RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Nowy rozdział dziejów Hogwartu’

O konsekwencjacj nocnej eskapady i odkryciu tajemnicy Tobbyego…

26 sty

21 października 2020

Zeszłam na śniadanie do sali głównej z mieszanymi uczuciami. Byłam pewna, że jeśli w hallu nie będą wisieć listy gończe z naszymi twarzami, to przynajmniej nauczyciele zgarną nas w drodze do stołówki. Ku mojemu zdziwieniu i nieukrywanej uldze nic takiego się nie stało. Powiem ci więcej pamiętniczku, nikt nie sprawiał wrażenia poinformowanego o tej sprawie. Normalnie cała szkoła już by o tym plotkowała. No wiesz pamiętniczku, momentami czuję się jak gwiazda śledzona przez uważne paparazzi. Brakuje jeszcze tego, żebym trafiła z pierwszą stronę Proroka Codziennego z tytułem „Sabrina Socretto i jej kolejne wyczyny w szkole. Kiedy ta krnąbrna uczennica w końcu wyleci z murów elitarnej szkoły?”. Kiedy powiedziałam o tym Rose, zaczęła się śmiać i stwierdziła, że mam za dużą wyobraźnię i jestem przewrażliwiona. Według niej każdy ma zbyt wiele własnych problemów, żeby żyć moimi. Może coś w tym jest, ale i tak czuję się jak sarna na celowniku…

W takim wypadku moje obawy były całkiem uzasadnione. Byłam przekonana, że to mój ostatni dzień w szkole. Jak nie teraz to po śniadaniu McGonagall każe mi przyjść do swojego gabinetu i powie, że mam pakować walizki. Przecież ta czapka…no bądźmy szczerzy (jest wredna i zgorzkniała), na pewno nie potrafi trzymać języka za zębami. Widziała mnie i zna. Dlaczego nie miałaby powiedzieć dyrektorce, że zakradłam się do jej gabinetu? Znając Tiarę pewnie podkoloryzuje opowieść tak, że wyjdę na szantażystę o pomieszanych zmysłach z giwerą większą od mojej ręki. Bałam się tylko, że wylatując, pociągnę za sobą Tobbyego, Leonarda i Aidena. Tak naprawdę tylko Tobby był moim przyjacielem, ale nie zniosłabym myśli, że zniszczyłam karierę trzem pozostałym uczniom. Martwił mnie fakt, że opiekunowie domów prawdopodobnie wiedzieli, że cała nasza czwórka błądziła po szkolnych korytarzach. Już słyszę te plotki…”Socretto wciągnęła w swoje szaleńcze wybryki uczniów z innych domów” (no dobra, Croucha na takie rzeczy nie trzeba długo namawiać), „Socretto chce opanować całą szkołę”…o nie…już mi słabo. A może…jest cień szansy choć mały…może to wszystko był sen? Skoro nikt nic nie wie oprócz mnie. To byłby mój najbardziej realistyczny sen w życiu, ale w sumie mogłam się tego spodziewać. Widziałam duchy czterech założycieli Hogwartu, którzy do nas podeszli i nas dotknęli. Jak babcie kocham pamiętniczku…to musiał być sen, bo nie wstąpiłam do ekipy „Łowcy duchów”.

Niestety kiedy usiadłam do stołu moje marzenia o fantastycznym śnie prysnęły niczym bańka mydlana. Wystarczyło popatrzeć w stronę stołu Puchonów. Biedny, mały Tobby siedział skulony na ławce i jak w transie przeżuwał rogalik z marmoladą. Jego kręcone włosy były jeszcze bardziej potargane i pokręcone niż zwykle, a łagodne oczy dziś były podkrążone i wytrzeszczone, jakby zobaczył ducha…a przecież nie mógłby mieć takiego samego snu co ja, prawda? Przełknęłam ślinę i nalałam sobie gorącej, pachnącej goździkami herbaty do kubka. Dyskretnie odwróciłam się i spojrzałam na pozostałych towarzyszy wczorajszej niespodziewanej eskapady. Leo jadł spokojnie śniadanie, ale był dziwnie nieobecny i prawie z nikim nie rozmawiał. Chyba nigdy nie widziałam go siedzącego w jednym miejscu dłużej niż minutę. No tak już kiedy wchodziłam wielką salę, uderzyła mnie ta dziwna cisza. Teraz już wiem, że nie słyszałam jak Crouch się drze i rechocze. Aiden z kolei nic nie jadł! To przebiło wszystko. Mały, grubiutki Ślizgon uwielbiany przez skrzaty, które gotowały nam posiłki nic nie jadł. Chłopak, który zawsze miał pełny talerz i jeszcze zabierał coś „na potem” w serwetkach siedział i gapił się w przestrzeń, podczas gdy przed jego nosem parowały gorące kiełbaski i jajecznica. Czy to nie jest groźne dla jego zdrowia? Marsowa mina chyba odstraszała wszystkich jego kolegów, bo nikt nie śmiał do niego zagadać. Nagle nasze spojrzenia się spotkały. Black przestał opierać brodę na ręku i podniósł się do pionu. Zmrużył oczy i coś mruknął pod nosem w moją stronę, ale ja szybko się odwróciłam.

- Niech to szlag…więc to prawda… – mruczałam, nakładając twarożek na kanapkę

- Oj prawda, prawda Socretto…Gretel przełożyła termin oddawania wypracowań na jutro. – westchnął Midas

- Co?! – spanikowałam. Nawet nie zaczęłam tego pisać

- Daj spokój, ona cię nawet nie słuchała – prychnęła Irmina – Socretto żyje w swoim świecie…

- Gapiła się na stół Gryffonów – zachichotała Minnie. Wyglądała jak Rudolf z nosem czerwonym od dżemu

- Pewnie patrzyła się na Croucha – podchwycił Spike – Zabujałaś się, co?

- Nie, wcale, że nie… – skrzywiłam się – Dlaczego miałby mi się podobać?

- Czy ja wiem…bo jest z Gryffindoru i ma tak samo głupie pomysły jak ty? Albo dlatego, że na obronie przed czarną magią ciągle ze sobą rywalizujecie? Albo dlatego, że ciągle za nim łazisz – wymieniała Irmina, oblizując palce z kremu czekoladowego

- Coś dużo tych argumentów… – zmrużyłam oczy – Ale ja z nim nie łażę…

- Jasne… – przewróciła oczami Irmina – Zrobisz wszystko, żeby wkupić się w łaski Gryffonów.

„Twoim przeznaczeniem jest Ravenclaw, bardziej niż ci się wydaje” usłyszałam w głowie głos Tiary. Zacisnęłam usta. Nie, nie zgadzam się na to. Chcę mieć coś do powiedzenia, jeśli chodzi o moje „przeznaczenie”. Jeszcze będę w Gryffindorze! Tylko dlaczego wczoraj w nocy podeszła do mnie Rowena Ravenclaw? Stop! Muszę o tym zapomnieć…muszę zapomnieć o całym wczorajszym wieczorze.

Do końca śniadania nie odzywałam się, co raczej nikomu nie przeszkadzało. Poczekałam aż uczniowie zaczną wychodzić na lekcje i gdy nikt nie patrzył przemknęłam się do stołu Puchonów. Wsunęłam się na miejsce obok Tobbyego i poklepałam go po plecach.

- Jak tam po spotkaniu z Helgą Huffelpuff?  – zapytałam lekkim tonem, a MacMillan zakrztusił się mlekiem. Musiałam go popukać w plecy.

- Sabrina, ty naprawdę nie znasz znaczenia słów dyskrecja i subtelność – wykasłał

- Wygląda na to, że nie znam – uśmiechnęłam się półgębkiem i wzięłam łyka z jego kubka- Więc to prawda? Ty też to pamiętasz?

- Uwierz mi, że wolałbym zapomnieć – przeczesał ręką włosy – Nigdy nie piłem nic mocniejszego niż kremowe piwo, ale wydaje mi się, że tak właśnie czują się osoby na kacu… – mruknął, kładąc twarz na stole

- Zapomnimy o tym, obiecują – pomasowałam go energicznie po plecach. Był chudy, mogłam wyczuć jego kręgi. Poza tym oddychał szybko, jakby miał się zaraz rozpłakać. – Tylko musisz wziąć się w garść Tobby. Chyba nikt nie pamięta, co się wczoraj stało oprócz nas. To dobry znak.

- Ale co się wczoraj właściwie stało? – jęknął, unosząc się na łokciu – Nie rozumiem tego…ja tylko chciałem znaleźć różdżkę.

- I znalazłeś ją chociaż? – zapytałam łagodnie

- Nie! – uderzył ręką w stół – Ała… – skrzywił się i pomasował dłoń

- Trzymaj MacMillan – warknął ktoś i rzucił nam pod nos różdżkę Tobbyego – Ten jeden raz…

- Black? – wytrzeszczyliśmy oczy

Aiden bez słowa usiadł na przeciwko nas i posłał nam mętne spojrzenie. Przełknęłam ślinę. W tej chwili nie wiedziałam, czy mam się go bać.

- Czy wy wczoraj…czy my… – chrząknął zmieszany

- Nie kończ. Tak, naprawdę ich spotkaliśmy – mruknęłam, rozglądając się dyskretnie po sali

- Nie uwierzycie, co mi się śniło! – Leo wskoczył na miejsce obok Aidena, a ja podskoczyłam zaskoczona – Uciekaliśmy wczoraj przed nauczycielami i Sabrina użyła takiego superowego zaklęcia, a potem podszedł do mnie Godryk…

- Ciii! – syknęliśmy do niego w trójkę

- Nie drzyj japy Crouch – warknął Aiden – Cała szkoła nie musi o tym wiedzieć.

- Ha, czyli nie zwariowałem – zaśmiał się triumfalnie

- To akurat kwestia dyskusyjna – prychnęłam

- No wiesz… – obruszył się

- Ej, to nie my podpalamy sobie włosy – stwierdził rzeczowo Aiden

- To był wypadek – Leo przesunął ręką po swoich włosach obciętych na jeża (stwierdził, że nie będzie ich już zapuszczał na złość matce) i uśmechnął się głupkowato. Przewróciłam oczami. Ten chłopak kiedyś się zabije i powie, że to był wypadek.

- Po prostu się nie drzyj, bo jakbyś nie zauważył, nauczyciele w dziwny sposób o tym zapomnieli… – szepnęłam

- Do czasu… – westchnął Tobby

- Ej, uważasz, że nie potrafię dochować sekretu? – obruszył się Leo

- To chyba jasne Crouch. Gęba ci się nie zamyka od rana do wieczora – parsknął Aiden

- Za to ty snujesz się cały dzień po szkole jak dementor – odparował Leo – Tylko nie jesteś tak szybki i zwinni jak oni przez te ciastka…

- Mogę mu przyłożyć? – Aiden złapał go za tył szaty i zacisnął dłoń w pięść

- Zostaw – warknęłam – Musimy się naradzić, co robimy dalej – skrzyżowałam ręce na piersi i oparłam się plecami o ścianę

- A musimy coś w ogóle robić? – zapytał Tobby przez ściśnięte gardło

- No pewnie, że tak! Nie chcesz się dowiedzieć, po co oni do nas przyszli, MacMillan? Bo na pewno po coś przyszli! To było takie kosmiczne… – cieszył się Leo

- Stop! Nikomu nie możemy o tym powiedzieć! – złapałam Leo za rękę – Zachowujmy się, jakby nic się nie stało. Spróbuję czegoś poszukać na ten temat w bibliotece… – chłopak spojrzał się na nasze ręce i poruszył wymownie brwiami. Zacmokałam zirytowana jego infantylnym zachowaniem i cofnełam dłoń. Czułam gorąco na policzkach.

- Jasne…tylko spokojnie, księżniczko – wyszczerzył się Leo – Buzia na kłódkę – zrobił ruch jakby zamykał usta na klucz

- Nie, popieram kaczkę. Powinniśmy dać sobie z tym spokój. Może to były tylko halucynacje spowodowane twoim zaklęciem? – Aiden spojrzał się na mnie oskarżycielsko

- Nie mów na mnie kaczka! – zdenerwował się Tobby – I nie oskarżaj o nic Sabriny. Uratowała nas wczoraj.

- Przede wszystkim ratowała swój tyłek…tak szlamo, myślisz że nie wiem, że byłaś u McGonagall? – warknął Black

- Ej, nie mów tak do niej…! – obużyli się chłopcy

- Przede wszystkim nie możemy się tak jawnie spotykać – mruknęłam, widząc zaciekawione spojrzenia uczniów. Zignorowałam, że jawnie mnie obraża – Przyciągamy uwagę.

- Spokojnie, ja to załatwię – uśmiechnął się drapieżnie Aiden

- Nie, nie możemy wzbudzać podejrzeń. W końcu teoretycznie nie za bardzo się lubimy…

- Ja tam nie lubię was nawet w praktyce – prychnął Black

- Dzięki ziom, my ciebie też – Leo pokiwał głową i położył dłoń na ramieniu Blacka

- Zabieraj tą łapę, Crouch – syknął blondyn

- Przestańcie chociaż na chwilę – przewróciłam oczami – To co nas spotkało nie było przypadkowe – spojrzałam na nich poważnie – Kto albo coś chciało, żebyśmy się tam znaleźli o tej godzinie. Jestem pewna, że nie jesteśmy pierwsi w historii, którzy przeżyli takie…spotkanie trzeciego stopnia. To na pewno coś dla nas znaczy. Poszukam o tym informacji w bibliotece. Tam na pewno znajdę jakieś logiczne wytłumaczenie.

- Tak…może będziemy mieć jakieś korzyści z tego spotkania – zamyślił się Aiden – Bogactwo albo sławę…

- Albo dostaniemy super moce i będziemy musieli kogoś uratować! Jak super czwórka! – cieszył się Leo

- Ja to bym wolał, żeby to rzeczywiście był zwykły sen – westchnął ciężko Tobby

- Wiem Tobby… – złapałam go za rękę i uśmiechnęłam się smutno – a teraz idziemy na lekcje i zachowujemy się tak jak zwykle, czyli nie rozmawiamy ze sobą za dużo, jasne?

- Jak słońce, księżniczko – wyszczerzył się Leo

- Teraz już mogę mu rozkwasić nos? – upewnił się Aiden

- Droga wolna – skinęłam rękę

- No nie… – Crouch poderwał się z miejsca – I tak mnie nie dogonisz, prosiaczku! – krzyknął, uciekając niczym mały motorek

- Spadamy stąd – kiwnęłam głową na drzwi. Tobby szybko zabrał swoją różdżkę ze stołu, zanim Aiden się rozmyślił i poczłapał za mną szybko do drzwi. Mam tylko nadzieję, że nikt nie zwrócił na naszą małą naradę większej uwagi. Niestety pamiętniczku, czuję w kościach, że to nie było ostatnie nasze spotkanie w tej sprawie…

***

Pierwsze dwie lekcje właściwie minęły całkiem spokojnie. Schody zaczęły się dopiero na trzeciej godzinie, gdy zeszliśmy do lochów na lekcje eliksirów. Zynox już na początku oświadczył, że czeka nas trudne i wymagające doświadczenie, dlatego oczekuje od nas uwagi, bo będziemy musieli powtórzyć za nim każdy krok. Tak, to zdecydowanie zapowiadało katastrofalną lekcję. Ale prawdziwa bomba nadeszła po chwili…

- Żeby ułatwić wam trochę to zadanie, wybiorę zaraz ochotnika, który będzie przygotowywał doświadczenie równo ze mną pod moim czujnym okiem. – powiedział, a wszyscy ucichli

- Panie profesorze, ochotnik z definicji to osoba chętna, która zgłasza się z własnej, nieprzymuszonej woli. Nie można wybierać ochotnika – stwierdziła Irmina z przemądrzałą miną

Zasłoniłam usta ręką, żeby ukryć śmiech. Zynox nie jest dziś w dobrym humorze, więc ta Kleopatra w końcu się doigra. Wybierze ja jak nic…

- Racja, ale to moja lekcja i moje reguły – uśmiechnął się w sposób, od którego przeszły mnie ciarki – Mam już na oku jednego ochotnika – oparł się plecami o biurko i rozejrzał się po klasie. Wszyscy, nawet Ślizgoni zastygli w bezruchu jak zające na polowaniu – Ta osoba jest na tyle bezczelna, że ośmiela się kraść z mojej pracowni składniki eliksirów i naiwnie sądzi, że tego nie zauważę – zaśmiał się sam do siebie, a mnie oblał zimny pot. Niech to szlag…A jednak nauczyciele pamiętają.

Uczniowie patrzyli po sobie przerażeni, bojąc się odezwać. Nawet Irmina nie miała w zanadrzu żadnej zgryźliwej uwagi..

- Gdyby ta osoba nie była tak mierna z eliksirów i miała jakiekolwiek pojęcie jak uwarzyć eliksir wielosokowy, może nie byłbym tak zły. Niestety ta osoba prawdopodobnie nie miała zielonego pojęcia co robi, a nic mnie tak nie drażni jak potężne artefakty w rękach ignorantów – zazgrzytał zębami ze złości. Jestem skończona… – Socretto, zapraszam na stanowisko – rzucił w moją stronę fartuch, a ja mimo oszołomienia złapał am go. Nauczyciel zarzucił peleryną i zniknął w składziku, żeby przygotować sprzęty.

Wstałam powoli z ławki. Nogi miałam jak z waty, a ręce mi się trzęsły jak galareta. Po zniknięciu nauczyciela wszyscy zaczęlii rozmawiać.

- Wow Socretto…nieźle…nawet ja bym czegoś takiego nie zrobił… – dziwił się Black

- Czy ja słyszę podziw w twoim głowie? – siliłam się na żart

- Raczej litość, szlamo – parsknął – On cię zniszczy…

- Już po tobie, szlamo – zawtórowali Ethan i Noah – Nie zdasz eliksirów.

- Socretto, o czym ty myślałaś? Jak mogłaś coś ukraść z pracowni? – Irmina była szczerze przerażona. Nie pamiętniczku, bynajmniej nie bała się o mnie – Zniszczyłaś dobre imię Ravenclawu…zamorduję cię, jeśli to przeżyjesz…

- No dalej Socretto, jeszcze się nie ubrałaś? – mruknął Zynox, wracając do klasy – A i jeszcze jedno…od tego eksperymentu zależy twoja ocena semestralna.

- Ale panie profesorze… – wytrzeszczyłam oczy

- Wolisz końcoworoczną? – spojrzał na mnie ponad szkłami oklarów

- Nie – spuściłam wzrok

- To do roboty. Skoro wydaje ci się, że masz masz tyle doświadczenia, żeby poradzić sobie z eliksirem wielosokowym, to takie doświadczenia będzie dla ciebie zwykłą igraszką – uśmiechnął się perfidnie. Bez słowa ustawiłam się na stanowisku.

Uroczo, prawda? To się nazywa wsparcie. Krukoni siedzieli jak marmurowe posągi, posępnie patrząc i przyglądając się sytuacji. Z kolei Ślizgoni zabawili się w starożytnych gladiatorów, którzy pragną „chleba i igrzysk” i głośno komentowali naszą walkę gladiatorów Socretto vs. Zynox. Aiden wyciągnął torbę czekoladowych żab i doskonale się bawił, śmiejąc się ze znajomymi i jedząc słodycze. Patrzyłam uważnie na to, co robi nauczyciel, ale choćbym nie wiem co robiła, nie potrafię precyzyjnie powtórzyć tych ruchów. Brakuje mi doświadczenia i po prostu talentu. Czułam się beznadziejna.

- Socretto, uważaj bo zaraz wybuchniesz – zarechotał Black

- Gdzie? – pisnęłam i odskoczyłam od stolika. Niechcący ramieniem zahaczyłam o fiolkę z czerwonym proszkiem i wsypałam część do mikstury. Ślizgoni zaczęli się śmiać, a ja spojrzałam się gniewnie na Blacka.

- Black, zajmij się słodyczami z łaski swojej – burknął Zynox

- Panie profesorze, moja mikstura…

- Na twoje szczęście ten proszek zadziała na twoją korzyść, Socretto – zmrużył oczy, nie patrząc na mnie. Chyba sytuacja nie potoczyła się po jego myśli. – Nie stój tak i pracuj.

- Oczywiście – wyjąkałam. Kątem oka spojrzałam na Aidena. Pomaga mi? Nie, przecież nie mógł przewidzieć, że się przestraszę i strącę proszek do kociołka. Zresztą to do niego nie pasuje. Black chce mojej klęski od początku. Pokręciłam głową, żeby odgonić myśli i skupić się na pracy.

- Midas, daj mi tą książkę…przewróć stronę – usłyszałam poddenerwowany szept Irminy. – Socretto, obrazek na dole… – syknęła, próbując przesunąć podręcznik na brzeg ławki – Widzisz?

Tak pamiętniczku, to był ten pamiętny moment, gdy Irmina chciała mi pomóc. Nigdy więcej coś podobnego się nie zdarzyło, dlatego stwierdziłam, że ten akt łaski wypadałoby zapisać w kalendarzu i przypominać jej to co roku, żeby upewnić się, że ta jędza ma uczucia. Oczywiście dobrze wiem, że ona nie chciała pomóc mnie tylko sobie…i reszcie Krukonów. Ratowała nasz dom przed kompletną kompromitacją, ale mój honor nie pozwalał mi skorzystać z jej pomocy. Przecież do końca szkoły by mi to wypominała.

- Zabieraj tą książkę – warknęłam cicho, patrząc, czy Zynox coś widzi

- Nie bądź głupia, nie zrobisz tego sama – Irmina ze złości zacisnęła palce na brzegach ławki

- Zrobię. Dam z siebie wszystko. Nie będę korzystać z twojej łaski – wysyczałam przez zęby. Kątem oka zauważyłam, jak Irmina zrobiła się sina z oburzenia.

- Głupia! – wydusiła z siebie i odchyliła się na oparciu krzesła. Do końca lekcji nie odezwała się słowem. Minnie cały czas coś do niej szeptała, jakby chciała ją uspokoić.

- Kończymy pracę Socretto – poinformował mnie w końcu Zynox

- Tak szybko? – pisnęłam

- Wystarczająco długo się z tym męczymy. Kończymy ten teatrzyk. – powiedział sucho

- Mam wrażenie, że ta sztuka nie zbierze oklasków – chrząknęłam

- Na zakończenie trzeba przekręcić kociołek do góry nogami. Jeśli wszystko wykonałaś poprawie na spodek wyleci ciekła, lepka i aromatyczna mikstura – profesor zademonstrował, a reszta klasy zaczęła klaskać. Skrzywiłam się. Jak dla mnie ta papka wygląda jak zgęstniała krew. – Zapamiętajcie przepis na ten wywar, bo może uratować komuś życie. Uzupełnia braki krwi, gdy ktoś stracił jej dużo, a pomoc…

- A jeśli zrobiłam coś źle? – przerwałam mu, podrygując z nerwów w miejscu

- Nie chciałabyś takiego obrotu sprawy – skrzyżował ręce Zynox – No dalej Socretto, ja czekam – niecierpliwie przebierał swoimi długimi, bladymi, pająkowatymi palcami

Wzięłam głęboki oddech i podniosłam kociołek z paleniska. Mikstura skwierczała i bulgotała niebezpiecznie. Uczniowie wyglądali na przerażonych, a niektórzy zasłaniali się już podręcznikami. No dobrze…raz kozie ja. Przechyliłam szybko kociołek i zacisnęłam powieki. Nic się nie stało, więc otworzyłam oczy. Na spodku leżała gęsta, rdzawoczerwona, gęsta jak syrop ciecz.

- Hej, udało… – nie skończyłam, bo w tej chwili nastąpił wybuch

Dziewczyny zaczęły piszczeć, a ja z wrzaskiem odskoczyłam do tyłu. Niedostatecznie szybko i lepka masa ochlapała moją twarz, ubranie…i właściwie wszystko. Byłam w totalnym szoku. Zamarłam z otwartą buzią i spojrzałam na profesora. Zynox uśmiechał się, jakby od początku wszystko to przewidział.

- No i co, Socretto? Wiesz co teraz nastąpi? Nie zdajesz eliksirów – wzruszył ramionami, a ja o mało nie przewróciłam się na ziemie. Zadzwonił dzwonek. Uczniowie spakowali się i w ekspresowym tempie wybiegli z lochów. Nawet Krukoni tego nie skomentowali. Byłam skończona.

- Posprzątaj ten bałagan, Socretto – mruknął i zaniósł swoje narzędzia do składziku

- Panie profesorze… – zaczęłam, ale musiałam odchrząknąć, bo głos mi drżał – Czy ja mogę to jakoś poprawić…?

- Nie, ale ciesz się, że nie powiedziałem dyrektor McGonagall o tej kradzieży- burknął profesor

- Chwila, myślałam, że to ona powiedziała panu – zbaraniałam

- Pani dyrektor mnie? – zmieszał się – Ach no tak…wspomniała o tym wczoraj przy kolacji…

- Nie prawda, kłamie pan – oznajmiłam z pewnością. Obeszłam stół i podeszłam do jego biurka – Skąd pan o tym wiedział? Śledził mnie pan? Czyta mi pan w myślach, czy co? – paplałam wściekła, zanim ugryzłam się w język. Zynox zmarszczył swoje krzaczaste czarne brwi, które teraz złączyły się w jedną linię.

- Wystarczy, Socretto. Zapominasz się. Wydaje ci się, że nauczyciele są tacy głupi i nic nie widzą? Od początku wiedziałem, że wzięłaś tą miksturę.

- Więc czemu nie wezwał mnie pan do gabinetu po lekcjach? Albo nie zaczepił na korytarzu? Właściwie to nie widziałam pana wczoraj przy stole nauczycieli…wyszedł pan dopiero w nocy…

- Próbujesz mi udowodnić, że kłamię? – krzyknął, a ja zamilkłam. Drżał ze złości.

- Nie panie profesorze. Ja tylko…

Zynox cofnął się w cień, a gwałtowny ruch jego płaszcza zgasił świeczkę. W pomieszczeniu zrobiło się jeszcze ciemniej. Przeszedł mnie dreszcz. Instynkt mówił mi uciekaj.

- Przepraszam panie profesorze, niech się pan nie denerwuje… – mój oddech przyspieszył. Nie widziałam go, ale słyszałam jego kroki. Przemieszczał się po sali w stronę składziku. To głupie, ale czułam się bezbronna, bo prawie nic nie widziałam w tych ponurych ciemnościach. Odruchowo sięgnęłam do buta po różdżkę.

- Wyjdź stąd! – zażądał

- Ale…

- Wyjdź i zamknij drzwi! – ryknął i zatrzasnął drzwi do składziku, a ja już o nic nie pytając zabrałam torbę i uciekłam. Chciałam tylko jak najszybciej zapomnieć o tej lekcji

***

W łazience udało mi się zmyć resztki nieudanego eksperymentu i poszłam prosto na zajęcia z transmutacji. Biorąc pod uwagę, zachowanie Zynoxa nie byłam pewna, czy nauczyciele nie wiedzą o naszej nocnej eskapadzie. Dlaczego jednak to ukrywają? Postanowiłam mimo wszystko nie wyróżniać się specjalnie przez jakiś czas. Krukoni wciąż byli na mnie obrażeni, więc ostentacyjnie mnie ignorowali, co bardzo mi odpowiadało. Usiadłam na końcu klasy i obłożyłam się książkami.

- Cześć piękna, jak tam nasze śledztwo?

- Leonrad… – jęknęłam, zamykając książkę. Jego towarzystwo nie jest dobrym pomysłem, jeśli chcesz się wtopić w tłum. – Nie miałam jeszcze czasu iść do biblioteki.

- Słyszałem o tej lekcji eliksirów – zaśmiał się zadowolony. W oczach miał psotne iskierki – Nasza „krwawa Mary”…

- Nie nazywaj mnie tak! – oburzyłam się

- Wszyscy już tak o tobie mówią – wzruszył ramionami z rozbrajającym uśmiechem

- Wszyscy, to znaczy kto? – westchnełam

- No cała szkoła! Ślizgoni opowiadali o tym na przerwie każdemu kogo spotkali. Podobno Zynox cię oblał i nie zdajesz.

- Po tym jak go wkurzyłam raczej nie mam szans – mruczałam rysując na pergaminie schemat, który Muglis właśnie namalował na tablicy

- Brawo, przybij piątkę.

- Niby z jakiej okazji? – wytrzeszczyłam oczy

- Coraz bardziej przypominasz Gryffona, księżniczko. Igranie z regulaminem, życie na krawędzi…

- Nie, to tylko znaczy, że coraz bardziej upodabniam się do CIEBIE, a tego wolałabym uniknąć – przewróciłam oczami

- Oj dobra, wyluzuj…jesteś strasznie spięta – burknął i obrażony położył się na podręczniku

- Moi drodzy, koniec teorii. Zabieramy się za ćwiczenia praktyczne – klasnął w dłonie profesor

- Nareszcie… – z westchnieniem wyjęłam różdżkę. Lokacja, przemieszczanie przedmiotów, teleportacja…łatwizna. Ćwiczyłam to już w pokoju wspólnym z Rose, która w dodatku mnie pochwaliła. Podniosłam różdżkę i już miałam wypowiedzieć zaklęcie, gdy spojrzałam na Leo. Miałam się nie wychylać…niech on to poćwiczy, bo pewnie jak zwykle nawet nie słuchał teorii. Poza tym Muglis chodził po klasie i sprawdzał nasze postępy.

- Chcesz być pierwszy? – zapytałam wspaniałomyślnie

- Dlaczego ja? – zmrużył oczy – Skoro się przygotowałaś to wal, droga wolna – machnął rękę

- Ale ja…nie umiem tego zrobić – chrząknęłam – Pokażesz mi?

- Jaja sobie robisz? Ty czegoś nie umiesz? – prychnął rozbawiony

- No proszę cię…nie usłyszałam ostatniej części wykładu, bo mnie zagadałeś. Jesteś mi winien małą prezentację. – Muglis był coraz bliżej

- No to mamy mały problem, bo ja też nie słuchałem… – wyszczerzył się

- Ok, rób to co ci mówię – straciłam cierpliwość

- Co ty…? – podążył za moim wzrokiem i zobaczył nauczyciela – Nie chcesz pokazać się Muglisowi?

- Nie, chcę, żebyś ty w końcu coś zaprezentował – wymyśliłam na szybko wymówkę

- Muglis wie, że jestem zbyt roztrzepany, żeby skupić się na takich zaklęciach – skrzyżował ręce

- To nie znaczy, że nie możesz próbować – naciskałam – A nóż widelec go zaskoczysz.

- Daj spokój, Muglis już na pierwszej lekcji powiedział, że jest zaskoczony, że ktoś dał mi różdżkę, bo jestem zagrożeniem dla świata.

- Więc twierdzisz, że tego nie potrafisz? – przygryzłam wargę. Muglis stanął obok nas i uważnie nas obserwował, przygładzając swoje siwe wąsy.

- Tego nie powiedziałem – nastroszył się Leo

- Więc udowodnij – poruszyłam wymownie brwiami

- Sama chciałaś – Leo podrzucił różdżkę i złapał ją w powietrzu przed moim nosem. Co za efekciarz…

- To nie skończy się dobrze, wiesz o tym? – szepnął do mnie Muglis. Spojrzałam się na niego przez ramię, ale nic nie powiedziałam. Leo robił minę, jakby mocno się skupiał i wypowiedział zaklęcie. Kulka powoli zaczęła znikać. Niestety w kubku pojawiła się tylko jej część.

- No panie psorze, niech pan zobaczy jak było blisko! – wykrzyknął

- Widzę Crouch, widzę… – zaśmiał się pod nosem

- Ale to można opatentować! Nowa moda na…pół kulki w kubku. Jaki to chwyt reklamowy! Druga połówka jest niewidzialna. Jak ją znajdziesz to dostaniesz za darmo

- Dobrze Crouch, nie jest tak źle… – tym razem nauczyciel roześmiał się na głos. Nawet ja się uśmiechnęłam. Leonrad potrafi znaleźć wyjście z każdej sytuacji – Poćwicz jeszcze, a teraz Sabrina.

- Ja? – byłam pewna, że pójdzie dalej

- Tak, pokaż co potrafisz – pokiwał głową

Westchnęłam i podrapałam się po czole. Mam udawać, że tego nie umiem? Nie, Muglis wie już, co potrafię. Nie uwierzy mi. Poddałam się i wykonałam ćwiczenie. Czarodziej uniósł brwi i z uznaniem pokiwał głową.

- Bardzo dobrze, Sabrina. Trzymaj tak dalej…

- A więc okłamałaś mnie! Potrafisz to… – krzyknął Leo i zamachnął się ręką. Nawet nie zauważył, że stracił kubek z ławki. Pod wpływem impulsu machnęłam różdżką i szklany kubek zmienił się w plastikowy. Muglis kucnął i podniósł przedmiot. Wszyscy się na nas patrzyli. Z kubka wyfrunął motyl w kształcie metalowej kulki ze szydłami. Przełknęłam ślinę. Miałam się nie wychylać…

- Dobry refleks, Sabrina – pochwalił mnie nauczyciel – Dyrektor McGonagall miała rację… – mruknął do siebie – Wracajcie do ćwiczeń. Niedługo koniec lekcji – dodał i odszedł od naszej ławki

- Co to było? – zapytał Leo

- Nie ważne – pochyliłam się nad książką  – Dziękuje bardzo…właśnie zniszczyłeś moje szanse na bycie niezauważoną – burknęłam

- Chciałaś, żeby nikt cię nie widział? Jesteś dziwna. Wszystkie dziewczyny chcą się rzucać w oczy.

- Na pewno nie ja! – warknęłam

- Nie rozumiem dziewczyn! – wzniósł ręce Leo. Nie odpowiedziałam i udałam, że zajęłam się czytaniem. – Świetnie. Jednak się pomyliłem co do ciebie. Jesteś sztywną, zasadniczą Krukoną – prychnął i zanim na niego spojrzałam zebrał swoje rzeczy i przesiadł się do swojego kolegi. Zabolało, ale postanowiłam nie pokazywać tego po sobie. Nie mogę pozwolić pamiętniczku, żeby taki Crouch myślał, że mnie obchodzą jego humory…

Po lekcji Muglis wezwał mnie do siebie. Powiedział, że dyrektor McGonagall przygotowała dla mnie dodatkowe lekcje ćwiczeń i wręczył mi podręcznik dla uczniów z drugiego roku. Dodał, że mam zapoznać się z pierwszym działem i on albo pani dyrektor wkrótce mnie z tego odpytają. Tak, o tym właśnie marzyłam…

***

Na przerwie obiadowej w końcu spotkałam się z Tobbym i opowiedziałam mu, co mi się przydarzyło. Plotki właściwie szybko się rozchodzą i on już wszystko wiedział, ale i tak cierpliwie wysłuchał jak streściłam mu cały poranek na jednym wydechu. Aż dostałam czkawki.

- To straszne…zwłaszcza ta sprawa z Zynoxem – stwierdził – Myślisz, że naprawdę może cię oblać?

- Nie wiem…boję się… – nie miałam już siły udawać twardej – On zachowywał się jak opętany. Nie wiem, czym go tak zdenerwowałam.

- Może twoje pytania go zdenerwowały? Czasem potrafisz być namolna

- Ja tylko chciałam dowiedzieć się prawdy. Skoro McGonagall mu nie powiedziała o tej fiolce, to skąd mógłby się dowiedzieć? On coś ukrywa…a tak przy okazji to dzięki! Nie wiedziałam, że jestem namolna.

- Oj nie jesteś…tak tylko żartuję – szturchnął mnie łokciem – Porozmawiaj z Gretel. Powinna ci pomóc, w końcu to opiekunka twojego domu.

- Jasne, jeszcze dostanę u niej karę za przyniesienie wstydu domowi. Nic z tego…ale Zynoxa nie było wczoraj na tej kolacji, prawda? – zapytałam cicho

- Nie, nie przypominam sobie, żebym go widział – podrapał się po głowie Tobby

- To dobrze, bo myślałam, że zaczynam wariować… – wzdrygnęłam się przy silniejszym podmuchu wiatrem. Koniec października mimo, że słoneczny, był już chłodny.

- Jesteś zdenerwowana. Mogłabyś iść do madame Rosemarthy. Ja byłem u niej na przerwie na herbatce i od razu mi lepiej.

- Chcesz mi powiedzieć, że nauczycielka wróżbiarstwa jest naszym szkolnym pedagogiem? – prychnęłam

- Nie wiem kto to jest pedagog, ale madame Rosemartha zawsze mnie wysłucha i poradzi coś mądrego. Gdy dokuczają mi w klasie idę się do niej wygadać – opuścił głowę

- Tobby, masz przecież mnie… – poczułam się zdradzona

- Wiem, ale…to co innego. Ona jest dorosła…i rozumie dużo rzeczy.

- A o czym jeszcze rozmawiacie? – zmrużyłam oczy, przypominając sobie ostatnią lekcję Tobbyego, gdy zaczął rysować i opętało go

- O różnych rzeczach… – schylił się do torby po jabłko. W tym momencie z jego kolan spadł notes. Akurat otworzył się na ostatnim rysunku. To drzewo…

- Tobby…skończyłeś swój rysunek – zdziwiłam się

- Tak, nawet nie wiem kiedy – przyznał

- Miałeś na razie nie rysować – zmarszczyłam brwi

- Och daj spokój, mówiłem, że z tym nie da się tak łatwo skończyć – zabrał mi notes – Poza tym madame Rosemartha mówi, że nie powinienem tego powstrzymywać, muszę to wypuścić.

- Ale co? – nie rozumiałam

- Nic… – przygryzł wargę i wsadził notes do torby

- Tobby, co ona ci jeszcze mówi o tych rysunkach? Wiesz, czemu wpadasz w taki trans?

- Nie, nie rozmawiam z nią o tym

- Przecież mówiłeś…

- Muszę iść, zaraz będzie dzwonek. Spotykamy się po kolacji w bibliotece? – przerwał mi wesoło

- Tak, jasne… – mruknęłam, ale gdy tylko przyjaciel odwrócił się, skoczyłam i zabrałam mu notes z otwartej torby. Już ja sobie porozmawiam z madame Rosemarthą…

***

Zrezygnowałam z kolacji i od razu po lekcjach ruszyłam do biblioteki, żeby poszukać informacji jeszcze przed Tobbym. Początkowo czytałam tylko o czterech założycielach, ale moją uwagę ciągle pzykuwał notes Tobbyego na dnie mojej torby. Przyjaciel bardzo dokładnie narysował to drzewo. Wycieniował, pokolorował…teraz przypominało Wierzbę Bijącą, która rośnie u nas na błoniach. Na dole obok grubego pnia stało mnóstwo małych ludzików, a na górze ponad koroną drzew błyszczał…miniaturowy znak Morsmorde! Zerwałam się z krzesła, a książki z hukiem pospadały z moich kolan. Bibliotekarka spojrzała na mnie z naganą. Posłałam jej przepraszający uśmiech i zebrałam książki z podłogi. Znowu ten znak…czemu Tobby go rysuje? Ruszyłam do regałów i po długich poszukiwaniach w końcu natrafiłam na odpowiednią książkę. Przeczytałam, że Morsmorde był znakiem Lorda Voldemorta oraz Śmierciożerców, którzy nosili taki tatuaż na ręku. Najgorsze było to, że ci czarnoksiężnicy używali tego zaklęcia, żeby zaznaczyć miejsce, gdzie doszło do morderstwa lub do naznaczenia swoich wrogów…

Pierwszy raz ten znak pojawił się na meczu quidditcha. A jeśli…to było ostrzeżenie? Mój mózg pracował na pełnych obrotach. Dlaczego na meczu quidditcha? Dla kogo było to ostrzeżenie? Dla któregoś z graczy? A może…dla szukającego? W końcu znak wyskoczył ze złotego znicza. Cóż, to że Lord Voldemord nie żyje, nie oznacza, że ktoś nie chce odbudować jego potęgi. Ten czarnoksiężnik z błyszczącymi oczami, którego widziałam…widział, że ja go widzę. Musiał też przewidzieć, że ściągnie mnie na dół…a ja wezmę za sobą Tobbyego. Chciał, żebyśmy tam zeszli, ale nie zamierzał nas zabić. Tobby i Aiden byli już na boisku. Kiedy pobiegłam do nich, żeby przeszkodzić im w złapaniu znicza, byliśmy już w czwórkę. To jest wiadomość dla nas…dla mnie, Tobbyego, Aidena i Leonrad…ktoś z nas ma niedługo zginąć…

***

Biegłam ile sił w nogach po schodach dopóki nie zatrzymałam się pod drzwiami pracowni madame Rosemarthy. Dysząc jak mały parowóz zaczęłam dobijać się do środka. Po chwili nauczycielka otworzyła mi z marsową miną. Była ubraną w swoją błyszczącą szatę w gwiazdy i pachniało wyjątkowo intensywnymi kadzidłami. Zmarszczyłam nos. Pewnie przeszkodziłam jej we wróżeniu.

- Czułam, że niedługo mnie odwiedzisz, Sabrino – powiedziała spokojnie

- Doprawdy? Może po prostu słyszała pani jak sapię biegnąc po schodach, a potem walę w drzwi? – nie mogłam się powstrzymać

- Oj, oj ktoś ma niewyparzony język…nie masz przekonania do wróżenia, prawda kochana?

- Nie, jak dla mnie to tylko spekulacje i odrobina psychologi – wysapałam

- Więc czemu chcesz mnie prosić o pomoc, skoro nie ufasz temu, co robię? – oparła się o framugę drzwi

- Bo chodzi o Tobbyego…a konkretnie o to, co on maluje – wyciągnęłam z torby notes

- Wejdź – uchyliła szerzej drzwi

- Wie pani o tym od dłuższego czas, prawda? – nie traciłam czasu

- Poczekaj, zaparzę herbatę i wtedy porozmawiamy. Usiądź – wskazała mi krzesło. Jęknęłam, ale posłusznie usiadłam i zaczekałam na nauczycielkę.

- Tak Sabrino, już od pierwszej lekcji zauważyłam, że Tobby jest niezwykle wrażliwą osobą. – powiedziała czarownica, wracając po chwili z dzbankiem i szklankami

- No tak, wrażliwy to on jest…ale co znaczą te rysunki. Czemu on ciągle maluje to drzewo.

- To jest znak, symbol… – powiedziała, ostrożnie dotykając strony z notesu

- Nie rozumiem, nie znam się na symbolice…ale wiem, co oznacza Morsmorde. – popukałam palcem w zielony znaczek – I to nie wróży dla nas nic dobrego.

- Napij się herbaty. Jesteś cała zestresowana – dotknęła mojej reki – Każdy dzień w tej szkole jest dla ciebie trudny. To walka o przetrwanie. A mimo to nie poddajesz się…lubisz to miejsce…i tęsknisz za domem.

- Stop. Co pani robi? – wyszarpnęłam dłoń z jej uścisku

- Staram się pomóc – wzruszyła ramionami

- Tobbyemu też pani tak pomaga?

- Cóż…jesteś jego przyjaciółką, więc wiesz, że nie jest akceptowany przez klasę. Bronisz go i on bardzo cię za to ceni, ale marzy o tym…żebyś nie musiała tego robić. Chce być normalny, ale jest niezwykły… – mówiła z pasją

- Dobrze, dobrze, trzymajmy się konkretów. Czemu Tobby jest takie niezwykły – z grzeczności spróbowałam herbaty

- Twój przyjaciel ma dar, dar rysowania.

- To już wiem.

- Nie rozumiesz…Tobby przez rysunki wyraża to, co widzi w przyszłości. – przechyliła się w moją stronę, aż zobaczyłam swoje odbicie w jej oczach

- Chce pani powiedzieć, że Tobby…

- Jest wizjonerem – dokończyła z triumfalnym uśmiechem

- Niemożliwe… – zmrużyłam oczy

- Czemu nie?

- Bo wiedziałby o tym od dzieciństwa albo…sama nie wiem… – zwątpiłam w to co mówię. Napiłam się herbaty. Przez chwilę panowała cisza.

- Pewne zdolności odkrywa się z wiekiem, krok po kroku… – mówiła powoli, a ja czułam jak moje mięśnie się rozluźniają. Może rzeczywiście byłam zestresowana.

- Zaraz, zaraz…od kiedy Tobby przychodzi do pani na takie pogawędki?

- Od początku roku. Te rozmowy mu pomagają.

- I pani za każdym razem dawała mu taką herbatkę?

- Tak.

- To pani wina! – zrozumiałam – To pani obudziła w nim ten dar! Obserwowałam go…z tygodnia na tydzień coraz bardziej zatracał się w tym rysowaniu przez panią.

- To dobrze, że rysuje. Przekonałam go do tego.

- I co pani zrobiła? On cierpi…wpada w trans i traci kontakt z rzeczywistością! – jęknęłam, podnosząc się z krzesła

- Mogę go nauczyć tego kontrolować – złapała mnie za rękę – Zrozum Sabrina, że jeśli wizjoner będzie dusił w sobie te wizje, wybuchnie. Tak jak wtedy na lekcji…

- Nie, nie wierzę…jemu trzeba pomóc. Wziąć do Skrzydła Szpitalnego, do dyrektor…

- Nie Sabrina, proszę! – krzyknęła rozpaczliwie madame Rosemartha – Tylko Tobby może nas uratować przed katastrofą. Coś się zbliża…wiesz o tym, prawda? – syknęła, a mnie przeszedł dreszcz – Cała wasza czwórka w tym siedzi. Grozi wam wielkie niebezpieczeństwo. Całemu światu czarodziei grozi niebezpieczeństwo. Tylko wizje Tobbyego mogą nas uratować.

- Nie wierze… – powtórzyłam uparcie – Co znaczy to drzewo?

- Tylko Tobby może nam to powiedzieć, ale skoro wisi nad nim Morsmorde, oznacza śmierć, morderstwo… – zadrżała nauczycielka

- No dobrze, morderstwo pod Bijącą Wierzbą… – oblizałam wargi zdenerwowana i usiadłam z powrotem na krześle – Ale kiedy to się stanie?

- Nie wiem – spojrzała na mnie poważnie – ale tylko wasza czwórka może temu zapobiec – szepnęła, a ja czułam jak mój żołądek zwija się w supeł.

I co ty na to pamiętniczku? Już sama nie wiem w co mama wierzyć. Chyba jednak nasza sen o spotkaniu czterech założycieli Hogwaru był prawdziwy…

 

O dwunastu uderzeniach zegara i o tym, jak kolejny raz znalazłam się w niewłaściwym miejscu w złym czasie…

19 sty

20 października 2020

Szkolne życie po przerwanym meczu powoli zaczynało wracać do normy. Wczoraj Gryffoni i Ślizgoni rozegrali powtórkę meczu i ku wielkiej radości połowy szkoły, wygrał Gryffindor. Leonard prawie pękał z dumy, gdy wszyscy chwalili go za piękną akcję na stadionie. No cóż, Crouch zawsze umie zrobić wokół siebie teatrzyk. Musze jednak przyznać rację, że bardzo spektakularnie złapał znicz. Właściwie to miał więcej szczęścia niż rozumu, bo chcąc wyprzedzić szukającego ze Slytherinu, zeskoczył ze swojej miotły jak Batman i złapał złoty znicz w locie. Profesor Hopeson zmył mu w szatni za to głowę, ale nic nie mogło przyćmić radości z pierwszego wygranego w tym sezonie meczu.  Ja też się cieszyłam, bo dzięki temu incydent z moim bojowym wkroczeniem na boisko poszedł w niepamięć. Wszystko wróciło do normy. Nawet to, że jak zwykle zawalałam eksperymenty u Zynoxa…

Dzisiaj musiałam zostać  na przerwie obiadowej i za karę pomagać mu segregować fiolki z elisksirami-bazą na następną lekcję z uczniami z czwartego roku.

- Może w końcu się czegoś nauczysz…chociaż szczerzę wątpię, Socretto – mruczał gniewnie, pochylony nad skrzynią

- Nigdy nie można się poddawać, panie profesorze – zasugerowałam nieśmiało, bawiąc się nerwowo piórem i podkładką z pergaminem. Źle się czułam w tej ciemnej sali…a gdy musiałam zostać tu sam na sam z Zenobim Zynoxem, czułam się jak spięta jak królik – w każdej chwili gotowa do ucieczki.

- Owszem Socretto, wytrwałość to piękna rzecz…ale oprócz samozaparcia, w eliksirach potrzebna jest jeszcze odrobina talentu i tak zwanej iskry…no gdzie ja to schowałem… – sapał, przekopując dalej swoją skrzynię. Usłyszałam brzęk szkła.

- Ja według pana profesora nie mam takiej iskry? – zmarszczyłam brwi

- Weź to – w końcu wynurzył się z czeluści swojego magazynu i podał mi fiolkę z błękitną substancją, która mieniła się przy każdym wstrząśnięciu – Zapisz, że na stanie mam takich pięć.

- Co to jest? – zapytałam, biorąc niechętnie przedmiot i uważając, żeby przez przypadek nie dotknąć jego kościstych palców

- Tak Socretto, uważam, że ty nie masz do tego drygu, a po mojej klasie poruszasz się jak…

- Czemu tak ładnie się błyszczy? Do czego to służy? – zasypałam go pytaniami, ignorując fakt, że zwyczajnie mnie obraża

- Ślaz to jeden ze składników podstawy eliksiru wielosokowego – mruknął w końcu nauczyciel

- Czy to ten eliksir, dzięki któremu można zamienić się na jakiś czas w daną osobę? – zapytałam, zapatrzona w blask, który bił z substancji

- Tak…widzę, że jednak coś czytasz na temat eliksirów. Szkoda, że nie skupisz się na tym, co aktualnie przerabiamy w klasie – zmrużył oczy i szybkim ruchem zabrał mi fiolkę z dłoni. Niechcący dotknął mojej dłoni, a ja wzdrygnęłam się, bo był zimny jak lód. W sumie to nie powinnam się dziwić, skoro całe dnie spędza w tym lochu. Mimo to poczułam, że żołądek zaciska mi się w supeł. – Chyba będziemy się tu częściej widywać… – po kręgosłupie przeszedł mnie dreszcz. Po moim trupie!

Zynox wrócił do składziku, żeby odłożyć kufry. Zostawił na biurku fiolkę ze ślazem. Kuszące…gdybym go wzięła i zrobiła prawdziwy eliksir wielosokowy mogłabym zakraść się do pokoju wspólnego Slytherinu i podsłuchać rozmowy Scorpiusa. Może nawet zapytałabym go o tego smoka? Zanim zdążałam to przemyśleć, moja ręka sama wyskoczyła po fiolkę i wepchneła ją do kieszeni szaty.

- To wszystko, pani profesorze? Chciałabym jeszcze wejść na stołówkę, bo może zdążę coś zjeść przed dzwonkiem. – zapytałam głośno, starając się ukryć zdenerwowanie

- Zjeść? Ach teraz jest przerwa obiadowa…faktycznie – zasępił się, patrząc na zegar. – Oczywiście, idź Socretto…

- A pan nie idzie? – nie wiem czemu, przystanęłam w drzwiach i obróciłam się

- Nie, ja zjem obiad tutaj – odparł sucho, kończąc w ten sposób naszą rozmowę – Zamknij za sobą drzwi, jeśli możesz…

Skinęłam posłusznie głową, zamknęłam pospiesznie drzwi (może zbyt gwałtowanie) i z rosnącą ulgą pobiegłam po schodach na górę. Czy ja do reszty zgłupiałam? Jeśli on to odkryje, będę siedziała w tym lochu do końca szkoły! Albo nawet mnie wyrzucą…Na brodę Merlina, czy ja w ogóle wiem, jak zrobić ten eliksir?! Wiem tylko, że coś takiego jest…O dziewczyno, igrasz z ogniem…

Gdy w końcu znalazłam się w jasno oświetlonym korytarzu, poczułam się o wiele lepiej. Nie wiem, czemu lochy tak na mnie działały. Czemu tak bardzo bałam się Zynoxa? No teraz chociaż mam konkretny powód…

…Oczywiście nie zdążyłam zjeść obiadu. Człapiąc powoli na górę do pracowni zajęć z wróżbiarstwa, natknęłam się na opiekunkę mojego domu. Gorzej chyba być nie mogło.

- Socretto, czemu włóczysz się w czasie lekcji po korytarzu? – zapytała ostro

- Właśnie idę na lekcje, pani profesor. Dopiero wyszłam ze stołówki.

- No pięknie…przez swoje obżarstwo spóźnisz się na lekcje. – wzięła się pod boki

- Obżarstwo? Pani profesor, ja nie zdążyłam nic zjeść! – oburzyłam się – Profesor Zynox zatrzymał mnie po lekcji…

- Profesor Zynox? Znowu? – uniosła brwi zdziwiona

- Niestety tak…

- Nie wiedziałam, że tak polubiłaś eliksiry, Socretto – uśmiechnęła się złośliwie

- Nie polubiłam, wręcz przeciwnie!

- Nie krzycz. Idziemy do mojego gabinetu. Chyba musimy porozmawiać o paru sprawach… – złapała mnie za ramię

- O czym? – wytrzeszczyłam oczy. Odruchowo wożyłam dłoń do kieszeni, żeby upewnić się, że fiolka mi nie wypadła. Była…i ciążyła jak kamień. Muszę ją jakoś ukryć!

- Dyrektor McGonagall zwróciła mi uwagę na twoją…aktywność w społeczności szkolnej. – wymruczała przez ściśnięte zęby, ciągnąc mnie za sobą

- Chodzi o ten mecz, prawda? – zbladłam. Myślałam, że już wszyscy o tym zapomnieli.

- Nie tylko to…to prawda, że wstąpiłaś do Klubu Przyjaciół Książek?

- Powiedzmy, że to okres próbny – wydęłam usta. Zielone oczy Gretel błysnęły niebezpiecznie.

- To dziwne, że Cecylie się na to zgodziła. – stwierdziła – Zwykle nie przyjmują tak młodych uczennic.

- Tak? – zaczęłam się wiercić. Nauczycielka mocniej ścisnęła mój nadgarstek. Może uda mi się przemienić w coś fiolkę? Jak na lekcji transformacji…szybko, jak brzmiało to zaklęcie?! – Może jestem wyjątkowa?

- Wyjątkowa to pojęcie względne Socretto… – prychnęła – A może Cecylie przyjęła cię, bo dałaś jej coś w zamian?

- Słucham? – wytrzeszczyłam oczy. Gretel zatrzymała się i odwróciła się do mnie.

- Jaki jest związek między wami a Scorpiusem Malfoyem?

- A jest jakiś?! – pisnęłam przestraszona – Z tego co zauważyłam, nasze odmy zbytnio się nie lubią.

- Daj spokój Socretto! – syknęła czarownica – To wszystko zaczęło się od tego nocnego włamania do biblioteki. Co wy tam robiliście? Czego szukaliście?

- Już wszystko pani powiedziałam…

- Czemu śledziłaś Malfoya i jego kolegów w zakazanym lesie? Czemu Scoripus cię gonił po szkolnym korytarzu? Myślisz, że nie wiem, że Rose Weasley ci wtedy pomogła? – szarpnęła mną, a ja skupiłam się w sobie – Posłuchaj…jestem opiekunką waszego domu – westchnęła po chwili, a na jej twarzy pojawił się smutny uśmiech – Jeśli macie jakiś problem, pomogę wam. Możecie mi zaufać – szepnęła

Zamrugałam oczami. Cóż za transformacja…Czyżby pani profesor miała problemy z kontrolą agresji? Już miałam jej wszystko opowiedzieć, chociażby po to, żeby dała mi spokój, ale coś mnie tknęło. Mama zawsze mi mówiła, że najważniejsze są czyny, nie słowa. Jeśli Gretel chce, żebym jej ufała, musi udowodnić, że mogę. Na razie tylko mnie przeraża…a fakt, że prosi mnie o to, żebym jej zaufała, oznacza, że zależy jej na tym aż za bardzo. Dlaczego? Tego jeszcze nie wiem. Może McGonagall zauważyła, że nie dogaduje się ze swoimi uczniami? Patrzyłam w jej zielone, nieprzeniknione oczy i rozpaczliwie próbowałam wymyślić jakąś odpowiedź.

- Dlaczego pani nie zapyta o to wszystko Cecylie albo Rose? – wyjąkałam – Są starsze, dłużej znają Malfoya i są pełnoprawnymi członkami klubu.

- Właśnie, są starsze. Lepiej znają obowiązujące tu zasady. Poza tym wychowały się w świecie czarodziei. Nie rozumiesz jeszcze wielu rzeczy… – dotknęła mojego policzka – Nie daj się wykorzystywać Sabrina. One mogę tobą manipulować, a ty tego nie widzisz, bo jesteś zapatrzona w starsze koleżanki. Szukasz akceptacji, bo przez swoją impulsywność stałaś się wyrzutkiem społecznym. Martwię się o ciebie. Chcę ci pomóc… – mówiła spokojnym, kojącym głosem. Przełknęłam ślinę i odsunęłam się od niej. Mocny uścisk na moim nadgarstku nie pasował do jej tonu głosu.

- O tym chciała ze mną rozmawiać pani dyrektor?

- Nie. Po co zawracać głowę pani dyrektor sprawami wewnętrznymi w naszym domu? – wzruszyła ramionami – Nie będziemy tam poruszać tego tematu. Sama rozwiązuję takie problemy.

- Więc co znowu zrobiłam? – przygryzłam wargę

- Zaraz się dowiesz… – mruknęła Gretel, a jej rysy znowu stężały. Dotknęła ściany różdżką, wyszeptała jakieś słowa i na moich oczach ściana rozsunęła się, ukazując spiralne schody. – Do góry Socretto – popchnęła mnie lekko

Bez słowa ruszyłam po schodach. Nagle w mojej głowie pojawiło się odpowiednie zaklęcie. Z duszą na ramieniu zacisnęłam fiolkę w dłoni i zaczęłam mruczeć pod nosem zaklęcie. Mam nadzieję, że Gretel tego nie usłyszała. Serce biło mi coraz szybciej. Nie pierwszy raz w ciągu półtora miesiąca odwiedzam ten gabinet. I to bynajmniej nie w celu pochwalenia mnie za wyniki w nauce (które nawiasem mówiąc miałam bardzo dobre). Niestety w moim przypadku dobre oceny są jedynym argumentem dla którego jeszcze tu jestem, jak stwierdziła dyrektor McGonagall. Drzwi do gabinetu otworzyły się zanim zdążyłam zapukać. Na biurku siedziała duża czarna kotka w kapeluszu pani profesor i patrzyła się na mnie nieruchomymi oczami.

- Przyprowadziłam uczennicę, pani dyrektor – oznajmiła zadowolona

McGonagall przybrała z powrotem swoją ludzką postać i usiadła za biurkiem. Jej spojrzenie jak zwykle było chłodne i surowe.

- Miło cię widzieć ponownie, Socretto – powiedziała sucho – Siadaj. Gretel możesz wracać na lekcję.

- Ale pani dyrektor, mogę się przydać…

- Nie ma potrzeby, dam sobie radę z pierwszoroczną uczennicą Ginevro…dziękuję – skinęła głową. Ruda czarownica skrzywiła się, ale posłusznie opuściła gabinet.  – No dobrze Socretto, przejdźmy do rzeczy. Minęło już trochę czasu od tego wydarzenia, ale myślę, że pamiętasz szczegóły. Takie rzeczy trudno się zapomina. Rozmawiałam już z panem MacMillanem, ale on powiedział, że to ty wszystko widziałaś i słyszałaś…

- Chodzi pani o to zdarzenie na meczu? Myślałam, że wszystko już powiedziałam – poprawiłam się na fotelu

- Powiedz mi dokładnie…co widziałaś przed znakiem Morsmorde? Skąd wiedziałaś, że ze zniczem jest coś nie tak?

- Dalej, nie bój się. To może być bardzo pomocne w poszukiwaniu tego przestępcy – Albus Dumbledore odezwał się ze swojego obrazu. On jako jedyny uśmiechał się do mnie przyjaźnie

- Czy ta dziewczyna w ogóle wie, co oznacza ten znak? – zakpił Severus Snape

- Owszem, proszę pana. To był znak sprzymierzeńców Voldemorta. – powiedziałam odważnie

- Widzisz Severusie, mówiłem ci, że to bystra dziewczynka – odparł Dumbledore

- Gdyby była bystra, powiadomiłaby nauczyciela o problemie – syknął Snape – Znamy w historii Hogwartu przypadki takich samozwańczych bohaterów…

- Severusie, gdyby nie panna Socretto na meczu mogliby zginąć uczniowie…

- Panowie… – jęknęła McGonagall

- Nikt nie miał zginąć. Myślę, że chodziło o przekazanie wiadomości – przerwałam ich kłótnię. Cała trójka wlepiła we mnie spojrzenia, a ja czułam, że się czerwienię.

- A skąd możesz być tego taka pewna? – zmrużył oczy Snape

- Ja…byłam blisko tego czarodzieja. Gdyby chciał, zabiłby mnie i Tobbyego, ale wycofał się. On chciał tylko podmienić znicz i przekazać wiadomość.

- Przyjrzałaś się temu czarodziejowi? – zapytała McGonagall

- Nie…stał w cieniu…nie w kręgu ognia. Widziałam tylko jego błyszczące oczy – wzdrygnęłam się na samo wspomnienie. Nie powiedziałam oczywiście, że prawdopodobnie te same oczy widziałam w Zakazanym Lesie przy jamie smoka.

- A może kryjesz tego czarodzieja? – ciągnął Severus

- Nie! – pisnęłam

- No to już jest śmieszne, Severusie! To bezpodstawne oskarżenia – zdenerwował się Dumbledore

- Pan MacMillan powiedział, że tylko ty widziałaś, że coś jest nie w porządku. Wysłałaś Rose i Lily po pomoc, a sama pobiegłaś do szatni. Czy wiesz, na jakie niebezpieczeństwo się narażałaś?

- Chciałam tylko pomóc…

- Jak to możliwe, że tylko ty zwróciłaś na to uwagę? – naciskała dyrektorka

- Nie wiem – skrzyżowałam ręce. Miałam ochotę stąd wyjść. Czułam, że szukają pretekstu, żeby mnie oskarżyć o ten incydent. Albus Dumbledore zachęcił gestem do dalszego mówienia. Westchnęłam. -  Ten czarodziej…wydaje mi się, że on zaczarował widownie i zawodników…być może jakiś czar hipnozy, nie mam pojęcia.

- Dużo ci się wydaje jak na pierwszoroczną czarownicę półkrwi – zauważył Snape

- Jestem dobrym obserwatorem – wzruszyłam ramionami

- Bezczelna i butna, zupełnie jak…

- …prawdziwy Gryffon – dokończyłam z uśmiechem

- To skandaliczne. Pozwalasz na takie zachowanie, Minewro? – zdenerwował się Snape – Ta dziewczyna już dawno powinna wylecieć z naszej szkoły. To wstyd dla…

- Za co ma wylecieć? Ma dziewczyna charakter – oburzył się Dumbledore – A coś mi się wydaje, że nadchodzi czas, gdy ktoś z charakterem się tu przyda – mrugnął do mnie porozumiewawczo

- Dość tego – zdenerwowała się McGonagall – To wszystko na dziś Socretto, wracaj na lekcje.

Skinęłam głową i wstałam, ale zapomniałam ściskanym w ręku flakoniku, teraz przemienionym w szklanego słonika. W ostatniej chwili uratowałam naczynie przed upadkiem.

- Co masz w ręku? – zapytała dyrektorka, a mnie oblał zimny pot – Daj mi to – zażądała

Westchnęłam i podałam jej słonika. Czarownica zmarszczyła brwi i poprawiła okulary. Pstryknęła palcami, a słonik z powrotem zamienił się we flakonik. Zwiesiłam głową i wbiłam wzrok w dywan. To już po mnie…

- No pięknie! Twoja uczennica użyła przeciwko tobie magii, której sama uczysz – prychnął Snape – W dodatku jest złodziejką…

- Imponujące…nawet tego nie wyczułam na początku…Skąd to masz, Socretto?

- Z sali eliksirów – przyznałam niechętnie

- No nie, tu już za wiele!…z mojej sali… – Snape złapał się za serce – Za moich czasów to byłoby niedopuszczalne!

- Socretto? Co masz mi do powiedzenia?

- Już się się pakuję, pani profesor…

- Myślałam raczej, że powiesz mi do czego było ci to potrzebne – warknęła. Zacisnęłam usta i zamknęłam oczy. Zawaliłam na całej linii.

- Zapomnij Minewro…jeśli ta dziewczyna ma duszę Gryffona, nic ci nie powie – zachichotał Dumbledore

- Śmieszy cię to, Albusie? – spojrzała się na niego wściekła

- Bynajmniej… – spoważniał były dyrektor. Nastała ciężka cisza.

- Socretto… – odezwała się po chwili McGonagall – Wracaj na lekcje.

- Słucham? – wytrzeszczyłam oczy

- Idź zanim zmienię zdanie – pomasowała skronie

- Dziękuję, pani dyrektor – uśmiechnęłam się szeroko – I przepraszam… – ukłoniłam się lekko i szybko wybiegłam na korytarz. Za sobą słyszałam, jak wściekły Severus suszy głowę McGonagall…Nie mam pojęcia, czemu dyrektorka mnie oszczędziła, ale wiem jedno. Już bardziej podpaść jej nie mogłam.

***

Zanim dotarłam do sali wróżbiarstwa lekcja już się skończyła. Równo z dzwonkiem wdrapałam się na piętro. Drzwi klasy otworzyły się i tłum śmiejących się uczniów prawie mnie stratował. Wróżbiarstwo zawsze poprawiało wszystkim humor. Tak naprawdę mało kto traktował ten przedmiot poważnie. Zwłaszcza logicznie Krukoni, którzy lubili konkrety i suche fakty. Po cichu wyśmiewali madame Rosemarthe i robili jej głupie dowcipy. Oczywiście przodowała w tym Irmina. No dobrze, przyznaję, że madame jest dziwną, młodą czarownicą, która ubiera się i zachowuje jak staruszka, ale to nie powód, żeby tak ją lekceważyć. W końcu jest nauczycielką. Jej przedmiotu nie da się nauczyć z księgi, tak jak tego oczekuje Irmina. Trzeba mieć wyczucie, wyobraźnię i delikatność. Niestety ta Kleopatra nawet nie wie, co znaczą te słowa. Ja też nic nie widzę w tej kuli…i kiedy madame prosi mnie o interpretację rozkładu kart improwizuję jak natchniony poeta, ale staram się. Myślę, że madame dobrze wie, co wszyscy o niej myślą. Po co jeszcze bardziej ją dołować? Nie lubię jej wysokiego, piskliwego głosu i tego, że ze wszystkiego robi sztukę dramatyczną, ale cóż mam zrobić?

- Socretto, gdzie byłaś całą lekcję? – zaczepiła mnie Sophia z Ravenclawu

- Gretel mnie zatrzymała – mruknęłam ponuro

- To żałuj, bo przegapiłaś niezłą akcję – parsknął śmiechem Spike

- Co się stało? – zmarszczyłam brwi

- Twój kumpel ześwirował – oznajmiła Irmina z szerokim uśmiechem – Ta wariatka kazała nam rysować. Mieliśmy zamknąć oczy, wąchać jakieś kadzidło i zajrzeć w głąb siebie – naśladowała głos nauczycielki – A potem narysować obraz który pojawi nam się w głowie.

- Na początku było ok, ale potem Tobby zaczął rysować tak szybko, że prawie podarł karton i nie mógł się zatrzymać. Spike zaczął wrzeszczeć, że opętał go duch i dziewczyny zaczęły panikować – zachichotał Midas, a ja zbladłam

- Rosemartha nie mogła nas uspokoić – dodała Irmina

- Tobby…gdzie on jest? – zapytałam

- W klasie z profesorką…czekaj Socretto, nie wchodź tam bo jeszcze cię zarazi tym swoim obłąkaniem! – zawołał Spike, gdy zaczęłam się przeciskać między uczniami

- Zamknij się Spike! – warknęłam tylko. Wiedziałam, że z Tobbym coś jest nie w porządku. Powinnam od razu iść z nim do Skrzydła Szpitalnego. Nie wydaje mi się, żeby w rękach madame Rosemarthy był pod fachową opieką. – Tobby! – wpadłam do klasy – Tobby, nic ci nie jest? – podbiegłam do mojego małego kolegi. Siedział na krześle blady jak ściana i wyglądał jak kupka nieszczęścia. Nauczycielka wyszła zza zasłony z dwoma parującymi kubkami.

- Dzień dobry, panno Socretto. Miło, że się pani w końcu pojawiła – mruknęła z przekąsem

- Co się stało z Tobbym? – kucnęłam obok niego. Miał nieobecny wzrok.

- Źle się poczuł. Właśnie zaparzyłam mu ziołową herbatkę.

- To przez rysowanie, prawda? – spojrzałam na przyjaciela – Powiedz coś – potrząsnęłam nim

- Sabrina, zostaw go! Nie widzisz w jakim jest stanie – zacmokała nauczycielka – Napij się Tobby, zaraz poczujesz się lepiej… – powiedziała troskliwie

- Może lepiej by było zaprowadzić go do Skrzydła Szpitalnego? – zasugerowałam

- Nie, nie ma potrzeby. Zaraz poczuje się lepiej. – zapewniła czarownica. Zmrużyłam oczy i skrzyżowałam ręce.

- Tobby?

- Jest dobrze Sabrina, już mi lepiej… – powiedział słabym głosem

- Mówiłam ci, że nie powinieneś rysować… – położyłam mu ręce na ramionach – Co takiego narysowałeś?

- Nie pamiętam – pokręcił głową, nie patrząc mi w oczy. Spojrzałam na profesorkę. Miała ściągnięte usta i zmarszczone brwi. Przyglądała mi się dziwnie. Przeszedł mnie dreszcz. Mam nadzieję, że nic nie widzi w mojej przyszłości, aurze czy czymś jeszcze innym..

- Tobby podarł rysunek tak szybko jak go namalował – powiedziała w końu

- Widziała pani co to?

- Nie.

- Czemu…czemu to zrobiłeś? – zapytałam cicho

- Czasem to co widzimy w naszej głowie jest zbyt straszne, żeby ujrzało światło dzienne – odparła za niego nauczycielka. Zapadła ciężka cisza. Niedobrze mi się robiło od zapachu duszącego kadzidła. Chciałam stąd jak najszybciej wyjść. Mój przyjaciel jakby czytał mi w myślach podniósł się chwiejnie z krzesełka.

- Musimy już iść pani profesor. Zaraz zacznie się kolejna lekcja.

- Mogę powiedzieć twojemu nauczycielowi, że źle się czułeś – zaproponowała madame Rosemartha – A ty wrócisz do dormitorium.

- Nie, już mi lepiej po tej herbacie – pokiwał głową – Dziękuję. Chodź Sabrina- skierował się do wyjścia

- Gdybyś chciał jeszcze wpaść na herbatkę i porozmawiać to czekam… – powiedziała nauczycielka, gdy byliśmy już przy drzwiach

- Będę pamiętał – obiecał Tobby.  Dopiero teraz przypomniało mi się, że miałam porozmawiać z madame o dziwnym zachowaniu Tobbyego. Teraz przynajmniej będzie wiedziała, co mam na myśli.

- Ja też będę mogła? – zapytałam szybko

- Oczywiście… – powiedziała lekko zaskoczona czarownica – W sumie i tak musisz zaliczyć dzisiejsze zajęcia.

- Zaliczę, na pewno – uśmiechnęłam się nerwowo, bo Tobby już szedł po schodach – Do widzenia. – zamknęłam drzwi i pobiegłam za przyjacielem. Przez chwilę szliśmy w milczeniu.

- Gdzie byłaś?

- U McGonagall…ale ty chyba o tym wiesz. Z tobą też rozmawiała, prawda?

- Tak, sam do niej poszedłem.

- Ale po co, skoro to ja więcej widziałam? – nie rozumiałam

- Bo ja…ja też o tym wiedziałam. Jeszcze wcześniej niż to się wydarzyło – przyznał

- Co? – zatrzymałam się – O czym ty mówisz?

- Właśnie nie wiem…sam nie wiem, co ja mówię – pokręcił głową

- Stój! – złapałam go za rękaw szaty – Powiedz mi prawdę. Jesteśmy przyjaciółmi. Nie wyśmieję cię – obiecałam. Na te słowa Tobby odwrócił się do mnie. Wziął głęboki oddech i klapnął na schodach. Usiadłam obok niego.

- Miałem sen. Widziałem zamieszanie na meczu quidditcha. Nic konkretnego. Ty też byłaś w moim śnie. I Leo, i Aiden. Widziałem jak wbiegasz na boisko i pojawia się ten znak.

- Widziałeś w śnie Morsmorde?! – wytrzeszczyłam oczy

- Tak, ale wtedy jeszcze nie wiedziałem, co to znaczy. Nawet nie traktowałem poważnie tego snu. Myślałem, że to zwykły koszmar, bo za dużo zjadłem na kolację…ale dzisiaj…

- Co dzisiaj? – szepnęłam, a po moim kręgosłupie przeszedł dreszcz – Co namalowałeś Tobby?

- Kiedy madame Rosemartha kazała mi zamknąć oczy, znowu zobaczyłem ten znak. Czułem, że muszę go namalować. Nie mogłem się zatrzymać. Słyszałem piski dziewczyn, ale nie mogłem…kiedy otworzyłem oczy, ten znak był na kartce. Tak dokładnie namalowany, jakby był prawdziwy. Przestraszyłem się i podarłem go, zanim ktoś to zobaczył.

- Och Tobby… – przytuliłam go

- Boję się Sabrina – wyznał – Czemu ten znak mnie prześladuje…czemu go namalowałem?

- Nie wiem Tobby, ale dowiem się – zdecydowałam

***

Kolejna nuda lekcja historii magii. Profesor Bins prowadził swój wykład mechanicznie. Znał go na pamięć. Mimo to wszyscy Krukoni dokładnie notowali jego słowa. Nie to co Gryffoni…oni zajmowali się wszystkim tylko nie lekcją, ale duchowi-profesorowi najwyraźniej to nie przeszkadzało, dopóki nie musiał przerywać. Ręka mnie już bolała od pisania. W tym momencie zobaczyłam Midasa, który nic nie notował. Na jego ławce stało tylko małe pudełeczko.

- Midas, co to jest? – puknęłam do w plecy

-To mój genialny wynalazek – wyszczerzył się zadowolony – To pudełko zapisuje każde słowo profesora, a potem mogę odtworzyć wszystko w pokoju i nie muszę nic pisać. Teraz mogę w końcu tylko słuchać.

- Dyktafon? – prychnęłam – Przykro mi, ale nie jesteś oryginalny.

- Co to jest dyktafon? – zmarszczył brwi

- Narzędzie mugoli do nagrywania dźwięków – odezwał się Leo, siedzący obok nas. Nudziło mu się, a energia wprost go rozsadzała. Złamał już ołówek i zarysował wszystkie kartki jakie miał. Teraz patrzył się na nas z psotnym ognikiem w oczach.

- Nie gadaj Crouch tylko słuchaj. Tobie to się bardziej przyda niż mnie – odparł Midas z wyższością

- Spokojnie chłopie, ja jestem jak kot. Zawsze spadam na cztery łapy – mrugnął w moją stronę

Przewróciłam oczami i wróciłam do pisania. Zerknęłam do Gryffonki, która siedziała obok, ale ona oczywiście nic nie notowała, więc nie miałam od kogo spisać. Pokręciłam głową i notowałam dalej na bieżąco. Nagle coś oparzyło mnie w rękę. Pisnęłam cicho. Na mojej dłoni wylądowała mała płonąca karteczka. Rozejrzałam się po klasie. Nikt niczego nie zauważył. Tylko Leo się na mnie gapił, podpierając brodę na łokciu. Poruszył wymownie brwiami, więc niechętnie otworzyłam płonący liścik.

„Wiesz, że dziś prefekci robią nielegalną imprezę?”

- I co z tego? – zapytałam bezgłośnie

Leo pstryknął palcami, a na kartce pojawił się inny tekst.

„Mam zamiar się tam wkręcić. Idziesz ze mną?”

- Chyba ci do reszty odbiło – popukałam się w czoło

„Jesteś zbuntowanym Gryffonikiem, czy nie Socretto?”

Przełknęłam ślinę. Nie cierpię go…

- Nie dasz rady – zakpiła

„Założymy się?” zmarszczyłam brwi. Jeśli Leo chce się o coś zakładać, to znaczy, że planuje coś głupiego. Zanim mu odpowiedziałam, odezwał się profesor Bins.

- Panie Crouch, byłby pan łaskawy powtórzyć, co przed chwilą mówiłem?

Leo zmrużył oczy. Nagle wpadł na genialny pomysł. Wychylił się z ławki i puknął pudełeczko na ławce Midasa. Nagranie cofnęło się do momentu,  o który prosił nauczyciel i wyłączył. Midas zrobił oburzoną minę.

- Bardzo dobrze panie Crouch. Cieszę się, że notuje pan każde moje słowo – ucieszył się duch

- Ma się rozumieć profesorze – wyszczerzył się Leo, a Gryffonie ledwo ukrywali śmiech

Midas nie mógł tego ścierpieć. Puścił nagranie dalej. Profesor otworzył usta ze zdziwienia, a cała klasa zaczęła ryczeć ze śmiechu.

- Zdolna ze mnie bestia, co nie? – podrapał się po karku Leo

- Crouch, co to ma znaczyć?

- To najnowszy wynalazek Midasa – odezwałam się zanim ugryzłam się w język. Krukoni spojrzeli się na mnie jak na mordercę. Kiedy ja się w końcu zamknę…Leo uśmiechnął się półgębkiem i puścił do mnie oko. O świetnie…

- Tak? W takim razie obaj panowie zostaną na przerwie i wyjaśnimy sobie parę rzeczy…a teraz poproszę to urządzenie.

- Ale panie profesorze… – zaprotestował Midas

- Nie spodziewałem się tego po tobie Midasie! Żeby  w taki sposób robić mi na złość – kręcił głową duch

- Ale to nie tak! – zaczerwienił się chłopak, a mnie zrobiło się żal

- Panie psorze to coś jak dyktafon mugoli – wstawiłam się za nim – Coś takiego może pomóc w nauce…

- Zamknij się Socretto! – krzyknął wściekły Midas

- Co to za słownictwo! Odbieram 15 punktów Ravenclawowi! – zdenerwował się nauczyciel. Midas załamał się, a Irmina zabijała mnie spojrzeniem.

Gdy lekcja się skończyła, Irmina natychmiast dopadła mnie na korytarzu.

- Co ty wyprawiasz?! Po czyjej stronie jesteś?!

- Po żadnej…to był wypadek! – broniłam się – Nie chciałam, żeby tak to się skończyło. Przykro mi…

- Przykro ci? Tylko tyle masz nam do powiedzenia? – parsknął Midas – Profesor skonfiskował mój wynalazek ze wszystkimi moimi notatkami!

- Jesteś hańbą dla Ravenclawu – popchnęła mnie do tyłu Irmina – Nie jesteś godna, żeby być w tym domu. Może i jesteś zdolna, ale nie pasujesz tu!

- Nigdy nie twierdziłam, że jestem Krukonką!

- To idź do tych swoich kochanych Gryffonów! No dalej, droga wolna! Nikt cię tu nie trzyma! – wściekła się Irmina – Idziemy… – zwróciła się do reszty klasy. Zostawili mnie na korytarzu. Zamrugałam oczami, żeby się nie rozpłakać. Ona ma rację, nie pasuję do Ravenclawu. Powinnam być w Gryffindorze i najwyższa pora to zmienić…

21 października 2020

…Wiesz pamiętniczku, to chyba z jednych moich najgłupszych akcji, które tu przeprowadziłam. Chociaż…to od niej wszystko się zaczęło i raz na zawsze przypieczętowałam swój los. Brzmi dramatycznie, co? Nawet jak to sama czytam wydaje się poważne. Pomyśleć, że jeden wieczór może o wszystkim przesądzić! Wczorajszy dzień od początku zapowiadał katastrofę…więc nawet nie powinnam się dziwić, że to to się wszystko skończyło. Zaczęło się od tego, że gdy po kolacji wróciłam do dormitorium, zobaczyłam, że Irmina wystawiła moje rzeczy przed drzwi. Nie chciała mnie wpuścić do środka, mimo waliłam w drzwi i krzyczałam. Inni Krukoni jakoś nie spieszyli mi z pomocą, więc zabrałam kufer i wyszła. Na korytarzu spotkałam Irytka, która dostał ataku śmiechu i czkawki na mój widok.

- Biedny mały zbuntowany Gryffonik…nikt cie nie chce – śmiał się

To przelało czarę goryczy. Zostawiłam rzeczy i pobiegłam na dół. Podjęłam decyzję. Muszę dostać się do gabinetu McGonagall i porozmawiać z Tiarą Przydziału. Ona musi zmienić decyzję! Biegnąc na oślep po korytarzu wpadłam na Leo.

- Co ty tu robisz? – ofuknęłam go – Zaraz będzie cisza nocna…

- Mógłbym zadać ci to sama pytanie – burknął. Wyraźnie był nie w sosie.

- Czekaj, czekaj…nie wpuścili cię nie imprezę – zrozumiałam

- Nie…

- Tak, nie wpuścili cię – klasnęłam w dłonie

- James powiedział, że jestem za mały – skrzywił się

- Haha bardzo dobrze. W końcu ktoś utarł ci nosa.

- Myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi!

- Leonrad, on jest od nas starszy – przewróciłam oczami – Ma swoich znajomych i…

- I tak się tam dostanę – wzruszył ramionami – Widziałem, jak tu wchodzą…muszę tylko znaleźć przejście… – wrócił do macania ściany

- Mogę ci pomóc – przygryzłam wargę – Znam pewne zaklęcie lokalizacyjne…

- Tak? No to dawaj, co tak stoisz?! – ożywił się

- Ale ty też musisz mi pomóc – odsunęłam się

- A czego ty możesz ode mnie chcieć Socretto? Tuż przed ciszą nocną…

- Pomóż mi się dostać do gabinetu McGonagall – powiedziałam szybko

- Wow… – wyraźnie go zatkało – No Socretto…ty chyba naprawdę chcesz wylecieć. To samobójstwo! Po co chcesz tam iść?

- Muszę pogadać z Tiarą. Przekonam ją, że powinnam należeć do Gryffindoru – oparłam się plecami o ścianę

- Aż tak ci zależy? – uniósł brwi

- To sprawa życia i śmierci…

- Ok – uśmiechnął się szeroko – Włamanie się do gabinetu dyrektorki to jeszcze lepsza akcja niż włamanie się na imprezę. Wchodzę w to.

- Nie, wejdę tam sama. Chcę, żebyś pomógł mi tam wejść.

- Dlaczego?

- Bo narobisz niepotrzebnego zamieszania jak zwykle – westchnęłam

- To jak mam ci pomóc? – skrzyżował ręce

- Założę się, że znasz hasło do drzwi. Wyciągnąłeś to od Jamesa, bo jest prefektem.

- Być może… – przyznał ostrożnie

- Oto moja cena. Zaklęcie za hasło.

- Umiesz się targować Socretto… – pokiwał głową – Niech ci będzie. Chcę zobaczyć jak taka Krukonka jak ty łamie regulamin… – zaśmiał się głupio – Podaj zaklęcie.

- Nie, najpierw otwórz mi drzwi.

- O nie…nie przekonasz mnie. Chcesz się dalej targować? Zaraz będzie cisza nocna.

- Dobrze, już dobrze… – warknęłam i wyszeptałam mu zaklęcie na ucho

- Ok, chodź za mną – spoważniał. Musiałam prawie biec, żeby dotrzymać mu kroku. Serce biło mi szybciej. Nie powinnam tego robić…to zbyt duże ryzyko. W dodatku fakt, że na partnera w przestępstwie wybrałam sobie Leonarda, nie uspokajał mnie. To będzie katastrofa, jeśli nas nakryją…Jeszcze mogę się zatrzymać. Złapałam Leo za rękę, w momencie gdy doszliśmy na miejsce, gdzie parę godzin temu przyprowadziła mnie Gretel.

- Jesteśmy…co ty robisz? – podniósł nasze splecione dłonie i przekrzywił głowę z dziwnym uśmiechem. Czułam, że robi mi się gorąco – Nie mów, że boisz się ciemności.

- Nie, wcale nie Crouch – zabrałam szybko moją dłoń

- Acha…jasne – prychnął – Lumos! – wyjął swoją różdżkę – To tutaj. Jesteś pewna, że chcesz tam wejść.

- Tak, szybko zanim zmienię zdanie… – objęłam się ramionami, żeby opanować drgawki

Leo przyłożył rękę do ściany i wyszeptał tajne hasło. Ku mojej uldze przejście ukazało się. To poszło zdecydowanie za łatwo…ale teraz już nie mogę się wycofać. Wzięłam głęboki oddech i weszłam na schody.

- Dziękuję, Leo – posłałam mu niewyraźny uśmiech

- Nie ma za co…Socretto! – zawołał, więc obróciłam się przez ramię – Nawet ja ci nie wyjdzie z Tiarą, to za taki wyczyn i tak powinni cię przenieś do naszego domu – przyznał, a ja poczułam, że moje serce zabiło szybciej z radości. Ha, docenił mnie! Największy rozrabiaka w szkole przyznał, że nadawałabym się do Gryffindoru. To dzień mojego triumfu…Przez chwilę patrzyliśmy na siebie bez słowa. Gdyby nie był taki w gorącej wodzie kąpany, mógłby być całkiem sympatyczny. W sumie jest inteligentny i bystry…ale za bardzo zależy mu na dobrej zabawie.

- Idź już na imprezę zanim wszystko się skończy – przypomniałam

- Biegnę, powodzenia – kiwnął mi głową i pobiegł korytarzem w drugą stronę. Przejście zasunęło się.

- Lumos – wyjęłam różdżkę z buta i ruszyłam schodami na górę. Modliłam się, żeby McGonagall nie było w gabinecie. W sumie powinnam to sprawdzić najpierw, ale byłam tak zdenerwowana całą sytuacją, że nawet nie przyszło mi to do głowy. Podeszłam na palcach do drzwi i zaczęłam nadsłuchiwać. Cisza. Z duszą na ramieniu ostrożnie pociągnęłam za klamkę. W gabinecie było ciemno. Na biurku paliły się tylko dwie wysoki świeczki. Weszłam do środka, dokładnie zamykając za sobą drzwi. Teraz tylko muszę znaleźć Tiarę. Ciężko oddychając rozejrzałam się po pomieszczeniu. W końcu zauważyłam Tiarę leżącą na wysokim taborecie za zasłonką. Pochrapywała cicho, a to oznacza, że będę musiała ją obudzić. Jak się budzi Tiarę?

W miarę bezszelestnie przemknęłam po podłodze, obserwując czy obrazy byłych dyrektorów przypadkiem się nie obudziły. Z ulgą schowałam się za zasłonką. Wytarłam spocone czoło i ręce.

- Dobra…zabieramy się do roboty, Sabrina – szepnęłam i dźgnęłam różdżką Tiarę. Czapkę coś wymruczała przez sen, ale spała dalej. Zazgrzytałam zębami i spróbowałam jeszcze raz tylko mocniej. Prawie ją zrzuciłam z krzesła! Przestraszona złapałam ją w ostatnim momencie. To ją w końcu obudziło…

- Co się dzieje? – wymruczała czapka

- Dobry wieczór Tiaro – wyjąkałam – Przepraszam, że niepokoję cię o tak późnej godzinie…

- Kim ty jesteś? – zmarszczyła się Tiara

- Ja…Sabrina Socretto. Pewnie mnie pamiętasz.

- O tak…miałam z tobą nie lada problem, moja panno. – burknęła w wyrzutem – Co ty tu robisz? Gdzie dyrektor McGonagall?

- Przyszłam tu sama. Musimy porozmawiać – przygryzłam wargę

- Co? Jesteś tu sama?! To jest…!

- Ciiii! Wysłuchaj mnie proszę! – zdesperowana zakryłam jej otwór gębowy dłońmi – Ja tak dłużej nie wytrzymam. Nie jestem Krukonką! Udowadniam to sobie i innym na każdym kroku! – mówiłam na jednym wydechu – Nie pasuję do nich…ciągle robię coś nie tak, przynoszę im wstyd, same porażki…oni mnie nienawidzą. Musisz to przyznać Tiaro…

- Co ty sobie wyobra…mhmh… – burczała czapka

- Błagam cię, nie bądź taka uparta. Każdy się myli. Może to twój pierwszy raz, ale…

- Ty! Ty zarzucasz mi, że się pomyliłam?! – wyszarpnęła się Tiara – To obraza! To bezczelne!

- Nie, nie obrażaj się. Proszę pomóż mi…proszę cofnij swoją decyzję. Ja muszę być w Gryffindorze.

- Nic nie musisz bezczelna, impertynencka panno! Jesteś tam, gdzie twoje miejsce! To ja widzę przyszłość, a twoja przyszłość, choć bardzo męta i burzliwa należy do Ravenclawu bardziej niż myślisz! – grzmiała – A ciebie NIE POWINNO TU BYĆ!

- Co tam się dzieje? Tiaro? – z gabinetu doszedł nas głos z obrazu Albusa Dumbledora

- O nie…proszę cii…

- Dyrektorze! Tu jest uczennica! UCZENNICA PRZEBYWA TU NIELEGALNIE!

- Cicho! Już stąd idę! Proszę…inaczej mnie wyrzucą – złożyłam błagalnie ręce – No zobacz człowieka w człowieku…

- POMOCY! NAPADŁA MNIE! – darła się Tiara

- Przepraszam, nie zostawiłaś mi wyboru…drętwota… – rzuciłam zaklęcie, a czapka zamarła

- Kto tam jest? Minerwo? – Dumbledore obudził się na dobre

Zaciągnęłam kaptur szaty i na oślep pobiegłam do drzwi. Nie reagując na okrzyki budzących się po kolei byłych dyrektorów, wyskoczyłam z gabinetu i na złamanie karku popędziłam w dół po schodach. Mam naprawdę mało czasu, zanim McGonagall zorientuje się, że tu byłam. A jeszcze mniej, żeby dotrzeć do dormitorium i udawać, że od godziny grzecznie leżę w łóżku. Nie wiem ile czasu byłam tam na górze, ale teraz na korytarzu już nawet nie paliły się światła. Wyjęłam swoją różdżkę i popędziłam przed siebie ile sił w nogach. Wskoczyłam na schody i zbiegłam na niższe piętro. Byłam przekonana, że tylko ja jeszcze nie jestem w dormitorium, gdy wpadłam na kogoś i odbiłam się jak od gumy. Z jękiem uderzyłam w podłogę.

- Socretto? Czemu pędzisz, jakby ścigało cię stado dementorów? -jęknął Aiden, rozcierając brzuch w który uderzyłam z siłą tarana

- Bo być może będzie mnie ścigać…a ty? Co ty tu robisz, szlamo? Podkabluję cię do Gretel.

- Tak, to wtedy ja powiem, że byłeś razem ze mną i też dostaniesz karę – podniosłam się i wymierzyłam w niego różdżką

- A daj mi spokój…właśnie od niej wracam. – burknął – Wasza opiekunka to jakaś wariatka! Mruczy coś do siebie, rzuca księgami i ma taki morderczy wzrok. Kazała mi układać księgi w bibliotece w jej pracowni.

- Tak? To dlaczego wychodzisz z kuchni? Włamałeś się do spiżarni czy co? – wyrzuciłam ręce do góry

- Wiesz ile razy wchodziłem i schodziłem z drabiny! – zaczerwienił się – Zgłodniałem. Nie wytrzymałbym do śniadania.

- O nie…cóż za wymyślne tortury. Kazała ci się trochę poruszać – mruknęłam sarkastycznie

- Myślisz, że w tych ciemnościach cię nie widzę? Chcesz dostać w nos, Socretto?

- Zachowajmy tą wątpliwą zabawę na inny moment, ok? – rozejrzałam się nerwowo – Muszę szybko się przemieszać, więc przykro mi, ale…zostaniesz w tyle.

- Hej, dokąd ci się tak śpieszy, szlamo! – złapał mnie swoją tłustą łapą za tył szaty. Na górze usłyszałam jakieś kroki. Oblał mnie zimny pot.

- Aiden! Jeśli nie chcesz dostać kolejnej kary to zaufaj mi i uciekaj! Teraz – wyrwałam się i pobiegłam przed siebie. O dziwo, grubasek potruchtał za mną. Niespodziewanie zza zakrętu wyskoczył Leo, a ja o mało nie dostałam zawału.

- Leonrad! – syknełam

- Sabrina! Jak tam twoja misja? – wysapał i z uśmiechem błazna oparł się nonszalancko łokciem o ścianę

- Wybornie! Tiara narobiła hałasu i muszę uciekać, bo McGonagall depcze mi po pietach.

- Co? Gdzie ty byłaś Socretto? – zainteresował się Black

- A jego skąd wzięłaś? – wytrzeszczył oczy Leo

- Wpadłam na niego po drodze.

- Taki jesteś mądry, Crouch? A co ty  tu robisz? – naburmuszył się Aiden

- Właśnie. Nie dostałeś się na imprezę? – zawtórowałam

- Dostałem się…ale James mnie zobaczył i delikatnie mówiąc nie był zadowolony… – zachichotał nerwowo

- Crouch! – usłyszałam w oddali krzyk Jamesa. Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Może być jeszcze gorzej?

- Podkabluje mnie do Hopesona, jeśli mnie złapie – załamał się Leo

- Myślę, że i tak to zrobi – prychnęłam

- Nie dam się złapać. Hopeson zagroził, że jeszcze jeden numer i wyrzuci mnie z drużyny.

- Naprawdę? To może sobie na niego poczekamy – ucieszył się Aiden i rzucił się na Leo, próbując go złapać

- Uspokójcie się! Jeśli on nas złapie to wszyscy będziemy mieć kłopoty – wskoczyłam między nich

- Krukonka ma rację. Wiejemy! – zarządził Leo

- Nie jestem Krukonką! – ofuknęłam go

- Cicho bądź! I zgaś tą różdżkę – powiedział Leo

- No nie, w co wy mnie wpakowaliście… – marudził Aiden – Nie mam zamiaru za was odpowiadać…

- Odezwał się ten święty – prychnął Leo

- Oberwiesz na boisku Crouch, oj oberwiesz… – odgrażał się Aiden

- Tak, tak jasne…nie sądzicie, że pościg to ekscytujące przeżycie?

- Być może Crouch, ale nie wtedy, gdy jesteśmy ofiarami! – nie mogę uwierzyć, że on jest taki głupi

Wybiegliśmy na główny hall. Przebiegliśmy obok wielkiej sali, gdy zauważyłam jakiś cień. No nie, tylko nie on…

- Tobby?! Co ty tam robisz?! – krzyknęłam, widząc mojego przyjaciela chodzącego spokojnie po korytarzu

- Ja…szukam mojej różdżki… – wytrzeszczył oczy na nasz widok. Słysząc jego oświadczenie, wszyscy w trójkę jęknęliśmy.

- Naprawdę jeszcze jej nie znalazłeś, kaczko? – zarechotał Aiden

- Co to znaczy „jeszcze”? – spiorunowałam Blacka wzrokiem

- To ty ją masz! – podskoczył w miejscu Tobby – Zabrałeś mi ją z toby, kiedy mieliśmy Opiekę nad magicznymi zwierzętami!

- Tak, miałem ją, ale już jej nie mam – wzruszył ramionami

- Ty bałwanie! Oddawaj mi różdżkę! – Tobby rzucił się na niego z pięściami, ale Aiden złapał go i odstawił na miejsce jak niegrzecznego psiaka

- Naprawdę Black? To już nie jest śmieszne…Gdzie jest ta różdżka? – warknęłam

- Spokojnie Socretto, niech się maluszek postara…

- Nie mamy czasu na teatrzyki, Black – niespodziewanie włączył się Leo – On narobi za dużo hałasu.

- No dobra…schowałem ją w łazience Jęczącej Marty.

- Ale to damska łazienka! – zaprotestował Tobby

- I co z tego? Po tobie nie widać różnicy.

- Wystarczy! Daj mu spokój! – wstawiłam się za przyjacielem

- Cicho! Idą – syknął Leo

- Kto… – zaczął Tobby, ale zakryłam mu usta rękami

- Uciekamy! Tędy – Leo ruszył w ciemność, a my za nim

- Nie damy rady, odetną nam drogę – marudziłam

- Nic nie mów i zaufaj mi! – syknął Crouch – Nie hałasujcie tak. Wyprowadzę nas z tego…

Cóż pamiętniczku, spróbuj sobie wyobrazić sytuację, gdy cztery osoby biegną po ciemku korytarzem najszybciej jak potrafią i jednocześnie starają się to robić jak najciszej. Jeśli możesz to sobie wyobrazić, to pewnie wygląda to bardzo komicznie, ale zapewniam cię, że wtedy nie było nam do śmiechu. Tak jak podejrzewałam, pościg nadciągał z obu stron. Wbiegliśmy na schody i wpadliśmy w pułapkę. W tym momencie uratował nas mój geniusz…sama nie wiem, jak na to wpadłam.

- Co teraz? Zaraz nas złapią? – pytał płaczliwe Tobby. Nikt nie odpowiedział.

- Przysuwamy się do poręczy. Najbliżej jak możecie  – powiedziałam zdecydowanie

- Masz plan Socretto? – zdziwił się Aiden

- Mam nadzieje…w tej sytuacji już nic nam nie zaszkodzi. Złapcie się mnie – zarządziłam

Chłopcy zastosowali się do moich poleceń – przyparci do barierki schodów, ściśnięci i wystraszeni. Wyjęłam różdżkę z buta i zamknęłam oczy.

- Kamelionus hiddenus – powiedziałam pewnym głosem i machnęłam różdżką. W tym samym momencie na schody wbiegli McGonagall, James, profesor Hopeson, profesor Gretel i profesor Zynox. Przyłożyłam palcem do ust, pokazując chłopakom, że mają być cicho. Oby to zadziałało…

- Gdzie oni są? Nie mogli daleko uciec – zdenerwowała się Gretel

- Przeszukaliśmy cały zamek. Może wrócili do dormitorium – zasugerował Hopeson

- Jak to możliwe? Słyszałam ich. Byli tuż przed nami.

- Przecież nie rozpłynęli się w powietrzu – warknął trener

- Jest z nimi Sabrina Socretto, wszystko jest możliwe – uśmiechnął się półgębkiem Zynox

- Panie Potter, co pan o tym myśli? – zapytała McGonagall

- Leonrad jest sprytny…mógł ich jakoś wyprowadzić – chrząknął James

- Dobrze, wracajmy do łóżek moi drodzy – westchnęła dyrektora – Teraz ten pościg nie ma sensu. Rano się z nimi rozmówimy. A pan, panie Potter…wrócimy do tematu tej nielegalnej zabawy prefektów.

- Tak jest, pani dyrektor – skłonił głowę James

Wszyscy się rozeszli, a ja w końcu wypuściłam wstrzymywane powietrze. Udało się…

- Jak to zrobiłaś? I co ty w ogóle zrobiłaś? – pierwszy z szoku otrząsnął się Leo

- Zaklęcie kameleona…przeczytałam o tym w jednej książce z naszego zbioru w pokoju wspólnym.

- Genialne…trzeba to opatentować – cieszył się Crouch

- Nie ciesz się Crouch, bo i tak mamy przechlapane – burknął Aiden

W tym momencie wielki zegar zaczął dzwonić. Wybiła dwunasta. Dźwięk rozszedł się echem po całym korytarzu, a moje ciało zaczęło się trząść. Miałam wrażenie, że powietrze faluje. Mój wzrok powędrował na obrazy założycieli Hogwartu zawieszone nad głównym wejściem do szkoły. Godryk Gryffindor, Rowena Ravenclaw, Salazar Slytherin, Helga Huffelpuff…ich oczy zaczęły błyszczeć na czerwono, niebiesko, zielono i złoto…

- Chłopaki…wy też to widzicie? – upewniłam się cicho. Moi towarzysze mieli otwarte buzie i gapili się na obrazy tak jak ja. Co to wszystko znaczy? Opusciłam różdżkę i złapałam kolegów za ręce. Założyciele w zwolnionym tempie zaczęli wychodzi z obrazów. Podpłynęli do nas bliżej. Zastygłam w bezruchu. Instynkt podpowiadał mi, że powinnam uciekać, ale nie mogłam się ruszyć. Rowena podeszła do mnie, Godryk do Leonarda, Salazar do Aidena, a Helga do Tobbyego. Spojrzeli się po sobie i zaśmiali się bezgłośnie, jakby nasze przerażenie ich bawiło, a potem…zrobiło się jeszcze bardziej dziwnie. Każde z nich dotknęło ręką naszego czoła. Prąd elektryczny przepłynął przez moje ciało od stóp do głowy. Ostatnie co widziałam, to piękny uśmiech Roweny i jej śliczne, niebieskie jak niebo oczy…

I to by było na tyle. Nic więcej nie pamiętam pamiętniczku. To straszne uczucie…taka dziura w pamięci. Obudziłam się rano w moim łóżku w dormitorium i od razu wszystko opisałam. Zaraz muszę wstawać i szykować się do szkoły, zanim obudzi się Irmina i reszta współlokatorek, ale zastanawiam się…czy to wszystko jest prawdą? I co tak naprawdę wydarzyło się wczorajszego wieczoru? Bo skoro Irmina wyrzuciła mnie z pokoju, czemu wciąż jestem w łóżku? Jakim cudem się tu znalazłam? A co z chłopakami? Czy ja naprawdę zakradłam się do gabinetu McGonagall? A może to wszystko było bardzo realistycznym snem? Czuję się skołowana, ale czuję…że od tej pory już nic nie będzie takie samo, pamiętniczku. A mój los nierozerwalnie złączył się z Tobbym, Aidenem i Leonardem…

 

Konsekwencje nocnej eskapady, szataż Klubu przyjaciół Książek i niebezpieczna rozgrywki quidditcha w atmosferze czarnej magii…

13 lis

15 października 2020

Minęły cztery dni od czasu, gdy wymknęłam się w nocy do Zakazanego Lasu i razem z Aidenem Blackiem odkryliśmy gigantycznego smoka w grocie. Nikomu o tym nie powiedzieliśmy i sami także o tym nie rozmawialiśmy. Właściwie to nawet się unikaliśmy albo po prostu zbieg okoliczności sprawiał, że nie wchodziliśmy sobie w drogę. Byłam zadowolona z takiego obrotu sprawy, bo nie musiałam być przygotowana na atak z dwóch frontów (to znaczy od Ślizgonów i Krukonów), a skoncentrowałam się bardziej na obronie przed Irminą i moją klasą. Zaoszczędziłam trochę na siniakach, ale byłam pewna, że Aiden wkrótce się otrząśnie i wróci do gnębienia mnie. I wcale nie chodzi mi o to, że tak po chamsku mnie pobije, nie…on przygotował dla mnie bardziej „wyrafinowane metody”. Otwiera znienacka drzwi, gdy biegnę korytarzem, żeby nie spóźnić się na kolejną lekcję…albo popycha mnie na schodach…często też podstawia mi nogę…ciągnie za włosy, a na eliksirach wrzuca mi za kołnierzyk jakieś obrzydliwe, szczypiące robaki. Ja zaczynam podskakiwać i piszczeć, przewracam wszystko co mam na stole, klasa się śmieje, a Zynox ze swoim krecim wzrokiem nigdy nie widzi prawdziwego winowajcy. Zawsze to ja obrywam po głowie, tracę punkty, muszę sprzątać salę, a wieczorem Irmina robi mi w pokoju awanturę o to, że tracimy przeze mnie miejsce w rankingu i reputację. To jest szczyt wszystkiego! Ona dobrze wie, że to Aiden mnie torturuje…a ona mu w tym dorównuje. Więc sam widzisz pamiętniczku, że te parę dni i tak było dla mnie błogosławieństwem. Teraz mogę się spodziewać ponownego „ataku drzwi”…

Pomijając jednak szok Blacka i jego chwilę słabości, jestem naprawdę zdumiona, że żaden nauczyciel ani uczeń nie doniósł na nas do dyrektor McGonagall. Naprawdę wyszliśmy i wróciliśmy niezauważeni? To aż niemożliwe…Ktoś musiał coś wiedzieć, to byłoby za piękne…Właśnie tego dnia przekonałam się, że wszystkie nasze działania pozostawiają po sobie jakiś ślad, a my musimy przyjąć na klatę ich konsekwencję. Czasem są naprawdę ciężkie, ale jak powiedziało się A, to trzeba powiedzieć B i brnąć dalej w ten ciemny busz…

Tak jak powiedziałam na początku, przez pierwsze dni w ogóle nie mówiłam nikomu o nocnej wyprawie. Rano szłam na śniadanie z duszą na ramieniu, bo bałam się, że do jadalni zaraz wkroczy dyrektor McGonagall z profesor Gretel, zabiorą mnie do gabinetu i każą się pakować. Nic takiego się nie stało, a ja czekałam z napięciem i udawałam, że nic się nie stało…Dzisiaj już nie wytrzymałam i stwierdziłam, że muszę z kimś porozmawiać. Wszyscy byli pochłonięci rozmową o  quidditchu, ponieważ po południu miał się odbyć mecz między Gryffonami a Ślizgonami. Chłopcy biegali na przerwach i obstawiali na swoje ulubione drużyny, rozmawiali o taktyce, a niektórzy sprzedawali plakietki i flagi z ruszającymi się obrazkami do kibicowania (oczywiście wtedy, gdy nauczyciele nie widzieli, bo handel w szkole był nielegalny). Dziewczyny oglądały zdjęcia zawodników ze starszych klas i plotkowały o tym, który z nich jest najprzystojniejszy, tworzyły jakieś pożal się Boże rankingi i zbierały autografy…Leo i Aiden, jako gwiazdy w tegorocznych składach, błyszczeli na korytarzach i chodzili dumni jak pawie. Gorzej gdy przypadkowo weszli sobie w drogę. Dziś już dwa razy się pobili. Oczywiście takie bójki zawsze wywoływały dużo emocji wśród uczniów i zbierały wielu gapiów. Wściekły profesor Hopeson powiedział, że jak jeszcze raz dojdzie do takiej sytuacji, zdyskwalifikuje jednego i drugiego zawodnika, dlatego do końca dnia kapitanowie ich pilnowali. Atmosfera i tak była gorąca…wszyscy z niecierpliwością czekali na koniec lekcji.

Jedyną osobą, która była tym wszystkim zainteresowana w tak niewielkim stopniu jak ja, był Tobby. Tak, mój Tobby – największy fan quidditcha. Już samo to było niepokojące, dlatego na zielarstwie postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce. Poczekałam, aż profesor Longbottom odwróci się do tablicy, żeby zapisać obserwacje i wnioski z naszego eksperymentu, po czym szturchnęłam Puchona łokciem. Chłopak znowu rysował w tym swoim notesiku i zapomniał o całym świecie. Coraz bardziej traci nad tym kontrolę. Zielarstwo to jego ulubiona lekcja i zawsze starał się być na niej aktywny i przytomny.

- Tobby! – syknęłam, gdy przyjaciel nie reagował. Szturchnęłam go jeszcze raz, ale on po prostu był w transie. Przygryzłam wargę. Jeśli teraz wyrwę mu pióro, on może zacząć się drzeć na całą klasę. Nie jestem w stanie przewidzieć jego reakcji. Muszę jednak złapać z nim jakiś kontakt! Dobra Sabrina…to musi być szybka akcja. Wzięłam głęboki wdech, rozciągnęłam palce, policzyłam do trzech, po czym wyrwałam mu pióro z ręki, a drugą dłonią zakryłam mu usta. Tobby w pierwszy momencie tak jak przypuszczałam zaczął się szarpać, ale szybko się uspokoił, a do jego mętnego wzroku znowu wróciły iskry. Nikt niczego nie zauważył. Dobrze, że siedzieliśmy na końcu. Jedynie Midas odwrócił się do nas przez ramię. Widząc, co robię, wytrzeszczył oczy. Wyszczerzyłam się i machnęłam ręką, na znak, że wszystko w porządku, ale on tylko poprawił okulary i zmarszczył brwi, uśmiechając się wrednie.

- Panie profesorze, Socretto dusi naszego Tobby’ego… – powiedział z triumfem, jakby właśnie udowodnił, że jestem poszukiwanym mordercą

- Ty kretynie… – jęknęłam cicho, puszczając natychmiast Puchona

Cała klasa odwróciła się w naszą stronę. Dobrze, że MacMillan już wrócił do siebie i wyglądał normalnie. Profesor Longbottom odłożył kredę i skrzyżowała ręce.

- Co wy tam robicie na końcu? – westchnął

- Na pewno chce profesor wiedzieć? – zachichotał rudy Spike, a ja rzuciłam w tył jego głowy gumką – AŁA! – wrzasnął i obrócił się czerwony ze złości

- Sabrina! – zdenerwował się nauczyciel

- Pilnuj swojego nosa, Spike – warknęłam

- Zamknij się, Socretto – syknęła Irmina

- Panie profesorze, ona nie może siedzieć z naszym Tobbym! Ta wariatka go zabije – biadoliła Puchonka Sandy.

- Uspokójcie się! Jak wy się zachowujecie! – profesor uderzył ręką w biurko

- Nic mu nie zrobiłam! – broniłam się – Po prostu on chciał kichnąć, a ja nie chciałam…żeby kichnął na plecy Ernolda – improwizowałam

- Może niech sam poszkodowany się wypowie – nauczyciel wskazał ręką na Puchona

- Sabrina mówi prawdę, nic się nie dzieje – odparł lojalnie Tobby. Był już spokojny i opanowany, nie został ślad po Tobby-maniaku. Przełknęłam ślinę, patrząc na niego. Co się z nim dzieje? Ma rozdwojenie jaźni czy co?

- Zanotowaliście obserwacje? – pytał dalej profesor

- Właśnie to robimy – potarł nos Tobby. Oczywiście kłamał. Obserwowałam go od kilku tygodni i powoli uczyłam się jego zachowań. Gdy kłamał albo był zakłopotany, zawsze pocierał nos.

- Pospieszcie się, bo zaraz przechodzimy do wniosków. Dokończycie po lekcji…to, co zaczęliście – dodał niepewnie, a klasa zachichotała

Zabrałam się za pisanie. Po chwili jednak szturchnęłam przyjaciela łokciem. Podniósł wzrok znad papieru i widząc, że Longbottom nie patrzy, odezwał się do mnie.

- Znowu to samo? – mruknął

- Tak. Mówiłam ci, że musisz z tym skończyć – odparłam, nie odrywając wzroku od tekstu

- Przepraszam Sabrina…ale ja nie potrafię – szepnął płaczliwie

- Dobra, wrócimy do tego potem – westchnęłam – Muszę powiedzieć ci coś ważnego – przysunęłam się bliżej niego – Cztery dni temu byłam nocą w Zakazanym Lesie.

- Zwariowałaś?! – powiedział głośniej, a ja natychmiast dla niepoznaki odsunęłam się na swoją stronę. Odczekałam chwilę i posłałam mu piorunujące spojrzenie. Chłopak przełknął ślinę.

- Wracałam z biblioteki i wpadłam na Malfoya i jego bandę. Wychodzili z Hogwartu, więc poszłam za nimi. Czułam, że coś knują. Poszli do Zakazanego Lasu. Wpadłam tam na Blacka. – kontynuowałam konspiracyjnym szeptem

- Jeszcze on…no świetnie – Tobby wziął głęboki oddech

- Malfoy też go nie wtajemniczył w swój plan.

- No i co z tego? To tylko dowodzi, że robi coś naprawdę strasznego. Byłaś u McGonagall?

- Nie – prychnęłam

- Sabrina! – syknął – Co ty wyprawiasz? Po co go kryjesz?

- Chce najpierw sprawdzić, co dokładnie zamierza.

- Jesteś nienormalna. Jeśli Scorpius odkryje, że węszysz koło niego…

- Wiem, wiem…uważam…ale słuchaj, to nie wszystko…

- Obiecałaś Rose, że będziesz się trzymała od niego z daleka – wyrzucił mi

- Tobby! To wyjątkowa sytuacja – złapałam go za rękę. Chłopiec przestał pisać i spojrzał na mnie.

- Żadna sytuacja nie usprawiedliwia złamania danego słowa – powiedział poważnie

- Tobby, Malfoy ukrywa smoka – odparłam powoli

Puchon aż zakrztusił się powietrzem. Przewróciłam oczami i wróciłam do pisania.

- Tobby, wszystko w porządku? – zainteresował się profesor Longbottom

- Tak panie profesorze…chyba trochę się przeziębiłem… – udał, że kaszle – Widziałaś, że Scorpius zajmuje się tym smokiem? – zapytał mnie po chwili

- Nie, kiedy dotarliśmy z Blackiem na polanę, nikogo już tam nie było, ale…czułam, że ktoś nas obserwuje. – dodałam ostrożnie obserwując reakcję przyjaciela. – To nie mógł być żaden uczeń. Ktoś silniejszy…jakiś czarnoksiężnik…uciekaliśmy tak szybko, że prawie pogubiłam nogi – celowo pominęłam informację o znaku Morsmorde, bo chłopak już i tak zbladł.

- Mogliście zginąć – wyszeptał, patrząc się na mnie jak na greckiego herosa

- Wiem – mruknęłam i poczułam coś na kształt dumy. W końcu przeżyłam spotkanie ze smokiem i uciekłam złemu czarodziejowi. Nie wiem, czy to wyczyn, którym można się chwalić, ale na pewno doświadczyłam więcej niż zwykły pierwszoroczny uczeń.

Tobby otwierał usta, żeby o coś zapytać, ale ostatecznie zrezygnował i wrócił do przepisywania. Profesor Longbottom skończył dyktować i przeszedł do podsumowania eksperymentu. Katem oka zauważyłam, że mój przyjaciel znowu sięga po notes.

- Nie rób tego – złapałam go za ramię – Zaraz koniec zajęć.

- Muszę coś domalować…coś widzę – zazgrzytał zębami, tocząc ze sobą wewnętrzną walkę

- Co widzisz? – zmarszczyłam brwi i pochyliłam się w jego stronę

- Puść mnie, Sabrina – syknął

- Nie…nie mam zamiaru – odparłam, widząc jak jego oczy zaczynają się zmieniać.  Szybko zabrałam jego pióro.

- Oddaj mi się – warknął przez zęby

- Uspokój się – mruknęłam, patrząc się katem oka na klasę

- Oddaj mi moje pióro, bo naprawdę… – złapał notes do ręki i podniósł go na mnie

- Co naprawdę? – spojrzałam na niego wyzywająco, chowając pióro za plecami

- Tobby, powiedz klasie jaka jest odpowiedź na moje pytanie – chwilę grozy przerwał profesor Longbottom. MacMillan znowu wrócił do siebie, a ja z ulgą osunęłam się na krzesełko.

- Przepraszam, a może profesor powtórzyć pytanie, bo nie usłyszałem? – wyjąkał, a Krukoni jęknęli cicho i wszyscy jak jeden mąż wystrzelili do góry ręce, bo oczywiście każdy z nich znał odpowiedź

- Tak, proszę bardzo. Pytałem się, jaką glebę trzeba użyć do prawidłowej hodowli Studników Bagiennych.

- Och…Studniki Bagienne jak sama nazwa wskazuje żyją tylko sto dni, kwitną raz w roku i dostarczają nam antidotum na obrażenia zadane przez zaklęcia ofensywne… – zaczął ostrożnie

- Bardzo ładnie Tobby, cieszę się, że tyle pamiętasz z naszej wycieczki – uśmiechnął się szeroko profesor – Powiedz tylko, na jakiej glebie powinniśmy je sadzić.

- Ja… – zaczął, a na jego czole pojawił się kropelki potu

Nic nie pamiętał, bo był właściwie nieobecny na tej lekcji. Najpierw pochłonęło go rysowanie, a potem ja zajęłam go rozmową. Wiem, ile zielarstwo dla niego znaczy. Parę dni temu profesor Longbottom wziął go na wycieczkę ze starszymi uczniami i zbierali właśnie te rośliny. Potem Tobby opowiadał mi wszystko z błyskiem radości w oczach. Pamiętał każde słowo, które nauczyciel do nich powiedzieć. To jasne, że ubóstwiał swojego opiekuna domu, ale w tym momencie miał amnezję. Był blady jak kartka papieru, nic nie pamiętał. Gorączkowo myślałam nad tym, jak mu pomóc.

- Ja nic nie pamiętam, panie profesorze – wyznał z brutalną szczerością, a nauczycielowi zrzedła mina

- Jak to nie pamiętasz? To takie proste Tobby… – dodał zachęcająco

- Jak ktoś ma dziurawą głowę, to wszystko jest trudne – prychnął Spike

- Dość tego! Odejmuję Ravenclaw 10 punktów za bezczelne zachowanie!

- Ale panie psorze… – Spike aż się wyprostował

- Tobby, skoncentruj się. Rozmawialiśmy o tym niedawno…

- Tak wiem, ale ja naprawdę nic nie pamiętam… – odparł płaczliwie, kurcząc się w sobie

- Nie słuchałeś na dzisiejszej lekcji?

- Panie profesorze, on się źle czuje. Jest przeziębiony – wyrwałam się, nie mogąc już patrzeć, jak mój przyjaciel cierpi

- To prawda Tobby? Popatrz na mnie – profesor wyszedł zza biurka i podszedł do naszej ławki

MacMillan przełknął ślinę, przycisnął do siebie kurczowo notes i podniósł głowę.

- Rzeczywiście masz trochę mętny wzrok…i ciepłe czoło. Na przerwie idź do Skrzydła Szpitalnego – poradził

- Dobrze, panie profesorze – pokiwał głową Tobby, nie patrząc mu w oczy

- Kto w klasie zna odpowiedź na pytanie? Irmina?

- Oczywiście chodzi o glebę o odczynie kwaśnym. W okolicy można ją znaleźć na obrzeżach Zakazanego Lasu – wyrzuciła z siebie książkową formułkę

- Bardzo dobrze, dziękuję. Otwórzcie zeszyty, podyktuję wam, co musicie zrobić na następną lekcję. Chcę żebyście poszukali na błoniach podobnych roślin do naszych Studników Bagiennych. Możecie też korzystać z zasobów biblioteki…

Lekcja wkrótce się skończyła. Uczniowie pakowali się w pośpiechu, żeby zdążyć przejść do budynku na następną lekcję, bo profesor Muglis nie lubił spóźnień i każdy chciał uniknąć przemiany w mysz.

- Sabrina, możesz na chwilę zostać? – zapytał nagle profesor Longbottom

- Tak…a coś się stało? – zamarłam

- Chciałem z tobą porozmawiać – oparł się o biurko i skrzyżował ręce

- Oczywiście… – skinęłam głową. Może on wie o moim nocnym wyjściu? Albo usłyszał o czym rozmawiam z MacMillanem?

- Nie wiesz, co się dzieje z Tobbym? – zapytał bez ogródek, gdy ostatni uczeń opuścił już klasę. Tego się nie spodziewałam.

- Właśnie sama próbuję się dowiedzieć… – uniosłam brwi

- Od pewnego czasu wydaje mi się, że ma jakiś problem i nie chce nikomu o tym powiedzieć. Na początku myślałem, że to przez to, że inni mu dokuczają i śmieją się z niego, ale teraz wydaje mi się, że to jakiś głębszy problem. – powiedział w zamyśleniu, głaszcząc liście Studnicy Bagiennej

- Tobby jest bardzo delikatnym chłopcem, zachowuje się trochę jak dziewczyny – wydęłam buzię, zastanawiając się, ile mogę mu powiedzieć – To jasne, że przejmuje się tym, jak traktują go koledzy. Nawet bardziej niż ja, chociaż to ja jestem tutaj czarną owcą w stadzie.

- Nie mów tak Sabrina, jesteś zdolną, młodą czarownicą. Wielu nauczycieli cię chwali. Po prostu miałaś…nietypowy początek – uśmiechnął się smutno – Sam coś o tym wiem.

- Nie musi mnie pan pocieszać, panie profesorze. Przyzwyczaiła się, że komuś ciągle coś we mnie nie pasuje i ludzie robią mi z tego powodu różne przykrości. – wzruszyłam ramionami i zakłopotana poprawiłam torbę na ramieniu

- Nie można przyzwyczajać się do przemocy, Sabrino – przerwał mi – Nikt nie ma prawa się nad tobą znęcać. Jeśli tobie albo Tobby’emu ktoś robi krzywdę, powiedz mi proszę. – wyglądał na zmartwionego i przejętego całą ta sytuacją. Przypomniałam sobie słowa profesor Lovegood. Mówiła, że ona i profesor Longbottom zawsze mi pomogą. Na razie muszę jednak sprawdzić, czy mam rację.

- Wszystko w porządku, jakoś sobie radzę – uśmiechnęłam się – Ale Tobby…ostatnio zachowuje się inaczej.

- Myślisz, że to przez ten notes?

- Zauważył to pan? – zmrużyłam oczy

- Po prostu często widzę jak MacMillan siedzi na przerwach i coś tam notuje, rysuje…sam nie wiem.

- Rysuje drzewa…ale on sam nie wie, po co – pokręciłam powoli głową i zdałam sobie sprawę, jak głupio to brzmi. Zaczerwieniłam się. – Przepraszam…

- Za co przepraszasz? Przyjaźnisz się z Tobbym, więc pomyślałem, że wiesz coś więcej. Pewnie też się o niego martwisz.

- Tak, ale nie wiem, jak mogę mu pomóc. On nigdy nie rozstaje się z tym notesem.

- Spróbuj porozmawiać z madame Rosemarthą – podpowiedział

- Ja? Z nauczycielką wróżbiarstwa? – skrzywiłam się – A może pan profesor…

- O nie, ja nie mam cierpliwości do wróżbitów…zresztą vice versa – zaśmiał się – A jeśli pani profesor – chrząknął z niechęcią – powie ci coś ciekawego, przyjdź z tym do mnie, dobrze?

- Dobrze – skinęłam głową – Poproszę też Rose, żeby obserwowała go w pokoju wspólnym.

- Już to zrobiłem…ale przypomnij jej. Lily to taka roztrzepana dziewczyna…zupełnie nie wiem, po kim to ma, bo chyba nie po rodzicach.  – pokręcił ze śmiechem głową

- Dobrze, panie profesorze – uśmiechnęłam się pod nosem – Przypomnę jej…

- Ach Sabrina i pamiętaj o zaległym wypracowaniu! – zawołał za mną w drzwiach – Nasza miała pogawędka wcale cię z tego nie zwalnia, nie myśl, że zapomniałem.

- Tak jest… – westchnęłam i zasalutowałam

Po tej rozmowie od razu poszłam poszukać Tobbyego. O dziwo mój przyjaciel wcale nie pytał się, o czym rozmawiałam z jego opiekunem. Siedział na ławce na dziecińcu z Puchonami ze swojego rocznika i przeglądał szkolną kronikę quidditcha. Wszyscy z zapartym tchem oglądali migające obrazki na których Harry Potter, najmłodszy szukający w historii, wykonuje niebezpieczny manewr, aby wyprzedzić Draco Malfoya i złapać złoty znicz. Mój mały przyjaciel wyglądał, jakby ktoś znowu tchnął w niego życie, więc postanowiłam odłożyć moment rozmowy na później.

Lekcje minęły zaskakująco szybko i w końcu przyszła pora na długo oczekiwany mecz. Poczekałam grzecznie aż tłum uczniów przepchnie się na trybuny i razem z Tobbym weszliśmy na końcu. MacMillan był trochę niezadowolony, ale wytłumaczyłam mu, że gdyby ktoś go stratował, czułby się jeszcze gorzej. Chłopak nie mógł się zdecydować, której drużynie ma kibicować, więc ostatecznie kupił dwie flagi. Jedną złoto-czerwoną, na której ruszała się głowa ogromnego lwa, rycząc głośno. Druga, zielono-srebrna przedstawiała gigantycznego węża, który nieustannie się ruszał, syczał i co jakiś czas wystawiał swój podwójny język. Ja nie miałam nic, byłam bezstronna. Niektórzy patrzyli się na nas dziwnie, a zwłaszcza na Tobby’ego, którego dwie flagi toczyły ze sobą zażartą walkę. Lew starał się pożreć węża, a wąż chciał dosięgnąć lwa swoim językiem, co według mnie wyglądało komicznie. Zupełnie nie rozumiałam tego bojowego zacięcia. To tylko mecz…w Londynie chłopcy z mojej klasy też ekscytowali się i oglądali ze swoimi ojcami mecze w telewizji, ale ja nigdy nie widziałam w tym sensu. Jednak kiedy weszłam na trybuny i zobaczyłam stadion aż przeszedł mnie dreszcz. To był niesamowity widok. Każdy kibic na świecie dałby się zabić za możliwość wejścia na taki mecz. Trybuny mieniły się od złota, czerwieni, srebra i zieleni. W sektorze Gryffonów były głośno od ogłuszającego ryku lwa, a sektor Ślizgonów syczał jak oszalały. Uczniowie ze starszych klas wymyślali różne slogany i toczyli w ten sposób „bitwy” między domami. Wokół boiska latały czarodziejki na miotłach, zabawiając zebranych swoją choreografią i rozrzucając w powietrzu brokat oraz serpentyny.  Nie wiedziałam, że tutaj też są cheerleaderki! Zakręciło mi się w głowie z nadmiaru emocji i gdyby Tobby nie pociągnął mnie na ławkę, pewnie bym się osunęła. Nawet nie zauważyłam, kiedy mój przyjaciel zdążył zdobyć torbę słodyczy. Dawno nie widziałam go tak szczęśliwego. Widać naprawdę kochał mecze quidditcha…uśmiechnęłam się mechanicznie, widząc go tak zadowolonego. Martwiłam się, bo ostatnimi dniami Tobby wyglądał  jak duch i bałam się, że zapomniał, że można się śmiać. Ten mecz postawi go na nogi.

Nauczyciele próbowali zapanować nad hałasem na trybunach, ale w końcu dali sobie spokój, widząc, że emocje wzięły górę. Sama widziałam, jak profesor Daydar podskakiwał w szaliku z barwami Gryffindoru. Dyrektor McGonagall właśnie wchodziła do loży dla nauczycieli. Komentator zapowiadał już wejście drużyn na boisko. Na środku stał dumny profesor Hopeson. Na jego widok wszystkie nauczycieli od razu zaczęły śledzić grę. Założę się, że większość z nich przyszła tutaj, żeby popatrzeć na przystojnego, umięśnionego trenera. Po krótkim przedstawieniu zasad, sędzia gwizdnął i zaczęła się gra. Tłum przywitał graczy z dzikim okrzykiem radości. Gra od samego początku była energiczna i pełna zwrotów akcji. Zawodnicy byli w świetnej kondycji. James Potter jako kapitan starał się być wszędzie i cały czas blokował Perrego, kapitana Ślizgonów. Leonrad oczywiście też błyszczał. On czuł się w świetle reflektorów jak ryba w wodzie. Specjalnie pozował do zdjęć do kroniki szkolnej.

- Crouch do diabła! Skoncentruj się na zniczu! – krzyknął na niego ścigający Mason

- Już się robi szefie! Co ja poradzę, że fani mnie kochają!?

- Zaraz nie będą mieli kogo kochać! – zarechotał Aiden i odbił tłuczka w stronę Leo, jednak Gryffon okręcił się jak małpka wokół miotły i poleciał dalej, pokazując mu język.

Gdyby Aiden był wściekłym bykiem, para poszłaby mu z nosa. Oj to będzie ciekawa gra…Aiden jako pałkarz czuł się w swoim żywiole, bo w końcu mógł komuś bez skrupułów przywalić. Z kolei Leo ze swoim ADHD miał całe boisko, żeby się wyszaleć.

- Ten mecz jest genialny! – Tobby nie mógł wysiedzieć na krzesełku

- Tak, żeby tylko Crouch i Black nie zapomnieli, że ich gra nie polega tylko na tym, żeby sobie nawzajem dokopać – pokręciłam głową

Wiesz pamiętniczku, obiecywałam sobie, że nie będę wczuwała się w ten mecz i w ogóle będę go oglądać z obojętnością. Po kilku lekcjach quidditcha zrozumiałam, że ten sport jednak nie jest dla mnie, a Irmina (która uważała się za „gwiazdę”, ponieważ jej matka występowała kiedyś w reprezentacji narodowej) skutecznie obrzydziła mi tą grę. Pamiętam jedną z ostatnich lekcji, gdy (kolejny raz) siedziałam na ławce rezerwowych i obserwowałam naszą panią kapitan i jej wiernego „pieska” Midasa.

- Midas, musimy wyliczyć trajektorię lotu kafla, która byłaby najlepsza dla Marcusa. Zmienię go na ścigającego – stwierdziła tonem nie znoszącym sprzeciwu

- A co na to profesor Hopeson? – zapytał Midas, zerkając na nią niepewnie znad kartki

- Już ja go przekonam, o to się nie martw. Moich argumentów nie da się przebić – machnęła lekceważąco ręką

- Skoro tak mówisz…podaj mi wagę, wzrost Marcusa, ciężkość kafla… – Irmina szybko wymieniła jakieś liczby

- Ach i jeszcze wylicz pozycję, na jakiej powinna stać Socretto. Hopeson powiedział, że on a też musi z nami grać – burknęła cicho

- Nie zapominaj, że tu jestem – szturchnęłam ją łokciem. Dziewczyna oczywiście oddała mi mocniej i spojrzała na mnie spode łba.

- Niestety wiem o tym, Socretto…

- I wcale nie zamierzam z wami grać – odparłam wyniośle, pomimo znaków Tobby’ego (który przeważnie siedział ze mną na ławce rezerwowych) mówiących, że mam jej nie prowokować.

- Słuchaj, może i nie czujesz się Krukonką, ale dopóki jesteś w naszym domu i nosisz nasze barwy, jesteś jedną z nas – wysyczała przez zęby – A skoro jesteś jedną z nas, grasz z nami. I dajesz z siebie wszystko! Ravenclaw nie przegrywa. Jesteśmy na to zbyt inteligentni i sprytni. Ty też musisz taka być, bo jesteś jedną z nas.

- Nie chcę być jedną z was. Prędzej wrócę do Londynu niż stanę się taką zaślepioną, zawziętą wiedźmą jak ty – oświadczyłam, patrząc na nią szeroko otworzonymi oczami. Midas odkaszlnął znacząco.

- Nie obchodzi mnie, co o mnie myślisz. Dla mnie wciąż jesteś mugolakiem. A teraz idź na boisko – powiedziała władczo i wypchnęła mnie na miotle. Od tego momentu, nienawidzę lekcji quidditcha, bo Irmina mści się i robi wszystko, żeby pokazać, że jest na tym polu ode mnie lepsza. Jak do tej pory nie może mnie wyprzedzić w nauce, więc chociaż tu może się na mnie wyżyć…

Mimo to dziś nie mogłam się powstrzymać. Szybko się poddałam i razem z Tobbym skakaliśmy przy barierce, zdzierając sobie gardło i krzycząc. W końcu tak się zgrzałam, że musiałam zdjąć płaszcz i szalik.

- Napij się, bo zaraz stracisz głos – zachichotał Tobby, dzieląc się ze mną kremowym piwem

- Dzięki – wychrypiałam – To wszystko przez ciebie…po co mnie tu ciągnąłeś? Mogłam zostać i pouczyć się w bibliotece…

- Nadal chcesz iść do biblioteki? – spojrzał na mnie kpiąco

- Nie, już nie… – pokręciłam ze śmiechem głową – Za dużo emocji…

Nagle zobaczyłam coś dziwnego. Tłuczek poleciał do góry, ale natrafił na jakąś niewidoczną blokadę w powietrzu i zwrócił. Dustin, pałkarz Ślizgonów ledwo zdążył ochronić swojego ścigającego. Nikt nie zwrócił uwagi na to dziwne zjawisko oprócz mnie. Tak przecież nie powinno być. Ktoś otoczył boisko niewidzialną siatką?

- Tobby, widziałeś to? – złapałam przyjaciela za rękaw, widząc jak wysoko w górze ptak odbija się od niewidzialnej ściany i zawraca

- Co?

- Boisko odgradza niewidzialna ściana. Nikt nie może z niej wylecieć ani wlecieć do środka.

- O czym ty mówisz?

- Czyli to nie jest normalne… – oblał mnie zimny pot

- Coś musiało ci się przewidzieć…

- Nie! Spójrz! – podniosłam kamyk i mało myśląc, rzuciłam go w stronę boiska

- Sabrina, co ty robisz?! – zdenerwował się Tobby, ale w tym momencie przedmiot wrócił i rąbnął chłopca prosto w czoło – AŁA! – krzyknął zaskoczony. Dobrze, że to był mały kamyk… – Jak to zrobiłaś?

- To nie ja! Mówię ci, że tu dzieje się coś dziwnego. – wychyliłam się przez barierkę i spojrzałam w dół. Na dole przy wejściu do szatni zobaczyłam w cieniu te błyszczące czerwone oczy…te same, które patrzyły na mnie w nocy w Zakazanym Lesie. – On tu jest! – szarpnęłam Puchona – Ten czarnoksiężnik z lasu… – wskazałam na czerwone oczy, jednak w tym samym momencie postać zniknęła

- Nikogo tam nie widzę, Sabrina…

- Ale on tam jest! I chyba chce coś zrobić zawodnikom! Musimy go zatrzymać! – przebiłam się przez tłum i pobiegłam w stronę schodów

- Sabrina, stój! – MacMillan poczłapał za mną

Wiem, co widziałam! Ten człowiek tu był. Może szukał mnie i Aidena. Na pewno wszystkim grozi niebezpieczeństwo. Szybko biegłam po schodach w dół na niższe piętra trybun. Muszę go znaleźć i dowiedzieć się, co planuje. W końcu zeskoczyłam na miękką trawę i ruszyłam w stronę szatni. Pierwsze, co poczułam, to dziwny zapach. Pamiętam go z lekcji eliksirów, ale nie zakodowałam w głowie, co mówił na ten temat Zynox.

- Co tak cuchnie? – wysapał Tobby, doganiając mnie

- Czarna magia…Zynox opowiadał nam o tym na lekcji. Poszukajmy go, może nam pomoże…

- Zynox został podobno w szkole, bo jakiś uczeń ma u niego karę. Myślisz, że to jakaś trucizna?

- Nie wiem, ale to podejrzane, że Zynox został w szkole podczas, gdy jego dom gra… – cofnęłam się w stronę schodów, ale jakaś siła odepchnęła mnie do tyłu – Co to ma znaczyć?

- Wpadliśmy w pułapkę! – zaczął panikować Tobby

- Uspokój się! Słyszysz?

- Co mam słyszeć?! – trząsł się Tobby

- Ktoś wypowiada jakieś zaklęcia…

- Tak…bardzo cicho i w jakimś dziwnym języku – dodał Puchon

- Aż mnie ciarki przechodzą od tego głosu – wzdrygnęłam się

- Sabrina, patrz co się dzieje! Zawodnicy zwalniają, ruszają się jak muchy w smole! Dlaczego nikt tego nie widzi?!

- To pewnie przez tą barierę. My weszliśmy do środka, więc widzimy, jak jest naprawdę.

- Musimy przeszkodzić temu komuś. Co on chce z nimi zrobić?

- To na pewno potężny czarodziej – pobiegliśmy razem z Tobbym w stronę źródła głosu – Przekształcił w jakiś sposób zaklęcie Impediamento, które ich spowalnia.

- To zaklęcie nie tylko ich spowalnia Sabrina. Oni wydają się być zahipnotyzowani – dyszał Puchon

- Właśnie! Ten czarodziej używa czarnej magii, żeby mieć nad nimi kontrolę. Chce ich do czegoś zaprogramować…

Nie zdążyłam więcej powiedzieć, bo fala czarnej magii zatkała mnie jak porywisty podmuch wiatru. Zatoczyłam się do tyłu i oparłam do ścianę. Spojrzałam się na przyjaciele, który był blady ze strachu. Uświadomiła sobie, że to misja samobójcza. Ten czarodziej unicestwi nas jednym skinieniem różdżki.

- Musimy dostać się za ten filar! – starałam się przekrzyczeć wiatr, który się nagle zerwał

- Jak chcesz to zrobić?! Mam wrażenie, że ten wiatr nas zaraz porwie!

- Musisz mi pomóc! Wyczarujemy zaklęciem Protego tarczę, która nas przez chwilę obroni. Profesor Daydar mówił o tym na lekcji. Jeśli nie mamy możliwości wyprowadzenia ataku, powinniśmy zasłonić się na chwilę tarczą i spróbować wrócić na dogodną pozycję, żeby móc znowu zaatakować!

- Zróbmy cokolwiek!

- Podaj mi rękę! – wyciągnęłam z buta moją różdżkę – Protego! – krzyknęłam i z radością poczułam jak otula nas przezroczysta płachta

- To działa! – ucieszył się Tobby

- Biegnijmy! Długo tego nie utrzymam! – jęknęłam

Zaledwie udało nam się przebiec na drugą stronę, moja tarcza zniknęła, ale…wiatr również. Na trawie zobaczyliśmy tylko wypalone koło, a w powietrzu latały drobinki popiołu. Rozejrzałam się w koło. Ani śladu tajemniczego czarnoksiężnika, ale tutaj na pewno wypowiadał swoje zaklęcia. W powietrzu wciąż czuć było czarną magię. Przestraszył się nas? Podeszłam bliżej i nagle z korytarza wyleciał na nas wielki, czarny kruk. Oboje z Tobbym zaczęliśmy krzyczeć i zakryliśmy się rękami. Ptak przeleciał obok nas, robią hałas i ciągnąc za sobą zimny, arktyczny podmuch.

- Gdzie on zniknął Sabrina? – zapytał po chwili mój przyjaciel

- Nie wiem – wyjąkałam i wzięłam głębszy oddech, żeby się uspokoić – Nienawidzę kruków… – znowu się wzdrygnęłam

- Chyba naprawdę nie powinnaś być Krukonką – prychnął Tobby – Patrz, zawodnicy wracają do formy!

- Chociaż tyle…udało nam się przeszkodzić temu typkowi. Gdybym tylko wiedziała, co chciał osiągnąć…

- A skąd wiesz, że nie zrobił tego, co chciał? – zasępił się Tobby

- Co ty mówisz? – oblał mnie zimny pot

- No wiesz…chyba nie sądzisz, że go wystraszyliśmy -uśmiechnął się krzywo – Może i nie jesteśmy najgorsi, ale on mógłby nas zabić ot tak – pstryknął palcem. Przełknęłam ślinę. Głupio przyznać, ale naprawdę sądziłam, że to my go wypłoszyliśmy.

- Patrz, coś zostało w kręgu – zauważyłam – Accio! – przywołałam do siebie kartki i zmarszczyłam brwi widząc, że strony są zapisane drobnym maczkiem

- To zaklęcia? – Tobby zajrzał mi przez ramię

- Nie…wydaje mi się, że to przepis. Włos smoka, ślina tojada…to jest „j” czy „y”? – przekrzywiłam kartkę

- No nie mów, że facet zgubił przepis na koktajl – zaśmiał się Tobby

- Wyjątkowo niesmaczny koktajl, przecież tojad ma trującą wydzielinę… – powiedziałam i zamarłam – Na brodę Merlina! On chciał kogoś otruć!

- Nie… – przetarł twarz Tobby – To jest tak dużo osób, nie znajdziemy tej właściwej…

- Nie musiał jej podawać eliksiru. Zobacz…to kufer na piłki do gry. – podeszłam i otworzyłam go. Tak jak się obawiałam, wszystkie były w środku. Puchon otworzył buzię ze zdumienia.

- Chcesz powiedzieć, że on otruł…?

- Wysmarował piłki trucizną, spowolnił grę, wprowadził zawodników w trans i podmienił je! – zatrzasnęłam z powrotem kufer

- Trzeba przerwać grę! Oni zaraz tam padną!

- Nie, bo tojad jest trujący tylko z zetknięciu ze skórą, ale zawodnicy noszą rękawice. Chyba, że nawdychają się oparów i wtedy mogą mieć halucynacje albo coś jeszcze gorszego.

- Mogą sobie zrobić krzywdę albo innym – stwierdził Tobby

- Chodźmy! – pobiegłam w stronę trybun. Tym razem dostaliśmy się na górę bez problemu. Na razie gra toczyła się gładko. Slytherin wyprzedzał Gryffindor o 40 punktów. Kibice szaleli. Wychyliłam się przez barierkę i w tym momencie Leo śmignął mi koło nosa.

- Crouch! – wrzasnęłam

- Przykro mi, ale znicz nie złapie się sam! – zawołał

- Wracaj tu Crouch! Nie możesz go złapać, słyszysz?! – darłam się, ale Tobby szybko mnie powstrzymał. Nie zauważyłam, że przez przypadek weszliśmy do strefy dla Gryfonów.

- Co Socretto, zmieniłaś front? Teraz chcesz być jednak w Sltyherinie? – burknął jakiś starszy Gryffon

- Nie, ja tylko… – wyjąkałam

- Chodź stąd – Tobby zaczął przebijać się przez tłum

- Tobby, Sabrina, co wy tu robicie? Co się stało? – przez przypadek wpadłyśmy na Rose i Lily, które szły na miejsce z torbą słonych przekąsek

- Musimy zatrzymać grę! Piłki są zatrute! – powiedziałam

- Skąd o tym wiecie? – skrzywiła się Lily

- Widzieliśmy czarownika i słyszeliśmy jak wypowiada zaklęcia na dole, koło szatni – dodał Tobby na jednym wydechu

- Kto wypowiadał zaklęcia? – nie rozumiała Rose

- To pewnie Malfoy! Sabrina mówiła, że ona hoduje smoka! – Puchon nie wytrzymał presji

- Co?! – wykrzyknęły dziewczyny, a Rose puściła torbę

- Tobby! – ofuknęłam go

- MacMillan skąd wiesz takie rzeczy?! A ty…? – Rose była czerwona ze złości – Coś mi obiecałaś Sabrina!

- Rose, potem wszystko ci wyjaśnię, ale pomóż nam zatrzymać grę. Oni nie mogą dotknąć tych piłek. Są zatrute wydzieliną tojada i czymś jeszcze…

- Nie mam pojęcia, skąd to wiesz, Sabrina… – pokręciła głową Rose – ale zgoda, ja i Lily idziemy do McGonagall.

- Rosie, żartujesz sobie?! To tylko plotki – oburzyła się Lily

- Jeśli Malfoy maczał w tym palce, to nie mogą być plotki…

- Nie wiem, czy to zrobił Malfoy. Ten czarodziej był silniejszy – mruknęłam, ale Rose mnie nie usłyszała

- Powstrzymaj jakoś chłopaków. Lily, idziemy – zarządziła Rose i obie pobiegły w stronę loży nauczycielskiej

- Wiesz Sabrina, może to rzeczywiście Scorpius. Chciał zapewnić zwycięstwo swojej drużynie… – Tobby nie skończył, bo nagle szukający Ślizgonów nie wyhamował i z całym impetem rąbnął w ścianę. Slytherin zaczął buczeć, a profesor Hopeson podleciał na pomoc. Gra została na chwilę zatrzymana. To była nasza szansa. Leo zatrzymał się blisko sektora szatni. Ja i Tobby puściliśmy się biegiem.

- Leonrad, Leonrad! – krzyczałam ile sił w płucach, bo trener znowu zagwizdał, w chwili gdy dobiegaliśmy na miejsce

- Socretto? Jak tu weszłaś? Nie wiedziałem, że jesteś taką zdeterminowaną fanką – zaśmiał się – Niestety teraz jest środek gry i Gryffindor ma szansę to wygrać, więc sorry bella, ale autografy będą po meczu…

- Wszystko pięknie tylko problem w tym, że nie jestem twoją fanką Crouch! – kipiałam ze złości – A ty nie możesz złapać znicza!

- Wiesz co, nawet jeśli nie jesteś moją fanką, co ubodło mnie w samo serce, to nie powód, żebyś podcinała mi skrzydła – naburmuszył się

- Litości człowieku…nie chodzi mi o to, że nie wierzę w twoje możliwości. Znicz jest zatruty!

- Co? To chyba najgłupsze, co do tej pory powiedziałaś…

- Ona nie kłamie! – poparł mnie Tobby

- Leo rusz tyłek! – zawołał James – Sabrina? – zwolnił na mój widok – Co ty…

- Znicz! – zawołał uradowany Leo

- Nie! Wracaj tu! – jęknęłam

- Sabrina, nie możesz tutaj być! – zdenerwował się James

- Nic nie rozumiesz, piłki są zatrute…

- Proszę państwa, emocje sięgają zenitu, Leonrad Crouch goni znicz! Jest coraz bliżej! – z głośników dobiegł głos komentatora – Jak zakończy się ten emocjonujący mecz? A co to?! Aiden Black porzucił swoją pozycję pałkarza i ruszył do ataku na znicz! Proszę państwa co się dzieje…czy Black chce zastąpić swojego kolegę i nie dopuści do wygranej Croucha?

- Oni się pozabijają! – złapał się za głowę Tobby

- Oni nie mogą dotknąć znicza! – krzyknęłam i mało myśląc wbiegłam na boisko, co wywołało falę okrzyków

- Proszę państwa co za mecz! Na dwóch szukających szarżuje wściekła Socretto! Ma dziewczyna parę w nogach! To dopiero walka! Bitwa trzech domów jak słowo daję…

Nie zwracając uwagi na otoczenie starałam się dogonić chłopców, którzy lecieli teraz nisko nad ziemią. Leo już prawie miał złoty znicz. Przesunął się na czubek miotły i balansował na niej jak małpka. Aiden wymachiwał kijem jak neandertalczyk i gonił go wydając dzikie odgłosy. Oboje w tym samym momencie zeskoczyli ze swoich mioteł, a ja za nimi, przyciskając ich do ziemi.

- Co robisz Socretto!? – zawołał Aiden

- Nie ruszać znicza!

- Daj spokój, ona zamieniła się we wściekłego ponuraka! – szarpał się Leo

- On jest zatruty tojadem – z całych sił starałam się ich zatrzymać

- Pogięło cię do reszty?!

- Patrz, wylądował na trawie!

- Mam go! – Aiden wyciągnął po niego tłustą łapę, ale ja złapałam jedną z mioteł i walnęłam znicz z całej siły. Ku zaskoczeniu wszystkich piłka rozpadła się na dwie części, a ze środka wyleciał duży, zielony znak Morsmorde. Taki sam, który widzieliśmy z Aidenem w lesie. Otworzyłam buzię i po prostu się na niego gapiłam. Żaden z moich kolegów się odezwał. Zastygliśmy w bezruchu na trawie. Po chwili, jak w zwolnionym tempie, zapanowało poruszenie.

- Spokój! Proszę zachować spokój! Wszyscy proszeni są o ewakuację do szkoły! – grzmiała dyrektor McGonagall

Nie ruszałam się. Nawet wtedy, gdy podbiegł do nas Tobby, James, Albus, profesor Hopeson i reszta zawodników. Patrzyłam jak zaczarowana na zmieniający się znak. Czaszka przemieniła się w borsuka, którego połknął wąż. Następnie został on zadziobany przez kruka, którego z kolei lew przeciął swoimi pazurami. Niespodziewanie lew został przebity mieczem. Nad wszystkimi zwierzętami pojawiła się para czerwonych ślepi. Dokładnie tych samych które widziałam. Echo odbiło głęboki, gardłowy śmiech. To był znak…że w świecie czarodziei pojawiło się kolejne zło.

***

Po meczu cała nasza czwórka została wysłana do gabinetu McGonagall. Ja i Tobby byliśmy przesłuchiwani najdłużej. Byłam już tak zmęczona, że ledwo co mówiłam. Ja i Tobby dostaliśmy ujemne punkty za zachowanie podczas meczu i fakt, że nie przyszliśmy ze sprawą od razu do niej. Wygłosiła nam też długie kazanie o tym, jak źle takie spotkanie mogło się dla nas skończyć. W końcu dyrektorka zlitowała się i kazała nam wracać do pokoi, a sama poszła na zebranie z nauczycielami. Cecylie jako prefekt mojego domu czekała na mnie. Pozwoliłam się jej prowadzić, bo oczy same mi się zamykały. Jednak kiedy je otworzyłam ze zdumieniem odkryłam, że jakimś cudem znalazłam się w Klubie Przyjaciół Książek. Przy stoliku siedziały wszystkie klubowiczki. W tym zaniepokojona Rose.

- Coś mnie ominęło? – zapytałam mało przytomnie

- Czy to prawda, że widziałaś w Zakazanym Lesie smoka?

- Skąd wiecie…? Rose?

- Wiedziały wcześniej – prychnęła

- Naprawdę myślałaś, że jesteś taka sprytna Socretto, że nikt nie zauważy twojego włóczenia się po nocy? – zakpiła Cecylie

- Gdyby ktoś nie wyrzucił mnie z pokoju, nie musiałabym się włóczyć…Dlaczego nie naskarżyłyście na mnie Gretel? – zapytałam buntowniczo

- Wciąż możemy to zrobić – zmrużyła oczy Cecylie – Po prostu powiedz, czy widziałaś Scorpiusa ze smokiem.

- Widziałam smoka bez Malfoya. Zgubiliśmy go – przyznałam

- W takim razie znajdziesz sposób, żeby dowiedzieć się, czy to on go hoduje – zarządziła Cecylie

- Żartujesz sobie? – parsknęłam

- Nie, nie będziesz jej narażać – Rose uderzyła ręką w stół

- Rose, ona jest cwana. Wykiwała nas wszystkich z tym wisiorkiem. Poradzi sobie ze śledztwem. Dziś pokazała, że potrafi być skuteczna. Potrzebujemy jej.

- Mam być waszym mięsem armatnim? Nie zgadzam się, będę za was obrywać i zbierać ujemne punkty. Nic z tego! – zaprotestowałam

- Jeśli tego nie zrobisz, powiem McGonagall o twoich wycieczkach do Zakazanego Lasu. – zagroziła Cecylie

- Byłam tylko raz… – zazgrzytałam zębami

- I myślisz, że ci uwierzy?

- Cecylie, ona jest pierwszoroczniakiem – zaprotestowała Rose – Odpuść…

- Co z tego? Udowodniła, że może dla nas pracować…i w sumie nie ma wyboru – zatriumfowała prefekt – Jutro wszystko ci wyjaśnię Socretto…

Tak właśnie drogi pamiętniczku zostałam wplatana w tajemnicza intrygę i śledztwo. Wiedziałam, że ten względny spokój to cisza przed burzą. Takie są właśnie konsekwencje moich heroicznych działań. Po krótkim dochodzeniu McGonagall uznała, że to był głupi żart uczniów. Nie podała jednak konkretnych sprawców i wygłosiła tylko pouczającą mowę o tym, że pewnych symboli nie można używać dla zabawy i prosi o to, żeby winni sami poddali się karze. Odwołała też kolejne mecze do listopada. W szkole zapanowała ponura atmosfera. Ktoś „mądry” powiedział, że to przez moje wtargnięcie na boisko dyrektorka się wściekła i cała fala nienawiści znowu wylała się na mnie. Jak zwykle tylko Potterowie, Weasleyowie oraz Tobby stanęli po mojej stronie. Leo był rozgoryczony bo nie mógł grać, a Aiden po prostu się do mnie nie odzywał i kręcił się cały czas w towarzystwie kuzyna. Wszyscy potraktowali ten incydent z meczu jako niegroźny, głupi dowcip. Mimo to czułam, że sprawa jest poważna, ale nauczyciele nie chcą nas martwić. A może za  bardzo panikuję, pamiętniczku? Może to naprawdę wina Malfoya i jego bandy? Chyba jednak mam zbyt dużą wyobraźnie…Zobaczymy, co będzie dalej…

 

List z domu i nocna wyprawa do Zakazanego Lasu…

06 lis

11 października 2020

Wiesz pamiętniczku, zawsze mówiono mi, że kiedy składasz komuś obietnicę to jest święte i pod żadnym pozorem nie można złamać danego słowa. Oczywiście podpisuję się pod tą zasadą rękami i nogami, bo sama nie cierpię, gdy ktoś nie dotrzymuje słowa albo mnie oszuka. Jednak tego dnia dowiedziałam się, że nie wszystko w życiu można przewidzieć i czasem poczucie obowiązku bierze górę nad przyrzeczeniem…Zagadkowo dziś piszę, prawda? Sprawa też nie jest prosta i naprawdę nie łatwo mi o tym pisać, ale złamałam słowo, które dałam Rose. Wiem, że miałam się nie mieszać w sprawy Scorpiusa Malfoya, wiem…ale czułam, że on coś planuje i moje intuicja mnie nie zawiodła! Nie wiem dokładnie, co to ma być, ale jestem pewna, że jego działania wykraczają poza regulamin szkoły…a ja też złamałam nie jeden, żeby się tego dowiedzieć. Ale powoli…wyjaśnię ci wszystko od początku, więc błagam nie oceniaj mnie od razu…chociaż ty, pamiętniczku. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że dzień zaczął się całkiem przyjemnie i nic nie zapowiadała takiej katastrofy i bratania się złem w najczystszej postaci w celu uniknięcia szlabanu…

Kolejne piękne popołudnie mijało mi jak pstryknięcie palców. Siedząc pod wielkim dębem na błoniach, patrzyłam się na szybko płynące chmury i z niepokojem doszłam do wniosku, że moje życie płynie tak samo szybko. Już ponad miesiąc jestem w Hogwarcie, a czuję jakbym mieszkała tu kilka lat! Wpadłam po prostu w rutynę. Nawet przyzwyczaiłam się do złośliwości Irminy i ignorowania mojej osoby przez Krukonów. Chyba to zaakceptowałam. Po prostu nie robiło to już na mnie wrażenia. Nauczyciele zadają nam strasznie dużo wypracowań i mam sporo materiału do opanowania (zwłaszcza, że pochodzę z mugolskiej rodziny i wciąż zwykłe rzeczy są dla mnie nowością). W sumie to nawet nie mam czasu , żeby spokojnie pomyśleć nad tym, co się w okół mnie dzieje. Takie spokojne popołudnie jak dziś, rzadko się trafia. Po przerwie obiadowej powinniśmy mieć Obronę przed Czarną Magią, ale profesor Daydar powiedział nam, że spóźni się godzinę, bo musi załatwić coś w Hogsmade i musimy na niego poczekać. Gryffoni oczywiście nie posiadali się z radości, ale większość Krukonów miała skwaszone miny, bo przygotowywali przez cały wieczór długie referaty o zaklęciach zaawansowanej samoobrony. Ja należałam do grupy zadowolonych. Nie dlatego, że się nie przygotowałam albo nie lubiłam tych lekcji, nie…po prostu czułam, że potrzebuję odpoczynku. W efekcie wylądowałam na błoniach z Tobbym, Rose, Lily, Hugo, Albusem, Jamesem i Leonardem. Ja, dziewczyny i Tobby siedzieliśmy na kocu w cieniu, a chłopcy ćwiczyli manewry quidditcha. Od października zaczęły się rozgrywki o puchar domów i wszyscy tylko o tym mówili. Leonard kompletnie oszalała na tym punkcie. Został rezerwowym szukającym Gryffonów (dzięki wstawiennictwu Jasmesa) i żyje tylko quidditchem. Biedaczek chyba liczy na to, że zagra w pierwszym meczu. Nie chciałabym być w skórze Jamesa, kiedy Leo dowie się, że jednak nie zagra…

Rose zajęła się swoją pracą domową,Tobby siedział i rysował coś w swoim szkicowniku, a ja pozwoliłam Lily „zająć się” moimi włosami. Dziewczynka cały czas coś mówiła, ale wystarczyło, jeśli ja i Rose co jakiś czas przytaknęłyśmy w odpowiednim momencie. Ułożyłam się wygodnie na brzuchu i wyjęłam z kieszeni list od mamy, który noszę ze sobą już od śniadania. Mama tak długo zwlekała z odpowiedzią, że bałam się, czy aby mój list rzeczywiście dotarł na miejsce. W końcu miałam chwilę, że go przeczytać. Drżącymi rękami rozdarłam papier. Tak bardzo tęskniłam za mamą…

Kochana Sabrino
Bardzo się cieszę, że tak szybko zaaklimatyzowałaś się w nowym miejscu. Wiedziałam, że ta szkoła będzie dla ciebie najbardziej odpowiednim miejscem. Zawsze uważałam, że jesteś wyjątkowa i pewnego dnia to odkryjesz. Nie sądziłam tylko, że jesteś czarodziejką. Mam nadzieję, że znajdziesz w Hogwarcie dużo przyjaciół…

- Padnij! – usłyszałam krzyk Leo i w ostatniej chwili przylgnęłam do ziemi, bo w przeciwnym razie dostałabym tłuczkiem po głowie

- Co robisz?! Chcesz nas zabić?! – krzyknęłam

- Pardon madame. Ta piłka jest nieokiełznana jak dziki zwierz – odparł Leo teatralnym głosem, zawrócił swoją miotłę i śmignął z powrotem do kolegów. Zakrztusiłam się pyłem, który uniósł się za nim w powietrzu.

- Jaki szpaner… – prychnęłam

- Kiedy stary Crouch dowiedział się, że Leo został przyjęty do drużyny kupił mu najnowszy model miotły – pokiwała głową Lily – Chciałbym mieć takiego dziadka…

- Mamy najlepszego dziadka na świecie, Lily – zganiła ją Rose – Przynajmniej interesuje się nami cały czas, a nie od święta albo wtedy, gdy coś osiągniemy…

- Poza tym my nie gramy w quidditcha i nie potrzebujemy takich mioteł – stwierdziła pojednawczo Lily

- Mówicie, że dziadek nie poświęca Leonardowi czasu? – wyłapałam

- Po prostu jest bardzo zajęty – Rose znacząco poruszyła brwiami – Wiesz…Leo od dziecka spędzał z nami u naszych dziadków większość wakacji. Stąd go tak dobrze znamy.

- Jest dla nas prawie jak rodzina – dodała Lily – Zawsze jest wesoło, kiedy do nas przyjeżdża. Babcia mówi, że czuje się, jakby przyjęła pod swój dach połączenie wujka Freda i Georga. – zachichotała

- Tak, Leo zawsze jest pełen energii i w nastroju do żartów, ale gdy ktoś zaczyna mówić o domu albo jego rodzinie…szybko się ulatnia – Rose oderwała się od pisania i spojrzała ze smutkiem na Leo, który balansował na czubku miotły – Biedny dzieciak…w sumie wychował się wśród obcych.

- A może dlatego tak się zachowuje? Bo chce zwrócić na siebie czyjąś uwagę, chce, żeby dziadek i mama się nim zainteresowali…

- Może… – szepnęła Rose, a Lily ciężko westchnęła i przesunęła się na drugą stronę, żeby zrobić mi warkocz po prawej

Dobrze, że ja nie mam takiego problemu…wróciłam zatem do czytania listu.

…Pamiętaj, że jesteś mądrą, kochaną, empatyczną i wrażliwą dziewczyną tylko musisz się otworzyć na ludzi. Zapomnij o tym, co było w Londynie. Zaczęłaś nowe życie, więc unikaj kłopotów. Znam cię Sabrina…wiem, że coś przeskrobałaś, ale nie chcesz mnie martwić i przedstawiasz wszystko w różowych barwach. Cokolwiek by się stało, pamiętaj, że bardzo cię kocham…

Pisnęłam, bo wielka piłka uderzyła w sam środek mojej kartki. Wyciągnęłam ją szybko i otrzepałam. No teraz to przesadził…

- Uuuu Socretto dostała list od ukochanego? – niespodziewanie usłyszałam obok siebie wesoły głos Leonarda

- Co?! Crouch, nie wiesz, że nie czyta się prywatnych listów!?

- „pamiętaj, że bardzo cię kocham” no, no Socretto, nie znałem cię od tej strony… – gwizdnął

- Leo, pobiję cię! – zagroziłam

- A tak właściwie co ty tam czytasz, Sabrina? – zainteresowały się dziewczyny – Naprawdę masz tajemniczego wielbiciela? – podekscytowała się Lily

- Nie! Na brodę Merlina! To list od mamy…

- Tak od mamy… – zachichotał Leo

- A idź stąd! – złapałam kamień i rzuciłam w jego stronę, ale chłopak zręcznie go ominął, śmiejąc się dziko

- Jak ja go nie cierpię… – zazgrzytałam zębami

- Nie zwracaj na niego uwagi. Leonardowi brakuje w życiu adrenaliny i każdego tak prowokuje – przewróciła oczami Rose – A zwłaszcza osoby, które dają się łatwo wyprowadzić z równowagi.

- Co u twojej mamy w Londynie? – zapytała zaciekawiona Lily

- Jeszcze nie wiem, nie skończyłam listu – westchnęłam, otwierając kolejny raz pogniecioną kartkę. Niech tylko ktoś mi jeszcze raz przeszkodzi…

…Jeśli chodzi o święta…mamy jeszcze dużo czasu na podjęcie decyzji. Napisałaś, że dużo uczniów wraca do domu, ale część przecież zostaje, prawda? A może lepiej by było, gdybyś została na święta w Hogwarcie i spróbowała wczuć się w atmosferę świąt w świecie magii? To na pewno inne doświadczenie niż zwykłe mugolskie święta w Londynie. Zapytaj się przyjaciół, może ktoś z nich też zostaje na świta w szkole. Pomyślimy jeszcze o tym. Jestem dumna z twoich osiągnięć i cały czas o tobie myślę Sabrinko. W domu wszystko w porządku. O nic się nie martw.
Mama

Początkowa fala ulgi i ciepła jaka zalała mnie na początku czytania listu, zmieniła się w skurcz żołądka i niepokój. Pozornie nic się nie stało. Może mama naprawdę chce, żebym dobrze się tu poczuła i odnalazła swoje korzenie, ale…czy ona nie chce, żebym spędziła z nią święta? Ma tylko mnie, a ja ją. Zawsze jadłyśmy razem kolację, śpiewałyśmy kolędy i szłyśmy na pasterkę do kościoła. Nie wyobrażam sobie świąt bez mamy…ona najwyraźniej beze mnie tak. Poczułam ukłucie w klatce piersiowej i przełknęłam łzy. Nie, to nie jest w stylu mojej mamy. Ona by w życiu tak nie napisała. Nie chce mnie martwić i wszystko opisała w optymistycznej, przerysowanej wersji. Coś się stało i stara się to ukryć. Przynajmniej w tym jesteśmy do siebie podobne…

- Mama przysłała mi wczoraj najnowszy katalog mody z Hogsmade – chwaliła się Lily z buzią pełną czekoladowych żab – Widziałam w nim taką śliczną błękitną sukienkę…mama powiedziała, że może mi ją kupi na bal Halloweenowy.

- Lily, to był magazyn mody dla dorosłych – parsknęła Rose, przerysowując runy z książki do zeszytu – Nie sądzę, żeby ciocia Ginny kupiła ci taką sukienkę, bo wyglądałabyś w niej śmiesznie.

- Sama wyglądałabyś w niej śmiesznie – oburzyła się dziewczynka

- AŁA moje włosy – jęknęłam, gdy Lily ze złości mocniej pociągnęła moje włosy. Zaczynam żałować, że pozwoliłam jej pobawić się we fryzjera.

- Przepraszam, to nie ciebie powinnam pociągnąć za włosy – mruknęła skruszona

- Lily, chodziło mi o to, że jesteś jeszcze za mała na takie sukienki – westchnęła Rose i spojrzała przepraszająco na kuzynkę

- Taaak, bo ty jesteś taka dorosła – przewróciła oczami mała

- Na pewno starsza od ciebie – wzruszyła ramionami i wróciła do pisania, a Lily skrzywiła się i pokazała jej język – Widziałam – burknęła Rose znad zeszytu

- To niesprawiedliwie! – wykrzyknęła Lily, wyrzucając ręce w górę – Dlaczego ty możesz chodzić w takich ładnych sukienkach i podobać się chłopcom?! Pewnie wszyscy będę cię prosić do tańca! A ja? Ja może też bym chciała, żeby ktoś mnie poprosił…

- Jeszcze się doczekasz tych swoich tańców Lily! – zaśmiała się głośno Rose – I zapewniam cię, że będziesz miała dość.

- A ty masz dość? – wzięła się pod boki w buntowniczej pozie

- O taak – pokiwała głową moja przyjaciółka

- Nie wierzę ci! Kto miałby dość tłumu chłopaków, uganiającego się za tobą i proszącego cię o jeden taniec? – poskarżyła się płaczliwie Lily. Ja i Rose spojrzałyśmy się na siebie i wybuchnęłyśmy śmiechem.

- Nie kłóćcie się, nie ma o co – stwierdziłam, ale młoda Potterówna nadal była obrażona

- Lily skarbie…chłopcy wcale się za mną nie uganiają. Co najwyżej zatańczę z twoimi braćmi i może jakimiś nadętymi Krukonami, to wszystko.

- Ale to i tak kilku chłopców, a mnie nikt nie chce poprosić! – nie ustępowała

- Hmm…musisz być cierpliwa – mruknęła Rose, przygryzając wargę od wewnątrz, żeby nie wybuchnąć śmiechem

- A ty? – spojrzała na mnie Lily. Poczułam, że pod wpływem jej spojrzenia robię się czerwona.

- Eee to będzie mój pierwszy taki bal w życiu – odparłam zaskoczona – ale nie sądzę, żeby ktoś chciał ze mną tańczyć.

- No właśnie! Bo będą się gapić na starsze dziewczyny w tych ślicznych sukienkach…

- Nie, to chyba nie w tym rzecz… – prychnęłam

- Albus! To prawda, że mama obiecała mi kupić tą błękitną sukienkę na bal przebierańców? Ty nie umiesz kłamać – Lily podskoczyła do chłopaków, którzy właśnie przy nas lądowali. Wszyscy zgodnie rzucili się na lemoniadę, podczas gdy Lily skakała obok nich jak mały, rudy krasnal i machała im katalogiem przed nosem. Albus odłożył w końcu kubek, wytarł buzię rękawem, zmarszczył brwi i wziął od siostry magazyn.

- Czy ja wiem…coś tam mówiła… – podrapał się po głowie, a w oczach Lily błysnęła nadzieja – Jak zaczęłyście gadać o ciuchach wyłączyłem się – stwierdził w końcu, a dziewczynka załamała się

- Czekaj, ja coś pamiętam – odparł James, który wypił swoją lemoniadę jedynym duszkiem – Pokaż to Albus, niech moje wprawne oko na to spojrzy…

- A od kiedy ty znasz się na modzie, James? – parsknął Albus

- Po prostu wiem, w czym dziewczyna wygląda dobrze – stwierdził pewnie, zabierając katalog.

- A może raczej „bez czego” wygląda dobrze – zachichotał Leo

- Nie pajacu… – zachichotał James i chciał go trzepnąć po głowie, ale Leo szybko odskoczył, śmiejąc się – Chociaż…hoho całkiem niezłe te czarownice… – gwizdnął, a chłopcy zainteresowali się katalogiem. Rose przewróciła oczami.

- James, miałeś im powiedzieć! – tupała nogą Lily, ale chłopcy byli zajęci oglądaniem modelek i chichotaniem

- Ta w niebieskim jest ładna, nie?… – James szturchnął Albusa

- Noo… – rozmarzył się Leo

- To znaczy ta niebieska sukienka jest ładna młody, sukienka – poprawił się szybko James

- Tak, tak, pewnie wyobrażałeś sobie swoją Leslie w takiej sukience…

- Młody! To nie dla ciebie gazety – zaczerwienił się James i szybko zaczął przewracać strony – To o której sukience mówiłaś Lily?

- Właśnie o tej… – westchnęła zniecierpliwiona, przewracając katalog na odpowiednią stronę

- No nieźle! – zagwizdał Hugo

- Ohoho siostrzyczko… – wytrzeszczył oczy Albus – Takiej sukienki to nawet mama by nie kupiła.

- Obiecała mi błękitną!

- Czekaj Liluś…może chodziło jej o taką – James przewrócił na ostatnie strony z ubraniami dla dziewczynek – No i masz! Błękitna jak w mordę strzelił – zawołał

- Pasterka Zosia! No nie mogę! – zaryczał ze śmiechu Leo

- Co?! Pokażcie mi to! – Lily wyrwała bratu katalog, a widząc uroczą, błękitną sukieneczkę w białe kropki o mało się nie popłakała.

- Tak możesz się ubrać na bal – pokiwał głową James, a na jego ustach igrał kpiarski uśmieszek. Poklepał siostrę po głowie.

- Nie wierzę… – jęknęła Lily

- Pastereczka…idealnie pasuje… – Leo aż się popłakał ze śmiechu

- Och daj jej spokój Crouch! Jesteś okrutny! – ofuknęłam go, czując, że powinnam solidaryzować się z Lily

- Życie jest niesprawiedliwe! Rose znowu będzie wyglądała jak jakaś bogini, wszyscy będą z nią tańczyć, nawet Malfoy, a ja będę się musiała zadowolić ponczem i ciastem dyniowym!

- Lily! – Rose na wzmiankę o Malfoyu zrobiła się czerwona

- No co?! Przecież wiem, że dla niego się tak stroisz! – Lily była już na skraju rozpaczy i chyba było jej wszystko jedno, co mówiła

- Poważnie Rose? Romansujesz ze Scorpiusem? – zainteresowali się chłopcy

- Oczywiście, że nie! – wściekła dziewczyna zatrzasnęła podręcznik – Śledziłam go przez pewien czas na potrzeby Klubu Przyjaciół Książek.

- A co, chciałyście od niego autografy? – zażartował Leo

- Nie bądź śmieszny – skasowała go wzrokiem

- Czekaj aż powiem o tym tacie…przyjecie specjalnie na bal, żeby cię pilnować – zaśmiał się Hugo

- Ani mi się waż! – zdenerwowała się Rose

- Więc jednak coś między wami jest – zauważył Albus

- Nie! – broniła się dziewczyna

- To prawda. Ostatnio prawie by się pobili – włączyłam się, ale to tylko podsyciło ich ciekawość. Jedynie James nagle spoważniał.

- Jesteście okropni! Po prostu nam zazdrościcie, bo będziemy pięknie przebrane na bal i wszyscy będą chcieli z nami tańczyć – wystrzeliłam

- Tak? A ty za kogo się przebierasz na bal, Socretto? – zapytał zadziornie Leo

- Za nikogo – powiedziałam wyniośle

- No tak, ona nie musi się za nikogo przebierać na Halloween – mruknął Leonard do Albusa, a Potter zakrztusił się lemoniadą

- Zamorduję cię, Crouch! – nie wytrzymałam – Chodź tu!

- Oho wiedźma na 12! Odwrót taktyczny! – zawołał ze śmiechem i plącząc się o własne nogi, pobiegł przed siebie

- Sabrina, on cię prowokuje… – krzyczała za mną Rose, ale wściekłość mnie zaślepiła i widziałam tylko Croucha jako swój cel. Z kolei on zachowywał się, jakby dostał turbodoładowanie. Biegał, podskakiwał, krzyczał i przezywał mnie, a ja jak głupia odgrażałam się, goniłam go i starałam się trafić jednym z moich zaklęć. Wielu uczniów nas obserwowało i podśmiewało się cicho. Domyślam się, że wyglądało to dość komicznie. Zwłaszcza, że Leo zdawał się w ogóle nie męczyć. Zatoczyliśmy wielkie koło i wróciliśmy do przyjaciół. Ledwo dysząc osunęłam się na koc. Byłam wściekła, bo pomimo całego trudu jaki włożyłam w ten pościg, nie udało mi się go złapać. Jedynie drasnęłam go zaklęciami.

- Wiesz Socretto, teraz jesteś tak czerwona, że mogłabyś udawać dynię – zauważył

- Spadaj Crouch – wydyszałam i ostentacyjnie odwróciłam od niego wzrok

- Nie załamuj się, Socretto, nie było tak źle – zanim zdążyłam się zorientować, Leo podleciał do mnie na miotle ze swoim małpim uśmiechem i poklepał mnie po głowie – Może kiedyś mnie złapiesz – puścił do mnie oko i poleciał do chłopaków, którzy wrócili do gry

- Co za bezczelność! – gotowałam się ze złości

- Odpuść Sabrina, to Leonrad…jego nie zmienisz – pokręciła głową Lily

- Tobby, widziałeś to? – zwróciłam się do przyjaciela, który siedział oparty o pień drzewa i zawzięcie rysował w swoim notatniku – Tobby? – przysunęłam się do niego, ale chłopak zupełnie mnie nie zauważył, jakby wpadł w jakiś trans. Zmarszczyłam brwi i przygryzłam wargę. Martwię się o niego. Na lekcjach też zdarza mu się tracić kontakt z rzeczywistością w ten sposób. Zawsze to wiąże się z tym przeklętym notesem. Zajrzałam mu przez ramię. Znowu rysował to drzewo…Bijącą Wierzę. Od kilku tygodni pracuje na tym samym rysunkiem. Szkicuje, cieniuje, poprawia…widać każdy najmniejszy szczegół. Nie wiem, czy on tak bardzo lubi to drzewo, czy to początek jakiejś obsesji. W każdym razie to nie jest normalne. Muszę mu to jakoś uświadomić. Boję się tylko, że Tobby sam tego nie kontroluje. Potrząsnęłam nim lekko, a chłopak podskoczył i wziął głęboki oddech, jakby właśnie wynurzył się z wody. Wytrzeszczyłam na niego oczy i odsunęłam się zaskoczona.

- Sabrina? – MacMillan rozejrzał się w okół mętnym wzrokiem

- Tak Tobby…wszystko w porządku?

- Eee jasne – odparł niepewnie. Wciąż zdawał się nie wiedzieć, gdzie się znajduje.

- Znowu odleciałeś, wiesz? – skrzyżowałam ręce

- Przepraszam – zacisnął usta i wbił wzrok w ziemię. Przełknął ślinę i zamknął swój notes.

- To od tego rysowania, prawda? – złapałam go za rękę

Chłopiec spojrzał się na mnie, a na jego twarzy było mnóstwo emocji. Strach, zmęczenie, zagubienie i dezorientacja.

- Właściwie to nie wiem… – chrząknął – Kiedyś tak nie było – dodał szeptem

- Tobby, pamiętaj, że chcę ci pomóc. Jesteśmy kumplami, tak?

- Pamiętam, dziękuję – uśmiechnął się słabo

- Dlatego proszę cię, nie rysuj przez jakiś czas w tym notesie… – zaczęłam powoli

- Nie mogę! – Tobby gwałtownym ruchem przytulił do siebie notes – Kiedy poczuję, że muszę, rysuję. To silniejsze ode mnie.

Tego właśnie się obawiałam. Tobby nie ma nad tym kontroli.

- Hej chodźcie już, musimy się zbierać. Koniec przerwy, trzeba wracać na lekcje – przerwała nam Rose

- Już idziemy! – zawołałam

Wstałam i pomogłam podnieść się Tobbyemu, który wydawał mi się dziwnie słaby. Czyżby ten notes wysysał z niego energię? Z niepokojem patrzyłam jak mój przyjaciel człapie swoim kaczkowatym chodem na zajęcia z Opieki nad Magicznymi Zwierzętami. Muszę go obserwować…bo widzisz pamiętniczku, on jest tutaj sam, tak jak ja. Mamy tylko siebie. A z przyjaźnią jest tak, że jak już zdecydujesz się nazywać kogoś swoim przyjacielem, to jesteś za tą osobę odpowiedzialny. Tobby mnie potrzebuje. Nawet jesli on sam nie widzi na razie zagrożenie, to po to ma mnie. Jestem jego uszami i oczami. Nie mogę go zawieść.

Niestety pamiętniczku, ale to chyba było ostatnie, ładne, jesienne popołudnie. Po kolacji zaczął padać rzęsisty deszcz i uczniowie wrócili do swoich pokojów wspólnych. Ja też miałam zamiar tam zostać i odrobić pracę domową z eliksirów, ale gdy Krukoni robili wszystko, żeby mnie stamtąd przepędzić, poddałam się. Zabrałam swoje rzeczy i przeniosłam się do biblioteki. Tu przy moim stoliczku panowała względna cisza i spokój. Siedziałam nad zadaniem 1,5 godziny, ale w końcu wpadłam na pomysł jak się za to zabrać. Jednak mama miała rację mówić, że nigdy nie można się poddawać. Kolejne pół godziny spędziłam na notowaniu odpowiedzi. Kiedy w końcu skończyłam, w bibliotece zostałam już tylko ja. Zaraz będzie cisza nocna i widziałam, że bibliotekarka spogląda na mnie nerwowo. Najwidoczniej miała ze mną złe skojarzenia. Nie chciałam jej denerwować, bo byłam jej wdzięczna, że pozwoliła mi tu znowu przychodzić. Wyszłam więc z biblioteki i ruszyłam do dormitorium. Oczywiście byłam już tak zmęczona, że nie patrzyłam pod nogi i wyłożyłam się na prostej drodze. Przeklinając pod nosem uklękłam, żeby pozbierać rzeczy, które powypadały mi z torby, gdy usłyszałam jakieś głosy. Szybko schowałam się za filarem. W ostatnim momencie bo grupa chłopców w czarnych pelerynach przemknęła jak cienie po schodach i ruszyła do głównego wyjścia. Najwyższy z grupy otworzył wielkie drzwi, a jego kaptur spadł i przez chwilę zobaczyłam jasną gębę Scorpiusa Malfoya! Tak pamiętniczku to był właśnie ten moment, gdy postanowiłam złamać obietnicę. Wiedziałam, że oni coś kombinują. Czułam to przez skórę. Gdyby było inaczej, Krukonki nie zainteresowałyby się nimi i ryzykowały szlabanu przez ich dziwne karteczki. Coś musiało być na rzeczy, a ja miałam szansę, żeby dotrzeć do źródła. Tak jak się domyślasz, pobiegłam za nimi.

Nie zdziwiłam się, kiedy grupa Ślizgonów skierowała się prosto do Zakazanego Lasu. Oczywiście, że to najlepsze miejsce to załatwiania nielegalnych spraw. Już sama nazwa o tym mówi. Teoretycznie żadnemu uczniowi ani nauczycielowi nie przyszłoby do głowy, że Malfoy i jego banda mogę mieć tu do załatwienia jakieś interesy, ale ja nie dam sobie zamydlić oczu! Dzięki szlabanowi u profesor Lovegood (który zamienił się w regularne wizyty, pomoc przy magicznych stworzeniach i rozmowy przy herbacie z miodem) przestałam bać się Zakazanego Lasu i odważnie podążałam za grupą Ślizgonów. Trzymałam się blisko nich, bo nie chciałam zapalać swojej różdżki, a w tych ciemnościach łatwo było się zgubić. Jedyny czego im zazdrościłam to peleryny. Ja już cała przemokłam od wilgoci. Mam tylko nadzieję, że się nie rozchoruję, a jeśli już…to przynajmniej będę mogła powiedzieć, że było warto. W sumie to nie miałam pojęcia, dokąd ta wyprawa zmierza. Również dobrze Scorpius mógł wywoływać jakieś demony albo spotykać się z jakimś czarnoksiężnikiem, a ja głupia szłam za nimi bezbronna jak dziecko. Tak bardzo skupiałam się na otoczeniu, że nie zauważyłam nadciągającego niebezpieczeństwa i miałam małą stłuczkę. I to nie byle z kim!

- Socretto?! Co ty tu robisz?! – warknął Aiden, rozcierając czoło – Grzeczne Krukonki już dawno śpią albo czytają książkę do podusi…

- Nie jestem Krukonką! A ty, co tu robisz?! – burknęłam – Spodziewałam się, że jesteś tam z nimi.

- A tu niespodzianka, co Socretto? – wyszczerzył się okrutnie – Czemu nie palisz światła? – syknął

- Może dlatego, żeby twoi kumple mnie nie zauważyli, bo tak właśnie się kogoś śledzi – zmrużyłam oczy – A tak właściwie czemu ty nie palisz światła? – skrzyżowałam ręce na piersi

- Bo właśnie tak się kogoś śledzi – powtórzył po mnie szybko

- Nie kłam – syknęłam, wbijając w niego spojrzenie – Twój kuzyn nie wtajemnicza cię we wszystkie sprawy i też chcesz się dowiedzieć, co on knuje.

- Nie prawda – zadarł wysoko głowę – Jestem prawą ręką Scorpiusa. Jestem jego najbardziej zaufanym człowiekiem. Po prostu wysłano mnie, żebym cię zatrzymał. Myślisz, że jesteś taka cwana, co? Scorpius już dawno cię wyczuł, szlamo…

- Licz się ze słowami! – błyskawicznym ruchem szermierza wyjęłam różdżkę z buta i wycelowałam w jego perkaty nos – Jedziemy na tym samym wózku, Black. Ty też śledzisz Scorpiusa.

- Nie porównuj mnie do siebie, szlamo. Jestem od ciebie sto razy lepszy. – wycedził

- Tak? To dlaczego twój szef cię zostawił w tyle? – przekrzywiłam głowę i uniosłam brwi

Aiden otworzył buzię, ale szybko ją zamknął, bo najwyraźniej nie mógł wymyślić odpowiednio ciętej riposty.

- Gratulacje, właśnie ich zgubiliśmy – mruknęłam, oglądając się do tyłu. Aiden wykorzystał mój moment nieuwagi i popchnął mnie do drzewo. Teraz to on celował we mnie różdżką.

- Cokolwiek robi mój kuzyn, nie powinno cię to interesować, Socretto – warknął mi prosto w twarz. W jego oddechu czuć było dużo lasagne, a mnie zemdliło. Odepchnęłam go zdecydowanie.

- Nieprawdopodobne…twoja lojalność jest godna podziwu… – zmrużyłam oczy – Słuchaj baranie! Cokolwiek robi twój kuzyn, jest to niezgodne z regulaminem szkoły i myślę, że zainteresuje to profesor McGonagall.

- Jednak jesteś zasadniczą Krukonką – prychnął, a ja pod wpływem impulsu zdzieliłam go w nos. Chłopak zatoczył się do tyłu, jęcząc, łapiąc się z nos i pomstując na mnie.

- Myślisz, że nie wiem, co było na tych karteczkach?!

- Nie nie rozumiesz, Socretto – pokręcił głową

- Ty też nie – odparowałam – Więc moja propozycja jest taka. Obojgu nam zależy na odkryciu sekretu Scorpiusa, więc spróbujmy się nie pozabijać i idźmy za nim, bo za chwilę będzie za daleko, żeby go gonić. – Black cały czas mierzył we mnie różdżką – Chyba, że wolisz spędzić tu noc, bo ja nie zmierzam się poddać – wyciągnęłam moją różdżkę

- Dobrze, chodź – mruknął, nie patrząc się na mnie. Chyba wizja nocy w Zakazanym Lesie podziałała na jego wyobraźnię – Lumos – mruknął, a ja spojrzałam się na niego spode łba – No co, teraz jesteśmy tak daleko, że na pewno nas nie zauważą – wzruszył ramionami

Zdusiłam wybuch śmiechu i odwróciłam od niego wzrok. Zapaliłam swoją różdżkę i objęłam się ramionami. Jednak bał się, że Scorpius odkryje jego obecność. Mimo to był do tego stopnia lojalny wobec niego, że chciał mnie zatrzymać, abym nie poznała jego sekretów. Niesamowite…nie wiem, czy mnie byłoby na to stać. Wydaje mi się, że Scorpius traktuje Aidena na równi ze swoimi służącymi. Oczywiście chłopak nigdy się do tego nie przyzna, ale nawet jego rodzina uważa go za czarną owcę w stadzie. Wszystko to przez nazwisko.

- Aż tak ci zimno, Socretto? – zapytał po jakimś czasie Aiden

- Nie, skądże…czemu tak uważasz? – mruknęłam ironicznie

- Bo trzęsiesz się jak królik na mrozie – prychnął. Biedny królik. Stawiam 100 funtów na to, że sam to przetestował. – Mnie jakoś nie jest zimno.

- Bo masa cię grzeje – stwierdziłam bezlitośnie. Aiden aż przystanął i wciągnął powietrze ze złości. Po chwili ruszył za mną szybciej, ale ja odwróciłam się, uprzedzając jego atak -  Wiesz, gdybyś był prawdziwym dżentelmenem, dałbyś mi swoją kurtkę – zauważyłam z przekąsem

- Jeszcze czego! Nie będę dawał kurtki szlamie – burknął, ale zaskoczony opuścił gardę – Jak zamarzniesz to będzie o jeden problem mniej – wzruszył ramionami, a mnie przeszedł dreszcz.

- Dzięki, od razu czuję się bezpieczniej – mruknęłam, przeskakując zwinnie stos patyków

- Do usług – odparł i wyjął z kieszeni woreczek z jedzeniem. Ten to zawsze jest przygotowany na wszystko! – A może ty się tak trzęsiesz ze strachu, co? – zamlaskał

- Nie boję się Zakazanego Lasu – stwierdziłam pewnie

- Każdy boi się Zakazanego Lasu…zwłaszcza takie Krukonki jak ty – wrzasnął mi do ucha, a ja pisnęłam i podskoczyłam

- Zwariowałeś do reszty?! – wściekłam się

- Boisz się, wiedziałem! – śmiał się, a czekoladowe dropsy wypadały z jego ust

- Cicho bądź! Nawet nie masz pojęcia jakie stworzenia tu mieszkają – warknęłam, a Black natychmiast zamilkł

- Co masz na myśli?

- Wiesz przecież, że miałam szlaban u profesor Lovegood. Opowiedziała mi trochę o potworach z tego lasu.

- O potworach? – przełknął głośno ślinę

- No wiesz…wilkołaki, ponuraki, centaury, demony, trole górskie, czarnoksiężnicy…

- I ty tak po prostu sobie tutaj chodzisz w nocy, mimo że wiesz, co tu mieszka? – wytrzeszczył na mnie oczy

- Tak…to znaczy nie! – poprawiłam się szybko, żeby sobie nie pomyślał, że przychodzę tu regularnie. Tak naprawdę bałam się jak diabli, ale nie miałam zamiaru mu o tym mówić. – Po prostu wiem, jak się zachowywać, żeby ich nie przyciągnąć. Między innymi nie wolno krzyczeć – spojrzałam się niego znacząco

Aiden zrobił marsową minę, ale nic nie powiedział. Dalej szliśmy w milczeniu, a ja coraz bardziej traciłam nadzieję na to, że kiedykolwiek znajdziemy Scorpiusa i jego bandę. Chociaż oni to i tak mały pikuś…na myśl, że mam teraz wrócić do Hogwartu przechodziły mnie dreszcze, bo za Chiny ludowe nie mogłam sobie przypomnieć drogi powrotnej. W nocy wszystko wyglądało tu tak samo! Zgubiliśmy się! Ale tego oczywiście też nie mówiłam Blackowi…Skoro nieoficjalnie stałam się naszym przewodnikiem, nie mogłam panikować.

- Socretto? – usłyszałam jego ciche mruknięcie. Zapas słodyczy się skończył, więc opadał z sił.

- Co jest?

- Jeśli zostaniemy tu na zawsze, a nikt nas nie będzie szukał i któreś z nas będzie się musiało poświęcić, żeby drugie nie umarło z głodu…to ja na pewno nie dam się zabić – oświadczył, a mnie zamurowało. Odwróciła się do niego z otwartą buzią. Nawet nie wiedziałam jak to skomentować.

- Aiden…to najbardziej okrutna i egoistyczna deklaracja jaką słyszałam – powiedziałam powoli, patrząc w jego pyzatą, ubrudzoną czekoladą buzię – I dla twojej wiadomości to myślę, że raczej nie dojdzie tu do kanibalizmu. Prędzej napadnie nas jakieś dzikie zwierzę, a ono nie będzie się nas pytało, które jest smaczniejsze i bardziej tłuste. Choć to jest dość oczywiste.

- Ty wredna szlamo… – syknął, ale zagłuszył go jakiś szum i warknięcie jakiegoś dużego zwierzaka. Poczułam jak coś się pali.

- Co to jest? – wytrzeszczył oczy Aiden

- Nie wiem, ale to coś znajduje się za krzakami. Idziemy tam – zdecydowałam i wskoczyłam w gęstwinę

- Socretto, czekaj! – zawołał Aiden, ale ja go nie słuchałam

Przebiłam się przez krzaki na okazałą polanę, a moim oczom ukazała się wielka grota, a w niej najbrzydsza gadzina, jaką do tej pory widziałam. Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem. Myślałam, że bajki to tylko fikcja literacka…ten świat cały czas mnie zadziwia. Żółte, wielkie ślepia patrzyły się na mnie wygłodniałam wzrokiem. Gadzina zaryła pazurami w ziemię i rozpostarła skrzydła. W końcu odzyskałam mowę i zaczęłam krzyczeć, a czarny, wielki smok otworzył paszczę i zionął w moją stronę ogniem.

- Co do…a niech to! Smok! – krzyknął Aiden, wchodząc na polanę i odskakując przed lecącą kulą ognia

Ogień na całe szczęście nie sięgał do nas, ale i tak poczułam falę piekielnego ciepła. Nogi miałam jak z waty, ale cofnęłam się chwiejnie do tyłu. Dziękowałam w duszy, że smok był uwięziony w grocie magicznymi linami. Jednak gdy zobaczyłam jaka magiczna pieczęć przytrzymuje te liny, zbladłam.

- Aiden, widzisz to co ja? – zapytałam drżącym głosem, wskazując na pulsujący, widmowy znak

- Morsmorde… – wyszeptaliśmy jednocześnie. Spojrzałam się na niego. Na końcu języka miałam pytanie, skąd o tym wie, ale domyśliłam się, że w jego domu taka wiedza jest przekazywana z pokolenia na pokolenie. Ten znak był kiedyś symbolem rozpoznawczym Czarnego Pana. Pojawienie się tutaj widmowej czaszki z wężami, mogło oznaczać duże kłopoty. Czyżby ktoś postanowił iść w ślady Voldemorta?

Aiden zauważył, że patrzę się na niego, więc szybko odwróciłam wzrok. Cała siłą woli zmusiłam się, żeby nie zadać mu pytań.

- Więc to jest sekret Scorpiusa?! Co on chce z nim zrobić?! – byłam wstrząśnięta

- Nie mam pojęcia – pokręcił głową blady ze strachu Black

- Musimy o tym powiedzieć McGonagall!

- Nie, czekaj! – Black złapał mnie za rękę – A jeśli to nie mój kuzyn?

- Co ty gadasz, przecież go śledziliśmy!

- Ale nie ma go tutaj! Sama mówiłaś, że w tym lesie spotykają się różni czarnoksiężnicy. Może to smok jednego z nich.

- Chyba w to nie wierzysz… – zaczęłam, ale nagle usłyszałam trzask łamanej gałęzi

Oblał mnie zimny pot. Rozejrzałam się dookoła błędnym wzrokiem. Ktoś tu był. Czułam potężną, złą energię. Mój oddech przyspieszył, a do oczu napłynęły łzy. Śmierć nadchodziła, widziałam już żarzące się czerwienią ślepia…

- Wiejemy stąd! – zawołał Aiden i pociągnął mnie za ramię. Gdyby nie to, nie ruszyłabym się wtedy z miejsca. Puściłam się sprintem przed siebie walcząc o życie. W tym momencie obudził się we mnie instynkt przetrwania. Biegłam na oślep byle dalej od tej przeklętej polany. Nagle mnie olśniło. Aiden! Jest przecież o wiele wolniejszy ode mnie. Zatrzymałam się ciężko dysząc. Wrócić po niego czy zostawić? Za to jak mnie traktuje należałoby go tam zostawić na pastwę losu! Z drugiej strony on mógł zrobić to samo, a ja stałabym na tej polanie jak cieć przy hałdzie żwiru. W tym momencie pamiętniczku podjęłam bardzo dojrzałam i dorosłą decyzję. Możesz być ze mnie dumny, bo wróciłam po niego. Biedny przewrócił się o wystający korzeń i wpadł w kałużę z błota. Pomogłam mu wstać w ostatnim momencie i razem biegliśmy na złamanie karku do Hogwartu. Już nawet nie pamiętam jak nam się udało tam dotrzeć. Wiem tylko tyle, że rozstaliśmy się przy drzwiach głównych bez słowa. Za dużo emocji jak na jedną noc… Na szczęście nie spotkałam Irytka w drodze do dormitorium. Tylko tego by mi brakowało. Umyłam się w łazience Jęczącej Marty, żeby przypadkiem nie obudzić Irminy i wślizgnęłam się do łóżka najciszej jak mogłam. Teraz, gdy kończę pisać, niebo zaczyna się przejaśniać. Dzisiaj już raczej się nie wyśpię, ale jednego jestem pewna. To była najgorsza noc w moim życiu. Jak nic byłoby po mnie! Jak Scorpius może trzymać smoka?! Jak w ogóle udało mu się go złapać?! I po co…Jednak życie nie jest czarno-białe i pojawia się w nim mnóstwo odcieni szarości. Złamałam obietnicę, ale odkryłam coś co może rzutować na całe bezpieczeństwo Hogwartu. Ktoś używa znaku Voldemorta! Czy to nie jest wystarczającym usprawiedliwieniem? Mam nadzieję, że tak, bo zamierzam kontynuować moje śledztwo, a to zalicza się do mieszania się w sprawy Malfoya…Rose urwie mi za to głowę.

 

 

Szlaban u profesor Lovegood i o tym, jak przyjaciół poznaje się w biedzie…

23 sie

30 września 2020 rok

Kolejny raz nie doceniłam prędkości rozchodzenia się plotek, pamiętniczku. Już na drugi dzień cała szkoła wiedziała o nocnym zajściu w bibliotece. Wszsycy byli w głębokim szoku, że uczestniczyła w tym grupa Krukonek. Dziewczyny z Klubu Przyjaciół Książek chyba pierwszy raz poczuły się tak obco w swoim domu jak ja. Wytykane, obgadywane…oczywiście Ravenclaw długo nie rozpamiętuje swoich porażek i z dumnie uniesioną głową idzie na przód. Uczniowie szybko wybaczyli starszym koleżankom nocny wybryk, a cała ich uwaga skierowała się na mnie! Bo byłam najmłodsza, bo dawno powinnam być w dormitorium, bo zawsze wszędzie mnie pełno, bo nie jestem Krukonką, a przynoszę wstyd ich domowi…standard, po prostu znaleźli sobie kozła ofiarnego. Jedynie Rose wstawiła się za mną i tłumaczyła, że ona mnie w to wciągnęła. Jednak jej tłumaczenia wcale mi nie pomogły, a jeszcze bardziej zaszkodziły. Zwłaszcza, kiedy profesor wezwała nas przed lekcjami do swojego gabinetu. Dała nam porządną reprymendę, ale Cecylie sprytnie zrzuciła winę na Malfoya, mówiąc, że to on nas zaatakował. Koleżanki poparły ją, ale ja milczałam. Niby to prawda, zaatakował nas, ale one ukradły jego własność. Prawdę mówiąc, to one go sprowokowały. Oczywiście nie odzywałam się, żeby nie drażnić ich jeszcze bardziej (przynajmniej raz wiedziałam, kiedy ugryźć się w język!). Dziewczyny i tak były na mnie wściekłe za to, że „zgubiłam”  tajemnicze liściki Ślizgona. Nadal nie domyśliły się, że je mam i ciągle dokuczały mi z tego powodu, a ja, wbrew logice, nie miałam zamiaru je oświecać. Irmina widząc niechęć starszych Krukonek, jeszcze bardziej się na mnie wyżywała. Przestawiała mój budzik, żebym spóźniała się na lekcje, kładła mi robaki pod poduszkę, a raz zamknęła w szafie kruka i kiedy otworzyłam, wyleciał na mnie z głośnym krakaniem, a ja zaczęłam krzyczeć. Nienawidzę kruków! Przerażają mnie te ich wyłupiaste oczy. Mam wrażenie, że patrzą na mnie tak, jakby chciały wyssać mi duszę…co za ironia, że to zwierzęcy symbol Ravenclawu! Tego ranka Irmina zaszyła zaklęciem zasłonki przy moim łóżku, tak, że nie mogłam się wydostać na zewnątrz.

- Spróbuj teraz coś zrobić, Socretto! Masz już wprawę w walce z przeciwnościami losu! – śmiała się Irmina

- Właśnie! Pokaż nam siłę lwa! – dogadywały pozostałe dziewczyny

- To nie jest śmieszne! Wypuśćcie mnie! – szarpałam się. Krukonki tylko się śmiały i dźgały firankę różdżkami, jakbym była prawdziwym lwem w klatce.

- No nie wiem Socretto, ja tam się dobrze bawię… – zachichotała zadowolona Irmina – Czyżbyś się bała ciemności? A może nie potrafisz używać różdżki, co?

- Hoho Irminko, jak użyję mojej różdżki, to wyjdziesz z tego pokoju szybciej niż myślisz! – wzięłam się pod boki – Mówię ostatni raz: puszczaj mnie!

- Jasne już się boję… – prychnęła Kleopatra, klepiąc ręką zasłonkę

- Sama się prosiłaś… – burknęłam i wyciągnęłam różdżkę spod poduszki. Zrobiłam nią szybki obrót w powietrzu, wypowiedziałam odpowiednie zaklęcie i nastąpiło wielkie BUM! Usłyszałam pisk dziewczyn, kiedy siła wybuchu odrzuciła je do tyłu. Wyszłam spokojnie z mojej pułapki i strzepnęłam z piżamy resztki nadpalonej zasłonki. Zadowolona spostrzegłam, że dziewczyny leżą z osmolonymi twarzami na swoich łózkach. Irmina, która stała najbliżej miała grzywkę postawioną na sztorc i dziury w rękawach jedwabnej piżamki. Jej oczy płonęły furią, ale, o dziwo, nie bałam się, lecz miałam ochotę się śmiać. Wyglądała komicznie siedząc tak na łóżku, z osmoloną buzią.

- Jesteś nienormalna! Jesteś wariatką! Pozabijasz nas wszystkich! – Irmina szybko otrząsnęła się z szoku i zaczęła wrzeszczeć

- Z kim przystajesz, takim się stajesz – uśmiechnęłam się złośliwie – Zawsze mówiłam, że dzielenie z tobą pokoju ma na mnie destrukcyjny wpływ… – wzruszyłam ramionami, ale to jeszcze bardziej ją rozjuszyło

- Taka jesteś mądra?! – podskoczyła jak oparzona i podbiegła do mnie, wymachując różdżką. Od razu przyjęłam postawę obroną, tak jak uczył nas profesor Daydar na Obronie Przed Czarną Magią. – Powiem wszystko profesor Gretel! Napiszę do mojej maki! Jesteś psychopatką! Nie będę mieszkać z tobą w pokoju! Wysadzisz nas wszystkich w  powietrze!

- O ile wcześniej nie zamkniesz mnie w kufrze! – prychnęłam

- A wiesz, że to nie jest zły pomysł… – zmrużyła oczy, uśmiechając się jak żmija. I powiedzcie mi, czemu ta jędza nie jest w Slytherinie?! Życie jest niesprawiedliwe!

- Przestańcie już… – Minnie podeszła do Irminy i błagalnie pociągnęła ją za rękę. Biedaczka trzęsła się jak galareta, a z nią, jej kucyki. – Spóźnimy się na śniadanie…

- Minnie! Czy ty myślisz, że pójdę w takim stanie na śniadanie?! – histeryzowała Kleopatra

- Spokojnie Irmina, zaraz to naprawimy… – Gerdi podeszła do niej szybko, starając się wytrzeć jej buzię

- Zostaw mnie! – odpędziła ją wściekle – Moja piżma…zabiję cię!

- To ja życzę miłej zabawy… – ruszyłam do drzwi i pomachałam palcami z wrednym uśmieszkiem

- Socretto, wracaj…! – zawołała za mną Krukonka, ale ja drzwi pokoju zamknęły się za mną z trzaskiem

Nie ma to jak dobrze zacząć dzień! Pomimo porannego spięcia miałam znakomity humor! Udało mi się odegrać na tej napuszonej ropusze i przy okazji mieć z tego niezły ubaw. Dobrze, że musiałam wyjść z dormitorium wcześniej, bo nie chciałabym przebywać dłużej w jednym pomieszczeniu z wściekłą Irminą. Zgodnie z zarządzeniem dyrektor McGonagall każdy z uczniów biorących udział w bójce w bibliotece został ukarany szlabanem. Ja zostałam przydzielona do profesor Lovegood. Wieczorem po zajęciach dostałam od niej sowę, żebym przyszła do niej następnego ranka pomóc przygotować materiały na lekcję. Miałam się zjawić na błoniach jeszcze przed śniadaniem, dlatego musiałam nastawić budzik na jakąś kosmiczną porę. Irmina „ostrzegała” mnie wieczorem, że jeśli mój budzik ośmieli się (cały czas patrzyła na „mugolskie wynalazki”, które ze sobą wzięłam z pewną dozą politowania i niepokoju) zadzwonić o tak nieprzyzwoitej godzinie, rozwali go i mnie przy okazji. Jak widać spełniła swoją groźbę i uwięziła mnie we własnym łóżku. Przynajmniej pomściłam mój biedny budzik…

Promienie słońca dopiero nieśmiało przebijały się przez ciężkie warstwy chmur, gdy maszerowałam szybkim krokiem przez opustoszałe korytarze szkolne. Wszechobecna cisza trochę mnie dobijała…chyba nie było w tej szkole drugiej idiotki, która biegłaby o tej godzinie odsiedzieć swoją karę. Nie wiem jak inni profesorowie rozłożyli kary pozostały uczestnikom, ale jakoś nie widzę, żeby ktoś oprócz mnie śpieszył się do gabinetu. Cóż, takie moje życie…niesprawiedliwość nie zna granic.

Wyszłam ze szkoły na wilgotne, chłodne, jesienne powietrze. Lodowaty poranny wiatr przeszył mnie do szpiku kości. Zadygotałam i owinęłam się ciaśniej grubym szalem w barwach Ravenclawu. Nawet tego nie skomentuję…o wiele bardziej wolałabym, żeby był w kolorach złotym i czerwonym, ale niestety warunki atmosferyczne zmusiły mnie do zaprzestania protestu w sprawie nie noszenia ubrań w barwach Krukonów. Dziarskim krokiem przeszłam przez błonia ignorując wodę chlupoczącą mi w butach i opadającą mgłę, która mnie otaczała im bardziej zbliżałam się do chatki gajowego. Trudno, będę musiała wrócić przed lekcjami do dormitorium, żeby się przebrać. Tymczasem z ciężkim sercem weszłam na strome schodki i zapukałam głośno w drzwiczki. Usłyszałam brzdęk jakiś garnków, cichy niezadowolony pomruk. Przygryzłam wargę, nie wiedząc, czy wejść, czy czekać na zaproszenie. W momencie, gdy podjęłam decyzję, żeby mimo wszystko wejść, usłyszałam wesoły, poddenerwowany głosik.

- Proszę wejść, proszę…! – słychać było jak Lovegood biega po chatce i coś głośno ustawia

- Eee dzień dobry, pani profesor – nieśmiało uchyliłam drzwi – Przyszłam, bo przysłała pani sowę, ale jeśli przeszkadzam… – patrzyłam skonsternowana jak nauczycielka wyciera wielką kałużę mleka z podłogi

- Nie, nie, wcale nie przeszkadzasz…już robię z tym porządek – wyciągnęła różdżkę z kieszeni poplamionego fartucha w kropki, machnęła nią szybko i wszystko zaczęła sprzątać się samo – Dzień dobry, Sabrino – uśmiechnęła się przyjaźnie

Spojrzałam na nią i też starałam się uśmiechnąć, ale byłam niewyspana, głodna i skostniała z zimna. Dodatkowo Luna Lovegood ubrana w długą zwiewną sukienkę w kolorowe motyle  z wiankiem we włosach przywodziła mi na myśl jakąś leśną nimfę i zastanawiałam się, czy przypadkiem jeszcze nie śpię. Szybko przetarłam dłonią twarz, żeby się obudzić.

- Wczesna godzina, co? – zachichotała nauczycielka

- Hmm tak…zwykle tak wcześnie nie wstaję – nieoczekiwanie ziewnęłam – Przepraszam… – zaczerwieniłam się

- Nie szkodzi, zaraz cię rozbudzimy – mrugnęła do mnie – Gotowa na poranne ćwiczenia? – zawołała dziarsko zdejmując fartuch i zarzucając na ramiona ciężką wojskową kurtkę

- Słucham? – spojrzałam na nią nieprzytomnie

- Pomożesz mi ustawić klatki z chochlikami na lekcje z trzecioklasistami, wyczyścimy uprząż do jazdy na hipogryfach dla piątoklasistów… – wyliczała, zakładając ogromne, czarne ubłocone kalosze

- Ach tak… – pokiwałam głową – To ja może jednak zostawię moją torbę tutaj… – stwierdziłam po chwili namysłu

- Pewnie, że tak! – przytaknęła – Ale chwila…ty chcesz iść tak ubrana?

- Coś nie tak z moim strojem?

- Ubrudzisz się i przemokniesz – przekrzywiła głowę, lustrując mnie od stóp do głów. Przełknęłam ślinę.

- To akurat może przemoknąć… – mruknęłam, ściągając szalik

- Zaraz coś dla ciebie znajdę… – zacmokała i zniknęła w drugiej części domu za zasłonką. Dopiero teraz skojarzyłam, że palnęłam głupstwo. Przecież profesor Lovegood była kiedyś w Ravenclawie! Nie powinnam przy niej komentować mojej niechęci do tego domu, zwłaszcza, że nauczycielka zadaje się mnie lubić…

- Proszę bardzo! – zadowolona profesorka wróciła po chwili z za dużą o dwa rozmiary żółtą kurtką przeciwdeszczową i zniszczonych kaloszach. – Zostało po poprzednim gajowym. Pewnie będzie za duże dla takiej kruszynki, ale lepsze to niż ubrudzić mundurek, prawda? – dalej była sympatyczna, jakby w ogóle nie usłyszała mojego komentarza (co może nie byłoby kłamstwem, bo wydaje mi się, że ta kobieta ma swój świat i swoje kredki).

- Dziękuje – z wymuszonym uśmiechem ubrałam się w ekwipunek

- Za mną, wycieczko! Teraz pokażę ci chochliki! – Luna nawet nie czekała na mnie, czy się przebrałam. Od razu wyszła z chatki, licząc na to, że za nią pójdę. Przyznam, że w tych gigantycznych kaloszach dotrzymanie jej tempa było nie lada wyzwaniem. – Będziesz mogła pochwalić się w klasie, bo wy będziecie mieli o nich zajęcia dopiero za dwa lata…

- Hmm myślę, że moja klasa do tego czasu zdąży już wszystko przeczytać o tych stworzeniach – burknęłam pod nosem, zanim ugryzłam się w język. No pięknie! Wyjdzie na to, że się wymądrzam.

- Tak, to by było podobne do Krukonów! – nieoczekiwanie Luna Lovegood parsknęła śmiechem. Wzięła dużą siatkę na motyle stojącą przy drzewie i latarnię. Jednym machnięciem różdżki zapaliła świecę i ruszyła odważnie w ciemność Zakazanego Lasu. Nie jestem strachliwą osobą, ale przez opowieści o Zakazanym Lesie i zwierzętach, które się tam czają snutce przez Leonarda, Jamesa Pottera i innych Gryffonów wolałam trzymać się blisko nauczycielki. Naprawdę mam dla niej wielki szacunek za to, że przyjęła posadę w Hogwarcie na tym stanowisku. Nie wygląda na „fest-babkę”, ale jednak ma tyle odwagi i umiejętności, że mieszka tu na skaju lasu i radzi sobie z nauką o magicznych zwierzętach. Ja bym chyba umarła, gdyby ktoś kazał mi spać w tej chatce. I nagle wizja pokoju z Irminą wcale nie jest taka zła…

- Stój – zatrzymała mnie Luna, gdy doszłyśmy groty, zasuniętej ciężkim kamieniem. Obok stał rząd klatek. – Postaw latarnię i weź siatkę. Kiedy odsunę kamień, przygotuj się na wylot chochlików. Wystarczy, że wystawisz siatkę, a one będą wpadać jedno po drugiem, bo będę oszołomione światłem. Ty musisz tylko szybko wrzucić je pojedynczo do klatek.

- Ja?! – poczułam, że robi mi się słabo, gdy nauczycielka wetknęła mi do ręki siatkę

- Tak, to nic trudnego. Trzeba się tylko szybko ruszać. Mówiłam, że cię rozbudzę – uśmiechnęła się

- A jeśli ich nie złapię? – chrząknęłam

- Och…wtedy one mogą cię zaatakować i jak to chochliki…zniszczą ci fryzurę. Co najmniej! – zaśmiała się

- Nie widzę tym nic śmiesznego, pani profesor – burknęłam urażona, poprawiając kucyk

- Gotowa?

- Nie! – pisnęłam

- Za późno – zawołała Luna i odsunęła kamień. Przerażona przyjęłam pozycję z siatką w gotowości. Pierwszy chochlik wyskoczył nagle i niespodziewanie. Rzuciłam się na niego jak rasowy łowca. Złapałam go z bojowym okrzykiem i wrzuciłam do pierwszej klatki.

- Bardzo dobrze! – pochwaliła mnie profesorka, zamykając klatkę

- HA! – zatriumfowałam

- To nie koniec, orientuj się! – ostrzegła mnie

Obróciłam się i zamarłam…z groty wyskoczyła cała armia chochlików. Byłam w takim szoku, że zapomniałam jak się krzyczy. Miotałam się z siatką jak ninja z filmów karate. W końcu mogłam się poczuć jak Jackie Chan. Gdyby teraz Leonard mógł mnie zobaczyć, na pewno by powiedział, że nie jestem taką sztywną Krukonką i nadaję się na Gryffona! Raz za razem wrzucałam nieznośne istotki do klatki. Problem był taki, że pozostałe chochliki szybko odzyskały świadomość tego co się dzieje i nie pozwoliły się tak łatwo zapuszkować

- No nie! To są jakieś żarty! – darłam się, skacząc i odganiając się od zwierzaków jak od natrętnych much

- Pośpiesz się i złap je! – wołała Luna

- To nie jest takie…AŁA…proste! – pisnęłam, gdy któryś z chochlików z denerwującym śmiechem pociągnął mnie za włosy

- No dobrze, myślałam, że tego unikniemy…Impediamento! – zawołała nauczycielka i nagle stało się coś dziwnego. Chochliki zamarły w powietrzu…a właściwie to ruszały się, ale w zwolnionym, ślimaczym tempie.

- Genialne! – ucieszyłam się – Nie można było tak od razu? – spojrzałam na nią z wyrzutem

- Miałam ci odebrać cała zabawę? Cóż byłby ze mnie za nauczycielka… – odparła przekornie profesor Lovegood

- O tak, bawiłam się świetnie… – przewróciłam oczami, ścierając pot z podrapanego policzka – Accio chochlik! – przywołałam po kolei pozostałe istoty i razem z profesorką pozamykałyśmy je w klatkach

- Brawo…nie spanikowałaś, ale zaklęcia i różdżka nie były twoim pierwszym odruchem. Podjęłaś walkę…jak prawdziwy Gryffon – powiedziała z uznaniem, a ja spojrzałam na nią w zupełnie innym świetle

- Naprawdę tak pani myśli?

- Tak…nie jesteś zwykłą Krukonką…ale daleko ci jeszcze do bycia prawdziwym Gryffonem.

- Co?! – czułam się, jakbym dostała tą siatką po głowie – Ale ja przecież…udowodnię! Udowodnię wam wszystkim, że powinnam być w Gryffindorze! – wybuchłam – Przepraszam… – przestraszyłam się swojego wybuchu

- Nie szkodzi…mówiłam, że nie jesteś zwykłą Krukonką – pogłaskała mnie po głowie z dobrotliwym uśmiechem, a mnie od razu przypomniała się mama. Tak strasznie za nią tęsknię…dużo bym dała, żeby mnie teraz przytuliła. – No nie stój tak, musimy jeszcze przenieść te klatki. To w końcu nie są wakacje tylko odbywasz tu karę – przypomniała Luna

- No tak…co mam robić? – wróciłam do realności

- Pchaj te klatki za mną! – powiedziała nauczycielka

Ruszyłam za nią, pchając tak jak ona trzy klatki na raz. Kiedy w końcu wtoczyłyśmy się na górkę, a ja myślałam, że odpadną mi nogi i ręce, profesor Lovegood złączyła swoje klatki zaklęciem, zepchnęła je w dół, wskoczyła na górę i zjechała po błotnistej górce z dzikim piskiem. Patrzyłam w ślad za nią z szeroko otwartymi oczami i rozdziawioną buzią. Co za osobowość…

- Teraz ty, Sabrina! Zobaczysz, będzie fajnie! – wołała z dołu nauczycielka

- Wątpię… – mruknęłam pod nosem, ale nie widząc innego wyjścia. Zastosowałam się do poleceń profesorki. Z trudem wskoczyłam na wysoką klatkę, rozpaczliwie próbując nie zsunąć się w dół. Pęd powietrza rozwiewał mi włosy i wyciskał łzy. Chochliki, które na dobre już się wybudziły z letargu, głośno protestowały i biły od spodu w swoje klatki. Pod wpływem impulsu podniosłam się, wystawiłam ręce do góry i podobnie jak Luna zaczęłam krzyczeć.

- I jak? – zapytała nauczycielka, gdy klatki zatrzymały się na dole

- Krótko! – sama siebie zaskoczyłam tą odpowiedzią. Zdyszana, spocona, rozgrzana…ale też rozochocona. Chciałam więcej takich atrakcji! – Magiczny świat jest ekstra!

- Chodź, mamy jeszcze trochę pracy, a czas nam ucieka – powiedziała Luna, kiwając głową z tajemniczym uśmiechem

Tym razem bez protestu pobiegłam za nią. Zrozumiałam, że dla niej ta praca oznaczała po prostu dobrą zabawę. Może rzeczywiście tak było…może nie wszystkie lekcje muszą być nudną i żmudną robotą? Luna Lovegood zaprowadziła mnie do stajni i pokazała jak czyścić skórzane uprzęże hipogryfów i testrale. Podobno te ostatnie ciągną karety z uczniami, którzy pierwszego września przybywają Hogwartem Express. Kiedy zapytałam gdzie one są i czemu ich boksy stoją puste, powiedziała, że testrale są niewidzialne dla osób, które nie widziały czyjejś śmierci.

- Och pamiętam to z pani biografii! – przypomniało mi się – W wywiadzie mówiła pani, że Harrym Potterem, bo pani pierwszym znajomym, który mógł je zobaczyć. Tylko on widział testrale tak jak pani.

- Biografia? – zmarszczyła lekko brwi – Mam coś takiego? – wyglądała na zdziwioną

- Tak… – chrząknęłam zmieszana – Przecież jest pani wielką podróżniczką i badaczką.

- Ach tak…masz rację – mruknęła. Czekałam aż powie coś więcej, ale Luna milczała.

- Przepraszam…jeśli mogę spytać, czemu pani już nie podróżuje. Wydaje mi się, że to o wiele ciekawsze zajęcie niż nauka tutaj w Hogwarcie. Sprawiała pani wrażenie, że lubi to pani…

- Bardzo lubiłam – uśmiechnęła się smutno – Podróżowałam z moim mężem, a potem dwójką synów bliźniaków, ale to pewnie już przeczytałaś – zaśmiała się lekko – Wiesz Sabrino, w życiu nie da się wszystkiego przewidzieć i nie każda przygoda kończy się dobrze, jak kiedyś mi się wydawało… – wyczułam w jej głosie gorycz i żal – Rozstaliśmy się. – powiedziała szorstko – Ja i Rolf. Mąż zdecydował, że nasi synowie pójdą do Instytutu Magii Durmstrang, a ja wróciłam tu. Dyrektor McGonagall akurat szukała kogoś do Opieki nad Magicznymi Zwierzętami, więc się zgłosiłam.

- Rozumiem… – przełknęłam ślinę. Postanowiłam powstrzymywać się z kolejnym pytaniem, które cisnęło mi się na usta odkąd ją poznałam. Już wiedziałam, czemu wróciła do swojego panieńskiego nazwiska.

- No dalej, czemu nie pytasz się dalej? – zapytała po chwili

- Słucham? – nie zrozumiałam

- Jesteś Krukonką, powinnaś być ciekawa i mieć komplet pytań – posłała mi prowokujące spojrzenie

- Ja… – zatkało mnie – szanuję pani prywatność. W ogóle dziwię się, że pani profesor mi tak dużo powiedziała. W sumie nie musiała pani…jestem tylko uczennicą. Nie mam prawa pytać o nic więcej. Moja mama mi mówiła, że im mniej pytań zadajemy, tym człowiek bardziej się otwiera – dodałam poważnie

- Więc twoja mama to bardzo mądra kobieta… – uśmiechnęła się od mnie ciepło – Ty też taka jesteś. Znam się na ludziach, Sabrino. Nie jesteś tak zimna i nieczuła jak większość Krukonów. Sprawiasz wrażenie chłodnej i wyniosłej, ale to twoja maska. Nie jesteś jedną z nich…jesteś inna i wyjątkowa.

- Dziękuje – poczułam, że się rumienię. Przez głowę przeszła mi myśl, że profesor Lovegood chciała, żebym miała u niej szlaban tylko po to, żeby mnie lepiej poznać

- Ravenclaw nie jest złym domem – wróciła do naszej rozmowy, gdy pakowałyśmy siano na zimę dla jednorożców – Daje wiele możliwości…

- Naprawdę tak pani myśli? – sapnęłam, ciągnąc ciężki worek do szopy – Nigdy nie zazdrościła pani Harremu, Hermionie, Ronowi i Nevillowi, że są w Gryffindorze?

- Tylko wtedy, gdy dzień się kończył, a ja musiałam wracać sama do pokoju wspólnego na wieży – odparła po chwili namysłu – Oni mogli siedzieć razem w pokoju przy kominku do późna w nocy i rozmawiać. Czułam się trochę wyłączona z ich życia i to mnie bolało. Potem zrozumiałam, że jestem dla nich ważna.

- Pani też nie lubili w Ravenclawie, prawda?

- Uważali mnie chyba za nieszkodliwą dziwaczkę… – zaśmiała się do swoich wspomnień – Nie nienawidzili mnie tak jak ciebie.

- To mnie pani pocieszyła – prychnęłam

- Poczekaj, zanim się obrazisz, pamiętaj, co ci powiedziałam. Ravenclaw daje dużo możliwości. W Gryffindorze wszyscy robią wszystko pod wpływem impulsu, gwałtownie i przypominają stado bojowych kogutów…Leonard Crouch doskonale obrazuje ducha tego domu. W Ravenclawie jest ciszej, spokojniej, bardziej nastrojowo…teraz tego nie doceniasz, ale masz dostęp do potężnej, tajemnej wiedzy w bibliotece, co może ci pomóc w rozwiązaniu zagadek. Nie patrz tak na mnie. Wyglądasz mi na osobę, która lubi zagadki i jest na tyle sprytna i samodzielna, żeby prowadzić poszukiwana na własną rękę.

- Tak? – spojrzałam na nią podejrzliwie. Luna odłożyła swój worek i dotknęła naszyjnika kruka na mojej szyi.

- Klub Przyjaciół Książek – pokiwała z uznaniem głową – Pasowałabyś do ich grona. Masz zadatki na dobrego reformatora. Kiedy cie przyjmą z chęcią popatrzę jak wprowadzasz tam nowe porządki – puściła do mnie perskie oko

- Ale przecież… – zaczęłam spłoszona

- Dobrze wiem, co to jest – potrząsnęła lekko medalionem i puściła go – Na twoim miejscu nie obnosiłabym się z nim tak po szkole. Malfoy jest okrutny i boję się, co mu się kłębi w tej głowie, ale na pewno nie jest głupi. To, że nikt nie odkrył twojego podstępu to tylko kwestia czasu. Myślisz, że Ślizgoni i Krukonki nie szukają tych kartek? Prędzej czy później domyślą się, że oszukałaś ich wszystkich. Ale muszę przyznać, że jesteś pomysłowa…i odważna, żeby tak się bawić z Malfoyem – uśmiechnęła się pod nosem

- Nie doniesie pani na mnie profesor McGonagall? – zdziwiłam się

- O pewnych sprawach nauczyciele nie muszą wiedzieć. Sama się o tym przekonałam…ale nie myśl, że będzie tak zawsze. To pierwszy i ostatni raz – spojrzała na mnie kątem oka

- To co ja mam teraz zrobić, pani profesor? – poczułam jak niepokój skręca mi żołądek

- Pozbądź się tego – wzruszyła ramionami – Znajdź osobę, której ufasz i oddaj to, póki możesz. Nie powinnaś się mieszać w sprawy ze Scorpiusem Malfoyem.

- Rose Weasley… – szepnęłam

- O tak, Rose to dobra dziewczyna. Na pewno ci pomoże – Luna poklepała mnie po ramieniu – Koniec pracy na dziś. Na śniadanie pewnie już nie zdążysz, ale musisz chociaż iść się przebrać…

Wróciłyśmy do chatki. Przebrałam się z niewygodnych rzeczy, a profesor Lovegood wymusiła na mnie, żebym wypiła garnuszek mleka i zjadła grubą pajdę chleba z dżemem.

- Dziękuję pani profesor. Za rozmowę i za to, że tyle mi pani pokazała…

- Drobiazg – machnęła ręką – Musiałam cię trochę pomęczyć w tej kozie. Widzimy się jutro o tej samej porze – zakomenderowała, zakładając na ramię strzelbę. Nawet nie miałam zamiaru się pytać, po co jej to. Za dużo już dziś widziałam. – Życzę ci Sabrino, żebyś spotkała w końcu takich wspaniałych przyjaciół jak ja Harrego, Hermionę, Rona i Nevilla.

- Chciałabym, ale to nie jest takie proste… – westchnęłam

- Czasem przyjaciele pojawiają się w najmniej oczekiwanym momencie…i zostają już na zawsze. Miej oczy szeroko otwarte – powiedziała, wychodząc z chatki

Westchnęłam ciężko, wzięłam swoją torbę i wyszłam za nią z chatki. Chciałabym mieć tyle optymizmu co Luna Lovegood…

- Ach i jeszcze jedno! Gdybyś chciała zwierzyć się z czegoś, co nauczyciele „nie powinni” wiedzieć, to ja i profesor Longbottom zawsze cię wysłuchamy…

Poczułam, że robi mi się ciepło na sercu. Możenie wszyscy się tu na mnie uwzięli? Biegiem wróciłam przez błonia do szkoły. Słońce świeciło już mocno, a ja z daleka słyszałam poranny gwar na korytarzach. Zostało mi bardzo mało czasu, a muszę jeszcze wziąć prysznic i się przebrać, bo jestem cała spocona. Zanim się obejrzałam dotarłam na wieżę Ravenclawu i zastukałam w ogromne drzwi. Kołatka zareagowała natychmiast.

- Pewien człowiek mieszkał na 24 piętrze wieżowca. Każdego ranka szedł do pracy, zjeżdżając windą na sam parter. Jednak gdy wracał do domu, dojeżdżał tylko do 18 piętra, a resztę drogi przebywał piechotą. Dlaczego?

- Bo był za niski, żeby sięgnąć do przycisku 24! – zniecierpliwiona wyrzuciłam ręce w górę. Co za głupie zagadki

- Odpowiedź poprawna… – mruknęła kołatka i drzwi drgnęły. Chyba mam szczęśliwy dzień…

- Socretto! – usłyszałam za sobą krzyk. Odwróciłam się. Po schodach biegła zasapana Irmina. – Stój! Trzymaj drzwi. Zapomniałam książki do mugoloznawstwa!

- Tak? No to pospiesz się! – warknęłam, a gdy już byłam bardzo blisko zatrzasnęłam jej drzwi przed nosem. Kto od miecza wojuje ten od miecza ginie! Przedwczoraj zrobiła mi dokładnie to samo! Wiem, że nie powinnam walczyć z nią jej sposobami, pamiętniczku, wiem, że zniżam się do jej poziomu…ale ona tak strasznie mnie wkurza! 

Błyskawicznie wzięłam prysznic i przebrałam się (niestety musiałam szukać część garderoby po całym dormitorium, bo wściekła Irmina w odwecie przerzuciła cały nasz pokój do góry nogami. Sama nie wiem, czy szukała książki, czy chciała zrobić mi na złość. Może jedno i drugie?). W końcu, minutę przed dzwonkiem, udało mi się wybiec na korytarz. Schody wyjątkowo postanowiły nie robić mi głupich psikusów. Przeskakiwałam po dwa schodki na raz, żeby jak najszybciej dotrzeć do pracowni mugoloznawstwa. Już skręcałam za róg…i BUM! Wpadłam na coś miękkiego i odrzuciło mnie do tyłu jak na trampolinie. Zakręciło mi się w głowie.

- Uważaj jak chodzisz szlamo! – warknął na mnie Aiden – Prawie byś nas stratowała!

- Wtedy zapewne spotkały ją gorsza kara – burknął jeden z mrocznych bliźniaków ze „straży przybocznej” Blacka

- Co ci się stało? – dopiero teraz zobaczyłam, że Aiden ma osmoloną twarz i dziury w ubraniu. Ledwo mogłam powstrzymać się od śmiechu.

- No i z czego się śmiejesz, szlamo! – syknął, a jego policzki poczerwieniały

- Nic, do twarzy ci w czarnym…wyszczupla – parsknęłam, zanim zdążyłam ugryźć się w język – Miałaś szlaban u Gretel o ile pamiętam…

- Właściwie to czemu miałbym nie ukarać cię teraz? – mruknął Aiden po chwili milczenia – Brać ją!

Zanim zdążyłam się zorientować, bliźniacy złapali mnie za ramiona, uniemożliwiając ucieczkę.

- Chwila, spokojnie, może porozmawiamy… – zadrżałam

- Ja rozmawiam w inny sposób, Socretto – podwinął rękawy z drapieżnym uśmiechem

- Black! Oszalałeś?! – zza rogu wyskoczyła Rose i złapała grubaska za rękę – Chcesz pobić dziewczynę?! Nie masz za grosz przyzwoitości?!

- Nie wtrącaj się ruda! To sprawa między mną a nią! – wrzasnął Aiden

- Nie pozwalaj sobie! – wściekła Rose wykręciła mu rękę do tyłu – Jestem od ciebie starsza i…

- Zostaw mojego kuzyna, Weasley – Scorpius zdecydowanie stanął pomiędzy nimi i złapał Rose za nadgarstek. Jeszcze jego tu brakowało!

- No tak, jeśli chłopak ma ciebie za wzór, to nie dziwne, że nie waha się podnieść ręki na dziewczynę – dziewczyna wyrwała się w prychnięciem – Damscy bokserzy… – burknęłam, masując nadgarstek

- Licz się ze słowami rudzielcu! Nigdy cię nie uderzyłem! – syknął Scorpius, mrużąc oczy. Może mi się wydawało, ale jego uwaga bardzo go dotknęła.

- Jeszcze… – zmarszczyła brwi – Gdybyś mnie uderzył, miałbyś przechlapane.

- Grozisz mi? – zaśmiał się

- Nie, nie mam na to czasu! – przewróciła oczami – Chcę iść na lekcję i zabieram Sabrinę z łap twojego głupiego kuzyna.

- No tak, Socretto… – wzrok blondyna w końcu spoczął na mnie – Ciągle w złym miejscu o nieodpowiednim czasie… – mruknął. Nagle jego oczy rozszerzyły się, a ja zastygłam w bezruchu – Weasley, przyjęłyście ją do tego swojego durnego klubu?

- Nie, czemu pytasz? – zmrużyła oczy

- Naszyjnik! Czemu wcześniej na to nie wpadłem! Ty sprytna wiedźmo… – rzucił się w moją stronę

Mój instynkt samozachowawczy zadziałam i wyrwałam się bliźniakom. Potykając się o własne nogi puściłam się biegiem wzdłuż korytarza. Obejrzałam się za siebie, ściskając w ręku medalion. Pościg biegł za mną. Na czele Scorpius, wściekły jak rozjuszony byk. Za nim czerwona ze złości Rose, zdezorientowane bliźniaki i zasapany, tłuściutki Aiden. Postacie z obrazów wychylały się przez swoje ramy, żeby zobaczyć ten zwariowany, poranny korowód.

- Dalej, dalej panienko! Jeszcze trochę! – dopingował mnie jakiś stary lord

- Tak nie przystoi! Po Hogwarcie się tak nie biega! – krzyczała oburzona dama, popijając herbatę po stoliczku

- Hej zbuntowany Gryffoniku! Schody ci odlatują! – Irytek oczywiście był pierwszy na miejscu zamieszania

- Socretto, stój! – darł się Malfoy. Zacisnęłam usta i jeszcze bardziej przyspieszyłam, ślizgając się na wypolerowanej posadzce. W ostatniej chwili wskoczyłam na odlatujące schody. Na chwilę ich zatrzymała, ale zaraz mnie dogonią. Zeskoczyłam zanim schody dotknęły ziemi i szybko ruszyłam dalej, cały czas ściskając naszyjnik. Odwróciłam się, żeby zobaczyć, czy mnie nie doganiają, że nie zauważyłam otwierających się drzwi i wpadłam na nie z całą prędkością.

- Na brodę Merlina! Socretto, gdzie się tak spieszyłaś?! – przestraszony James Potter kucnął obok mnie. Przez chwilę nie widziałam jego twarzy tyle ciemne mroczki tańczyły mi przed oczami.

- Muszę…iść… – wydukałam

- Gdzie? W ogóle czemu nie jesteś na lekcji? – wysoki chłopak podniósł mnie do pionu i przytrzymał, gdy zachwiałam się – Nie ważne…zabieram cię do skrzydła szpitalnego.

- Nie, nie, nic mi nie jest… – zaczęłam się wyrywać

- Młoda, co się dzieje? – James znowu kucnął, żeby znaleźć się na wysokości mojego wzroku – Możesz mi zaufać, pomogę ci

- To skomplikowane… – mruknęłam nieprzytomnym wzrokiem

- Znam Leonarda Croucha, uwierz mi, że bardziej skomplikowanej osoby w życiu nie poznałaś… – parsknął

- On nie może tego dostać… – potrząsnęłam naszyjnikiem

- Kto? – zmarszczył brwi, ale nie musiałam odpowiadać, bo James sam usłyszał

- Socretto! – pościg na czele z Malfoyem w końcu mnie dogonił. – Potter – widząc prefekta Gryffonów, blondyn natychmiast się zmienił. Z dzikiego, nieokrzesanego zwierzaka w lwa salonowego. Metamorfoza była tak szybka, że aż musiałam zamrugać. Po grymasie gniewu nie było śladu. Scorpius szybko założył opanowaną, wyuczoną maskę arystokraty.

- Malfoy. Co ty tu robisz? – przekrzywił głowę Gryffon, odsuwając mnie za siebie

- Właśnie idę na lekcje. Spotkałem przy okazji Socretto, która wracała z błoni i postanowiłem ją odprowadzić.

- Masz mnie za idiotę, Malfoy? – parsknął James, a Scorpius skrzywił się nieznacznie

- Sabrina! – w końcu dogoniła nas reszta pościgu – Och James… – Rose była w lekkim szoku

- Rose? – wytrzeszczył oczy prefekt – Chcesz mi coś powiedzieć?

- Ja…nie… – złapała się za głowę, starając się zebrać myśli – Właśnie idę od profesor Gretel. Miałam znaleźć Sabrinę i ją przyprowadzić do niej – mówiła szybko

- Dobrze, więc ją weź i zaprowadź – poczochrał mnie po włosach i popchnął w stronę Rose – Idź z nią Socretto, a ja odprowadzę Malfoya i jego bandę… – uśmiechnął się tajemniczo

- Nie trzeba… – blondyn zaczął się wycofywać

- Nalegam…w końcu jestem prefektem – James pewnie ruszył w ich stronę

Rose skorzystała z okazji, złapała mnie za ramię i pociagnęła w przeciwną stronę. Zatrzymałyśmy się dopiero poza zasięgiem ich wzroku.

- To prawda? Masz te kartki? – Rose nie bawiła się już w żadne subtelności

- Tak… – poddałam się i zdjęłam naszyjnik – Przepraszam, że nie powiedziałam ci tego wcześniej. Wtedy w bibliotece było takie zamieszanie, nie wiedziałam co robić, straciłam głowę…

Rose wzięła ode mnie medalion, dotknęła go różdżką, coś wyszeptała i na jej dłoni pojawiły się tajemnicze kartki.

- Niesamowite… – szepnęła – Chyba cię nie doceniałyśmy…

- Przepraszam. Powinnam je wcześniej oddać, ale chciałam, żebyś tylko ty o tym wiedziała. Ufam ci. Poza tym, to ty zdobyłaś te kartki, więc masz prawo zrobić z nimi co zechcesz. – wzruszyłam ramionami

- Sabrino… – Rose położyła mi ręce na ramionach i spojrzała mi w oczy – To co zrobiłaś było…niezwykłe. Dziękuję, bardzo mi pomogłaś, ale więcej tego nie rób. W ten sposób ściągniesz na siebie jeszcze więcej kłopotów, a tego bym nie chciała. Ja, James, Albus, Lily i Hugo zawsze ci pomożemy, ale obiecaj mi, że nie będziesz już tak ryzykowała i będziesz omijała Malfoya szerokim łukiem.

- Z przyjemnością…nie cierpię tej jego bladej gęby – skrzywiłam się

Rose uśmiechała się lekko i przytuliła mnie mocno. Odetchnęłam z ulgą. Na szczęście nie była na mnie zła. Chyba się o mnie martwiła. W każdym bądź razie to było miłe z jej strony…trochę jakbym miała starszą siostrę.

- Chodź, odprowadzę cię do klasy. – powiedziała w końcu

- Co powiemy profesor Claid?

- Że profesor Lovegood trochę dłużej cię zatrzymała i musiałaś wrócić do pokoju po książki.

- A co z tobą?

- Ja z polecenia pani profesor eskortuję cię do klasy – mrugnęła do mnie porozumiewawczo

Uśmiechnęłam się szeroko i bez słowa poszłam za Rose. Życie jest nieprzewidywalne…czasem w sytuacji, która pozornie wydaje się przegrana i beznadziejna można wynieść coś bardzo cennego. Przyjaźń i świadomość, że jednak nie jesteś sama…

 

Klub Przyjaciół Książek i dziki pościg w bibliotece w Dziale Ksiąg Zakazanych…

20 lip

26 września 2020 roku

Czym dalej w las, tym więcej drzew. Ten kto to powiedział, naprawdę wiedział, co mówi. Im dłużej jestem w Hogwarcie, tym bardziej przekonuję się, że tutaj wcale nie ma taryfy ulgowej, jeśli chodzi o naukę. Być może nikt nie każe nam uczyć się na pamięć wzorów na geometrię albo tabeli rozpuszczalności kwasów, ale w zamian tego musimy pisać długie i szczegółowe referaty na transmutację, robić skomplikowane doświadczenia na eliksirach, dbać o rośliny, które dostaliśmy „pod opiekę” na zielarstwie (naprawdę trzeba pamiętać o karmieniu i podlewaniu, bo inaczej te małe, wredne chwasty potrafią ugryźć. Nie żartuję!) oraz siedzieć do północy na lekcji astronomii. Nie wymieniłam oczywiście wszystkich moich aktywności w Hogwarcie, ale porównując z nią moją starą szkołę w Londynie, stwierdzam, że tam miałam wakacje. Tutaj każdego dnia dosłownie padam na twarz i często zasypiałam w mundurku. Nawet nie mam siły kłócić się z Irminą i jej głupiutkimi koleżankami. Po prostu po jakimś czasie nauczyłam się ignorować komentarze i plotki na mój temat. Wchodząc do pokoju, udawałam, że ich tam nie ma. Nie wiem, czy to dobre rozwiązanie, ale na pewno nie mam siły myśleć nad czymś innym. Tak jest bezpieczniej…

Szybko odkryłam, że Irmina i reszta Krukonów z mojego roku zrobi wszystko, żeby utrudnić mi naukę. Od kiedy Irmina pojęła, że nie jestem nieukiem i – pomimo, że nie wyrywam się na lekcji z odpowiedziami jak z armaty – mam dobre oceny z testów, zaczął się problem. Ta dziewczyna nie znosi konkurencji. Musi być numerem jeden. Dlatego przeszkadzała mi na wszystkie możliwe sposoby w odrabianiu lekcji w pokoju wspólnym. Niby niechcący potrąciła mój stolik i rozlała atrament, potem „przez przypadek” wyrzuciła mój referat do kosza z „innymi śmieciami z biurka” albo nagle uznała, że w pokoju jest bałagan i „posprzątała” wszystkie moje książki. Współczuję jej przyszłemu mężowi, bo jak Irmina coś „posprząta” to sam diabeł tego nie znajdzie! Spokojnie pamiętniku, dałam sobie radę bez agresywnych metod (mój psychiatra byłby ze mnie dumny!). Ja i Tobby zaczęliśmy po lekcjach chodzić do biblioteki. I to okazało się strzałem w dziesiątkę! W bibliotece musi być cisza, bibliotekarka pilnuje porządku i jest więcej osób, więc Irmina nie może nam przeszkadzać. Swoją drogą nawet nie musi zwracać na nas uwagi, bo ja i Tobby siadamy przy ostatnim stoliczku na końcu biblioteki. Nikt do nas nie przychodzi, nie zagaduje…idealne warunki do nauki, jakby powiedział profesor Zynox…ja się chyba zastrzelę! Ostatnie co chciałam osiągnąć to wyjść na szkolnego outsidera! Niestety przesądziłam o tym już pierwszego dnia i nie cofnę czasu…będę sobie pluć w brodę do końca szkoły! Przyjęło się już powszechnie, że ja i Tobby to dwie naczelne sieroty w grupie pierwszoroczniaków! Pocieszałam się tym, że nie siedzę w tym sama…widziałam, że Tobby mnie potrzebował. Oprócz swojego ukochanego zielarstwa był naprawdę kiepskim uczniem, a ja, nie chwaląc się, mogłabym dawać tu korki wielu uczniom. Gdyby tylko nie patrzyli się na mnie tak pogardliwie…jak na zdrajcę, odmieńca, wariatkę…a kij im w oko! Przynajmniej Tobby ma tyle oleju w głowie, żeby korzystać z mojej pomocy.

- Sabrina, coś mi tu nie pasuję…piszę i piszę, ale teraz jak to przeczytałem…ten tekst w ogóle się nie klei… – podrapał się po czole, zostawiając na nim dużego atramentowego kleksa. Spokojnie, to codzienność w jego wykonaniu…

- Co ty gadasz? Pokaż to – przygryzłam wargę od środka i wzięłam od niego pergamin. Zmarszczyłam brwi czytając dziwny zlepek słów – Skąd ty to przepisywałeś?

- Z tej książki, którą mi dałaś – nachmurzył się

- Tak? To jakim cudem po całkiem sensownej analizie zastosowania eliksiru wielosokowego przechodzisz do opisu wyglądu tojada ognistego? – prychnęłam

- Taką dałaś mi książkę – obruszył się

- Tak, dałam ci atlas roślin, bo myślałam, że skończyłeś już referat na eliksiry – jęknęłam – Wiesz, że będziesz musiał to wszystko przepisać?

- Na brodę Merlina… – jęknął chłopak i pacnął twarzą na kartkę papieru.

- Tobby, dopiero na niej pisałeś…atrament jeszcze nie wysechł… – zakryłam usta ręką, żeby nie wybuchnąć śmiechem

- I co z tego? – podniósł głowę, a ja ledwo się powstrzymałam.Teraz cała twarz Tobbyego była w atramencie. Podałam mu chusteczkę. MacMillan zrobił się cały czerwony i szybko zaczął się wycierać. Oczywiście rozmazał to jeszcze bardziej. Przeczesałam włosy rękami. Cofam to, co powiedziałam o jego oleju w głowie…

- Tobby, idź do toalety – chrząknęłam

- Racja… – szepnął i szybko się podniósł. Pognał przez całą bibliotekę do wyjścia swoim chwiejnym, kaczkowatym chodem w asyście tłumionych śmiechów uczniów.

Dlaczego ja się z nim przyjaźnię, pamiętniczku? Wyjaśnij mi ten fenomen…może jest mi go szkoda? Beze mnie zostałby zupełnie sam, a niestety on nie ma tak silnej psychiki jak ja. Nie widziałam większej ciapy od niego…ale coś nie pozwala mi od niego odjeść. Jest uroczo dziecinny z tymi swoimi wpadkami, chyba go nawet za to lubię …lubię jak patrzy na mnie z takim szacunkiem i czcią, jak na swojego mentora i obrońcę. A niech mnie kaczki zdepczą…ale ja jestem próżna i egoistyczna! Dość! Sabirna, opanuj się! Po co ci były te wszystkie terapie?!

Plus jest taki, że przynajmniej potrafię zauważyć swoje wady, prawda pamiętniczku? Muszę się zmienić…dla Tobbyego i jego ufnej wiary we mnie. Ja wiem, że to nie będzie proste…codziennie z zazdrością patrzę na zapełnione stoliki moich koleżanek i kolegów. Ich ciche rozmowy i tłumione chichoty działają mi na nerwy…a zwłaszcza stolik Irminy i jej bandy.

- Spokojnie Socretto, MacMillan jest denerwujący, ale nie musisz od razu rzucać w niego atramentem – jak na zawołanie odezwała się Irmina

- Słuchaj Kleopatro… – obróciłam się na krześle z marsową miną- Po jaką cholerę tu przychodzisz? Przecież w naszym pokoju wspólnym mamy tyle książek, że bez problemu odrobiłabyś swoją pracę domową…

- Nic nie rozumiesz, Socretto – prychnął Midas – Liczy się statystyka.

- Że co proszę? – zmrużyłam oczy

- Widzisz Socretto, my Krukoni jesteśmy znani z tego, że przesiadujemy w bibliotece, to nasz teren – powiedziała władczo Irmina – Musimy dbać o reputację – dodała, a Minnie, Midas i pozostali pokiwali głowami

- To znaczy, że nie odrabiacie pracy domowej? – zmarszczyłam się

- Już dawno ją zrobiliśmy – wyprostował się dumnie Midas

- Więc po co tu siedzicie? – nadal nie rozumiałam

- Nie zrozumiesz tego, bo nie jesteś Krukonką… – przewróciła oczami Minnie

- Musimy sprawiać wrażenie pilnych uczniów, podtrzymywać honor naszego domu…jeśli wiesz, o co mi chodzi? – Irmina spojrzała na mnie sceptycznie

- Wiesz, chyba nie do końca…

- Nadchodzi profesor Claid od mugoloznawstwa. Midas, idź zapytać się jej o pracę domową… – syknęła Irmina

- Znowu? Nie cierpię tej staruchy… – jęknął cicho Midas

- I co z tego? Ona lubi ciebie. Rusz się, bo zaraz wyjdzie… – warknęli na niego pozostali

Chłopak natychmiast poderwał się z miejsca, poprawił krawat i pognał do nauczycielki. Zaczepił ją grzecznie i z wzorowym uśmiechem piątkowego ucznia podał jej swój pergamin.

- Właśnie piszę referat o stosunkach między nastoletnimi mugolami a nastoletnimi czarodziejami i o tym jaki wpływ mają na siebie te dwie grupy. Czy mogłaby pani na to zerknąć, pani profesor? Bardzo zależy mi na pani opinii.

- Och Midasie, ale ten projekt był na dodatkową ocenę – uśmiechnęła się ciepło starsza, korpulentna czarownica

- Wiem pani profesor, ale dla nas Krukonów nie ma czegoś takiego jak „dodatkowa praca”. Wszystko co zada nauczyciel jest obowiązkowe – oświadczył uroczyście

- No skoro tak…chętnie na to spojrzę, mój drogi… – ucieszył się profesorka

- To jest…obrzydliwe – spojrzałam się z obrzydzeniem na moich kolegów przy stoliku Irminy

- Nauczyciele muszą wiedzieć, że ciężko pracujemy – wzruszył ramionami Spike

- Do tego stopnia jesteście fałszywi? – pokręciłam głową

- Nie jesteśmy fałszywi, dbamy o dobre imię Ravenclawu – naburmuszyła się Irmina – Czemu nie możesz tego zrozumieć?

- W ogóle nie powinnaś być w Ravenclawie, przynosisz nam wstyd – Spike spojrzał się na mnie spode łba

- Na wasze i moje nieszczęście jestem – burknęłam – ale skoro jesteście tacy mądrzy, może pomożecie innym, co? – wskazałam na innych uczniów, którzy głowili się nad swoimi zadaniami – To by dopiero była dla Krukonów dobra reklama…może nie uważaliby was za takich gburów

Krukoni popatrzyli na siebie i zachichotali cicho. Widząc przechodzącą bibliotekarkę szybko złapali książki leżące na stole. Poczekali jednak, kiedy odejdzie i znowu przyjęli swoje wyluzowane pozy.

- Nie ma nic za darmo… – skrzyżował ręce Spike

- Zresztą skoro nie potrafią poradzić sobie z takimi prostymi zadaniami, są żałośni… – westchnęła Irmina

- Ach tak? – zamrugałam ze zdziwienia oczami. Ja chyba śnię…skąd ta dziewczyna ma taki dziwny system wartości? – Jesteście chorzy… – pokręciłam głową i wstałam, żeby wymienić książki

- Więc wracaj do swoich Gryffonów. Oni na pewną są mniej chorzy od nas – zarechotali – A zwłaszcza Leonard Crouch…

Nie odpowiedziałam tylko, przeszłam ostentacyjnie obok nich i skręciłam w pierwszy lepszy regał. Przez szpary między książkami widziała jak towarzystwa wróciło do pisania na swoich pergaminach. Mieli rację, robota dosłownie paliła im się w rękach. Jak oni to robili? Ciekawe, czy jest jakieś zaklęcie na szybsze myślenie albo koncentrację…muszę czegoś poszukać. Jestem pewna, że tacy spryciarze jak oni, na pewno nie używają czystych metod…

- AŁA! – pisnęłam, gdy ktoś w szaleńczym biegu wpadł na mnie ze stosem książek. Zasłoniłam się rękami, ale i tak oberwałam gradem tomisk w twardych okładkach – Kto na brodę Merlina…

- Przeprasza, przepraszam, żyjesz…?! – usłyszałam obok siebie donośny głos Leonarda

- No i wszystko jasne… – mruknęłam, masując czubek głowy – Crouch, co ty tu właściwie robisz? Nie masz przypadkiem zakazu wchodzenia do biblioteki? Zawsze zastanawiałam się, z jakiego powodu, ale teraz już widzę…

- McGonagall coś tam mi mówiła… – podrapał się po karku i uśmiechnął się łobuzersko – Ale to wyższa konieczność…

- Tak? A co się stało? Założyłeś się z kimś, że przeczytasz jakąś książkę? – skrzyżowałam ręce

- Nie, to by było za proste – prychnął i machnął ręką. Nerwowo rozglądał się po półkach

- Zgubiłeś coś? – zmarszczyłam brwi

- Szukam czegoś…nie widziałaś może jakiegoś podręcznika do zaklęć? Gretel kazała mi powtórzyć te cholerne zaklęcia na jutro, ale nie mam dobrze opanowanej podstawy i kazała mi poszukać czegoś w bibliotece…

- Czego dokładnie? Wiesz, tu jest dużo książek z zaklęciami… – przewróciłam oczami

- Nie wiem! Nie pamiętam tytułu! – zaczął przestępować z nogi na nogę – Dlatego wziąłem je wszystkie… – wskazał na rozrzucone książki

- Jesteś beznadziejny…brałeś wszystko jak leci…masz nawet książkę do transmutacji… – ukucnęłam, żeby podnieść podręczniki - Musisz to odłożyć na półki…

- Wiem, wiem, ale najpierw muszę znaleźć ten podręcznik… – podszedł do półki i postukał palcami w okładki innych książek

- A co tu się dzieje? – podeszła do nas bibliotekarka. Na widok rozrzuconych książek, zrobiła się czerwona ze złości.

- Panie Crouch… – zaczęła pozornie spokojnym tonem – Mówiłam, że nie ma pan tu wstępu!

- Spokojnie, ja się tym zajmę! – powiedziałam pod wpływem impulsu

- Serio? – spojrzał na mnie jak na wybawicielkę

- Naprawdę, panno Socretto? – spojrzała na mnie niepewnie znad okularów. BYła przyzwyczajona, że ja i Tobby siedzimy w bibliotece do późna, a czasem nawet przynosiła nam gorącą czekoladę albo kawę, żebyśmy nie zasnęli nad książkami. Wydaje mi się, że nas lubi…albo lituje się nad nami.

- Tak – poklepałam Leo po ramieniu z mściwym uśmiechem – Poszukam dla niego odpowiedniej książki i wtedy sobie pójdzie, prawda?

- Prawda! – pokiwał energicznie głową

- No dobrze… – zgodziła się niechętnie bibliotekarka – Ale będę was obserwować! – pogroziła palcem i odeszła

- Uff było blisko… – odetchnął z ulgą – Dzięki twojej reputacji Krukonki, upiekło się nam – klepnął mnie mocno po plecach.

- Reputacji Krukonki? – posłałam mu mordercze spojrzenie

- No wiesz, że jesteś grzeczna, mądra i ułożona… – zaczął się szybko tłumaczyć

- Zbieraj te książki. Już – burknęłam urażona. On chyba nigdy nie zobaczy we mnie Gryffonki…

- Jasne… – Leo chyba zrozumiał aluzję, bo energicznie zabrał się do pracy. On po prostu musi być cały czas w ruchu. Inaczej coś od środka go rozsadza. Szybko odłożyliśmy resztę książek na miejsce i zaprowadziłam go do działu z podręcznikami do zaklęć.

- Proszę, to jest chyba to czego szukasz… – wyciągnęłam cienką książeczkę z podstawami

- To wszystko? – rozpromienił się

Już miałam powiedzieć „tak”, gdy w mojej duszy pojawiła się przekorna iskierka. Przed moimi oczami stanęła sytuacja z ostatniej lekcji quidditcha. Leonard oczywiście na niej był, bo jak sam twierdził nie miał co robić. Mimo, że był spocony jak dzik po własnej lekcji, wprosił się na naszą. Ten dzieciak jest niewyżyty. Oczywiście latał za profesorem Hopesonem jak cień, ale to by mi nawet nie przeszkadzało. Niech sobie lata ile chce! Leo nie jest z tych, którzy się podlizują. On po prostu dzieli ludzi na tych, których lubi i na tych, których nienawidzi. Już wcześniej pisałam, że Leo jest wpatrzony w naszego trenera jak w obrazek. Podobnie ma z innymi rzeczami i lekcjami… Quidditch jest jego ulubioną lekcją, cała szkoła o tym wie. Dopiero na miotle Crouch może się wyżyć. Nikt nie zwraca mu uwagi na to, że za szybko lata, rzuca piłką albo krzyczy bojowe okrzyki i zdziera sobie gardło. Wreszcie może być sobą. Powiem ci pamiętniczku, że to nawet przyjemne patrzeć na kogoś kto w końcu pokazuje swoje „prawdziwe ja” i nie wstydzi się tego. I wszystko byłoby dobrze…dopóki Leo nie zechciał być tak wspaniałomyślny i nie zaczął „pomagać” Hopesonowi w prowadzeniu lekcji. Zawsze się wtrącał, ale coraz bardziej mnie to irytuje. Zwłaszcza, że ostatnio prawie spadłam przez niego z miotły!

Właśnie ćwiczyliśmy podania i rzuty oraz krycia. Przeciwna drużyna, w tym przypadku Puchoni atakowali nas. Nie powiem, że wyglądało to jak zwykle żałośnie. Rozczarowanie i litość malująca się na twarzy Leo była wystarczającym komentarzem.

- Panie psorze, mogę wejść na boisko? – nie mógł wytrzymać w miejscu

- Nie Leo, pozwoliłem ci oglądać grę, jeśli będziesz stał w miejscu i się nie wtrącał – mruknął profesor, śledząc uważnie nasze zagrania

- Ale panie psorze! Tak nie można! Widzi pan jak oni niszczą tę grę?! Ja nie mogę na to patrzeć! Serce mnie boli… – podskakiwał na miotle i wymachiwał rękami

- Siadaj na miotle małpo, bo naprawdę kiedyś zlecisz – trener pokręcił głową z rozbawieniem

- Tylko na chwilę! Malutką chwilkę! Rozruszam ich i wrócę! Będę grzeczny, obiecuję! – mówił, jakby go ktoś nakręcił

- Dobrze, już dobrze… – profesor stracił cierpliwość – Ale nie szalej, Crouch…

- Tak jest, panie psorze – zasalutował i wyszczerzył się

Spojrzeliśmy się po sobie z Tobbym. Już wtedy przeczuwaliśmy, że Crouch nieźle namiesza. I mieliśmy rację! Miotał się po boisku jak szatan, pomagał raz Krukonom, raz Puchonom, dyszał jak mała lokomotywa…ale był szczęśliwy.

- Dalej Socretto, rusz się i wyjdź na pozycję! – krzyczał do mnie trener – Jak Castor ma ci podać kafel! Uważaj za tobą jest Ernold… – nie zdążył dokończyć, bo coś świsnęło mi koło ucha. – Co się dzieje?! Gdzie jest obrona?! Sabrina prawie by oberwała tłuczkiem!

- Przepraszam, nie zdążyłam odbić – usłyszałam słodki głosik Irminy

- A czym byłaś zajęta?! – krzyknęłam

- Midas obliczał najlepszą trajektorię lotu do wrzucenia kafla – oburzyła się

- Chyba do lepszego zabicia mnie tłuczkiem! – warknęłam, a Leo zaczął się głupkowato śmiać. Spojrzałam na niego jak na wariata. To nie miało być śmieszne…serio, zaczynam się bać o swoje życie!

- Przestańcie! – zganił nas trener – Wracajcie do gry! Socretto, orientuj się, gdzie jest piłka!

- Lecę! – jęknęłam i ruszyłam w pogoń za kaflem

- Socretto, podanie! – zawołała do mnie Minnie, piskliwym głosem

Skręciłam ostro w prawo, ale zanim zdążyłam położyć łapy na kaflu, miotła z czerwonym zawodnikiem śmignęła mi przed oczami.

- Crouch! Drugie ostrzeżenie! – warknął profesor

- No co?! Ona by tego nigdy nie złapała! – bronił się chłopak

- Dziękuję za wiarę we mnie! Potrafię sobie poradzić bez twojej pomocy! – piekliłam się

- Trzymaj, zbuntowany Gryffoniku – Leo zaśmiał się, mrugnął do mnie i rzucił kafla. Złapałam, ale czułam, że moje policzki zapłonęły gorącem. Chciałam coś powiedzieć, ale Leo zniknął tak szybko jak się pojawił.

- Leć na bramkę Socretto! – krzyknął na mnie Midas. Wyrwana z transu, zaatakowałam. Naładowana nową, nieznaną siłą, leciałam jak torpeda. Żaden obrońca nie mógł mnie złapać.

- Sabrina, uważaj! – usłyszałam nagle pisk Tobby’ego

- Co? – zaniepokojona zachowaniem przyjaciela zatrzymałam się…i ledwo zdążyłam uchylić się przed lecącym tłuczkiem. Kafel wypadł mi z rąk, a ja zawisłam na miotle. Omiotłam wzrokiem boisko i zobaczyłam go. Siedział na miotle obok Irminy, trzymając jej pałkę.

- Leonrad! – krzyknęłam wściekła

- A więc tak się odbija… – Krukonka z trudem ukrywała chichot. A to wiedźma! Przecież ona doskonale umie grać na każdej pozycji. Po prostu chciała mnie znokautować i posłużyła się do tego głupim Leonardem!

- Crouch, miałeś się nie wtrącać! – ryknął profesor Hopeson

- Tak, właśnie tak…poćwicz, a będziesz mistrzynią – chrząknął zmieszany Leo, oddając jej pałkę – No przecież nic się nie stało! Nie róbmy tragedii! – podleciał do mnie, jednym ruchem podciągnął mnie za kaptur do góry i jak niesforne dziecko posadził na miotle – Włos jej z głowy nie spadł – poklepał mnie po głowie z tym swoim nieznośnym, głupkowatym uśmiechem

W tym momencie Ernold z Huffelpuffu wbił bramkę zaskoczonemu Midasowi. Puchoni wydali okrzyk zwycięstwa, a ja jęknęłam głośno. Krukoni zmierzyli mnie nienawistnym spojrzeniem. Znowu wszystko moja wina…ale tym razem to Leo zawinił! Gdyby nie wybił mnie z rytmu, wrzuciłabym kafla!

Całą tą sytuację przypominałam sobie właśnie w bibliotece, stojąc przed zadowolonym, wiecznie uśmiechniętym Leo, który niczym się nie przejmuje. Już ja mu dam nauczkę…

- Nie, to nie wszystko – uśmiechnęłam się sztucznie – Przeczytaj jeszcze ten podręcznik…i tą książkę… – zaczęłam wyjmować z półek coraz to lepsze pozycje

- A niech mnie…to wszystko na jutro? – wytrzeszczył oczy

- Nie – ciągnęłam niemiłosiernie

- Ale te książki już mi się nie mieszczą w rękach…

- Nie szkodzi, pomogę ci zanieść je do stolika – powiedziałam słodko. Leo nienawidził czytać i gdy tylko mógł, unikał tego. Miał problemy z koncentracją, dlatego szło mu to jak po grudzie. Chociaż słyszałam, że od czasu do czasu jak coś go zaciekawi, potrafi dużo czytać…magazynów sportowych.

- I ja muszę się tego wszystkiego nauczyć na jutro? – wyglądał na coraz bardziej załamanego

- Nie słyszałeś, że profesor Gretel jest wymagająca – wydyszałam i zadowolona wzięłam się pod boki

- Słyszałem, ale ty na pewno wiesz lepiej…w końcu to opiekunka twojego domu – wzruszył ramionami. Mimo, że przez stos książek nie widziałam już jego twarzy, mogłabym przysiąc, że nadal ma banana na twarzy.

- Wystarczy już…chodźmy. Wingardium Leviosa – wyjęłam moją różdżkę z buta i wzięłam od niego część książek. Podeszłam do pustego stolika i rozłożyłam na nim wszystkie księgi – Nie wyjdziesz z biblioteki, dopóki nie przejrzysz każdej z nich – oświadczyłam

- Żartujesz?! Ja nie wytrzymam… – jęknął

- A chcesz zaliczyć zaklęcia u Gretel? – oparłam się rękami o stół

- No chcę… – burknął i zniechęcony opadł na krzesło

- Więc życzę miłej pracy, Leo – poklepałam go po plecach tak jak on mnie wcześniej i odeszłam

- Nieźle go urządziłaś – usłyszałam za sobą śmiech

- Rose – odwróciłam się zadowolona. – Myślałam, że już dziś nie przyjdziesz…

- No coś ty, zawsze przychodzę – uśmiechnęła się  i pociągnęła mnie za rękę, rozglądając się w koło – Wiesz, że wśród tych książek, które mu dałaś są podręczniki z czwartego i szóstego roku?

- Trudno, niech się chłopak pomęczy… – machnęłam ręką

- Hej Wesley, po co włóczysz za sobą tą małą? Masz pachołka do dźwigania książek? – zaśmiał się jakiś Gryfon z jej roku

- Bądź cicho Ned, bo ta „mała” przeczytała więcej książek niż ty przez wszystkie lata nauki tutaj – skasowała go Rose. Jego koledzy zaczęli gwizdać, ale moja przyjaciółka zupełnie nie zwracała na to uwagi. Wciągnęła mnie między regały ze szkolnymi kronikami.

- Powiesz mi co tym razem zrobił nasz Leo, że tak go ukarałaś? – zachichotała

- Tym razem mszczę się za lekcję quidditcha. – spojrzałam na nią wymownie, a dziewczyna przewróciła oczami

Rose Wesley to jedyna Krukona, która mnie lubi. Jest ode mnie starsza, ale nie wstydzi się ze mną pokazywać  i często spotykamy się w bibliotece. Wtedy ostentacyjnie siada przy stoliku ze mną i Tobbym. Rozmawia z nami, jakby nigdy nic, pomaga nam w lekcjach…daje nam poczucie normalności. Podobnie jak Albus, James, Lily i Hugo. Gdyby nie oni, byłoby mi tu naprawdę ciężko. Co prawda James jest prefektem i najmniej się angażuje, ale nie raz uratował mnie przed bandą Ślizgonów albo Krukonów. Poza tym James to kumpel Leo, więc stara się z nim solidaryzować. Co nie znaczy, że mnie nie lubi…Nie ukrywam jednak, że to z Rose miałam najlepszy kontakt. W końcu byłyśmy w tym samym domu.

- Rose, wszystko w porządku? Czemu się tak rozglądasz? Ktoś nas śledzi? – zaniepokojona obejrzałam się do tyłu

- Prawdopodobnie tak…a jeśli nie teraz, to za chwilę – odparła zagadkowo

- Gdzie mnie ciągniesz? – zmarszczyłam brwi – Znowu do tego Klubu Książek?

Rose nie odpowiedziała, tylko skinęła głową. Klub Przyjaciół Książek to stare, nieoficjalne  zgromadzenie założone przez uczennice z Ravenclawu. Podobno kiedyś do klubu mogła wstąpić każda Krukona, ale teraz zasady trochę się pozmieniały i starsze dziewczyny zaczęły przyjmować uczennice tylko od czwartego roku, a każda członkini musiała zdać test przynależności. Jeśli go zdała, dostawała medalion z krukiem, herbem naszego domu, wykonanym przez przewodniczącą klubu. W tym roku była to nasza pani prefekt Cecylie. Ona oczywiście też mnie nie lubiła, więc kiedy Rose przyprowadziła mnie pierwszy raz na spotkanie klubu, wywołała mały skandal.

- Po co ją wzięłaś? To tajny klub. Pierwszoroczniacy nie mają o nim pojęcia – syknęła Cecylie

- Może powinnyśmy to zmienić – skrzyżowała ręce Rose – Kiedyś były inne zasady w tym klubie..

- Ona nawet nie jest Krukonką.W ogóle nie powinno jej tu być – Rina, blondynka z szóstego roku zerwała się z krzesła

- Jest jedną z nas. Jest mądra, bystra i błyskotliwa. Mogłaby przydać się  na naszych spotkaniach. Tiara przydzieliła ją do Ravenclawu i nosi nasze barwy – upierała się Rose

- Ale nie jest ich godna – zmrużyła oczy Cecylie – Zdrajczyni…skąd wiesz, że nas nie szpieguje dla Gryffonów?

- Co? Nikogo nie szpieguję! – oburzyłam się – Zresztą po co Gryffoni mieliby zbierać o was jakiekolwiek informacje…

- A skąd taka pewność? – warknęła Sue, niska brunetka w okularach – Prawdziwy agent nigdy się nie przyzna, gdy go złapią…

- Nie jestem… – zaczęłam, cała czerwona ze złości i rozgoryczenia…bo w głębi duszy chciałabym być takim agentem. To by znaczyło, że wkupiłam się w łaski Gryffindoru.

- Byłaś obiecującym, nowym członkiem klubu Rose…ale zawiodłaś mnie – oznajmiła bezlitośnie Cecylie – okryłaś się hańbą, przyprowadzając tu tą…pierwszoroczną…

Rose nie pokazała tego po sobie, ale widziałam, że zabolały ją słowa prefekta. Od tej pory postanowiłam, że więcej nie będę się pchała do tego „elitarnego” Klubu Przyjaciół Książek zarezerwowanego dla „prawdziwych” Krukonów. Niestety Rose uparła się, że pasowałabym tam i nalegała, żebym chodziła z nią na spotkania. Nie chciałam, żeby spotykały ją nieprzyjemności, więc zawsze znajdowałam wymówkę.

Tym razem nie miałam jak uciec, bo Rose wzięła mnie z zaskoczenia. Zanim zdążyłam się obejrzeć, dotarłyśmy do ostatniego regału. Rose wyjęła odpowiednią książkę, zastukała w półkę różdżką i wyszeptała tajne hasło. W tym momencie regał odsunął się, ukazując małe ciemne wejście. Przyjaciółka wciągnęła mnie do środka. Zakaszlałam, przedzierając się przez starą, zakurzona kotarę. W środku pachniało naftaliną, woskiem i starymi księgami. Półmrok jaki tu panował nadawał charakter groty czarownicy. Wśród starych, pożółkłych ksiąg stał spory, okrągły stolik, przy którym siedziało już sześć członkiń klubu. Duży czteroramienny świecznik oświetlał upiornie ich twarze, pochylone nad jakimiś papierami. Byłam pewna, że znowu zaczną narzekać, ale Rose puściła moją rękę i szybko wślizgnęła się na swoje siedzenie. Dziewczyny nawet nie zwróciły na mnie uwagi. Wszystkie patrzyły z wyczekiwaniem na moją rudą koleżankę.

- Udało ci się? – zapytała Cecylie

- Tak, mam to…zdobyłam ściągi Malfoya… – oznajmiła triumfalnie Rose, kładąc na stoliku pomięte karteczki – O ile to rzeczywiście są ściągi… – dodała niepewnie

- Scorpiusa Malfoya? – wytrzeszczyłam oczy. Klubowiczki w końcu zwróciły na mnie uwagę.

- Znowu ją ze sobą wzięłaś? – zmarszczyła brwi Rina

- Musiałam…Scorpius wie, że się przyjaźnimy. Mógłby ją wypytywać – machnęła zniecierpliwiona ręką

- Jesteś genialna…jak je zdobyłaś? – zapytała Sue, biorąc do ręki kartki

- Nawet nie pytaj – westchnęła ciężko Rose – Grunt, że je mam.

- Malfoy na pewno już zauważył, że nie ma swojego małego skarbu…chciałabym zobaczyć jak wpada w furię – Cecylie roześmiała się na cały głos. Wytrzeszczyłam na nie oczy. Wszystkie wydawały się takie zadowolone, jakby co najmniej odkryły Amerykę.

- Przepraszam, ale naprawdę tak się cieszycie, bo zdobyłyście głupie ściągi? Po pierwsze myślałam, że nie potrzebujecie takich rzeczy, a po drugie…

- To nie są tak naprawdę ściągi, Socretto – westchnęła Cecylie – To tylko przykrywka…Malfoy kontaktuje się poprzez nie ze swoimi ludźmi, ale założył na to specjalny czar, żeby wyglądały jak zwykłe ściągi

- Ze swoimi ludźmi? – zmarszczyłam brwi – A kim on jest? Gangsterem? Dilerem?

- Kim? – nie zrozumiały dziewczyny

- Nie ważne… – machnęłam ręką i podeszłam do nich bliżej – Jakie informacje przekazuje? I komu?

- Tego właśnie chcemy się dowiedzieć, Socretto, więc daj nam działać – warknęła Rina

- Powiedzmy, że Scorpius jest przewodniczącym innego, konkurencyjnego klubu – Rose starała się wprowadzić w sytuację – Słyszałam, że wybiera odpowiednich Ślizgonów i zaprasza ich do swojej „armii” czy czegoś w tym rodzaju.

- I co on robi z tą swoja armią?

- James mówił mi, że widział kiedyś jak Scorpious i jego koledzy z pokoju skradają się po korytarzu w godzinach nocnych. Chciał ich zatrzymać, ale narobił za dużo hasłu i uciekli. Wszyscy mieli ubłocone buty. Musieli być na dworze: na błoniach albo nawet w Zakazanym Lesie…

- Rose… – syknęła ostrzegawczo Cecylie

- Ale po co?! – udawałam, że tego nie słyszę

- Tego właśnie nie wiemy! Chociaż po Ślizgonach nie można spodziewać się nic dobrego – pokręciła głową Sue

- James śledził ich. Powiedział mi, że te nocne wyjścia odbywają się regularnie.

- Aiden też bierze w tym udział? – zapytałam niespodziewanie, zaskakując samą siebie. Co mnie obchodził Aiden Black?

- Black? Pewnie tak, w końcu jest jego kuzynem i mieszkają razem… – mruknęła Bella, szczupła i wysoka Krukonka w koku

- Poza tym Black pochodzi z wyklętej rodziny. Pewnie kręci go czarna magia, wyssał ją z mlekiem matki – prychnęła Rina, a reszta dziewczyn zaśmiała się

- Nie mówcie tak…to, że urodził się w takiej rodzinie, a nie innej, nie oznacza automatycznie, że Aiden będzie taki sam – zmarszczyłam brwi

- Czemu go bronisz? Przecież Aiden ciągle gnębi ciebie i Tobby’ego – zdziwiła się Rose

- Ja tylko… – sama nie wiedziałam, czemu to powiedziałam

- A niech to szlag! – krzyknęła Cecylie, gdy jej różdżka odskoczyła, podczas gdy jej właścicielka próbowała złamać zaklęcie – To wcale nie będzie takie proste.. – mruknęła, masując poparzony nadgarstek. Rose schyliła się i podniosła różdżkę przewodniczącej.

- Sabrina, idź do biblioteki i zabierz Leo książkę o zaklęciach z szóstego roku. Może tam coś znajdziemy – przyjaciółka odgarnęła rudą grzywkę z twarzy

- Nie sądzę, żeby to coś pomogło… – mruknęła Bella, dotykając swoją różdżką kartek – Wyczuwam tu czarną magię…

- No to pięknie…cały plan poszedł w łeb – załamały się dziewczyny

- A co z Działem Ksiąg Zakazanych? – wystrzeliłam, zanim zdążyłam ugryź się z język

- Nie, przecież nie możemy tam… – zaczęła Rose

- To jest myśl! – podskoczyła Cecylie

- Żartujesz, prawda? – Rose i pozostałe dziewczyny wytrzeszczyły na nią oczy

- W Dziele Ksiąg Zakazanych na pewno znajdziemy coś na czarną magię. To nie może być mocne zaklęcie, więc…

- Cecylie, co ty wygadujesz? Jesteś prefektem. Wiesz, że nam nie wolno tam wchodzić bez specjalnego pozwolenia McGonagall – powiedziała stanowczo Rose

- To ważna sprawa. Nie odpuszczę Malfoyowi. Muszę wiedzieć, co on kombinuje… – przewodnicząca wstała i zaczęła chodzić po pokoju – Poza tym byłam już tam i wiem mniej więcej, co gdzie leży.

- No nie wiem, Cecylie…to chyba za wiele… – odezwała się niepewnie Sue

- Malfoy i jego banda jeszcze bardziej naginają zasady niż my! – zdenerwowała się Cecylie – A jeśli będziemy miały na nich dowód, pójdziemy do McGonagall. O to cały czas nam chodzi!

Krukonki spojrzały na siebie niepewnie. Dla każdej z nich regulamin był świętością. Czy pozwolą sobie na jego złamanie?

- No dobrze… – przełknęła ślinę Rina – ale to będzie pierwszy i ostatni raz. I ja tam nie wchodzę!

- To chyba logiczne, że wszystkie tam nie wejdziemy. Ktoś musi pilnować tyłów – prychnęła Cecylie – A teraz chodźcie, musimy się pospieszyć, bo niedługo zamykają bibliotekę.

Dziewczyny posłusznie wstały ze swoich miejsce i ruszyły za przewodniczącą do wyjścia. Rose w przejściu szarpnęła mnie za rękaw.

- To było głupie. Nie powinnaś tego proponować – wyrzuciła mi – Będziemy miały przez to kłopoty.

- Nie wiedziałam, że ona się na to zgodzi – broniłam się

- To się źle skończy… – pokręciła głową załamana Rose

W ciszy wyszłyśmy za dziewczynami z ukrytego pokoju. Po upewnieniu się, że nikt nas nie widzi ruszyłyśmy do przeciwległego końca biblioteki do wejścia do Działu Ksiąg Zakazanych. O tej porze w bibliotece  było już bardzo mało uczniów. Zbliżała się godzina policyjna. Zauważyłam, że Leo dzielnie siedzi przy stole, gdzie go zostawiłam. Biedny w ogóle nie mógł się skupić. Kręcił się, jakby oblazły go mrówki i nerwowo przytupywał nogą. Bawił się stronami, a na jego czoło wstąpiły kropelki potu, gdy próbował się skupić, żeby coś zapamiętać. Nawet mi go żal…to straszne, nie móc choć przez chwilę wysiedzieć spokojnie na krześle. Irmina i jej grupa wzajemnej adoracji wróciła już do pokoju wspólnego. Powoli zapadała cisza, a światła przygasły.

- Szybciej, szybciej… – syczała Cecylie, prawie biegnąc do drzwi – Alohomora – wyszeptała i kłódka odpadła z cichym brzękiem. Przewodnicząca z westchnieniem ulgi otworzyła ciężkie drzwi i rozejrzała się, czy nikogo nie ma na horyzoncie. – Dobra, robimy tak. Ja tam wchodzę, wy czekacie i mnie kryjecie. Nie wychodźcie beze mnie! Nawet gdyby ta bibliotekarka kazała wam…

- Nie tak prędko, Skyller – usłyszałam za sobą głęboki, wyniosły, męski głos. Wszystkie dziewczyny odwróciły się ze skamieniała ze strachu twarzą.

- Scorpius… – wyszeptała Rose. Pierwszy raz widziałam go z tak bliska. Był bardzo podobny do swojego ojca…i do Aidena. Z tą różnią, że był wyższy, szczuplejszy i bardziej wyniosły od kuzyna. Jego stalowoszare oczy przerażały mnie. Nie chciałbym znaleźć się z nim sam na sam. Taki człowiek chyba nie miałby oporów przed wypowiedzeniem zaklęć niewybaczalnych. Do zielonego krawatu miał przypiętą wielką broszkę w kształcie węża ze szmaragdami zamiast oczu.

- Sprytnie Weasley, sprytnie…udało ci się mnie oszukać, ale nie bój się. To się więcej nie powtórzy – syknął blondyn, a Rose spłonęła rumieńcem. Teraz była tak czerwona jak jej włosy. – Oddawaj kartki – zażądał, podchodząc do niej lekkim tanecznym krokiem. Tobby mówił mi, że Scorpius od dziecka trenował szermierkę, więc pewnie dlatego jest taki giętki.

- Nie mam ich – odparła spokojnie moja przyjaciółka

- Nie drażnij mnie jeszcze bardziej, Wesaley – podszedł do niej bliżej – Dawaj moje…

- Zostaw ją, ja je mam – powiedziała ostro Cecylie

- A więc jednak…Cecylie Skyller jako wzorowa pani prefekt będzie broniła swoich koleżanek – zarechotał Scorpious – Oddaj mi je, a rudzielcowi nic się nie stanie – warknął i zanim ktokolwiek zareagował, złapał Rose, przyciągnął do siebie i przyłożył jej różdżkę do gardła

- Puść ją! – wyrwałam się przed szereg z różdżką w ręce

- Nie podchodź szlamo, bo nie ręczę za siebie – Aiden natychmiast zasłonił kuzyna

- Więc to jest twoja mała obrończyni, co Weasley? – Scorpius odgarnął jej włosy i szepnął do ucha. Dziewczyna zadrżała i skrzywiła się – Powiedz jej, żeby opuściła różdżkę, bo inaczej ja zrobię użytek z mojej…

- Spokojnie, uspokójmy się, tak nie można – przerwała mu roztrzęsiona Cecylie – Są jakieś zasady…

- Krukoni i te ich durne zasady… – Scorpius przewrócił oczami i zaśmiał się leniwym, głębokim barytonem, a mnie przeszły ciarki

- Nie możesz jej nic zrobić, bibliotekarka tu jest – Cecylie nie dała zbić się z tropu

- Jest tutaj? Brooks? – rozbawiony Scorpius kiwnął na swojego kolegę, który wyciągnął z kieszeni klucze i pomachał nam nimi. Przełknęłam ślinę.

- Zamknęliście nas w bibliotece? Jesteście nienormalni – pisnęła Rina

- Być może…ale jesteśmy tu sami i nikt nie przyjdzie wam na pomoc – wzruszył ramionami Malfoy, a czworo jego osiłków wyszczerzyło się okrutnie

- Leo… – szepnęłam przerażona. Przypomniało mi się, że kazałam Gryfonowi przeczytać wszystkie podręczniki!

- Crouch też tu jest? – ucieszył się Aiden – Z przyjemnością się nim zajmę, drogi kuzynie… – uśmiechnął się drapieżnie Black, podciągając spodnie, które spadały z jego zbyt pulchnej pupy

- Nie! – pisnęłam

- Socretto, nie szalej tak, uśpiona lwico – prychnął Scorpius – Przykro mi, ale po prostu znalazłaś się w złym miejscu o złej porze. Następnym razem będziesz grzecznie wracała do dormitorium o czasie.

- Nie rób jej krzywdy… – zaczęła Rose, ale Scorpius pociągnął ją za włosy

- Zamknij się, ruda wiedźmo – syknął blondyn – A ty Aiden idź po Croucha. Jest twój.

Wciągnęłam z sykiem powietrze i już miałam ruszyć za Blackiem, gdy ktoś pociągnął mnie do tyłu.

- Socretto, chcesz się chociaż raz na coś przydać? – syknęła do mnie Cecylie – Bierz te kartki, biegnij do Działu Ksiąg Zakazanych i ukryj się gdzieś…

- Ale ja… – wybałuszyłam na nią oczy

- Chcesz być w naszym klubie czy nie? – warknęła, pchając mnie do drzwi i wciskając do rąk pomięte kartki

- Skyller! Co robisz?! – krzyknął Brooks

- Teraz możecie sobie szukać tych swoich karteczek – prychnęła Cecylie, wpychając mnie na siłę do biblioteki. Nie miałam wyjścia rzuciłam się przed siebie biegiem.

- Brać ją! – usłyszałam krzyk Scorpiusa

Drzwi zamknęły się za mną z hukiem i cienka stróżka światła, która przez nie wpadała zgasła. Biegłam po omacku w całkowitych ciemnościach. Nigdy nie byłam w Dziale Ksiąg Zakazanych pamiętniczku, ale wierz mi, że już drugi raz tu nie przyjdę…a na pewno nie z własnej woli! Egipskie ciemności to było moje najmniejsze zmartwienie. Zewsząd dobiegał mnie jakiś dziwny szum, z prawej strony niespodziewanie owiały mnie opary dziwnej, cuchnącej, bagiennej mgły. Krztusząc się, przeskoczyłam przez dymną zasłonę i pobiegłam dalej. Gdzieś za sobą słyszałam jakieś mroczne szepty, tajemne zaklęcia wypowiadane w starożytnym języku. Sam ich dźwięk przyprawiał mnie o skręt żołądka. Nie miałam wątpliwości, że to czarna magia. Pisnęłam, gdy coś miękkiego przesunęło się po moich łydkach. Miałam wrażenie jakbym znalazła się w Domu Strachu z londyńskiego wesołego miasteczka. Byłam tam z mamą, gdy miałam jakieś 7 lat. Strasznie bałam się wejść do Domu Strachu. Mama powiedziała wtedy, że muszę spojrzeć mojemu lękowi prosto w twarz i okaże się, że tak naprawdę nie ma tam nic strasznego. Prawdopodobnie nie wiedziała, że istnieją prawdziwe Straszne Domy i w nich ma się podstawy, żeby się bać!

Daleko w tyle usłyszałam kolejny huk. Drzwi się otworzyły. Słyszałam tupot kilkunastu par butów, krzyki i odgłosy walki. Zamarłam. Muszę się gdzieś schować. Nie mogę uciekać w nieskończoność. To zamknięta przestrzeń.

- Znajdźcie ją! Nie ma stąd wyjścia! – grzmiał Scorpius

Wszyscy jak na komendę wykrzyknęli lumos i końce ich różdżek zaświeciły się. Szybko schowałam się za regałem. Nigdy nie lubiłam zabawy w chowanego. Zazwyczaj przegrywałam. Szukać umiałam bardzo dobrze, ale jeśli chodziło o ukrywanie się, miałam marne szanse. Zwłaszcza na terenie, którego nie znam. Serce waliło mi jak młotem, gdy koło mnie przebiegło dwóch goryli Malfoya. Wcisnęłam się w półkę. Gdy przebiegli, wyszłam z ukrycia i zawróciłam w stronę wyjścia. Może jeśli uda mi się stąd wyjść…

- AŁA! – syknęłam, gdy ktoś przywalił we mnie z całej siły

- Nie złapiesz mnie, prosiaczku! – zawołał wesoło Leo

- Crouch, już drugi raz na mnie wpadasz! – warknęłam, masując ramię

- Przepraszam księżniczko, ciężko biega się w ciemnościach – złapał mnie za rękę i podciągnął do pionu

- Czy ty się uśmiechasz? – zmrużyłam oczy

- Chodź tu Crouch! Jeszcze z tobą nie skończyłem! – sapał Aiden

Leo stłumił śmiech i wciągnął mnie za regał.

- Prędzej zemdleje z wyczerpania niż mnie dogoni..zapowietrzy się chłopak… – skręcał się ze śmiechu

- Jesteś okrutny… – skrzywiłam się – Lepiej uciekajmy stąd do wyjścia. Może uda nam się go wyminąć – złapałam go za rękę i pociągnęłam do wyjścia, ale Leo pociągnął mnie zdecydowanie do tyłu. Niestety był ode mnie silniejszy. Wpadłam w jego ramiona w chwili, gdy Aiden dysząc jak mała lokomotywa przebiegł obok naszej kryjówki.

- Leonard… – poczułam, że się czerwienię. Jeszcze nigdy nie byłam tak blisko żadnego chłopca. Zazwyczaj mnie nie lubili. Może jednak docenia mnie jako Gryfona? Zaczerpnęłam powietrza, żeby coś powiedzieć, nagle Leo odepchnął mnie i położył się płasko na ziemi jak żołnierz. Wymierzył swoją różdżkę i wymierzył cel.

- Fire! – mruknął, a mały płomyk poleciał wprost na tyłek Aidena. Chłopak podskoczył i krzyknął.

Leo zaśmiał się dziko i uciekł. Zdezorientowana pobiegłam za nim. Cały czar prysł.

- Leonrad zamknij się, zdradzasz naszą pozycję! Leo…no tak…mogłam się tego domyślić…ty to traktujesz jako zabawę, tak?! – jęknęłam

- Socretto, nigdy tak dobrze się nie bawiłem! – wydał dziki okrzyk – Nigdy nie byłem w Dziale Książ Zakazanych, a teraz mało, że tu jestem to jeszcze biorę udział w dzikim polowaniu…świat jest piękny…

- Ty do reszty zwariowałeś, Crouch?! To polowanie jest na mnie! – wściekałam się

- Serio? – zatrzymał się – Ale Aiden ściga mnie…

- A idź ty! – machnęłam ręką i zawróciłam

- Electro! – krzyknął Aiden, a ja ledwo odskoczyłam przed jego ciosem – Przestań uciekać Crouch tylko walcz! Socretto! – przystanął, gdy przebiegłam obok niego

- Walcz ze mną! – krzyknął Leo i w powietrzu skrzyżowały się kolorowe iskry

Straciłam już orientację. Nie wiedziałam, gdzie jest wyjście.

- Sabrina, Sabrina, to ty?! – Rose złapała mnie za ramiona

- Tak, Rose, co ja mam robić… – dyszałam

- Biegnij do drzwi, my ich zatrzymamy… – mówiła szybko dziewczyna

- Tu jest, mamy ją! – krzyknął nagle Scorpius

- Biegnij! – popchnęła mnie Rose

Uciekłam. Za sobą słyszałam pisk Rose i śmiech Scorpiusa.

- Chodź tu maleńka! – oślepiło mi światło latarki Brooksa. Wpadłam wprost w jego łapy. Spanikowana ugryzłam go. – A niech cię…szlama mnie ugryzła! – puścił mnie zaskoczony, a ja rzuciłam się do ucieczki – Łap ją Harris, ale uważaj, bo gryzie!

- Już ja jej pokażę… – zaśmiał się chłopak. Skoczył do mnie, ale ja byłam mniejsza i zwinniejsza. Prześlizgnęłam się obok niego i pobiegłam dalej. Słyszałam za sobą dudnienie ciężkich kroków chłopaków. Musze ich zgubić.

- Confundus! – odwróciłam się do nich i rzuciłam zaklęci mylące. Zaczęli kaszleć i zwolnili.

Wykorzystując moment wskoczyłam między regały. Cofając się szybko, wpadłam na kogoś. Pisnęłam zaskoczona.

- Sabrina, to ja… – powiedział cicho Tobby

- Tobby! Co ty tu robisz?! – przestraszyłam się

- Czekałem na ciebie w bibliotece, chyba usnąłem…obudziły mnie jakieś krzyki i zobaczyłam Śłizgonów i te Krukonki…wszyscy pchaliście się do Działu Ksiąg Zakazanych…nie wiedziałem, czy to jakaś zabawa czy wolna wycieczka…i usłyszałem, że Malfoy krzyczał, żeby cię szukać… – mówił drżącym głosem

- Cicho Tobby! Ciii… – zakryłam mu usta ręką – Już nic nie mów…i nie rycz…wyciągnę nas z tego – przytuliłam go do siebie

- Nie płaczę – odepchnął mnie od siebie – Musimy stąd uciekać, tam są drzwi…lumos… – zapalił swoją różdzkę

- Nie! Zgaś ją! – pisnęłam, ale było już za późno. Ja i Tobby ciągnący mnie za rękę pojawiliśmy się na środku ciemnej sali jak latarnia morska. Wszyscy natychmiast na nas spojrzeli i przerwali walkę – No i pięknie… – burknęłam

- Brać ją! – zakomenderował Scorpius, odpychając Rose i biegnąc w moją stronę

Pociągnęłam skamieniałego ze strachu Tobbyego w stronę drzwi. Spanikowany Puchon zgasił światło. Potknęłam się o coś i upadłam na ziemię. Przyjaciel runął obok mnie.

- Teraz akurat nie musiałeś wyłączać światła! – krzyknęłam

- Przepraszam! Mówiłaś… – zaczął płaczliwie

- Czołgaj się! Nisko przy ziemi! – rozkazałam. Teraz mogłam się poczuć jak żołnierz na poligonie. Dzień pełen wrażeń…gdyby Irminka się o tym dowiedziała! Ho ho! W tym momencie ktoś zmiażdżył mi dłoń butem. Pisnęłam. Wielkie cielsko przygwoździło mnie do ziemi.

- Mam cię Socretto! -wydyszał Aiden, potrząsając mną za ramiona

- A ja mam ciebie! – Leo skoczył na nas z okrzykiem zdobywcy

- O Boże moje żebra! – jęknął Tobby, jakby był biedną, małą żabką, którą ktoś rozjechał

- MacMillan?! Jak ty się tu znalazłeś, chłopie? – obrócił się Leo

- Sam się nad tym poważnie zastanawiam… – wyjęczał chłopiec

- Tobby, trzymaj się… – sapnęłam

- Mam ją! Mam ją kuzynie! – Aiden cieszył się jak dziecko

- Dobrze Aiden! Trzymaj się,  już idę! – usłyszałam stłumiony głos Scorpiusa

- Nic z tego! Nigdzie nie idziesz! – krzyknęła Cecylie – Trzymaj go Weasley!

- Odbierz jej papiery! – darł się Scorpius

- Słyszałaś co kuzyn powiedział! – Aiden krzyczał mi prosto do ucha – Oddawaj!

- Po moim trupie! – zawołałam dzielnie, choć przygnieciona jego wielką tuszą, ledwo co oddychałam

- Sabrina daj mu to co chce, bo on mnie przerobi na pastę – rozpłakał się Tobby

I co by w takiej sytuacji zrobił dobry przyjaciel, pamiętniczku? Widząc i słysząc, że biednemu, małemu, niewinnemu Tobby’emu grozi niechybna zagłada przez zgniecenie? Pewnie oddałby ten cenny papierek. Ale nie ja! Ja jestem Sabrina Socretto! Ja umiem myśleć pod napięciem i zawsze znajdę wyjście z sytuacji. Może nie uwierzysz kochany notesiku, ale właśnie w tym momencie w przebłysku nagłego olśnienia przypomniałam sobie zaklęcie z transmutacji. Ostatkiem siły wyciągnęłam moją różdżkę i wymruczałam magiczną formułkę. Odetchnęłam z ulgą, gdy papier przybrał kształt, o którym myślałam. Profesor Muglis byłby ze mnie dumny…

- Socretto! – warknął Aiden, uderzając mnie pięścią po plecach

- AŁA! Nie mam go! – krzyknęłam

- Jak to nie masz?! – odezwały się na raz innego głosy

- Co z nim zrobiłaś, głupia szlamo?! – Scorpius wyrwał się Cecylie i Rose, po czym podszedł do mnie i poderwał z ziemi. W jego oczach płonęła furia.

- Musiałam go zgubić w tej przepychance… – wyjąkałam przerażona. Serce tłukło mi się jak oszalałe. Byleby nie zauważył… – Udusisz mnie… – szepnęłam, widząc że kostki mu bieleją, gdy zacisnął dłonie na moim krawacie

- Ja cię zabiję, Socretto!

- Tylko spróbuj! – Rose skoczyła w mojej obronie

- Zostaw moją przyjaciółkę! – Tobby podniósł się chwiejnie

- Zostaw zbuntowaną Gryfonkę! – przyłączył się Leo

- Kuzynie, to nie byłoby rozsądne… – zaczął Aiden

- Zamknąć się! Wszyscy! Przeszukać salę… – gorączkował się Scorpius – Ja muszę to znaleźć…

- Co musi pan znaleźć, pani Malfoy? – w Dziale Ksiąg Zakazanych zapaliły się latarnie, a w drzwiach pojawiła się McGonagall razem z bibliotekarką

- Pani dyrektor… – wszyscy zbledli i jak na komendę wyprostowali się

- Może mi ktoś wyjaśnić, co grupka uczniów robi w godzinach nocnych w Dziale Ksiąg Zakazanych? – zapytała spokojnie McGonagall, przeszywając nas wzrokiem

Niektórzy otworzyli usta, ale najwidoczniej zabrakło im logicznych argumentów, bo szybko je zamknęli.

- Pomijam fakt, że w ogóle nie powinniście mieć tu wstępu! O żadnej porze! – dodała głośno – Czego pan tu szukał, pani Malfoy?!

- Pani dyrektor… – zaczął grzecznie Scorpius

- Czym mam pisać sowę do twojego ojca?! Pan Malfoy na pewno ucieszy się, że wzywam go do szkoły…

- To przez Socretto, pani profesor – odezwał się Brooks – Ona ukradła przedmiot z naszego klubu.

- Co?! Jakie ukradła?! To wasza wina! To Rose! – wszyscy na raz zaczęli się przekrzykiwać

- Cisza! – krzyknęła dyrektora – Socretto, czy to prawda? To ty jesteś prowodyrem tej całej afery?

- Nie – jęknęłam – To wszystko nie tak…

- To nie było tu żadnej gry terenowej…? – zdziwił się Leo

- Nie! – warknęli wszyscy

- Gra terenowa? – McGonagall złapała się ze serce – No coś podobnego…wszyscy do mojego gabinetu! Natychmiast! Żeby takie rzeczy działy się w Hogwarcie… – mruczała McGonagall, wychodząc z biblioteki i szeleszcząc za sobą długim szlafrokiem

My oczywiście nie mieliśmy innego wyjścia tylko powlekliśmy się za nią. Jak grupa skazańców. Przesłuchiwała nas po kolei do rana. Całe to zdarzenie opisałam siedząc na krzesełku w poczekalni. To bardzo niewygodne krzesło, pamiętniczku. Jednak każdy był tak zmęczony i senny, że nikomu to nie przeszkadzało. McGonagall odjęła każdemu domowi po 100 punktów i udzieliła nam surowej nagany oraz każdy z nas miał areszt do odwołania. Ja zostałam przydzielona do pomocy profesor Lovegood do pomocy w opiece nad zwierzętami. Profesorka bardzo chciała się też dowiedzieć, co takiego „ukradłam”, ale na ten temat zapadła zgodna, nieplanowana zmowa milczenia. Nie oznacza to jednak, że Scorpius i jego banda nie odpłacą się nam za tą akcję, ale fakt faktem papiery zostały u nas. Wracając do dormitorium żadna z Krukonek się nie odzywała. Pewnie każda bała się awantury, jaką zrobi nam jutro Gretel.
Przed wejściem do pokoju wspólnego Cecylie nie wytrzymała i złapała mnie za ramię.

- Socretto, powiedz mi, bo zaraz oszaleję! Ty naprawdę zgubiłaś te kartki? – spojrzała na mnie zbolałym wzrokiem. Już miałam powiedzieć z uśmiechem, że oczywiście, że mam, ale uprzedziła mnie inna Krukonka.

- Daj spokój, zawaliła na całej linii…właśnie dlatego pierwszoroczniakom się nie ufa… – burknęła Sue

- Ona nawet nie chce być w Ravenclawie, czemu miałaby nam pomagać… – prychnęła Bella

- Sabrina? – Rose spojrzała się na mnie z nadzieją

Przełknęłam ślinę i zacisnęłam palce na naszyjniku z krukiem, herbem Ravenclawu i znakiem przynależności do Klubu Przyjaciół Książki. I kto mówi, że Krukoni są inteligentni? Nawet nie zauważyły, że zamieniłam te głupie papiery w naszyjnik. Cóż, miałam im to oddać, ale skoro tak bardzo we mnie nie wierzą, zajmę się tym na własną rękę.

- Dobranoc – mruknęłam i z zacięta miną wróciłam do pokoju

Zaczynało świtać. Moje współlokatorki głęboko spały, a ja dopiero kładłam się spać. Zdjęłam zaczarowany medalion i schowałam go pod poduszkę. Musze się przespać, a potem pomyślę, co z nim zrobić…być może mam przy sobie coś, o co pomoże mi udowodnić swoją pożyteczność? I przestanę być w końcu zdrajcą…

 

O tym jak szkolny huligan spotyka szkolną gwiazdę, czyli lekcja quidditcha w Hogwarcie…

06 lip

16 września 2020 rok

Wiesz pamiętniczku, człowiek to wspaniała istota, zdolna do regeneracji po ekstremalnie ciężkich przeżyciach. Kiedyś, gdy usłyszałam te słowa od mamy, myślałam sobie, że to tylko czcze gadanie, wielkie słowa, za którymi nic się nie kryje. Jednak odkąd jest tu, w Hogwarcie i muszę próbować takich rzeczy jak transmutacja (przez przypadek zamieniłam swój palec w szpon jastrzębia i nie potrafiłam przypomnieć sobie zaklęcia odwracającego. Przez chwilę myślałam, że zostanę już taka na zawsze. Taka kara za pogardzenie  Ravenclawem), astronomia (kto to widział, żeby prowadzić lekcje o północy! Przez następny dzień chodzę jak lunatyk!) czy quidditch…Cóż, może to fajnie wygląda i miło się o tym rozmawia, ale zapewniam cię, że gdy masz sam wsiąść na miotłę, nie jest już tak zabawnie. Wybacz mi szczerość, ale pewnie nie dałbyś sobie rady. Nie przejmuj się, mało kto, daje sobie radę. Przynajmniej na naszych lekcjach, a jestem w grupie z Puchonami. W sumie to mi ich szkoda, bo niektóre Puchonki nawet nie dały rady wsiąść na miotłę, co Irmina skomentowała okrutnym, głośnym śmiechem. Miałam ochotę ja walnąć i zrzucić z tej miotły, ale niestety stała za daleko mnie, otoczona wianuszkiem Krukonów. Ja też uważam, że to śmieszne, ale nie jestem tak wredna, żeby się z nich śmiać. Profesor Hopeson oczywiście zareagował od razu i zadał jej karne ćwiczenia, ale dla Irminy to pestka, zrobiła je z zamkniętymi oczami. To potwór nie dziewczyna. W dodatku, przykro mi to mówić, ale lata na miotle lepiej niż nie jeden chłopak z naszej grupy.

- Nie przejmuj się Sabrina, ona ma o wiele wyższy poziom niż my – szepnął do mnie Tobby podczas jednej z lekcji, gdy bezskutecznie męczyłam się, żeby jej dorównać

- Ćwiczyła w domu? – westchnęłam zniechęcona

- Można tak powiedzieć…Irmina ma we krwi latanie, dosłownie. Jej matka jest byłym zawodnikiem quidditcha naszej narodowej kadry. Podobno grała nawet w ciąży, dopóki stan jej na to pozwolił. Potem chodziła na każdy mecz jako kibic i Irmina urodziła się na stadionie. Teraz jej matka ma ekskluzywny salon z miotłami.

- Żartujesz? – wytrzeszczyłam na niego oczy – To dlatego jest taka nadęta…bo ma sławną mamusię. To ja nie mam szans, żeby latać tak jak ona – zmrużyłam oczy, gdy Kleopatra śmignęła mi koło nosa na miotle

- Oj nie… – prychnął Tobby – Podobno Irmina wcześniej siedziała na miotle niż nauczyła się chodzić…

- A ty skąd to wiesz? – spojrzałam na niego podejrzliwie

- Nasze rodziny się znają… – mruknął cicho, czerwieniąc się – Kiedy byliśmy mali, często razem się bawiliśmy na wakacjach…

- I pomimo tego Irmina tak cię traktuje? Nie mogę w to uwierzyć…przecież się przyjaźniliście…

- Nie, przyjaźń to za duże słowo – zaczerwienił się jeszcze bardziej – Po prostu czasem się bawiliśmy… – wzruszył ramionami

- Skoro tak mówisz… – wydęłam wargi, patrząc na popisy Krukonki

To żałosne pamiętniczku! Przy niej jestem naprawdę żałosna! Ledwo utrzymuję się na miotle, a co dopiero powiedzieć o oderwaniu rąk i łapaniu kafla. Wolałabym też nie przyspieszać, a szkolna miotła po prostu mnie nie słucha. Fatalnie…szalę goryczy przelewa fakt, że mam lęk wysokości. Nie wiedziałam o tym aż do lekcji quidditcha.

- No dalej Socretto, to nie jest tak wysoko. Jeszcze trochę – profesor Hopeson robił dobrą minę do złej gry i cierpliwie starał się mnie nakłonić, żebym wzniosła się na standardową wysokość graczy

- To nie jest takie proste, jak się panu wydaje – uniosłam buntowniczo głowę, ale mój głos zadrżał

- Nie wygłupiaj się Socretto i chodź na boisko! Ja chcę grać! – krzyknęła do mnie Irmina, ustawiona na pozycji pałkarza. Współczuje zawodnikom z przeciwnej drużyny, bo to żywy taran…

- Nie dam rady, panie profesorze… – popatrzyłam na niego błagalnie

Łysy osiłek westchnął i podrapał się po karku. Był dobrym nauczycielem. Lubił sport i bardzo chciał nas zarazić swoją pasją. Widziałam, że moja grupa Krukonów-mózgowców i Puchonów-fajtłapów sprawiała mu w tym roku zawód. Czułam się z tym źle, że go zawodzę, bo polubiłam go. Tylko co ja poradzę, że naprawdę boję się wysokości?!

- Dobrze Socretto, polataj sobie wokół boiska, żeby oswoić się z miotłą… – pozwolił mi niechętnie

- Dziękuję, panie profesorze – odetchnęłam z ulgą

- Socretto…wiesz, że wiecznie nie będę ci na to pozwalał? – zawołał za mną

- Tak wiem! – odkrzyknęłam z uśmiechem i wolno ruszyłam na miotle wokół boiska

W ten sposób kończyła się większość moich zajęć quidditcha, o ile na koniec był przewidziany mecz. Zwykle po kilku minutach dołączał do mnie Tobby, którego ciągle ktoś faulował. Różnica między nami była taka, że on chciał zostać na boisku, ale pan Hopeson mu nie pozwalał, a zatem lataliśmy sobie razem i gadaliśmy. Tobby udzielał mi rad, jak mam siedzieć na miotle, jak mam trzymać kij, ale to wszystko było za mało. Zarówno ja jak i Tobby potrzebowaliśmy wzoru. Postanowiliśmy sobie, że do końca tego roku wybijemy się i pokażemy Hopesonowi, że jest super nauczycielem, bo nawet z łamagi potrafi zrobić świetnego gracza. W tym celu postanowiliśmy oglądać mecze innych grup…

Naturalnie zaczęliśmy od naszego rocznika. Gryffoni i Ślizgoni mieli lekcje razem. Raz my byliśmy pierwsi raz oni. Gdy oni byli po nas, ja i Tobby wymykaliśmy się z szatni i ukrywaliśmy się na trybunach. Z kolei gdy oni mieli lekcje przed nami, mieliśmy trochę utrudnione zadanie, bo trwały jeszcze nasze lekcje. Na szczęście wielu uczniów wymykało się z Historii Magii, a profesor Binns wydawał się niczego nie zauważać, dlatego ja i Tobby od czasu do czasu też tak robiliśmy. Wiem, że nie zgodne z regulaminem pamiętniczku, ale gdybyś wiedział jak nudne są te lekcje, do razu byś mnie zrozumiał…

Siedząc na tych trybunach z zadowolonym Tobbym, który cały czas z przejęciem komentował co lepsze akcje i torbą czekoladowych żab, czułam, że naprawdę lubię Hogwart. Nie ma to jak popatrzeć na dobrą, zgraną, energiczną grę. Trzeba przyznać, że Gryffoni i Ślizgoni potrafią grać…albo chociaż starają się lepiej niż my. Profesor Hopeson uwielbia ich uczyć. Jego pupilkiem jest oczywiście Leonrad Crouch…chociaż wydaje mi się, że trener nie miał za bardzo wyboru w tej kwestii, bo Leo przyczepił się do niego jak rzep do psiego ogona od pierwszych dni w Hogwarcie. Wydaje mi się, że profesor jest dla niego guru, największym idolem, a Gryffon skoczył by za nim w ogień. Inna sprawa, że profesor jest opiekunem Gryffindoru.

Z zapartym tchem śledziłam, jak Leo miota się na miotle po boisku jak szatan. Wszędzie było go pełno. Tu wbił gola,tam odbił tłuczka, jeszcze dalej przejął kafla…naprawdę zastanawiam się, czy on urodził się tak ruchliwy jak małpa czy codziennie rano coś bierze. Jego rywalem na boisku jest oczywiście Aiden Black. Może ten bezlitosny, rozpieszczony bachor jest otyły, ale wie jak grać w quidditcha. Tobby powiedział mi, że Aiden mieszka z Malfoyami, a jego wujek bardzo lubi tą grę i kiedyś grał nawet w szkolnej reprezentacji, więc chłopak chcąc nie chcąc musiał się nauczyć podstaw. Właściwie to dzięki tej dwójce i ich nieustannym przepychankom gra nabierała rumieńców. Nienawidzili się i to było widać gołym okiem. To dziwne, bo Leo jest bardzo wesołym i tolerancyjnym człowiekiem…nie ma chyba osoby w szkole, z którą Leo nie potrafiłby zagadać. On ze wszystkimi znajdzie wspólny język i jest przy tym tak czarujący, że bardzo dużo uczniów i nauczycieli go uwielbia (resztę po prostu irytuje!). Aiden jest właśnie tym przysłowiowym kamieniem. A wszystko zaczęło się właśnie od jednej z lekcji quidditcha…Nie pisałam ci o tym pamiętniczku? W takim razie muszę to szybko nadrobić, bo to była niezła afera…nawet McGonagall się w to wmieszała.

Leonard zaczął się popisywać już od pierwszej lekcji. Słyszałam, jak przechwala się na szkolnych korytarzach, że jest „mistrzem” w szukaniu złotego znicza, ataku, obronie…i ogólnie we wszystkim. Wystarczyło kilka dni, żeby poznać, jaki z niego gaduła. Jeśli mu nie przerwiesz, chłopak zagada cię na śmierć. Zwłaszcza gdy ktoś był zbyt nieśmiały lub za grzeczny, by mu przerwać. A on szukał właśnie takich słuchaczy! Szukał widowni, która nie będzie mu przerywać, a on w spokoju mógł się chwalić swoimi błyskotliwymi uwagami i zabawiać towarzystwo.  Tak też było na lekcjach. Leo latał między miotłami uczniów jako samozwańczy asystent trenera i zabawiał wszystkich, a czasem poprawiał, jeśli ktoś nieprawidłowo siedział na miotle. Ślizgoni jak zwykle patrzyli na niego jak na wariata, ale on zupełnie się tym nie przejmował.

- Hej małpa, uważaj, bo jak zaryjesz mordką w ziemię to nawet pielęgniarka szybko cię nie poskłada – zarechotał Aiden, widząc jak Leo robi pompki, utrzymując się na miotle na rękach

- O mnie się nie bój stary, nie raz miałem rozległe złamania – wyszczerzył się Gryfon – Jak miałem 6 lat spędziłem w szpitalu miesiąc, zanim zrosły mi się żebra. Matka i dziadek prawie dostali zawału jak o tym usłyszeli… – śmiał się

- Niech cię licho Crouch…jesteś niezniszczalny, czy co? – burknął potężnie zbudowany Ślizgon ze zrośniętymi brwiami i marsowym wyrazem twarzy

- A co, chcesz mnie wypróbować? – jego oczy zaświeciły mu się, jak zawsze, gdy rzucał wyzwanie. To taki typ osoby, która sama przyczyni się do własnej śmierci, pamiętniku. Nieobliczalni ludzie…

- Może nie w tej chwili, ale zapamiętam to sobie Crouch… – zarechotał Aiden

- Małpa, usiądź na miotle! – gwizdnął profesor Hopeson. Nawet on zaczął tak na niego mówić – Chodź tu, będziesz bronił bramki. Musisz mieć jakieś zajęcie, bo odwala ci… – pokręcił głową

- Tak jest, panie psorze! – Leo zasalutował, jak zwykle pełen zapału i natychmiast wleciał na pole obrońcy. Przy nim nikt nie miał szansy wrzucić gola. Oprócz Aidena Blacka. Tak to się właśnie zaczęło…

- No, no…dobrze Black. 10 punktów dla Slytherinu! – ucieszył się trener – Wrzucić kafel, gdy Crouch stoi na bramce to nie lada wyzwanie – poklepał go po plecach, a na tłustej buźce blondyna rozkwitł okropny, triumfalny uśmiech. Ślizgoni zaczęli wiwatować.

- Panie psorze! To był wypadek! Ja się zamyśliłem, ja już więcej… – Leo dostał słowotoku. Szybko podleciał do trenera i żywo gestykulując zaczął się tłumaczyć.

- Spokojnie, Leo – trener położył mu ręce na ramionach, żeby chłopak przestał podskakiwać na miotle – Ochłoń trochę. To jest gra. Jedni wrzucają do bramki, drudzy bronią. Raz się udaje, a innym razem nie. Nikt nie jest niezawodny – powiedział spokojnie

- Ale profesorze Thompson… – naburmuszył się chłopak

- Następnym razem się poprawisz – poklepał go po ramieniu i zagwizdał na wznowienie meczu

Rzeczywiście Leo poprawił się (o ile to było możliwe. Jak dla mnie zawsze daje z siebie 100%), ale Aiden stał się dla niego wrogiem numer jeden. Zawsze gdy mijali się na korytarzu albo musieli grać przeciwko sobie, posyłali sobie nienawistne spojrzenia. Leonard już nigdy nie próbował traktować Ślizgona jak kumpla. Aiden szybko wyczuł to zmianę nastroju. Nie dziwię się. Aidena Blacka raczej nikt nie lubi (może oprócz jego wiernych sługusów-bliźniaków i kuzyna Scorpiusa. Chociaż ten ostatni traktuje go bardziej jako popychadło…ale o tym napiszę kiedy indziej). Wiesz pamiętniczku, odniosłam nawet wrażenie, że Aidenowi podoba się ta zmiana u Leo. Wreszcie mógł go traktować tak jak wszystkich. Z tą mała różnicą, że „waleczny lew Leonard” nie dał sobie w kaszę dmuchać, więc Aiden nie mógł go zastraszać. Tobby podpowiada mi, że prowadzili ze sobą „zimną wojnę”…w sumie można tak to nazwać. Konflikt przerodził się w prawdziwą wojnę, gdy w grę weszła dziewczyna, a mianowicie urocza, ale całkowicie nieporadna Gryfonka – Millicent Graham. Typowa słodka blondyneczka. Nie rozumiem, czemu chłopcy czują do takich słabość. Tobby mówi mi, że to pewnie dlatego, że przy nich mogą wykazać swoją waleczność i opiekuńczość, po prostu czują się potrzebni…niech się pocałują w nos z tą swoją rycerskością! Wybacz Tobby…

Przepraszam za bazgroły, pamiętniczku, ale Tobby wyrywał mi pamiętnik, bo przeczytał mi przez ramię co napisałam. Już go uciszyłam…(nie bój się, nic mu nie zrobiłam. Po prostu schowałam mu różdżkę. Trochę potrwa, zanim się zorientuje, że ja ją mam) możemy kontynuować…A zatem Millicent jak Helena Trojańska stała się przyczyną wybuchu krwawej wojny między Leo a Aidenem. Zacznijmy od tego, że babcia Millicent prowadzi najlepszą cukiernię na Pokątnej, a zatem zawsze zaopatruje wnusię w torby słodyczy. Kochana Millicent nie może powiedzieć babci, że nie je tyle czekoladek, bo „dba o linię, więc rozdaje je kolegom i koleżankom. Pech chciał, że o nowej „dilerce” dowiedział się Aiden. Na początku Millicent bez gadania dawała mu słodycze i tym załatwiła sobie nietykalność. Stopniowo sytuacja zmieniła się, kiedy Black potrzebował coraz więcej słodyczy. Urocza Millicent tupnęła nóżką i powiedziała „dość”. To nie spodobało się Ślizgonowi, oj nie…dziewczyna straciła swoją nietykalność i Aiden dręczył ją tak jak wszystkich. Mała nie mogła nigdzie chodzić sama, bo gonił ją po korytarzu, ciągnął za jej piękne, długie włosy i straszył, że powyrywa sierść jej białemu, puszystemu persowi. Niedola Millicent nie potrwała jednak długo i księżniczka znalazła szybko swojego dzielnego rycerza – Leonarda Croucha, który wychodził ze skóry, żeby jej zaimponować. Leo nosił za nią książki, odprowadzał z klasy do klasy i pomagał czasem z lekcjami. A gdy na horyzoncie pojawiał się Aiden…bronił jej jak rycerz. Millicent ze swoimi koleżankami uwielbiała patrzeć na ich słowne potyczki (zupełnie nie wiem, skąd się biorą takie dziewczyny). Do pierwszych rękoczynów doszło właśnie na treningu quidditcha.

Aiden cały czas faulował biedną Millicent, która była w obronie. Profesor pierwszy raz postawił ją na takiej pozycji, ale szybko zaczął tego żałować.

- Panie psorze! Black zaraz ją zgniecie! Niech go pan usunie z boiska! – awanturował się Leo, który tym razem grał na pozycji szukającego.

- Sam się usuń z boiska, Crouch! – warknął Aiden – Jestem atakującym, muszę ja atakować!

- Ale faulować mnie nie musisz! – Millicent potrafiła ryczeć jak prawdziwa aktorka

- Sama dajesz się faulować, głupia krowo! – krzyknął wściekły Black

- Jasne, myślisz, że ktoś ci uwierzy?! Przecież wszyscy wiemy, że uwziąłeś się na Millicent! – rozkręcał się Gryfon

- Przestań Leo! Widziałam, że Millicent udawała! Black nie zrobił niczego wbrew… – podskoczyłam do góry jak piłka, ale Tobby szybko ściągnął mnie z powrotem na ławkę. Powiedział, że lepiej, żebym się do tego nie wtrącała. Może miał rację, ale ja nie potrafię milczeć w takich sytuacjach.

- Nie wtrącaj się, Socretto! – ofuknął mnie Leo

- Uspokójcie się! – Hopeson podleciał do nich na swojej miotle. – Pokaż rękę Millicent…boli? – spróbował ją zgiąć

- AŁA! Panie profesorze, chyba ją złamał! – zawyła. Większość Gryfonów przewróciła oczami. Najwidoczniej są przyzwyczajeni, że dziewczyna lubi robić wokół siebie zamieszanie.

- Co najwyżej mogłaś nadciągnąć ścięgno… – Hopeson, chrząknął, starając się ukryć śmiech – Ląduj i siadaj na ławce. Zaraz dam ci maść chłodzącą…

- Patrz co jej zrobiłeś, tłusty słoniu! – Leo od razu zaatakował Aidena, gdy tylko nauczyciel zniknął z pola widzenia

- Licz się ze słowami, małpiatko! Nic jej nie zrobiłem! To symulantka i manipulantka! – bronił się Black

- O nie! Nie pozwolę obrażać koleżanki z mojego domu! – rozgniewał się Leonard i podleciał szybko do Aidena. Reszta Ślizgonów natychmiast go otoczyła. Widząc to Gryfoni ustawili się po bokach Croucha. Powietrze zrobiło się gęste od napięcia. Znowu zerwałam się z ławki, obserwując z niepokojem całą sytuację.

- No chodź tu Crouch. Rozwalę twoją uśmiechniętą gębę tak, że mamusia cię nie pozna – zarechotał Aiden

- Tchórz! Jesteś mocny tylko w słowach! Chcesz chować się za swoimi kolegami czy wolisz zmierzyć się ze mną? – wściekły Leonard podskakiwał na miotle jakby go parzyła w tyłek – A może jesteś zbyt gruby, żeby się ruszyć, co? -zawołał, a Gryfoni zaczęli śmiać się i gwizdać

- Za gruby, co? – blondyn przestał się śmiać i zrobił marsową minę – Zaraz się doigrasz, małpo… – zazgrzytał zębami. Ślizgonka z krótką, chłopięcą fryzurą zagrodziła mu drogę miotłą.

- Odsuńcie się – syknął Leo do reszty Ślizgonów – To sprawa między mną a Blackiem.

- Nie – mruknął z kamienną twarzą Perry

- A to dlaczego?! – Leo wytrzeszczył na nich oczy

- Slytherin nie będzie tracił czasu na takich bękartów jak ty… – prychnął Perry, patrząc na niego z wyższością. Ślizgoni zrobili „uuuu…”

- Co powiedziałeś?! – Leo aż poczerwieniał ze złości. Jego koledzy musieli go złapać, żeby nie rzucił się na Perrego.

- Robi się gorąco… – pokiwał głową Tobby, patrząc to na jedną, to na drugą stronę. Nie musiał mi tego mówić. Ja sama stałam już od pewnego czasu i nerwowo przytupywałam. Jak ten Tobby mógł ze spokojem jeść słodycze?!

- Dość! – ryknął trener, a wszyscy zamarli jak rażeni gromem – Przestańcie się zachowywać jak zwierzęta! Idę z Millicent do skrzydła szpitalnego. Wrócę za pięć minut. Niech nikomu do głowy nie przyjdzie wznawiać gry albo co gorsza bójki. Konsekwencje będą poważne – spojrzał się na nich groźnie

- Tak jest, panie profesorze – odpowiedzieli wszyscy chórem, ale gdy tylko nauczyciel i Millicent zniknęli w szkole, chłopcy znowu na siebie naskoczyli.

- Znasz grę w Ikara, Black? – zapytała Leo z podstępnym, złośliwym uśmiechem. Jeszcze nigdy nie widziałam go w takiej roli. Wyglądał, jakby chciał zabić Aidena i to w jak najbardziej bolesny sposób.

- Oczywiście, że znam ptasi móżdżku – zmrużył oczy i uśmiechnął się nieprzyjemnie, a w jego pulchnej buzi pojawiły się dołeczki

- Nie jest dobrze… – MacMillan pobladł i opuścił lornetkę

- Nie, nie zgadzam się! – wydarłam się na nich, wychylając się przez trybuny – Tobby, co to właściwie jest gra w Ikara? – po chwili namysłu odwróciłam się do kolegi

- To taka brutalna zabawa…jakby ci to wyjaśnić… – podrapał się po głowie – Polega na tym, że jedne zawodnik musi zrzucić drugiego z miotły nie używając przy tym zaklęć…

- Coś w rodzaju zapasów?! – wytrzeszczyłam na niego oczy

- Nie wiem, co to zapasy… – skrzywił się

- Dwóch facetów bez mózgu siłuje się, dopóki nie znokautuje drugiego. Ten głupi nieszczęśnik nie może podnieść się po nokaucie z ziemi, żeby ten pierwszy wygrał – wyjaśniłam w skrócie

- Tak, to podobna zabawa… – zmarszczył brwi Tobby – Tylko, że w powietrzu…no i ten kto spadnie, zawsze odnosi poważne uszkodzenia. Jeśli wysokość jest za duża, może nawet zginąć…no wiesz, taki ikarowy lot – chrząknął

- No nie! – jęknęłam – Nie zgadzam się na to! Słyszycie?! – krzyknęłam znowu do zawodników

- Zamknij się! – Leo i Aiden krzyknęli na mnie jednocześnie, nie spuszczając z siebie wzroku

- Gramy do pierwszego zrzucenia – powiedział zdecydowanie Leo

- A co, boisz się, że za drugim razem nie będziesz w stanie się podnieść? – zakpił Aiden

- Boję się, że twoje wsparcie tego nie wytrzyma – uśmiechnął się wrednie Crouch

- Leo, naprawdę chcesz to zrobić?! Dla Millicent?! – Bill, kumpel Leonarda oderwał się od grupki dyskutujących Gryfonów

- Tak, a ty będziesz moim wsparciem – powiedział uroczyście, kładąc mu rękę na ramieniu

- Leonrad! Aiden! – wypluwałam płuca, ale oni i tak mnie nie słuchali. Chłopaki szybko się dogadali i ustawili się na pozycjach. Oddali różdżki swoim sekundantom. Dziewczyny, zarówno Gryfonki jak i Ślizgonki nie chciały mieć z tym nic wspólnego, dlatego ostentacyjnie wróciły na ziemię.

- Potrzebny nam sędzia – powiedział nagle Bill

- Ja będę sędzią, Gryfonie – warknął Perry

- O nie! Będziesz faworyzował Blacka! – zaprotestowali Gryfoni

- Socretto i ten dzieciak! Oni są bezstronni – zauważył jeden ze Ślizonów

- Bezstronni?! Przecież ta Krukonka chciała być w Gryffindorze! – wściekli się Ślizgoni

- Dlatego MacMillan będzie jej pomagał! – uparli się koledzy Leo – Socretto, MacMillan, bierzcie miotły!

- Nigdzie nie idę! Nie zgadzam się! – wkurzyłam się

- Socretto! Właź natychmiast na boisko! – krzyknął czerwony ze złości Leo

- Nie! – skrzyżowałam ręce i usiadłam na ławce – Przegrzało wam mózgi do końca!

- Socretto, jak w tej chwili tu nie przyjedziesz, to przyrzekam, że znajdę cię w szkole i nikt cię nie uratuje! – syknął Aiden – Wiesz, że moja rodzina jest wyklęta przez kontakty z czarną magią?

- Nie boję się ciebie, Black! – uniosłam dumnie głowę

- Socretto! Chcesz być Gryffonką?! – Leo podleciał do mnie błyskawicznie i oparł się o barierkę. Odskoczyłam do tyłu

- Jasne, że chcę! – odgryzłam się

- To chociaż raz wykaż się! Jeśli będziesz sędziować, to obiecuję, że znajdę sposób, żebyś mogła być w Gryffindorze – powiedział szybko

- Co?! Jaki? – spojrzałam na niego zdziwiona

- Nie ważne, znajdę sposób – powtórzył rozgorączkowany – Wiesz, że ja dotrzymuję słowa. W końcu jestem Leonard Crouch.

- Ale ja nie umie sędziować… – upuściłam zrezygnowana ręce

- Ale ja umiem! – ożywił się Tobby, a ja spojrzałam na niego jak na wariata. Tego się po nim nie spodziewałam.

- Świetnie! – klasnął w dłonie Leo – Słyszycie?! MacMillan będzie sędziował, a Socretto będzie mu pomagała! – zawołał i wrócił na pozycję

- Tobby…co ty zrobiłeś? – spojrzałam na niego z wyrzutem – Oni się pozabijają… – jęknęłam

- Właśnie po to tam idziemy. Będziemy ich pilnować – powiedział z zaciętą miną. To był nowy Tobby – sędzia.

Tak oto pamiętniczku dostałam miotłę i znalazłam się między dwoma rozwścieczonymi chłopakami pragnącymi zemsty i rozładowania emocji. Byłam w samym oku burzy testosteronu! To niezapomniane przeżycie, uwierz mi. Latałam za Tobbym, który z miną profesjonalisty oglądał przepychanki Leo i Aidena. Musiałam ciągle unikać zderzenia z rozpędzonymi chłopakami, a jednocześnie być blisko nich, żeby widzieć, czy któryś nie pomaga sobie magią. To dało mi o wiele więcej niż ćwiczenia manewrów z profesorem Hopesonem. W momencie, gdy człowiek walczy o swoje przetrwanie, wszystko jakoś łatwiej przychodzi…

Leonard i Aiden nie oszczędzali się. Tłukli się pięściami, miotłami, kopali się…ale okazało się, że wcale nie tak prosto zrzucić kogoś z miotły. Black uderzył Croucha z lewego sierpowego w szczękę. Aiden ma niedźwiedzią łapę, więc pisnęłam ze strachu, gdy Crouch poleciał do tyłu. Nie na darmo ma jednak ksywkę „małpa”. Leo okręcił się na miotle o 360 stopni, a wracając do pionu walnął Blacka butem w brzuch. Blondyn stęknął głucho skulił się. Odrzuciło go do tyłu. Walka z minuty na minutę była coraz bardziej brutalna. Chłopcy dzielnie dopingowali swoich kolegów, ale dziewczyny patrzyły na te popisy przez palce. Po jakimś czasie chłopaki byli tak posiniaczeni, podrapani i zakrwawieni, że nie miałam serca na to patrzeć.

- Wystarczy! – zawołałam, ale nikt nie zareagował – Tobby, przerwij to!

- Nie mogę, któryś musi zrzucić…

- Tobie też odbiło?! Zobacz w jakim oni są stanie! – wściekałam się

- Nie mogę… – przestraszył się mojego wybuchu

- Skoro ty nie możesz, to ja to zrobię! – zdecydowałam w przypływie nowej odwagi – Stop! Zakończcie to! – warknęłam, lecąc w ich stronę. Czemu nigdy nie ma nauczyciela, gdy jest potrzebny?! Chłopaki w ogóle nie zwrócili na mnie uwagi. Byli w transie…morderczym transie…

- Dość! Już sobie wszystko wyjaśniliście! – mój głos coraz bardziej drżał. Przybliżyłam się do nich.

- Socretto, odsuń się! Zaraz w ciebie uderzą! – krzyknął z daleka Bill

- Złaź z ringu, Socretto! – zawtórował Perry

- Nie ma mowy! – warknęłam i pod wpływem impulsu wleciałam między nich

- Leo!… Aiden!… Dość! – krzyczałam, unikając ich ciosów

-  Zjeżdżaj stąd! – wysapał Crouch, kopiąc Blacka nad moją głową

- Dajcie już spokój…

- Socretto, zaraz cię zmiażdżę, więc… – zaczął spocony Black

- Mam go! Mam! – Leo korzystając z nieuwagi i zmęczenia przeciwnika skoczył mu na plecy

- Leonard! – pisnęłam, a Gryfoni zaczęli wiwatować

- Mam cię gruby słoniu!

- Złaź ze mnie! – Aiden próbował się otrząsnąć, ale Crouch go szarpał. Cóż, nie da się ukryć, że był mniej sprawny…Musiałam coś zrobić. Rzuciłam się na pomoc.

- Błagam…zrobicie sobie krzywdę! – podleciałam i zaczęłam odciągać Leo, który ciągnął Aidena za głowę

- AŁA! Ugryzł mnie! – zaskrzeczał Leo, gdy blondyn zatopił zęby w jego nadgarstku, gdy Crouch chciał go poddusić

- Zjem cię całego, Crouch! – ryknął rozwścieczony Aiden

- Słodki Jezu…on nie żartuje! – pisnęłam histerycznie – Tobby, na brodę Merlina, chodź tu! – krzyknęłam, próbując rozdzielić chłopców. Sytuacja zaczynała wymykać się spod kontroli. Przestraszony Puchon natychmiast mnie posłuchał (jak zwykle zresztą!) i podleciał na pomoc. Oboje zaczęliśmy odciągać od siebie walczących. Niestety oni wpadli w jakiś amok.

- Przestańcie! – szarpałam ich

- To bez sensu! Nawet we dwójkę jesteśmy od nich lżejsi! – wydyszał Tobby – Pomóżcie nam! – zawołał rozpaczliwie do gapiących się „kibiców”.

W tym momencie poczułam, że pupa zsuwa mi się z miotły. Pisnęłam i złapałam się czegokolwiek, co miałam pod ręką. W tym przypadku pleców Leo.

- Złaź ze mnie, Socretto! – krzyknął, gdy zacisnęłam kurczowo ręce wokół jego talii. Katem oka spojrzałam w dół i aż mi się zakręciło w głowie. Nie mam mowy, żebym go teraz puściła!

- Odczep się MacMillan! – warknął Aiden, a ja zobaczyłam, że mój przyjaciel dzielnie przyssał się do pulchnej nogi Blacka

- Nie mogę!

- Musicie! Jedna miotła nas nie utrzyma! – krzyknął Black

- Och, teraz na pewno! Już z samym tobą miała problemy! – prychnął Leo – Ale wiesz, bez ciebie byłoby lżej… – zaczął znowu go szarpać

- Leo! Żadnych gwałtownych ruchów! – pisnął Tobby, dziewczęcym głosikiem

- Aiden! – zawtórowałam

- No co?! To on się rzuca!

- Zaraz spad… – zaczęłam, ale nie dokończyłam, bo w tym momencie stało się najgorsze…runęliśmy w dół krzycząc dziko

Wiesz, pamiętniczku, pewnie roztrzaskalibyśmy się o ziemie. W tej krótkiej chwili, gdy spadałam, układałam sobie w głowie testament i dziękowałam, że mogłam się uczyć w Hogwarcie nawet tak krótko, gdy nieoczekiwanie…pojawiła się McGonagall. Pewnie zobaczyła nas ze swojego gabinetu i chciała nam pomóc, więc przybiegła na boisko. Później Rose mi mówiła, że chciała spowolnić nasz upadek, ale nie utrzymała nas. Tak szybko pędziliśmy! Finalnie, zatrzymała upadek. Wlecieliśmy w nią…cóż, trochę zamortyzowała upadek, ale i tak cała nasza piątka trafiła do skrzydła szpitalnego. 

Tak właśnie zakończyła się nasza bohaterka zabawa w Ikara. Nikomu nie stało się nic poważnego. Moja złamana ręka szybko się zrosła, dzięki magicznemu eliksirowi pani Pomfrey…Całe szczęście…Od tego wypadku Aiden i Leo wstąpili na wojenną ścieżkę. Do mnie i Tobbyego też się nie odzywają, wściekli, że im przerwaliśmy. Millicent chodzi dumna jak paw i mówi wszystkim, że chłopcy biją się o nią. Jak dla mnie to coś ważniejszego…walka o honor. W końcu ich bitwa nie została rozstrzygnięta. Wszyscy dostaliśmy oczywiście naganę i areszt u McGonagall, a nasza akcja przeszła do historii szkoły. James i Albus zaczęli nas porównywać do swoich wujków – Freda i Georga, ale Rose nie podzielała ich entuzjazmu. Powiedziała, że bardzo się na mnie zawiodła. Przecież chciałam ich powstrzymać! Co mogłam jeszcze zrobić? Życie jest niesprawiedliwe. Wiesz pamiętniczku, ja naprawdę chciałabym prowadzić spokojne życie…niestety teraz znowu wszyscy o mnie rozmawiają. Zastanawiają się, czy byłam po stronie Leo, czy Aidena. Sama nie znam odpowiedzi na to pytanie…po prostu chciałam to przerwać. Ważne, że nikt nie zamęcza pytaniami Tobby’ego. Ja do plotek się przyzwyczaiłam. Plus jest taki, że końcu przestałam się bać latania na miotle…a jednak mama miała rację, człowiek jest w stanie regenerować się po ekstremalnie ciężkich przeżyciach.

 

 

O tym jak próbuję nie otruć nikogo moim wywarem na lekcji elikisrów i odkrywam swoją pasję w walce z czarną magią…

28 cze

14 września 2020 rok

Siedziałam na parapecie w sowiarni w Zachodniej Wieży i z całych sił próbowałam się skupić, żeby napisać przyzwoity list do domu. Minęły już prawie dwa tygodnie odkąd przyjechałam do Hogwartu. Obiecałam mamie, że będę często przysyłała jej listy, żeby się chwalić, jak mi idzie, ale na razie po prostu nie ma czym się chwalić…Muszę jednak coś wymyślić, żeby się o mnie nie martwiła. Chcę, żeby cały czas wierzyła, że tu w Hogwarcie mam lepsze życie. Problem w tym, że nie umiem kłamać! I ona doskonale wie, kiedy próbuję kłamać…Na brodę Merlina, co ja mam jej napisać? Wydaje mi się, że wszystko brzmi tak głupio i banalnie…Sam to oceń, pamiętniczku:

Kochana mamo,
przepraszam, że tak długo zwlekałam z napisaniem listu, ale świat czarodziei tak bardzo różni się od naszego, że trochę czasu mi zajęło, zanim się do niego przyzwyczaiłam.
(to akurat prawda, wciąż nie mogę się przyzwyczaić do panujących tu zasad) Może nie uwierzysz, ale ten list piszę samopiszącym piórem. Takie cuda tu się dzieją…Domyślam się, że jesteś w szoku, że sowa przyniosła ci list, a pomyśl, że ja mam takie niespodzianki na co dzień!  (nie będę opisywać szczegółów, bo mama padłaby, gdyby usłyszała, że są tu „fasolki” o smaku wymiocin i moi kochani koledzy poczęstowali mnie nimi dla żartu) Codziennie odkrywam coś nowego. Wiesz mamo, że tutaj schody się ruszają? Ale nie tak jak w centrum handlowym. Dosłownie zmieniają trasę! Trzeba się szybko orientować, bo przez przypadek można się znaleźć na zupełnie innym piętrze. Często się tak z nimi bawimy po lekcjach. Nawet nie wiesz jakie to zabawne.  ( taaa…jak cholera. Dziwnym trafem schody „podróżują” najczęściej, gdy ja na nich jestem. Albo mnie nie lubią, albo ktoś się z nimi dogadał, w co byłabym skłonna uwierzyć. Fakt jest taki, że przez nie notorycznie spóźniam się na lekcje). Nie myśl jednak, że cały czas się bawię. O nie! Tutaj też jest mnóstwo nauki. Może nie mam matematyki i angielskiego, ale musimy robić obszerne prace domowe z transmutacji, zaklęć i innych przedmiotów (niestety to ja mam zawsze najwięcej zadane, bo Gretel i paru innych nauczycieli po prostu się na mnie uwzięli. Na zaklęciach jestem już spalona do końca szkoły…chyba, że zmieni się nauczyciel). Nie martw się o mnie, jakoś daję radę. Mam naprawdę dobre oceny. (to akurat prawda, nie chwaląc się. Mimo, że nauczyciele wyciskają ze mnie siódme poty, zdaję wszystkie testy i zwykle udaje mi się wybronić się na odpowiedziach ustnych). Moim domem jest Ravenclaw. Ten, w którym są inteligentni, ambitni, pracowici, bystrzy i oryginalni studenci (są też bufonowaci, zarozumiali, kapryśni i zdecydowanie mają o sobie za duże mniemanie). Wiem, że przed wyjazdem dużo mówiłam o Gryffindorze, ale ostatecznie zadomowiłam się w Ravenclawie. (kłamstwo….!). To wspaniały dom, serio. Wszyscy są tu ambitni i chcą się jak najwięcej nauczyć. Sama mówiłaś, że widzisz jak lubię się uczyć – idealne miejsce dla mnie. W końcu mam w pokoju tyle książek, że chyba do końca życia nie zdążę ich przeczytać (to jedyny plus pokoju wspólnego…uwielbiam tą bibliotekę). Opiekunka mojego domu, Ginevra Gretel, uczy mnie też zaklęć. Jest wspaniałą, utalentowaną czarownicą. Dba o nas i jest dla nas jak druga matka. (robiło mi się niedobrze, jak pisałam te słowa…Zwłaszcza, że Gretel jest wredną, pozbawioną uczuć wiedźmą, która ma swoich pupilków, a resztę poniża i ośmiesza i większość Krukonów, ba, większość uczniów, po prostu jej nie cierpi!). Szybko znalazłam też nowych przyjaciół. Mieszkam w pokoju z super dziewczynami. Potrafimy przegadać wspólnie cały wieczór! (cóż, po interwencji profesor Gretel Irmina musiała przyjąć mnie do pokoju, ale to wcale nie rozwiązało sprawy. Teraz jest jeszcze gorzej. Ta Kleopatra odsunęła moje łóżko najdalej jak mogła pod okno, a reszta dziewczyn zsunęła swoje rzeczy w jeden kąt pokoju, tworząc coś w rodzaju wrogiego obozu. Coś w tym jest, bo naprawdę czuję się tam jak na poligonie. Irmina zagroziła, że jeśli przekroczę ich linię ochronną, zaatakuje mnie. Najlepiej żebym się do nich nie odzywała i udawała, że nie istnieję. Nie musi nawet o to prosić, bo ja z własnej woli nie mam zamiaru z nią rozmawiać!). Mam też wielu znajomych w innych domach. Wszyscy są tu tacy mili. ( o tak…Aiden dręczy mnie i Tobby’ego kiedy tylko ma okazję. Ja oczywiście nie poddaję się tak łatwo i walczę z nim albo uciekam, a on z powodu swojej tuszy nie ma szans mnie dogonić, ale Tobby…często zostaję z nim, żeby go bronić. Wcale mi się to nie podoba, ale Tobby nie ma tu nikogo innego, kto stanął by w jego obronie. Z kolei Leonard po pierwszej lekcji Opieki nad Magicznym Stworzeniami i ataku smoka chodził przez pewien czas łysy. Teraz włosy mu trochę odrosły i ma fryzurę na jeża. Nie wiem, co jego koledzy mu nagadali, ale Leo chyba mnie obwinia o ten wypadek…tak jak cała reszta Gryffonów. Uważają, że skoro jestem „mądrą Krukonką” mogłam go jakoś powstrzymać przed robieniem głupot. Każdy pretekst jest dobry, jeśli się kogoś nie lubi, prawda? Oczywiście ta przygoda niczego Leonarda nie nauczyła. Cały czas pajacuje, odwala ryzykowane akcje i jest powszechnie znany w całej szkole jako kawalarz i buntownik. Wszędzie go pełno i szybko zyskał popularność. Nie wyżywa się na mnie tak jak Aiden ze swoją świtą, ale często kpi i żartuje z tego, że chcę być jedną z nich…a to boli nawet bardziej niż przemoc fizyczna. A zatem jedyną osobą, która mnie akceptuje i może nawet lubi jest Tobby MacMillan. Stanowimy osobliwą parę  wyrzutków…O nie, przepraszam, mam jeszcze wsparcie w Rose Wesley, która czasem broni mnie przed starszymi Krukonami. W ogóle dzieci Potterów i Wesleyów są dla mnie bardzo miłe. Może akurat w tym punkcie nie skłamałam do końca?). Tak mamo, miałaś rację, że tu czeka mnie zupełnie inne życie. Mam nadzieje, że jakoś radzisz sobie beze mnie w Londynie. Jak się czuje madame Hilda? Możesz jej przekazać, że dobrze sobie tu radzę i pozdrów ją ode mnie. Jej rady bardzo mi się przydały. Chciałabyś, żebym przyjechała do ciebie na święta? Wielu uczniów wróci do domu, ale musisz napisać wcześniej, żebym zdążyła powiedzieć o moich planach dyrektor McGonagall. List możesz odesłać sową, poczeka aż napiszesz odpowiedź. Trzymaj się, mamo. Kocham cię.
Sabrina”

Taki właśnie list wysłałam do mamy. Oczywiście nie napisałam tego, co umieściłam w nawiasach. To tylko taka informacja dla ciebie, żebyś się rozeznał w sytuacji. Przecież komuś muszę się wygadać! Psychiatra miał rację…to naprawdę czasem pomaga. A już na pewno sprawia, że nie musisz bez sensu płakać w poduszkę. Papier przyjmie wszystko. Myślisz, że mama domyśli się, że kłamię? Może za bardzo wszystko wychwalałam? Powinnam bardziej pomarudzić, to byłoby w moim stylu…A niech kij od miotły jej w oko! Przecież nie przyjedzie tu i mnie nie zabierze!…Miejmy nadzieję, że jestem lepszym kłamcą niż kiedyś…

Zamknęłam pamiętnik i spojrzałam na zegarek. Muszę się spieszyć, bo nie zdążę na pierwszą lekcję! Specjalnie wstałam wcześniej, żeby zdążyć do sowiarni przed zajęciami. Wstałam i ubrałam się po cichu, żeby nie obudzić „księżniczek” z mojego pokoju i przybiegłam tu bez śniadania. Teraz i tak nie zdążę już nic zjeść. Pierwszą lekcję mam w lochach – eliksiry, a profesor Zenobii Zynox, opiekun Slytherinu nie lubi spóźnień. Na łeb na szyję pędziłam po krętych schodach Zachodniej Wieży, żeby zdążyć przed porannymi wygłupami schodów. Szata łopotała za mną jak żagiel, a sprzęty na lekcję brzęczały głośno. W myślach powtarzałam sobie instrukcję do warzenia eliksiru witalnego, który będziemy dziś przygotowywać na lekcji. Mimo, że uczyłam się dobrze, powtarzałam materiał z lekcji na lekcję, moje eliksiry wychodziły co najwyżej poprawnie. Na tyle dobrze, żeby nauczyciel mógł je zaliczyć, ale wystarczająco kiepsko, żeby mógł je krytykować. Tak, on był jednym z tych nauczycieli, którzy się na mnie uwzięli. Zwykle znałam odpowiedzi na pytania, które mi zadawał, jednak gdy przychodziło do sporządzenia mikstury, modliłam się, żeby nic nie wybuchło. Po prostu nie miałam serca do tego przedmiotu. I Zenobii Zynox to widział, a jakże…specjalnie wyciągał mnie na środek i kazał się męczyć i pocić przed całą klasą. Kiedy miał wyjątkowo dobry humor, przy drugim stole ustawiał Aidena Blacka, który był mistrzem na jego lekcjach (naprawdę, z ciężkim sercem muszę przyznać, że był najlepszy z naszej grupy. Nawet Irmina mu nie dorównywała) i urządzał sobie małe zawody, kto z nas wykona szybciej doświadczenie. Patrzenie na moją męczarnię sprawiało mu radość…och, a jak to wyśmienicie komentował swoimi ciętymi żarcikami…”Socretto, co zrobiłaś? Kazałem ci wrzucić do kociołka żabi móżdżek, a nie swój! Co? Tak zrobiłaś? Najmocniej przepraszam, oba są tak małe, że mogłem się pomylić…”. Jasne…pomylił się, blady, mściwy wariat! Ku uciesze mojej klasy Zenobii często prowadził w ten sposób zajęcia i wykorzystywał to, żeby dodać mnóstwo punktów Slytherinowi (za co cały czas obrywałam od Irminy). Chwalił przy tym Aidena jak tylko mógł. Na szczęście Black triumfował tylko na tych lekcjach, bo tylko Zenobii Zynox go lubił. Fakt faktem Aiden ograniczał się ze swoim talentem wyłącznie do lekcji eliksirów, co wcale nie działo pozytywnie na opinię o nim. Niektórzy uważali nawet, że to oczywiste, że Aiden jest dobry z eliksirów, ponieważ pochodzi z wyklętego rodu Blacków i jest spokrewniony z Malfoyami. To z kolei sprawiało, że już na wstępie chłopak był sławny jako dręczyciel i najgorszy zbir. On sam nie próbował zaprzeczać i radość sprawiało mu dręczenie słabszych uczniów oraz okradanie ich ze słodyczy…

W ostatniej chwili wskoczyłam na odlatujące schody. Z westchnieniem ulgi złapałam się poręczy i poklepałam ją z triumfem.

- I co? Przechytrzyłam was – uśmiechnęłam się. Niestety powiedziałam to w złą godzinę…Słysząc moje słowa, schody zatrzymały się w połowie drogi do następnego piętra, zawróciły, a gdy były już blisko „przystanku” schodki zniknęły, a zamiast nich pojawiła się śliska, płaska nawierzchnia. Z piskiem ześlizgnęłam się w dół i rąbnęłam w twarde płytki.

- No to już jest szczyt bezczelności! – pomachałam pięścią za odlatującymi schodami – Ała…moja pupa… – jęknęłam, masując pośladki

- Hahahah, twarde lądowanie co, zbuntowany Gryffoniku? – usłyszałam obok siebie piskliwy, wysoki śmiech

- A więc to twoja sprawa Irytku… – mruknęłam przez zęby – Urocze…i bardzo śmieszne – burknęłam, zbierając rzeczy, które wypadły z torby. Na szczęście nic się nie rozbiło. Fiolka od profesora Zynoxa, z bazą na której mieliśmy dziś pracować też ocalała…

- Pewnie, że śmieszne! – zaśmiał się poltergeist – A ty czemu się nie śmiejesz, Gryffoniku?

- Nie mów tak do mnie – syknęłam

- O przepraszam… – złapał się za policzki – A jak mam do ciebie mówić? Jaśnie pani Socretto? Pani spóźnialska? Panna Nie-Wiadomo-Co-Ja-Tutaj-Robię? Krukoneczka? – chichotał wrednie i skakał wokół mnie

- Po prostu zamknij się! – nie wytrzymałam

- Uuuuła… – Irytek wziął się pod boki i spojrzał się na mnie groźnie – Nie mówi się tak do Irytka….

- Przeprasza, przepraszam… – zacisnęłam powieki, żeby się nie rozpłakać – Bardzo się śpieszę Irytku. Mam pierwszą lekcję w lochach, a Zynox nie lubi spóźnień.

- Profesor Zynox – poprawił mnie szorstko

- Tak, profesor Zynox, przepraszam… – burknęłam

- Ok…pomogę ci – poltergeist nieoczekiwanie kucnął obok mnie i szybko pozbierał moje rzeczy do torby

- Och…dziękuję ci, Irytku – odparłam zaskoczona

- Nie ma za co – machnął ręką ze słodkim uśmiechem – Leć już, leć, bo się spóźnisz… – pstryknął palcami, a schody natychmiast po mnie podjechały

Zmarszczyłam brwi, ale nie miałam czasu roztrząsać, czemu nagle stał się dla mnie taki miły. Naprawdę powinnam już iść. Cóż, darowanemu koniu nie patrzy się w zęby…chyba, że tym koniem jest Irytek, ale o tym przekonałam się już na lekcji…

Wślizgnęłam się do klasy w ostatnim momencie, bo ostatni uczeń już zamykał drzwi pracowni. Spike zmarszczył brwi, kiedy przepchnęłam się obok niego i szybko zajęłam swoje miejsce. Widziałam, że miał ochotę zatrzasnąć mi drzwi przed nosem. Wtedy musiałabym siedzieć całą lekcję na zewnątrz. Już wcześniej tak się zdarzyło. Zenobii nie wpuścił mnie do klasy za karę za spóźnienie, a na następnej godzinie szczegółowo odpytał mnie z lekcji. Dobrze, że na korytarzu przeczytałam cały dział w podręczniku, bo inaczej nie miałabym zielonego pojęcia, o czym on do mnie mówi. Od tej pory obiecałam sobie, że na jego lekcję nie mogę się nigdy spóźnić. Zadowolona usiadłam na swoim miejscu w pierwszym rzędzie (jakoś nikt nie chciał siedzieć blisko Zynoxa, nawet Ślizgonii) i wyjęłam potrzebne rzeczy. W pracowni jak zwykle panował półmrok. Wszystkie okna były zasłonięte grubymi, czarnymi tkaninami, a wszędzie jak okiem sięgnąć stały wysokie i mały świece, żebyśmy mogli cokolwiek widzieć. Na pierwszych zajęciach byliśmy w lekkim szoku, wchodząc do tej pracowni.

- Nie wejdę do tej krypty! Tam śmierdzi zdechłym szczurem! Na pewno ktoś tam umarł! – Irmina zrobiła aferę już na progu

- Spokojnie księżniczko, nie wiesz, że Zynox specjalnie robi taki klimacik – zażartował jeden ze Ślizgonów, wysoki, chudy i pryszczaty Perry. Niestety dosłowna Irmina nie zrozumiała jego specyficznego poczucia humoru.

- Tak? A nie wiesz, że taki klimacik jest niebezpieczny dla naszego zdrowia?! To niezgodne z prawami ucznia. Powiem wszystko mojej matce, a ona na pewno wyśle sowę do dyrektor McGonagall! – oświadczyła dumnie, stawiając na stoliku torbę – Nic nie widzę w tych egipskich ciemnościach…

- To lepiej uważaj, bo różne rzeczy kryją się w takich ciemnościach – syknął Perry, siadając obok niej. Musiał ją chyba dotknąć, bo Irmina zaczęła się drzeć

- Cisza! – Zenobii cisnął w tą dwójką kredą, która ze świstem przeleciała między nimi – Już ja wam dam klimacik…

Jak widzisz pamiętniczku, Zenobii Zynox należy do tego znerwicowanego gatunku nauczycieli. Wygląda też na kogoś słabego zdrowia. Wysoki, chudy jak patyk z blada cerą i podkrążonymi oczami. Jego krótkie ciemne włosy są równiutko przycięte na fryzurę pazia, a małe świdrujące oczka ukryte za zwykłymi, prostokątnymi szkłami. Poza tym profesor nosi długą, czarną, prostą szatę niczym zakonnik. Nie potrafię ocenić czy jest młody, czy stary, bo w takim półmroku trudno  mu się przyjrzeć…zresztą wcale nie mam ochoty na niego patrzeć.

Dziś gdy tylko weszłam do klasy, zauważyłam, że Zenobii ma dobry humor. Siedział na krześle z założoną nogą na nogę, bawił się samopiszącym piórem i uśmiechał się szeroko, ukazując rząd krótkich, białych zębów.

- Połóżcie na biurku swoje referaty o przydatności przenośnych eliksirów zapomnienia i siadajcie. Sven, to ma być praca na 1000 słów czy list do twojej matki? – burknął, przeglądając kartki – Swoją drogą to jestem zaskoczony, że umiesz pisać – prychnął, a Ślizgon zrobił marsową miną – Midas, dziecko drogie, czy ty naprawdę nie masz co robić z pieniędzmi? Nie prosiłem o złotą, perfumowaną papeterię, chłopcze…chyba, że to ma być jakaś sugestia, ale od razu mówię, że nie… – klasa chichotała na jego komentarze, ale tak naprawdę każdy cieszył się, że to nie on jest ofiarą na dzisiejszej lekcji. Profesor ewidentnie miał dobry humor. – Dobrze, dość tego. O ile pamiętam mamy dziś do zrobienia ciekawą lekcję – uśmiechnął się okrutnie i popukał długimi, chudymi palcami w biurko – Każdy przyniósł fiolkę, którą dostaliście na poprzednich zajęciach? Doskonale! Socretto, Black stoły już na was czekają. Będziecie robić eksperyment przed całą klasą. Reszta robi w swoich ławkach – zapowiedział. Skąd ja wiedziałam, że to mnie wybierze…na szczęście przygotowałam się psychicznie i fizycznie

- Tak jest, profesorze – ochoczo poderwałam się do góry i podeszłam pewnie do stołu. Zenobii zmrużył oczy, ale nie skomentował tego. Aiden wytoczył się z trudem ze swojej ławki i również podszedł do stołu.

- Macie wszystkie składniki? – upewnił się Zynox

- Tak, profesorze – odpowiedzieliśmy jednocześnie

- Dobrze…zanim zaczniemy, mam jeszcze jedną wiadomość, która na pewno was ucieszy. Wszyscy robicie eliksir na ocenę, to zrozumiałe, ale na koniec lekcji osobiście spróbuję eliksirów dwóch szczęśliwców. – wskazał na mnie i Blacka. Przełknęłam ślinę. – Efekt będzie wyznacznikiem waszych ocen. Gotowi? Do pracy!

No to już po mnie…Westchnęłam ciężko i powoli zabrałam się do czytania instrukcji. Robiłam wszystko po kolei. Wlałam bazę do kociołka i włączyłam grzejnik. Gotowałam, dopóki płyn nie zaczął wrzeć i wrzuciłam pokrojone liście powojnika granulowanego oraz kulki śnieguliczki. Cały czas mieszając wywar ostrożnie wlałam wyciąg z porostu z Morza Czarnego. Wytężałam wszystkie siły, żeby zrobić wszystkie etapy zgodnie z instrukcją. Co jakiś czas zerkałam na pracę Aidena. Pucołowaty blondyn z niezachwianym spokojem mieszał swoją miksturę i dodawał kolejne składniki. Robił też notatki w zeszycie. Wyglądał na całkowicie pochłoniętego pracą. Wiedziałam, że nie pokonam go w tym zadaniu. Nawet z nim nie konkurowałam, po prostu chciałam to zaliczyć najlepiej jak mogłam! Czas powoli się kończył. Aiden pod koniec stał oparty łokciami o stół i przyglądał się wysiłkom klasy. Irytowała mnie ta jego pewność siebie.

- Wiesz, że nie zaliczysz tego, Socretto? – odezwał się po chwili

- Co? Pewnie, że zaliczę – prychnęłam

- Nie z takim eliksirem – spojrzał na mnie z politowaniem

- Pewnie nie jest on tak dopracowany jak twój, ale zapewniam cię, że wystarczy na przyzwoitą ocenę – burknęłam urażona

- Nie tym razem – zarechotał

- O czym ty mówisz? Chcesz mnie jak zwykle sprowokować? – odłożyłam łyżkę i wzięłam się pod boki. W klasie było głośno, nikt nie zwracał uwagi na naszą sprzeczkę.

- Powąchaj sobie swój eliksir, szlamo…jeśli jesteś mądra, zrozumiesz, o co chodzi – przewrócił oczami

Zmarszczyłam brwi, ale posłusznie pochyliłam się nad kociołkiem. Cóż…zapach jest lekko duszący i zakręciło mnie od niego w nosie, ale nigdy nie wąchałam prawdziwego wywaru, więc nie wiem, jak ma pachnieć. Aiden po prostu mnie podpuszcza.

- Koniec czasu! – zawołał w końcu Zenobii – Przerwać pracę!

Uczniowie z ulgą odstawili łyżki i inne składniki. Profesor chodził między rzędami i wąchał przygotowane eliksiry. Większość uczniów wykonała poprawnie swoje zadanie i niestety nie miał się do czego przyczepić. Nie zwracałam jednak uwagi na to, co mówił. Ten podejrzany zapach nie dawał mi spokoju…

- Świetnie, może jeszcze jest szansa, że wyrośniecie na porządnych czarodziejów i czarownice… – mruczał pod nosem – No to teraz pora na rozstrzygnięcie naszego pojedynku. – zatarł ręce – Przelejcie swoje eliksiry do fiolek – rozkazał mnie i Aidenowi

Posłusznie spełniliśmy polecenie, ale instynkt podpowiadał mi, że nie powinnam podawać mu tego eliksiru. Czułam, że pocą mi się dłonie. Co jest nie tak?

- Najpierw Aiden – zdecydował Zenobii – Po wypiciu tego eliksiru powinienem być silniejszy i sprawniejszy. – zwrócił się do klasy – Oczywiście, jeśli został dobrze przygotowany – mrugnął do blondyna, która uśmiechnął się półgębkiem

Przygryzłam wargę, gdy profesor jednym duszkiem wypił napój. Na początku nic się ne działo, ale po chwili Zenobii chwycił ławkę, w której siedziała Minnie i podniósł ją do góry, jakby była lekka jak piórko. Krukonka pisnęła przestraszona.

- No, no…doskonała robota panie Black – pochwalił go nauczyciel – To jest dopiero siła…a teraz Socretto – mruknął z niesmakiem i ruszył w moją stronę

Przeszedł mnie dreszcz niepokoju. W ostatnim przypływie geniuszu zerknęłam na fiolkę, którą użyłam do przygotowania bazy eliksiru. Przecież to esencja jadu skorpiona czerwonego! Baza do eliksiru trującego! Jak to się mogło stać…IRYTEK!

- Nie, panie profesorze – w ostatniej chwili złapałam fiolkę

- Jak to:nie? Co to ma znaczyć Socretto? – zdenerwował się nauczyciel. Wszyscy spojrzeli na mnie jak na wariatkę. Sprzeciwiłam się Zynoxowi? Jestem skończona…ale przecież nie mogę otruć nauczyciela, prawda?

- Ja…nie skończyłam tego jeszcze, profesorze… – wyjąkałam

- Nonsens! Widziałem, jak sprzątasz stanowisko!

- Tak, ale…za krótko gotowałam…nie zdążyłam…

- Co za bzdury! Socretto, daj mi oceniać twój eliksir – wystawił rękę po fiolkę

- Panie profesorze, niech mi pan uwierzy, że pan nie chce… – przytuliłam do siebie miksturę. Irytek mi za to zapłaci, przysięgam…

- Socretto, daj mi fiolkę albo Ravenclaw straci 50 punktów… – warknął

- Daj mu tą fiolkę, idiotko – syknęła Irmina ze swojej ławki

No i co ja mam zrobić? Na brodę Merlina, nie chcę mieć nauczyciela na sumieniu! Na pewno wywalą mnie za to ze szkoły! Jeśli nie zabiją…Potrzebuję czegoś, co zneutralizowałoby działanie jadu, szybko…

- Socretto, czekam! – ryknął Zynox

- Dobrze, dobrze! – oddałam mu ze złością fiolkę i podrapałam się po głowie. Co robić, co robić…Aiden patrzył się na mnie kpiąco. Widział od samego początku i nic mi nie powiedział…Muszę działać! Schyliłam się ostrożnie i wyjęłam różdżkę z buta.

- Panie profesorze, słyszał pan to?

- Co Socretto? – spojrzał na mnie niechętnie

- Taki chrzęst, podobny do… – zrobiłam szybki rekonesans obrzydliwych zwierząt, jakie znam – pająków pustelników! Pan profesor mówił, że w tej klasie nie ma żadnych niebezpiecznych stworzeń…

- Bo nie ma – spojrzał na mnie groźnie

- Tak? A czemu po ziemi pełzają takie wielkie pająki…

- Pająki?! Gdzie?! – zaczęły piszczeć dziewczyny

- Cisza! Nie ma tu żadnych pająków!

- Ależ są! Tam pod ławką Irminy!

- Co?! Zabierzcie to ode mnie! – Kleopatra zerwała się z miejsca i wskoczyła na pulpit

- Spokój! Co wy wyprawiacie?!… – Zynox starał się zapanować nad klasą, ale wśród dziewczyn wybuchła panika. Wykorzystałam to do własnych celów.

- Accio wywar z krzemionki pospolitej – mruknęłam, przypominając sobie lekcje o środkach neutralizujących

- Co ty robisz, Socretto? – warknął Aiden, który jako jedyny nie dał się zwariować

- Ratuję sytuację… – syknęłam

- O nie, nie pozwolę ci na to… – burknął i rzucił się na mnie, a fiolka która leciała w moją stronę wylądowała na podłodze

- Debil! – warknęłam, szamocząc się w jego uścisku

- Wylecisz Socretto, tym razem wylecisz… – zarechotał, wyciągając różdżkę zza paska

- Chciałbyś… – stęknęłam, przygnieciona jego ciężarem – Electrus… – szepnęłam, a moja różdżka poraziła go prądem. Aiden krzyknął i puścił mnie. Szybko wyślizgnęłam się spod niego i poczołgałam się pod stołem na poszukiwanie zgubionej fiolki.

- Lumos – szepnęłam, desperacko błądząc po klasie w ciemnościach i hałasach

Kilkakrotnie ktoś mnie podeptał, wpadł na mnie, przewrócił się przeze mnie, ale jakimś cudem…udało mi się znaleźć fiolkę. Z westchnieniem ulgi podniosłam się z klęczek.

- Koniec tej zabawy, Socretto! – niespodziewanie Zynox złapał mnie za ramię i szarpnął do przodu. Ukryłam fiolkę w zaciśniętej pięści. – Nie wiem, co chciałaś przez to osiągnąć, ale czas się skończył! Zirytowałaś mnie! Jeśli ten eliksir jest takim niewypałem jak twierdzisz, odejmę Ravenclawowi 100 punktów! – krzyknął, a ja jęknęłam cicho

Irmina zazgrzytała zębami i przetarła twarz dłońmi, żeby nie wybuchnąć. Ona mnie zabije…

- Usiądźcie wszyscy i nie pakujcie się! Nie pójdziecie na przerwę, dopóki nie skończymy naszego eksperymentu… – Zenobii gestem kazał wszystkim usiąść

Nieprzytomnym wzrokiem rozejrzałam się po klasie. Gdzie moja fiolka? Na biurku! Pod wpływem impulsu ściągnęłam zębami zatyczkę z fiolki ze środkiem neutralizującym, odwróciłam się przez ramię i wlałam zawartość do mojego eliksiru. Wszystko trwało kilka sekund i nikt nie zdążył tego zauważyć.

- A ty gdzie się wyrywasz, Socretto? – szarpnął mną Zynox – Zaraz zobaczymy, co udało się przyrządzić… – wziął do ust moją fiolkę

Zamknęłam oczy i skrzyżowałam palce. Błagam, błagam…Nauczyciel wypił miksturę duszkiem. Odbiło mu się, ale nic więcej się nie stało. Wstrzymałam oddech. Po chwili Zenobii podniósł jedną ręką swoje biurko. Udało mu się je unieść nad ziemię, ale jego ręka zadrżała i musiał je szybko opuścić. Spojrzałam na niego wytrzeszczonymi oczami. W klasie zrobiło się cicho…

- No cóż Socretto…niewypał jak zwykle! – warknął, puszczając mnie – Za bardzo rozcieńczyłaś czymś napar…jest za słaby…

- Na brodę Merlina… – poczułam, że robi mi się słabo. Drżącą ręką podtrzymałam się ławki. Przez chwilę bałam się, że go zabiję… Udało mi się…W tym momencie z ziemi podniósł się porażony prądem Aiden.

- Black, co ty tam robiłeś chłopcze?! – Zenobii podskoczył przestraszony – Szukałeś tych wielkich pająków?

- Tak, panie profesorze…niewiarygodne, co można znaleźć tam na ziemi… – syknął, masując głowę i patrząc się na mnie wściekle

- On zasłabł z głosu, panie profesorze. Nie jadł nic całą lekcje – zaśmiała się Irmina

- Złociutka, masz coś chyba na włosach… – odgryzł się Aiden, a mina Irminy zrzedła

- Już, wystarczy! Idźcie na przerwę! – zawołał Zenobii, zanim w klasie znowu zapanowała panika – A ty Socretto… – złapał mnie za ramię – Nie mam pojęcia, co to miało znaczyć, ale ostatni raz zaliczam ci twoją pracę…masz więcej szczęścia niż rozumu, dziewczyno! A teraz wynocha! Oboje! – spojrzał krytycznie na Aidena

Dwa razy nie trzeba było mi powtarzać. Złapałam torbę i wybiegłam z klasy.

- Jeszcze się z tobą policzę, Socretto – usłyszałam za sobą syknięcie Aidena

Przyspieszyłam i pognałam po schodach na górę. Potrzebuję światła, bo zaraz zwariuję. Muszę pogadać z Tobbym! Nie wierzę, że coś takiego mi się udało…

Wyszliśmy z moim małym przyjacielem na dziedziniec. Ławka w cieniu drzewa była idealnym miejsce do rozmowy, bo nikt nie zwracał tam na nas uwagi. Tobby na początku był w szoku, kiedy mu wszystko opowiedziałam. Stwierdził jednak, że mogłam się tego spodziewać po Irytku, bo on nigdy nie pomaga.

- Tym razem przesadził. Mogłaś otruć Zynoxa. Wiesz jaka byłaby afera? – kręcił głową, a jego loczki śmiesznie podskakiwały jak sprężynki

- Właśnie wiem…nawet nie wiesz, jakie ja chwile grozy tam przeżyłam – wzięłam głęboki oddech i odchyliłam się do tyłu na ławce, podpierając się z tyłu rękami

- Powinnaś powiedzieć o tym Gretel.

- Błagam cię! Ona prędzej wstawiłaby mi punkty za to, że w ogóle z nim rozmawiałam…ona mnie nienawidzi, nigdy nie stanie w mojej obronie.

- To kiepsko… – skrzywił się – Może idź do McGonagall?

- Nie Tobby, poradzę sobie – uśmiechnęłam się do niego, żeby go uspokoić – Każda zła passa kiedyś się kończy.

- A propos złej passy… – chłopiec podniósł się z ławki i zaczął przeszukiwać kieszenie

- Nie mów mi, że znowu ją zgubiłeś – westchnęłam, przymykając oczy

- Chyba tak…ale nie mam pojęcia jak to mogło się stać! – rzucił się na kolana, żeby poszukać jej w trawie

- Och Tobby… – ukucnęłam, żeby mu pomóc

- Przysięgam, że miałam ją na Zaklęciach! Musiała mi wypaść jak wychodziłem z klasy! – piszczał cienkim głosikiem

- Wiesz, ta twoja różdżka kiedyś się obrazi, że ciągle ją gubisz i już do ciebie nie wróci – zażartowałam

- Naprawdę? – przejął się chłopiec – Sabrina, ja nie chciałem jej urazić, nie robię tego specjalnie… – po jego policzku zaczęły płynąć łzy

- Nie, nie, oczywiście, że nie… – natychmiast pożałowałam dych docinek. Powinnam być bardziej empatyczna. Tobby jest bardzo wrażliwy…może nawet nadwrażliwy – Ja tylko żartowałam Tobby, zaraz ją znajdziemy – powiedziałam cicho. Chłopiec pociągnął nosem i wytarł grzbietem dłoni łzy. Nic się nie odezwał. Chyba było mu głupio, że tak się przy mnie rozpłakał. – Przepraszam, nie śmiałam się z ciebie ani nic… – przytuliłam go niezgrabnie

- Hej MacMillan, tego szukasz?! – przez okno w korytarzu wychylił się Johny, Ernold i Casper, koledzy z roku Tobby’ego. Johny ściskał w ręku jego różdżkę i machał nią z uśmiechem.

Tobby wstał z klęczek i popatrzył się na niego jak zbity pies. Wściekła poderwałam się do góry.

- Oddawaj ją ty draniu! – krzyknęłam

- Dostanie ją jak znajdzie! – zawołał Ernold

- No dalej MacMillan, rusz tyłek i chodź tu po swoją różdżkę! – Casper zabębnił rękami w parapet

- Chyba nie wyślesz znowu swojej „mamusi”, żeby z nami walczyła! – dodał Johny

- Przestańcie! Jesteście okrutni! – zawołałam, ale w tym momencie coś pękło w Tobbym. Rzucił się w stronę szkoły. Chłopcy w oknie zaczęli krzyczeć i śmiać się. Szybko złapałam przyjaciela za ramię.

- Co ty robisz? Nie daj mi się sprowokować! – trzymałam go – Oni właśnie tego chcą!

- Puść mnie! Nic nie rozumiesz!- pisnął cienkim głosikiem chłopiec, wyrwał się z mojego uścisku i pognał na złamanie karku swoim kaczkowatym chodem do szkoły

- Dobra, teraz przesadziliście! – odwróciłam się do Puchonów i z groźnym wyrazem twarzy wzięłam się pod boki

- Nie denerwuj się tak, Socretto! Złość piękności szkodzi! – prychnął Ernold

- Jesteś tylko dziewczyną, nie zrozumiesz pewnych spraw! – przytaknął Johny

- Jakich spraw?! Wy się nad nim znęcacie, bo jest słabszy i nie umie się bronić! To nie sprawiedliwe! – piekliłam się

- Właśnie, że nie Socretto…MacMillan musi udowodnić, że jest prawdziwym facetem a nie babą! – zawtórował Casper

- Nie jest żadną babą! Po prostu jest bardziej uczuciowy i wrażliwy niż wy, półgłówki! – darłam się. W tym momencie zadzwonił dzwonek

- Idzie, idzie! Uciekajmy! – chłopcy musieli zauważyć Tobby’ego, bo oderwali się od parapetu i uciekli przed nim wzdłuż korytarza

Zdmuchnęłam grzywkę i pokręciłam głową. Chciałam za nimi pobiec i pomóc Tobby’emu, ale nie jestem pewna, czy w ten sposób nie pogorszę jego sytuacji. Jeśli koledzy mają go szanować, musi poradzić sobie z nimi sam. Na razie wszyscy wiedzą, że Tobby ma we mnie ochroniarza i jest fajtłapą…Co w takiej sytuacji zrobiłby dobry przyjaciel, pamiętniczku? Sama nie wiem…do tej pory nie miałam takich problemów. Odkąd tu jestem, muszę przyzwyczaić się do zupełnie nowych problemów dnia codziennego, nie tylko tych związanych z magią…

Klasa do lekcji Obrony Przed Czarną Magią była duża i przestronna. Przynajmniej tutaj ławki były jednoosobowe i nie musiałam liczyć na to, że ktoś łaskawie pozwoli mi ze sobą usiąść. Szybko zajęłam miejsce z przodu i rozpakowałam swoje rzeczy. Leonrad i jego świta usiedli z tyłu, cały czas gadając i śmiejąc się. Reszta Gryfonów trochę bardziej rozgarniętych, jednak wciąż identyfikujących się z przebojowym Leo usiadła w środkowych rzędach, a wszyscy Krukoni ostentacyjnie przeszli do pierwszy ławek, udając, że nie słyszą rozgadanego Gryfona. Nauczyciel zszedł do nas po chwili po schodach ze swojego gabinetu na antresoli.

- Witajcie moi drodzy uczniowie – uśmiechnął się do nas ciepło pan w średnim wieku. Ubrany był jak typowy angielski dżentelmen z XIX wieku. Na głowie pozostała już kępka włosów, co oznaczało, że łysiał. Mimo to jego brwi pozostały duże i krzaczaste. – Bardzo się cieszę, że w końcu mogę was zobaczyć.

- No właśnie, gdzie pan był jak pana nie było? – odezwał się od razu Leo. Część Krukonów zgromiła go wzrokiem.

- Nie musi pan odpowiadać na jego pytania, panie profesorze. Pan go jeszcze nie zna, ale to nasz szkolny pajac – prychnęła Irmina, a Gryfoni natychmiast się nastroszyli gotowi do ataku jak koguty

- Cóż za błyskotliwa uwaga Irmino…słynna szczerość Ravenclawu – pokiwał głową, przesunął książki na biurku i przysiadł na nim bokiem – Dziękuje kochana, ale nie potrzebuję adwokata i jednak odpowiem na to pytanie…sam chciałem wam wszystko opowiedzieć. Pan Crouch tylko wyprzedził mój tok myślenia.

- Ja tylko chciałam… – chrząknęła zmieszana Irmina

- Wiem, wiem, co chciałaś, kochana. Dziękuję za ostrzeżenie, ale…

- Bum! Jeden zero dla mnie! – zawołał radośnie Leo, zrywając się do góry. Irmina przewróciła oczami.

- Nie skończyłem mówić, panie Crouch, proszę mi nie przerywać – profesor zmarszczył lekko brwi, ale ton jego głosu nadal był spokojny

- Przepraszam, panie psorze – Leo z pozorną pokorą usiadł w ławce. Na jego ustach cały czas błądził figlarny uśmieszek.

- Chciałem powiedzieć, że dziękuję za ostrzeżenie, ale nie potrzebnie się fatygujesz dziecko, ponieważ w pokoju nauczycielskim wisi wielki plakat z napisem „Strzeż się Leonrad Croucha”… – wszyscy w klasie wybuchli śmiechem. Nawet Leo. Irmina wyprężyła się dumnie. Znowu odzyskała swoją pewność siebie, skoro nauczyciel jej nie potępił – Dobrze kochani, przejdźmy do konkretów – klasnął w dłonie – Bardzo przepraszam, że nie mogłem być z wami już w tamtym tygodniu, ale załatwiałam jeszcze ważne urzędowe sprawy w Londynie, dotyczące Hogwartu.

- Jeśli dotyczyły Hogwartu, to wybaczamy panu – powiedział Leo z udawaną powagą

- Dziękuję bardzo, panie Crouch, to wiele dla mnie znaczy – profesor z taką samą udawaną powagą przyłożył rękę do serca – Co prawda Minister Magii chciał mnie jeszcze zatrzymać, ale powiedziałem, że muszę wracać do moich kochanych uczniów. – uśmiechnął się do nas serdecznie – Nazywam się Nicolas Daydar, dzieciaki i będę prowadził z wami te lekcje do końca ukończenia waszej edukacji w tej szkole…mam nadzieję. Nad tą posadą nauczyciela w Hogwarcie wisi jakieś dziwne fatum – spojrzał dyskretnie w sufit, a my zaczęliśmy chichotać – Koniec samoprezentacji, przechodzimy do tematu lekcji. Widzę, że wszyscy mają potrzebne rzeczy…no proszę, jak wszystko ładnie ustawione. Mierzyłeś odstępy między książkami linijką, chłopcze?

- Oczywiście, panie profesorze – przytaknął uroczyście Midas

- Bardzo…ładnie – chrząknął zmieszany Daydar – Ale to nie eliksiry, nie musisz tu nic mierzyć…schowaj to wszystko do torby, chłopcze. Właściwe wszyscy schowajcie. – ruszył między rzędami -  Zostawcie na pulpicie tylko różdżki. To pierwsze zasada obowiązująca na moich lekcjach. Wasze różdżki muszą być zawsze przygotowane w pogotowiu. Ataku czarnej magii możecie spodziewać się wszędzie i o każdej porze. Nie dajcie się zaskoczyć…

- Superowo! W końcu coś będzie się działo na tych lekcjach! – Leo wprost nie mógł wysiedzieć na miejscu z podekscytowania

- Cieszę się, że obudziłem w panu taki entuzjazm, panie Crouch – zachichotał nauczyciel – Na pierwszej lekcji zapoznam was trochę z zasadami, które będę was obowiązywać na moich zajęciach. Po pierwsze różdżka zawsze gotowa do użycia. Po drugie koncentracja, opanowanie i zaangażowanie. Obrona Przed Czarną Magią to nie przedmiot, który musicie tylko zaliczyć…bez niego zginiecie w późniejszym życiu. Nieznajomość zaklęć wroga i nieumiejętność obrony przed nimi to dla was śmierć już na wstępie, dlatego proszę, żebyście podeszli do tego poważnie. Na tych zajęciach będziemy pracować nad waszym refleksem… – podszedł do mnie od tyłu i wymierzył różdżką, ale ja instynktownie, szybko, zablokowałam go swoją różdżką. Wytrzeszczyłam oczy na profesora. Sama nie spodziewałam się po sobie takiej reakcji.

- Dobrze, bardzo dobrze… – uśmiechnął się do mnie ciepło – Akcja i reakcja…widzieliście to wszyscy? Ale to nie dlatego podszedłem do panny Socretto. Co to jest? – popukał końcem swojej różdżki w mój zeszyt

- Robię notatki – odparłam

- A co ja mówiłem? Macie schować wszystko oprócz różdżek.

- To jak mamy robić notatki? Z czego będziemy się uczyć do testu? – odezwała się natychmiast Irmina

- Wasz notatnik jest tu, w głowie – postukał się w czoło – Zapewniam cię, drogie dziecko, że kiedy staniesz twarzą w twarz z przeciwnikiem, nie będziesz miała czasu kartkować zeszytu, w poszukiwaniu zaklęć obronnych – prychnął – Właśnie, to trzecia sprawa…wszystkie zaklęcia jakie poznacie na tej lekcji mają być wkute na pamięć. I ja to sprawdzę! – wrócił żwawym krokiem do biurka, a uczniowie jęknęli – Cicho, nie jęczeć…zbliża się koniec naszych zajęć, ale zanim to nastąpi, chcę wam jeszcze pokazać jak wygląda pojedynek czarodziei…próbny oczywiście, bo nigdy jeszcze w nim nie uczestniczyliście. Na drugim roku poświęcimy na to sporo czasu. Socretto… – kiwnął na mnie różdżką  – i…

- Ja panie psorze, ja! – Leo wyskoczył z ławki jak z procy

- Dobrze Leonardzie, zapraszam – zaśmiał się – Podejdźcie tu oboje…tak, przodem do siebie. – instruował nas – Różdżki do góry, w prawej ręce. Teraz ukłon…

- Medemoiselle… – Leo skłonił się z szarmanckim uśmiechem

- Idiota – prychnęłam

- I tak cię pokonam, gwiazdeczko – puścił do mnie perskie oko, a ja nie wiedziałam czy dalej żartuje, czy mnie ostrzega

- Bez rozmów, powitanie ma się odbyć bez komentarzy – mruknął Daydar – Teraz rozejdzie się w przeciwne strony…na początek wystarczy 10 kroków…dobrze, stop! Odwracacie się, powoli…przyjąć postawę…Socretto, lewa noga do tyłu, bardziej stabilnie…Leonard, masz stać bez ruchu, nie przytupuj…używajcie tylko prostych, nieszkodliwych zaklęć. Nie chcemy przecież wypadku…dobrze, uwaga….START!

- Expelliarmus! – krzyknęliśmy jednocześnie, ale równie szybko zrobiliśmy uniki

- Fire! – posłałam w jego stronę miotacz płomieni

- Waterlo! – Leo szybko zgasił go wodą. W górę uniosła się para.

- Myślałam, że lubisz ognień? – zakpiłam

- Jestem tak gorący, że go nie potrzebuję – poruszył wymownie brwiami, a ja przewróciłam oczami.  On jednak to wykorzystał i chciał porazić mnie zaklęciem Electro, ale szybko odskoczyłam.

- Confundus! – posłałam mu zaklęcie mylące. Leo też miał dobry refleks i uchylił się od strzału.

Nauczyciel przyglądał się z zainteresowaniem naszej walce. Ja i Leo coraz bardziej zmniejszaliśmy dystans. Atakowaliśmy się i broniliśmy coraz bardziej zaciekle. Już prawie myślałam, że go mam, ale nagle Leo obrócił się i nasze różdżki się skrzyżowały. Zadzwonił dzwonek, a my cały czas patrzyliśmy się na siebie. Żadne z nas nie zamierzało odpuścić.

- Brawo, brawo… – przyklasnął nauczyciel – Świetny początek…możecie już opuścić gardę…jest remis – zaśmiał się profesor – Możecie iść na przerwę. Do zobaczenia na następnych zajęciach!

Na te słowa Leo natychmiast wyluzował. Odsunął się ze śmiechem, obrócił różdżkę w palcach i schował ją do rękawa.

- Dobra robota, Socretto. Było blisko…prawie zobaczyłem w tobie lwicę Gryffindoru – wyszczerzył się i poklepał mnie po ramieniu

Patrzyłam się na niego zaintrygowana. Natychmiast otoczył go wianuszek kolegów i koleżanek. Westchnęłam i szybko poszłam po swoją torbę.

- Szpanerka… – burknęła Irmina i przecisnęła się obok mnie w drzwiach, wgniatając mnie w mur

Zmrużyłam oczy. Niech sobie mówi co chce. Ważne, że Daydar mnie docenił…a tak poważnie, chyba spodobał mi się ten przedmiot. Wiesz, pamiętniczku taka walka to jest coś…kto wie, może odkryłam w sobie pasję do walki z czarną magią?…

 

 

 

Spotkanie z dziką naturą, czyli lekcja opieki nad magicznymi zwierzętami z Gryffindorem…

28 lut

2 września 2020

…Obiad minął w całkiem przyjemnej atmosferze. Ja i Tobby usiedliśmy w najdalszym kącie sali i po prostu nikomu nie rzucaliśmy się w oczy. Mój mały kolega z przejęciem opowiadał o nowej technice latania, którą Irlandczycy wprowadzili w zeszłym sezonie, a ja zajadałam się kurczakiem w ziołach, przytakując w odpowiednich momentach. Może to nie było zbyt grzeczne, ale ledwo żyłam z głodu. Nie jadłam nic konkretnego od wczorajszego poranka, dlatego pierwsze udko wsunęłam w błyskawicznym tempie i dopiero przy dokładce mogłam się skoncentrować na rozmowie. Jednak Tobby’emu wcale to nie przeszkadzało, dopóki miał słuchacza.

- Jedz, bo twój kurczak wystygnie – przypomniałam mu życzliwie

- No tak, racja! Ale się rozgadałem…wiesz Sabrina, jeśli będziesz miała dość to po prostu mi powiedz. Jak mnie nie powstrzymasz to będę tak gadał cały dzień – zaśmiał się

- Jakoś nie zauważyłam, żebyś w klasie był taki rozmowny – mruknęłam, nalewając sobie ponczu

- Po prostu nie miałem nic do powiedzenia… – posmutniał nagle

- To prawda, że rozmawiałeś z profesorem Longbottonem przed lekcją? Interesujesz się zielarstwem? – uderzyłam w inną strunę

- To było tylko nieistotne pytanie – zażenowany podrapał się po karku – Możemy zmienić temat?

- Daj spokój, próbujesz się wymigać od niewygodnych pytań. Uciekanie nic ci nie da, trzeba stawić czoła problemom – powiedziałam, zanim zdążyłam ugryźć się w język. Puchon przełknął głośno kęs kurczaka. Zrobiło mi się głupio. Jestem niecierpliwa…

- Szczera do bólu i konkretna…wiesz, od początku stawiałem na to, że znajdziesz się w Ravenclawie – uśmiechnął się nieśmiało

- Przepraszam, nie powinnam pytać się tak prosto z mostu – odwróciłam wzrok, starając się ukryć, jak bardzo mnie uraził tym komentarzem – W sumie to nie znamy się długo, nie musisz mi opowiadać o swoich kłopotach. Dla ciebie jestem tylko zwariowaną zdrajczynią Socretto, która na ceremonii przydziału sprzeciwiła się wyrokowi Tiary. Wiesz, rozumiem cię. Sama sobie bym nie ufała. Moja głupia ciekawość doprowadzi mnie kiedyś do…

- Zawsze tak dużo gadasz jak się denerwujesz? – zaśmiał się niespodziewanie Tobby

- Chyba tak – parsknęłam z ulgą, widząc, że się nie gniewa – Co prawda nie miałam wcześniej zbyt wielu kontaktów towarzyskich, ale tak…chyba już tak mam – wzruszyłam ramionami

- Jesteś rozbrajająco szczera – pokiwał głową, a loczki na jego czole podskoczyły śmiesznie – Podoba mi się to…lubię szczerych ludzi, bo wiem, czego mogę się po nich spodziewać.

- Chcesz powiedzieć, że jestem przewidywalna? – poruszyłam wymownie brwiami

- Chciałbym, ale po tym, co pokazałaś wczoraj, śmiem twierdzić, że wręcz przeciwnie…

- A mimo to mi ufasz? – zmrużyłam oczy

- Tak mi się wydaje… – mruknął z buzią pełną kurczaka – W sumie już drugi raz mi pomogłaś. Nie mam na razie powodów, żeby ci nie ufać.

- A reszcie Puchonów? Też tak ufasz? – zatoczyłam zgrabne koło i wróciłam do tematu

- Chyba zauważyłaś, że raczej za mną nie przepadają – mruknął

- Coś się stało? – zmartwiłam się

- Ja się stałem – westchnął ciężko – Przecież widzisz jak chodzę, jak wszystko przewracam, jaki mam głos i te włosy…

- Jeśli chodzi o włosy…

- Zapomnij! Mama by mnie udusiła. Stwierdziła, że ta fryzura idealnie pasuje do jej „aniołka” – przewrócił oczami, a ja stłumiłam wybuch śmiechu. Bądź co bądź myślałam o nim jak jego matka. – Proszę bardzo, śmiej się…oni też się śmieją. Myślą, że jestem delikatny jak baba. Dzisiaj rano kiedy się obudziłem, na mojej poduszce leżała ropucha Stanleya. Zacząłem piszczeć jak dziewczyna i postawiłem na nogi całe dormitorium. Śmiali się ze mnie przez kilka minut…

- Zapomną o tym, zobaczysz – szturchnęłam go po przyjacielsku

- Taaa dopóki nie zrobię czegoś nowego – przewrócił oczami

- Na pewno nie jest tak źle – poklepałam go po plecach

- Dzięki – westchnął – Najgorsze jest to moje roztrzepanie…ciągle coś gubię – podrapał się po głowie

- Teraz coś zgubiłeś? – zmarszczyłam brwi

- Nie wiem, to zawsze wychodzi w najmniej odpowiednim momencie – pokręcił głową. Biedny chłopak…a w pociągu sprawiał wrażenie kogoś innego. Kogoś, z kim mogłabym się zaprzyjaźnić. Teraz po pierwszej wspólnej lekcji, kiedy okryłam, że tak jak ja jest wytykany przez uczniów ze swojego domu, nie wiem, czy powinnam się z nim przyjaźnić. Chciałam przecież uciec od życia w Londynie. Tylko dlaczego czym bardziej próbuję go sobie obrzydzić, tym głośniej głos w mojej głowie mówi: „Zostań, on ciebie potrzebuje”. Chrząknęłam zmieszana. Znowu prowadzę ze sobą wewnętrzny dialog…chyba potrzebuję czegoś więcej niż terapia pamiętnikowa. Bez urazy pamiętniczku…

- Chodź, musimy już iść na lekcje. Co masz teraz? – wstałam energicznie od stołu

- Transmutacje… – podniósł swoją torbę i nagle zbladł

- A ja opiekę nad magicznymi zwierzętami. Musze iść na błonia…co się stało? – zatrzymałam się w pół kroku

- Nie ma… – szepnął z paniką w oczach

- Czego nie ma?! – przestraszyłam się

- Różdżki! Mojej różdżki! – zaczął przetrząsać kieszenie szaty

- Trzymasz różdżkę w kieszeni?! – jęknęłam

- A ty w bucie! Kto ma dziwniejszy schowek?! – burknął, stawiając torbę na ziemi i wyrzucając jej zawartość

- Może zgubiłeś ją w klasie…

- Może…znowu to samo… – załamał się. Więc o tym mówił…

- Chodź! – podniosłam go za łokieć – Musimy ją znaleźć.

- Idź na lekcję, spóźnisz się – odparł płaczliwym głosem

- O mnie się nie martw, dam sobie radę – przewróciłam oczami, kierując go do wyjścia – Ty najwyraźniej nie… – mruknęłam pod nosem

Nie będę opisywać całej akcji poszukiwawczej, bo gdybym chciała zrobić to dokładnie zabrakłoby mi stron i rozbolałaby mnie ręka. W skrócie: przebiegliśmy z Tobbym całe piętro, sale, w których miał lekcje (narażając się na śmiech uczniów), zajrzeliśmy do pokoju wspólnego Huffelpuffu (ja oczywiście poczekałam na zewnątrz) i pewnie szukalibyśmy dalej, gdybym nie doznała nagłego olśnienia.

- Tobby, stój! – złapałam go za kaptur szaty – Chyba mam kolkę…

- Przepraszam Sabrina – pisnął płaczliwie – Ja naprawdę muszę ją znaleźć. Teraz jestem pewny, że chłopaki musieli ją gdzieś ukryć. Chcieli mi zrobić głupi kawał.

- To już przestało być zabawne – prychnęłam – Możesz im to powtórzyć ode mnie – pomasowałam brzuch i wyjęłam szybko swoją różdzkę – A teraz patrz…accio różdżka Tobby’ego! – zamachnęłam się. Nic się nie stało. Już myślałam, że zaklęcie nie podziałało, gdy różdżka wyleciała z łazienki dla dziewczyn, gdzie spotkałam ducha Jęczącej Marty. – Niezła kryjówka… – pokiwałam z uznaniem głową

- Och Sabrina, dziękuję… – przytulił się do mnie, jak do starszej siostry – Myślisz, że profesor Muglis mnie zabije?

- Eee tam, może zamienić cię co najwyżej w pająka – wzruszyłam ramionami – Chyba, że powiesz mu co się stało.

- Wtedy będę miał przechlapane u reszty – przestraszył się

- Coś za coś Tobby, musisz wybrać, która opcja jest gorsza…muszę lecieć na błonia.

- Jasne…i jeszcze raz dziękuję – pomachał mi rękę. Kiwnęłam mu głową i pobiegłam do wyjścia. Byłam pewna, że będzie siedział cicho i tak się właśnie stało. A Muglis zamienił go za karę w pająka.

Lekcja opieki nad magicznymi zwierzętami już się zaczęła, kiedy dotarłam na błonia. Oczywiście Krukoni od razu donieśli o moim pojawieniu się i spóźnieniu. Ku ich zdziwieniu profesorka spojrzała na mnie mętnym wzrokiem i wymamrotała „Dobrze, że jesteś Sabrina. Podejdź bliżej, bo właśnie pokazuję jak wyglądają zęby pełzacza leśnego”. Uśmiechnęłam się z wyższością do Irminy i podeszłam do przodu. Zaciekawieni chłopcy z Gryffindoru otoczyli zwierzę ciasnym kółkiem, ledwo mieszcząc się w bezpiecznym obszarze wyznaczonym przez nauczycielkę.

- Przepraszam… – chciałam się tam grzecznie wepchnąć, ale Gryffon tylko prychnął i odepchnął mnie jak natrętną muchę

Aż się we mnie zagotowało. Zauważyłam, że moi koledzy z Ravenclawu patrzą się na mnie z obrzydzeniem. Oni i dziewczyny z Gryffindoru ustawili się jak najdalej od tajemniczego zwierzaka.

- Ty wiesz, że pełzacz leśny pluje jadem? – prychnął Midas, zasłaniając usta połami szaty

- Daruj sobie, Socretto wszystko wie – Irmina uśmiechnęła się nieprzyjemnie – Po prostu czeka aż pełzacz poprawi jej buźkę. Swoją drogą nie wiem, czy nawet on coś zdziała… – zachichotała, a Gryffonki spojrzały na nią zdziwione

- Nie przejmuj się, wyglądasz jakby już cię trafił. Drugi raz nie popełni tego samego błędu – odgryzłam się. Irminie zrzedła mina, a Gryffonki przyklasnęły mi. Uśmiechnęłam się zadowolona.

- Socretto, oni mają maski. Nie dostaniesz się bliżej, musisz poczekać w kolejce – Gryffonka z chłopięcą fryzurą w końcu zdecydowała się wyjaśnić, co tu się dzieje.

- To wszystko wyjaśnia… – zmarszczyłam brwi – Dzięki.

Już miałam do nich podejść, gdy usłyszałam podekscytowany głos Leonrada.

- Ale on ma wielkie zęby pani profesor! A to prawda, że pełzacze leśne mogą ugryźć tylko raz? Potem zostawiają swoje zęby w ofierze i umierają, tak?! – Crouch podskakiwał żywo przy barierce bezpieczeństwa i usiłował dotknąć zwierzaka. Profesorka stała tyłem, usiłując utrzymać zwierze w odpowiedniej odległości od uczniów.

- Crouch! – syknęłam. Gryffon spojrzał na mnie i uśmiechnął się głupkowato. Oblał mnie zimny pot. Wiedziałam, co on chce zrobić. Co za idiota! Czy on ma jakieś skłonności samobójcze? Najwyraźniej tak! Akcja w pociągu powinna dać mi do myślenia…

- Tak Leonard, ale to zależy od odmiany. Niektóre pełzacze, te większe, które żyją w wodzie, potrafią ugryźć kilka razy. W tym przypadku ich trucizna jest słabsza, bo muszą ją zagospodarować na inne ugryzienia

- Pani psor, a jak szybko trucizna zabija ofiarę?! – Leonard już prawie prześlizgnął się pod ogrodzeniem. Zauważyłam, że nikt z Gryffonów nawet nie próbuje go powstrzymać. Część patrzy na niego jak na totalnego wariata, a inni jak na bohatera. Przecisnęłam się do barierki, patrząc się z niepokojem na poczynania Croucha.

- Trucizna rozprzestrzenia się w organizmie z szybkością od kilku do kilkunastu sekund…

- Pani psor, a czy to prawda, że łuski pełzacza wykorzystuje się do produkcji mikstur o silnym dzianiu mylącym przeciwnika? – podszedł do niej na palcach

- Leonrad… – syknęłam, zaciskając palce na drewnie. Uciszyły mnie spojrzenia reszty Gryffonów.

- Tak Leonradzie, ale przez twoje pytania odchodzimy od tematu lekcji…mówiliśmy o sposobach uniknięcia spotkania z…nie podchodź! – pisnęła, gdy zwierzę rzuciło się w stronę młodego Gryffona. Zamknęłam oczy przerażona. Usłyszałam, że reszta uczniów do nas podbiega. Chwila ciszy przedłużała się.

- Uff…chwila grozy – usłyszałam głos Leonarda. Z westchnieniem ulgi otworzyłam oczy. Profesorka trzymała zwierzę za szyję, a Crouch wsadził swoją różdżkę pomiędzy jego rozdziawioną paszczę. Wytrzeszczyłam na niego oczy…jeszcze nie widziałam kogoś, kto zachowałby zimną krew w obliczu takiego niebezpieczeństwa. Zęby pełzacza były kilka centymetrów od jego szyi. Większość dziewczyn zrobiła się biała jak papier. Tymczasem Leonrad gapił się na zwierzę ze swoim bezczelnym uśmiechem i totalnym luzem.

- Ty debilu! Mogłeś już nie żyć! – nie wytrzymałam napięcia

- O proszę…nasza samozwańcza Gryffonka się odezwała. Pewnie sama chciałby być na jego miejscu – prychnął ktoś z tłumu. Poczułam, ze się czerwienię.

- Spokojnie gwiazdeczko, nic mi nie grozi… – zaśmiał się lekko zdenerwowany

- Bo ja go trzymam – warknęła nauczycielka. Ton jej głosu całkiem się zmienił. Nie wyglądała już na zaspaną i znudzoną. Teraz była w pełni skoncentrowana i gotowa do walki. – Sabrina, podaj mi duże klaszcze z torby – zwróciła się do mnie. Kiedy tylko na mnie spojrzała, od razu ją rozpoznałam. Bez wahania wykonałam polecenie.

Luna Lovegood była drobną, filigranową blondynką. Miała długie, kręcone włosy, zebrane w niedbałą kitkę. Ubrana była dość nietypowo, nawet jak na czarownicę. Długa, przetarta kurtka myśliwska w kolorze khaki, brązowa, falbaniasta spódnica do kostek, zwoje liny przerzucone przez ramię i czapeczka pilota sprawiały, że wyglądała jak instruktorka szkoły przetrwania. Wszyscy uczniowie patrzyli na nią dość niechętnie, ale ja wiedziałam, że nie można jej lekceważyć. Luna to przyjaciółka Harrego Pottera. Pomogła w tworzeniu Gwardii Dumbledora, była lojalna wobec Pottera, zawsze mu wierzyła i pomagała jak mogła. Wzięła udział w Drugiej Bitwie o Hogwart. W Hogwarcie należała do Ravenclawu, tak jak ja…zawsze była ekscentryczną osobą. Myślałam, że jeździ po całym świecie jako badaczka magicznych stworzeń. Przynajmniej tak czytałam w podręcznikach. Widocznie decyzję o nauczaniu podjęła niedawno.

- Włożysz kleszcze do środka paszczy – mówiła szybko – A ty wyjmiesz różdżkę, kiedy powiem już – spojrzała na Leonarda – Chyba, że chcesz, żeby została zgnieciona.

- Pewnie, że nie – burknął

- Więc skupcie się – mruknęła – Uwaga, liczę do trzech…raz…dwa…

- To na „trzy” czy „już”?! – w ostatnim momencie Crouch wystrzelił z pytaniem

- Leonrad! – warknęłam – Skup się!

- Trzy! Już! – zawołała profesor Lovegood

Włożyłam kleszcze do paszczy, a Leonrad w tym samym momencie wyjął swoją różdżkę. Odskoczyliśmy na bok, ledwo dysząc z nadmiaru emocji. Pierwszy otrząsnął się Gryffon.

- Juhu! Ja chcę jeszcze raz! – podskoczył do góry z wyciągniętymi rękami

- Żartujesz, prawda? – zatoczyłam się i klapnęłam na ziemię

- Nie, no coś ty! Stanowimy świetny duet, Socretto! – cieszył się i chodził w kółko jak nienormalny – Pogromcy pełzaczów leśnych! Już widzę te nagłówki Proroka Codziennego!

- Co z nim nie tak? – spytałam jednego z jego kolegów

- Leo zawsze tak świruje jak za bardzo się podekscytuje…

- Jak dla mnie to on ma po prostu ADHD – pokręciłam głową

- Chodźcie bliżej kochani, nie macie się już czego bać – odetchnęła Lovegood – Dzięki tej spontanicznej, ryzykownej akcji udało nam się złapać pełzacza. Pokażę wam teraz, jak one produkują truciznę. Zamieńcie się z koleżankami waszymi maskami…

Tym razem dla pewności wolałam stać dalej. Usiadłam na kamieniu nieopodal, słuchałam, co mówi profesorka i wszystko skrupulatnie notowałam. Kątem oka patrzyłam, co robi Leonard. Chodził niecierpliwie po całej polanie. Cały czas przerywał profesor Lovegood swoimi pytaniami. Niekoniecznie były one bez sensu, czasem dotyczyły czegoś istotnego, ale fakt faktem buzia mu się nie zamykała. Widziałam, że moi koledzy Krukoni ledwo go znoszą. Prawa brew Irminy niebezpiecznie drgała. Miałam wrażenie, że gdyby Leo podszedł do niej zbyt blisko, zarobiłby prawego sierpowego. Bądź co bądź zabierał jej teraz chwilę sławy, bo odpowiadał na wszystkie pytania i swoją aktywnością pobił niejednego Krukona. Stłumiłam śmiech. Dobrze jej tak.

W końcu zajęłam się tematem lekcji i przestałam zwracać uwagę na rozbrykanego Croucha. Mimo to po jakimś czasie, tknęło mnie przeczucie, że jest zbyt cicho. Podniosłam głowę znad notesu. Leonrad i jego banda zniknęli. Irmina znowu wiodła prym, a profesor Lovegood nic nie zauważyła. Zaniepokojona podniosłam się z kamienia i rozejrzałam się.

- Gdzie on jest? – przygryzłam wargę

- Kto? Leonrad? – prychnęła Gryffonka ze starannie ułożoną fryzurą – Nie przejmuj się nim. Za nim nie nadążysz, szkoda czasu na takie zastanawianie się. On nie umie wysiedzieć w miejscu. Pewnie zaraz go usłyszymy.

- I ty tak spokojnie o tym mówisz? – zdziwiłam się – Jest z twojego domu, nie martwisz się?

- Właśnie, jest z mojego domu, więc wiem co mówię. Ty nigdy nie będziesz Gryffonką. Wracaj do swoich notatek, Krukonko – burknęła i odeszła

Zagotowało się we mnie. Jeszcze jej pokażę, że dołączę do Gryffindoru…na razie muszę znaleźć tą chodzącą bombę zegarową.

…Wbrew temu co sobie myślisz pamiętniczku, nie musiałam długo szukać. Leonrad i jego banda zaszyli się za chatką gajowego. Tam w zagrodzie stał dziwny zwierzak, w połowie koń, w połowie ptak, w połowie jaszczurka. Ział ogniem i gulgotał jak indyk. Leonrad wskoczył na płot i balansując jak linoskoczek dźgał zwierzaka różdżką. Właśnie tacy bezmózgowcy jak on nigdy nie powinni mieć w ręku różdżki.

- Leonrad! – zawołałam, a chłopak zachwiał się – Co ty robisz?

- Spadaj stąd – warknął na mnie jego kolega – Jak powiesz Lovegood…

- Daj spokój Ben, ona nie powie. – przerwał mu Leonard – Chce być jedną nas, prawda Socretto? – spojrzał się na mnie z figlarnym błyskiem w oku. Przełknęłam ślinę. Widział, że tego chcę. Chciał mnie sprawdzić, czy będę wierna zasadom, czy pójdę za głosem serca. Już otwierałam usta, żeby przytaknąć, ale Leo odwrócił się i znowu wrócił do swojej zabawy. Nawet nie był ciekawy, co odpowiem! To już szczyt bezczelności!

- A co zrobisz, kiedy już zionie na ciebie ogniem? – zapytał chudy Gryffon, kołyszący się na szczeblach płotu

- Słyszałem, że jego ogień zapewni różdżce niezniszczalność – odezwał się z niezachwianą pewnością – Chcę to sprawdzić.

- A słyszałeś czy właścicielowi tej różdżki też daje niezniszczalność? – skrzyżowałam ramiona i podeszłam bliżej – Bo może ci się przydać, kiedy już będziesz się smażył w tym ogniu.

- Wystarczy tylko jeden mały płomyk… – wyciągnął rękę Leo.  – No dalej stary, wierzę w ciebie…

Zupełnie zignorował moje pytanie. Jak ja go nie cierpię!

- To smok, prawda? – zaryzykowałam – Młode smoki są bardzo narowiste… – mruknęłam

- Przecież nie próbujemy go ujeżdżać – przewrócił oczami Ben

- Chodzi mi o to, że są nieprzewidywalne… – zmrużyłam oczy, obserwując jak młody smok ustawia się naprzeciwko Leonrada i kopie kopytem w ziemi

- Leo, może już dość…zaraz skończy się lekcja… – chrząknął chudy kolega

- Chodź, chodź…jeden płomień… – Crouch zupełnie zapomniał o otaczającym go świecie. Przeskoczył przez ogrodzenie i podszedł do smoka.

- Leonrad, wracaj! – rzuciliśmy się do ogrodzenia – On szykuje się do ataku!

- Panikujecie… – zacmokał Leo – To maleństwo ma mnie zaatakować? – odwrócił się do nas przez ramię i spojrzał na nas litościwie

- Nie odwracaj się do niego tyłem! To go obrazi! – zawołał Ben

Za późno. Smok zapiszczał i puścił się na Leonarda. Chłopak w ostatniej chwili uskoczył mu z drogi.

- Nie szczerz się jak głupi do sera tylko uciekaj stamtąd! – krzyknęłam, widząc niezdrowy blask w oczach Gryffona

- Teraz na pewno będzie ział ogniem! – ucieszył się

- Socretto, zrób coś! – Chudy potrząsnął mną za ramiona

- Ale co?! – pisnęłam

- Nie wiem, cokolwiek, to twoja wina! – chłopcy spanikowali

- Moja wina?! Chyba sobie żartujecie?!

- To przez ciebie tam wlazł! Wyciągnij go! Jesteś mądra! Jesteś Krukonką!

- Nie jestem…! – chciałam zaprotestować, ale w tym momencie nad nami przeskoczył smok, a na jego grzbiecie siedział uradowany Leo. Wytrzeszczyłam oczy.

- Czy wy widzicie to samo co ja? – zbladłam

- Lovegood nas zabije… – jęknął Ben

- Tylko o to się martwicie?! – parsknęłam, wyciągnęłam różdżkę z buta i ruszyłam biegiem za „dziwną parą” – Leonard! Stój!

Po chwili jego koledzy dołączyli do mnie. W trójkę krzyczeliśmy, żeby się zatrzymał. Uczniowie na polanie już dostrzeli nasz dziwny korowód. Dziewczyny z piskiem zaczęły odsuwać się na boki. Młody smok zgłupiał pod wpływem ich pisku i zaczął się szamotać. Zrzucił „płonącego” Leonarda na trawę. Dziewczyny zaczęły z piskiem uciekać, a profesor Lovegood doskoczyła do smoka, żeby go uspokoić.

- Leonrad! – ciężko dysząc dobiegłam do chłopaka

- Co?! – spojrzał na mnie ze zdziwieniem

- Włosy ci się palą! – ryknęłam wściekła - Aqua! – chlusnęłam w niego strumieniem wody. Zdezorientowany otrzepał się jak pies.

- Leo! – koledzy przybiegli do niego i uklękli obok

- Trzeba go zabrać do pielęgniarki – westchnęłam i podeszłam, żeby mu pomóc, ale Gryffoni mnie odepchnęli

- Nie trzeba Socretto, sami damy sobie radę. Już wystarczająco nam pomogłaś – warknął Ben

- CO?! – wytrzeszczyłam oczy – Przecież ja…

- To wszystko twoja wina… – dodał Chudy – Chodź Leo… – pomógł wstać koledze i razem z Benem powlekli go przez błonia do zamku. Stałam zdrętwiała ze złości i upokorzenia. Byłam w szoku…jak mogli coś takiego powiedzieć. Reszta uczniów z Gryffinoru patrzyła na mnie podejrzliwie.

- No nieźle Socretto…nawet twoi kochani Gryffoni cię nie chcą… – zakpiła Irmina

- Och zamknij się… – warknęłam, siłą hamując łzy

Odwróciłam się napięcie i nie patrząc się już na nikogo pomaszerowałam w stronę zamku. A było już tak blisko, żeby Gryffoni mnie zaakceptowali. Czy ja tak dużo wymagam? Tylko czyjejś akceptacji! Chciałam pomóc, a wyszło jak zwykle! Głupi Leonrad! Niech tylko wyjdzie od pielęgniarki! Już ja mu dam „gwiazdeczkę”! Teraz nawet Gryffindor mnie nie chce…

 

O tym jak spotkało się dwóch największych dziwaków w całej szkole, czyli poczatek mojej przyjaźni z pewnym Puchonem…

23 lut

2 września 2020 rok

…Po tym jak wybiegłam z klasy, skierowałam się od razu do łazienki. Wydawało mi się, że to jedyne bezpieczne miejsce w tej chwili. Niestety była tam większość moich koleżanek. Wszystkie czyściły swoje mundurki z plam atramentu. Spiorunowały mnie wzrokiem, gdy tylko przekroczyłam próg. Oblał mnie zimny pot. Chciałam się cofnąć, ale było już za późno.

- I co, jesteś z siebie zadowolona Socretto?! – Irmina od razu mnie zaatakowała – Mój nowiutki mundurek jest cały w plamach! Poczekaj aż powiem o tym mojej matce!

- Chyba nie myślisz, że zrobiłam to specjalnie! – zaczęłam się bronić

- AŁA! Minnie to delikatny materiał! – ofuknęła dziewczynkę w kiteczkach, która próbowała wyczyścić jej rękaw – Owszem, myślę, że zrobiłaś to specjalnie! Nie chcesz być w Ravenclawie, więc sabotujesz nasze lekcje. Przez ciebie straciliśmy 50 punktów, które wygrałam.

- Ty wygrałaś? Chyba nie rozumiesz pojęcia pracy zespołowej Irmino. – prychnęłam

- To ty nie rozumiesz tego pojęcia – warknęła Irmina, wyciągając błyskawicznie różdżkę z rękawa i celując ją w mój nos. Dziewczyny wstrzymały oddech.

- Naprawdę chcesz się bić? – prychnęłam, sztywniejąc. Nie mogłam się schylić po swoją różdżkę, ale postanowiłam się nie poddawać.

- Jeśli tylko tak uświadomię ci pewne rzeczy…Gryffonko

- Szkoda, że nie trafiłaś do Slytherinu…z twoją brutalnością i ochotą do walki przyjęliby cię tam z otwartymi ramionami – warknęłam, a oczy Irminy pociemniały z gniewu

- Irmina, daj spokój – długowłosa blondynka położyła jej rękę na ramieniu – Nie warto łamać dla niej regulaminu… – posłała mi pogardliwe spojrzenie i wyszła

- Racja, chodź na lekcje – burknęła Irmina – Chodźmy stąd dziewczyny, niech Gryffonka siedzi tu sama.

Wyszły. Przełknęłam ślinę. Cała się trzęsłam z tłumionego gniewu. Osunęłam się na ziemię i oparłam plecami o ścianę. Oddychaj spokojnie i policz do 10. To nie twoja wina, nie chciałaś tego, nie chciałaś…co z tego, że jeszcze bardziej naraziłaś się opiekunce Ravenclawu i uczniom…co z tego, że nienawidzą cię jeszcze bardziej…to minie.

- Jestem Gryffonką, jestem dzielna… – pokręciłam głową i potarłam oczy, żeby się nie rozpłakać. Mdliło mnie z głodu i ze stresu. Miałam już dość, a dzień dopiero się zaczął. Wyjęłam z torby plan lekcji. Teraz mam zielarstwo. Muszę iść do Wieży Południowej, tam odbędzie się pierwsza lekcja teoretyczna. Wstałam i nie przeglądając się w lustrze (nie chcę się przestraszyć) wyszłam na korytarz.

Ze zdziwieniem odkryłam, że wszyscy uczniowie już wiedzieli o tym, co stało się w klasie zaklęć. Szeptali, śmiali się i pokazywali mnie palcami.

- Brawo Socretto, jeszcze trochę, a wyrzucą cię z Hogwartu! – zawołał za mną jakiś starszy Krukon. Obróciłam się, ale on już zniknął za rogiem.

- Szacun Socretto, wkurzyłaś Rudą, ja na twoim miejscu bał bym się chodzić po tej szkole! – przyklasnął mi jakiś Ślizgon, a jego koledzy zarechotali. Przyspieszyłam kroku, odwracając od nich wzrok.

- O patrzcie, idzie nasza gwiazda… – usłyszałam strzępy rozmowy grupki dziewczyn. Teraz czułam, że moja twarz cała płonie. Prawie biegłam. Błagam, gdzie jest ta klasa…Ktoś pacnął mnie w ramię. Podskoczyłam zaskoczona i obróciłam się gwałtownie.

- Dobra robota, gwiazdeczko! To było coś w stylu Gryffindoru! – zawołał Leonrad, szczerząc się wesoło od ucha do ucha.

- Daj jej spokój Leo – Gryffon z jego rocznika klepnął go w plecy, śmiejąc się głośno – Zobacz jaka jest blada, pewnie Gretel dała jej szlaban.

Wytrzeszczyłam na niego oczy. Pokręciłam głową i ruszyłam szybko w swoją stronę. Jednak w głębi serca jego komplement spodobał mi się…to znaczy, że zachowuję się jak Gryffonka. Bardzo bym chciała, żeby uważali mnie za swoją…Na korytarzu nagle pojawił się Midas z innymi Krukonami. Wskazał na mnie, a ja pobiegłam przed siebie.

- Socretto, czekaj! – krzyknął za mną Crouch

Przepchnęłam się między Jamesem i Albusem Potterami, którzy szli w naszym kierunku i rzuciłam się biegiem w stronę Wieży Południowej. Nie patrzyłam już na nic. Biegłam na oślep. Jeszcze jeden zakręt…niespodziewanie potknęłam się i runęłam na ziemię.

- Niech to szlag… – sapnęłam, podnosząc się na łokciach. Zza zakrętu wyłonił się Aiden Black w towarzystwie Ethana i Noah, swoich sługusów.

- Patrz jak chodzisz, szlamo – prychnął Aiden

- Patrz, gdzie stawiasz nogi – syknęłam

- Jaka buntownicza… – zauważyła jeden z bliźniaków

- Zaraz ją utemperujemy – mruknął Aiden, podnosząc mnie bez trudu za poły szaty

- Czego chcesz Black? Nie masz żadnych lekcji? – szarpałam się jak ryba w sieci

- Może i mam, ale skoro się napatoczyłaś, zapłacisz mi za to przedstawienie w klasie…

- Jakie przedstawienie? Nie zrobiłam tego specjalnie…

- Ośmieszyłaś mnie, przez ciebie stałem się obiektem kpin…

- To nie ja! Gretel z ciebie żartowała! – warknęłam

- Słyszałem twoją rozmowę z tym okularnikiem. Nie boisz się mnie? To zaraz zaczniesz! – podniósł rękę, żeby mnie uderzyć

- Black! – w ostatnim momencie usłyszeliśmy męski głos. Z klasy wyszedł nauczyciel i spojrzał się na nas surowo. – Co to ma znaczyć? Nie masz lekcji.

- Mam, panie profesorze – zmrużył oczy i puścił mnie na ziemię

- Więc puść ją i zmykaj – kiwnął głową – Nie chcę widzieć więcej takich incydentów, rozmawialiśmy o tym! Pamiętaj Black, obserwuję cię!

- Tak jest, profesorze – odparł z pozorną grzecznością, krzywiąc się. Kiwnął na swoich sługusów i ruszyli żwawym krokiem.

- Zrób coś z tymi spodniami, Black. To wygląda fatalnie – dodałam

-Później się policzymy, Socretto – syknął przez ramię

- Nie powinnaś go prowokować – zauważył spokojnie nauczyciel – Kiedyś znałem takich jak on. To nigdy dobrze się nie kończyło. – zmarszczył brwi

- Przepraszam panie profesorze…mam po prostu ciężki dzień – westchnęłam głęboko

- Nic ci nie jest, Sabrina? – zapytał troskliwie, pomagając mi wstać

- Będę żyć – spróbowałam zażartować

- Cieszę się… – zaśmiał się lekko – Jestem profesor Neville Longbottom, opiekun Huffelpuffu i twój nauczyciel zielarstwa. Chodźmy na lekcję, wszyscy na nas czekają.

Skinęłam głową i poszłam za profesorem do klasy. Może nie wszyscy nauczyciele tutaj są tacy źli…Natychmiast odszukałam w głowie nazwisko profesora. Czytałam o nim w Historii Magii. To przyjaciel Harr’ego Pottera. Był kiedyś w Gryffindorze, tworzył Gwardię Dumbledora i aktywnie uczestniczył w Drugiej Bitwie o Hogwart. Czytałam wywiad z nim. Podobno pan Longbottom na początku nie mógł uwierzyć, że dostał się do Gryffindoru, uważał, że nadawałby się lepiej do Huffelpuffu. Ciekawe co się stało, że po tylu latach i przeżyciach zdecydował się zostać opiekunem Huffelpuffu. Może podświadomie zawsze chciał być w tym domu? Tak jak ja w Gryffindorze.

…W klasie oślepił mnie blask porannego słońca, wpadającego przez wielkie okna. Każdą wolną przestrzeń w tym pomieszczeniu zajmowały kwiaty i różne dziwne rośliny. Profesor Longbottom właśnie o nich opowiadał, ale nie potrafiłam się skoncentrować. Usiadłam ostrożnie w ławce i spojrzałam na sufit. Coś przypominającego bluszcz, lecz o grubszych łodygach i liściach oplotło cały sufit w skomplikowany wzór. Skojarzyło mi się to od razu z gniazdem węży boa. Wzdrygnęłam się i przeniosłam wzrok na profesora, który prezentował przepiękną rośliną z ogromnym, czerwonym kielichem.

- Jaki śliczny… – powiedziała z dziecięcym zachwytem mała Puchonka z piegami na nosie. Prychnęłam cicho, jednak nauczyciel to usłyszał.

- Sabrina, chcesz coś powiedzieć? – zapytał uprzejmie, a wszyscy w klasie odwrócili się do tyłu. Irmina i jej koleżanki zachichotały cicho. Spłonęłam rumieńcem.

- Ja tylko… – chrząknęłam zmieszana, bawiąc się nerwowo piórem – Wydaje mi się, że to piękno jest złudne. Moja mama mi mówiła, że z roślinami jest jak z ludźmi. Piękne rośliny potrafią być zabójcze, a te małe, niepozorne mogą uratować nasze życie. – głos mi drżał. „Kleopatra” przewróciła oczami.

- Masz bardzo mądrą mamę, Sabrino – uśmiechnął się pan Longbottom – Rzeczywiście, ta urocza roślinka to tojad trujący. Jedna kropla jego śliny wystarczy, żeby spowodować całkowity paraliż. Większa dawka oznacza śmierć. – powiedział poważnie, a mała dziewczynka z Huffelpuffu, która wyciągała rękę do tojada, natychmiast cofnęła ją z piskiem

- Spokojnie Sandy, nie ma co się bać. Ten tojad już przekwitł i nie wydziela śliny. Jednak na wiosnę powinniście obchodzić z daleka miejsce, gdzie zobaczycie taką roślinę. Jej urok wabi ludzi, jednak za nim nie kryje się nic dobrego. Pamiętajcie, nie dajcie się zwieść urokowi…

- Szpanerka  – prychnęła Irmina, patrząc się na mnie spode łba z pierwszej ławki

- Kolejna roślina, którą powinniście znać to mieszek górski. Może być bardzo pomocny, jeśli…

- Czemu ze mną usiadłaś, Socretto? – syknął mój sąsiad z ławki Midas – Nie chcę, żebyś ze mną siedziała.

- Nie było innych wolnych miejsc… – wzruszyłam ramionami, nie przerywając robienia notatek

- Co ty nie powiesz? Nie masz przyjaciół? – zakpił

Pióro zazgrzytało na moim pergaminie. Co za idiota…dobrze wiedział, że nie mam i nie będę miała tu przyjaciół. Między innymi dzięki niemu…

- Ty także nie masz przyjaciół – stwierdziłam brutalnie, patrząc się na niego – Bo niby czemu miałbyś siedzieć sam? – spojrzałam na niego znacząco

Midas nastroszył się jak urażony kogut, ale nic nie powiedział. Wróciłam do pisania. Nauczyciel zadawał jakieś pytania. Oczywiście cały rząd Krukonów prześcigał się w udzielaniu odpowiedzi. Uczniowie z Huffelpuffu siedzieli cicho jak myszy pod miotłą i patrzyli się z podziwem na Ravenclaw. W sumie to było mi ich szkoda. Wszyscy byli tacy mali, drobniutcy i wystraszeni. Mimo to w oczach niektórych widziałam iskierki zazdrości. Oni też chcieli zaistnieć. Problem w tym, że naprawdę nie znali odpowiedzi na pytania…albo byli zbyt nieśmiali, żeby mówić na forum. Profesor Longbottom chciał być sprawiedliwy i jako dobry opiekun pytał czasem kogoś ze swojego domu, ale oni zawsze jąkali się i nie potrafili odpowiedzieć na najprostsze pytania. Widząc pogardliwe spojrzenia Krukonów, miałam ochotę ich udusić. Mnie też wydawało się to żałosne, ale nie miałam zamiaru tego okazywać.  Nagle zauważyłam Tobbyego. Siedział sam w ostatniej ławce w rzędzie pod oknem i szkicował coś na pergaminie. Rysowanie tak go pochłonęło, że nie uważał na lekcji. Profesor Longbottom zauważył to w tej samej chwili, bo wywołał Tobbyego do odpowiedzi.

- Powiedz mi, dlaczego nie można przesadzać Mandragory bez ochrony na uszach?

- Nie wiem, pani profesorze – odparł zaskoczony

- Bo mogą cię ogłuszyć, głuptasie – burknął pod nosem Midas

- Przestań – ofuknęłam go

- Tobby co się z tobą dzieje? Myślałem, że się tym interesujesz? Pytałeś się o to przed lekcją. – zdziwił się nauczyciel

- Niech się pan nie przejmuje, panie profesorze. MacMillan o wszystkim zapomina – parsknął chłopak z jego klasy

- Johnny, przestań – upomniał go surowo nauczyciel – Może ty znasz odpowiedź na pytanie?

Zmrużyłam oczy, nie spuszczając wzroku z Tobbyego. Zachowywał się inaczej niż w pociągu. Był smutny, przybity, blady i przestraszony. Czyżby jego też dręczyli w Huffelpuffie? Odłożył pióro do kałamarza i zacisnął dłonie w pięści pod ławką. Jego oczy zaszkliły się. Nagle poczułam chęć, żeby do niego podejść i pocieszyć. W tym momencie Tobby na mnie spojrzał. Zawstydzona odwróciłam się. Chłopcy nie lubią, kiedy dziewczyny widzą ich łzy. Wróciłam do notowania, jednak myśli cały czas zaprzątało mi dziwne zachowanie Puchona.

- Co ty robisz? – kątem oka zobaczyłam, że Midas próbuje dotknąć rośliny, której pnącza wiły się obok naszej ławki

- Nie interesuj się… – mruknął, wyciągając rękę

- Nie radziłabym – pokręciłam głową – To wygląda jak rosiczka.

- Jak co? – skrzywił się, a w tym momencie spod liści rośliny wyskoczyła paszcza z zębami i złapała Midasa za palec. Chłopak zaczął krzyczeć i wyrywać się.

- Co mu zrobiłaś Socretto?! – Krukoni natychmiast się do nas odwrócili

- Nic! – wystawiłam ręce w obronnym geście – Ostrzegałam, że to się tak skończy…

Profesor Longbottom podbiegł do nas szybko, machnął różdżką, a roślina syknęła i puściła palec Midasa. Chłopak był bliski płaczu, a widząc swój zakrwawiony palec zbladł.

- Midas, czy nie mówiłem wam na początku lekcji, żebyście nie dotykali roślin, póki wam nie pozwolę? – westchnął profesor, bandażując mu palec

- Byłem ciekawy… – szepnął chłopak, nerwowo poprawiając okulary

- No tak, ciekawość…motto przewodnie Ravenclawu – pokręcił głową nauczyciel – Masz nauczkę, chłopcze.

- Dlaczego taka roślina znajduje się w klasie? – nagle Midas znowu odzyskał swój rezon – Przecież to niebezpieczne!

- Dokładnie panie profesorze – poparł go natychmiast rudy Krukon – To niezgodne z regulaminem szkoły. Czujemy się zagrożeni na pana lekcji. Mogę z tym pójść do dyrektor McGonagall.

- Widzę, że dobrze znasz regulamin szkoły, Spike – skrzyżował ręce profesor

- Oczywiście, znajomość przepisów to podstawa do funkcjonowania jednostki w społeczności – odparł z profesorską miną

- Masz rację…więc na pewno znasz też obowiązki ucznia. Co się dzieje, kiedy uczeń łamie regulamin pracowni? – uśmiechnął się podstępnie

- Wtedy może zostać ukarany – powiedział z niewzruszoną miną Spike

- Spike… – jęknęła Irmina

- Coś nie tak, Irmino? – Longbottom odwrócił się do dziewczynki

- Już nic, panie profesorze – uśmiechnęła się słodko

- Puszczę ten incydent w niepamięć, Midas, bo ból spowodowany ugryzieniem porostu szablozębego jest wystarczającą karą, ale następnym razem Ravenclaw straci 5 punktów.

- Przepraszam, pani profesorze – burknął Midas, nie patrząc na niego. Irmina posłała mu lodowate spojrzenie. Midas powiedział coś bezgłośne i wskazał na mnie. Zmarszczyłam brwi. Mała Kleopatra pokręciła tylko głową z pogardą i odwróciła się do tablicy. Chyba mogę spodziewać się kolejnego ataku.

- Na zakończenie lekcji chciałbym wam pokazać, od czego zaczniemy na następnej lekcji po jutrze. Tobby, czy mógłbyś mi przynieść sadzonki z końca klasy?

Puchon zerwał się jak rażony gromem i pobiegł po skrzynkę z sadzonkami. Był tak przejęty swoim zadaniem, że zaplatał się w swoje nogi i runął jak długi na środku klasy, a sadzonki wysypały się na ziemię. Cała klasa wybuchła śmiechem. Poderwałam się z miejsca i uklękłam przy Tobbym, wyjmując jednocześnie moją różdżkę z buta.

- Recessus. – szybko rzuciłam zaklęcia cofnięcia – Nic ci nie jest? – pomogłam mu się podnieść

- W porządku – pokiwał powoli głową

- Tobby? – obok nas pojawił się Longbottom

- Już dobrze – nerwowym ruchem, odrzucił moją rękę i podniósł się

Pomogłam mu zanieść skrzynkę z sadzonkami na biurko i wróciłam z nim do ławki wśród szeptów i chichotów klasy. Tobby spojrzał się ze zdziwieniem na moją zmianę miejsca, ale nic nie powiedział. Oparłam się o krzesełko i zastanawiałam się, jak tu zacząć rozmowę.

- Co rysujesz? – zauważyłam, że znowu szkicuje

- Nie ważne – mruknął i zwinął pergamin

- Spokojnie Tobby…myślałam, że mnie lubisz – zmarszczyłam brwi – Wczoraj w pociągu…

- Usiadłaś ze mną z litości, prawda? – przerwał mi

- Nie, czemu tak myślisz?

- Jakoś ciężko mi uwierzyć w to, że ktoś mnie tu lubi, tak po prostu… – prychnął

- Dlaczego oni cię tak traktują? – nie owijałam w bawełnę

- No wiesz…ktoś musi być kozłem ofiarnym, nie? Stałem się klasowym pośmiewiskiem – rzucił krótko

- To jest nas dwoje – szturchnęłam go

Tobby w końcu odważył się na mnie spojrzeć. Uśmiechnęłam się i puściłam do niego oczko. Na buzi chłopca pojawił się promienny, pełen nadziei uśmiech. Poczułam, że robi mi się ciepło na sercu. Biedny Tobby…wygląda jak mały aniołek z tymi swoimi loczkami, dziecięcą buzią i cienkim głosikiem. Jak można chcieć go skrzywdzić? Trzeba nie mieć serca… W tym momencie poczułam, że ja i Tobby możemy się zaprzyjaźnić. To może być dziwna relacja, ale on na pewno mnie nie zdradzi, będzie wiernym przyjacielem. A wiecie czemu? Bo łączy nas jedna wspólna rzecz. Oboje jesteśmy wyrzutkami we własnych domach.

Zadzwonił dzwonek. Spakowałam się szybko i wyszłam z klasy. Teraz miała być przerwa obiadowa. Kiszki grały mi marsza i na samą myśl o jedzeniu ciekła mi ślina. Mimo to poczekałam przed klasą na Tobby’ego. Wyszedł ostatni, wypchnięty przez swoich kolegów.

- Zostawcie go – warknęłam, a Puchoni przestali się śmiać

- Patrz, nasz Tobby znalazł swoją „lwicę” – zaczęli się szturchać

- Trafił swój na swego…para dziwaków… – śmiali się, idąc w kierunku stołówki

- Nie musiałaś na mnie czekać – zaczerwienił się, podchodząc do mnie kaczkowatym, chwiejnym krokiem. Stłumiłam w sobie pogardę i poczochrałam go po włosach.

- A może chciałam? – uśmiechnęłam się

- Serio? Dzięki Sabrina… – spojrzał na mnie ufnie, swoimi orzechowymi oczami – Ale dlaczego nie poszłaś ze swoimi koleżankami z Ravenclawu?

Przygryzłam wargę, nie wiedząc co powiedzieć. Ruszyłam w stronę jadalni.

- Ach no tak, pewnie ty też nie masz łatwo po wczorajszej ceremonii… – dogonił mnie – Przepraszam, nie pomyślałem…jesteś na mnie zła?

- Po prostu o tym nie gadajmy, ok? – zatrzymałam się i spojrzałam na niższego o głowę Tobby’ego – To jasne, że oboje mamy przechlapane. Zachowujmy się, jakby nic się nie stało i porozmawiajmy o czymś przyjemniejszym.

- O czym? – zasępił się.

Westchnęłam. Bardzo chciałam przeskoczyć ten dystans spowodowany pierwszymi dniami w nowej szkole. Chciałam mieć przy sobie choć jedną osobę, z którą mogę normalnie porozmawiać, bo inaczej wybuchnę.

- Nie dokończyłeś mi mówić o Quidditchu – przypomniałam sobie – Skończyliśmy na taktyce drużyny Irlandii.

- Tak! Pamiętasz? – ucieszył się – Naprawdę cię to ciekawi?

- Naprawdę – pokiwałam głową. To mu wystarczyło. Zadowolony Tobby podskakiwał obok mnie jak piłeczka i opowiadał z przejęciem o swojej ulubionej drużynie przez całą drogę na stołówkę…