RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Rozdział 1’

O tym jak dzielna owca próbuje wyrwać się ze stada i iść drogą z soczystą trawą, czyli jak próbuję być sobą i zemsta Sary…

23 sty

Cisza przedłużała się, a wszyscy gapili się na mnie, jakbym była duchem. Przesunęłam wzrokiem po zebranych w moim pokoju osobach. Natasha, Jennifer, Bill, David, Tom, Jade, Elena…no i oczywiście Sara. Znałam ich i jeszcze do niedawna nie wyobrażałam sobie, żeby spędzić popołudnie bez tego towarzystwa. Przed oczami migały mi urywki gorących imprez, na których muzyka dudniła mi w uszach, a alkohol szumiał w głowie. Wtedy ta cała maskarada mi nie przeszkadzała. Wtedy nie widziałam w niczym problemu. Teraz zachowuję się jak nasza gosposia, która za każdym razem wpadała do mojego pokoju i kazała ściszyć „ten jazgot”.

- Kochana, co się z tobą stało? Wyglądasz jakby napadł cię gang raperów w drodze do domu – Sara podeszła do mnie, uśmiechając się słodko i dotknęła lekko moich podrapanych ramion. Teraz rozumiem, czemu wszyscy mieli taki strach w oczach. Musiałam wyglądać upiornie. – Spokojnie, zaraz coś na to poradzimy. W końcu jest impreza. Znieczulimy cię i zapomnisz…o tym. Bill? – pstryknęła palcami, a blondyn od razu ruszył w naszą stronę ze szklaneczką alkoholu

Przełknęłam ślinę i powoli rozprostowałam palce. To nie jest ich wina, że tu przyszli. Nie wiedzieli, że to nie ja jestem organizatorką. Jak zwykle robili wszystko pod dyktando Sary. Ja już z tym skończyłam. Właśnie w tym momencie.

- Nie – wyszarpnęłam się z jej uścisku – Nie będzie żadnego znieczulania – dodałam wypranym z emocji głosem

- Aż tak cię boli? No dobrze, może pójdę po jakieś tabletki do Marthy, ale na litość…jesteś gospodarzem imprezy. Nie powinnaś się pokazywać gościom w takim stanie – powiedziała ciszej

- Ja? Ja jestem..?! – krzyknęłam – No tak…jestem gospodarzem – olśniło mnie – Nie ty, ale ja! Więc nie masz prawa urządzać imprezy pod moim dachem bez mojej zgody! Zabieraj swoich gości i wynocha. Koniec imprezy! – złapałam ją za rękę. Dziewczyna wytrzeszczyła oczy, nie spodziewając się po mnie takiej reakcji. Jednak zaskoczenie szybko przerodziło się w gniew, a w jej oczach błysnęły wściekłe iskry. Puściłam ją, ale trwało to tak krótko, że nikt tego nie zauważył.

- Jak to bez twojej zgody? Sara powiedziała, że to ty nas zaprosiłaś! – włączył się Tom, a reszta osób go poparła – Co tu się dzieje?

- Nikogo nie zapraszałam, idioci – nie wytrzymałam – A gdybym to zrobiła, powiadomiłabym was osobiście, nie sądzicie?

- Sara, powiedz prawdę – Jade, ciemnoskóra dziewczyna w cekinowej sukience mini skrzyżowała ręce i podeszła do nas. Zawsze była konkretna i teraz pewnie jest wściekła, że dała się w coś takiego wrobić. Jej rodzice mieli własną klinikę chirurgi plastycznej.

- Prawdę? Ależ to jest prawda! – powiedziała Sara, modulując głosem, żeby odegrać pokrzywdzoną sierotkę. Przewróciłam oczami. Dobrze znałam ten numer. Nauczyła się tego sposobu w podstawówce i działał do tej pory. Tylko że nigdy nie wykorzystywała go przeciwko mnie. – Dziś po południu spotkałyśmy się w klubie jeździeckim, Jennifer i Natasha mogą poświadczyć – kiwnęła na koleżanki, który wywołane do odpowiedzi wyprostowały się jak struny.

- Doprawdy? – uniosłam brwi zaskoczona

- Tak – Natasha przeciągała zgłoski – Spotkałyśmy się w klubie – dodała szybko widząc spojrzenie Sary. Jennifer pokiwała z zapałem głową. Czułam, że gorąco napływa mi do policzków. Co one kombinują?

- Spotkałyśmy się i wtedy Lana powiedziała mi, że chciałaby urządzić imprezę w ramach przeprosin, za to, jak potraktowała nas w Starbucksie – Sara ciągnęła swój lament

- A jak was potraktowała? – zapytała Elena, mrużąc oczy

- Okropnie – pociągnęła nosem Sara – Zupełnie jej nie poznaję po tych wakacjach…Spotkaliśmy chłopców, chwilę z nimi porozmawiałyśmy, a Lana nagle wstała i oświadczyła, że musi iść.

- Tak, wyskoczyła jakby ktoś ją gonił – przytaknął Bill – To nie było ok, laska – spojrzał na mnie nieprzyjemnie

- Dobrze, że David zgodził się odwieźć nas do domu.

- O tak…bo gdybyś zamówiła taksówkę, korona by ci z głowy spadła – mruknęłam, zanim ugryzłam się w język. Teraz wszyscy patrzyli się na mnie jak na czarny charakter. Świetnie…właśnie o to jej chodzi.

- Widzicie, tak się naprawdę zachowuje – westchnęła Sara – A ja chciałam być dla niej po prostu miła. Nie było jej całe wakacje, nie odbierała nawet telefonu. Wybaczyłam jej to, bo jest moją najlepszą przyjaciółkę. – położyła rekę na sercu, a mnie zrobiło się niedobrze – Nie pytałam o nic, tylko uwierzyłam w bajeczkę o braku zasięgu, ale nie zasłużyłam sobie na takie traktowanie…co ja ci zrobiłam? – rozpłakała się jak prawdziwa aktorka

- Och Saro… – Jade, która stała obok nas przytuliła ją – Nic jej nie zrobiłaś.

- Nie, nie, chwileczkę…ona udaje, nie widzicie tego? – czułam, że tracę kontrolę

- Co udaje? – warknął David – To prawda, że nie odbierałaś od nas telefonów. Gdzie się podziewałaś tyle czasu, co? Może znalazłaś nowych przyjaciół?

- David, naprawdę nie miałam zasięgu na tej wyspie – zmarszczyłam brwi

- Widocznie świetnie się tam bawiłaś bez nas – uśmiechnęła się wrednie Natasha

- Właśnie, a teraz musiałaś wrócić do domu i jesteś wściekła, ale nie wyzywaj się na nas, idiotko – warknęła Jennifer

- W klubie jeździeckim powiedziałaś, że chcesz nas wszystkich przeprosić, wiec ściągnęłam ich tu dla ciebie – odezwała się znowu Sara. Widziała, że już wygrała – Ale ty…zjawiasz się spóźniona i to jeszcze w takim stroju. Jesteś wściekła nie wiadomo na co…co się z tobą dzieje?

- Demolujecie mi pokój, to się dzieje! – rozłożyłam ręce

- Och proszę cię, wiesz, że nie o to chodzi – żachnęła się Natasha – Szukasz pretekstu, żeby się nas pozbyć.

- Tak! Wróciłam do domu, jestem zmęczona i obolała, bo spadłam z konia. Chciałam się położyć, a tu słyszę, że w moim pokoju ktoś włączył muzykę na full i bawi się w najlepsze…

- Spadła z konia, ha! – zatriumfowała Jennifer – Nawet własny koń jej nie lubi!

- Nie, to nie tak… – zaczęłam, ale wszyscy zaczęli mówić równo ze mną – Przestańcie! Nie organizowałam żadnej imprezy! Nie spotkałam się z dziewczynami w klubie! Sara to wszystko wymyśliła, żeby się na mnie zemścić, bo taka właśnie jest!

- Ja taka jestem? – Sara zaśmiała się dziwnie – A kto ukrywał się przed nami cały dzień i siedział na stołówce przy stoliku dziwaków? – spojrzała na mnie wyzywająco. Wszyscy wstrzymali oddech.

- Lana, czy to prawda? Ukrywałaś się przed nami? – zdruzgotana Jade spojrzała mi w oczy – Dlaczego?

- Ja…ja po prostu…ubrałam się inaczej – zaczęłam się jąkać

- Myślisz, że ubranie cokolwiek zmieni? – prychnęła Sara – Jesteś jedną z nas, Lana. Nie ważne, czy ubierasz się jak my…

- Czyli jak zdzira? Nie już nie będę się tak ubierać – powiedziałam, a Sara natychmiast mnie spoliczkowała. Odskoczyłam do tyłu i złapałam się za policzek

- Jeszcze dwa miesiące temu też się tak ubierałaś i zachowywałaś – syknęła Sara – I nie przyszłoby ci do głowy, żeby tak mnie obrazić…jeszcze nikt mnie tak nie obraził…

- Zmieniłaś się Lana… – pokręcił głową Bill i objął ramieniem Sarę. Zaśmiałam się z bezsilności i przyłożyłam zaciśniętą pieść do buzi. Bill jest taki obleśny…pewnie zgadza się z tym co powiedziałam, ale będzie bronił Sary. Udaje, że ją obejmuje, chociaż tak naprawdę chodziło mu o to, żeby być bliżej i położyć łapy na jej wyeksponowanych cyckach.

- Nie wiem, kogo spotkałaś na tej cholernej wyspie, ale zapomniałaś przez to kim jesteś! A ja ci to przypomnę! – mówiła z pasją Sara – Pamiętasz jak chciałaś wykorzystać na imprezie pijanego Billa i…

- Przestań kłamać! – teraz to ja ją spoliczkowałam – I nie przypisuj mi swoich zasług. To ty chciałaś go wykorzystać i jeszcze kazałaś mi sterczeć pod drzwiami jego sypialni, żeby nikt wam nie przeszkodził – w złości zdradziłam jeden z sekretów Sary. Dziewczyna aż otworzyła usta ze złości. Wszyscy zaczęli między sobą szeptać.

- Naprawdę to zrobiłaś? Nic nie pamiętam – Bill podrapał się po głowie – A szkoda…

- Ona kłamie, nie słuchaj jej – Sara masowała powoli policzek, ale jej pewność siebie zmalała. Wiedziała, że nam w rękawie więcej takich bombowych newsów

- Dość tego, wychodźcie stąd. Impreza skończona – otworzyłam drzwi i kiwnęłam głową. Wszyscy z jękiem ruszyli do wyjścia.

- To najgorsza twoja impreza, mała – wskazał na mnie Bill, zakładając swoje ciemne okulary i przyciągając do swojego boku Sarę

- Pożałujesz tego… – powiedziała bezgłośnie Sara na odchodnym, a mnie przeszedł dreszcz. Właśnie zaczęłam z nią wojnę.

- Lana, to wszystko, co się dziś stało… – Tom podszedł do mnie nie pewnie

- Tom, przepraszam… – zaczęłam, spuszczając wzrok. Jeśli on uwierzył w to wszystko, co mówiła Sara…

- Tom! Chodź, bo nie podwiozę cię do domu! – krzyknął David

- Idź – przełknęłam ślinę – Pogadamy innym razem.

Tom pokiwał smutno głową i wyszedł. Odwróciłam się i zobaczyłam Natashę i Jennifer, które próbowały przemknąć się bokiem do drzwi. Gdyby nie ich kłamstwa, nie byłoby tej sytuacji.

- Dziewczyny? – skrzyżowałam ręce – Może mi coś powiecie?

- Spadaj Lana – zmrużyła oczy Natasha – Sara to nasza przyjaciółka.

- Dlatego do końca będziesz dla niej kłamała? O cokolwiek Sara poprosi ty to zrobisz bez mrugnięcia okiem? Gdyby ona jeszcze była taka lojalna w stosunku do was

- Prekrati! /Przestań!/ – krzyknęła po rosyjsku Natasha i wyszła szybkim krokiem z pokoju

- Jennifer, co ty robisz?

- Nie jesteś godna, żeby mieć w pokoju plakaty Justina Biebera – mówiła obrażała, ściągając plakaty

- Proszę bardzo, bierz go – prychnęłam – I tak dostałam je od ciebie…chcesz jeszcze Tylor Swift i Katy Perry?

- Zmieniłaś się Lana. Kiedyś lubiłaś imprezy, lubiłaś się wygłupiać tak jak my… – Jennifer spojrzała na mnie przerażona, a w jej oczach zalśniły łzy – Naprawdę myślisz, że ubieramy się jak… – zawiesiła głos. Nie odpowiedziałam tylko odwróciłam wzrok. Jennifer mruknęła coś pod nosem i wyszła z pokoju, trzaskając drzwiami.

Zostałam sama z bałaganem. Westchnęłam ciężko i uklękłam na moim puszystym dywanie, teraz lepiącym się od coli. Przez otwarte okno słyszałam jak znajomi odjeżdżają swoimi samochodami z piskiem opon. Krzyżyk na drogę…żeby tylko wjechali prosto w bramę. Kiedy całe napięcie zaczęło opadać, poczułam jak obolała jestem…jutro zostaną mi siniaki po tym upadku. Jednak najbardziej bolał mnie policzek. Teraz już wiem, co czuł Will, który nie raz dostał ode mnie z liścia. To piecze jak cholera…najgorsze jest to, że przed oczami cały czas widzę twarz Sary. Zraniłam ją do żywego. Przez chwilę widziałam w niej moją Sarę…tą małą dziewczynkę, którą poznałam w przedszkolu. Jak mogła się zmienić w taką kreaturę?

Z trudem podniosłam się na nogi i zaczęłam sprzątać śmieci rozrzucone po pokoju. Chciałam się wyrobić przed powrotem rodziców. Zawsze przyjeżdżali do domu późno, ale mimo to chciałam zachować pozory, że nic się tu nie wydarzyło. Po jakimś czasie usłyszałam ciche pukanie do drzwi.

- Proszę – westchnęłam ciężko

- Nie przeszkadzam, panienko… – do pokoju zajrzała Martha – O Boże kochany, co za chlew! – skrzywiła się

- Tak…moi przyjaciele…to znaczy byli przyjaciele potrafią się bawić – prychnęłam, zawiązując worek pełen puszek po napojach energetycznych

- Szczerze powiedziawszy jestem po wrażeniem, że ich wyrzuciłaś – gosposia weszła do pokoju i zamknęła za sobą drzwi

- Ja też Martho, ja też…

- Może zrób sobie przerwę. Wyglądasz na wykończoną – zasugerowała ze zmartwioną miną – Przyniosłam kanapki i kakao, bo nie jadłaś kolacji… – dodała cicho

- Och…zapomniałam o tym. Dziękuję, Martho – uśmiechnęłam się smutno – Jesteś kochana.

Usiadłam na brzegu łóżka i zaczęłam powoli jeść kanapki. Martha zrobiła je z moim ulubionym twarożkiem, tak jak wtedy, gdy byłam mała.

- Pokaż te ramiona. Co ci się stało? Wleciałaś do domu jak demon i od razu poleciałaś na górę… – Martha przysiadła obok mnie

- Spadłam z konia – przyznałam szczerze

- Persefona cię zrzuciła? Przecież to taki łagodny koń i znasz ją od tylu lat…

- To była moja wina. Zapomniałam, że Persefona to nie Winterknight…ale to dobrze. Przydał mi się taki zimny prysznic – mruknęłam, zadziwiając samą siebie

- Martwię się o ciebie, Lano – powiedziała cicho gosposia, przynosząc z łazienki wodę utlenioną i bandaże

- Tak? Dlaczego? – popiłam kanapkę kakao

- Zmieniłaś się i to bardzo – powiedziała, a ja nie mogłam się powstrzymać, żeby nie uśmiechnąć się półgębkiem – To jak się ubierasz, jak mówisz…i ta nagła zmiana przyjaciół. Rozmawiałam z Georgem. Lana, wiesz, że już bardzo dawno nie słyszałam jak mówisz „proszę”, „przepraszam”, „dziękuję”…

- Wiem, byłam okropna…AŁA – syknęłam, gdy Martha polała wodą utlenioną moje ramię – Przepraszam Martho – przytuliłam ją niespodziewanie – Nie byłam sobą. Wyspa Jorvik mnie zmieniła. Nie umiem już wrócić do tamtej Lany.

- Bardzo dobrze, chica. Taka Lana mi się podoba – pogłaskała mnie po głowie

- Ale wszyscy chcą tamtą Lanę – czułam, że do oczu napływają mi łzy

- Bo są głupi i ślepi. Sztuka życia polega na tym, żeby nie iść za stadem jak ta głupia owca, tylko wyrwać się z szalonego pędu na nieudeptaną ścieżkę. Tylko tam rośnie soczysta trawa – uśmiechnęła się i odgarnęła mi kosmyk włosów za ucho

- Łatwo mówić, ale gdy przychodzi do działania, ciężko jest przeciwstawić się tłumowi – zauważyłam

- Zrobiłaś już pierwszy krok – przypomniała Martha – Teraz tylko musisz w tym wytrwać – podeszła do szafy i wybrała z niej moją ulubioną zieloną podkoszulkę, w którą często ubierałam się do jazdy na Winterknighcie – Przebierz się. Wyprałam twoje ubrania.

- Dziękuję – uśmiechnęłam się – Uwielbiam tą koszulkę…

- Proszę bardzo…mówiłam ci o tym, jak się tu znalazłam? – zapytała nagle

- Nie, raczej nie – zmarszczyłam brwi

- Mieszkałam w wielodzietnej rodzinie w małej meksykańskiej wiosce. Byłam szóstą z kolei córką. Rodzice byli biedni, często nie mieli pieniędzy na jedzenie. Targ też był daleko. Żyliśmy z tego, co mój ojciec lub bracia upolowali. Pewnego dnia wprowadzono zarządzenie, że polowanie jest nielegalne. Zaczęliśmy głodować. Mimo, że ojciec i bracia poszli do pracy i tak nie mogliśmy kupić wystarczającej ilości produktów. Wtedy rodzice wpadli na pomysł, żeby wydać nas bogato za mąż. Matka wyjechała ze mną i siostrami do stolicy, zatrudniała się jako gosposia w domach bogaczów i nam również załatwiła podobną pracę. Kazała nam uwodzić synów naszych zamożnych pracodawców i doprowadzić do tego, żeby zajść z nimi w ciążę.

- To okrutne! Wykorzystałyście tych mężczyzn.

- Według tamtejszego prawa, żeby uniknąć skandalu, mężczyzna musiał poślubić kobietę, która urodzi jego dziecko. Moje siostry były posłuszne i widziały w tym oszustwie przyszłość dla siebie, ale ja nie mogłam tak postąpić. Chciałam wyjść za mąż z miłości, a nie dlatego, żeby uniknąć hańby.

- Uciekłaś ze stada – pokiwałam głową

- Dosłownie – zaśmiała się cicho Martha – Pewnej nocy uciekłam z domu i pod osłoną nocy udałam się do portu. Poprzedniego dnia umówiłam się z handlarzem, że przewiezie mnie przez granicę, a ja pomogę mu w interesie.

- Postawiłaś wszystko na jedną kartę? Odważna jesteś. – pokiwałam z uznaniem głową

- Czasem trzeba tak zrobić…zaryzykowałam bardzo dużo. Przecież ten handlarz mógł mnie zgwałcić, sprzedać jako niewolnicę, zabić…a jednak dotrzymał obietnicy i pomógł mi przejść przez granicę. Pracowała u niego przez kilka miesięcy, dopóki nie zdecydował się wrócić do Meksyku po kolejny towar. Ja zostałam w Arizonie. Od tej pory musiałam radzić sobie sama.

- I co zrobiłaś? Znalazłaś jaką pracę? – zainteresowałam się

- Musiałam coś znaleźć, żeby przeżyć. – zaśmiała się – Na szczęście potrzebowali młodej, ładnej dziewczyny w Las Vegas, więc zatrudniłam się w tamtejszym kasynie. Obrałam się w towarzystwie milionerów, gwiazd i szefów mafii. To były czasy… – uśmiechnęła się do swoich wspomnień – Wszystko układało się dobrze, dopóki właściciel kasyna nie kazał nam oszukiwać gości. Musiałam na to przystać, bo inaczej zgłosiłby mnie do urzędu i kazaliby mi wracać do kraju. Oczywiście długo nie udało mu się oszukiwać tych ludzi…

- Szybko się połapali?

- Tak, szefowie mafii to bystrzy ludzie. Grozili mojemu szefowi, że zapłacie im za straty. Pewnego wieczoru pewien biznesmen podszedł do mnie i powiedział na ucho, że za 10 minut mam stąd uciekać. Nie wiedziałam o co chodzi, myślałam, że to jakiś wariat, a takich nie brakowało w Las Vegas. Jednak okazało się, że facet mówił prawdę. Po 10 minutach gang zrobił nalot na kasyno. Strzelali na oślep.

- Udało ci się uciec?! Jak?

- Podświadomie byłam przygotowana na tą sytuację. Schowałam się pod stołem i czekałam na odpowiedni moment, żeby uciec. Wymknęłam się tylnym wyjściem. Tam czekał na mnie samochód. Byłam przerażona, ale okazało się, że to ten sam facet, który mnie ostrzegł. Zabrał mnie stamtąd, zanim przyjechała policja. Najwidoczniej mnie polubił, bo zaproponował pracę u siebie. Stwierdził, że teraz gdy zamordowali wszystkich w kasynie, pewnie nie będę chciała tam wracać. Powiedział, że chce, abym była u niego gosposią i od czasu do czasu zajęła się jego synem, bo jego żona często choruje. Uważałam, że to niebiosa mi go zesłały. Oczywiście zgodziłam się…i tak trafiłam do domu twojego dziadka.

- Jaka ciekawa opowieść. W gangsterskim stylu – zaśmiałam się

- Może tak, ale najważniejsze jest przesłanie, a brzmi ona tak, że czasem warto podjąć ryzyko i wyrwać się z utartego schematu i poszukać czegoś nowego – uśmiechnęła się gosposia

- Masz rację, Martho. Dziękuję.

- Nie ma za co, ptaszynko…wychowałam twojego ojca, wychowałam ciebie…jesteś dla mnie jak wnuczka. Zawsze jestem po twojej stronie i będę cię wspierać – pocałowała mnie w czoło – A teraz bierzmy się do pracy, bo mamy jeszcze dużo do zrobienia, żeby doprowadzić ten pokój do porządku.

- Pomożesz mi? – ucieszyłam się

- Przeciwstawiłaś się tej wypudrowanej pannie Crowley! Zasługujesz na moją pomoc. Już dawno miałam ochotę tak ją wziąć  i ścisnąć jak mokre prześcieradło…och, takiej to by się przydało porządne wychowanie – zmarszczyła śmiesznie czoło, a ja zaczęłam się śmiać

***

Z pomocą Marthy sprzątnie pokoju poszło dwa razy szybciej. Pod koniec byłam już tak zmęczona, że nie pamiętam jak się umyłam, przebrałam w piżamę i utonęłam w moim miękkim łóżku. Zasnęłam od razu i spałam dość twardo, dlatego prawie krzyknęłam, gdy ktoś gwałtownie wyrwało mnie ze snu. Usiadłam na łóżku i rozejrzałam się w około. W ciemnościach dostrzegłam zarysy postaci ojca, który siedział na brzegu mojego łóżka jak przyczajona pantera. Wyprostowany i czujny do skoku. Jego ciemne oczy, tak podobne do moich przerażały mnie w tych egipskich ciemnościach.

- Ach to ty tato… – westchnęłam w końcu, żeby przerwać tą ciężką ciszę. Odgarnęłam grzywkę z twarzy i odrzuciłam kołdrę. – Która godzina?

- Około trzeciej nad ranem… – mruknął od niechcenia

- Dopiero teraz wróciłeś z pracy? – ziewnęłam

- Tak – odparł cicho po chwili, nie odrywając wzroku od swoich dłoni

- Nie powinieneś tyle siedzieć w biurze nad dokumentami. Musisz o siebie dbać – znowu ziewnęłam

- Muszę dbać o interesy, Lana – powiedział, przytulając mnie w niedźwiedzim uścisku – Jak tam pierwszy dzień w szkole? Auto dobrze się sprawuje?

- Naprawdę obudziłeś mnie o trzeciej nad ranem, żeby o to zapytać? – zmarszczyłam brwi, ale ojciec wyglądał na poważnego. Cóż, powinnam się cieszyć, że w końcu znalazł dla mnie czas – W szkole tak sobie…chyba pokłóciłam się ze znajomymi. Za to porsche jeździ jak marzenie. – uśmiechnęłam się

- Twoja matka mówiła mi, że byłaś już na wagarach.

- Ach to…przepraszam, to już więcej się nie powtórzy – przygryzłam wargę

- Wcześniej też tak mówiłaś – zauważył z przekąsem

- Ale teraz to się zmieni tatusiu, obiecuję – spojrzałam mu prosto w oczy – Już nie będę wagarować, imprezować i…robić innych głupich rzeczy.

- Włączając w to jazdę jak pirat drogowy? – zachichotał

- Skąd o tym wiesz? – zdziwiłam się

- Widzę więcej niż myślisz – dotknął mojego nosa palcem wskazującym – To dobrze, że znowu będziesz grzeczną dziewczyną. Zobaczymy na jak długo…o to pokłóciłaś się z Sarą, prawda?

- No nie…skąd o tym wiesz? Zadzwoniła do ciebie? – oburzona odsunęłam się od ojca

- Do starego Crowleya, a on przyszedł do mnie – tata oparł się plecami o zagłówek łóżka, splótł dłonie i ułożył je na brzuchu. Jego wzrok mówił, że coś przeskrobałam.

- Aha…zaczyna się robić ciekawie – chrząknęłam

- Pan Crowley powiedział, że spoliczkowałaś Sarę przy znajomych. Czy to prawda?

- Ja tylko jej oddałam. Ona zaczęła – broniłam się bez sensu

- Lana, nie ważne kto zaczął, ważne, co ty zrobiłaś – zacmokał

- Tato, wiesz co ona zrobiła? Zaprosiła znajomych do naszego domu i powiedziała, że to ja urządziłam tą imprezę. To przez nią poszłam dziś na wagary. Ona się mści, bo ja już nie chodzę tak jak mi zagra… – mówiłam rozżalona. Ojciec poruszył się niespokojnie.

- Rozumiem to kochanie, ale jutro…musisz przeprosić Sarę – oświadczył

- Co?! Chyba żartujesz! Nigdy! – krzyknęłam, a ojciec niespodziewanie złapał mnie za nadgarstki – No chyba, że ona przeprosi mnie pierwsza… – dodałam ciszej

- Nie, ty przeprosisz ją pierwsza – powiedział głosem nieznoszącym sprzeciwu

- Tato…czy ty nie słuchałeś tego, co do ciebie powiedziałam? Ona się na mnie mści, bo już jej nie słucham. I nie mam zamiaru słuchać!

- Nie rozumiem. Byłyście najlepszymi przyjaciółkami. Pewnie pokłóciłyście się o jakąś drobnostkę i po paru dniach zapomnicie o całej sprawie…nie można tego przyspieszyć? Zawsze mówię, że mądry człowiek pierwszy wyciąga rękę do zgody.

- Wcale tak nie mówisz – żachnęłam się

- To teraz tak mówię. To będzie moje motto przewodnie – czułam, że traci cierpliwość – Czemu nie możesz jej przeprosić? Chcesz w jednej chwili zniszczyć wieloletnią przyjaźń?

- A może to od początku nie była przyjaźń? – zazgrzytałam zębami

- Nie ważne, co to było. Po prostu ją przeproś – zażądał

- Nie. Nie mogę…po tym wszystkim, co zrobił… – zaczęłam kręcić głową

- Lana, wiem, że nie rozumiesz pewnych rzeczy, ale pan Crowley jest bardzo bogaty i wpływowy – ojciec wziął moją twarz w swoje duże dłonie – Bardziej niż my. I zna wielu ludzi, którzy mogli by zaszkodzić tatusiowi, rozumiesz? – mówił do mnie jak do małej dziewczynki

- Czemu mieszasz moje życie z twoimi interesami? – jęknęłam, przypominając sobie rozmowę z mamą

- Nie mieszam! – krzyknął, ale wziął głęboki oddech i szybko się uspokoił – nie…ale byłoby cudownie gdyby moja najdroższa księżniczka chciała pomóc tatusiowi. – uśmiechnął się czarująco – Wiesz, że każda córeczka jest oczkiem w głowie swojego tatusia, tak?

- Co ty nie powiesz? – chrząknęłam, zastanawiając się usilnie, jak mam mu odmówić, żeby do reszty nie stracił cierpliwości

- Stary Crowley kocha swoją córkę i nie pozwoli, żeby włos jej spadł z głowy. Zniszczy każdego, kto ośmieli się ją skrzywdzić. Zaczynasz wojnę z niewłaściwym człowiekiem, Lana.

- Jaką wojnę? Po prostu nie chcę się więcej przyjaźnić z tą żmiją…

- A, a, a – tata uniósł palec do góry – właśnie, że chcesz – dotknął mojego nosa – Dlatego jutro rano przeprosisz Sarę i pojedziecie na zakupy, do kina czy gdzie wy tam chodzicie…dam ci nawet pieniądze, kup sobie coś ładnego – sięgnął do kieszeni

- Nigdzie z nią nie pójdę. To koniec – odsunęłam się od ojca

- Pójdziesz i znowu będziecie przyjaciółkami! – ryknął, a ja przestraszona objęłam się ramionami. Tata jeszcze nigdy na mnie tak nie krzyczał – Przepraszam kochanie – wyciągnął rękę, żeby mnie pogłaskać, ale odsunęłam się dalej. – Dobrze, nie mam zamiaru wprowadzać cię w interesy, ale musisz wiedzieć tylko tyle, że mam nóż na gardle, a Crowley może mi pomóc finansowo. Przez twój dzisiejszy numer nasza współpraca wisi na włosku, więc staniesz na głowie, żeby to naprawić – wstał z łóżka, a światło księżyca wpadające przez otwarty taras w końcu go oświetliło

- Tato, skąd masz te siniaki? – wytrzeszczyłam oczy

- Poszedłem z kolegami do baru, wywiązała się mała bójka… – pomasował skronie – Nie ważne. Jutro rano przeprosisz Sarę Crowley za swoje zachowanie i nie chcę więcej słyszeć o tej sprawie – powiedział niskim, nieprzyjemnym głosem nieznoszącym sprzeciwu. Przeszedł mnie dreszcz. W taki sam sposób odezwał się wtedy do Swena, gdy wychodzili po kolacji. Wtedy po raz pierwszy miałam wrażenie, że należy się go bać…teraz to uczucie było jeszcze silniejsze. Powoli pokiwałam głową. – Grzeczna dziewczynka – ojciec uśmiechnął się i pocałował mnie w czubek głowy – Śpij dobrze – dodał i cicho jak kot wymknął się z pokoju

Położyłam się, ale już nie mogłam zasnąć. Czy tata zawsze był taki apodyktyczny? Nie tak go zapamiętałam. Może dlatego, że zawsze robiłam to, co chciał. To niesamowite jak ludzie potrafią się przeistoczyć w potwory, gdy sprawy nie układają się po ich myśli…szkoda, że nie ma to Rose. Ona zawsze wie co robić. Zwinęłam się w kłębek myśląc o moich przyjaciołach. Bez nich czułam się bezbronna.

***

Usnęłam drugi raz jakieś pół godziny przed budzikiem. Niewyspana i z bólem w kościach zwlokłam się z łóżka. Ubrałam się w strój, który kupiłam wczoraj w sklepie i zeszłam na śniadanie. Mamy i taty już nie było, ale niezawodna Martha jak zwykle przygotowała mi ciepłe mleko z płatkami owsianymi. Wszyscy chwalili mnie, że ładnie dziś wyglądam, ale nie miałam jakoś nastoju na dłuższe rozmowy. Denerwowałam się przed rozmową z Sarą. Na lekcjach też nie mogłam się skupić. Fakt, że jej towarzystwo ostentacyjnie mnie ignorowało, nie uszło uwadze innych uczniów, którzy zawzięcie o mnie plotkowali i snuli domysły, co się stało. Tylko Sara była podejrzanie zadowolona. Oczywiście wiedziała, że jej ojciec zrobił mojemu niezłą awanturę i spokojnie czekała, kiedy zacznę ją błagać o wybaczenie. Pewnie była na to doskonale przygotowana. Przetrzymałam ją aż do przerwy obiadowej. Wzięłam głęboki wdech i weszłam na stołówkę. Momentalnie wszyscy zaczęli mnie obserwować. Starałam się patrzeć przed siebie. Szłam prosto do celu, do stolika „pięknisiów”. Natasha i Jennifer od razu mnie zauważyły i pochyliły się do Sary oznajmić jej, że się zbliżam. Moje serce przyspieszyło i czułam dudnienie w uszach. W końcu zatrzymałam się przed dawnymi znajomymi. Teraz już nikt nawet nie ukrywał, że gapi się na tą niecodzienną scenkę.

- Saro – zaczęłam słabym głosem

Chłopcy, Jade i Elena  przyjęli bojowe postawy, czekając na najmniejszy znak od liderki, że mogą się mną zająć. Doskonale znałam hierarchię. To obrzydliwe. Wytresowała ich jak prywatnych ochroniarzy.

- Lano – Sara powoli efektownie obróciła się na ławce, żeby na mnie spojrzeć – Chciałaś coś jeszcze dodać po wczorajszym spotkaniu?

- Chciałam…chciałam cię… – przygryzłam wargę. Robiłam to wbrew sobie i słowa nie mogły mi przejść przez gardło. Najchętniej walnęłabym ją w tą uśmiechniętą, wymalowaną gębę, ale musiałam się opanować. Cokolwiek robisz, rób to z dumną. Nie pokazuj im, że mają cię w garści. Tego nauczyłam się na wakacjach.Podniosłam więc głowę i odważnie spojrzałam jej w oczy. Powiem to. – Chciałam cię przeprosić za to, jak wczoraj cię potraktowałam.

- Och…jakie to miłe z twojej strony – mruknęła z przekąsem Sara – Nie spodziewałam się tego.

- Co ty nie powiesz? – na moich ustach zaigrał cień kpiącego uśmiechu. Sara go zobaczyła i od razu zmieniła nastawienie.

- Nie sądziłam, że zdobędziesz się na odwagę, żeby mnie przeprosić i przyznać, że jesteś kłamczuchą – założyła nogę na nogę i oparła się plecami o stół

- Że co… – zamrugałam

- Chciałaś przeprosić, że jesteś kłamczuchą, ponieważ zaprosiłaś wszystkich na imprezę, a potem udawałaś, że nie masz pojęcia o czym mówię. – spojrzała jakby rzucała mi wyzwanie

- Tak – odparłam po chwili wypranym z emocji głosem

- I przyznajesz, że z premedytacją wyrzuciłaś nas wszystkich zamiast nas przeprosić za swoje zachowanie. Przepraszasz, że mnie uderzyłaś i obraziłaś, bo po prostu jesteś zazdrosna, że nigdy nie będziesz wyglądała tak jak ja.

- Tak – z trudem wytrzymałam jej wzrok

- I przyznajesz, że kłamałaś, gdy mówiłaś o tym jak zaciągnęłam Bill do łóżka na imprezie.

- Tak.

- Świetnie, bo ty to zrobiłaś – Sara bawiła się coraz lepiej. Wiedziała, że w tej sytuacji może mi wcisnąć wszystko co chce, a ja i tak będę musiała się na to zgodzić. Z trudem powstrzymałam łzy. – A powiedziałaś to tylko dlatego, że dowiedziałaś się, że ja i Tom się całowaliśmy i jesteśmy parą – wzięła swoją dietetyczną colę

- Ty i Tom? – prychnęłam zaskoczona. Idiotka…myślała, że to mnie zaboli. Wiedziała, że od dawna podkochuję się w Tommym i marzyłam o tym, żeby mnie pocałował, ale byłam zbyt nieśmiała, żeby do niego zagadać. Może kiedyś by mnie to zraniło, ale po tym jak poznałam Willa…zapomniałam o Tomie.

- Tak czy nie? – z roztargnieniem oglądała swoje długie, szponiaste paznokcie

- Tak – zazgrzytałam zębami

- I nic z tego, co o mnie powiedziałaś nie było prawdą?

- Tak – westchnęłam zniecierpliwiona

- Dobrze – uśmiechnęła się słodko – Wybaczam ci. Jesteś prawdziwą żmiją i zdzirą, ale ludziom powinno się wybaczać. Znaj moje dobre serce – wzruszyła lekko ramionami i oblała mnie colą. Zamrugałam oczami i zaskoczona cofnęłam się do tyłu. To wszystko? Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszyscy wrócili do przerwanych rozmów. No tak, królowa osiągnęła swój cel. Upokorzyła mnie przed całą szkołą. Tom podniósł się z ławki i podał mi serwetki, ale Sara złapała go za rękę.

- Idź stąd – powiedziała do mnie spokojnie

- Słucham? Przecież powiedziałaś, że mi wybaczyłaś…

- Ale kara musi być – nie ustępowała – Już nie siedzisz przy naszym stole. Do odwołania.

- Spadaj Shylund, mam ci to przeliterować? – warknął David, podnosząc się ze swojego miejsca

- Nie kłopocz się, bo dobrze wiemy, że i tak tego nie potrafisz – burknęłam i nie czekając na odpowiedź wyszłam ze stołówki.

Poszłam do łazienki, żeby obmyć się z lepiącej coli. Nie miałam innego wyjścia jak przebrać się w stój od zajęć sportowych. Dobrze, że za godzinę mamy lekcję, bo wyszłabym na jeszcze większą idiotkę. Spojrzałam na siebie w lustrze. O dziwo nie chciało mi się płakać ani nie miałam zamiaru krzyczeć. Cała ta sytuacja była mi podejrzanie obojętna. Szkoda mi było tylko nowych ciuchów. Nawet nie chciałam się zemścić. Poczułam…ulgę. Tak, ulgę! Teraz już wszyscy wiedzą, że ja nie przyjaźnię się z Sarą Crowley, a to otwiera mi furtkę do bycia sobą. Do bycia prawdziwą Laną. W końcu będę robiła to co chcę i będę się przyjaźniła z ludźmi, których lubię. Uśmiechnęłam się. Poczułam jak z ametystowej opaski na ramieniu rozchodzi się przyjemne ciepło, a w głowie usłyszałam echo głosu Alex „Dobrze Lana, pokaż mi, że jesteś dzielna”. Teraz tylko muszę znaleźć moich kolorowych, nietypowych znajomych i sprawdzić, czy uda mi się ich przeprosić, bo na ich wybaczeniu naprawdę mi zależało.

***

Do końca dnia chodziłam w białej sportowej podkoszulce i krótkich czarnych spodenkach do ćwiczeń. Ku mojej uldze nikt nie zwrócił na to specjalnej uwagi. Pewnie dlatego, że w Kalifornii jest gorąco i mnóstwo uczniów ubiera się tak na co dzień. Szukałam moich kolorowych znajomych ze stołówki, ale nigdzie nie mogłam na nich trafić. W końcu przed ostatnią lekcją poddałam się. Jednak kiedy szłam do szafki wymienić książki, w końcu ich zobaczyłam. Ashley i Kevin stali niedaleko mnie i również zabierali książki ze swoich szafek. Teraz albo nigdy. Odchrząknęłam, założyłam włosy za ucho i podeszłam do nich cała w nerwach.

- Cześć – zagadnęłam nieśmiało

Ashley drgnęła zaskoczona i obróciła się powoli. Kevin wytrzeszczył na mnie oczy i prawie upuścił swój plecak obklejony plakietkami ze zlotów fanów gier i komiksów.

- Cz-cześć, a co ty tu robisz? – wydukał chłopak

- Właściwie tu chodzę tu do szkoły – zaśmiałam się nerwowo i podrapałam się po karku. Chciałam rozładować atmosferę, ale chyba jeszcze bardziej ich speszyłam, bo zaczerwienili się i odwrócili wzrok. Pewnie myślą, że się z nich nabijam.

- Przepraszam za to, co się stało wczoraj na stołówce – powiedziałam poważnie. Spojrzeli na mnie, jakby nie wierzyli mi.

- To nie twoja wina – odezwała się po chwili Ashley – Sara do ciebie podeszła i zabrała cię – wzruszyła ramionami, jakby to było normalne

- Nie, mam za co przepraszać. Nie przedstawiłam się tak, jak należy. Nie wiedzieliście, że rozmawiacie z Laną Shylund, a ja usiadłam z wami, bo nie chciałam, żeby chłopaki mnie zauważyli. – wyznałam – Gdybyście wiedzieli kim jestem, pewnie nie chcielibyście ze mną rozmawiać – prychnęłam

- Pewnie nie… – powiedział Kevin, powoli kiwając głową

- I wcale się wam nie dziwię. – dodałam szybko – Byłam okropna, naprawdę. Sama bym ze sobą nie chciała rozmawiać jeszcze dwa miesiące temu… – nie mogłam przestać mówić

- Dlaczego nie chciałaś, żeby twoi przyjaciele cię wczoraj poznali? – przerwała mi spokojnie Ashley – Ubrałaś się tak specjalnie, żeby cię nie poznali, prawda? – spojrzała na mnie poważnie tymi swoimi wielkimi, łagodnymi oczami

- Tak – przełknęłam ślinę – Ja…może mi nie uwierzycie, ale zmieniłam się przez te wakacje. Dużo rzeczy zrozumiałam i już nie chcę być z nimi. Nie chcę być taką osobą – zmarszczyłam brwi

- Widzieliśmy przedstawienie Sary na stołówce – powiedział po chwili Kevin – I to jak oblała cię colą.

- Tak…cała Sara. Wczoraj powiedziałam jej parę słów za dużo i to jest jej słodka zemsta – przygryzłam wargę

- Przeprosiłaś ją i przyznałaś się, że to twoja wina – nie ustępował Kevin

- Nie miałam wyjścia – zacisnęłam usta – ale już się z nią nie przyjaźnię.

- Zmusiła cię do tego? – szepnęła Ashley

- Coś w tym stylu – mruknęłam. Kevin nie wyglądał na przekonanego, ale ona od razu mi wybaczyła.

- Przykro mi, że tak cię urządziła. Chcesz, żebym ci pożyczyła bluzę? Twoje rzeczy są pewnie całe mokre – zaproponowała

Zanim cokolwiek odpowiedziałam, ktoś uderzył ręką w szafkę tuż obok mojego ucha. Podskoczyłam w miejscu.

- Co ty tu robisz? – syknęła Caroline – Masz tupet…

- Caro, ona chciała tylko przeprosić – zaoponowała Ashley

- I ty jej uwierzyłaś? – zakpiła Caroline – Jesteś bardziej naiwna niż myślałam.

- To prawda! Naprawdę mi głupio, że tak wyszło…

- Głupio ci? – parsknęła Caroline – Po co to robisz Shylund? Wysłali cię tutaj jako szpiega? Żebyś zdobyła nasze zaufanie, wyciągnęła od nas informacje, a potem ośmieszysz nas przed całą szkołą, tak?

- Nie, dlaczego miałabym to robić! – zmarszczyłam brwi

- Bo do tej pory tak robiliście! Bo tak działa Sara! Zresztą sama się o tym dziś przekonałaś – uśmiechnęła się wrednie – I wcale nie jest mi ciebie żal. Dobrze ci tak. – skrzyżowała ręce i spojrzała na mnie wyzywająco. Nienawidziła mnie.

- Nie przyjaźnię się z Sarą ani jej bandą – westchnęła

- Od kiedy?! – zaśmiała się Caroline – Zawsze chodzisz za nią jak cień.

- Lana mówiła, że chce się zmienić – powiedziała cicho Ashley

- Ash, ona przeprosiła tą lalunię przy całej szkole, a ona jej wybaczyła. Nic się nie zmieni – warknęła Caroline

Kevin i Ashley popatrzyli na mnie jak zbite szczeniaki. Uwierzyli Caroline. Wszystko przepadło. W sumie czemu niby mieliby mi wierzyć. Zraniłam ich. Wyśmiewałam się z nich tak jak Sara i do niedawna byłam w jej bandzie. Słowami nic tu nie wskóram. Tylko czyny mogą im udowodnić, że naprawdę się zmieniłam.

- Chodź Shylund, przejdziemy się na do klasy – Caroline niespodziewanie złapała mnie za ramię i pociągnęła za sobą

- Caroline, tylko spokojnie, proszę! – pisnęła Ashley

- Nie bój się Ashley, mam hiszpański razem z panną Shylund. Nic jej nie zrobię – poklepała mnie zbyt mocno po plecach i uśmiechnęła się do przyjaciół – Idźcie już na swoje lekcje.

Kevin i Ashley wolno ruszyli w przeciwną stronę, co chwila oglądając się za siebie. Z twarzy Caroline nie schodził sztuczny uśmiech, ale gdy tylko ta dwójka zniknęła za zakrętem, wbiła mnie w drzwi szafki. Jęknęłam cicho, czując jak w tył głowy wbija mi się kłódka. Ma dziewczyna siłę…

- Posłuchaj Shylund, bo powiem to tylko raz. Zostaw w spokoju moich przyjaciół – syczała – Nie mieszaj im w głowach. Kocham im. To jedne bliskie mi osoby, więc jeśli ich skrzywdzisz, to nie ręczę za siebie. A uwierz mi, że powinnaś się bać, bo nie zawaham się zrobić ci krzywdy. Powiedz Crowley, że już nigdy więcej nie zrobi z nas pośmiewiska.

- Sama jej to powiedz. Ja już z nią nie gadam… – warknęłam, ale Caroline mocniej przyszpiliła mnie do szafki

- Zrozumiałaś, co mówiłam? – zapytała spokojnie

- Tak – syknęłam przez zeby

- Świetnie – puściła mnie, a ja wzięłam głęboki oddech. Zadzwonił dzwonek. W samą porę… – Do zobaczenia na hiszpańskim, Shylund – uśmiechnęła się krzywo i ruszyła przed siebie korytarzem, głośno tupiąc swoimi glanami.

Wzięłam kilka głębokich wdechów, żeby się uspokoić i ruszyłam za nią.

- Lana!

Odwróciłam się zaskoczona. Do klasy biologicznej wchodziła Sara. Zmrużyłam oczy.

- Widzimy się wieczorem na imprezie u Billa, tak kochana? – zaćwierkała słodka

Zatkało mnie. Nie mogłam odmówić, bo patrzyło na nas wiele osób. Crowley nie odpuszcza…to oznacza, że szykuje dla mnie coś jeszcze w ramach słodkiej zemsty.

- Dobrze się bawisz, Sara? – prychnęłam

- O tak…dawno tak dobrze się nie bawiłam, Lana – puściła do mnie oko i weszła do klasy

Zostałam sama na korytarzu z myślą, że ten dzień nie skończy się tak szybko jak bym chciała, a przez żądanie ojca stałam się nową zabawkę w rękach okrutnej, rozpieszczonej nastolatki. Lepszego początku szkoły nie mogłam sobie wyobrazić…

 

O tym jak próbuję walczyć ze starymi nawykami, znajomymi i pierwszy raz spadam z konia…

17 sty

Dziewczyny szybko wyciągnęły mnie z łazienki, zanim zdążyłam się dobrze przyjrzeć swojemu „nowemu” wyglądowi”. Dobry Boże…odzwyczaiłam się od takiej wersji siebie. To aż dziwne, że po przyjeździe do Moorland szybko zapomniałam o modnych ciuchach i makijażu, a po powrocie do domu mam taki problem z przystosowaniem się do obowiązującego stylu życia. Halo, mieszkam tu od urodzenia! Nie powinnam się czuć jak agent w obcej skórze! Coś jest zdecydowanie nie tak…

Sara, Natasha i Jennifer wykorzystały chwilę mojej słabości i zaprowadziły mnie na parking. Po drodze rozmawiały wesoło i chichotały głupkowato, jakby w ogóle mnie tu nie było. Jennifer wzięła kolejną gumę i robiła nam selfie. Zaszumiało mi w uszach. Widziałam, jak Jennifer wyjmuje z torebki kluczki do swojego auta. Ścisnęłam kurczowo moją torbę. Musze jakoś odzyskać kontrolę…

- Jedziemy moim autem – powiedziałam zdecydowanie

- Twoim? – dziewczyny obróciły się zaskoczone – Masz auto?

- Tak, tata kupił mi porsche po wakacjach – przełknęłam ślinę i wyjęłam kluczki. Odblokowałam drzwi, a dziewczyny zaczęły piszczeć z zachwytu, gdy zobaczyły, co stoi na parkingu.

- O mamuniu to najnowszy porsche! Widziałam takie w salonie! – piszczała Jennifer wskakując na tyle siedzenie – Jest booooski…a jakie ma miękkie siedzenia…

- O tak, pachnie jeszcze nowością – westchnęła Natasha, rozciągając się na tylnym siedzeniu i kładąc nogi na oparciu pasażera – Ale do czasu, wystarczy, że wpuścisz tu Billa – spojrzała porozumiewawczo na Jennifer i obie wybuchły śmiechem. Skrzywiłam się. Czy ktoś im kiedyś powiedział, że mają koński śmiech? Bez urazy dla koni ma się rozumieć…

- Skarbie, chłopcy oszaleją, kiedy zobaczą to cudeńko – Sara przytuliła mnie od tyłu i cmoknęła w policzek – Dobre posunięcie…

- Nie rozumiem – zmarszczyłam brwi

- Oj Lana…wiem, że ty wiesz, że Tommy lubi takie samochody… – szepnęła mi do ucha, a mnie przeszedł dreszcz – ale zapomnij o nim. Jest zajęty – dodała lekkim tonem. Zanim zdążyłam odpowiedzieć, poklepała mnie po ramieniu i wsiadła na miejsce pasażera. Wszystkie trzy czekała aż ruszymy z parkingu. Wzięłam głęboki oddech, żeby się uspokoić i usiadłam na swoim miejscu. Przekręciłam kluczyk w stacyjce i wyjechałam gwałtownie z parkingu. Dziewczyny piszczały z radości. Nawet nie próbowałam wspominać o pasach, bo i tak by mnie wyśmiały. Założyłam przyciemniane okulary i wbiłam wzrok w jezdnię. Jennifer przechyliłam się przez siedzenie i podłączyła swojego smartphone do odtwarzacza. Chwilę później Justin Bieber leciał na cały regulator. Jęknęłam cicho.

- Więc to ty lubisz Justina Biebera? – starałam się, żeby mój głos brzmiał spokojnie

- Tak, a ty nie? – zaśmiała się i zaczęła śpiewać na cały głos. Jak ona fałszuje…

- Oczywiście, że nie! Przy tym w ogóle nie da się tańczyć! To dobre na randkę! – zawołała Sara, a ja pierwszy raz byłam jej wdzięczna, że powiedziała coś, o czym myślałam – To jest muzyka… – dodała, po czym przełączyła na Nicki Minaj

- A żeby ci się te tipsy połamały… – jęknęłam cicho. Lepsze to niż Bieber, ale mimo wszystko…

- Co mówisz? – zapytała Sara. Na szczęście mnie nie słyszała, bo koleś obok zaczął trąbić.

- Masz śliczny lakier. Musisz mi pokazać salon, w którym zrobili ci paznokcie. – skłamałam lekko

- No i wraca moja Lana! – uściskała mnie Sara – Dalej maleńka, nie mamy całego dnia na stanie w korkach!

- Mówisz masz – mruknęłam i przyspieszyła. Z zadowoleniem patrzyłam jak pęd powietrza zasłonił jej twarz włosami. Wyglądała jak topielica. Dobrze, że na drodze był teraz mniejszy ruch. Oczywiście jak to przystało na pasażerów auta z odkrytym dachem jadących po kalifornijskich drogach, dziewczyny włączyły muzykę na full i zaczęły tańczyć. Niektórzy kierowcy uśmiechali się, inni gwizdali, a jeszcze inni krzyczeli swoje numery telefonu. Przy każdej takiej sytuacji coraz bardziej wbijałam się w fotel i kurczyłam się z sobie. Zaraz spalę się ze wstydu…dobrze, że droga do centrum handlowego nie była tak długa. A może to ja szybko jechałam?

Sara od początku nie próżnowała. Zaciągnęła mnie na rundkę po swoich (przepraszam „naszych”) ulubionych sklepach. Ona, Natasha i Jennifer potraktowały mnie dosłownie jak lalkę Barbie. Umieściły mnie w przymierzalni i wciąż przynosiły nowe ciuchy. Moje oczy robiły się coraz większe, ale i tak nic nie przebiło ekspedientki, która patrzyła się na to wszystko zza lady z mina cierpiętnicy. No tak…będzie musiała to posprzątać, jak wyjdziemy. Najchętniej pewnie by nas stąd wyrzuciła, ale dobrze wie, że Sara jest córką znaczącego biznesmena, Natasha to córka rosyjskiego ambasadora, a ja…no cóż, córka sławnego adwokata. Znała nas wszystkie i wiedziała, że kilka razy w miesiącu robimy taki „nalot bombowy”. Musiała to znieść.

- Zabierz mnie stąd – powiedziałam do niej bezgłośnie, gdy podeszła bliżej poskładać ubrania rzucone na podłogę

- Jesteś tu przetrzymywana siłą? Grożą ci bronią? Szantażują? Ukradły twoją kartę? – zapytała znudzonym głosem

- Nie – mruknęłam, ściągając przez głowę niewygodny, obcisły top

- To obawiam się, że nie mogę nic zrobić, żeby uratować cię od tej katorgi robienia zakupów na wagarach – prychnęła i odeszła

W sumie to nie dziwię się jej. Nie lubiła nas, bo miała przez nas więcej roboty. A ja wcześniej prawdopodobnie zachowywałam się jak moje koleżanki.

- I jak? Wybrałaś coś? – Jennifer wpakowała się do mojej przymierzalni w trzecim z kolei sklepie

- Ubieram się, jeśli jeszcze tego nie zauważyłaś… – burknęłam

- A coś ty taka skryta? Mamy razem szatnię na wf, widziałam cię już w staniku.

- Jennifer…ty nie ćwiczysz, bo boisz się spocić – spojrzałam na nią spode łba

- Ale do szatni wchodzą – powiedziała wesoło po chwili namysłu

- Jak wam idzie dziewczynki? – do szatni zajrzały też Natasha i Sara

- Pięknie ci w tej bluzce… – westchnęła Sara – Podkreśla twoją hiszpańską urodę. Zawsze chciałam mieć taką ciemną karnację jak ty…

- A nie jest zbyt…wulgarna? – zmrużyłam oczy

- No coś ty! Wyglądasz w niej jak prawdziwa tancerka flamenco – cieszyła się Natasha

- Bierzemy – zdecydowała Sara – do tego te shorty i skórzaną spódniczkę…

- Nie – powiedziałam twardo. Dziewczyny zamilkły i spojrzały na mnie zaskoczone. Przełknęłam ślinę. Nie mogłam już tego wytrzymać. – To moja karta i nie będziesz mi mówiła, co mam kupować. – dodałam ciszej

- Natasha odstaw moje rzeczy z przymierzalni na tą kupkę przy kasie – powiedziała Sara, a blondynka natychmiast wykonała jej polecenie – Jennifer? – kiwnęła na brunetkę, która zrozumiała dopiero po chwili, że ma wyjść. Oho… – Lana skarbie…oczywiście, że to twoje karta – podeszła bliżej i zasunęła zasłonkę – ale zawsze ci doradzałam, co masz kupić. Liczyłaś się z moim zdaniem. Coś się zmieniło?

- Nie podobają mi się te rzeczy – powiedziałam odważnie, przyglądając się sobie w lustrze – W szafie mam mnóstwo podobnych. – usta Sary ściągnęły się w dzióbek, a na jej idealnie gładkim czole pojawiła się zmarszczka

- Uwierz mi, że nie…to najnowszy trend na jesień…

- Nie o to mi chodzi! – żachnęłam się – Nie czuję się dobrze w takim stylu…

- Od kiedy… – syknęła, a coś w jej głosie sprawiło, że spojrzałam na odbicie jej twarzy w lustrze – Odkąd wróciłaś z tej dzikiej głuszy, tak? Co oni ci tam zrobili? Pranie mózgu?

- Saro… – przełknęłam ślinę

- Znamy się od podstawówki, Lana. Jesteś moją najlepszą przyjaciółką. Ufamy sobie i mówimy o wszystkim. Mamy podobny styl i gust. Chodzimy razem na imprezy. Zwierzamy się sobie o swoich miłościach i problemach. Wiesz o mnie więcej niż te idiotki…nigdy nie kwestionowałaś moich decyzji…

Ale to nie znaczy, że się ze wszystkim zgadzałam.

- Jesteśmy bogatce, popularne i ubieramy się seksi…jesteśmy boginiami szkoły. Możemy wszystko i mamy w garści wszystkich – syknęła mi do ucha, a ja drgnęła na dźwięk słowa „bogini”. Ja jestem boginią…mam moc bogini Epony. – Jak dwa miesiące mogły cię tak zmienić?! Spójrz na mnie! – zażądała i złapał mnie za podbródek. Jej zimne, zielone oczy patrzyły się wprost w moje. – Zapomnij o tej wyspie. Zapomnij o wszystkim, co tam się działo. Tu jest twoje życie.

- Może… – czułam, że zaczynam się łamać pod naporem jej wzroku

- Więc kupisz te ubrania?

- Nie – mój głos drżał – Te nie, ale widziałam coś innego… – poprawiłam się szybko

- Dobrze…pokaż mi to – Sara próbowała zachować spokój

Wyszłam z przymierzali i wzięłam głęboki oddech. Nogi miałam jak z waty. Nie będę jej marionetką…o nie…szybko znalazłam rzeczy, które Jennifer wcześniej odniosła i wróciłam do koleżanki. Siedziała na pufie z nogą założoną na nogę i piłowała paznokcie. Patrzyła na mnie wyczekująco.

- No dalej, przebierz się – zażądała

Zgrzytając zębami przebrałam się w ubrania. Ku mojej uldze wyglądałam znacznie lepiej. Czerwona luźna koszulka na ramiączka w stylu hippisowskim, włożona dłuższe shorty w kwiatowy wzór oraz kobaltowy dłuższy kardigan i letnie kozaki. Dziewczęco, modnie, ale nie wulgarnie. Skrzyżowałam ręce i posłałam jej wyzywające spojrzenie.

- No nieźle…delikatna, cukierkowa laleczka – Sara przesunęła palcem po brodzie – Ok, kupuję to. Zobaczmy jak długo w tym wytrwasz – prychnęła, wstała i minęła mnie ostentacyjnie w przejściu

Zakupy można uznać za zakończone. Dziewczyny wyszły ze sklepu z wielkimi torbami, ja z jedną, ale i tak byłam zadowolona z zakupu. Od razu przebrałam się w ten komplet i oddałam rzeczy Sarze. Wyglądało na to,  że zdołałam ją udobruchać, ale to tylko pozory. Zbyt dobrze znam Sarę. Nie posłuchałam jej. Bunt na podkładzie. Mogę spodziewać się zemsty w najmniej odpowiednim czasie. Na razie jednak udawała kochaną i słodką przyjaciółkę. Zaprosiła nas do Starbucksa. Zamówiłyśmy cztery kawy i usiadłyśmy przy naszym ulubionym stoliku z końcu sali. Dziewczyny od razu wyjęły telefony i zaczęły pisać statusy na Facebooku, Twitterze i Bóg wie czym jeszcze…

- Lana, a ty gdzie masz telefon? – zapytała nagle Jennifer

- Zostawiłam w domu – wzruszyłam ramionami, a koleżanki zamarły

- No coś ty! – przejęła się Jennifer – Zapomniałaś o phonie?! Ja bym od razu po niego wróciła…wariuję bez mojego phona…

- Ładował się kiedy wychodziłam, więc… – zmieszałam się

- A kogo my tu mamy! Nasze gorące laseczki! – w Starbucksie niespodziewanie zjawił się Tom, Bill i David

- Czeeeść! – zawołały słodko dziewczyny – W samą porę, chodźcie… – Sara przysunęła się do Natashy, robią im miejsce

Bill od razu wepchnął się między nie, wziął Sarę na kolana i zdjął ciemne okulary. Jego blond włosy z przesadzoną ilością żelu były zaczesane do tyłu, a czarna skórzana kurtka w zamyśle miała mu dodać gangsterskiego szyku. Zemdliło mnie na myśl, że przypomina trochę Williama. David usiadł jak na tronie i rozciągnął ręce na oparciu kanapy. Firmowy top z Nike podkreślał jego wyrzeźbiony brzuch i muskularne ręce. Ciemnoskóry chłopak przesunął ręką po swoich krótko ostrzyżonych włosach i wyszczerzył się do nas w uśmiechu. Tom wsunął się na miejsce obok, spojrzał się na mnie i uśmiechnął się nieśmiało, co mnie zdziwiło. Mimo to odwzajemniłam uśmiech. Wyglądał najspokojniej z całej trójki. Ubrany w czerwoną podkoszulkę i szorty wyglądał jakby właśnie wracał z plaży. On też był umięśniony i opalony. Pewnie całe wakacje grał z siatkówkę plażową z Davidem.

- Wow Lana…wyglądasz…inaczej – powiedział z podziwem

- Co to znaczy? Lepiej czy gorzej? – napiłam się kawy

- Lepiej…zdecydowanie – pokiwał głową, nie odrywając ode mnie wzroku. O mało nie zakrztusiłam się kawą. Jennifer, która siedziała obok mnie przewróciła oczami i szturchnęła w bok.

- Hej ludzie robię jutro imprezę na pożegnanie wakacji! Rozumiem, że wszyscy będą – przerwał nam Bill

- Pewnie, że tak! Nie ma innej opcji! – ucieszyła się Jennifer

- Ale pożegnanie wakacji tak smutno brzmi… – Sara zrobiła minkę smutnego psiaka

- Nie bój żaby skarbie – Bill cmoknął ją głośno w szyję, zanim Sara trzepnęła go w rękę – Zakończenie wakacji, ale początek sezonu imprez! Studenci wracają do college.

Świetnie…przetarłam twarz ręką. Zauważyłam zaciekawione spojrzenie Toma. Chrząknęłam i podniosłam się z miejsca. Nie zniosę już tej pustej rozmowy.

- Przepraszam, ale muszę już lecieć. Umówiłam się z mamą.

- Lana, chłopcy dopiero przyszli… – zaprotestowała Natasha

- Przepraszam, ale nie chcę się spóźnić. Zobaczymy się potem.

- A kto nas odwiezie? – Sara utkwiła we mnie wzrok. Przeszedł mnie dreszcz

- Skoro chłopcy już przyszli… – wzruszyłam ramionami, czując, że żołądek wiąże mi się w supeł pod wpływem jej spojrzenia. Znowu jej podpadłam.

- Nie ma sprawy. Z chęcią odwieziemy dziewczyny – mrugnął do mnie David

- Widzimy się w klubie jeździeckim? – zawołała za mną Jennifer

- Jasne! – odkrzyknęłam i już przedzierałam się do wyjścia. Czułam, że wzrok Sary wypala mi dziurę w plecach. Z ulgą wypadłam z baru i popędziłam na parking. Niektórzy ludzie patrzyli się na mnie dziwnie, ale nie zatrzymywałam się. Dopiero gdy wsiadłam do auta, zapięła pasy i odpaliłam silnik, poczułam się lepiej. Przyłożyłam czoło do kierownicy, próbując złapać oddech. To szaleństwo, ta tortury…jak mogłam tak żyć? Założyłam okulary, napiłam się wody (zasłodziłam się tą karmelową kawą) i wyjechałam z parkingu (tym razem nie jak pirat drogowy). Mama…czeka mnie trudna rozmowa.

***

Wjechałam na parking hotelu i zaparkowałam na miejscu dla pracowników obok SUV-a mamy. Ochroniarz dobrze mnie znał, więc tylko skinął głową, gdy go mijałam. Skierowałam się do razu do recepcji.

- Dzień dobry Sharon, mama u siebie?

- Dzień dobry, Lana – kobieta obdarzyła mnie swoim firmowym uśmiechem – Tak, zaraz cię zapowiem. Chodź.

Podążyłam za nią do biura. Lubiłam tu przychodzić, gdy byłam mała. W hotelu zawsze się coś działo i mimo, że mama nie miała dla mnie czasu, potrafiłam sobie znaleźć zajęcie. Czasem pomagałam pokojówkom, innym razem patrzyłam jak kucharz przygotowuje dania…albo siedziałam na recepcji z Sharon i rysowałam konie. Rysowałam konie na wszystkim…teraz już wiem, skąd u mnie takie zamiłowanie do tych zwierząt.

- Pani kierownik, przyszła pani córka – Sharon zajrzała do gabinetu mamy

- Dobrze, niech wejdzie – odpowiedziała cicho mama

Sharon skinęła mi głową i weszłam do cichego, przytulnego gabinetu. Byłam dumna z mamy, że jest kierownikiem 5-gwiazdkowego hotelu, że jest prawdziwą bizneswoman. Mimo, że przez to nie miała dla mnie czasu. Praktycznie wychowywali mnie Martha, George i reszta pracowników domu. Ale mama była kimś…hotel pod jej kierownictwem dostał dwie gwiazdki rok po roku. Patrzyłam jak siedzi przy biurku w idealnie skrojonym żakiecie i perfekcyjnie upiętym koku. Ten obraz mamy tak cholernie nie pasował mi to obrazu Charlie Hoffer z Moorland, że to aż boli…Co się stało, że tak się zmieniła? Widać nie tylko ja przeszłam metamorfozę po przyjeździe z Jorvik. Tylko, że ja chyba zmieniłam się na lepsze…

- Siadaj Lana, muszę tylko dokończyć to pismo i już będziemy rozmawiać. Dosłownie minutka… – mruknęła, nie odrywając pióra od kartki

Skinęłam głową i osunęłam się na krzesło. Powiesiłam torbę na oparciu i zapatrzyłam się w przestrzeń. Mój wzrok wędrował po regałach pełnych książek i segregatorów. Pamiętam jak ścigałam to wszystko i oglądałam, mieszałam…mama była wtedy wściekła i kazała Sharon zabrać mnie do siebie. O tak…byłam wtedy jak „żywe srebro”. Tak kiedyś określiła mnie Martha. A teraz? Zdjełam okulary i wytarłam pojedynczą łzę. Nie rycz Lana, no już…

- Już, gotowe – mama odłożyła kartkę i w końcu na mnie spojrzała – Och…widzę, że wracasz do starych nawyków.

- Starych nawyków? – powtórzyłam powoli, mrużąc oczy

- Dzwoniła dyrektorka twojej szkoły. Uciekłaś już pierwszego dnia? Litości, Lana… – westchnęła znużona – Gdzie byłaś? Na zakupach? No tak…nowe ciuchy… – potarła skroń

- Zawsze taka byłam? – przerwałam jej

- Nie rozumiem – zmarszczyła brwi

- Zawsze byłam taką pustą, zepsutą, rozpieszczoną nastolatką? – spojrzałam jej w oczy. Mama wytrzymała moje spojrzenie. Przysunęła się do biurka i splotła dłonie.

- Nigdy nie byłaś – powiedziała po chwili

- Więc czemu przyjaźnię się z takimi ludźmi jak Sara, Natasha czy Jennifer…

- Bo rozpaczliwie pragniesz miłości ojca… – westchnęła smutno i pokręciła głową

- Teraz to ja nie rozumiem – warknęłam

- Posłuchaj Lana – mama wbiła we mnie spojrzenie – Od dziecka byłaś urodzoną indywidualistką. Miałaś własny świat i swoje kredki. Zawsze wiedziałam, że masz dużą wyobraźnię, fantazję…już w przedszkolu sama dobierałaś sobie towarzystwo i kiedy coś ci się nie podobało rzucałaś klocki i wychodziłaś – machnęła rękę – Tak…miałam charakterek i często miałam przez to problemy – uśmiechnęła się półgębkiem, a ja słuchałam jej jak zaczarowana – Nie wszystkie dzieci cię lubiły, ale ty miałaś to w nosie. Nie chciałaś się na siłę nikomu przypodobać.

- To coś się chyba pozmieniało… – parsknęłam zażenowana

- Nie, daj mi skończyć. Zawsze broniłaś słabszych…naturalnie przyciągałaś ludzi swoją dobrocią, wesołością, poczuciem humoru…i dawałaś im bezpieczeństwo. Twoja przedszkolanka mówiła mi, że bawiłaś się Superwoman i ratowałaś dziewczynki przed chłopcami, którzy sypali je piaskiem w piaskownicy…Niecierpliwa, buntownicza, dociekliwa i uparta dziewczynka…to moja córeczka. Miałaś swoje reguły gry już jako dziecko.

- Więc dlaczego…?

- Sarę poznałaś w podstawówce. Była jedną z dziewczynek, które „ratowałaś z opresji”. Ubóstwiała cię. – powiedziała mama, a mnie zatakało

- Chyba sobie jaja robisz… – odparłam, zanim ugryzłam się w język. Mama uniosła brew, ale nie skomentowała tego. – Przecież teraz…

- Ludzie zmieniają się, kiedy dorastają.

- Ale Sara…

- Sara się zmieniała, a ty chciałaś być lojalna wobec niej, więc starałaś się dostosować.

- Powiedziałaś, ze zawsze byłam indywidualistką.

- Tak, ale nie tym razem…przyjaźniłaś się z Sarą i jej koleżankami, udawałaś, że jesteś jedną z nim, bo twój ojciec tego chciał.

- Słucham?! – krzyknęłam

- Uspokój się…ojcowie tych dziewczyn to przyjaciele twojego ojca i wydaje mi się…w sumie to jestem pewna, że przyjaźniłaś się z dziewczynami, bo chciałaś się przypodobać ojcu. Chciałaś w końcu zasłużyć na jego uwagę.

- To jest…

- Chore, wiem o tym. To moja wina, że dopuściłam do tej sytuacji. O to głównie kłóciłyśmy się przed twoim wyjazdem. Uważałam, że powinnaś w końcu zerwać kontakty z tym towarzystwem. Męczysz się, nie pasujesz do nich. Ty jednak uparcie obstawałaś przy swoim. Nie mogłam na ciebie wpłynąć…nie ukrywam, że nie mamy ze sobą dobrych kontaktów. Ja też nie poświęcałam ci dużo czas… – dodała cicho i wbiła wzrok w podłogę

- To niemożliwe. Nie wierze ci – pokręciłam szybko głową

- Lana…

- Byłam taka fałszywa i obłudna?! Dlaczego miałabym udawać, że podoba mi się to, co robią? Nie wyobrażam sobie siebie jak paraduje w tych durnych plastikowych ubrankach, chodzę na podejrzane imprezy, słucham Justina Biebera, śpię z różowym jednorożcem i…ranię najbliższych – gotowało się we mnie ze złości. To nie prawda. Nie mogłam się tak zachowywać dla taty. Nie pozwoliłabym, żeby on wybierał mi znajomych. Nie…

- Uparłaś się, że dasz radę udawać. Chciałaś za wszelką cenę należeć do tej paczki – mama w zamyśleniu zaczęła się bawić figurką stojącą na jej biurku – ale i tak od nich odstawałaś. Denerwowało cię to, bo czym bardziej się starałaś tym bardziej ci nie wychodziło i czułaś się z tym sztucznie…coraz częściej wybuchałaś złością, buntowałaś się…

- Ale tkwiłam w tym po uszy i nie chciałam się wyplątać, tak? Bałam się postawić Sarze i z tym skończyć. Jestem tchórzem. To chcesz mi powiedzieć? – czułam, że do oczu napływają mi gorące łzy. Próbowałam z nimi walczyć. Bezskutecznie. – Powiedz mi tylko jedno…czemu teraz już nie potrafię udawać? – zapytałam i nawet dla mnie mój głos brzmiał żałośnie. Przez łzy widziałam zmartwioną twarz matki.

- Musisz zrozumieć Lana, że każdy człowiek nosi maski… – powiedziała cicho i wzięła mnie ostrożnie za drżącą dłoń – ale przychodzi taki moment, kiedy nie wytrzymujemy i przychodzi pora, żeby zrzucić maskę. Takie działanie to akt odwagi, niewiele się na niego decyduje, bo niesie za sobą pewnego ryzyko. Kiedy raz zdejmiesz maskę, nie możesz jej z powrotem założyć. – zakończyła poważnie

- Ja nawet nie chcę…czuję, że tu nie pasuję…to nie moje życie. Wyspa Jorvik to moje życie – przyznałam pod wpływem impulsu. Mama odetchnęła ciężko – Co mam zrobić?

- Wydaje mi się…że osiągnęłaś na wyspie Jorvik swój cel – mama ostrożnie dobierała słowa – a także odnalazłaś siebie. Teraz musisz być twarda i dzielna. Proś Morrigan i Eponę o siłę i moc, one zawsze ci pomogą… – zniżyła głos do szeptu. Wytrzeszczyłam oczy, bo nie spodziewałam się takiego wyznania od matki. Nigdy nie mówiła o żadnej religii, wierzeniach czy nawet mitach, a teraz nagle przyznaje się do wiary w celtyckich bogów. Otworzyłam usta, żeby coś powiedzieć, ale w tym momencie drzwi do gabinetu otworzyły się.

- Pani Shylund, przyjechał nasz gość specjalny – poinformowała Sharon

- Już idę – matka puściła moją dłoń, wstała i zapięła żakiet – Przepraszam Lana…miałyśmy porozmawiać o czymś innym. Dokończymy tą rozmowę w domu.

- Zdecydowanie – pokiwałam głową, wciąż będąc w szoku

- Gdzie teraz jedziesz?

- Do klubu jeździeckiego. Muszę pojeździć konno, bo zwariuję.

- Dobrze – zgodziła się mama. Chyba chciała powiedzieć coś jeszcze, ale obecność Sharon jej przeszkadzała, bo pokręciła tylko głową i wyszła z gabinetu. Zabrałam moją torbę i również wyszłam.

***

Klub jeździecki „Arabic champions” znajdował się na peryferiach miasta niedaleko plaży. Często jeździłam tam na konne wycieczki. Lubiłam jeździć po plaży przy zachodzącym słońcu. Sara cieszyła się, bo mogła podziwiać opalonych surferów, a ja zostawiałam ją i po prostu galopowałam. Właściwie to był jedyny moment, gdy nie trzymała mnie przy sobie kurczowo. Wydaje mi się, że bała się tego, że zwracam większą uwagę moją hiszpańską urodą, co oczywiście było nieprawdą. Sara po prostu była zazdrosna. Z niecierpliwością zamknęłam auto i pobiegłam do klubu. Dziewczyn chyba jeszcze nie było. W szatni zorientowałam się, że nie wzięłam kluczyka do szafki, więc przebrałam się w ubrania, które wzięłam rano z domu – czerwony t-shirt i jeansy.

- Lana Shylund, dawno cię u nas nie było – uśmiechnęła się stajenna

- Wczoraj wróciłam z wakacji – wytłumaczyłam

- I od razu przyszłaś pojeździć, co? To chyba twoja prawdziwa pasja… – zachichotała

- To moja życie… – pokiwałam głową – Mogę iść do boksu Winterknighta?

- Gdzie? – zdziwiła się

- Persefony, oczywiście, że Persefony… – zaśmiałam się nerwowo. Jak mogłam zapomnieć imienia mojej klaczy? Cóż, zapominam już tylu rzeczy, że nie powinnam się dziwić.

- Tak, jest w swoim boksie. Niedawno wróciła z wybiegu. – stajenna odłożyła łopatę i wiadro na miejsce – Zaraz ją przygotuję do jazdy…

- Nie trzeba, poradzę sobie – uśmiechnęłam się

- Ok…Masz zamiar jeździć w takim stroju? – zmarszczyła brwi

- Coś z nim nie w porządku? Jest wygodny.

- Jak uważasz… – wzruszyła ramionami – Kto bogatemu zabroni? – mruknęła pod nosem

Puściłam tą uwagę mimo uszu i ruszyłam do boksu mojej klacz. Persefona stała spokojnie i przeżuwała od niechcenia paszę. Była okazałym koniem arabskim o ślicznej, błyszczącej kasztanowej sierści. Dobrze o nią dbali pod moją nieobecność. Właściwie to zawsze dbają. Po to są tu stajenni. Czyszczą nasze konie, karmią je, wyprowadzają na wybieg i przygotowują do jazdy. Właściciel przychodzi „na gotowe”, nie ma dużych szans na nawiązanie więzi z koniem. Nie to co na wyspie Jorvik. Tam koń był prawdziwym przyjacielem człowieka i każdy jeździec poświęcał swojemu koniowi wiele uwagi. Nawet Tori czy Catalina…

Ze smutkiem zauważyłam, że klacz w ogóle nie cieszy się z mojego przyjścia. Z obojętnością przyjęła to, że ją pogłaskałam i oporządziłam. Mój entuzjazm z jazdy słabł z minuty na minutę.  W końcu naburmuszona wyprowadziłam Persefonę z boksu i wsiadłam na nią. Siodło może było dopasowane i miękkie, ale to nie sprawiało, że siedziała mi się wygodnie na jej grzbiecie. Westchnęłam i skierowałam klacz na ujeżdżalnię. W tym momencie zobaczyłam Sarę i Jennifer, które wyjeżdżały na swoich koniach. O nie…nie mam nastroju na spotkanie z nimi. Pewnie chcą się przyłączyć do zastępu jednej z instruktorek na krytej ujeżdżalni. Zawróciłam i wyjechałam na parkur. Obawiam się, że nie potrafię już jeździć w zastępie…nie po tych dzikich przejażdżkach z Winterknightem. Po krótkiej rozgrzewce wybrałam się na tor do skoków. Może nie miałam z Persefoną tak dobrego kontaktu jak z moim achał-tekinem, ale muszę przyznać, że skakała jak zawodowiec. Dlatego właśnie wygrywałam na niej licznej konkursy…Pamiętam dzień, w którym tata mi ją kupił. To były moje 11 urodziny. Zabrał mnie rano do stajni, pokazał boks i powiedział, że od tej pory będę się uczyła jazdy na własnym koniu. Wtedy Persefona wydawała mi się najpiękniejszym i najmądrzejszym koniem na świecie. Teraz miałam wrażenie, że jeżdżę na koniu-robocie, który bez najmniejszego sprzeciwu wykonuje moje polecenia. Cała radość z jazdy prysła…

Pokonałyśmy ostatnią stacjonatę i zatrzymałam Persefonę. Zmęczyłam się…wyżyłam się…czułam się trochę lepiej. Spięłam klacz i zebrałam wodze, gdy niespodziewanie mój koń zarzucił łbem i zaczął się wyrywać.

- Co ty robisz? Hej, spokojnie! – przestraszyłam się – Prr…dobry koń… – może coś ją przestraszyło. Skróciłam wodze, a klacz zaczęła się jeszcze bardziej szarpać

- Shylund, czy ty na głowę upadłaś?! – na parkur wjechała szefowa klubu – Jak ty wyglądasz?

- Przepraszam, nie rozumiem, o co… – mówiłam jednocześnie starając się zapanować nad koniem

- Co ty robisz? – syknęła kobieta. Wystawiła swój bacik przed nos Persefony, a ta natychmiast się uspokoiła – Gdzie twój żakiet, bryczesy, sztyblety, toczek…cała reszta? Zapomniałaś, jak wyglądają klubowiczki?

- Zapomniałam kluczyka do szafki – przyznałam niechętnie. I bardzo dobrze! Nie miałam ochoty przebierać się w ten śmieszny jedwabny strój i zbędne gadżety. Naprawdę nie potrzebuję bacika, żeby zapanować nad koniem! A może jednak…?

- Masz szczęście, że to dopiero pierwszy dzień po wakacjach… – mruknęła kobieta – Mogę przymknąć na to oko, ale następnym razem za brak subordynacji nasz regulamin przewiduje karę. To prestiżowy klub. Nasz wizerunek nie może ucierpieć. Tutaj jeżdżą największe gwiazdy.

- Tak wiem, proszę pani. Przepraszam.

- I popuść te wodze! To tresowany koń, nie musisz go trzymać za pysk jak dzikiego mustanga. Nie dziwne, że twoja klacz się wyrywa. Więcej gracji i finezji… – dodała

Przewróciłam oczami i zastosowałam się do poleceń. Dyrektora zadowolona zabrała bacik i zebrała wodze.

- Obserwuję cię Shylund – powiedziała na odchodnym, a we mnie zagotowało się ze złości

Tak się nie da jeździć! Pod ciągłą kontrolą! Niczym w Amazon Girls! Choć mimo wszystko wolę tamten klub nawet pod rządami Cataliny. One chociaż potrafiły porządnie jeździć…Zawróciłam Persefonę i pogalopowałam w stronę lasu. Klacz najwidoczniej już dawno nie biegła tak szybko, bo wkrótce zaczęła dyszeć i sapać. Jechałam dalej i nie zwalniałam. Byłam wściekła. Persefona zaczęła się szarpać, ale trzymałam ją mocno. I nagle stało się coś, czego się nie spodziewałam. Klacz stanęła dęba i zaczęła wierzgać, jakby była bykiem na rodeo. Pisnęłam zaskoczona. Wodze wyleciały mi z rąk, a ja…spadłam wprost w krzaki. Przez chwilę po prostu leżałam i patrzyłam się w koronę drzew nade mną. Spadłam z konia…pierwszy raz koń mnie zrzucił…podniosłam się do pozycji siedzącej i odszukałam wzrokiem klaczy. Stała przy drzewie i skubała trawę. Wybuchłam płaczem, czym zaskoczyłam samą siebie. W tym momencie czułam się bezradna, beznadziejna i bezużyteczna. Nie mogę się tu odnaleźć, nic mi nie wychodzi…objęłam się ramionami i ryczałam dalej. Co ze mnie za bogini Epona skoro nie potrafię dogadać się z koniem? A może tylko z Winterknightem miałam taką niepowtarzalną więź? Co ja bym dała, żeby znowu przytulić się do jego miękkiej, czarnej sierści…

Chwilę trwało zanim się uspokoiłam. W końcu musiałam się podnieść i wrócić do klubu. Wytarłam twarz podkoszulką i dopiero teraz zauważyłam, że mam podrapane do krwi ramiona. Nawet tego nie poczułam…w sumie rany tak bardzo mnie nie bolały jak serce. Tęsknię za moimi przyjaciółmi, za Winterknightem, za Willem, za Jorvik…tęsknota dokucza bardziej niż ból fizyczny…

***

Szybko wróciłam do klubu i odstawiłam Persefonę do boksu. Na szczęście nie spotkałam nikogo znajomego, bo pewnie nie uniknęłabym opowieści o mojej przygodzie. Moja reputacja wspaniałej Lany medalistki i zaklinaczki koni ległaby w gruzach. Jak mogłam pozwolić, żeby mnie zrzuciła? Byłam zła…ale teraz już głównie na siebie. Zapomniałam, że Persefona jest o wiele delikatniejsza niż Winterknighta i nie znosi szarpania. Zasłużyłam sobie na to. Jednak gdy ją czesałam, zauważyłam, że klacz posyła mi przepraszające spojrzenie i puka mnie nieśmiało chrapami.

- Przepraszam, to wszystko moja wina… – westchnęłam, drapiąc ją za uchem – Zostawiłam cię na całej wakacje. Za bardzo przyzwyczaiłam się do Winterknighta…ale to nie znaczy, że już cie nie lubię, wiesz? – głos mi zadrżał. Wiedziałam, że ona mnie słucha i rozumie. – Po prostu…daj mi czas, ok? Wszystko się zmieni, obiecuję. Damy radę, tak? Mam tylko ciebie…tylko tobie mogę się wygadać. Daj mi jeszcze jedną szansę, proszę… – przytuliłam się ostrożnie do jej boku. Klacz parsknęła, a po chwili poczułam, jak kładzie mi łeb na plecach. Poczułam jak kamień spada mi z serca. Przynajmniej udało mi się z nią porozumieć. – Wrócę jutro i zaczniemy wszystko od nowa. Na spokojnie… – pogłaskałam ją i podałam marchewkę. Zadowolona klacz zjadła smakołyk, liżąc mnie po palcach. Uśmiechnęłam się mimowolnie. Może jest jeszcze jakaś szansa? Wzięłam swoją torbę i nie przebierając się, wróciłam na parking. Zapadłam zmierzch. Byłam obolała, zmęczona i marzyłam o kąpieli i łóżku…za dużo emocji jak na jeden dzień…

Cieszyłam się, kiedy dojeżdżałam do domu. Naprawdę liczyłam na odpoczynek…dlatego, gdy już z daleka usłyszałam głośną muzykę i zobaczyłam migoczące światła dyskotekowe w moim pokoju zrobiło mi się słabo. Pilotem otworzyłam bramę i pełna niepokoju wjechałam na teren posesji. Zatrzymałam auto i wyskoczyłam z niego, plącząc się w pas. O nie…tego się obawiałam. W zapadających ciemnościach rozpoznałam samochody Sary, Billa i Davida. Nogi się pode mną ugięły i musiałam się podeprzeć na aucie. A więc to jest zemsta Sary…Wpadłam do domu jak burza.

- Martha, ¿qué está pasando?! /Co się dzieje?/ – krzyknęłam

- Twoi znajomi…mówili, że zaprosiłaś ich na imprezę i zaraz przyjedziesz…chcieli, żeby ich wpuścić – przestraszyła się gosposia – Zawsze mówiłaś, że mogą do ciebie wchodzić, więc…

- Voy a mostrarles una fiesta! /Ja im pokażę imprezę!/ – kipiałam ze złości

Zanim Martha zdążyła coś powiedzieć pobiegłam do swojego pokoju, klnąc po drodze po hiszpańsku. Musiałam wyglądać jak bogini wojny, bo kiedy otworzyłam z rozmachem drzwi, wszyscy wytrzeszczyli na mnie oczy. Wyłączyłam muzykę i spojrzałam na nich wzrokiem mordercy.

- ¿Qué está pasando?! – krzykęłam

Bill zakrztusił się piwem, David puścił Natashę, która upadła na łóżko, Jennifer wyleciał telefon i nie zdążyła zrobić selfie, a Toma zupełnie zamurowało. Kilkoro innych znajomych, których ściągnęli zamarło w konsternacji. Tylko Sara wyglądała na opanowaną. Uśmiechnęła się szyderczo i odezwała się słodkim głosem.

- Jak to co skarbie? Robimy imprezkę…jesteś w samą porę. Co z tymi darmowymi drinkami, które obiecałaś.

Zamroczyło mnie za złości. Zamrugałam i cofnęłam się krok do tyłu. Mój pokój wyglądał jak jedno wielkie pobojowisko…wszędzie wlały się czipsy, popcorn, paluszki, czuć było smród papierosów i alkoholu. Tylko spokojnie Lana. Oddychaj. Goście zaczęli szeptać między sobą.

- Ej co nagle zrobiło się tak cicho? To może ja zmienię na coś szybszego… – Bill ruszył do wieży, ale David zatrzymał go za ramię i popchnął do tyłu – O Lana! Piwko czy coś mocniejszego? – zapytał jak gdyby nigdy nic

Zacisnęłam ręce w pięści. No nie…zabiję ich…

 

O tym jak kończy się piękny sen i zaczyna się zwykłe życie, czyli powrót do Los Angeles…

15 sty

Prom powoli zbliżał się do portu w Los Angeles, a ja z minuty na minutę stawałam się kłębkiem nerwów. To niesamowite, że dwa miesiące temu płynęłam tym samym promem w drugą stronę spokojna, zrelaksowana… no i może podekscytowana perspektywą wakacji na tajemniczej wyspie z dzieciństwa mojej mamy. W najśmielszych snach nie przypuszczałam, że te dwa miesiące przeminą tak szybko…i tak bardzo zmienią moje życie. Czuję się zupełnie inną osobą, inną Laną. Za dużo wiem, za dużo widziałam, zbyt wiele osób poznałam…Chłodna morska bryza rozwiała mi włosy, a mnie przeszedł dreszcz. Zapięłam bluzę i skrzyżowałam ramiona na piersi. Oparłam się o barierkę, bo poczułam, że trzęsą mi się łydki. Na horyzoncie pojawiły się kontury wielkiego portu. Gardło ścisnęło mi się z żalu, a w oczach zapiekły mnie łzy, więc spuściłam wzrok na spokojną, lazurową toń wody. Co się ze mną dzieje? Przecież wracam do domu…do mojego prawdziwego życia. Więc dlaczego mam wrażenie, że moje życie skończyło się wraz z wyjazdem z wyspy Jorvik? Uspokój się, uspokój! Myśl racjonalnie…musisz sobie z tym poradzić. Przetarłam twarz rękami i wzięłam głęboki oddech. Palce prawej ręki mimowolnie ześlizgnęły się na ametystową opaskę, symbol mojej drużyny, mojego temu Lany. Rose, Jasper, William, Alex, Anastasia, Jackob…co by powiedzieli, gdyby mnie teraz zobaczyli? Dziewczyna, która pokonała „diabła wyspy” płacze, bo musi wracać do domu? Kobito ty się w łeb walnij! Jestem Lana, Lana Shylund wyspa Jorvik mnie zmieniła, ale nie osłabiła. Dzięki tej przygodzie stałam się silniejsza i bardziej pewna siebie. Odkryłam prawdziwą siebie i odkryłam tajemnicę matki. Nie zakończyłam jednak całej tej sprawy. Czeka mnie jeszcze rozmowa z mamą: o jej ucieczce, o śledztwie przeciwko Sandsowi, o druidach, o Lorette, o starym Earlu, o Lorelaj, o Elizabeth, o Lucasie…teraz wiem więcej i nie dam się tak łatwo zbyć. Muszę jednak być silna, bo mama jest twardą zawodniczką. Z jednej strony podziwiam ją, że tyle lat udawało jej się ukrywać prawdę, ale z drugiej strony okłamałam mnie o wszystkim. To niewybaczalne. Ukryła przede mną ważne informacje o naszej rodzinie. Chcę wyjaśnić z nią parę spraw i przekonać do przyjazdu na wyspę Jorvik. To może być najcięższa część, ale obiecałam to staremu Earlowi. I dotrzymam słowa.

Kapitan promu nie spieszył się z przybiciem do brzegu. Jakby specjalnie dla mnie powoli kołował i z opóźnieniem wrzucił kotwicę. Ostatni raz rzuciłam okiem na jedyny statek, który może przewieźć ludzi do tej magicznej krainy. Wrócę do Jorvik. Najszybciej jak będę mogła. Westchnęłam ciężko i wzięłam moją podróżną torbę. Człapiąc za resztą pasażerów zeszłam po trapie na brzeg. Nogi trochę mi się chwiały od zejścia na twardy grunt, ale w tym momencie zjawił się przy mnie niezawodny George. To jeden z najbardziej zaufanych ludzi taty. Jest naszym szoferem odkąd pamiętam. Może być już dobrze po 50, a jego czarne włosy są już przyprószone siwizną.

- Witam panienkę na stałym lądzie. Pomogę panience z tą torbą – powiedział z uśmiechem i zanim zdążyłam coś powiedzieć, zabrał mój bagaż

- Cześć George – uśmiechnęłam się lekko – Dziękuję, odzwyczaiłam się już noszenie za mną pakunków.

- Właśnie widzę… – spojrzał na mnie badawczym wzrokiem – Nabrała panienka masy.

- Słucham? – wytrzeszczyłam oczy, nie wiedząc, czy żartuje

- Mięśnie…chodziło mi o mięśnie – poprawił się szybko ze śmiechem – Teraz to panienka mogłaby bez problemu przyłożyć jakiemuś lalusiowi na dyskotece. Już nie będzie panience potrzebna eskorta Swena.

- Haha masz rację – zaśmiałam się na głos – Radziłam już sobie z gorszymi typkami niż napalony, pijany nastolatek… – dodałam ciszej, a przed oczami stanęły mi wszystkie potyczki z jeźdźcem w czarnej pelerynie, Sandsem i Erickiem…To była szkoła życia! Swen może sobie wsadzić w nos swój złoty pas mistrza boksu wagi ciężkiej. Szybko pokręciłam głową, żeby pozbyć się wspomnień. Nie trać kontaktu z rzeczywistością!

- Wszystko w porządku? – George od razu zauważył moje roztargnienie. Zna mnie od dziecka, więc widział mnie w różnych nastrojach, a ja często traktowałam go jak dziadka, którego nigdy nie poznałam. Nie uda mi się przed nim ukryć prawdy, ale muszę się postarać.

- Tak, przepraszam. Zamyśliłam się – podrapałam się po karku i uśmiechnęłam się niepewnie

- Pewnie panienka jest zmęczona po podróży, a ja tak panienkę męczę pytaniami – zreflektował się, zanim zapadła niezręczna cisza – Chodźmy do auta.

Z ulgą ruszyłam za szoferem na parking na tyłach portu. Szczerze powiedziawszy od jazdy samochodem też się odzwyczaiłam. Przez dwa miesiące moim jedynym środkiem transportu był koński grzbiet, więc teraz czułam się dziwnie siedząc na skórzanych, beżowych siedzeniach w klimatyzowanym dużym białym mercedesie. Ostrożnie zapięłam się pasami i zapadłam się w miękkie siedzenie, czekając aż George odłoży torbę do bagażnika.

- O matko ma panienka taką minę jakbym wsadził panienkę do pojazdu kosmitów – parsknął śmiechem szofer

- Trochę tak się czuję… – chrząknęłam zmieszana

George spojrzał na mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy, ale po chwili wzruszył ramionami i założył przyciemniane okulary. Przekręcił kluczyk w stacyjce i ruszyliśmy, a ja przypomniałam sobie jak rażące potrafi być kalifornijskie słońce. Skrzywiłam się i zmrużyłam oczy. Na wyspie Jorik też świeciło słońca, a i owszem! Czasem było tak gorąco, że nie można było znaleźć skrawka cienia, ale nigdy mnie to nie drażniło, a teraz…miałam ochotę wsiąść z auta.

- Druga para okularów jest w skrytce – przypomniał życzliwie George

- Och…no tak…dziękuję – mruknęłam i szybko założyłam okulary. Od razu lepiej.

Zauważyłam, że szofer podkręca klimatyzację. Spojrzałam na niego katem oka.

- Przepraszam, po prostu panienka bardzo intensywnie pachnie…końmi… – zaczął się usprawiedliwiać

- No tak zapomniałam…pewnie wszystkie moje ubrania tak pachną, bo całe dnie jeździłam z Winterknightem po Jorvik – powiedziałam, przypominając sobie to cudowne uczucie wiatru we włosach i szumu w uszach…końskie rżenie. Czułam się wtedy, jakbym mogła podbić świat. Pod wpływem impulsu otworzyłam okno i wystawiłam rękę, żeby poczuć na skórze pęd powietrza.

- Nie ma potrzeby otwierać okna, aż tak bardzo nie przeszkadza mi ten zapach – zmieszał się George

- Nie, ja po prostu chciałam poczuć wiatr…brakuje mi go. Ja i Winterknight codziennie galopowaliśmy po polach i lasach niezależnie od pogody – odparłam w zamyśleniu

- Rozumiem, że wakacje w siodle udały się? – uśmiechnął się kącikiem ust

- I to jak… – pokiwałam głową. George też pokiwał głową i włączył radio. Akurat leciał przebój Katy Perry „Roar”. Skrzywiłam się lekko i przyciszyłam radio.

- Co się stało? Już panienka nie lubi już Katy Perry? – zdziwił się George

- Lubię ale…było trochę za głośno – chrząknęłam i poprawiłam się w fotelu. Nogi zaczęły mi się przylepiać do tych skórzanych siedzeń.

- To może powie mi panienka coś o tym Winterknighcie. To koń ze stajni twojego wujka, tak?

- Tak, ale to trochę bardziej skomplikowana historia! – ożywiłam się – Winterknight był u wujka tylko na przechowanie. Tak naprawdę jego właściciel był William Greenlight – arogancki, zadufany w sobie, agresywny typek…tak jak jego koń. Przynajmniej tak mi się wydawało na początku – zaśmiałam się – Wiesz George, że wszyscy bali się podjeść do Winterknighta, a ja to zrobiłam od razu, jak go zobaczyłam. Mało tego od razu na niego wsiadłam! Myślałam, że Rose i Jackob dostaną zawału jak to zobaczyli…

- No zaczyna się robić ciekawie… – parsknął szofer – Zawsze wiedziałem, że jest panienka w gorącej wodzie kapana…

- George, znasz mnie od dziecka – nie wytrzymałam – Dlaczego mówisz do mnie per „panienka”?

Szofer aż się zakrztusił. Odwrócił się do mnie i zdjął okulary. W jego oczach był szok.

- Ponieważ sama panienka mi kazała. Nie chciała panienka wyróżniać się  wśród koleżanek. Podobno ich szoferzy nie zwracali się do nich po imieniu…

Zatkało mnie…byłam aż tak pusta i zepsuta? Nawet nie sądziłam, że jeszcze dwa miesiące temu zachowywałam się jak typowa kalifornijska laleczka. Sama myśl o tym mnie przerażała. Jak ja traktowałam ludzi wokół siebie? Jak mogłam w taki sposób potraktować Georga, który był dla mnie prawie jak rodzina. Przełknęłam ślinę i nieśmiało spojrzałam mu w oczy.

- Przepraszam za tamto…możemy o tym zapomnieć? Jestem Lana…nie jakaś tam panienka – wzdrygnęłam się

- Dobrze… – kiwnął powoli głową, nadal zdziwiony – Jak sobie życzysz, Lana.

Reszta podróży do domu upłynęła mi na opowiadaniu moich przygód na wyspie Jorvik. Oczywiście nie zdążyłam mu powiedzieć wszystkiego, na to potrzebowałabym co najmniej tygodnia, ale szofer był i tak pod wrażeniem tego, co usłyszał. Nawet nie zauważyłam, gdy podjechaliśmy pod willę taty w dzielnicy Chatsworth. Dopiero gdy usłyszałam szczekanie dwóch dobermanów ojca: Kła i Demona, uświadomiłam sobie, gdzie jestem. Słońce już powoli zachodziło, oświetlając ogromną, białą willę czerwono- złotymi promieniami. Czujniki światła już zaczęły działać i droga do ogrodu zaczęła migotać za sprawą kolorowych lampionów. W oddali słychać było szum wody od zjeżdżali wodnej i mini wodospadu.

- Zapomniałam, że tu jest tak…luksusowo – zamrugałam oczami

- Witamy w domu Lana – uśmiechnął się George – Właśnie kończy się ostatni dzień wakacji – kiwnął głową na zachodzące słońce

- Tak…niestety – przełknęłam głośno ślinę

- Masz zamiar stąd w ogóle wyjść? – zażartował szofer, widząc jak przykuło mnie do siedzenia

- A mam jakiś wybór? – spojrzałam się na niego, szukając ratunku

- Chyba nie… – westchnął

- Tak myślałam…dzięki za pocieszenie George.

- Do usług – zaśmiał się i wysiadł, żeby wyjąć moją torbę

Wzięłam głęboki oddech i poszłam za jego przykładem. Ledwo zeskoczyłam na ziemie, przybiegły do mnie psy. Zaciekawione przestały szczekać i wąchały mnie dokładnie. No tak, niby wyglądałam jak stara Lana, ale pachniałam jak zupełnie ktoś inny. W środku też czułam się jak ktoś inny…

- Moja mała, kochana Lana! – drzwi otworzyły się i zobaczyłam jak po schodach biegnie do mnie Martha, nasza gosposia. Niska, nieco przy kości charyzmatyczna osóbka. Jej okrągła, czerwona twarz dosłownie promieniała radością na mój widok. Poczułam jak robi się ciepło na sercu. Martha zawsze otwarcie wyrażała swoje uczucia i nie zważała na żadne konwenanse. Przytulała mnie mocno, gdy tego potrzebowałam, ale gdy sobie na to zasłużyłam, potrafiła mnie zbesztać i postawić do pionu. Raz nawet nawrzeszczała na tatę i klnąc na czym świat stoi oświadczyła, że nie ma zamiaru gotować z tak marnej jakości produktów kolacji dla „bandy adwokatów”. Kochana kobieta…zawsze podziwiałam ją za mocny charakter i pewność siebie. Tata chyba też ją za to cenił, bo normalnie wyrzucał każdego pracownika, który mu się sprzeciwił. Martha była ciepła, szczera  i dobroduszna…przypominała mi trochę kochaną panią Kindergarden. Do oczu napłynęły mnie łzy. Z ulgą wpadłam w ramiona gosposi i ukryłam twarz w jej fartuchu, który pachniał cebulą, papryką i bazylią…

- Martho, tak się cieszę, że cię widzę – uśmiechnęłam się przez łzy, kiedy w końcu mnie puściła

- Kruszynko, ty płaczesz? Aż tak się stęskniłaś? – wzruszyła się Martha – Jak ty schudłaś! Widziałeś to George?! Skóra i kości!

- Nie kości tylko mięśnie Martho – poprawił się szofer

- Głodzili cię tam kochanie? – Martha udała, że go nie słyszy

- Nie, jedzenie było tam naprawdę pyszne. Nawet nauczyłam się robić jajecznicę…i naleśniki… – pochwaliłam się

- Coś podobnego! Nasza księżniczka zechciała nauczyć się gotować – gosposia wzięła się pod boki – A dało się to w ogóle zjeść?

- Oczywiście, że tak! – udałam obrażoną

- Coś podobnego… – powtórzyła Martha – Nie myślałam, że doczekam tego dnia, aż panienka Lana zacznie gotować…sprzątać też cię tam nauczyli? – szturchnęła mnie w bok z psotnym uśmiechem, a ja zrobiłam się czerwona. Było ze mną aż tak źle? Czemu wcześniej tego nie widziałam?

- Nie męcz jej Martho, dziewczyna jest pewnie głodna i marzy o spaniu – George uratował sytuację

- Och tak, zapomniałam o kaczce w piekarniku! – klasnęła w dłonie gosposia – Szybko idź po ojca i przyjdźcie na kolacje…ugotowałam twoje ulubione danie – mrugnęła do mnie – Tylko przebierz się…śmierdzisz końskim łajnem – stwierdziła i pobiegła z powrotem do domu

- Aż tak źle? Mogłeś powiedzieć – spojrzałam z wyrzutem na Georga i dyskretnie powąchałam koszulkę.

- Chciałem być taktowny – wzruszył ramionami szofer – Nie to co nasza kobieta-demolka…

- Mama też będzie na kolacji? – zapytałam z nadzieją

- Niestety…musiała dziś dłużej zostać w hotelu. Ma jaką galę czy coś w tm rodzaju…

- Rozumiem… – burknęłam

- Ale przynajmniej pan Shylund jest w domu. – uśmiechnął się szofer – Leć do niego, czeka na ciebie. Jest w swoim gabinecie.

Skinęłam głową i posłusznie pobiegłam do ojca. Wspięłam się na drugie piętro po kręconych schodach z białego marmuru, a moje tenisówki skrzypiały nieprzyjemnie na wypastowanej, lśniącej podłodze. Gabinet taty znajdował się na końcu korytarza w zachodnim skrzydle. Gdy zbliżyłam się do drzwi i zapukałam, poczułam się znowu jak mała dziewczynka, która jednoczenie pragnie i boi się spotkania z ojcem. Pragnie się do niego przytulić, pochwalić się obrazkiem z przedszkola, ale jednocześnie drży z niepokoju, że kolejny raz zostanie odprawiona z kwitkiem, a ojciec nawet nie zaszczyci jej spojrzeniem. Słysząc niski, spokojny baryton ojca zapraszający do wejścia, serce zabiło mi mocniej. Przełknęłam ślinę i pociągnęłam za ręcznie rzeźbioną klamkę ze złota w kształcie głowy tygrysa.

- Tato? – szepnęłam ściśniętym z emocji głosem

- Lana – ojciec obrócił się na swoim wielkim, czarnym skórzanym fotelu od okna i spojrzał na mnie. Ku mojej uldze uśmiechał się – Mi niña de nuevo. /Moja mała dziewczynka wróciła/

- Papá… – westchnęłam i pobiegłam go przytulić

Ojciec zaśmiał się i uścisnął mnie mocno. Pewnie niedawno wrócił z kancelarii, bo wciąż był ubrany w garnitur i białą koszulę. Pachniał też wodą kolońską i cygarami. Był już po 40, ale wciąż o siebie dbał. Chodził na siłownię ze swoimi kumplami z pracy, a jego ramiona i klatka piersiowa były umięśnione jak u atlety. Pewnie dlatego budził respekt, gdy pojawiał się w sądzie. Tutaj wszyscy mi powtarzają, że z wyglądu jestem podobna do ojca (odwrotnie niż na wyspie Jorvik). Do tej pory też tak uważałam, bo odziedziczyłam po nim typowo hiszpański wyglad – ciemne włosy, oliwkową cerę, ciemne, prawie czarne oczy. Zawsze cieszyłam się, gdy tacie udało się odebrać mnie ze szkoły. Wszystkie nauczycielki się w nim podkochiwały. Wystarczyło, że wszedł do szkoły w tej swojej białej koszuli podwiniętej do łokci, przeczesał ręką czarne, wystylizowane włosy i błysnął w uśmiechu białymi zębami. Rozumiem, czemu kiedyś spodobał się mamie. Teraz, gdy patrzyłam na jego twarz, miałam wrażenie, że postarzał się przez te dwa miesiące. Jego czarne, magnetyczne oczy nie błyszczały już tak jak kiedyś, zamiast tego były podkrążone i zmęczone. Na czole pojawiło się więcej zmarszczek. Ma jakieś kłopoty?

- Querida hija…te ves muy bien…pero los caballos olor /Kochana córeczka…świetnie wyglądasz…ale pachniesz końmi./ – powiedział wesoło, a ja zapomniałam moich podejrzeniach.

- Wiem, wiem przebiorę się na kolacje – przewróciłam oczami

- Podobało ci się na wyspie Jorvik? – zapytał wesoło

- Bardzo…to były moje najlepsze wakacje – odpowiedziałam szczerze.

- To dobrze…może w końcu przestaniesz nas tak zamęczać, żebyśmy tam pojechali – powiedział i nagle czar prysł. Poczułam jak w gardle rośnie mi gula. Czy to znaczy, że już nie pozwoli mi tam jechać? – Wszystko w porządku? – spojrzał na mnie, gdy zamilkłam

- Tak, tak… – skłamałam szybko i spróbowałam przywołać na twarz uśmiech – Martha powiedziała, że kolacja już gotowa.

- O tak, czuję – wziął głęboki oddech – Idź się przebrać i widzimy się na kolacji. Muszę jeszcze coś dokończyć  – mruknął, a ja w końcu zobaczyłam leżący na biurku stos papierów. Zdążyłam zauważyć tylko jakieś duże sumy pieniędzy, zanim ojciec zebrał kartki do kupki.

- Jasne, ale pospiesz się, bo wszystko ci zjem. Jestem głodna jak wilk – uśmiechnęłam się

Wyszłam z gabinetu lekko skołowana. Czy to możliwe, żeby zakazał mi kolejnych wyjazdów na wyspę? Jeśli tak, to ucieknę! Przyrzekam, że to zrobię! Co ja mówię…co się ze mną dzieje? Muszę się uspokoić…Ruszyłam powoli do mojego pokoju we wschodnim skrzydle. Weszłam do środka i przez chwilę stałam jak zaklęta. Przywitały mnie pudroworóżwe ściany, wielkie wodne łóżko z baldachimem, ściana wytapetowana plakatami Katy Perry, Taylor Swift i Justina Biebera oraz słodkie białe mebelki jak z domku dla lalki. Jak babcie kocham…ja tu mieszkałam?! Zdjęłam tenisówki i po stopniach wdrapałam się na łóżko. Jak mięciutko…pościel pachniała różami, a u wezgłowia siedział pluszowy, kolorowy jednorożec (pamiątka z jednej z imprez). Po namyśle pobiegłam do torby, wyciągnęłam z niej mojego miśka Teodora i położyłam go na poduszce. No dobrze…może to jednak mój pokój. Mam wrażenie, jakbym byłam pacjentką z amnezją i właśnie wracała mi pamięć. Usiadłam ostrożnie na łóżku i podskoczyłam. Odbiłam się jak piłeczka kilka razy. Nic nie skrzypiało, deski nie wbijały się w plecy, a pościel zrobiona z satyny była mięciutka i pachnąca. Hmm można polubić spanie w takim pokoju. Uśmiechnęłam się, patrząc się na podwieszaną przy suficie huśtawkę-pufę. Lubiłam się na niej huśtać i godzinami gadać przez telefon z koleżankami. Właśnie, przez telefon…dopiero teraz sobie o tym przypomniałam. Wróciłam do torby i zaczęłam w niej grzebać, dopóki nie wyciągnęłam mojego smartphone z samego dna. Zupełnie się rozładował, ale w sumie nie bardzo mnie to obchodziło, bo na wyspie Jorvik i tak nie mogłam używać telefonu. Po pierwsze nie było tam zasięgu, a po drugie nikt tam nie potrzebował telefonu. Gdy ludzie chcieli się spotkać, po prostu do siebie przyjeżdżali albo szukali się na dworze. W gruncie rzeczy to było bardziej, naturalne, proste…a telefon…Drżącą ręką podłączyłam smartphone do ładowarki. Tak jak przypuszczałam od razu pojawił mi się komunikat o ilości nieodebranych połączeń i wiadomości w skrzynce smsowej. Sara, Jennifer, Natasha, Jade, Elena, Tom, Bill, David…uuuła zapchali mi całą skrzynkę. Domyślam się, że będą na mnie bardzo obrażeni. I tak nie uwierzą mi, że gdzieś może nie być zasięgu. Dla nich coś takiego jest nierealne, po prostu sytuacja z filmu science fiction. Otworzyłam pierwsze smsy. Prychnęłam i ze złością rzuciłam telefon o ziemię. Jakie to wszystko puste! Sara zasypywała mnie wiadomościami o promocji w centrum handlowym i pytała jaką sukienkę ma sobie kupić na imprezę, a Bill…ten to pojechał po bandzie. Nie wiem co brał, ale musiał być na haju skoro wypisywał do mnie o swoich fantazjach erotycznych o 2 w nocy…co za banda idiotów! Czemu ja się z nimi przyjaźnię? Nie widziałam wcześniej kim są? A może mi to nie przeszkadzało…Usiadłam po turecku i oparłam się plecami o ścianę. Zamknęłam oczy. Ha! Jutro jest pierwszy dzień szkoły i będę się musiała z nimi zobaczyć. To chyba jeszcze gorsza wiadomość. Chwilę tak siedziałam zanim wstałam z podłogi i zażenowana podeszłam do szafy.

- O cholera… – mruknęłam, widząc zawartość szafy. Krótkie spódniczki, wydekoltowane bluzki, shorty – To jakiś sen…koszmar – zamknęłam oczy i pomasowałam skronie – Spokojnie, po prostu potrzebuję dnia, żeby się przyzwyczaić. Jeden dzień…tak, jutro wszystko będzie dobrze. Jutro już wszystko będzie po staremu… – próbowałam sobie tłumaczyć

Tłumiąc w sobie wstręt do własnej garderoby wyjęłam jeansowe shorty i zwykłą bluzkę z krótkim rękawem z nadrukiem w hawajskie kwiaty. To wydawało mi się w miarę normalne. Wykapałam się i tak ubrana ruszyłam na kolację. Martha przeszła samą siebie. Kaczka nadziewana jabłkami, naleśniki z nutellą, zupa krem z pomidorów, roladki z cukinii, czekoladowe ciasto z wiśniami…już dawno się tak nie najadłam. Ojciec przyszedł w połowie kolacji. Był zamyślony i sprawiał wrażenie nieobecnego. Dopiero gdy Martha zapytała się, czy nałożyć mu kaczki, ocknął się z zadumy. Opowiadałam reszcie domowników o moich przygodach i nowych znajomych, ale kątem oka wciąż patrzyłam na tatę. Tak bardzo chciałam, żeby włączył się w moją opowieść, zadawał pytania…po prostu aktywnie słuchał! Cóż, prawdopodobnie tak jest zawsze…Martha chyba zauważyła moje ukradkowe spojrzenia w stronę ojca, bo szturchnęła go łokciem i spojrzała na niego znacząco.

- No tak, bardzo miła to twoja Catalina… – odchrząknął w końcu

- Rose tato…Catalina była akurat tą niemiłą… – przewróciłam oczami

- Tak? Przepraszam, wiesz, że nie mam pamięci do imion – puścił do mnie oko znad kieliszka wina – To co, jutro powrót do szkoły?

- Niestety… – westchnęłam

- Tak myślałem, że nie będziesz zadowolona, dlatego mam dla ciebie prezent, żeby trochę osłodzić ci ten dzień – powiedział, wycierając usta serwetką

- Tak? – zmarszczyłam brwi – Nie muszę iść do szkoły?

- Nie…ale mam coś, żeby droga minęła ci przyjemniej – odparł z zagadkowym uśmiechem – Przed wakacjami zdałaś na prawo jazdy, prawda? – pochylił się do mnie przez stół – Więc chyba czas na twój pierwszy samochód.

- Naprawdę?! – pisnęłam

- O tak…porsche boxer spyder w twoim ulubionym czerwonym kolorze – wyszczerzył się

- Żartujesz tato…przecież to nowiutkie auto…chciałam takie… – wytrzeszczyłam oczy. Zabrakło mi słów – Przecież jak chłopaki to zobaczą, oczy wyjdą im na wierzch.

- Cualquier cosa por mi princesa. /Wszystko dla mojej księżniczki/ Nie możesz przecież jeździć jakimś gratem. W końcu jesteś Shylund.

- Dziękuje tato… – wstałam od stołu i rzuciłam mu się na szyję – Pokażesz mi go? Przejedziemy się razem?

- Jest w garażu. George ci pokaże, jeśli będziesz chciała. – pogłaskał mnie po głowie

- A ty? – zmarkotniałam

- Musze wyjść na godzinkę…ale co to za smutna mina? Wrócę zanim zaśniesz.

- W porządku – chrząknęłam i odsunęłam się od niego powoli

- Obiecuję. Jeszcze zdążysz mi pokazać jak śmigasz swoim autkiem – poczochrał mnie po włosach, jak w czasach, gdy byłam mała. Zawsze tak mówił, ale rzadko dotrzymywał słowa. Skinęłam głową i wróciłam na swoje miejsce.

- Muszę już iść. Jak zwykle pyszna kolacja Martho. – pochwalił naszą gosposię – Zadzwoń do mnie, kiedy Charlie zjawi się w domu. Idziemy Swen – dodał ciszej. Przeszedł mnie dreszcze. Coś w jego tonie mnie zaniepokoiło, ale nie wiedziałam jeszcze co. Udałam jednak, że jestem zajęta smarowaniem naleśnika nutellą. Już po chwili go nie było.

- Chcesz obejrzeć samochód, Lana? – zapytał George po chwili milczenia

- Nie – odparłam cicho

- Tak myślałem… – chrząknął szofer

- Dziękuję, kolacja była pyszna – wstałam powoli od stołu – Pójdę już do siebie. Jestem zmęczona.

- Oczywiście kruszynko, wyśpij się. Jutro zaczyna się szkoła – powiedziała dobrotliwie Martha

- Może pomogę ci sprzątać? – zaoferowałam się

- Och nie…nie musisz, to moja praca – wyglądała na lekko zdziwioną – ale dziękuję, że zapytałaś – dodała po chwili namysłu

Skinęłam głową i ruszyłam do mojego pokoju. W połowie drogi przystanęłam. Wcale nie miałam ochoty tam iść. Chyba nie zasnę w tym różowym pokoiku dla Barbie. Zawróciłam i wyszłam na taras. Potrzebowałam powietrza. Na dworze było już ciemno, ale wciąż przyjemnie ciepło. Niebo było bezgwiezdne. Usiadłam na leżaku i zamknęłam oczy. Cisza i spokój…szum mini wodospadu mnie uspokajał. Mogłam sobie wyobrazić, że leżę na plaży w Forcie Pint. Lampki oświetlające basen budowały przyjemny nastrój. Leżę na piasku, słyszę rżenie koni i śmiech przyjaciół, zespół gra tajemniczą, magiczną celtycką muzykę, księżyc w pełni oświetla wybrzeże. Ja i Will stoimy po pas w wodzie, przyciąga mnie do siebie za pasek od shortów…jeszcze chwila i mnie pocałuje… Powoli zaczynałam się odprężać. Nagle poczułam coś zimnego i mokrego na policzku. Łzy? Spanikowana zaczęłam szybko wycierać twarz. Za bardzo odpłynęłam. Jestem w will w Los Angeles…daleko…cholernie daleko od wyspy Jorvik…

…Zasnęłam. Nawet nie wiem kiedy. Obudził mnie dotyk czyiś rąk. Delikatna dłoń o długich palcach pogłaskała mnie po policzku.

- Mama… – szepnęłam

- Cii…śpij. Nie chciałam cię obudzić – szepnęła

- Chciałam z tobą porozmawiać… – próbowałam się obudzić

- Domyślam się… – mruknęła, odgarniając grzywkę z mojego czoła. Nagle jej dłoń zatrzymała się w miejscu, gdzie Elizabeth naznaczyła mnie celtyckim znakiem. Usłyszałam jak mama wciąga powietrze. Była druidką, musiała wyczuć znak. W tym mroku nie wiedziałam jej twarzy, ale chyba była zdenerwowana, bo dłoń jej zadrżała. Cofnęła ją szybko. – Dziś jest już późno. Wiem, że masz dużo pytań…ja zresztą też, ale musimy przełożyć tą rozmowę na jutro.

- Ale mamo…

- Za kilka godzin musisz wstać do szkoły – szepnęła mi do ucha i podniosła mnie na ręce – Chyba schudłaś, moja panno – mruknęła

Chciałam coś powiedzieć, ale coraz bardziej odpływałam aż w końcu poddałam się i pozwoliłam porwać się do krainy snu. Chyba byłam bardziej zmęczona niż mi się wydawało.

***

Gdy o 7 rano budził zaśpiewał mi piosenkę Justina Biebera „Baby” poderwałam się z łóżkiem z morderczym odruchem zniszczenia tego „diabelskiego narzędzia”. Od razu się obudziłam…mam nadzieję, że to był powód ustawienia tej piosenki na pobudkę. Innego powodu nie jestem sobie wyobrazić. Po omacku złapałam telefon i szybko zmieniłam dźwięk budzika na pierwszy lepszy normalny dzwonek. Z westchnieniem odrzuciłam telefon i opadłam na poduszki. Misja wykonana…mam już dość, a to dopiero początek dnia.

- Pora na coś bardziej spektakularnego, co Teodor? – podniosłam miśka – Tak…mam na myśli znalezienia czegoś normalnego w tej szafie – prychnęłam – A potem muszę przeżyć ten pierwszy dzień…myślisz, że dam radę? – spojrzałam w jego mądre, czarne, błyszczące oczka – A niech to kaczki zdepczą…chętnie wzięłabym cię ze sobą, ale to chyba byłaby lekka przesada – przytuliłam mocno maskotkę – Opaska musi mi wystarczyć – postukałam ametyst na ramieniu

W końcu wygramoliłam się z łóżka. Drzwi na balkon były otwarte na oścież, więc pokojówka już tu była…albo mama je otworzyła wczoraj w nocy. W każdym bądź razie słońce pięknie świeciło i zapowiadał się cudowny dzień…tak jak większość dni w Kalifornii (jeśli ktoś lubi upał oczywiście). Przekopałam cała szafę i w końcu znalazłam zwykły, dopasowany czerwony t-shirt i zwykłe jeansy. Założyłam do tego zwykłe tenisówki i nawet się nie pomalowałam. Zarzuciłam torbę na ramię i stanęłam przed lustrem. Ciemne, kręcone włosy do połowy pleców (już ich nie prostuję jak kiedyś), duże czarne oczy bez ostrych kresek i doklejanych rzęs (i tak miałam naturalnie długie rzęsy) i opalona, oliwkowa cera…w końcu wyglądałam jak prawdziwa chica española. To ja, nowa, prawdziwa Lana. Kiwnęłam swojemu odbiciu i zeszłam na dół.

- Drugie śniadanie, twoje ulubione bułeczki z dżemem… – Martha już czekała na mnie przy schodach – Lana? – wytrzeszczyła oczy na mój widok – Idziesz tak do szkoły?

- Tak, a co w tym złego? – wzruszyłam ramionami

- Nic – pokręciła szybko głową gosposia – Po prostu już dawno nie widziałam cię tak ubraną…

- To dobrze czy źle? – uniosłam brew

- Bardzo dobrze – przytaknęłam energicznie – No…pani Charlie kazała ci przekazać, że po południu będzie na ciebie czekać w hotelu. – wyglądała na zmieszaną

- W porządku – mruknęłam, biorąc kluczki do mojego porsche z wieszaczka – A tata? O której wrócił?

- Późno w nocy…teraz śpi…

- Niech śpi… – burknęłam, kierując się do garażu. Tata i te jego obiecanki-cacanki – Miłego dnia, Martho.

- Uważaj na drodze! – zawołała za mną gosposia

- Jasna sprawa! – wyszczerzyłam się w uśmiechu i zeszłam do garażu, nucąc pod nosem

Wbrew temu, co myślałam, nie zgubiłam drogi. Złość na rodziców sprawiła, że zapomniałam o strachu i myśli, że pierwszy raz jadę sama do szkoły nowiutkim porsche. Płynnie wjechałam na dobrze mi znany szkolny parking i zaparkowałam w moim ulubionym miejscu w cieniu wielkiego dębu. Poszłam do sekretariatu i odebrałam swój plan lekcji. Nawet nie jest tak źle. Dziś mam chemię, biologię, dwie godziny zajęć sportowych, godzina literatury i hiszpański. Luzik. Odniosłam książki do szafki i wróciłam pod pracownię chemiczną. O dziwo nikt nie zwracał na mnie uwagi, a ja też specjalne nie rzucałam się w oczy. Przez chwilę miałam wrażenie, że ludzie traktują mnie jak nową osobę. Z trudem ukrywałam śmiech. To zabawne jak ubranie może zmienić człowieka.

Do przerwy obiadowej udało mi się funkcjonować inco gnito. Nawet zaczęło mi się do podobać. Na stołówce zadowolona z siebie wzięłam tackę z jedzeniem i ruszyłam do stolika, gdzie zwykle siedzę z dziewczynami, gdy nagle mnie olśniło. Nie mogę tam usiąść. Jeśli chcę pozostać niezauważona, muszę dalej wtapiać się w tłum. O nie, Bill i Tom tu idą! Nie mogą mnie zauważyć! Bill jest głupi jak but, ale Tom na pewno mnie poza…zwłaszcza, że kiedyś poznał mnie bardzo blisko. Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam przed siebie. Usiadłam przy pierwszym lepszym stoliku, plecami do nich i odetchnęłam z ulgą. Przeszli obok mnie.

- Cześć – odezwała się dziewczyna obok mnie, a ja prawie podskoczyłam

- Cześć – uśmiechnęłam się nerwowo – Mogę się dosiąść?

- Właściwie już to zrobiłaś – zauważyła dziewczyna

- No tak… – drżącą ręką założyłam włosy za ucho – Jestem Lana.

Zapanowała cisza. Trzy osoby siedzące przy stoliku patrzyły się na mnie uważnie, jakby skanowały mnie laserem. Przełknęłam ślinę. Ciężko tu zawierać nowe przyjaźnie.

Dziewczyna, która się do mnie odezwała miała długie czarne włosy z fioletowymi pasemkami. Była ubrana w czarną podkoszulkę na ramiączkach i czarne, podziurawione rurki. Na biodrach miała przewiązaną czerwoną koszulę w kratę, a w uszach kolczyki w kształcie trupich czaszek. Nigdy nie rozmawiałam z dziewczynami takiego pokroju, ale wydaje mi się, że nazywa się Caroline. Caroline Dumort. Nienawidzi cheerleaderek, bo według niej robimy z siebie laleczki i zgadzamy się na paradowanie w seksistowskich strojach. Ach tak…zapomniałam wspomnieć, że byłam zastępcą szefowej cheerleaderek.
Chłopak siedzący obok niej był trochę otyły, ale miał sympatyczną, okrągła twarz. Rude włosy wyglądały jakby ich właściciel właśnie wstał z łóżka, a grzywka postawiona do góry sprawiała wrażenie, jakby chłopak robił eksperymenty w sali chemicznej i coś mu wybuchło w twarz. Ubrany był w granatową koszulkę z wizerunkiem Wiedźmina, a na szyi miał przewieszone duże, czarne słuchawki. Palce już miał usmarowane keczupem, ale grzecznie przerwał jedzenie hamburgera, żeby lepiej mi się przyjrzeć. Kevin Ducker, naczelny gracz w rankingu szkolnym. Spławiłam go przy oczach całej szkoły, gdy poprosił mnie na szkolnej dyskotece do tańca. Ostatnia była chuda, wysoka dziewczyna, która wyglądała jakby miała co najwyżej 11 lat. Miał krótkie brązowe, puszyste włosy ścięte do kości policzkowych i różową grzywkę. Przez wielkie sarnie oczy wyglądała trochę jak bezbronne dziecko. Miała na sobie błękitną podkoszulkę z kotem biegnącym po tęczy i różowy sweterek pod kolor grzywki. Ashley Speed. Pamiętam, że na dniach szkoły miała stoisko z komiksami, a David i Bill zamknęli ją kiedyś z kanciapie woźnego, bo dowiedzieli się, że mała boi się ciemności. O w mordzie…jeśli oni dowiedzą się, kim jestem, zamordują mnie. Każdy z nich ma powód, żeby mnie nienawidzić. Oblał mnie zimny pot. Czemu tak długo milczą?!

- Caroline – dziewczyna-emo uścisnęła mocno moją dłoń – Jesteś tu nowa? Nie widziałam cię tu wcześniej.

- Hmm przepisałam się pod koniec tamtego roku szkolnego… – skłamałam lekko – Chyba jeszcze nie poznałyśmy się od tej właściwej strony… – podrapałam się po karku, kombinując jakby tu nie zdradzić swojej tożsamości

- Na to wygląda – pokiwała głową Caroline – To Kevin i Ashley, moja ekipa. Nie jesteśmy zbyt popularni jak widzisz. Jeśli zależy ci na gwiazdorzeniu, to możesz podpiąć się to stolika tych bogatych pięknisiów.

- Caro, nie mów tak, bo ją zrazisz. Właśnie dlatego nie mamy przyjaciół – jęknęła Ashley

- Spokojnie, wcale mnie nie zraziła – puściłam do niej oko – Mnie właśnie nie zależny na gwiazdorzeniu.

- Nie przejmuj się. Caro jest szorstka, ale zyskuje przy bliższym spotkaniu – powiedział Kevin z ustami pełnymi hamburga

- Ja tu jestem – mruknęła Caroline – I nie mów z pełnymi ustami, keczup ci kapie – warknęła i podała mu serwetkę – Czasem są jak dzieci…patrz, ubrudzisz koszule… – jęknęła, patrząc na Kevina

- Ładna koszulka – zwróciłam się do Ashley, która zrobiła się cała czerwona i starała się na mnie nie patrzeć

- Naprawdę? Dziękuje

- Śmieszny kot – uśmiechnęłam się

- To Nyan Cat – zaczerwieniła się jeszcze bardziej – Jestem Otaku.

- Kim? – nie zrozumiałam

- Fanką anime i mangi – przewróciła oczami Caroline – Wiesz, chińskie bajeczki…

- Nie chińskie, tylko japońskie! – oburzyła się Ashley

- Chodzi o te animowane seriale, tak? – spróbowałam załagodzić sytuację

- Tak… – przygryzła wargę Ashley

- Hmm kiedy byłam młodsza chyba oglądałam taką jedną o chłopcu, który chciał być super ninją czy coś w tym stylu…

- Naruto. Wiele osób oglądało to anime w dzieciństwie. To plus pokemony.

- Lubiłam te anime – uśmiechnęłam się, a Ashley w końcu odważyła się na mnie spojrzeć. W jej oczach była radość i wdzięczność, że jej nie wyśmiałam.

- A grałaś w gry o Naruto? – włączył się Kevin

- Niestety nie…

- To żałuj dziewczyno! Wiesz jaka akcja tam się dzieje. Albo Mortal Kombat…to moja ulubiona gra. Gdybyś kiedyś potrzebowała jakieś kody…w jakiejkolwiek grze, to wal śmiało.

- Dzięki, zapamiętam – zaśmiałam się lekko – A ty Caroline?

- Co ja? – burknęła dłubiąc w sałatce

- Jakie jest twoje hobby? – podparłam się na łokciu

- Gram w kapeli rockowej – wzruszyła ramionami – ale nie lubię o tym mówić – zmarszczyła brwi

- Pokłóciła z głównym wokalistą, który jest jej chłopakiem – powiedziała cicho Ashley

- Ashley! To nie jej sprawa! – wkurzyła się Caroline

- W porządku, jeśli nie chcesz to nie musisz mówić – odparłam szybko

- I dobrze, bo nie zamierzam – burknęła dziewczyna. Przy stole zapanowała niezręczna cisza.

- Hej robicie coś po szkole? – odchrząknęłam po chwili

- Caroline ma próbę zespołu i idziemy do niej – wystrzelił Kevin

- Kurde, naprawdę nie możecie mówić o sobie?! Tak bardzo ciekawe jest moje życie? – Caroline odstawiła z brzękiem widelec

- Może Lana mogłaby pójść z nami, jeśli chce… – zaczęła Ashley

- Nie! To zamknięta próba dla wtajemniczonych!

- Ok, ok w porządku – powiedziałam szybko. Teraz się nie dziwię, czemu Ashley powiedziała, że wszystkich odstraszają. – Ale skoro grasz w Wild Wolves to nie masz się czego wstydzić, serio.

- Skąd wiesz…? – Caroline spiorunowała mnie wzrokiem. Kiwnęłam na jej bransoletkę z logo zespołu.

- Mój były chłopak…niedoszły chłopak…ciągnął mnie na wasze koncerty.

- Pewnie średnio ci się podobały ciężkie brzmienia, co złotko? – prychnęła Caroline

- Podobało mi się…był super klimat, wokalista ma świetny głos i byliście dobrze zgrani…ale kiedy w grę weszły narkotyki, już nie było tak fajnie… – mówiłam. Ręce Caroline zacisnęły się w pięści. Kevin i Ashley niespokojnie obserwowali jej reakcję.

- Racja…dragi nas zniszczyły – stwierdziła z dziwnym spokojem

- Bierzesz.

- Nie!

- Starasz się z tym skończyć – zrozumiałam – Dlatego jesteś taka nerwowa…

- Lana, nie…ona sobie poradzi, my jej pomagamy – Ashley błagalnie złapała mnie za rękę – Proszę cię…

- Ash, nie płacz. – westchnęła Caroline – Wiesz, że tego nie cierpię – wzięła ją za rękę. Zdziwiona patrzyłam jak ta opryskliwa dziewczyna zmieniła się opiekuńczego anioła dla Ashley. Niesamowite…jednak ma jakieś uczucia.

- Ale ona wie, wystarczy, że chwilę z tobą porozmawiała… – rozkleiła się Ashley – Nauczyciele też to zauważą.

- Spokojnie, nikomu nie powiem – zapewniłam

- Dlaczego? – Caroline zmierzyła mnie wzrokiem

- Każdy ma swoje demony, z którymi próbuje walczyć – wzruszyłam ramionami i wyciągnęłam z torby paczkę chusteczek – Proszę – podałam je Ashley

- Dzięki Lana. Yo, spoko z ciebie laska – pokiwał głową Kevin – Żółwik?

- Żółwik…ale gdybyście potrzebowali pomocy, to powiedzcie, ok? – powiedziałam pewnie, ale mimo to czułam się głupio. Niby jak mogłabym im pomóc? Widziałam na imprezach osoby, które brały narkotyki, ale nigdy nie próbowałam pomagać takim osobom…bałam się ich, starałam się unikać. Mimo to dla trójka mnie zaintrygowała.

- Dzięki, dajemy sobie radę – Caroline odzyskała rezon

- Ekhm…jaką macie następną lekcję? – postanowiłam zmienić temat

- Zajęcie sportowe – stwierdziła smutno Ashley – Pewnie będziemy grać w siatkówkę.

- Spokojnie Ash, opracowałem już taktykę – Kevin wyjął tableta – Widzisz? Caro będzie cię kryła i żadna piłka nie powinna cie trafić, a będzie wyglądało że grasz. Musisz tylko stać tu na środku – chłopak z dumą pokazywał animację

- A co jeśli będzie przejście, geniuszu? – uniosła brew Caroline

- Musisz zawsze stać za nią – wzruszył ramionami Kevin

- I myślisz, że to takie proste?

- Tak! Caro, będziesz moim obrońcą! Kawii… – pisnęła radośnie Ashley

- Ja z wami zwariuję… – załamała się Caroline, a ja zachichotałam – A tobie co tak wesoło, nowa?

- Jesteście zabawni…tak różni, a jednak się przyjaźnicie.

Nagle drzwi na stołówkę otworzyły się z hukiem i do środka weszły moje koleżanki. O nie…tylko tego mi brakowało. Od razu mnie zauważyły i ruszyły w moją stronę, prowokując wszystkich do odwracania się w ich stronę. Wyglądały jak gwiazdy – wymalowane, w dopasowanych, modnych ciuchach. Sara była wściekła. Znałam ją na tyle dobrze, że wiedziałam, że chce się zemścić za to, że tyle czasu ją ignorowałam.

- Lana złotko, tutaj jesteś – Sara Crowley, szefowa cheerleaderek i naszej małej grupki podeszła do mnie z wrednym uśmiechem. Zmieniła fryzurę. Znowu rozjaśniła końcówki, ale nadal lubiła chodzić w zbyt krótkich spódniczkach i kurtce z futerkiem – Szukałyśmy cię cały dzień.

- No i mnie znalazłyście – zaśmiałam się nerwowo, rozglądając się na boki. Wszyscy zaczęli do siebie szeptać i pokazywać mnie palcami. Dopiero teraz zorientowali się, kim jestem.

- Unikasz z nami kontaktu, Lana? – zapytała Natasha Kirjowa z rosyjskim akcentem. Ładna blondynka o niebieskich oczach i wyglądzie porcelanowej laleczki. Gdyby nie miała tak mocnego smokey eye, sprawiała by wrażenie milszej. Teraz jej makijaż w połączeniu z krótką czarną sukienką mógł być odebrany jednoznacznie.

- Nie, dopiero wczoraj wróciłam do domu i…mój telefon nie miał zasięgu – zaczęłam się tłumaczyć. Co się ze mną dzieje? Przed lustrem ćwiczyłam inną przemowę.

- Patrzcie jak ona jest ubrana – syknęła Jennifer Madison. Głupiutki klon Sary, posłuszny na każde jej skinienie. – To wstyd! Kochana, czy ty nie byłaś na zakupach? – dotknęła mojej bawełnianej podkoszulki

- Zabieramy cię stąd. Potrzebujesz pomocy i to zaraz. – stwierdziła Sara – Widząc jak wyglądasz, wybaczam ci wszystko – przytuliła mnie teatralnym gestem. Przewróciłam oczami – Ten wyjazd na odludzie zrobił z ciebie dzikuskę! Naprawimy cię skarbie! Chodź – pociągnęła mnie za rękę

- Zaraz, ty jesteś Lana Shylund! Ta Lana Shylund!? – zbladła Caroline

- A niby jaka inna? Znasz jeszcze inną Lanę? – zamlaskała gumą Jennifer

- Ty… – wzrok Caroline mnie zabijał

- Przepraszam, ja tylko… – spojrzałam błagalnie na trójkę nowych znajomych, ale Sara szarpnęła mnie za ramię – Gdzie mnie ciągnięcie? – warknęłam do dziewczyn – Musicie robić szopkę przy całej szkole?

- Kto tu robi szopkę? Patrz jak wyglądasz! – popchnęła mnie Natasha – Robimy ci przysługę. Teraz to nawet Bill by na ciebie nie spojrzał, a obie dobrze wiemy, że nie pogardzi żadną dziewczyną.

- O czym ty mówisz? Nigdy nie kręciłam z Billem! Jest głupi jak but… – obruszyłam się

- Nieważne! Jeszcze to nadrobisz. Idziemy na zakupy – zdecydowała Sara

- A lekcje? – prychnęłam. Dziewczyny spojrzały po sobie.

- Olać lekcje! Lana, co się z tobą stało? Kochana, zaczynam się martwić… – wepchnęły mnie do łazienki

- Co wy robicie? – przestraszyłam się

- Jest gorzej niż myślałam. Tak nie możemy się z tobą pokazać na mieście – pokręciła głową Sara – Dobrze, że przypadkowo wzięłam dziś ciuchy na zmianę – westchnęła z ulgą – Jennifer, moja torba… – wyciągnęła rękę

- Ale… – zaprotestowałam

- Wiem, że mamy taki sam rozmiar. No dalej, szybciutko. Musimy ci jeszcze zrobić makijaż – Sara wepchnęłam mi do ręki torbę i zamknęła mnie w kabinie

Zamrugałam oczami. Co tu się dzieje…czy tak wyglądało moje życie? Naprawdę je wcześniej lubiłam? Cóż mogę zrobić…nie wypuszczą mnie, jeśli się nie przebiorę. Wzięłam głęboki oddech i przebrałam się w ubrania Sary. Po chwili wyszłam z kabiny ubrana w obcisłą, skórzaną, czarną spódniczkę, czerwony top z dekoltem i brokatowe bolerko.

- No i pięknie, jeszcze makijaż – zachwyciły się moje koleżanki

Szybko porwały mnie w swoje ręce i już po chwili przed lustrem stała inna Lana…stara Lana, kalifornijska lalunia. To od tej wersji siebie próbowałam uciec. Przełknęłam ślinę. Piękny sen o Jorvik się skończył…zaczęło się zwykłe życie.