nie widziałam go, ale słyszałam jego kroki. Przemieszczał się po sali w stronę składziku. To głupie, ale czułam się bezbronna, bo prawie nic nie widziałam w tych ponurych ciemnościach. Odruchowo sięgnęłam do buta po różdżkę.

- Wyjdź stąd! – zażądał

- Ale…

- Wyjdź i zamknij drzwi! – ryknął i zatrzasnął drzwi do składziku, a ja już o nic nie pytając zabrałam torbę i uciekłam. Chciałam tylko jak najszybciej zapomnieć o tej lekcji

***

W łazience udało mi się zmyć resztki nieudanego eksperymentu i poszłam prosto na zajęcia z transmutacji. Biorąc pod uwagę, zachowanie Zynoxa nie byłam pewna, czy nauczyciele nie wiedzą o naszej nocnej eskapadzie. Dlaczego jednak to ukrywają? Postanowiłam mimo wszystko nie wyróżniać się specjalnie przez jakiś czas. Krukoni wciąż byli na mnie obrażeni, więc ostentacyjnie mnie ignorowali, co bardzo mi odpowiadało. Usiadłam na końcu klasy i obłożyłam się książkami.

- Cześć piękna, jak tam nasze śledztwo?

- Leonrad… – jęknęłam, zamykając książkę. Jego towarzystwo nie jest dobrym pomysłem, jeśli chcesz się wtopić w tłum. – Nie miałam jeszcze czasu iść do biblioteki.

- Słyszałem o tej lekcji eliksirów – zaśmiał się zadowolony. W oczach miał psotne iskierki – Nasza „krwawa Mary”…

- Nie nazywaj mnie tak! – oburzyłam się

- Wszyscy już tak o tobie mówią – wzruszył ramionami z rozbrajającym uśmiechem

- Wszyscy, to znaczy kto? – westchnełam

- No cała szkoła! Ślizgoni opowiadali o tym na przerwie każdemu kogo spotkali. Podobno Zynox cię oblał i nie zdajesz.

- Po tym jak go wkurzyłam raczej nie mam szans – mruczałam rysując na pergaminie schemat, który Muglis właśnie namalował na tablicy

- Brawo, przybij piątkę.

- Niby z jakiej okazji? – wytrzeszczyłam oczy

- Coraz bardziej przypominasz Gryffona, księżniczko. Igranie z regulaminem, życie na krawędzi…

- Nie, to tylko znaczy, że coraz bardziej upodabniam się do CIEBIE, a tego wolałabym uniknąć – przewróciłam oczami

- Oj dobra, wyluzuj…jesteś strasznie spięta – burknął i obrażony położył się na podręczniku

- Moi drodzy, koniec teorii. Zabieramy się za ćwiczenia praktyczne – klasnął w dłonie profesor

- Nareszcie… – z westchnieniem wyjęłam różdżkę. Lokacja, przemieszczanie przedmiotów, teleportacja…łatwizna. Ćwiczyłam to już w pokoju wspólnym z Rose, która w dodatku mnie pochwaliła. Podniosłam różdżkę i już miałam wypowiedzieć zaklęcie, gdy spojrzałam na Leo. Miałam się nie wychylać…niech on to poćwiczy, bo pewnie jak zwykle nawet nie słuchał teorii. Poza tym Muglis chodził po klasie i sprawdzał nasze postępy.

- Chcesz być pierwszy? – zapytałam wspaniałomyślnie

- Dlaczego ja? – zmrużył oczy – Skoro się przygotowałaś to wal, droga wolna – machnął rękę

- Ale ja…nie umiem tego zrobić – chrząknęłam – Pokażesz mi?

- Jaja sobie robisz? Ty czegoś nie umiesz? – prychnął rozbawiony

- No proszę cię…nie usłyszałam ostatniej części wykładu, bo mnie zagadałeś. Jesteś mi winien małą prezentację. – Muglis był coraz bliżej

- No to mamy mały problem, bo ja też nie słuchałem… – wyszczerzył się

- Ok, rób to co ci mówię – straciłam cierpliwość

- Co ty…? – podążył za moim wzrokiem i zobaczył nauczyciela – Nie chcesz pokazać się Muglisowi?

- Nie, chcę, żebyś ty w końcu coś zaprezentował – wymyśliłam na szybko wymówkę

- Muglis wie, że jestem zbyt roztrzepany, żeby skupić się na takich zaklęciach – skrzyżował ręce

- To nie znaczy, że nie możesz próbować – naciskałam – A nóż widelec go zaskoczysz.

- Daj spokój, Muglis już na pierwszej lekcji powiedział, że jest zaskoczony, że ktoś dał mi różdżkę, bo jestem zagrożeniem dla świata.

- Więc twierdzisz, że tego nie potrafisz? – przygryzłam wargę. Muglis stanął obok nas i uważnie nas obserwował, przygładzając swoje siwe wąsy.

- Tego nie powiedziałem – nastroszył się Leo

- Więc udowodnij – poruszyłam wymownie brwiami

- Sama chciałaś – Leo podrzucił różdżkę i złapał ją w powietrzu przed moim nosem. Co za efekciarz…

- To nie skończy się dobrze, wiesz o tym? – szepnął do mnie Muglis. Spojrzałam się na niego przez ramię, ale nic nie powiedziałam. Leo robił minę, jakby mocno się skupiał i wypowiedział zaklęcie. Kulka powoli zaczęła znikać. Niestety w kubku pojawiła się tylko jej część.

- No panie psorze, niech pan zobaczy jak było blisko! – wykrzyknął

- Widzę Crouch, widzę… – zaśmiał się pod nosem

- Ale to można opatentować! Nowa moda na…pół kulki w kubku. Jaki to chwyt reklamowy! Druga połówka jest niewidzialna. Jak ją znajdziesz to dostaniesz za darmo

- Dobrze Crouch, nie jest tak źle… – tym razem nauczyciel roześmiał się na głos. Nawet ja się uśmiechnęłam. Leonrad potrafi znaleźć wyjście z każdej sytuacji – Poćwicz jeszcze, a teraz Sabrina.

- Ja? – byłam pewna, że pójdzie dalej

- Tak, pokaż co potrafisz – pokiwał głową

Westchnęłam i podrapałam się po czole. Mam udawać, że tego nie umiem? Nie, Muglis wie już, co potrafię. Nie uwierzy mi. Poddałam się i wykonałam ćwiczenie. Czarodziej uniósł brwi i z uznaniem pokiwał głową.

- Bardzo dobrze, Sabrina. Trzymaj tak dalej…

- A więc okłamałaś mnie! Potrafisz to… – krzyknął Leo i zamachnął się ręką. Nawet nie zauważył, że stracił kubek z ławki. Pod wpływem impulsu machnęłam różdżką i szklany kubek zmienił się w plastikowy. Muglis kucnął i podniósł przedmiot. Wszyscy się na nas patrzyli. Z kubka wyfrunął motyl w kształcie metalowej kulki ze szydłami. Przełknęłam ślinę. Miałam się nie wychylać…

- Dobry refleks, Sabrina – pochwalił mnie nauczyciel – Dyrektor McGonagall miała rację… – mruknął do siebie – Wracajcie do ćwiczeń. Niedługo koniec lekcji – dodał i odszedł od naszej ławki

- Co to było? – zapytał Leo

- Nie ważne – pochyliłam się nad książką  – Dziękuje bardzo…właśnie zniszczyłeś moje szanse na bycie niezauważoną – burknęłam

- Chciałaś, żeby nikt cię nie widział? Jesteś dziwna. Wszystkie dziewczyny chcą się rzucać w oczy.

- Na pewno nie ja! – warknęłam

- Nie rozumiem dziewczyn! – wzniósł ręce Leo. Nie odpowiedziałam i udałam, że zajęłam się czytaniem. – Świetnie. Jednak się pomyliłem co do ciebie. Jesteś sztywną, zasadniczą Krukoną – prychnął i zanim na niego spojrzałam zebrał swoje rzeczy i przesiadł się do swojego kolegi. Zabolało, ale postanowiłam nie pokazywać tego po sobie. Nie mogę pozwolić pamiętniczku, żeby taki Crouch myślał, że mnie obchodzą jego humory…

Po lekcji Muglis wezwał mnie do siebie. Powiedział, że dyrektor McGonagall przygotowała dla mnie dodatkowe lekcje ćwiczeń i wręczył mi podręcznik dla uczniów z drugiego roku. Dodał, że mam zapoznać się z pierwszym działem i on albo pani dyrektor wkrótce mnie z tego odpytają. Tak, o tym właśnie marzyłam…

***

Na przerwie obiadowej w końcu spotkałam się z Tobbym i opowiedziałam mu, co mi się przydarzyło. Plotki właściwie szybko się rozchodzą i on już wszystko wiedział, ale i tak cierpliwie wysłuchał jak streściłam mu cały poranek na jednym wydechu. Aż dostałam czkawki.

- To straszne…zwłaszcza ta sprawa z Zynoxem – stwierdził – Myślisz, że naprawdę może cię oblać?

- Nie wiem…boję się… – nie miałam już siły udawać twardej – On zachowywał się jak opętany. Nie wiem, czym go tak zdenerwowałam.

- Może twoje pytania go zdenerwowały? Czasem potrafisz być namolna

- Ja tylko chciałam dowiedzieć się prawdy. Skoro McGonagall mu nie powiedziała o tej fiolce, to skąd mógłby się dowiedzieć? On coś ukrywa…a tak przy okazji to dzięki! Nie wiedziałam, że jestem namolna.

- Oj nie jesteś…tak tylko żartuję – szturchnął mnie łokciem – Porozmawiaj z Gretel. Powinna ci pomóc, w końcu to opiekunka twojego domu.

- Jasne, jeszcze dostanę u niej karę za przyniesienie wstydu domowi. Nic z tego…ale Zynoxa nie było wczoraj na tej kolacji, prawda? – zapytałam cicho

- Nie, nie przypominam sobie, żebym go widział – podrapał się po głowie Tobby

- To dobrze, bo myślałam, że zaczynam wariować… – wzdrygnęłam się przy silniejszym podmuchu wiatrem. Koniec października mimo, że słoneczny, był już chłodny.

- Jesteś zdenerwowana. Mogłabyś iść do madame Rosemarthy. Ja byłem u niej na przerwie na herbatce i od razu mi lepiej.

- Chcesz mi powiedzieć, że nauczycielka wróżbiarstwa jest naszym szkolnym pedagogiem? – prychnęłam

- Nie wiem kto to jest pedagog, ale madame Rosemartha zawsze mnie wysłucha i poradzi coś mądrego. Gdy dokuczają mi w klasie idę się do niej wygadać – opuścił głowę

- Tobby, masz przecież mnie… – poczułam się zdradzona

- Wiem, ale…to co innego. Ona jest dorosła…i rozumie dużo rzeczy.

- A o czym jeszcze rozmawiacie? – zmrużyłam oczy, przypominając sobie ostatnią lekcję Tobbyego, gdy zaczął rysować i opętało go

- O różnych rzeczach… – schylił się do torby po jabłko. W tym momencie z jego kolan spadł notes. Akurat otworzył się na ostatnim rysunku. To drzewo…

- Tobby…skończyłeś swój rysunek – zdziwiłam się

- Tak, nawet nie wiem kiedy – przyznał

- Miałeś na razie nie rysować – zmarszczyłam brwi

- Och daj spokój, mówiłem, że z tym nie da się tak łatwo skończyć – zabrał mi notes – Poza tym madame Rosemartha mówi, że nie powinienem tego powstrzymywać, muszę to wypuścić.

- Ale co? – nie rozumiałam

- Nic… – przygryzł wargę i wsadził notes do torby

- Tobby, co ona ci jeszcze mówi o tych rysunkach? Wiesz, czemu wpadasz w taki trans?

- Nie, nie rozmawiam z nią o tym

- Przecież mówiłeś…

- Muszę iść, zaraz będzie dzwonek. Spotykamy się po kolacji w bibliotece? – przerwał mi wesoło

- Tak, jasne… – mruknęłam, ale gdy tylko przyjaciel odwrócił się, skoczyłam i zabrałam mu notes z otwartej torby. Już ja sobie porozmawiam z madame Rosemarthą…

***

Zrezygnowałam z kolacji i od razu po lekcjach ruszyłam do biblioteki, żeby poszukać informacji jeszcze przed Tobbym. Początkowo czytałam tylko o czterech założycielach, ale moją uwagę ciągle pzykuwał notes Tobbyego na dnie mojej torby. Przyjaciel bardzo dokładnie narysował to drzewo. Wycieniował, pokolorował…teraz przypominało Wierzbę Bijącą, która rośnie u nas na błoniach. Na dole obok grubego pnia stało mnóstwo małych ludzików, a na górze ponad koroną drzew błyszczał…miniaturowy znak Morsmorde! Zerwałam się z krzesła, a książki z hukiem pospadały z moich kolan. Bibliotekarka spojrzała na mnie z naganą. Posłałam jej przepraszający uśmiech i zebrałam książki z podłogi. Znowu ten znak…czemu Tobby go rysuje? Ruszyłam do regałów i po długich poszukiwaniach w końcu natrafiłam na odpowiednią książkę. Przeczytałam, że Morsmorde był znakiem Lorda Voldemorta oraz Śmierciożerców, którzy nosili taki tatuaż na ręku. Najgorsze było to, że ci czarnoksiężnicy używali tego zaklęcia, żeby zaznaczyć miejsce, gdzie doszło do morderstwa lub do naznaczenia swoich wrogów…

Pierwszy raz ten znak pojawił się na meczu quidditcha. A jeśli…to było ostrzeżenie? Mój mózg pracował na pełnych obrotach. Dlaczego na meczu quidditcha? Dla kogo było to ostrzeżenie? Dla któregoś z graczy? A może…dla szukającego? W końcu znak wyskoczył ze złotego znicza. Cóż, to że Lord Voldemord nie żyje, nie oznacza, że ktoś nie chce odbudować jego potęgi. Ten czarnoksiężnik z błyszczącymi oczami, którego widziałam…widział, że ja go widzę. Musiał też przewidzieć, że ściągnie mnie na dół…a ja wezmę za sobą Tobbyego. Chciał, żebyśmy tam zeszli, ale nie zamierzał nas zabić. Tobby i Aiden byli już na boisku. Kiedy pobiegłam do nich, żeby przeszkodzić im w złapaniu znicza, byliśmy już w czwórkę. To jest wiadomość dla nas…dla mnie, Tobbyego, Aidena i Leonrad…ktoś z nas ma niedługo zginąć…

***

Biegłam ile sił w nogach po schodach dopóki nie zatrzymałam się pod drzwiami pracowni madame Rosemarthy. Dysząc jak mały parowóz zaczęłam dobijać się do środka. Po chwili nauczycielka otworzyła mi z marsową miną. Była ubraną w swoją błyszczącą szatę w gwiazdy i pachniało wyjątkowo intensywnymi kadzidłami. Zmarszczyłam nos. Pewnie przeszkodziłam jej we wróżeniu.

- Czułam, że niedługo mnie odwiedzisz, Sabrino – powiedziała spokojnie

- Doprawdy? Może po prostu słyszała pani jak sapię biegnąc po schodach, a potem walę w drzwi? – nie mogłam się powstrzymać

- Oj, oj ktoś ma niewyparzony język…nie masz przekonania do wróżenia, prawda kochana?

- Nie, jak dla mnie to tylko spekulacje i odrobina psychologi – wysapałam

- Więc czemu chcesz mnie prosić o pomoc, skoro nie ufasz temu, co robię? – oparła się o framugę drzwi

- Bo chodzi o Tobbyego…a konkretnie o to, co on maluje – wyciągnęłam z torby notes

- Wejdź – uchyliła szerzej drzwi

- Wie pani o tym od dłuższego czas, prawda? – nie traciłam czasu

- Poczekaj, zaparzę herbatę i wtedy porozmawiamy. Usiądź – wskazała mi krzesło. Jęknęłam, ale posłusznie usiadłam i zaczekałam na nauczycielkę.

- Tak Sabrino, już od pierwszej lekcji zauważyłam, że Tobby jest niezwykle wrażliwą osobą. – powiedziała czarownica, wracając po chwili z dzbankiem i szklankami

- No tak, wrażliwy to on jest…ale co znaczą te rysunki. Czemu on ciągle maluje to drzewo.

- To jest znak, symbol… – powiedziała, ostrożnie dotykając strony z notesu

- Nie rozumiem, nie znam się na symbolice…ale wiem, co oznacza Morsmorde. – popukałam palcem w zielony znaczek – I to nie wróży dla nas nic dobrego.

- Napij się herbaty. Jesteś cała zestresowana – dotknęła mojej reki – Każdy dzień w tej szkole jest dla ciebie trudny. To walka o przetrwanie. A mimo to nie poddajesz się…lubisz to miejsce…i tęsknisz za domem.

- Stop. Co pani robi? – wyszarpnęłam dłoń z jej uścisku

- Staram się pomóc – wzruszyła ramionami

- Tobbyemu też pani tak pomaga?

- Cóż…jesteś jego przyjaciółką, więc wiesz, że nie jest akceptowany przez klasę. Bronisz go i on bardzo cię za to ceni, ale marzy o tym…żebyś nie musiała tego robić. Chce być normalny, ale jest niezwykły… – mówiła z pasją

- Dobrze, dobrze, trzymajmy się konkretów. Czemu Tobby jest takie niezwykły – z grzeczności spróbowałam herbaty

- Twój przyjaciel ma dar, dar rysowania.

- To już wiem.

- Nie rozumiesz…Tobby przez rysunki wyraża to, co widzi w przyszłości. – przechyliła się w moją stronę, aż zobaczyłam swoje odbicie w jej oczach

- Chce pani powiedzieć, że Tobby…

- Jest wizjonerem – dokończyła z triumfalnym uśmiechem

- Niemożliwe… – zmrużyłam oczy

- Czemu nie?

- Bo wiedziałby o tym od dzieciństwa albo…sama nie wiem… – zwątpiłam w to co mówię. Napiłam się herbaty. Przez chwilę panowała cisza.

- Pewne zdolności odkrywa się z wiekiem, krok po kroku… – mówiła powoli, a ja czułam jak moje mięśnie się rozluźniają. Może rzeczywiście byłam zestresowana.

- Zaraz, zaraz…od kiedy Tobby przychodzi do pani na takie pogawędki?

- Od początku roku. Te rozmowy mu pomagają.

- I pani za każdym razem dawała mu taką herbatkę?

- Tak.

- To pani wina! – zrozumiałam – To pani obudziła w nim ten dar! Obserwowałam go…z tygodnia na tydzień coraz bardziej zatracał się w tym rysowaniu przez panią.

- To dobrze, że rysuje. Przekonałam go do tego.

- I co pani zrobiła? On cierpi…wpada w trans i traci kontakt z rzeczywistością! – jęknęłam, podnosząc się z krzesła

- Mogę go nauczyć tego kontrolować – złapała mnie za rękę – Zrozum Sabrina, że jeśli wizjoner będzie dusił w sobie te wizje, wybuchnie. Tak jak wtedy na lekcji…

- Nie, nie wierzę…jemu trzeba pomóc. Wziąć do Skrzydła Szpitalnego, do dyrektor…

- Nie Sabrina, proszę! – krzyknęła rozpaczliwie madame Rosemartha – Tylko Tobby może nas uratować przed katastrofą. Coś się zbliża…wiesz o tym, prawda? – syknęła, a mnie przeszedł dreszcz – Cała wasza czwórka w tym siedzi. Grozi wam wielkie niebezpieczeństwo. Całemu światu czarodziei grozi niebezpieczeństwo. Tylko wizje Tobbyego mogą nas uratować.

- Nie wierze… – powtórzyłam uparcie – Co znaczy to drzewo?

- Tylko Tobby może nam to powiedzieć, ale skoro wisi nad nim Morsmorde, oznacza śmierć, morderstwo… – zadrżała nauczycielka

- No dobrze, morderstwo pod Bijącą Wierzbą… – oblizałam wargi zdenerwowana i usiadłam z powrotem na krześle – Ale kiedy to się stanie?

- Nie wiem – spojrzała na mnie poważnie – ale tylko wasza czwórka może temu zapobiec – szepnęła, a ja czułam jak mój żołądek zwija się w supeł.

I co ty na to pamiętniczku? Już sama nie wiem w co mama wierzyć. Chyba jednak nasza sen o spotkaniu czterech założycieli Hogwaru był prawdziwy…

 
 

Tags: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Dodaj komentarz