RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Rozdział 11’

Finałowa bitwa o wyspę Jorvik

09 paź

W uszach odbijał mi się dźwięk kroków przyjaciół, biegnących przez niekończące się korytarze w lochach. Czułam się trochę jak na karuzeli. Światło raz się pojawiało, raz gasło, a ja walczyłam o to, żeby zachować przytomność. William, który mnie niósł oddychał ciężko, a ja zaczęłam się zastanawiać jakim cudem tak szybko wyzdrowiał. Alex biegła blisko mnie i cały czas trzymała mnie z rękę. Czułam, jak przepływa przez nią ciepło. Rose i Jackob biegli na przedzie z pochodnią. Jasper podskakiwał obok nich, co rusz oglądając się na nas do tyłu.

- Pospieszcie się, ona zaraz nam odleci – panikował kuzynek

- Robimy co możemy, te tunele są jak labirynt – warknęła Rose

- William też kiepsko się trzyma… – zauważył młody

- Nic mi nie jest – wysapał Will

- Daj mi ją – niespodziewanie Jackob zawrócił i podszedł do nas

- Poradzę sobie – wycedził William, patrząc się na niego z nienawiścią

- Słuchaj, to że szybciej niż inni wyzdrowiałeś po tej kontuzji, nie znaczy, że możesz się tak nadwyrężać – zmrużył oczy Indianin – I nie zapominaj komu to zawdzięczasz…

- William, jesteś cały spocony, zaraz nam zasłabniesz – wtrąciła się Anastasia – Daj ją Jackowi, on nie zrobi jej krzywdy – zaćwierkała swoim słodkim głosem

- Właśnie wiem – burknął blondyn

- Och daj spokój Greenlight, Lana nie jest kawałkiem kości, a ty nie jesteś wściekłym dobermanem! – zniecierpliwił się Indianin – To też moja przyjaciółka… – spróbował mnie odebrać, ale Will złapał mnie mocniej

- Nie jestem wściekłym dobermanem…

- A ja nie jestem kawałkiem zwykłej kości – zakaszlałam

- Lana! – wszyscy mnie otoczyli

- Hej spokojnie, żyję – uśmiechnęłam się do nich słabo – Po prostu mnie stąd zabierzcie…proszę. Will – dotknęłam drżącą ręką jego policzka – dopiero co cię odzyskałam, nie chcę cię znowu tracić. Pozwól Jackobowi pomóc.

Blondyn nic nie powiedział, ale widziałam w słabym świetle pochodni jak zaciska szczęki. Jackob uśmiechnął się triumfalnie i szybko przejął mnie z jego ramion.

- Nie kłóćmy się, szkoda na to czasu – powiedziała sucho Rose, patrząc się to na jednego, to na drugiego – Idziemy!

Zamknęłam oczy. Otworzyłam je ponownie, gdy poczułam na skórze chłodny wiatr. W końcu wyszłam z lochu…ale i tak było ciemno jak w grobie. Chyba przeprowadzali swoją akcję ratowniczą w środku nocy. W dodatku musiał być nów, bo dawno nie było tu takich ciemności.

- Nareszcie jesteście! Już myślałam, że zejdę tu na zawał ze strachu – usłyszałam głos mojej kuzynki

- Tori?! – zmrużyłam oczy, żeby ją lepiej zobaczyć

- Tak, a co myślałaś? Cała wyspa cię szuka, panno super bohaterko! – warknęła Tori

Siedziała na wozie z latarnią w ręku i niecierpliwie przytupywała nogą. Kiedy Jackob do niej podszedł, pomogła przełożyć mnie na wóz i otuliła kocem. Zamrugałam zdziwiona. Ja chyba śnię…

- Tori, to naprawdę ty? – nie mogłam wyjść z podziwu

- Po prostu leż i nic nie mów – przewróciła oczami. Chłopcy wskoczyli na kozła i pogonili konie, a wóz podskoczył kilka razy na wybojach. Jęknęłam cicho.

- Ostrożnie! Wieziecie ludzi, a nie worki kartofli! – ofuknęła ich Rose

- Przepraszam… – odezwał się skruszony Jasper

- Daj mi te lejce, młody – mruknął Will

- Lana, hej, nie zasypiaj – Alex nie patyczkowała się ze mną tylko strzeliła mnie w policzek – Nie możesz zasnąć, rozumiesz?

- Mhmm…jasno mi to zakomunikowałaś – poprawiłam się na kocu

- Mów, mów do nas. Powiedz, co się stało. – zażądała druidka – Ana, dawaj leki.

- To była pułapka. Sandsa zaplanował to z ojcem Dominikiem. To ona nas zdradził – westchnęłam ciężko, patrząc kątem oka na Anę i jej strzykawkę. Czy ona na pewno wie, co robi?

- Wiedziałam, że nie można mu ufać – prychnęła Rose, kręcąc głową. Dobrze, że powstrzymała się od „A nie mówiłam?!”

- Gdzie on teraz jest? – zapytałam

- Dosłownie rozpłynął się w powietrzu, śladu po sobie nie zostawił… – odparła przejęta Ana

- Stąd mieliśmy pewność, że to on cię porwał – dodała Rose – Poza tym Earl nam wszystko opowiedział…

- Earl! Jak on się czuje?! – chciałam się podnieść, ale Tori przytrzymała mnie za ramiona – Muszę z nim porozmawiać!

- Jest w szpitalu. Nieźle poobijany, ale pewnie się z tego wyliże – poinformowała spokojnie kuzynka

- To ona go znalazła w Starym Opactwie – Rose opowiedziała na moje pytające spojrzenie – i powiedziała nam, że zostałaś porwana przez Sandsa.

- Stary Earl kazał mi natychmiast znaleźć twoich przyjaciół i powiedzieć im, co się stało.

- Gdyby nie Tori, pewnie byśmy myśleli, że załamałaś się przez stan Willa – powiedziała Ana

- Ray, ona nie jest głupiutką, zdesperowaną bohaterką z twoich romansideł. Ile raz mam ci to tłumaczyć? – warknęła na nią Tori, a przyjaciółka zmarszczyła groźnie brwi

- Dziękuję ci Tori…nie spodziewałam się tego po tobie – chrząknęłam po chwili ciszy

- Spokojnie kuzyneczko, tylko ja mogę cię dręczyć… – uśmiechnęła się krzywo i poklepała mnie po plecach – Nie pozwolę, żeby ktoś tknął moją rodzinę – dodała ciszej, a ja uśmiechnęłam się mimowolnie. Zrobiło mi się cieplej w sercu. Może jednak moja kuzynka nie nienawidzi mnie?

- Uwaga, wjeżdżamy na drogę – zawołał Will i wóz znowu podskoczył. Wszystkie dziewczyny momentalnie mnie złapały.Patrzyłam, jak wyjeżdżamy z fosy wokół Dworu Baronowej wprost na drogę. Nagle na drodze pojawiły się dwie świetliste, przezroczyste postacie. Pierwsza – blondynka z pięknymi, dużymi błękitnymi oczami uśmiechnęła się do mnie szeroko i pomachała mi energicznie. Druga wyższa i poważniejsza, miała ciemniejsze włosy i dziurę w okolicach mostkach – Alice Porter. To ją widziałam wtedy w oknie w wieży. Spojrzała się na mnie i ze spokojem skinęła głową. Oba duchy zniknęły tak nagle jak się pojawiły.

- Lana, wszystko w porządku? Co widziałaś? – Rose, potrząsnęła moją dłonią, przywołując mnie do rzeczywistości

- Nic, a co mogłaby zobaczyć w takiej ciemności – mruknęła Alex, krzyżując ręce na piersi. Zauważyłam, że uśmiecha się pod nosem. Ona dobrze wie, co widziałam.

- Ty wiesz…wszystko wiesz i nic mi nie powiedziałaś – spojrzałam na nią oskarżycielsko, bo przypomniało mi się opowieść Sands. Gdyby wcześniej dokończyła mi legendę…

- O czym dokładnie mówisz? – zmarszczyła brwi druidka

- Wiedziałaś, dlaczego moja mama uciekła z wyspy i wiedziałaś, czemu Sandsowi na mnie zależy. Wiedziałaś jakie niebezpieczeństwo mi grozi i nic mi nie powiedziałaś!

- O czym ona mówi? – Rose spojrzała się wojowniczo na blondynkę

- Wiedziałaś, że jestem kapłanką Epony i Sands musi mnie zabić, żeby urzeczywistnić swój szalony plan. Czemu mi tego nie powiedziałaś?! Może nie pchałabym się tak w jego łapy!

- Proszę cię…tyle osób cię ostrzegało, a ty i tak zawsze ryzykowałaś – przewróciła oczami Alex – Prawda by cię nie powstrzymała.

- Ale…

- Poza tym mówiłam ci, że masz moc bogini Epony. Bliźniaki też ci to powiedziały, pamiętasz? Tylko ty nie chciałaś w to wierzyć.

- Gdybyś opowiedziała mi wtedy całą legendę Meriadoka…i powiedziała, dlaczego mama uciekła z wyspy… – czułam, że do oczu napływają mi łzy. A więc to znowu moja wina? Kolejny raz los ukarał mnie za moje roztrzepanie i impulsywność!? Sama to na siebie ściągnęłam?

- Lana słoneczko…ja też wszystkiego nie wiedziałam – Alex pochyliła się do mnie i ścisnęła moje dłonie w swoich rękach. Na jej twarzy widać było zmęczenie i napięcie tych wszystkich dni. – Elizabeth nie chciała mi niczego powiedzieć ze swojej przeszłości. Musiałam szukać informacji na własną rękę. Podejrzewałam, że możesz być kapłanką bogini Epony, ale nie sądziłam, że ród twojej matki jest pod jej opieką. Też dowiedziałam się o tym niedawno i to nie w takich okolicznościach, jak bym chciała… – westchnęła ciężko, a ja domyśliłam się, że mówi o niewoli w Północnej Przełęczy. Pewnie Sabine też jej nie oszczędzała w dawkowaniu nowych informacji – myślisz, że naraziłabym cię na niebezpieczeństwo?

- Nie mówiłaś mi tylu rzeczy… – wycedziłam

- Nie mówiłam ci niesprawdzonych wiadomości! – zniecierpliwiła się – Po co miałam cię straszyć, że Sands poluje na twoją głowę, bo to pomoże mu w jego rytuale zniszczenia wyspy!

- Sands poluje na jej głowę?! – pisnęła Ana

- A co myślałaś, laleczko? Że tak dla zabawy ją tam zamknął? – Alex skasowała ją wzrokiem

- Jak mogłaś jej tego nie powiedzieć?! To kluczowa informacja! – zdenerwowała się Rose

- Dopóki była z nami, Sands nie mógł jej tak po prostu porwać – przewróciła oczami Alex – Czekał na okazję, kiedy Lana oddzieli się od stada…

- A ty oczywiście dałaś mu pretekst i pojechałaś w siną dal! Brawo! – wymachiwała rękami Rose. Mogła się na mnie wściekać, a to znaczy, że powoli wracała do siebie.

- Gdzie ty w ogóle byłaś, jeśli można spytać? – szepnęła Ana, patrząc na mnie podejrzliwie

- Pojechałam do nawiedzonego zajazdu po onyks – westchnęłam ciężko

- Po co? O czym wy w ogóle mówicie? – skrzywiła się Tori – A Sands nie chce przypadkiem wykarczować wyspy? – patrzyła się na nas, ale my tylko machnęłyśmy rękami. Zapomniałyśmy, że ludzie z wyspy tak naprawdę nic nie wiedzieli o planach Gabriela Sandsa. Potem ktoś jej to wyjaśni.

- On tam był przez cały czas – wytrzeszczyła oczy Alex. Przetarła rękami twarz i spojrzała na mnie znowu – Od jak dawna to wiesz? Czemu mi nie powiedziałaś?

- Chciałam ci powiedzieć, ale ciągle było coś ważniejszego… – jęknęłam – najpierw ta wycieczka do bliźniaków, potem porwanie Elizabeth…chciałam odzyskać dla was ten klejnot, zwłaszcza, że magiczna tarcza zaczęła słabnąć.

- A Sands to wykorzystał…śledził cię przez ojca Dominika… – westchnęła Rose

- Tak…byłam załamana, że Will umiera, nie chciałam wracać do domu, nie mogłam nigdzie znaleźć sobie miejsca…pojechałam w nocy do zajazdu, ale ludzie Sandsa mnie śledzili. Zagonili mnie do Starego Opactwa, a tam czekał już komitet powitalny.

- Czy to znaczy, że Sands dostał onyks? – wytrzeszczyła oczy Anastasia

- Nie, nie powiedziałam mu, gdzie go mam. Dlatego mnie zabrał. – pokiwałam powoli głową – Sabine też nie mogła odczytać mi myśli. Uratowałaś mnie, Alex. Naznaczyłaś mnie darem bogini Morrigan i Piekielny Żniwiarz nie mógł tego przełamać.

- Ha! To dlatego była taka wściekła, gdy wróciła! – klasnęła w dłonie druidka – Czasem jestem genialna…

- Alex, jak w ogóle udało cię się uciec z Północnej Przełęczy? – zapytałam

- Masz przy sobie kamień? – dziewczyna jak zwykle nie odpowiedziała na moje pytanie

- Nie – odparłam buntowniczo

- Jak to?! – dziewczyny zapytały jednocześnie tak głośno, że aż chłopcy się odwrócili

- Kiedy uciekałam, schowałam go do torby przy siodle Winterknighta…

- O w mordę… – mruknął Jasper

- Co? Gdzie jest Winterknight?! – po plecach przeszedł mnie dreszcz – Co się z nim stało?

- Myśleliśmy, że Winterknight jest z tobą – odparła Tori, bo tylko jej nie zamurowało – Nigdzie go nie ma…

- Żartujesz sobie?! – pisnęłam – Winterknight! Jeśli coś mu się stało…

- Spokojnie Lana, znajdziemy go – powiedziała pewnie Alex – Winterknight nie jest głupim zwierzakiem. Na pewno gdzieś się ukrył.

- A jeśli Sands go znalazł i…

- Gdyby Sands znalazł już onyks szalał by z radości i niszczył co się da – mruknęła Rose – To logiczne…nic się jeszcze nie stało, więc wciąż go szuka.

- A Winterknight żyje… – odetchnęłam z ulgą

- Już nic z tego nie rozumiem… – mruknęła skołowana Tori

- Potem ci to wytłumaczymy – odezwał się Jackob – Zaraz dojedziemy na miejsce.

- Dobrze…teraz możesz już zasnąć Lana – powiedziała Alex, uśmiechając się do mnie łagodnie

- Czekaj! Powiedz mi, jak uciekłaś z Północnej Przełęczy! Elizabeth też się udało?

- Nie słoneczko…ona wciąż jest uwięziona – pokręciła głową blondynka – A ja…to ty mnie uwolniłaś.

- Jakim cudem? – wytrzeszczyłam oczy

- Przywołałaś mnie – na twarzy mojej przyjaciółki pojawił się piękny, promienny uśmiech, który tak w niej kochałam – Mówiłam ci, że jeśli mnie zawołasz przyjdę do ciebie, gdziekolwiek będę. Nie zauważyłaś tej szczególnej więzi między nami…? – mrugnęła, a ja przypomniałam sobie wszystkie te momenty, gdy jej dotyk mnie elektryzował

- Powiedziałam tylko „Andrina, ratuj mnie…” – zmarszczyłam brwi

- To wystarczyło. Teleportowałaś mnie.

- A reszta? Jak dostaliście się do lochów? Przełamałaś zaklęci Sabine?

- Nie musiałam, ty to zrobiłaś – zachichotała – Opaski na ramię, które ty, Rose i Jasper nosicie mają ze sobą łączność. Ich też do siebie przywołałaś, a oni mieli wizję, że jesteś w lochu. Uratowałaś się Lana – szeptała Alex, a moje oczy robiły się coraz cięższe – A teraz śpij…

- Szukajcie Winterknighta… – mruknęłam, zanim zapadłam w sen

***

Obudziłam się w ciepłym, miękkim łóżku. Nie był to mój pokój i nie wiedziałam, gdzie jestem, ale najważniejsze, że był to miły, normalny pokój. Chciałam się przewrócić na drugi bok i z zaskoczeniem odkryłam, że ktoś leży obok mnie.

- Will… – szepnęłam wzruszona i odgarnęłam jego włosy z czoła. A więc to jednak nie był sen i on naprawdę wczoraj do mnie przyszedł. Wyglądał jak idealne ucieleśnienie anioła, kiedy spał. Tylko ktoś, kto go dobrze znał, wiedział, że to co Will robi w ciągu dnia jest dalekie od boskich czynów anielskich…Może i Greenlight był zły dla całego świata, ale dla mnie i tak już na zawsze będzie aniołem, któremu ktoś po prostu złamał skrzydła.

-Mhmm Lana… – szepnął zaspany i przeciągnął się – Już się obudziłaś?

- Przepraszam, nie chciałam cię obudzić… – szepnęłam, zabierając rękę z jego włosów. Will natychmiast złapał mnie za nadgarstek.

- Nie wygłupiaj się, to ja miałem nie spać i pilnować, czy wszystko z tobą w porządku – otworzył oczy i spojrzał na mnie uważnie – Jak się czujesz?

- „Dzień dobry”, tak chyba witają się rano ludzie w łóżku – uśmiechnęłam się przekornie

- Jest wiele różnych sposobów na powiedzenie sobie „Dzień dobry” w łóżku – uśmiechnął się wymownie, pogłaskał minie po policzku. Nie mogłam się nacieszyć widokiem jego błękitnych, lazurowych oczu. Do oczu napłynęły mi niechciane łzy.

- Boże…myślałam, że już nigdy cię nie zobaczę, Will… – zaśmiałam się płaczliwie

- Bałaś się, że mnie nie zobaczysz? Głupia miastowa…gdybym umarł nawiedzałbym cię jako duch i męczył, że nie dałaś mi ostatniej szansy – uśmiechnął się szelmowsko

- Wariat! – szturchnęłam go w pierś

- Myślałam, że bałaś się, że już nigdy nie zrobię tego… – mruknął, po czym podniósł się na łokciu i pocałował mnie. Zakręciło mi się głowie. Objęłam go za szyję. Czułam jak rozpływam się pod jego dotykiem. Tak bardzo tego potrzebowałam…siły jego ramion, słodkiego smaku powolnych pocałunków, zapachu lasu, którym pachniał…Miałam ochotę już nigdy go nie puszczać.

- Hmm chyba przez tą dłuższą przerwę wyszedłeś z wprawy… – wysapałam, kiedy odsunął się ode mnie – Takie 3 z minusem…

- Tak…co ty nie powiesz? – zmrużył oczy z psotnym błyskiem i oparł ręce na poduszce przy mojej głowie

- Tak mi się wydaje… – przygryzłam usta, starając się ukryć uśmiech

- Ty też wypadłaś trochę blado, Shylund – odparł wyniośle – Jak dla mnie 2 plus

- Że co proszę… – zakrztusiłam się – To może mała sesja poprawkowa?

- Zdecydowanie…postaraj się, może nie będę cię musiał oblewać…

- Głupi blondyn – zachichotałam i znowu zaczęliśmy się całować. Wśród śmiechów i chichotów nawet nie usłyszeliśmy jak drzwi się otwierają. Kate musiała porządnie chrząknąć, żebyśmy ją zauważyli.

- Przepraszam, że przeszkadzam, ale przyszłam sprawdzić ogólny stan pacjenta – oznajmiła Kate

- Tak jest pani doktor, już udostępniam obiekt badań – Will ze swoim głupawym uśmiechem stoczył się z łóżka i stanął przy parapecie

- Ładnie jej pilnujesz Greenlight, nie ma co… – mruknęła panna Kate, pakując mi do buzi termometr

- Po prostu sprawdzałem, czy nie pogorszyła się jej sprawność fizyczna – chrząknął, próbując ukryć śmiech

- Tak? I jaki werdykt? – Kate uśmiechnęła się półgębkiem

- Ogólnie nie jest źle…przydałoby się trochę rozruszać pacjentkę… – puścił do mnie perskie oko, a ja zaprotestowałam z termometrem w buzi – ale to może poczekać… – dodał

- Ja ci dam rozruszać pacjentkę… – prychnęła Kate – W porządku, nie masz już temperatury. Teraz musisz zjeść porządne śniadanie.

- Panno Kate, przepraszam, że się spytam, ale jak to się stało, że Will jest taki sprawny? – przypomniało mi się

- Jak bardzo sprawny? – wytrzeszczyła na mnie oczy

- Nie, nie! Chodziło mi o to, że miał przecież złamane żebra… – powiedziałam szybko, żeby nie zaczęła myśleć o dziwnych rzeczach

- Ach to…właściwie nie wiemy do końca, co się stało. I pewnie nigdy tego nie zrozumiem, ale Jackob…może on ci to jakoś wyjaśni.

- Jackob? – uniosłam brwi

- Był u mnie w szpitalu. Nie mogłem otworzyć oczu ani się poruszyć, ale słyszałem go. – Will opuścił wzrok na podłogę – Powiedział, że przyszłaś do niego i prosiłaś go o pomoc. Mówił, że bardzo ci mnie zależy…że jeśli umrę…to ciebie zabije… – przełknął ślinę – a on cię kocha i nie mógłby patrzeć, jak ty umierasz przeze mnie. Potem przyszła jego matka. Zaczęła szeptać coś w ich sekretnym, indiańskim języku. Po tym zajściu mój stan zaczął się polepszać.

- Powiedziałabym, że nastąpiła gwałtowna poprawa. Nawet sam wybudziłeś się ze śpiączki – dodała Kate

- Ale aż tak szybko? – dalej nie mogłam uwierzyć

- Wcale nie tak szybko…szukaliśmy cię cztery, prawie pięć dni. Ja wyszedłem ze szpitala dopiero wczoraj, gdy Ana powiedziała, że wiedzą, gdzie jesteś. – podszedł do mnie i wziął mnie za rękę

- Tak długo tam byłam?! – wytrzeszczyłam oczy

- Ale ty też zaskakująco szybko wracasz do siebie – spojrzała na mnie Kate – Nie wiem, co tu się dzieje…ale nie pytam się, bo i tak tego nie zrozumiem – westchnęła lekarka

- Dziękuję, że nam pani pomaga – uśmiechnęłam się do niej i ścisnęłam dłoń Willa – Uratowała nam pani życie.

- Jesteście moimi przyjaciółmi…przyjaciele sobie pomagają – uśmiechała się i zapięła swoją torbę – Poza tym cieszę się, że widzę was szczęśliwych…szczególnie zadowolony Greenlight to miła odmiana – mrugnęła do nas, a Will pocałował mnie delikatnie w czoło – Idę teraz po resztę waszej paczki, a wy spróbujcie nie rzucać się na siebie… – parsknęła

- Tak jest, pani doktor  – zasalutowałam – Will…to dlatego byłeś taki zły na Jackoba? Bo powiedział, że mnie kocha? – zapytałam, gdy Kate zniknęła za drzwiami

- Bałem się, że on ma większe szanse…wiesz, gdybym umarł…poza tym on miał tyle okazji, żeby się do ciebie zbliżyć…

- Will, kocham ciebie i tylko ciebie. Gdyby tak nie było, nie walczyłabym o ciebie. – zmusiłam go, żeby na mnie spotkał – Teraz już nic nas nie rozdzieli, rozumiesz?

- Tak jest, pani generał – zasalutował mi z uśmiechem

- Lana, jak się czujesz? – do pokoju weszli Rose, Jasper i Jackob. Przyjaciółka trzymała duży półmisek kanapek.

- Zwarta i gotowa do działania – zażartowałam. Zrobiłam im miejsce i wszyscy usiedliśmy w kole na łóżku, zajadając się kanapkami – Teraz powiedzcie mi, co tu się działo przez tyle dni…

Rose i Jasper szybko streścili mi całą akcję poszukiwawczą. Podobno cała wyspa zaangażowała się w moje poszukiwania. Gdy Earl został przewieziony w ciężkim stanie do szpitala, wszyscy mieszkańcy nagle przypomnieli sobie o jego starym konflikcie z bratem. Niektórzy mówili, że nienawiść odżyła, a inni wieli Earla jako bohatera, który próbował powstrzymać Daniela przed czymś złym. W tym momencie pojawiło się też podejrzenie, że to ksiądz mnie porwał. Lorelaj dostała ataku paniki, ponieważ zniknęłam i ja, i Alex, a ona została bez „ochrony”. Chciała ściągnąć Jackoba, ale on wprost powiedział, że nie ma czasu bronić morderczyni, gdy jego przyjaciółce grozi niebezpieczeństwo. Baronowa zabarykadowała się w swoim pałacyku w Winnicy i kazała przełożyć zawody, dopóki się nie zjadę. Ojciec Willa przeszedł metamorfozę. Odwiedzał syna w szpitalu, doprowadził się do porządku z pomocą panny Kate, cioci Betty i pani Kindergarden. Ogolił się, umył, posprzątał dom…nawet zajął się stajnią i końmi. Wciąż ne odzywa się do Willa, ale to pewnie dlatego, że najzwyczajniej w świecie czuje się winny i nawet nie wie, jak zacząć rozmowę. Erick zniknął po tym jak wypadek Willa stał się głośną sprawą. Prawdopodobnie zaszył się w lesie gdzieś ze sowim gangiem. Elizabeth, Conrad i Rada Starszych wciąż są więzieni przez Piekielnego Żniwiarza w Północnej Przełęczy, choć teraz gdy Alex wróciła szanse na pokonanie Sandsa wzrosły. Angus już zaczął coś przygotowywać. Rose mówi, że Alex przywiozła od niego jakąś miksturę i podawała mi ją, gdy byłam nieprzytomna, więc pewnie dlatego tak szybko wróciłam do zdrowia.

- Właśnie, gdzie jest Alex? – przerwałam

- Cały czas szuka Winterknighta – odparł Jasper

- Jeszcze go nie znaleźliście – zmartwiłam się

- Wyspa Jorvik jest duża, a Winterknight mógł pojechać wszędzie – wzruszył ramionami Jackob

- Musimy się pospieszyć… – pokręciłam głową – Sands jest niecierpliwy. Nie będzie czekał.

- Dziś są zawody. Alex mówiła, że Sands może właśnie na nich wcielić w życie swój plan. – przygryzła wargę Alex

- Jak to dziś są zawody?! Baronowa już się nie boi? Mówiłaś, że miała na mnie czekać…

- No wiesz…teoretycznie to tam jesteś – bąknął Jasper

- Chyba nie rozumiem…co wy… – spojrzałam na nich niepewnie i zrozumiałam – Gdzie jest Anastasia? – zamarłam

- Ona sama chciała – przewróciła oczami Rose – Wymyśliła, że przebierze się za ciebie i wystartuje, żeby sprowokować Sandsa.

- Czy ona kompletnie zwariowała?!

- Próbowaliśmy ją zatrzymać, ale Ana potrafi być naprawdę uparta – prychnął Jackob

- Kate o tym wie? – szepnęłam

- Nie, myśli, że Anastasia pojechała do Fortu Pint do ojca. – powiedział Jasper

- Musimy ją zatrzymać! Przecież Sands tylko na to czeka, żeby mnie złapać – odrzuciłam kołdrę

- Poczekaj, niby jak chcesz go powstrzymać – złapał mnie za ramię Will – Logiczniej byłoby znaleźć coś, co odciągnęłoby jego uwagę od uczestniczek konkursu.

- Will ma rację. Nie chcemy, żeby mieszkańcy wyspy jeszcze bardziej ucierpieli przez tego szaleńca. I tak zapanuje panika, kiedy się pojawi.

- Chcecie mi powiedzieć, że musimy najpierw znaleźć Winterknighta i onyks?

- Sands wciąż wieży, że masz przy sobie onyks. Może zaatakować Anę, a kiedy zobaczy, że go nabraliśmy, zabije ją. – stwierdził Jackob

- Dobra, musimy znaleźć mojego konia… – przeczesałam włosy – Gdzie ty się schowałeś stary…

***

Mimo sprzeciwu Kate jeździliśmy cały ranek i przedpołudnie po okolicy, szukając Winterknighta. Ja jechałam z Willem na Moonpearl. Po drodze spotkaliśmy Alex, która przyłączyła się do naszych poszukiwań. Z godziny na godzinę każdy z nas był coraz bardziej zmęczony i zdenerwowany. Uroczystość miała rozpocząć się o 14, zostały nam tylko dwie godziny. Powoli zaczynałam tracić nadzieję…

- Koń to przecież duży zwierzak, nie mógł się zapaść pod ziemię – mruczała gniewanie Rose

- Chyba, że ktoś go ukrył… – zastanawiała się na głos druidka

- Co masz na myśli? – odwróciłam się do niej

- Może to głupie, ale wydaje mi się…że ktoś go ukrył tak jak ciebie – powiedziała Alex, zatrzymując Mishland

- Chodzi ci o to, że ktoś go schwytał i użył takiego samego zaklęcia jak Sabine na mnie? – zmroziło mnie

- Tak – druidka powoli pokiwała głową – Teraz jestem już tego pewna.

- Sabine go schwytała? – przestraszył się Jasper

- I byłaby tak spokojna? Nie, na pewno nie… – burknęła Rose

- A kto jeszcze znałby takie potężne zaklęcia? – nie poddawał się Jasper, a mnie nagle olśniło. Spojrzałam się na Alex i powiedziałyśmy to jednocześnie.

- Bliźniaki!

- Kto taki? – skrzywiła się Rose

- Mieszkają w Dolinie Złotych Wzgórz, są jasnowidzami – wytłumaczyła Alex, poganiając Mishland do cwału – Mają jakąś kosmiczną moc i jak dla mnie to pochodzą z innego świata, ale są po naszej stronie. To oni mogli zwabić do siebie Winterknighta.

- Myślę, że nawet to przewidzieli – przewróciłam oczami – Jedziemy tam! Mamy mało czasu!

Przyjaciele bez sprzeciwu pogalopowali za Alex. Ich miny mówiły, że uważają ten pomysł za kolejne szaleństwo, ale mimo, że nie rozumieją, co się dzieje, jadą tam gdzie my. To cudownie uczucie wiedzieć, że ufają nam mimo wszystko. Serce biło mi jak oszalałe. Dziwaczne, magiczne dzieciaki były moją ostatnia nadzieją. Czy mój koń był tak mądry, żeby tam po prostu pojechać? Oby tak. Gdyby jednak dostał się w łapy Sabine, to byłby koniec. Może to właśnie cisza przed burzą? Sabine i Sands dostali to co chcieli, a teraz czekają na odpowiedni moment, żeby zaatakować…

Droga do Doliny Złotych Wzgórz niezmiennie pokryta opadającymi, kolorowymi jesiennymi liśćmi wprawiła moich przyjaciół w niemałe zdumienie. Rose spojrzała się na mnie przerażona, ale ja tylko skinęłam jej głową na znak, że wszystko jest w porządku. Biedna dziewczyna…całe jej uporządkowane, logiczne myślenie runęło w gruzach. W miasteczku także nic się nie zmieniło. Ludzie byli cały czas spokojni i chodzi w transie jak śnięte ryby. Tym razem nie zrobiło to już na mnie takiego wrażenia. Szybko przejechaliśmy do centrum, do świątyni jasnowidzów. Ku mojemu zdziwieniu dzieciaki siedziały już na schodkach i patrzyły się swoimi wielkimi oczami przed siebie. Przyjaciele zatrzymali się skonsternowani. Rude bliźniaki siedziały na schodach jak greckie posągi i nawet nie mrugnęły. Alex odważnie zeskoczyła na ziemię i podeszła do nich. Przyklękła na jedno kolano i skłoniła głowę.

- Witajcie, przybyliśmy po konia kapłanki Epony. Wiem, że on tu jest. Kapłanka go potrzebuje. – powiedziała spokojnie

- Nie bójcie się…oni już tacy są – odezwałam się do reszty, która coraz szerzej otwierała oczy

- Nie podoba mi się tu. Ta atmosfera jest taka przytłaczająca – szepnęła Rose, rozglądając się wkoło

- Czemu ci ludzie zadają się nas nie widzieć? – skrzywił się Jasper – Chodzą jak we śnie…

- To magia tak na nich działa, młody – burknął Jackob – Nie wiem, o co tutaj chodzi, ale czuję, że w tym miasteczku płynie silne źródło mocy – zmarszczył brwi, jakby bolała go głowa – Gdybyś tu mieszkał też byś się tak zachowywał.

- Oni wyglądają jakby byli na haju – parsknął Will

- I tak się czują, Greenlight…można powiedzieć, że upili się szczęściem i są w stanie błogości… – Jackob starannie dobierał słowa

- Dobrze powiedziane, Niedźwiedziu Brunatny – pochwaliła go Alex

- Dziękuję druidko.

- To mnie wcale nie uspokoiło – Rose objęła się ramionami

- Oni nas nie skrzywdzą – pocieszyłam ją – Mają Winterknighta. To święty teren…Sands i Sabine nie mogą tu wejść.

- Nie wiadomo, czy go mają. Nic nie mówią – zauważył Will

- Poczekaj, trochę cierpliwości – zacmokała Alex

- A co, dzieciaczki muszą zebrać myśli? – zakpił – Proszę was, ile oni mają lat! 6? A może 7?

- Nie ocenia się książki po okładce, Williamie Greenlight. Ziemskie lata to dla nas mrugnięcie oka – odezwał się niespodziewanie chłopiec

- On mówi – pisnęła cicho Rose

- Oczywiście, że mówi – mruknęłam zniecierpliwiona i zeskoczyłam na ziemię – Proszę was, oddajcie mi Winterknighta. Co mam zrobić, żebyście nam pomogli? Pomedytować? Rozwiązać jakąś zagadkę? Potrzebuję go.

- Potrzebujesz Winterknighta czy tego co ze sobą przywiózł? – odezwała się dziewczynka

- Winterknighta i onyksu – przewróciłam oczami

- A gdybyś musiała wybrać? – zapytał znowu jej brat

- Co to za głupie gierki? zmarszczył brwi Jackob – Nie mamy czasu…

- Cicho bądź Indianinie – syknęła Alex – Im nie wolno przerywać.

- Jak to wybrać? – zrobiło mi się słabo – Onyks jest ostatnim klejnotem, którego szuka Sands, a Winterknight to mój koń, przyjaciel…

- Nie możesz mieć ciastka i zjeść ciastka, Lano – odparła spokojnie dziewczyna – Musisz wybrać.

- Co?! To jakiś żart! Wiecie co się dzieje? Jest wojna! – zdenerwował się William

- Twój koń przyszedł do nas, bo szukał schronienia, gdy demon Jorvik porwał jego kapłankę. Możemy ci go zwrócić, ale wszystko ma swoją cenę. Jedną rzecz możesz zabrać za darmo, druga będzie cię kosztować.

- Ale…co wy możecie ode mnie chcieć? – przestraszyłam się

- Myślałam, że chcecie nam bezinteresownie pomóc – włączyła się Alex

- Właśnie to robimy – bliźniaki nie dały się wyprowadzić z równowagi – Kapłanka nie jest jeszcze gotowa do pojedynku. Musi wybrać.

- Co mam wybrać? – mój głos zadrżał. Czego oni ode mnie chcą?!

- Musisz wybrać, co jest dla ciebie ważniejsze Lano Shylund – bliźniaki zaczęły mówić jednocześnie, a ich połączone głosy nabrały takiej mocy, że przeszły mnie ciarki – Przyjechałaś na wyspę Jorvik z misją. Chciałaś za wszelką cenę dowiedzieć się, czemu twoja matka stąd uciekła i powstrzymać Gabriela Sandsa przed zniszczeniem tego miejsca. Byłaś i jesteś zdeterminowana, żeby walczyć z nim wszelkimi środkami, ale w czasie pobytu na tej wyspie zalazłaś coś więcej niż prawdę o przeszłości Charlie Hoffer…znalazłaś przyjaźń, miłość i odkryłaś swoje przeznaczenie. Jednak często nie słuchałaś swojej intuicji, głosu rozsądku i przyjaciół, przez co znalazłaś się w kłopotach. Jeśli chcesz i czujesz się na siłach własnoręcznie pokonać Gabierla Sandsa to możesz to zrobić bez swoich przyjaciół. Oto nasza cena. Zabierz konia oraz onyks, ale zostaw tu sowich przyjaciół.

Nagle między mną a moją drużyną wyrosła błyszcząca ściana. Przerażona patrzyłam jak moi przyjaciele biją się z powietrzem, żeby wydostać się z niewidzialnej klatki.

- Puśćcie ich! – krzyknęłam

- Nie robimy im krzywdy. Będą tu z nami bezpieczni. Wypuścimy ich, gdy wszystko się skończy. Sands nie zrobi im krzywdy.

- Będą tu bezpieczni? – zdziwiłam się

- Tak, a ty pojedziesz i dokończysz to, po co tu przyjechałaś. Sama. Tak jak zawsze.

Ich słowa zabolały mnie. Naprawdę byłam taką egoistyczną indywidualistką? Spojrzałam na moich przyjaciół. Krzyczeli do mnie bezgłośnie i pokazywali na migi, żebym się nie zgadzała. Chcieli wyjść i mi pomóc, być ze mną na dobre i złe…a ja często tego nie doceniałam. Gdyby nie załatwiała spraw na własną rękę, uniknęłabym wielu niebezpieczeństw. Gdyby nie moi przyjaciele, dawno już by mnie tu nie było…nie raz uratowali mi skórę. Mama przegrała z Sandsem, bo została sama. Przyjaciele ją opuścili. Nie chcę, żeby to samo stało się ze mną…chcę to zrobić z moją drużyną.

- Wybieraj Lano Shylund. Chcesz Winterknighta czy onyks? A może jedno i drugie – chłopiec przekrzywił głowę, wbijając we mnie swoje spojrzenie. Nagle coś mi przyszło do głowy.

- Wybieram…Winterknighta. Tylko Winterknighta, całego tak jak tu przyjechał oraz moich przyjaciół. Bez nich jestem niczym. Tylko z nim mogę wygrać tą wojnę. – oświadczyłam

Na twarzach dzieci pojawił się dziwny, spokojny uśmiech. Nagle magiczna bariera zniknęła i moi przyjaciele byli wolni. Od razu do mnie podbiegli. Zza domu wyjechał Winterknight, rżąc głośno. Przytuliłam się do jego miękkiej, błyszczącej, czarnej sierści.

- Wróciłeś stary! Tak się cieszę, że nic ci nie jest… – pocałowałam go w chrapy – Mądry konik…

- Tak jak jego bogini – bliźniaki dalej się uśmiechały – Jesteś gotowa, Lano Shylund. Jedź i powstrzymaj Gabriela Sandsa. Twoi przyjaciele ci pomogą.

- Dziękuję wam, za wszystko – uśmiechnęłam się i wsiadłam na grzbiet mojego achał-tekina. Od razu poczułam przypływ energii.

- Co oni ci powiedzieli? – pytała Alex, gdy się oddaliliśmy

- Kazali mi wybierać, więc wybrałam Winterknighta i was. – wzruszyłam ramionami

- Och Lana…a co z onyksem? Jak pokonamy Sandsa? – załamał Jasper

- Nie martwcie się…mam go – schyliłam się do torby i wyjęłam mały sztylet

- Jak to zrobiłaś?! – nie mogli wyjść z podziwu

- Wybrałam Winterknighta takiego, jak przyjechał, ze wszystkim co miał… – uśmiechnęłam się szeroko – Wybrałam moich przyjaciół, takimi jacy są naprawdę.

***

Dotarliśmy do Jarlaheim w ostatnim momencie. Już z daleka słychać było piski i krzyki dopingujące zawodników na placu. Właśnie zaczęło się ostatnie okrążenie. Lorelaj siedziała na podwyższeniu i rozmawiała z jakimiś eleganckimi mężczyznami w garniturach, którzy podobnie jak ona byli w jury. To pewnie ci hodowcy z Los Angeles. Po minie baronowej wywnioskowałam, że wszystko idzie zgodnie z jej myślą i dobiła kolejnych transakcji. Nie widziałam śladu po jej rzekomym strachu i panice przed byłym mężem. Na torze było osiem zawodniczek. Wśród nich oczywiście Tori, Catalina i „ja”. Nasza trójeczka była na prowadzeniu. W miarę jak zbliżałyśmy się do mety, krzyki stawały się coraz głośniejsze. Z napięciem patrzyłam się na wyścig. Tak bardzo nie chciałam, żeby Catalina wygrała, a niestety ta wiedźma wysuwała się na prowadzenie. Przed samą linią mety, nieoczekiwanie Anastasia i Bluewave wypruły do przodu i jako pierwsze przecięły czerwoną wstęgę. Widownia zaczęła wiwatować.

- Mamy zwyciężczynię naszego corocznego wyścigu o tytuł Mistrza Wyspy Jorvik. Zwycięzcą jest…panie i panowie…Lana Shylund! – oznajmiła pani burmistrz. Tłum zaczął klaskać, a ja poczułam się głupio, bo w końcu to nie ja tam się ścigałam. Jury oraz pani burmistrz ruszyli na tor wręczyć wieniec i puchar. W tym momencie powietrze stało się ciężki i zaczęło falować. Spojrzałam się kątem oka na Alex. Zaczęło się.

Na torze nie wiadomo skąd pojawił się Sands i jeździec w czarnej pelerynie na swoim piekielnym rumaku. Zapanował chaos. Mieszkańcy zaczęli piszczeć, krzyczeć i pchać się do wyjścia. Pani burmistrz próbowała opanować sytuację przez mikrofon, ale to nic nie dało. Sabine ruszyła na koniu w stronę Any i Bluewave. Zanim moja przyjaciółka się zorientowała, została zrzucona na ziemię. Tori krzyknęła i chciała do niej pobiec, ale pani burmistrz ją złapała i zaczęła odciągać. Baronowa zbladła i przytrzymała się Cataliny. Sands, dumny jak paw, ruszył do „mnie” krokiem zwycięzcy. Sabine trzymała Anę, podczas gdy jej ojciec złapał ją za kapelusz…który został mu w ręku razem z peruką. Blond włosy Any rozsypały się z koka, ostatecznie ją demaskując. Pani burmistrz, Tori, Lorelaj i Catalina otworzyły usta ze zdziwienia.

- Co to ma być?! – ryknął Sands, a moja przyjaciółka się skuliła – Gdzie jest Shylund?!

- Nigdy jej nie dostaniesz – wyjąkała Ana

- Ty głupia dziewczyno… – zamachnął się Sands

- Stój! Nawet nie waż się jej tknąć! – krzyknęłam, wjeżdżając z Winterknightem na opustoszały tor

- Proszę, proszę…ładnie tak oszukiwać Lano? – Gabriel odwrócił się do mnie z udawaną serdecznością

- Przygarniał kocioł garnkowi – burknęłam

- Naprawdę chciałaś narazić przyjaciółkę na takie niebezpieczeństwo? Jesteś okropna…

- Nie, nie chciałam – przerwałam mu – Zostaw ją. Mam dla ciebie coś lepszego – wyjęłam z kieszeni sztylet, a w jego oczach błysnęła żądza mordu

- Lana, nie… – jęknęła Anastasia

- Cicho Ana – syknęłam

- Niemądrze z twojej strony tak po prostu mi to dawać – zaśmiał się Sands

- A kto powiedział, że tak po prostu ci to dam? – prychnęłam, obracając w ręku przedmiot. Nie mam pojęcia skąd miałam w sobie tyle odwagi, żeby stać tak blisko tego nieobliczalnego faceta i śmiać mu się w twarz. Zwłaszcza, że on wyglądał jak czajnik z gotującą się wodą. – Może przyszłam, żeby cię zabić? – obróciłam sztylet ostrzem do przodu i spojrzałam twardo w jego stalowe oczy

Gabriel wciągnął z sykiem powietrze. Nie spodziewał się takiej bezczelności z mojej strony.

- Lano…dobrze wiesz, po co to robię – podszedł do mnie bliżej, ale Winterknight parsknął ostrzegawczo, więc się zatrzymał – Ta wyspa to więzienie. Każdy powinien mieć możliwość wyboru. Wyspa Jorvik i druidzi uwięzili tu nas swoją ohydną magią. Ta przeklęta wyspa musi zniknąć z powierzchni ziemi. Wiesz o tym, tak samo jak ja… – mówił powoli, przekonująco, niczym żmija czając się w rajskim ogrodzie. Tylko oczy wyrażały zimną furię.

- Nie, panie Sands. Nie myślimy tak samo – przekrzywiłam głowę – Kocham tą wyspę i uważam, że to prawdziwy raj na ziemi. Tu ludzie są wolni, kochają się, żyją pełnią życia…a pan chce to zniszczyć, bo jest prawdziwym wcieleniem diabła. Demonem,  którego trzeba zniszczyć, żeby na wyspie zapanował spokój. Tak wiele ludzi przez pana ucierpiało. Czas to skończyć – oznajmiłam z takim samym spokojem

- Sabine, naucz pannę Shylund pokory! – wycedził przez zęby, a ja właśnie czekałam na taki obrót sprawy.

Piekielny Żniwiarz posłusznie puścił przerażoną Anastasię i ruszył w moją stronę. Zebrałam szybko wodze.

- Tak łatwo tego nie dostaniesz! Anastasia uciekaj! – krzyknęłam, rzuciłam sztylet w lewą stronę i czym prędzej się oddaliłam

Zgodnie z planem Will i Moonpearl wyskoczyli zza filaru i przejęli sztylet. Blondyn wystawił w powietrzu kawałek drewna, w który ostre narzędzie wbiło się jak w masło i pognał przed siebie z dzikim śmiechem. Gabriel zamrugał oczami.

- No co tak stoisz?! Goń go! – ryknął do Sabine – Zachciało wam się zabawy w berka, Shylund?! – zwrócił się do mnie – Tylko kupujecie sobie czas! – zaśmiał się, widząc jak Sabine dogania kuzyna. Jej piekielny rumak dyszał jak mała lokomotywa.

- Oddaj to William! Zakończmy to! – krzyczała za nim Sabine chropowatym głosem

- Przykro mi, ale to skończy się inaczej, Sabine! – zawołał – Jackob! – obrócił się w siodle i rzucił sztylet do Indianina, który przeskoczył rzędy krzeseł i razem ze swoim koniem pognali w przeciwnym kierunku

Jeździec w czarnej pelerynie zatrzymał gwałtownie konia, a w powietrze wzbiły się kłęby kurzu. Zawył ze złości i rzucił się w pogoń za stajennym. Echem odbiły się mroczne zaklęcia, które wypowiadała.

- Jackob, za tobą! – pisnęłam na widok wielkiego cienia, pędzącego za nim

- Alex! – Indianin szybko zrozumiał, co się dzieje i podał sztylet dalej. Sands był coraz bardziej wściekły. Obróciła się w poszukiwaniu Any. Dziewczyna schowała się razem z panią burmistrz za filarem. Lorelaj, Catalina i Tori pędziły na widownię. Usłyszałam jak Alex wypowiada jakieś zaklęcie i nastąpił wybuch. Dwie masy powietrza starły się ze sobą, a nad placem zawisła burza. Zerwał się potężny wiatr. Głosy Alex i Sabine otaczały nas i ogłuszały, jakby dziewczyny krzyczały do megafonów. Niezrozumiałe słowa szumiały mi w uszach i sprawiały, że ciarki przechodziły mi po plecach. Złota i fioletowa błyskawica uderzyły w środek placu, a Rose i Sunshine prawie zostały trafione. Rosie pisnęła, ale nie puściła sztyletu, który przejęła od Alex.

- Uciekaj do drzwi! – krzyknęłam do przyjaciółki

Rosmarie posłusznie skręciła do otwieranej bramy, ale tam nieoczekiwanie pojawił się ojciec Dominik. Zatrzasnął wielkie wrota i zabezpieczył je zasuwą.

- Dokąd się wybierasz, panno Kindergarden? Chcesz, żeby ominęła cię zabawa?- uśmiechnął się okrutnie

- Ty draniu! – Rose w ostatnim momencie zatrzymała konia

- Oddawaj to… – ksiądz rzucił się na nią, ale Sunshine stanęła dęba

- Tori! – Rose rzuciła sztylet do kuzynki, która stała najbliżej

Blada ze strachu Tori wychyliła się do podania i złapała sztylet.

- Co teraz?! – odwróciła się w moją stronę szukając instrukcji

Nie zdążyłam się odezwać, bo za nią pojawiła się Lorelaj i popchnęła ją na ziemię.

- Teraz oddaj to mnie – zażądała

- Co?! Lorelaj myślałam, że… – krzyknęłam skołowana

- Naprawdę wierzyłaś, że jestem po twojej stronie? – zaśmiała się baronowa – Że tak po prostu jestem po twojej stronie? Uwierzyłam, że banda dzieciaków ochroni mnie przed Gabrielem Sandsem? – zaczęła szarpać się z moją kuzynką

- Tori nie puszczaj! – pisnęłam i ruszyłam w ich stronę galopem

- Catalina pomóż mi! – warknęła baronowa

- Ona też!? – nie mogłam wyjść z szoku

- Oczywiście, że tak! Pomagała mi, miała rozdzielić cię z przyjaciółmi, skłócić z Greenlightem…w zamian za to, obiecałam jej wyjazd do Los Angeles – dyszała baronowa

- Do Los Angeles?! A więc o to ci chodziło…cały czas próbowałaś się do mnie zbliżyć, bo myślałaś, że wezmę cię ze sobą do Los Angeles! – wybuchłam

- Tak, ale ty jesteś głupia jak but! Nic się nie domyśliłaś! – zaśmiała się gorzko Catalina – Jesteś tak samo bezużyteczna jak twoja kuzynka!

- Myślałam, że mnie lubisz! Mówiłaś, że jestem twoją prawą ręką! – jęknęła Tori

- Ups, kłamałam! – przewróciła oczami Catalina – Nawet nie wiesz, jak łatwo tobą manipulować Tori…wystarczy, że ktoś myśli podobnie jak ty, a ty już go lubisz. Nawet nie analizujesz, po co ktoś miałby to robić…twoja zazdrość o Lanę cię zaślepiła, a ja to wykorzystałam.

- Ty małpo! – krzyknęła wściekła Tori i obie zaczęły kotłować się na ziemi

- Lorelaj! – zeskoczyłam na ziemię obok niej – Myślałam, że żałujesz, że chcesz się zmienić! – starałam się przekrzyczeć burzę – Płakałaś i mówiłaś, że się boisz…

- Bo rzeczywiście się bałam…ale nie Sandsa. Z nim dawno zawarłam umowę. Miałam mu pomóc do ciebie dotrzeć – syczała Lorelaj – Myślałaś, że czary tej druidki i twoja bohaterska postawa ochroniłyby mnie przed nim?

- Więc pozwoliłaś nam wierzyć, że jesteś ofiarą! – pokręciłam głową

- To było jedyne wyjście! On mi tak kazał zrobić! – próbowała się usprawiedliwić

- A ty całe życie się go słuchałaś, tak?! – nie wytrzymałam – Robiłaś wszystko, co ci kazał! Zabijałaś ludzi, Lorelaj! To nie była miłość! On cię omotał!

- Nic nie wiesz o miłości, smarkulo! – wrzeszczała baronowa, a jej głos stawał się coraz bardziej piskliwy – Gdybyś całe życie robiła wszystko, żeby zasłużyć na czyjaś miłość, a w zamian tego dostawała coraz to nowe wymagania i oczekiwania…

- To nie była miłość, Lorelaj! Gabriel cię wykorzystał! Tylko Earl naprawdę cię kochał! Nawet teraz cie kocha po tych wszystkich latach…

- Przestań już! – rozpłakała się baronowa – Niczego nie żałuję! Niczego! Jeśli tylko Gabriel mnie kocha… – ukryła twarz w dłoniach -

- Lana! – Tori udało się obezwładnić Catalinę

- Podaj! – przygotowałam się do złapania, ale Lorelaj odepchnęła mnie mocno

- Oddawaj ten sztylet! Mój mąż go potrzebuje! – rzuciła się na moją kuzynkę. Była w jakimś dziwnym amoku.

- Nic z tego! – warknęła Tori i z całej siły zgniotła palce u stóp baronowej pięścią. Kobieta zawyła z bólu i podskoczyła w miejscu. - Jasper! – krzyknęła Tori do nadjeżdżającego brata

Mój kuzynek złapał w locie deseczkę i pognał przed siebie. Podniosłam się z ziemi i wsiadłam z powrotem na Winterknighta, żeby mu pomóc. Byłam tuż za nim, gdy przed nami wyrósł Sands.

- Dość tej zabawy chłopcze!

- O w morde…chłopaki, łapcie! – krzyknął młody i zamachnął się daleko

Will i Jackob, którzy walczyli z Sabine na drugim końcu placu rzucili się w kierunku sztyletu. Za daleko…nie zdążą. Wyminęłam Jaspera i pognałam z Winterknightem. Sztylet już prawie dotykał piasku, gdy zza filaru wyskoczyła Ana, złapała deseczkę i przeturlała się z nią po ziemi.

- Mam go Lana, mam! – krzyczała uradowana

- A ja mam ciebie! – Sabine pojawiła się jak cień za jej plecami i złapała ją w stalowy uścisk

- Anastasia! – krzyknęliśmy wszyscy, gdy Piekielny Żniwiarz wyrwał dziewczynie sztylet i przyłożył go do jej krtani

- Pax! Pax! – Sands jak dobry wujek wyszedł na środek rozkładając szeroko ręce – Nie zależy nam przecież na rozlewie krwi…

- Tak?! Ciekawe od kiedy?! – kipiałam ze złości

- Hamuj się Shylund, bądź co bądź mamy twoją przyjaciółkę – uśmiechnął się podstępnie

Spojrzałam się po bladych, brudnych i podrapanych twarzach moich przyjaciół. Przełknęłam ślinę. Nie mamy wyboru.

- Dobra, mów czego chcesz – mruknęłam

- Wiesz, czego chcę – powiedział dobitnie, patrząc mi w oczy – Chcę reszty kamieni.

- Nie mam ich… – próbowałam grać na czas

- Zastanów się dobrze Shylund… – warknęła Sabine, a na szyi Any pojawiła się cienka czerwona kreska

- Lana… – pisnęła płaczliwie Ana, a ja przymknęłam oczy. To koniec. Musimy się poddać.

- Ja mam te kamienie, demonie – Alex zeskoczyła z grzbietu Mishland na ziemię

- Więc mi je oddaj druidko!

- Najpierw puść dziewczynę – odparła hardo

- Wymieńcie się równocześnie – zaproponowała Rose

- To nie jest taki zły pomysł – pokiwał głową Sands – Sabine, gdzie jest ołtarz? – zwrócił się do córki, a ona kiwnęła głową na kamienny krąg ułożony na środku placu – Doskonale…druidka i Shylund, idziecie za mną. A reszta ma tu czekać – zmierzył wzrokiem moich przyjaciół

- Jeśli któreś z was się ruszy, zginiecie – dodała Sabine, a na potwierdzenie jej słów moi przyjaciele zostali otoczeni ognistym kręgiem. Rose i Tori pisnęły, konie zaczęły rżeć niespokojnie.

- Lana! – krzyknął Will

- Zostań tam, proszę! – pisnęłam, widząc, że zeskakuje z konia

- Lana, nie możesz tam iść…

Wkurzony Jackob próbował przeskoczyć przez ogień, ale Sabine nie kłamała. Od razu zapłonął i upadł na ziemię.

- Jackob! – Rose i Ana krzyknęły to jednocześnie

- Nie piszcz, bo będzie cierpiał jeszcze bardziej – Sabine potrząsnęła Aną, która zaszlochała bezgłośnie

- Chodź – Alex przywołała mnie do siebie i złapała za rękę. Cała się trzęsłam. Zaschło mi w ustach. Nie wiedziałam, co mam powiedzieć.

- Nie dotykaj jej druidko – syknęła Sabine – Żadnego porozumiewania się.

- Tak jest – mruknęła sztywno Alex, wystawiając ręce przed siebie w obronnym geście

- Idziemy – warknął Sands – Lorelaj, Daniel, chodźcie bliżej – rozkazał, a jego pomagierzy zbliżyli się niechętnie

Na największym kamieniu leżały już klejnoty zgromadzone przez Sandsa – ametyst, szafir, cytryn, opal i kryształ górski. Mężczyzna spojrzał się znacząco na Alex, a blondynka niechętnie odpięła sakiewkę przyczepioną do paska. Powoli wyjęła rubin, szmaragd, diament i bursztyn. Gdy tylko ostatni kamień został ułożony obok reszty przedmiot, wszystkie zaczęły świecić i przybrały swoją prawdziwą postać, czyli skalnych bryłek. Patrzyłam się na to wszystko zafascynowana i przerażona.

- Oddaj mi Anę! – zażądałam

Sabine spojrzała na ojca, a gdy ten skinął głową, puściła dziewczyna. Szybko porwałam ją w objęcia. Ana wtuliła się do mnie, łkając cicho. Alex objęła nas obie ramieniem. Wszystkie trzy patrzyłyśmy jak Sands ogląda swoje łupy. Na jego twarzy zagościł demoniczny uśmiech. Burza przybierała na sile. Ziemia zaczęła się trząść.

- Co się dzieje? – jęknęła Ana

- Zaczęło się…ta wyspa zaraz rozpadnie się w proch – zatarł ręce Sands – Wszystkie detektory, które moja firma G.E.D rozstawiała przez całe wakacje po wyspie są nastawione na częstotliwość emitowanego pola magicznego. Przewodzą drgania do ziemi i powodują jej pękanie.

- Chcesz, żeby ta wyspa rozpadła się w drobny mak? A co z nami? – wytrzeszczyłam na niego oczy

- Zginiemy razem z nią – szepnął zupełnie obłąkany

- Co? Tego nie było w planie – wtrącił się Daniel – Oszukałeś nas!

- Zło które wyległo się na tej wyspie, musi zostać pochłonięte razem z nią…

- Gabrielu…co to ma znaczyć… – rozpłakała się Lorelaj

- To, że Sands oszukał nas wszystkich – mruknęła Alex – Zniszczysz tą wyspę nawet kosztem swojego życia…

- A żebyś wiedziała mała druidko…to ostatnia faza nienawiści… – wysyczał, zbliżając się do niej zgięty w pół – Jeszcze chwila i nikt nigdy nie usłyszy o przeklętej wyspie Jorvik… – śmiał się, a wstrząsy przybierały na sile. Kamienie na naszych oczach powoli zlepiały się w jedno. Czułam, że kiedy się zespolą, nie będzie odwrotu.

- Brakuje jeszcze jednego klejnotu – zauważyła Alex

- Co? – zamrugał Sands wyrwany z transu – Jakiego?

- Kamienia śmierci! – odpowiedziała Sabine i zanim ktokolwiek zdążył zareagować, wbiła sztylet między jego żebra. Sands zawył jak prawdziwy demon, a na nas trysnęła jego krew. Narzędzie przebiło go na wylot. Ja i Anastasia zaczęłyśmy piszczeć, Alex przytuliła nas mocno do siebie.

- Sabine…dlaczego…myślałem, że… – jęczał Sands, patrząc się zbolałym wzrokiem na córkę

- Co? Myślałeś, że możesz mi ufać? Że tak łatwo mną manipulować jak Lorelaj albo Danielem? Że przekupiłeś mnie obietnicą wyjazdu do Los Angeles i nowym życiem? Nie wchodzę w umowy z taką kanalią jak ty – warknęła i przekręciła sztylet w prawo. Sands jęknął głośniej. Wytrzeszczyłam na nią oczy. Chciałam zamknąć oczy i na to nie patrzeć, ale zamurowało mnie. – To ty mnie zabiłeś…chciałeś mojej śmierci…ojcze – głos Sabine zadrżał pod wpływem emocji – Już od urodzenia…nigdy mnie nie kochałeś, nie chciałeś mnie. Przez ciebie znienawidziła mnie własna matka! Czułam się jak potwór!

- Sabine, ja…

- Milcz! Nigdy nie naprawisz swoich błędów. Chciałeś zniszczyć świętą ziemię druidów, ale zapomniałeś, że ja jestem jedną z nich i to także mój dom! Niech pochłonie cię piekło! – warknęła i znowu przekręciła nóż, następnie go wyrwała. Sand upadł na ziemię w pośmiertnych drgawkach. Piasek wokół niego szybko nasiąkał krwią. Sabine przeszła nad nim ostentacyjnie i złapała Lorelaj za poły jedwabnej sukni. – Lorelaj…

- Nie, nie, ty nie żyjesz… – płakała baronowa – Nie możesz żyć, jesteś duchem…

- Chciałabyś co? – zaśmiała się Sabine – Byłoby ci tak wygodniej, bo zadbałaś o to, żebym ci nie przeszkadzała. Podcięłaś mi gardło i zostawiłaś na pewną śmierć w lesie…bo twój kochany Gabriel mnie nie zaakceptował, tak?

- Ciebie nie ma, nie ma…jesteś duchem… – baronowa kompletnie postradała zmysły

- Nie ma mnie…bo dawno wyrzuciłaś moje istnienie ze swoje świadomości. Ale teraz stoję tu przed tobą i jestem, matko! – potrząsnęła nią – Patrz co mi zrobiłaś! To przez ciebie mam taki głos!

Przez chwilę nikt nic nie mówił. Słychać było tylko szloch Lorelaj. Sabine puściła ją i baronowa osunęła się na kolana.

- Nic nie powiesz? – wychrypiała dziewczyna

- Sabine…nie zabijaj mnie, błagam – podniosła na nią spojrzenie – Błagam…ja nie chcę umierać.

- Tylko tylko? – prychnęła dziewczyna – Żadnego przepraszam ani kocham cie?! Jesteś jeszcze gorsza niż on… – burknęła i jednym zwinnym ruchem przecięła jej krtań

- Nie! – pisnęłam

Sabine ciężko dysząc odwróciła się w naszą stronę. Ku mojemu zdumieniu na jej policzkach oprócz krwi widniały łzy. Alex przytuliła nas mocniej.

- Zostaw nas w spokoju darachu – powiedziała poważnie – Naprawdę chcesz ze mną walczyć?

Sabine nie odpowiedziała. Patrzyła się na nas dużymi, lodowo-błękitnymi oczami…pamiątka po ojcu i matce. Po chwili namysłu odrzuciła sztylet.

- Jeszcze się spotkamy – syknęła, zarzuciła peleryną i zniknęła w oparach czarnego dymu

- Co to było? – szepnęłam

- Teleportowała się – przełknęła ślinę Alex

- Gdzie ojciec Dominik? – zauważyła Ana

- Szczury nigdy nie toną ze statkiem – przypomniałam sobie powiedzonko starego Earla

Kolejny wstrząs powalił nas na ziemię. Zauważyłam, że pozostałe klejnoty przyciągnęły do siebie sztylet.

- Alex, musimy coś zrobić! – krzyknęłam

- Wiem, ale nie mam pomysłu…

- Alex! Lana! Ana! Co się dzieje? – ogień opadł i nasi przyjaciele szybko do nas przybiegli

- Co tu się stało? – wytrzeszczyła oczy Tori

- Sabine ich zabiła i rozpłynęła się…a ojciec Dominik chyba zwiał. – streściłam

- Jak to zatrzymać? – Will kiwnął głową na błyszczące kamienie

- Nie wiem… – jęknęła Alex. Była naprawdę przerażona.

- Jackob! – Ana natychmiast podbiegła do ukochanego

- Nie dotykaj go! – ofuknęła ją Rose, która starała się jak mogła, żeby zatamować krew. Wyglądała jak wierny pies czuwający przy umierającym panu.

- Rose…czy ty… – wydukała Ana – Kochasz go, prawda?

Moja przyjaciółka nie zdążyła odpowiedzieć, bo Indianin odzyskał przytomność.

- Jackie… – obie dziewczyny pochyliły się nad nim

- Ana… – nieprzytomny chłopak wyciągnął dłoń

Rose skamieniała i odsunęła się z miną zbitego psa.

- Rose, powinnaś… – zaczęła Ana

- Nie! On chce ciebie! Bądź przy nim, on cię potrzebuje – przykazała surowo Rosie, podnosząc się z klęczek

- Na pewno?

- Tak – otarła nos, objęła się ramionami i ruszyła w naszą stronę. Bez słowa ją przytuliłam. Nie wyobrażam sobie, co mogła teraz czuć. Jackob właśnie złamał jej serce na kawałki.

- Hej ludzie! Musimy stąd uciekać, ewakuować wyspę! – panikowała Tori

- Nie zdążymy – pokręciła głową Alex – Zajmijcie się panią burmistrz, zemdlała jakiś czas temu…

- A ty? – zapytałam

- Ja jakoś to rozdzielę – Alex zdecydowanie wygięła palce i podeszła do prawie zespolonych kamieni. Już prawie dotykała ich rekami. Poczułam swąd przypalanej skóry. Druidka zacisnęła usta i skrzywiła się.

- To raczej kiepski plan, Andrino – usłyszałam za sobą czyiś głos

- Elizabeth! – pierwszy raz tak ucieszyłam się na jej widok

Skoro Sabine zniknęła, jej czary przestały działać i Elizabeth oraz jej druidzi byli wolni.

- Mama… – szepnęła Alex ze łzami w oczach

- Odsuń się córeczko, nie pozwolę, żebyś niepotrzebnie poświeciła swoje życie – powiedziała zdecydowanie Elizabeth. W ręku trzymała coś, co przypominało wielki trójząb.

- To narzędzie było w tajemniczym pudełku od bliźniaków? – zgadłam

- Dokładnie – uśmiechnęła się najwyższa kapłanka – W końcu mogę tego użyć…

Ziemia znowu zadrżała, a na placu pojawiło się wielkie pęknięcie, dzielące to na pół. Elizabeth zachwiała się i wpadła do środka.

- Nie! – krzyknęłam i skoczyłam za nią. W ostatnim momencie złapałam tajemniczy trójząb. – Trzymaj się Elizabeth!

- Nie wciągniesz mnie! – pokręciła głową kapłanka. Wiedziałam, że ma rację. Czułam, że się obsuwam. Już prawie traciłam grunt pod nogami. Pisnęłam, czując, że lecę w dół.

- Mam cię! – wielki, miśkowaty Conrad złapał mnie w ostatnim momencie i wyciągnął nas obie

- Conrad…dziękuję. Znowu mnie uratowałeś – odetchnęła Elizabeth

- Do usług kapłanko – skłonił się

- Chodź Lana, musimy to skończyć – pociągnęła mnie za rękę Elizabeth

- Ja też?

- Tak, pomożesz mi. Dokończysz to, to zaczęła Charlie – uśmiechnęła się do mnie promiennie, a ja się jej odwzajemniłam

Obie zgodnie złapałyśmy trójząb i wbiłyśmy go między błyszczące kamienie. Oślepiło mnie białe światło. W głowie mi szumiało, a porywisty wiatry zatykał nos. Bałam się, że już nie wytrzymam, gdy nagle wszystko się skończyło. Zmęczona osunęłam się na ziemię…

- To naprawdę koniec? – wydyszałam

- Tak…koniec… – pogłaskała mnie po głowie Elizabeth – Dziękuję Lano Shylund. Właśnie uratowałaś wyspę Jorvik. Charlie byłaby z ciebie dumna – powiedziała poważnie, patrząc mi w oczy

Przepełniała mnie radość, nie mogłam przestać się uśmiechać. Po chwili otoczyli nas przyjaciele. Will porwał mnie w objęcia, uniósł do góry i obrócił. Alex, Rose i Ana wyściskały mocno. Jasper cały czas krzyczał, że jestem lepsza niż superman, a Tori nawet nie protestowała. Catalina siedziała blada jak papier na ziemi. Elizabeth zajęła się panią burmistrz, a Conrad i Rada Starych kamieniami i ciałami Sandsa i Lorelaj…nie mogłam uwierzyć, że to wszystko się skończyło. Naprawdę uratowałam wyspę Jorvik. Zniszczyłam jej demona. Odkryłam sekret mamy…znalazłam moje miejsce na ziemi. Miejsce, o którym nikt na świecie nie ma pojęcia…i znalazłam wspaniałych ludzi, których kocham.

 

O tym jak prawda wychodzi na jaw, a Sands porywa mnie do swojej kryjówki…

02 paź

Stałam i patrzyłam z niedowierzaniem jak wszystkie moje koszmary nagle stają się prawdą. Już od pierwszego spotkania z Gabrielem Sandsem czułam, że to niebezpieczny człowiek i lepiej nie wpaść na niego w ciemnym zaułku. Przez całe wakacje niszczyłam jego plany, przeszkadzałam jego pracownikom i szukałam o nim informacji. Można śmiało powiedzieć, że toczyliśmy ze sobą wojnę. Sands oczywiście przeszkadzał mi jak potrafił: wysłał za mną Piekielnego Żniwiarza, podpalił archiwum w Srebrnej Polanie, mordował ludzi wokół mnie i jeszcze porwał mojego kuzyna, a wszystko po to, żeby mnie wystraszyć. Mimo że do tej pory nie pofatygował się, żeby osobiście mnie powstrzymać, podświadomie czułam, że nie uniknę z nim konfrontacji. To musiało się tak skończyć. Wkraczając do serca sekretów wyspy Jorvik, mogłam się spodziewać, że one pochłoną mnie żywcem i nikt mi nie dawał gwarancji, że wyjdę z tego cało. Sands patrzył się na mnie swoim lodowatym wzrokiem, jakby chciał przejrzeć mnie na wskroś. Był siwiuteńki. Włosy, wąsy, broda…a mimo to wcale nie wyglądał na starego. Był to mężczyzna silny, barczysty, przebiegły i bardzo inteligentny…ale w ten zły sposób. Kiedyś musiał być bardzo przystojny. Nie dziwne, że Lorelaj straciła dla niego głowę. Jego oczy…hipnotyzowały i jednocześnie mroziły wnętrzności. Nie mogłam uciec przed jego spojrzeniem. Sparaliżowana jak po ugryzieniu żmii, nie mogłam się ruszyć. Czas stanął w miejscu. Palce Sandsa coraz mocniej zaciskały się na moich ramionach, ale strach powodował, że przestałam zwracać uwagę na ból.

- Wystarczy tego dobrego… – powiedział cicho Sands – Nie mam zamiaru zrobić ci krzywdy, Lano. Po prostu powiedz, gdzie jest onyks i będzie po sprawie.

- N-n-nie wiem – wyjąkałam

W tym momencie Sands bez ostrzeżenie zamachnął się i spoliczkował mnie. Pisnęłam zaskoczona i zatoczyłam się do tyłu.

- Kłamiesz! – wysyczał przez zęby i potrząsnął mną za ramiona – Gdzie go schowałaś?!

- Naprawdę nie wiem! – mój oddech przyspieszył. Trzęsłam się jak galareta. Chyba moje ciało właśnie zrozumiało, w jakim znalazłam się niebezpieczeństwie. W oczach Gabriela płonęła zimna furia. Zabije mnie, jeśli będzie musiał. Nie zawaha się przed niczym. Przełknęłam ślinę.

- Nie udawaj głupiej, to nic nie da! – żachnął się ojciec Dominik – Przecież wiemy, że byłaś w zajeździe.

- To jeszcze nie znaczy, że znalazłam onyks – syknęłam, odwracając się do niego powoli. Nienawidziłam go z całego serca. Jak mógł tak dobrze udawać?! Jest lepszym aktorem niż myślałam…Najpierw oszukał mamę, potem mnie, a wszystko to robił pod płaszczykiem niewinności przygłupiego, wyizolowanego księdza!

- Sama mówiłaś, że tam jest! – nie poddawał się Dominik

- O tak, niech się ksiądz chwali, że mnie upił, a potem wyciągnął ze mnie wszystkie informacje! Może dostanie ksiądz premię od szefa! – szarpałam się – Właściwie jaki ksiądz…bardziej pasuje mi pan na sługę diabła!

- TO miało mi tylko zapewnić nietykalność – przewrócił oczami i otrzepał sutannę – I przez długie lata tak właśnie było, bo któż by podejrzewał wiejskiego księdza o pomaganie „demonowi wyspy” i liczne morderstwa…

- Co?! – przestałam się rzucać jak ryba. Oblał mnie zimny pot. Nagle wszystko stało się dla mnie jasne. Skoro Dominik pomagał Sandsowi od tylu lat to… – Pan to wszystko zrobił?! Przez pana była ta katastrofa morska, w której zginął pan Shalott?! Pan zabił noworodka w szpitalu?! I nauczyciela w szkole?! A może nawet podpalił pan starą chatę pana Shalott! Nie było wtedy żadnej burzy, prawda? Już wtedy szukaliście kamieni…

- Tak, tak, dokładnie tak! – przyklasnął ze śmiechem ksiądz – To ja wysłałem Sabine do szpitala w Jarlaheim i do Sosnowych Wzgórz, ja podpowiedziałem twojej matce, że kryjówka Sandsa jest na Wyspie Padok, przez co zaprowadziłem ją w pułapkę, ja podłożyłem ogień w archiwum…wszystko to ja – oświadczył dumnie, a pode mną ugięły się nogi. Upadłabym, gdy Sands tak mocno mnie nie trzymał. Czułam się jak szmaciana lalka w jego uścisku.

- Jest pan potworem… – udało mi się wykrztusić – Wilkiem w owczej skórze…jak mogłam panu ufać? – czułam, że po twarzy płyną mi łzy. Łzy złości i bezsilności. Byłam na siebie wściekła – Rose od początku panu nie ufała.

- Tak…panna Kindergarden to mądra dziewczyna. – przesunął ręką po gładkim blacie stołu – Bałem się, że zdoła cię przede mną uchronić, ale jednak instynkt okazał się silniejszy – posłał mi kpiące spojrzenie – Niedaleko pada jabłko od jabłoni.

- Nienawidzę cię! – krzyknęłam i skoczyłam w jego stronę, ale Sands rzucił mną o ziemię

- Jesteś taka sama jak Charlie… – prychnął ksiądz, podchodząc do nas i patrząc się na mnie z góry – Wiesz, że masz taki sam wyraz twarzy jak ona, gdy dowiedziała się prawdy?

- Zamknij się już – Sands spiorunował go spojrzeniem – Nie musi wiedzieć wszystkiego.

- Pamiętnik mamy… – przypomniało mi się – Ty wyrwałeś wtedy te kartki – spojrzałam się z nienawiścią na księdza – Co tam było napisane?

- Chodzi ci o to? – Dominik sięgnął do kieszeni sutanny i wyjął pogięte, pożółkłe kartki

- Dlaczego jeszcze to masz? – warknął na niego Sands

- Lana przyjechała na wyspę Jorvik po to, żeby rozwiązać tajemnicę. Więc proszę bardzo, oto ona! – pomachał mi przed nosem kartkami – Twojej matce udało się uciec z bazy na Wyspie Padok. Zabrała też tą przeklętą druidkę. Była na tyle głupia, że opisała to wszystko w swoim pamiętniku. Chciała zabrać go i pokazać władzom w Los Angeles, chciała sprowadzić pomoc…musiałem ją oczywiście powstrzymać – uśmiechnął się okrutnie, a mnie zemdliło. Odwróciłam wzrok, bo nie mogłam już znieść jego widoku.

- A potem, kiedy już zabrałeś dowody zbrodni i wygoniłeś mamę z wyspy, jak gdyby nigdy nic podrzuciłeś pamiętnik do jej domu? – prychnęłam

- To akurat nie było trudne…wszyscy zaangażowali się w poszukiwania Charlie. Twoi dziadkowie potrzebowali wsparcia, więc zaprosili mnie do domu.

- Przestań, nie mogę już tego słuchać! – pokręciłam energicznie głową

- Cisza! – zagrzmiał Sands – Powiedz mi natychmiast, gdzie jest onyks! – podciągnął mnie do pionu, a mnie zadzwoniło w uszach od siły jego głosu

- Nie mam go przy sobie… – w głowie miałam gonitwę myśli. Byłam tak przerażona, że nawet zapomniałam, co z nim zrobiłam. Wiedziałam tylko, że nie mam go tutaj.

- Co ty za bzdury wygadujesz? – wycedził Sands. Przełknęłam ślinę, oblał mnie zimny pot. – Przeszukaj ją.

- Nie! -pisnęłam, ale nikt się mną nie przejmował. Ojciec Dominik, mimo że nadal był formalnie księdzem, nie miał oporów, że dokładnie przeszukać mojego kieszeni, buty…i inne mniej widoczne kryjówki. Dzięki Bogu nic nie znalazł.

- Co z nim zrobiłaś?! – wściekł się Sands

- Naprawdę nie wiem! – krzyknęłam płaczliwie – Może wypadł mi, kiedy twoi ludzie mnie gonili.

- Żartujesz sobie ze mnie?!

- Gdzieżbym śmiała… – burknęłam, a Sands znowu mnie spoliczkował

- Chcesz mi powiedzieć, że mam przeszukać cały cholerny las, żeby go znaleźć?! – zapytał powoli

- Nie wiem! – warknęłam, ocierając krew z rozciętej wargi – Być może…skoro był pan taki mądry, żeby wysyłać za mną pościg, to niech się pan sam martwi! – odpowiedziałam hardo. W jego oczach błysnęły wściekłe iskry, a ja po chwili pożałowałam swojej butności. Mężczyzna złapał mnie za gardło, przycisnął do ściany i zaczął dusić. Piszczałam i wyrywałam się, ale jego ręce były jak imadło. Coraz bardziej opadałam z sił.

- Myślisz, że ona kłamie? – zastanawiał się na głos Dominik

- A skąd mam wiedzieć głupi starcze! – ryknął Sands – Nie jestem Sabine, żeby czytać jej w myślach!

- Więc sprowadź Sabine – mruknął ksiądz

- Nie, musiałbym ją ściągnąć z Północnej Przełęczy, a ona pilnuje tam Elizabeth. To by za długo trwało…

- W takim razie co robimy? Mam wysłać ludzi, żeby przeszukali las?

- Co? Chyba się zapominasz ojczulku! – zdenerwowany Sands puścił mnie i złapał Dominika za poły sutanny – To ja tu dowodzę, nie zapominaj o tym. Nie będziesz nikogo wysyłał do lasu bez mojej zgody.

Upadłam na podłogę i ciężko dysząc walczyłam o każdy oddech. Było blisko…za blisko. Jeszcze chwila, a naprawdę by mnie udusił. Przed oczami latały mi czarne plamy. Nagle przypomniałam sobie. Onyks leżał bezpiecznie w torbie przy siodle Winterknighta. Jeśli Sabine rzeczywiście tu przyjedzie, na pewno go znajdzie, bo zobaczy go w moich myślach. Muszę coś z nim zrobić, zniszczyć, schować… Resztką sił zaczęłam się czołgać w stronę drzwi. Niestety Sands natychmiast złapał mnie za włosy i pociągnął do góry.

- A ty dokąd się wybierasz? Jeszcze z tobą nie skończyłem…myślałaś, że jesteś taka sprytna i uda ci się nas oszukać, co? – syczał mi do ucha, a ja ledwo powstrzymywałam się, żeby nie wybuchnąć płaczem

- Puść ją Sands! – nieoczekiwanie drzwi do chatki otworzyły się i do środka wkuśtykała znajoma postać

- Earl! – krzyknęła. Łzy zasłaniały mi widoczność, ale byłam pewna, że to on. – Tak strasznie mi przykro… – nie wytrzymałam i rozpłakałam się. Jak on mnie tu znalazł?

- Lana, co oni ci zrobili? – jęknął, a w jego głosie słyszałam tak wielką rozpacz, że aż zabolało mnie serce. No tak, musi przeżywać to wszystko od nowa. Najpierw mama, teraz ja…co ja najlepszego zrobiłam…

- Earl, byłam tak głupia, że choć przez chwilę cię podejrzewałam…przepraszam cię, przepraszam… – szlochałam

- To nie twoja wina Charlie, tylko moja – oznajmił ponuro, mierząc wzrokiem Sandsa i ojca Dominika – Za długo zwlekałem z wyrównaniem rachunków.

- Czego tu szukasz, Hawk? Myślisz, że oddamy ci Lanę? Bo co? Bo jesteś starym gangsterem? – zaśmiał się donośnie Sands – Nie budzisz postrachu tak jak kiedyś, Earl. Teraz jesteś niczym i dobrze o tym wiesz.

- Jestem kim jestem, bo zniszczyłeś mi życie. Odebrałeś mi rodzinę, dom, żonę, Charlie…teraz przyszedł czas, żebyś za to zapłacił – powiedział spokojnie Earl

- Mówisz poważnie? Nie rozśmieszaj mnie! – śmiał się dalej Sands – Chcesz się ze mną bić czy co? Ja mam za sobą magię i daracha, jestem silniejszy fizycznie…co ty możesz mi zrobić?

- Nie szefie, mój braciszek nie chce się z tobą bić. Chce po prostu zgrywać bohatera, tak jak zawsze. – prychnął ojciec Dominik krzyżując ręce na piersi i z krzywym uśmiechem przyglądając się scenie

- Braciszek? – wytrzeszczyłam na niego oczy – Earl, o co tu chodzi?

- Widzisz Lano, nie ukrywałem przed tobą tylko mojego związku z Lorelaj… – chrząknął staruszek

- Twój brat bliźniak – szepnęłam – Myślałam, że Daniel Hawk już nie żyje.

- A jednak stoję tu przed tobą we własnej osobie – rozłożył ręce ksiądz – Choć może rzeczywiście nie jako Daniel Hawk…on umarł wiele lat temu. Odrodziłem się jako ojciec Dominik.

- Dlatego tak bardzo się nienawidziliście, prawda? Zawsze napuszczaliście mnie na siebie nawzajem – parsknęłam – Teraz już wszystko rozumiem. Gwiazda Morgana to wasz wspólny znak rodowy. Ojciec Dominik był zły, że dostałam od ciebie tą torbę…już wtedy powinnam coś podejrzewać – pokręciłam głową

- Spodziewałam się tego…Daniel od zawsze mnie nienawidził. Choć nigdy nie miał powodów. – burknął Earl

- Nie miałem powodów? – Daniel Hawk podskoczył jak oparzony i podszedł do brata. Dopiero gdy stanęli obok siebie, widziałam, jacy są do siebie podobni. – To ciebie zawsze wszyscy kochali i uwielbiali, mimo, że na to nie zasługiwałeś! Mama zawsze pytała się jak poszło ci w szkole, przymykała oczy na twoje dwóje i bójki, a na moje piątki i pochwały od nauczycieli nie zwracała uwagi. Zawsze przejmowali się tobą i tym co robisz! Mogłem pracować jak wół, a oni i tak zawsze mówili o tobie!

- No proszę cię, nie mów mi, że byłeś zazdrosny o to, że dostawałem od ojca pasem po tyłku za moje oceny, a mama płakała przez moje zachowanie. To mnie ojciec wyrzucił z domu za to, że stałem się gangsterem. – zdenerwował się Earl

- Ale potem tego żałowali! Ciągle to sobie wypominali! – żołądkował się Daniel – Ty..ty zawsze byłeś popularny! Byłeś zły, kradłeś, biłeś się z innymi, łamałeś serca dziewczynom, ciągle piłeś i paliłeś…ale miałeś przyjaciół. Twoi gangsterzy oddaliby za ciebie życie, a młodzież z naszego rocznika zawsze kryła cię przed nauczycielami. – Daniel usilnie starał się nad sobą panować, ale cały drżał z tłumionej wściekłości

- Wiesz dlaczego? Może nie byłem prymusem i dżentelmenem, ale byłem bardziej ludzki niż ty. Miałem swoje zasady, swój kodeks honorowy…nigdy nie zrobiłem krzywdy niewinnej osobie. Ty owszem! Może nie tłukłeś się na pięści tak jak ja, ale o wiele lepiej potrafiłeś popsuć komuś krew! – mruknął pogardliwie Earl

- Zabrałeś mi wszystkich przyjaciół! Zostałem przez ciebie sam! – ksiądz trząsł się z nerwów

- Nie Danielu, to wszyscy odwrócili się od ciebie. Nie miałem z tym nic wspólnego. Nawet się o to nie starałem. – zdenerwowany Earl podszedł bliżej i spojrzał bratu w oczy – Chciałem być twoim przyjacielem, nie pamiętasz? Jako dzieci zawsze wciągałem cię do zabawy, ale tobie zawsze coś się nie podobało…

- Bo cokolwiek byśmy nie robili, ty zawsze pokazywałeś jaki to jesteś wspaniały i bohaterski, a ja przy tobie jestem nikim – wycedził przez zęby

- Nieprawda… – syknął Earl – Nie wiem, czemu tak to odbierałeś, ale…

- Ty byłeś tym złym, a ja tym dobrym! Dlaczego nikt tego nie widział?!

- Ach o to ci chodzi…dlatego ty postanowiłeś podkreślić swoją „dobroć” i wstąpiłeś do zakonu – zaśmiał się głośno Earl – No w życiu większej bajki nie słuchałem…nie da się nauczyć żmii nie kąsać, bo ona od urodzenia ma w sobie jad. – powiedział, a Daniel uderzył go pięścią w zęby. Krzyknęłam i chciałam tam pobiec, ale Sands złapał mnie za ręce i wykręcił je do tyłu.

Zaskoczony Earl odskoczył i złapał się za usta. Zmarszczył brwi i spojrzał poważnie na brata. Chyba zrozumiał, że nie da się tej sprawy załatwić żartami.

- Wstąpiłem do zakonu tylko po to, żeby cię zniszczyć – Daniel dyszał jak dzikie zwierze – Zniszczyć cię w oczach tych wszystkich ludzi…

- O tak, pamiętam jak co tydzień w niedzielę wydzierałeś się z ambony i potępiałeś mnie w swoich kazaniach – Earl uśmiechnął się półgębkiem i wytarł krew z twarzy

- Przynajmniej odniosło to skutek. Ludzie zaczęli was nienawidzić. – uśmiechnął się mściwie – Nie traktowali cię już jak lokalnego Robin Hooda tylko przywódcę bandy rabusiów i awanturników.

- Dopóki nie ożeniłem się z Lorelaj Silverglade. Wtedy twój plan zaczął się sypać, co?

- Ludzie mogli sobie gadać o twoim katarsis, ale ja wiedziałem swoje… – zacisnął pięści

- Co takiego wiedziałeś Danielu? – Earl udał zdziwionego

- Że nic się nie zmieniłeś! Zależało ci tylko na pieniądzach i tytule. Tylko po to rozkochałeś w sobie baronową!

- Nigdy mi na tym nie zależało. Chyba mylisz mnie z sobą…ty nawet nie masz pojęcia, co to jest miłość – zmarszczył brwi Earl. Dawno nie widziałam go tak poważnego.

- Poprzysięgałem, że cię zniszczę i zrobię to! Zgodziłem się pomagać Gabrielowi Sandsowi, bo obiecał, że mi pomoże! – wykrzyczał Daniel, a ja wciągnęłam z sykiem powietrze

- Jak można tak bardzo kogoś nienawidzić? To pana brat! Co z pana za człowiek!? – krzyknęłam wzburzona – Zawarł pan pakt z diabłem, żeby osiągnąć swój cel? Co pan chce zrobić?! Zabić go?!

- Nie wysilaj się dziecko, to już nawet nie jest człowiek. Przez swoje chore ambicje, żeby stać się kimś lepszym ode mnie, stoczył się jeszcze głębiej niż ja – odparł z pogardą Earl – A nie twierdzę, że ja jestem święty…oj nie – zaśmiał się

- Jak śmiesz… – Daniel zrobił się siny ze złości

- Taka jest prawda braciszku! Masz na swoich rękach więcej krwi niż ja kiedykolwiek bym miał… – Earl nie skończył, bo Daniel znowu go uderzył.

- Earl! Zostawcie go! – krzyczałam. Nie mogłam zrozumieć, czemu on w ogóle się nie broni. Czy naprawdę był tak słaby jak mówili?

- To ja poznałem Lorelaj z Gabrielem, ja doprowadziłem do waszego rozwodu, ja zdobyłem zaufanie Charlie, żeby wystawić ją Sandsowi… – wyrzucał z siebie Daniel. Jego wytrzymałość psychiczna musiała się właśnie w tej chwili skończyć, skoro zdobył się na takie oświadczenie.

- Ty gnojku…jak możesz o tym mówić z takim spokojem? – Earl zachwiał się pod naporem ciosów brata, ale dzielnie podtrzymywał się na lasce – Przecież udzielałeś nam ślubu! Już wtedy to wszystko planowałeś?! – Earl był naprawdę w szoku. Chyba nie spodziewał się, że brat aż tak go nienawidzi.

- Ale to wszystko na nic, nie widzisz?! Wciąż tu przede mną stoisz i bezczelnie patrzysz się w oczy, jakbyś był lepszy ode mnie!

- Bo jest lepszy od pana! – nie wytrzymałam – O sto razy lepszy ty diabelski…

- Zamknij się głupi dzieciaku! – ryknął na mnie Daniel, a mnie zatkało. Wpadł w jakiś dziwny szał. To zaskakujące, że przez tyle czasu udawało mu się utrzymać maskę spokoju i wesołości, gdy tak naprawdę pod spodem krył w sobie bestię. Ciekawe ile ludzi wokół mnie nosi na co dzień takie maski?

- Nie odzywaj się do niej! Nie masz prawa! – na szczęście Earl odnalazł w sobie ducha walki i zaczął odpierać ataki brata, a w moim sercu pojawiła się nadzieja, że chociaż on wyjdzie z tego cało – Zniszczyłeś mnie, zabrałeś mi Charlie! Gdybym wcześniej rozpracował twoje zagrywki, ona  i Lorette nadal mieszkałyby na wyspie! Tym razem będzie inaczej. Nie zabierzesz mi również Lany! – staruszek walczył coraz bardziej zaciekle. Obaj bracia okładali się pięściami, drapali się, gryźli i krzyczeli. Przed oczami stanęła mi moje wszystkie potyczki z Tori. Nie byłyśmy rodzonymi siostrami, ale kłóciłyśmy się tak jak oni. Czy kiedyś też dojdziemy do podobnego stanu? Nie chciałabym do końca życia jej nienawidzić…Gdyby Earl i Daniel żyli w zgodzie, Sands prawdopodobnie nigdy nie osiągnąłby tylu rzeczy i nie siałby terroru na całej wyspie. To nienawiść Daniela mu pomagała w odwalaniu brudnej roboty. A jeśli Tori nadal będzie mnie nienawidzić? Kto wie, czy za parę lat nie zbuntuje przeciwko mnie całej wyspy. Niestety, nie zaszkodzi mi w takim stopniu, jak jej się wydaje…a zniszczy samą siebie. Daniel tak naprawdę jest wrakiem człowieka, pustą skorupą przesiąkniętą żądzą zemsty. Tacy ludzie są w stanie zabić.

- Earl, proszę… – zaczęłam błagalnie

- Uciekaj Lana! Nic im nie dawaj! Uciekaj do swoich przyjaciół! – dyszał staruszek pomiędzy kolejnymi ciosami – Ja ich zajmę…

- Dość tych rodzinnych pogaduszek! Kończ to Hawk, mamy jeszcze dużo pracy! – zniecierpliwił się Sands

- Z największą przyjemnością, szefie – wysapał ksiądz, po czym obrócił się i podstawił bratu nogę. Earl nie zauważył tego i przewrócił się z hukiem na ziemię.

- Ty stary draniu… – jęknął Earl, łapiąc się za głowę – Zawsze grałeś nieczysto, bo byłeś zbyt słaby, żeby walczyć… – zaśmiał się kpiąco. Daniel nie odpowiedział, ale ze spokojem kopnął go w brzuch.

- Nie! Ty obrzydliwy tchórzu! – krzyknęłam, ale Daniel nie przestawał – Zostawcie go! Przecież macie mnie! Nie ucieknę wam! Zostawcie go!… – płakałam, czując jak mój świat właśnie się burzy

- Pospiesz się! Musimy się stąd zabrać, zanim ktokolwiek nas zobaczy – warknął Sands, zupełnie nieczuły na odgrywającą się przed nim scenę – Zabieramy cię ze sobą, panno Shylund – uśmiechnął się do mnie dziko, a w jego oczach błysnął niezdrowy blask

- Co ze mną zrobicie? – zaschło mi w ustach

- Pożegnaj się z przyjacielem, bo pewnie nigdy więcej go nie zobaczysz – wyszczerzył się okrutnie i złapał mnie za kark. Nie zdążyłam nawet pisnąć, bo Gabriel przycisnął szybko środkowy i wskazujący palec do jakiegoś miejsca z tyłu mojej szyi, a ja osunęłam się bezwładnie w jego ręce. Głosy i barwy zlały się w jedno. Przede mną były tylko ciemność.

***

Obudziłam się w ciemnym, wilgotnym miejscu. Leżałam na zimnej, kamiennej posadzce. Czekałam aż moje oczy przyzwyczają się do ciemności. Bolały mnie wszystkie kości, a najbardziej kark i plecy. Z trudem podniosłam się na rękach do pozycji półleżącej. Byłam wyczerpana. Każdy ruch kosztował mnie wiele wysiłku. Rozejrzałam się wkoło. Zewsząd otaczały mnie grube mury. Gdzieś dalej w korytarzu paliła się pochodnia. Tylko dzięki niej mogłam mniej więcej rozeznać się w kształcie pomieszczenia. Gdybyśmy żyli w czasach średniowiecznych, powiedziałabym, że wrzucono mnie do lochu, ale do diabła był XXI wiek! Chłodny podmuch wiatru polizał mnie po plecach, a ja zadrżałam z zimna. Powoli podniosłam głowę do góry. Na suficie znajdowało się małe wyżłobienie, przypominające okienko. Widziałam przez nie ciemne, nocne niebo i chyba migoczącą gwiazdę. Nie mam pojęcia, ile czasu już leżę w tej ciemności i chłodzie. Co dzieje się „na górze”? Czy przyjaciele mnie szukają? Co z onyksem? Czy Sands go znalazł? Może już po wojnie i Sands wygrał…a Will? Obudził się ze śpiączki? A Alex i Elizabeth? Nagle coś zaszurało po podłodze nieopodal mnie i szybko przebiegło po mojej celi. Skrzywiłam się i jęknęłam cicho. Jeszcze tego brakuje, żeby były tu szczury. Coś huknęło, a ja mimowolnie drgnęłam. Z głębi korytarza usłyszałam szybkie, przybliżające się, zamaszyste kroki. Czułam jak moje mięśnie się spinają. Po chwili światło pochodni oświetliło moją celę, a przede mną stanęli Sands, Sabine i ojciec Dominik. Nie byłam przygotowana na widok całej trójki. Zaniemówiłam. Czy to znaczy, że moje obawy się sprawdzą? Co się stało z Elizabeth i Alex? Co z wioską druidów?!

- Wygląda fatalnie – Sabine pierwsza przerwała milczenia. Wzdrygnęłam się, słysząc jej chrapliwy głos. Już zapomniałam jak bardzo mnie przeraża.

- Nie jadła nic od dwóch dni. Cała czas spała – mruknął Sands

- Baliśmy się, że już się nie obudzi – szepnął ojciec Dominik, a Sands spiorunował go wzrokiem. Zmrużyłam oczy. Ten padalec pewnie by chciał, żebym się nie obudziła. Przesunęłam się do ściany i oparłam się o nią plecami. Jęknęłam cicho, gdy coś mi przeskoczyło w barku.

- Chyba trochę przesadziłeś – Sabine spokojnie zwróciła się do ojca

- Robiłem to, co uznałem za słuszne – syknął Gabriel – A teraz ty rób, co do ciebie należy i wydobądź z niej informacje – otworzył drzwi mojej celi i sztywnym gestem zaprosił do środka Sabine

Instynktownie odsunęłam się od niej, rozpaczliwie powtarzając sobie w głowie, że nie mam pojęcia, gdzie jest onyks.

- Boisz się mnie – zauważyła z zadowoleniem dziewczyna. Podeszła do mnie powoli. Jej błękitne oczy migotały przeraźliwie w mroku celi. Emanowała od niej bardzo zła energia…nawet ja to wyczułam, mimo, że nie jestem jeszcze do końca wtajemniczona.

- Co zrobiłaś z najwyższą kapłanką i jej córką?! – starałam się, żeby głos mi nie drżał

- Ciii nic nie mów – szepnęła Sabine. Pochyliła się nade mną i położyła mi ręce na głowie. Syknęłam, bo jej dotyk wręcz palił. Zamknęłam oczy. Widziałam, jak przesuwają się przede mną różne obrazy z przeszłości. Błagam Morrigan, Epono, miejcie mnie w swojej opiece…Darach szukał wspomnień związanych z onyksem. Usilnie powtarzałam sobie, że nie mam pojęcia, gdzie on jest. „Operacja” przedłużała się, a ja czułam, jak dziewczyna stopniowo traci moc. W końcu zdenerwowana zabrała ręce i jednym zwinnym ruchem przygwoździła mnie do podłogi. Zaskoczona otworzyłam oczy. Twarz wściekłej Sabine wisiała parę centymetrów nad moją.

- Co robisz? – syknęła

- Słucham? – wykaszlałam – Nie rozumiem…

- Co robisz? Jak blokujesz myśli? – powtórzyła podejrzanie spokojnie

- Nie wiem, o czym ty mówisz. Co mogłabym… – rozpaczliwie starałam się wyrównać oddech

- Czekaj, czekaj… – dziewczyna zamknęła oczy i przesunęła pazurem po moim czole – Pocałunek kapłanki. Ta głupia blondyneczka cię naznaczyła! – zachłysnęła się Sabine

- Co to znaczy? – zniecierpliwiony Sands wskoczył do celi

- To znaczy, że przekazała jej część swojego dziedzictwa! – warknęła, wstając gniewnie z podłogi. Zarzuciła peleryną i zaczęła chodzić w tą i z powrotem – Cwaniara chciała się zabezpieczyć…ale przy okazji dała jej nietykalność. Naznaczyła ją dziedzictwem bogini Morrigan.

- Nie odczytasz jej myśli? – chrząknął Sands, starając się opanować wściekłość

- Tego nie powiedziałam – warknęła Sabine, odwracając się do niego gwałtowanie – Potrzebuję po prostu więcej czasu na złamanie czaru.

- Czego ci potrzeba? – zapytał po chwili, patrząc się na mnie niechętnie

- Sama wszystko załatwię…albo zabiję Strażniczki, wtedy będzie najprościej.

- Nie zrobisz tego! – poderwałam się z ziemi, ale w głębi duszy cieszyłam się, że Alex i jej matka wciąż żyją

- Tak? A kto mnie powstrzyma? – zaśmiała się Sabine – Przecież ty już nie stanowisz zagrożenia. – popchnęła mnie do tyłu

- Moi przyjaciele mnie znajdą – powiedziałam hardo

- Posłuchaj kochana, mogę cię szukać do końca ich marnego życia, ale to i tak nic nie da. Założyłam na to miejsce specjalny czar mylący. Nikt cię tu nie znajdzie, dopóki ja na to nie pozwolę – jej szpony zacisnęły się na moim podbródku i darach zmusił mnie, żebym na niego spojrzała -  Tutaj będzie twój grób, Lano Shylund.

- Nie wierzę ci – wyszarpnęłam się jej i pokręciłam głową, ale do moich oczu napłynęły łzy. To nie może być prawda…

- Nie musisz. Sama się przekonasz – Sabine wstała i wyszła w celi łopocząc peleryną

Sands spojrzał na mnie z triumfem, po czym wyszedł z celi i z powrotem ją zamknął. Oboje skierowali się do wyjścia. Został tylko Daniel z pochodnią. Spojrzałam się na niego mętnym wzrokiem. Niech już sobie idzie i mnie zostawi…Nieoczekiwanie ksiądz wyjął spod sutanny bochenek chleba i rzucił go do mnie przez kraty.

- A to co ma znaczyć? – zapytałam słabym głosem

- Jedz, jesteś głodna, a jeszcze trochę tu posiedzisz – odparł

- Co zrobiłeś z Earlem?

- Powiem ci, jeśli to zjesz.

- Nie, nie ufam ci…prędzej umrę, niż zjem to, co mi dacie. – uparłam się

- Twój wybór – wzruszył ramionami ksiądz i zniknął ze swoją pochodnią w korytarzu, a ja znowu zostałam sama…ze szczurami.

***

Nie wiem, jak długo siedziałam w lochu. Straciłam poczucie czasu. Byłam tak słaba, że cały czas budziłam się i zasypiałam na zmianę. Od nocnej wizyty Sandsa, Daniela i Sabine nikt więcej do mnie nie przyszedł. A przynajmniej nie wtedy, gdy byłam przytomna. Co jakiś czas widziałam, że w misce przy drzwiach ktoś dolewa mi wody. Doszłam już do takiego stanu, że zrobiłabym wszystko za łyk wody, więc bez sprzeciwu piłam zimną wodę z miski.  Między sną a jawą w głowie pojawiał mi się film wspomnieć z moich wakacji. Jazda po dolinach z Winterknightem, nocne rozmowy z Rose, ogniska u Earla, kłótnie i pościgi z Willem, wszystkie moje niebezpieczne akcje, z których jakimś cudem wyszłam cało…te wszystkie wspomnienia wprawiały mnie w jeszcze gorszy nastrój. Miała wrażenie nawet sen, że oglądam swój własny pogrzeb! Długo nie mogłam dojść do siebie…W chwilach, gdy byłam przytomna powtarzałam sobie jak mantrę, że nie wiem, gdzie jest onyks. Jeśli Sabine do tej pory go nie znalazła, to naprawdę ja mogę być ostatnia nadzieją. Bałam się o losy Winterknighta. Mam nadzieję, że po protu uciekł, gdy w Starym Opactwie zrobiło się głośno. Gdyby coś mu się stało, załamałabym się. Próbowałam się wsłuchać w głosy z zewnątrz. Może usłyszę jak ktoś mnie woła? Może moi przyjaciele pomimo czaru Sabine i tak mnie znajdą? Niestety jedyny dźwięk, który słyszałam to rytmicznie uderzające krople, piski szczurów oraz szum wiatru przez szczeliny w murze. Czułam się trochę jak bohaterka jakiegoś horroru. Złapana w pułapkę przez zły charakter, wrzucona do lochu z duchami…właśnie, czy tu są duchy? W końcu Sands ma na swoim koncie nie jedno morderstwo. A co jeśli gdzieś dalej w mroku leżą kości jakiegoś nieszczęśnika, który umarł tu z głodu jak ja? Sama myśl o tym, przyprawiła mnie o gęsią skórkę. Świetnie! Mało, że tu utknęłam, to jeszcze zejdę na zawał przez moją zbyt bujną wyobraźnię! Muszę się uspokoić! Tak Lana…spokojnie. Co by powiedziała na to Rose? O już wiem! „Lana, proszę cię. Duchy nie istnieją. To tylko wytwór wyobraźni pisarzy, którzy chcą wywołać emocje u czytelników. Oczywiście osiągają zamierzony efekt, ale to nie ma nic wspólnego z prawdą. Widzisz to, co chcesz widzieć.” Oczami wyobraźni widziałam, jak moja przyjaciółka opowiada to z profesorską miną. Zawsze była taka logiczna. Na pewno znalazłaby wyjście z tej sytuacji. I na pewno lepiej rozegrałaby sytuację z Sandsem. Pewnie nawet nie pozwoliłaby mu się złapać. Brakuje mi jej…a Anastasia? Hmm ona pewnie bałaby się jeszcze bardziej niż ja i musiałabym przejąć rolę tej odważnej. „Lana, a co jeśli nikt nas nie znajdzie i zostaniemy tu na zawsze? Umrzemy tu, a za kilka lat znajdą tu nasze szkielety! Albo będziemy straszyć z tym zamku…czy to nie fascynujące? Jak w tych książkach…”. Właśnie, a może Ana miałaby rację. Gdzie ja mogę być? Oczywiście, że w zamku! Tylko w zamkach są lochy! A jaki zamek znam? Dwór Baronowej Silverglade! No nie, jestem tak blisko moich przyjaciół, a oni kręcą się w kółko i nie mogę mnie znaleźć! „Lana, nie możesz się poddać! Jesteś moją super kuzynką, zawsze byłaś dla mnie jak super bohaterka z moich komiksów. Byłaś moją Wonder Woman w realu. Nie możesz się poddać. To nie w twoim stylu. ” usłyszałam w głowie głos Jaspera. On ma rację…ja się nigdy nie poddaję. Stąd musi być jakieś wyjście. Może udałoby mi się jakoś otworzyć zamek? Sands wie, że jestem słaba, bo prawie nic nie jem. Uważa, że nie stanowię dla niego zagrożenia. Może nie stosuje już żadnych dodatkowych zabezpieczeń, bo wie, że nie ucieknę? Resztką sił przyczołgałam się do drzwi celi i pociągnęłam za kłódkę. Zamknięte, ale gdybym znalazła coś, co nadawało by się do…

- Kłódka jest zardzewiała. Musisz znaleźć coś ciężkiego i spróbować ją rozwalić – usłyszałam obok siebie cichy głosik

- Co? Kto tu jest? – obróciłam się przestraszona. Odpowiedziała mi cisza. Rozejrzałam się w koło po ciemnej celi i przełknęłam ślinę. Mam już omamy? A może to naprawdę duchy?

Powiał zimny wiatr z góry. Ostrożnie wróciłam na swoje miejsce i ułożyłam głowę na zwiniętej bluzie.

- Hej, nie zasypiaj! Słyszysz! – znowu ten głosik. Brzmiał znajomo, jednak w takich okolicznościach i przy moim stanie, nie mogłam już sobie ufać. Poderwałam się przestraszona.

- Dobra, co to za głupie żarty! Kto tu jest?

- To ja! Nie poznajesz mnie, co? – zachichotał głosik

- Wiesz…wybacz, ale nie – zmrużyłam oczy – A powinnam? Poznałyśmy się kiedyś?

- Nie, raczej nie w realu, ale jestem pewna, że mnie znasz – mruczał głos

- Nie w realu? – skrzywiłam się – Przepraszam, ale nie mam nastroju na zagadki. Jak się tu dostałaś?

- Przez ścianę, głuptasie! Mogę chodzić gdzie chcę! – zaśmiała się

- Że co proszę?! – wytrzeszczyłam oczy i objęłam się ramionami. Nagle zrobiło się jeszcze bardziej zimno.

- Jestem duchem.

- Ach…o…tak, to wszystko tłumaczy – zaśmiałam się nerwowo – Jezu, jest już tak źle, że rozmawiam z duchami…pięknie…zaraz będę widzieć białe myszki… – przetarłam rękami po twarzy

- Nie, nie, spokojnie…wszystko z tobą ok. Na razie… – chrząknął duch – Naprawdę mnie nie poznajesz?

- Jeśli mam być szczera, to głos wydaje mi się znajomy, ale już sama nie wiem… – jęknęłam

- Dobrze kombinujesz…nie raz słyszałaś mój głos…we śnie.

- We śnie? – szepnęłam zaskoczona – A więc to ty…wtedy, gdy byłam chora i miałam te dziwne sny, słyszałam w nich twój głos. Ty zesłałaś na mnie te wizje…Byłaś duchem już wtedy?

- Tak – oświadczyła z dumą – Niezła jestem, co? Musiałam się trochę natrudzić, żeby wejść do twoich snów, ale byłaś prawie umierająca, więc to ułatwiało sprawę…

- Chwila! Jeśli teraz ze mną rozmawiasz, czy to znaczy… – przestraszyłam się

- Nie! To ja się podszkoliłam w nawiązywaniu z tobą kontaktu. – uspokoiła mnie szybko, a ja odetchnęłam z ulgą

- Dlaczego ze mną? Chcesz, żebym ci jakoś pomogła? – nie rozumiałam – Twoja rodzina nie wie, gdzie jest twoje ciało? Wiesz, nigdy nie interesowałam się rozmowami z duchami…

- Moja rodzina wie już od dawna, że nie żyję. Zabito mnie niedaleko tego miejsca. Zostałam w świecie żywych, bo…martwię się o moich bliskich – westchnęła ciężko – Po mojej śmierci, rodzina się rozpadła. Już nic nie było tak jak dawniej. Bałam się, że w końcu wszyscy się pozabijają…ale wtedy zjawiłaś się ty. Widzę, że tylko ty jesteś w stanie mi pomóc. Już nawet częściowo udało ci się ich zmienić. Pomagasz im zrozumieć. Przywracasz im znowu wiarę w miłości i w to, że mogą żyć inaczej…

- Kim ty jesteś? – przerwałam jej, czując dreszcze na plecach

- Wiesz, kim jestem…i wiesz jak zginęłam, bo sama ci to pokazałam. – poczułam zimny dotyk na policzku, jakby dziewczyna mnie dotknęła

- Melody? – szepnęłam – To byłaś cały czas ty? Dlaczego…

- Odkąd tu przyjechałaś, czułam, że mi pomożesz. William cię pokochał, mój ojciec w końcu przypomniał sobie o swoim synu…wszystko się zmieniło dzięki tobie. Jesteś dobrą dziewczyną, Lano. Byłam przy tobie przez cały czas. Starałam się ciebie ostrzec. Przed Sandsem, przed Danielem, przed Tori…nie zawsze mi się to udawało, ale obiecałam sobie, że będę cię chronić. Mój brat cię kocha, a ja kocham jego i chociaż już nie żyję, zrobię wszystko, żeby mu pomóc.

- Dziękuję Melody…to bardzo miłe – uśmiechnęłam się – Ale chyba już wszystko przepadło. Sands mnie złapał. Elizabeth też. To już koniec.

- Hej! Nigdy nie jest za późno! Nigdy! Nie poddawaj się, nie pozwolę ci tu zginąć. Gdybym żyła…chciałabym, żebyś była moją szwagierką.

- Och Melody…ja nawet nie wiem, czy to przeżyje – rozpłakałam się

- Znajdą cię! Twoi przyjaciele cie szukają. Uwierz w nich. – powiedziała pewnie

- Wierzę, wierzę…i wciąż czekam… – szepnęłam

Nagle drzwi na końcu korytarza otworzyły się z hukiem, a światło pochodni oślepiło mnie na moment. Melody zniknęła.

- Nie śpisz? – zdziwił się Sands – To jakaś nowość… – mruknął

- Sabine już znalazła sposób? – prychnęłam

- Nie możesz po prostu powiedzieć, gdzie jest onyks? – westchnął ciężko, wkładając pochodnię do uchytu przy celi

- Nie wiem, gdzie on jest – powtórzyłam uparcie

- Jesteś głupia jak Charlie…naprawdę nie chcesz tego wszystkiego zakończyć? – zapytał spokojnym, czarującym głosem. Nie dam się na to nabrać!

- Proszę cię, dobrze wiem, że jestem ci potrzebna tylko do odnalezienia kamienia. Potem mnie zabijesz i zniszczysz całą wyspę – przewróciłam oczami

- Nic nie rozumiesz – syknął Sands – Nienawidzę tej wyspy i wszystkich jej mieszkańców, nienawidzę. Ta przeklęta wyspa Jorvik…ona nas tu więzi. Nikt nie może z niej uciec. To nasze więzienie. Trzeba ją zrównać z ziemią, zatopić – mówił wściekły. Zaintrygowana odwróciłam się do niego.

- Jakie więzienie? O czym ty mówisz?

- Nie zdziwiłaś się, dlaczego nikt z zewnątrz do tej pory nie próbował odkryć naszej wyspy? Wybudować ośrodka turystycznego? Rząd też się nie wtrąca do naszych spraw…żyjemy jak w jakimś małym państwie. – zaczął chodzić w tą i z powrotem z rękami założonymi do tyłu

- I co z tego? To chyba dobrze. Nie powinieneś się cieszyć, że nikt się nie wtrąca do życia mieszkańców?

- Nie, ponieważ prawda jest okrutna. Lano, ta wyspa nie tylko nas więzi, ale także jej magiczna tarcza sprawia, że nikt na całym świecie nie wie, o jej istnieniu.

- Co ty mówisz? Zwariowałeś do reszty?! Ja o niej wiedziałam, a wcale tu nie mieszkałam!

- Widziałaś ją kiedykolwiek na mapie? – przekrzywił głowę

- Nie…ale wcale jej nie szukałam – broniłam się – Mama nigdy nie chciała rozmawiać o Jorvik.

- A widzisz! – prychnął – Każdy kto się tu urodził lub spędził tu dłuższy czas, staje się niewolnikiem tej wyspy. Nie może znaleźć domu nigdzie indziej poza nią.

- A moja mama? – rzuciłam mu kpiące spojrzenie

- Charlie wyjechała, bo ją do tego zmusiłem, ale powiedz, czy wygląda na szczęśliwą?

- Nie… – przyznałam niechętnie – Zachowuje się, jakby każdy dzień był dla niej udręką.

- Właśnie! Tęskni za swoją wyspą! Odczuwa prawie fizyczny ból, bo nie może tu wrócić – mówił z pasją

- Przestań! Nie podoba mi się, że mówisz o tym z takim zadowoleniem… – skrzywiłam się

- Zadowoleniem? Też coś… – prychnął – Ja odczuwałem to samo, gdy pojechałem do Los Angeles szukać Charlie. Nie wytrzymałem, musiałam wrócić. Wtedy właśnie znienawidziłem tą wyspę. Dowiedziałem się, że to wszystko, przez magię Strażników Aideen. Mieszkańcy Jorvik są jakby zahipnotyzowani. Nie widzą życia poza swoją wyspą. Są odizolowani od świata. Trzeba zniszczyć to przeklęte miejsce. A żeby to zrobić, muszę zniszczyć Strażników Aideen.

- Kompletnie oszalałeś… – pokręciłam głową

- Nie wierzysz mi…ale sama zobaczysz. Myślisz, że skończą się wakacje i co? Wrócisz tak po prostu do domu, do Los Angeles? Nie wytrzymasz tam. Wyspa będzie cię przyciągać, wpadniesz w obłęd. Zrobisz wszystko, żeby tu wrócić.

- I tylko dlatego chcesz zniszczyć tą wyspę? Bo ludzie czują się tu bezpieczni i żyją w spokoju? Z dala od postępu cywilizacji i uzależnienia od elektroniki?

- Oni nie wiedzą, co tracą. – prychnął Sands

- A ty chcesz na siłę dać im taką możliwość? Uwierz mi, że uzależnienie od iphona czy facebooka wcale nie uczyni ich szczęśliwszymi. Tu nie ma telefonów, internetu, super samochodów, domów mody…a wszyscy żyją w zgodzie i względnej przyjaźni. Więcej ze sobą rozmawiają, żyją zdrowiej, dzieci bawią się na dworze…naprawdę zależy ci na tym, żeby to wszystko skomercjalizować? – nie mogłam w to uwierzyć

- Jeszcze mi kiedyś za to podziękują…

- Podziękują, jak stąd znikniesz. To ciebie trzeba zniszczyć! Ty zaprowadzasz chaos na tej wyspie! Ty niszczysz ich spokojne życie… – mówiłam szybko, a Sands coraz mocniej marszczył brwi. W końcu zamilkłam.

- Zakładam, że znasz trochę moja historię. – odezwał się po chwili Sands – Całe wakacje szukałaś o mnie informacji po archiwach.

- Coś tam wiem… – zmrużyłam oczy i zakaszlałam. Sands oparł ręce na prętach kraty i utkwił we mnie swoje puste, przerażające spojrzenie.

- Urodziłem się i wychowałem na Sosnowym Wzgórzu. Mój ojciec był radnym, a moja matka nauczycielką. Była też…Strażniczką Aideen, ale opuściła dla mojego ojca swoje plemię. Przez nią w moich żyłach płynie część krwi tych demonów – splunął Sands – Nie cierpię jej za to, że przekazała mi takie geny.

- Skoro jest pan po części druidem, jak może pan myśleć o zabiciu innych Strażników Aideen? – pokręciłam głową

- Oni mnie nie obchodzą. Wszyscy powinni zginąć. To oni wytworzyli tą idiotyczną barierę, a ich wódz Meriadok zabił Jorvika, prawdziwego właściciela tej wyspy.

- Ta wyspa nie jest niczyją własnością, nie rozumiesz tego? Znam legendę o Meriadoku, Alex mi ją opowiedziała. To Jorvik był tym złym, a druidzi ocalili wszystkich przed jego chorymi ambicjami. Wyspa Jorvik nie jest…

- Jest! Moją własnością! Ponieważ to ja jestem potomkiem Demonicznego Jorvika, pierwszego odkrywcy tej wyspy! – ryknął

- No tak…teraz już rozumiem, skąd ma pan ksywkę „demon wyspy” – przełknęłam ślinę

- Ludzie nie wiedzą o moim pochodzeniu…nawet mój ojciec nie zdawał sobie sprawy jak potężna krew w nas płynie. Odkryłem to w pewne wakacje, gdy robiłem porządek na strychu. Znalazłem stare dzienniki moich przodków. Dzieci Jorvika. Zrozumiałem, że to do mnie należy władza nad tą wyspą. Pozbyłem się ojca i wszedłem na jego miejsce w radzie.  Chciałem zostać burmistrzem tej wyspy, chciałem, żeby ludzie się mnie słuchali, chciałem zniszczyć druidów, bo to przez nich zostaliśmy odcięci od świata…tak, w tamte wakacje wszystko się zmieniło.

- Ale nie udało ci się ich zabić… – zauważyłam – Już trzeci raz próbujesz, nie sądzisz, że to o czymś znaczy? – drażniłam się z nim

- Znasz legendę o Meriadoku do końca, Lano Shylund? Czy twoja wesolutka przyjaciółka ci ją dokończyła? Wiesz, w jaki sposób Meriadok zginął? – zapytał z dziwnym uśmiechem, a moje serce przyspieszyło. Alex nie chciała mi dokończyć legendy.

- Nie wiem…

- Więc pozwól, że ja ci ją dokończę…Otóż pomimo wojny między Meriadokiem i Jorvikiem, mieszkańcy wyspy wcale nie byli do siebie tak wrogo nastawieni. W dziennikach moich przodków czytałem o tym, jak młodzi mężczyźni wymykali się wieczorami do lasów, żeby spotkać się z młodymi druidkami i odwrotnie. Te magiczne dziwadła rozmnażały się z naszymi ludźmi…Jorvik był wściekły, kiedy to odkrył. Z zemsty za to, że Meriadok nie pilnuje swojego plemienia, porwał jego córkę. Długo torturował ją i więził…Meriadok robił wszystko, żeby ją odzyskać, ale był już stary, a jego moc słabła. Umarł z tęsknoty i bezsilności. Wtedy też rządy u Strażników Aideen przejęła żona Meriadoka, Miranda.

- Od tej pory to kobiety mają najwyższą pozycję w ich społeczeństwie, tak? – pokiwałam głową

- Tak, oczywiście opowiadam to skrótowo, bo nie to jest moją wisienką na torcie. – kontynuował – Miranda oczywiście wypowiedziała Jorvikowi wojnę. Ruszyła z odsieczą, żeby odzyskać córkę. W tym czasie okazało się, że dziewczyna zaszła w ciążę i urodziła dziecko, dziewczynkę. Jorvik nie chciał brać sobie problemu na głowę, ponieważ miał własną żonę i dzieci, wiec utopił w nocy młodą matkę. To samo chciał zrobić z jej dzieckiem, ale coś go spłoszyło, więc uciekł do domu i zostawił dziecko na plaży. Następnego dnia, Miranda ze swoim oddziałem otoczyły zamek Jorvika. On oczywiście wyszedł na taras i oznajmił, że księżniczka nie żyje. Miranda była zdruzgotana. Poddała się i ze zdziesiątkowanym oddziałem, po długiej walce wróciła do Valedale. Po jakimś czasie ktoś z wioski powiedział jej, że Miranda ma wnuczkę, ale zaginęła…podobno piękny, kary rumak uratował ją przed śmiercią.

- Zawsze wiedziałam, że konie to mądre zwierzęta – oświadczyłam dumnie

- Oj Lano, Lano…skup się. Nie  domyślasz się, dlaczego ten kary rumak ją uratował? Twoja przyjaciółka Alex nie opowiadała ci żadnych legend? – złapał ze pręty i spojrzał na mnie wyczekująco

- Widzę, że ty chcesz mi coś bardzo opowiedzieć. Proszę, nie krepuj się – wycedziłam przez zęby. Wiedziałam, że to ukrywanie prawdy przez Alex wyjdzie mi bokiem…Czego ona mi jeszcze nie powiedziała?!

- Córka Meriadoka była kapłanką Epony i przekazała swojej córce dziedzictwo. Dlatego kary rumak ją uratował. Epona jest boginią koni.

- Taak…i co z tego? – chrząknęłam, czując, że moje ręce się pocą. Do czego on zmierza?!

- Jej córka zapoczątkowała twój ród. Jest praprapraprababką Charlie i twoją też…macie w sobie krew Strażników Aideen, a nawet tak potężnej bogini jak Epona. Jesteś kapłanką bogini Epony, Lano Shylund.

- O kurcze…no to mnie masz – zaśmiałam się nerwowo – Dekonspiracja…

- A wiesz co jest najzabawniejsze? – wyszczerzył się i wyjął z ręki mały nożyk, który błysnął w świetle pochodni

- Myślałam, że to jest tą twoją wisienką… – otworzyłam szeroko oczy, bo Sands otworzył drzwi celi i zbliżył się do mnie

- O nie…zostawiłem coś lepszego na finał – podszedł powoli jak wąż

- No to strzelaj, nie trzymaj mnie w niepewności, bo zejdę na zawał – siliłam się na swobodny ton

- Aby zniszczyć Strażników Aideen, wystarczy zabić wszystkie najwyższe kapłanki ich plemienia. Elizabeth i Alex mam w garści. Ciebie też. Wystarczy, że was zabiję. Wtedy magiczna bariera straci swoją moc, a Drzewo Życia uschnie. Wyspa Jorvik będzie moja… – szepnął z obłędem w oczach

- Chcesz powiedzieć, że niby ja jestem tą najwyższą kapłanką?! – pisnęłam, zasłaniając się rękami

- Głupia dziewczyno…tak ty! Gdybym zabił wtedy Charlie i Elizabeth, nie było by problemu! Ale nie doceniłem jej…a wasza moc jest z pokolenia na pokolenie silniejsza.

- Dlatego mama uciekła z wyspy! I dlatego nie może teraz wrócić, tak?! – poderwałam się z ziemi – Bo wie, że ją zabijesz! Ona wie, że wciąż na nią polujesz, a kiedy osiągniesz swój cel…

- Wyspa i druidzi przestaną istnieć! – zaśmiał się jak szaleniec – Tak, Lano, tak! Twoja matka uciekła z wyspy, żeby chronić Jorvik, jego mieszkańców i Strażników Aideen przede mną, ale nie udało się jej. Zrobiła największy błąd jaki mogła, bo podsunęła mi ciebie pod nos.

- Jak to?!

- Ty jesteś ostatnią kapłanką, nie ona! I na tobie zakończy się wasz ród!

- Nie! – chciałam się podnieść, ale Sands rzucił się na mnie z nożem. Wiedziałam, że jest silniejszy, a ja nie miałam siły walczyć. Nagle stało się coś dziwnego. Nóż wyskoczył z reki Sandsa i poleciał na drugi koniec celi.

- Co to jest do diabła?!

- Melody… – szepnęłam

- Kto?!

- Melody, Alice…wszyscy, których tu zabiłeś są ze mną. Nie pozwolą mnie skrzywdzić! – nieoczekiwanie poczułam przypływ sił – Wierzysz w duchy, Sands? – przekrzywiłam głowę, a pochodnia w korytarzu zgasła – To powinieneś!

- Co robisz, Shylund?! – krzyknął

- Lepiej stąd uciekaj, bo zadzierasz z czymś, czego nie rozumiesz, Gabrielu Sandsie. Nigdy nie szanowałeś magi i duchów, więc obróciły się przeciwko tobie. – wstałam, a Sands zaczął uciekać do wyjścia. Miałam wrażenie, że przemawia przeze mnie coś potężniejszego. Słyszałam w swojej głowie głos Alex.

- Nie wiem, co robisz Shylund, ale tylko kupujesz sobie czas!

- Nie zabijesz mnie, Sands. To już koniec twojej władzy. Duchy mi pomogą…

- Oszalałaś z głodu! – krzyknął Sands, zatrzaskując drzwi od celi – Wrócę tu z Sabine, a wtedy porozmawiamy inaczej… – słyszałam jego oddalające się kroki

- A zjeżdżaj stąd… – mruknęłam, osuwając się na kolana. Kręciło mi się w głowie, czułam się słaba, już nie wiedziałam, co się ze mną dzieje…za dużo informacji na raz. – Melody? – jęknęłam

- Jestem tu kochana, trzymaj się, już niedługo…

- Nie mogę już…

- Możesz! Jesteś taka dzielna. Proszę cię…nie zasypiaj…

Chciałam już stąd wyjść. Wiedziałam, że mamy mało czasu. Gabriel jest tak zdeterminowany, że zabije Alex i Elizabeth nawet jeśli nie znajdzie onyksa. Oni muszą mnie jakoś znaleźć, muszę…Dotknęłam opaski na ramieniu, znak naszego Golden Trio.

- Rose, Jasper…błagam…jestem w dworze baronowej…Andrina – przypomniałam sobie prawdziwe imię przyjaciółki. Powiedziała, że zawsze mnie usłyszy, gdziekolwiek będę. Zaraz zobaczymy, czy to prawda – Andrina…ratuj mnie… – szepnęłam, a potem osunęłam się na ziemię.

***

- Lana! LANA! Jesteś tu?! Lana! – glosy przyjaciół docierały do mnie jakbym była pod wodą. To naprawdę oni?

Tak, słyszałam ich wyraźnie…ale nie mogłam otworzyć oczu. Spróbowałam się poruszyć, ale ciało odmówiło mi posłuszeństwa.

- Lana, oni już tu są! Rusz się! – do ucha piszczała mi Melody

Z wielkim trudem poruszyłam ręką. Powoli budziłam moje zastygłe ciało do życia. Otworzyłam usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk.

- Walcz Lana, walcz! – dopingowała mnie Melody

Czułam, że cała drżę, gdy podnosiłam się na łokciach. Udało mi się otworzyć oczy. Na końcu tunelu widziałam nikłe światło. Głosy moich przyjaciół oddalały się. Znowu spróbowałam ich zawołać. Głośniej, ale wciąż za cicho. Melody mruknęła coś pod nosem i uderzyła w metalową miskę, która zabrzęczała o pręty celi.

- Jeszcze raz, Melody… – szepnęłam, a duch powtórzył swoje działanie

- Lana?! Jesteś tam!? – krzyczała Alex. Miska jeszcze raz uderzyła w pręty. Teraz usłyszałam jak kilka par nóg biegnie w moją stronę. Po chwili płomień pochodni oświetlił moją celę.

- O mój Boże…ty żyjesz! – krzyknęła Rose, padając na kolana przy drzwiach – Lanuś kochana… – dotknęła mojej głowy przez pręty – Zaraz cię wyciągniemy! Jasper, Jackob…!

- Mam leki, zaraz ją opatrzymy… – usłyszałam przejęty głosik Any. Coś huknęło. Jackob i Jasper wyważyli drzwi. Wszyscy wpadli do środka. Czułam, jak ktoś podnosi mnie na ręce.

- Musimy ją zabrać do domu… – powiedział Will

- William?! – z trudem otworzyła znowu oczy – To naprawdę ty?!

- Tak kochanie, tak… – zaśmiał się z ulgą i pocałował mnie w czoło – Już wszystko będzie dobrze, znaleźliśmy cie…teraz wszystko będzie dobrze… – szeptał mi do ucha

- Spokojnie Lana, zaraz poczujesz się lepiej – usłyszałam spokojny głos Lany i poczułam dotyk jej ciepłej ręki na moim czole

Już czułam się lepiej…miałam ich wszystkich obok siebie! Znaleźli mnie! Will i Alex żyją! Moi kochani przyjaciele…teraz wszystko może się udać! Pokonamy Gabriela Sandsa!

 

Walka o życie Williama i zdemaskowanie „kreta” w mojej drużynie…

25 wrz

- Lana, Lana rusz się! Musimy go ratować! – Rose jak zwykle jako pierwsza odzyskała zdolność logicznego myślenia

- Wiem! Tylko powiedz mi jak! – jęknęłam – Mam podbiec do rosłych jak dąb chłopów i powiedzieć, żeby go puścili?!

- Skopiemy im tyłki to się opamiętają! – warknął Jasper w wojowniczym nastroju

- Bez urazy Jas, ale to może skończyć się tak, że oni obiją tyłki nam – prychnęła Rose

- Musimy go jakoś odbić, tak, żeby tego nie zauważyli – stwierdziłam, podnosząc się chwiejnie. Nogi miałam jak z waty.

- Może odwrócimy ich uwagę, a ty podbiegniesz i… – zaczął Jasper

- Nie, nie mam zamiaru narażać was na spotkanie z tymi rozjuszonymi bykami. – przerwałam mu szybko

- Chodźmy za nimi, idą w stronę pól uprawnych – powiedziała Rose

- Nie możemy ich zgubić! – spanikowałam, słysząc oddalające się śmiechy i widząc znikający blask pochodni – Idziemy po konie!

Ledwo to powiedziałam, usłyszałam stukot kopyt.Winterknight jakby wyczuwał co się święci, zerwał się z uwięzi i sam do mnie przybiegł. Teraz dreptał w kółko i parskał nerwowo, poganiając mnie. Czuł, że William ma kłopoty. Uśmiechnęłam się do niego szeroko i wskoczyłam na siodło. Tak, ja i Winterknight stanowimy idealny zespół, rozumiemy się bez słów. Nawet jeśli nie mam planu, z moim achał-tekinem szybko coś zaimprowizuję.

- Idźcie po Sunshine – powiedziałam zdecydowanie – Ja i Winterknight dogonimy ich.

Nie czekając na odpowiedź, zebrałam wodze i ruszyłam w ślad za gangiem. Cały czas trzymałam się dróżki za zasłoną z  krzaków, żeby nikt mnie nie zauważył. Chociaż serce wyrywało mi się do Willa i bardzo chciałam to wszystko przerwać, wiedziałam, że muszę czekać na odpowiedni moment. Widząc jak inni gangsterzy popychają i żartują sobie ze związanego Willa, miałam ochotę tam podejść i każdego z nich zdzielić zdrowo kijem po łbie. Barbarzyńcy…przecież jeszcze chwilę temu to był członek ich gangu, traktowali go jak brata, oddaliby za niego życie, a teraz? Teraz to ich wróg numer jeden i sami chcą go wykończyć. Jak można tak szybko zmieniać uczucia? Erick oczywiście wiódł prym w tym okrutnym tańcu ze śmiercią. Nienawidzę go…z całego serca go nienawidzę. Kiedy to wszystko się skończy i mój William będzie już bezpieczny, on mi za to zapłaci.

- Proszę Will…wytrzymaj jeszcze chwilę…błagam… – szeptałam łamiącym się głosem. Winterknight był równie przejęty jak ja i ciągle musiałam go hamować, żeby nie wyskoczył nagle z naszej kryjówki. W końcu gang wyszedł z lasu.

- Nadszedł czas twojej ostatecznej próby Greenlight – powiedział uroczyście Erick – Skoro miałeś dość odwagi i męstwa, żeby wstąpić do naszego gangu, musisz wykazać się tym samym, chcąc z niego wystąpić.

- Co ty pieprzysz Erick?! Zioło do końca zlasowało ci mózg? – warknął Will. W świetle pochodni jego twarz była biała jak papier

- Grzeczniej Greenlight, grzeczniej… – syknął Erick mrużąc oczy – Przyprowadźcie konia – burknął do dwóch potężnie zbudowanych gangsterów – To test…elitarny test…powiem ci, że bardzo mało osób go zdaje – parsknął śmiechem, a inni mu zawtórowali

- Co ty nie powiesz? Może dlatego, że inni giną zdeptani przez tego diabelskiego konia?! – kiwnął głową na szarpiącego się ogiera, którego przyprowadzili gangsterzy

- No cóż, statystycznie byłbyś pierwszą osobą, która to zda – pokiwał głową Erick

- Jesteś zdrowo szurnięty – zaśmiał się gorzko Will – Chcesz mnie po prostu zabić!

- Nie Willy, nie… – głos Ericka zmienił się nagle na łagodny i miły. Położył mu rękę na ramieniu, a drugą dłoń w miejscu, gdzie powinien (!) mieć serce. – Chciałem cię zrobić swoim następcą, Willy. Myślisz, że sprawia mi przyjemność wyrzucać z rodziny mojego ukochanego brata?

- Erick do cholery! Ty chcesz mnie zabić! – ryknął mu w twarz

- Nie Greenlight! Ty sam się zabiłeś! To ty chcesz odejść z gangu! Ty wydałeś na siebie wyrok! – wrzasnął przywódca – Ale znaj moje dobre serce… – rozłożył ręce z szerokim uśmiechem szaleńca – Jeśli uda ci się wyplątać i przeżyć, wtedy będziesz wolny. Zapomnimy o sobie, na zawsze. Będziesz miał ode mnie spokój na wieki wieków. Obiecuję – pochylił się w jego stronę, a Will splunął mu w twarz

Niektórzy gangsterzy zawyli z oburzenia. Bębniarze zatłukli w swoje instrumenty. Wściekły Erick wytarł twarz i spojrzał z nienawiścią na Willa. Mierzyli się przez chwilę lodowatymi spojrzeniami.

- Chase, Phil, przywiążcie Greenlighta. Oby mocno – wysyczał

Chudy i Gruby, którzy niedawno byli kumplami Will, podeszli do niego bladzi ze strachu. Bez słowa zabrali się do roboty. Unikali jednak patrzenia na swojego niedoszłego „kompana”. W sercu zakiełkowała mi nadzieja, że chłopaki ze względu na stare czasy jakoś ułatwią mu zadanie, ale gdy zobaczyłam jak Will krzywi się, gdy Phil wiąże mu ręce, miałam ochotę się rozpłakać. William nawet nie próbował ich o nic prosić. Miał swój honor. Chociaż w tym momencie mógłby go schować w buty i pomyśleć o swoim życiu!

- Szefie, myślisz, że Greenlight nie uwolni się z tego? – zapytał jakiś gangster

- Ogarnij się stary, to nie jest jakiś pieprzony Houdini…Greenlight nie ma szans – zaśmiał się Erick, biorąc od niego jabłko i głośno się w nie wgryzając. Zagotowało się we mnie ze złości.

- Gotowe – oznajmił po chwili Chase

- No Greenlight, czas na ciebie – mruknął Erick podchodząc do niego z drapieżnym uśmiechem – Zobaczymy się po drugiej stronie…

- Ave caesar morituri te salutant… – mruknął Will z krzywym uśmiechem

- Och Willy…bo się zarumienię – przewrócił oczami Erick – Żegnaj Will – spoważniał nagle – Szkoda, że tak to się skończyło.

- Ty zakończyłeś to w ten sposób, Erick – Will spojrzał mu buntowniczo w oczy

Gangster nic nie odpowiedział. Żuł w zamyśleniu kawałek jabłka, a w końcu klepnął porządnie w zad narowistego ogiera. Gangsterzy, którzy go trzymali krzyknęli i zaskoczeni odskoczyli do tyłu. Pisnęłam i natychmiast zakryłam usta rękami, gdy koń pogalopował jak strzała przed siebie po ciemnych polach. Zebrałam wodze i ruszyłam za nim.

Winterknight galopował jak szalony, ale i tak miał kłopot z dogonieniem rozpędzonego ogiera. Tamten był młody, bardziej rozbrykany i nikt nie siedział mu na grzbiecie. Był rozjuszony, dziki i nieujeżdżony. Nie mam pojęcia, skąd Erick go wytrzasnął!

- William! William! – wołałam ile sił w płucach, ale blondyn nie dawał znaku życia. O ile na początku szarpał się i wyrywał, teraz po prostu się poddał. Podskakiwał jak marionetka na wyboistej drodze w zasłonie z kurzu i kłębów siana.

I co ja mam teraz zrobić?! Nikt nie przygotowuje ludzi na takie sytuacje! Nie jestem bohaterką z filmu Indianego Jones, a Will nie jest kaskaderem. Jeśli zaraz czegoś nie zrobię, on naprawdę zginie. To realna, dramatyczna walka z czasem. Niestety życie jest tym kiepskim rodzajem niskobudżetowych filmów, w których nie powtarza się scen.

- Winterknight, musimy go wyprzedzić i zatrzymać tego napaleńca! – wysapałam

Achał-tekin parsknął i przyspieszył. Widziałam, że dawał z siebie wszystko. Dyszał jak mały parowóz, a z pyska ciekła mu piana. Modliłam się w duchu, żeby oboje wytrzymali tą szaleńczą jazdę. Już prawie wyrównaliśmy się z ogierem, gdy ten niepodziewanie podskoczył, skręcił w lewo i pognał dalej. Wstrzymałam oddech. Co za…aż mi słów zabrakło! Krzyknęłam z wściekłości i pognałam za koniem. Moja cierpliwość się skończyła. Muszę znaleźć inny sposób, skoro ta bestia nie pozwoli się wyprzedzić…A gdyby tak przeciąć linę? To jest myśl! Drżącymi z emocji rękami otworzyłam torbę. Wśród ekwipunku, w który wyposażyła mnie Alex, znalazłam mały, ostry sztylet. Jak ja kocham tą dziewczynę…skąd ona wiedziała, że to mi się przyda?!

- Winterknight, musimy tam podjechać jeszcze raz. Na chwilę. Nie po to, żeby wyprzedzić, ale żeby znaleźć się jak najbliżej, rozumiesz? Teraz musi się udać – powiedziałam do niego poważnie

Ogier zastrzygł uszami i pochylił głowę, przygotowując się do „sprintu”. Zacisnęłam sztylet w lewej dłoni i również pochyliłam się do przodu. Na mój sygnał Winterknight wystartował. Pędziliśmy jak torpeda. Wiatr szumiał mi w uszach i zatykał nos. Oczy mi łzawiły, ale na szczęście mogłam zobaczyć drogę. Czułam jak moje serce łopocze mi w klatce piersiowej. Widziałam, że mam tylko jedną szansę. Teraz albo nigdy! Albo go uratuję, albo znajdę martwego, gdy ta bestia w końcu raczy się zatrzymać. Byliśmy coraz bliżej. Niespodziewanie wstrząsnął mną szloch. A co jeśli mi się nie uda?! Nie wybaczę sobie, gdyby William przeze mnie zginął. Bo to moja wina…dla mnie się tu znalazł. Dla mnie chciał zrezygnować z gangu. A ja nawet nie chciałam z nim porozmawiać…rozstaliśmy się w gniewie. Teraz może być już za późno, żeby cokolwiek naprawić. Przez łzy widziałam jego nieruchomą bladą twarz. Lana, weź się w garść! Nie możesz się teraz rozkleić! Nie możesz! Jeszcze nie teraz! Puściłam wodze i złapałam się kurczowo przedniego łęku. Próbując zdusić w sobie płacz, wychyliłam się z siodła i wyciągnęłam lewą rękę ze sztyletem. Oblał mnie zimny pot. To co teraz robiłam, zaliczało się do rzeczy szalonych  i niewątpliwie niebezpiecznych. Jeśli cokolwiek pójdzie nie tak…ja też zapłacę za to życiem. Czy jestem na to gotowa? Oczywiście, że tak! Zrobię wszystko, żeby go uratować. A teraz skup się Lana, wczuj się w role sapera…tutaj możesz tylko raz popełnić błąd.

Cierpliwie czekałam na odpowiedni moment, a gdy Winterknight zbliżył się wystarczająco blisko z dzikim okrzykiem wojennym zamachnęłam się na linę. Wszystko działo się jak w zwolnionym tempie. Lina pękła, Winterknight zatrzymał się gwałtownie, a ja spadłam w dół na brzuch. Przez chwilę nie mogłam złapać tchu. Leżałam i bałam się poruszyć. Bałam się, że jednak mi się nie udało. Wszystko mnie bolało. W końcu z trudem podniosłam się na łokciach. Ciężko dysząc rozejrzałam się w koło. Winterknight oddychał ciężko jak ryba wyjęta z wody, a Will…leżał bez tchu nieopodal mnie. Jęknęłam i przyczołgałam się do niego.

- William… – szepnęłam, pochylając się na jego ciałem – Proszę, błagam, odezwij się… – odgarnęłam włosy z jego twarzy. Wyglądał tak surrealistycznie, za spokojnie. Drżąc na całym ciele przyłożyłam ucho do jego klatki piersiowej. Zamknęłam oczy i słuchałam…słuchałam…i nic! Coś we mnie pękło. Zaczęłam krzyczeć…nawet nie wiedziałam, że potrafię tak krzyczeć. Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Po twarzy płynęły mi strumyk łez. Patrzyłam na niego i nie mogłam uwierzyć w to co widzę. – To nie może być prawda…Will! – potrząsnęłam nim – Proszę nie zostawiaj mnie! Proszę, tak dużo razem razem przeszliśmy… – przed oczami pojawiały mi się różne sceny z naszej znajomości. Nasze pierwsze spotkanie, kłótnie o Winterknighta, sytuacja, gdy oblałam go wiadrem wody, akcja podczas przedstawienia w Forcie Pint, gdy ściągał mnie z rampy, bo naprawiałam reflektor…to jak uratował mnie przed tułaczką po Głuchych Lasach, jak prawie mnie rozjechał na Moonpearl i odkryłam jego sekret, potem kąpiel w morzu na imprezie, wyznanie miłości podczas mojej 40 stopniowej gorączki…nie, nie mogę…kiedy tylko o tym pomyślałam, serce mnie bolało. Cały czas szlochając, przytuliłam się do jego klatki piersiowej. – To nie może być koniec, nie zgadzam się na to, słyszysz?! Nie zgadzam się…

- Lana! – usłyszałam krzyki Rose i Jaspera. Zatrzymali się obok i szybko uklękli przy Willu.

- Nie mów mi, że… – zaczął kuzynek, ale ja nie odpowiedziałam tylko zapłakałam głośniej

- Odsuń się – odepchnęłam mnie Rose.

- Co robisz?! – krzyknęłam, ale Rose powstrzymała mnie gestem

Przyłożyła ucho do klatki piersiowej i złapała za jego nadgarstek. Ja i Jasper siedzieliśmy w milczeniu i patrzyliśmy się z napięciem na jej skupioną twarz. Jasper objął mnie mnie ramionami, a ja zrozumiałam, że cała się trzęsę jak w delirium.

- Żyje…ale ma tak słaby puls, że nie wiem, jak długo… – pokręciła głową Rose

- Musimy go zawieźć do szpitala – stwierdziłam

- To za daleko. Nawet nie mamy czym go tam zawieźć – Rose ze zdenerwowania potarła czoło

- Musimy go gdzieś przewieźć! On nie może tu zostać! Ktoś musi mu pomóc! – zdenerwowałam się – Gdzie my w ogóle jesteśmy?! – rozejrzałam się oszołomiona

- Blisko Srebrnej Polany – mruknął Jasper

- W takim razie weźmiemy go do domu – zdecydowałam

- Czyjego domu? – zmarszczyła brwi Rose

- Jego domu! – warknęłam

- Naprawdę myślisz, że to dobry pomysł? – wytrzeszczyła na mnie oczy Rose

- W tej sytuacji, nic innego nie przychodzi mi do głowy – dotknęłam ostrożnie Willa – Lucasa na pewno nie ma w domu, nie będzie nam zadawał zbędnych pytań. Potem któreś z nas pojedzie po lekarza.

- Wszystko super, ale jak go przetransportujemy do gospodarstwa Greenlightów? – Rosie wytarła ręce w spodnie i wstała

- Może to się nada? – nieoczekiwanie Jasper przyciągnął wielką taczkę, którą jeden z rolników musiał zostawić na polu – To nie limuzyna ani ambulans, ale zawsze coś…

- Jesteś genialny! – cmoknęłam go w czoło – Szybko, pomóżcie mi go przełożyć…

- Ostrożnie, pewnie ma połamane kości… – zacmokała Rose

Wspólnymi siłami w końcu władowaliśmy go na taczkę i ruszyliśmy w stronę Srebrnej Polany. Przez całą drogę trzymałam Willa za rękę i kontrolowałam jego puls. Na szczęście dom Greenlightów był umieszczony na drodze oddalonej od centrum miasteczka, więc uniknęliśmy ciekawskich spojrzeń. Furtka jak zwykle była otwarta, więc bez problemu wtoczyliśmy się na teren gospodarstwa. Wnętrze domu pachniało tak jak poprzednio alkoholem, papierosami i moczem. Tym razem na podłodze było jednak mniej butelek, ale z kolei w każdym kącie rozrzucone były pety.

- Aż dziwne, że ta chałupa jeszcze nie spłonęła – zmarszczyła nos

Moi przyjaciele byli tu chyba pierwszy raz, ponieważ na ich twarzach malował się szok, gdy oglądali zaniedbane wnętrze domu. Nie dziwię im się, bo moja reakcja była identyczna, gdy pierwszy raz tu przyszłam.

- Tam jest łóżko…położyłymy go i… – mruknęłam, przesuwając głośno stół, żeby taczka się zmieściła

- Co jest?! – nagle z podłogi zerwał się na wpół przytomny właściciel domu. Cała nasza trójka mimowolnie pisnęła. Pan Greenlight wyglądał jeszcze gorzej niż ostatnio. Gdybym nie wiedziała, że ktoś może tu mieszkać, pomyślałabym, że to yeti. Zarośnięty, brudny, śmierdzący. Wrak człowieka. – Co to ma znaczyć?! – krzyknął znowu, gdy żadne z nas nie odpowiedziało – Co wy sobie myślicie?! Durne bachory…głupich żartów wam się zachciało?! Chcieliście mnie okraść?! A może wywieźć na taczce! – kiwnął głową na stojąca w przejściu taczkę

- Panie Greenlight… – przełknęła ślinę Rose

- Wynocha stąd! Już was tu nie ma! – krzyknął i ruszył do nas chwiejnym krokiem

- Lucas! – krzyknęłam wściekła, a pan Greenlight przystanął oszołomiony i złapał się krawędzi stołu. Spojrzał na mnie i zamrugał oczami

- Charlie…nie, nie Lana…a jeden pies! Obie czarownice – zaśmiał się głupkowato i przetarł oczy – Czego chcesz?! Chyba miałaś tu nie przychodzić!

- Przywieźliśmy pana syna! – syknęłam – Jest w ciężkim stanie. Może nie przeżyć! Musimy go opatrzyć!

- Mojego…syna?! – czknął zdziwiony

- Tak, tak, owszem! Ma pan syna! Nazywa się William Greenlight, a pan zapomniał o jego istnieniu osiem lat temu! – mówiłam z pasją, idąc w jego stronę -  Ale wie pan co? On żył przez te wszystkie lata, zostawiony sam sobie, bez dachu nad głową i ojca. Nigdy, przenigdy nie naprawi pan tych wszystkich krzywd, które mu pan wyrządził, ale teraz William umiera. Jest pan najgorszym ojcem roku, ale jeśli chce się pan na cokolwiek przydać, to niech pan się odsunie i pozwoli nam go ratować!

- Ale co się stało…Will… – Lucas złapał się za głowę i spojrzał mi przez ramię. Dopiero teraz zobaczył, że na taczce ktoś leży. Przeszłam obok niego, nie zaszczycając go spojrzeniem.

- Rose, kładź go na łóżku – zarządziłam. Wystraszona przyjaciółka natychmiast wykonała moje polecenie i razem ułożyłyśmy Willa na stosunkowo czystym materacu. – Jak to wygląda? – zapytałam, gdy Rosie delikatnie odwróciła go na brzuch. Naszym oczom ukazała się skóra zdarta do krwi. W niektórych miejscach materiał z koszulki zmieszał się z krwią i wtopił się w ranę. Wzięłam głęboki oddech i zamknęłam oczy. Zrobiło mi się słabo.

- Chwileczkę! Niech ktoś mi powie, co tu się dzieje! – Lucas szarpnął mnie za rękę, a ja zatoczyłam się do tyłu

- William jest ranny! Widzi pan jak to wygląda?!

- Ale…kiedy…jak… – jąkał

- Miał wypadek! Wystarczy?! – wyszarpnęłam się

- Nikt nie będzie na mnie krzyczał w moim własnym domu! – Lucas zamachnął się na mnie, ale Jasper złapał go za rękę

- Ona uratowała mu życie! – krzyknął – Jeśli pan nie pozwoli nam działać, wszystko pójdzie na marne!

- Ale jak to się mogło stać?! – jęknął Lucas

- To pana wina! Wszystko pana wina! – zawołałam

- W tym momencie to nie ważne, czyja to wina! – przerwała nam Rose – On potrzebuje lekarza. Natychmiast!

- A może panna Kate? – zasugerował Jasper

- Tak, jest szansa, że dziś została na noc w klinice – przygryzła wargę Rose

- Pojadę po nią – zaoferował się Jasper

- Dobrze, ja i Lana oczyścimy rany – skinęła głową moja przyjaciółka, a kuzynek wybiegł z chatki

- A my co zrobimy? – zamrugałam oszołomiona

- Oczyścimy rany, żeby nie wdało się zakażenie – mruknąła Rose, wiążąc włosy

- Rose…ja zemdleję, jeśli każesz mi na to patrzeć – przełknęłam ślinę

- Nie zemdlejesz. Robisz to dla Willa, pamiętaj – ścisnęła moje ramię – Panie Greenlight, potrzebujemy gorącej wody i jakiejś czystej…szmatki – mruknęła niepewnie Rose

- Tu nie znajdziesz nic czystego – prychnęłam i pod wpływem impulsu zdjęłam bluzę po czym rozdarłam rękaw starej piżamy. – A co do wody…

- Zobaczę, co da się zrobić – powiedział Lucas. Wziął ze stołu rondelek i wyszedł szybkim, chwiejnym krokiem z domu.

- Gdzie on poszedł? – zmarszczyła brwi Rose

- Pewnie do studni…

- Dobra, nie ważne. Musimy zdezynfekować ręce…

- Czym? To na pewno nie są sterylne warunki…

- Spirytus powinien wystarczyć – powiedziała Rosie, grzebiąc w szafce pod zlewem. Szybko znalazła to czego chciała i odkaziła tym ręce, po czym kazała zrobić mi to samo. Lucas po chwili wrócił z rondelkiem wody i podgrzał ją na przenośnej, turystycznej kuchence. Rose kazał mu iść do studni po większą ilość wody, zagotować ją, wlać do miski i wyprać kilka prześcieradeł. O dziwo, Lucas nie protestował.

- Chodź tu Lana i patrz co robię – instruowała mnie – Bierzesz ściereczkę, moczysz w wodzie i delikatnie przecierasz…o tak…

- A ty? – zapytałam słabym głosem, walcząc sama ze sobą

- Ja będę odrywała tkaninę…więc staraj się nie patrzeć na to co robię, po prostu wycieraj krew i brud.

Zacisnęłam usta i nic nie odpowiedziałam. Na szczęście William był nieprzytomny i nie mógł krzyczeć, a jestem pewna, że to by go bardzo bolało. Lucas już się nie awanturował. Siedział cicho jak mysz pod miotłą. Przysunął do nas zniszczone krzesło, usiadł na nim i patrzył się z nieodgadnionym wyrazem twarzy na nieprzytomnego, pokaleczonego syna. Rose sprawnie wykonywała swoje zdanie, a ja po jakimś czasie nie miałam już mroczków przed oczami. Starałam się nie myśleć o tym, że mam ręce całe w krwi, a woda w rondelku jest cała czerwona. Myślałam tylko o Willu i o tym, żeby przeżył. W końcu do chatki Greenlighta przybyła panna Kate. Na widok Will wciągnęła z sykiem powietrze.

- Odsuńcie się dziewczyny, dajcie mi go zobaczyć – powiedziała spokojnym, profesjonalnym tonem

Rose musiała mi pomóc wstać z kolan, bo ledwo się trzymałam na nogach. Kate obejrzała rany, wyjęła coś ze swojej wielkiej torby i wylała specyfik na gazę, po czym przyłożyła ją do pleców Williama.

- Dobra robota dziewczyny, bardzo ładnie oczyściłyście rany – pochwaliła nas

- Czy on przeżyje? – zapytałam przez ściśnięte gardło

- Nie mogę ci nic obiecać Lana… – Kate pokręciła ze smutkiem głową – Musimy go przewieźć do szpitala, żeby wykonać badania. Pewnie ma wstrząśnienie mózgu, połamanych kilka żeber, mam nadzieję, że wszystkie narządy wewnątrz są w porządku…

- Kate, ja…

- Spokojnie Lana, Jasper wszystko mi opowiedział – skinęła głową na znak, że rozumie, co się wydarzyło – Panie Greenlight, muszę zabrać pana syna do szpitala – zwróciła się niechętnie do Lucasa

- Co? Tak, oczywiście… – wymamrotał gospodarz

- Zabandażuję go, a potem pomożecie mi go przenieść na wóz, dobrze? Pojadę z nim od razu do Jarlaheim.

- Pojadę z panią! – pisnęłam

- Nie, wykluczone. Jesteś ledwo żywa Lana. Musisz odpocząć.

- Ale panno Kate…

- Doskonale cię rozumiem, byłam w takie sytuacji, pamiętasz? – złapała mnie za ręce – Dlatego wiem z doświadczenia, że musisz odpocząć. Ja się zajmę Williamem. Zostanę tam. Obiecuję. Ty przyjedziesz jak tylko porządnie się wyśpisz.

- Dobrze… – zgodziłam się niechętnie

- A wy oczywiście tego dopilnujecie – spojrzała na Jaspera i Rose

- Tak jest! – zasalutowali, uśmiechając się lekko

- Bierzmy się do roboty… – powiedziała Kate, zakładając rękawiczki

Lekarka szybko i profesjonalnie założyła opatrunki na jego plecy, dała mu zastrzyk przeciw tężcowy i z naszą pomocą ostrożnie ułożyła go na wozie. Przykryła go kocem, a ja ułożyłam jego głowę na mojej bluzie.

- Będzie dobrze Lana. Will przeżyje. – pocieszała mnie Kate

- Chcę w to wierzyć… – szepnęłam, a po moim policzku spłynęła niechciana łza

- On jest silny tak jak ty. Przeżyje i wróci do ciebie – mrugnęła do mnie i pogoniła konie. Zostaliśmy sami. Rose i Jasper przytulili mnie.

- Jedziemy do Moorland? – zapytała Rose

- Chyba tak…nie mam zamiaru tu zostać – spojrzałam z obrzydzeniem na chatkę. Pan Greenlight został tam sam na krześle jak zahipnotyzowany. Nie miałam zamiaru go budzić z tego transu.

Byłam tak zmęczona, że nawet nie pamiętam jak wróciłam do domu. Wszyscy spali. Po cichu wdrapaliśmy się na piętro. Już miałam wejść do pokoju, gdy odwróciłam się w drzwiach.

- Proszę, nie zostawiajcie mnie…nie wytrzymam tu sama ze sobą – szepnęłam, załamującym się głosem

Jasper i Rose uśmiechnęli się smutno i skinęli głowami. Team Lany zawsze trzyma się razem. Oni też byli wykończeni. Bez słowa położyliśmy się na moim wielkim łóżku i zasnęliśmy jak kamień. Czułam jak cała adrenalina, lęk i niepewność ze mnie schodzi. Tylko my na całej wyspie wiedzieliśmy, co się stało tej nocy. Tylko moje Golden Trio mogło mnie teraz uspokoić i dać otuchę. A tego teraz najbardziej potrzebowałam. Starałam się też odgonić myśl, że Will może…Nie, nie myśl o tym Lana. Po prostu śpij. Sen jest lekarstwem na wszystko.

***

Poranek przyszedł za szybko i zdecydowanie nie należał do moich ulubionych. Bolały mnie wszystkie kości po upadku z konia, a to od razu przypomniało mi o Willu, który w ciężkim stanie wylądował w szpitalu. Natychmiast podniosłam się do pozycji siedzącej i syknęłam z bólu. Rose i Jasper, którzy spali obok mnie poruszyli się nie spokojnie.

- Która godzina? – ziewnął Jasper

- Zdecydowanie za wcześnie – jęknęła Rose – Śpij dalej… – mruknęła, próbując mnie znowu położyć

- Nie mogę spać, już nie jestem zmęczona – odparłam sucho

- Chcesz do niego jechać? – Rose otworzyła jedno oko

- Tak! – odgarnęłam koc

- Czekaj, czekaj, spokojnie… – Jasper i Rose złapali mnie za ręce i zmusili, żebym znowu się położyła – Państwo Hofferowie jeszcze nic nie wiedzą.

- I lepiej, żeby się nie dowiedzieli – westchnęłam, przecierając twarz

- Prędzej czy później się dowiedzą – wzruszył ramionami Jasper, nie otwierając oczu

- Taak…ale lepiej, żeby dowiedzieli się później i nie myśleli, że my braliśmy w tym udział – odparłam po chwili namysłu

- To znaczy, że chcesz udawać, że wszystko jest w porządku? – zapytała Rose

- To chyba najlepsze wyjście.

- W takim razie musisz się uspokoić – mruknęła – Jeśli zejdziesz na dół cała w nerwach i w pośpiechu zjesz marnego tosta, na pewno zaczną podejrzewać, że coś się stało.

- Po prostu zachowuj się jak zwykła Lana – dodał Jasper – Zejdź późno na śniadanie, pokłóć się z Tori…i przebierz się, bo twoja piżama jest cała we krwi. Będziesz wyglądała jak bohaterka filmu o zombie.

- Wszyscy musimy umyć się i przebrać – spojrzałam na nich – Potem zjemy śniadanie i pojedziemy do Jarlaheim. Oczywiście, jeśli chcecie jechać ze mną…

- Nie zostawimy cię, Lana – poklepała mnie po twarzy Rose (nie miała jeszcze okularów na nosie)

- Wiem, dziękuję – uśmiechnęłam się do nich – Za to, że u mnie spaliście też dziękuję.

- Ostatni raz, masz strasznie niewygodne łóżko. Sprężyna całą noc wbijała mi się w plecy – burczał Jasper

- Dziwne, spałeś jak kamień – zauważyłam

- I chrapałeś! – zawtórowała Rose

- Wychodzę i nie wiem kiedy wrócę! – kuzynek udał obrażonego i majestatycznym krokiem wyszedł z mojego pokoju, przeciągając się i ziewając

Ja i Rose jednocześnie zaczęłyśmy chichotać. Dobrze jest mieć kogoś młodszego w grupie przyjaciół, bo zawsze można sobie pożartować.

Na śniadaniu starałam się zachowywać jak gdyby nigdy nic, a było to bardzo trudne. Chciałam być już w drodze do szpitala. Ciocia wcale nie zdziwiła się, że Rose u mnie nocowała, a ja dla zapewnienia jej alibi powiedziałam, że po prostu się zasiedziałyśmy. Cały czas gorączkowo myślałam nad tym, jak uciec od stołu.

- Muszę dziś jechać do Jarlaheim, bo baronowa prosiła mnie, żebym załatwiła dla niej pewną sprawę związaną z zawodami. Jedziecie ze mną? – zwróciłam się do Jaspera i Rose, którzy ochoczo przytaknęli

- Jaką sprawę? – zainteresował się wujek

- I dlaczego ty musisz to załatwiać? – zmartwiła się ciocia

- W końcu wciąż u niej pracuję – wzruszyłam ramionami – To nic wielkiego…mam po prostu podrzucić listę gości. – kłamałam jak z nut. Ciocia i wujek na szczęście łyknęli haczyk, ale Tori patrzyła się na nas podejrzliwie przez resztę śniadania. W końcu nie mogłam wytrzymać jej świdrującego spojrzenia i wstałam od stołu.

- Chodźcie, musimy się pośpieszyć, bo mam jeszcze pracę do zrobienia w Winnicach – odstawiłam szybko swój talerzyk do zlewu

- A od kiedy ty mówisz nam, gdzie jedziesz? – zapytała prowokacyjnie Tori, obracając w dłoni nożyk

- Raz nie zawsze – zmarszczyłam brwi

- To to ciebie nie podobne – skrzywiła się Tori – Wbrew twojej naturze…

- Może chcę się zmienić? – zasugerowałam – A poza tym, jeśli ciocia potrzebuje czegoś z Jaralaheim mogę to przy okazji przywieźć.

- Nie dziękuję, na razie nic nie potrzebuję – odparła spokojnie ciocia, ale i ona zaczęła mi się podejrzanie przyglądać

- A ja w sumie to bym skorzystał – powiedział wesoło wujek, jak zwykle nic nie podejrzewając – Odebrałabyś dla mnie haczyki ze sklepu wędkarskiego Berthy’ego?

- Jasna sprawa wujku – wyszczerzyłam się

- No i to mi się podoba – uśmiechnął się wujek i wrócił do swojej gazety

- Chodźcie, mamy misję. Musimy odebrać haczyki – powiedziałam do Rose i Jaspera, starając się nie wybuchnąć śmiechem

Wyszliśmy spokojnie i skierowaliśmy się do stajni. Dopiero tam mogliśmy się śmiać z całej tej sytuacji. Tym razem Jasper postanowił wziąć rower, żeby nasza wycieczka wyglądała bardziej jak wycieczka. Martwiłam się, że kuzynek będzie nas spowalniał, ale okazało się, że może nadążyć za naszym energicznym kłusem. Podczas drogi prawie nie rozmawialiśmy, a czym bliżej szpitala tym bardziej się denerwowałam. W końcu dojechaliśmy na miejsce. Kate tak jak mi obiecała była na miejscu. Siedziała w korytarzu z kubkiem kawy i podkrążonymi oczami.

- Jak on się czuje? – zapytałam od razu

- Spokojnie…zrobili mu wszystkie badania – westchnęła ciężko Kate

- Będzie żył? – zapytałam z nosem przyklejonym do szyby

- Cóż, sytuacja nie wygląda różowo… – skrzyżowała ręce – Ma wstrząs mózgu, pęknięte dwa żebra, zwichnięty bark…nie mówiąc już o licznych ranach. Na szczęście nie ma obrażeń wewnętrznych.

- Dlaczego jego serce tak wolno bije? – patrzyłam z przerażeniem na aparaturę, która pokazywała jego słaby puls

- Lana… – czułam jak lekarka kładzie mi ręce na ramionach – William bardzo dużo przeszedł. To cud, że żyje. Zanim się zregeneruje to trochę potrwa. Na razie lekarze wprowadzili go w stan śpiączki.

- William jest w śpiączce?! – spojrzałam na nią

- Tak kochanie, ale to dla jego dobra…gdyby się teraz obudził, bardzo by cierpiał – usiadła na krześle i przyciągnęła mnie do siebie

- Kate, mogę mu jakoś pomóc? – czułam, że do oczu cisną mi się łzy

- Zrobiłaś już wszystko, co mogłaś. Teraz musimy czekać – pogłaskała mnie po głowie – Spałaś?

- Tak, trochę tak – westchnęłam ciężko – A ty? O matko, przepraszam cię…w ogóle o to nie zapytałam. Siedziałaś tu całą noc? A co z kliniką?

- Obiecałam, że przy nim posiedzę, więc zostałam, ale nie przejmuj się. Byłam w domu. Anastasia i Chris wiedzą o wszystkim i wezmą dziś mój dyżur. Ana przywiozła mi niedawno śniadanie – kiwnęła na pudełko i termos – Nie martw się o mnie.

- Dziękuję Kate, naprawdę. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła – przytuliłam ją mocno

- Powiedzmy, że ja tobie też wiele zawdzięczam – mrugnęła do mnie

- Mogę do niego na chwilę wejść? – przełknęłam ślinę i spojrzałam się kątem oka na Rose i Jaspera, którzy nieśmiało do nas podeszli

- Myślę, że na chwilę tak – uśmiechnęła się smutno Kate – ale nie na długo. Pielęgniarka zaraz tu przyjdzie na obchód.

Spojrzałam na moich przyjaciół, którzy pokiwali bez słowa głowami. Wzięłam głęboki oddech i powoli otworzyłam drzwi do sali. W środku było cicho i pachniało szpitalnymi środkami do odkażania. Tylko ciche, powolne pikanie aparatury pozwalało mi myśleć, że to wszystko dzieje się naprawdę. Jak w transie podeszłam do łóżka Willi i przysunęłam sobie taboret. Wyglądał strasznie…na czole i brzuchu miał szeroki bandaż, jedną rękę w gipsie. W tym momencie był taki bezbronny, bezsilny…i gdzie się podział ten groźny gangster, którego poznałam? Drżącymi rękami wzięłam jego chłodną, wilgotną dłoń. Wiedziałam, że nie mogę z nim porozmawiać, ale tak bardzo chciałam mu powiedzieć, że już się na niego nie gniewam, że już wszystko jest dobrze, żeby tylko do mnie wrócił.

- Will… – szepnęłam – Will, tak strasznie mi przykro. Nie chciałam, że to się stało. Nigdy nie przypuszczałam, że do tego dojdzie. Tak bardzo chciałabym z tobą teraz porozmawiać i wyjaśnić… – zobaczyłam, że na jego dłoń kapią moje łzy. Nie potrafiłam ich zatrzymać. Starłam je kciukiem. – Wiesz, pewnie mnie nie słyszysz, ale…chcę, żebyś wiedział, że ja ci wybaczyłam. Dawno ci wybaczyłam. Po prostu byłam zła, kiedy zobaczyłam cię z Cataliną. Czułam się zdradzona, oszukana, ale to nie zmienia tego, co do ciebie czuję…mógłbyś mnie nawet zdradzić, ale to nie zmieni tego, że cie kocham. Nie można przestać kogoś kochać, bez względu na to, co zrobi. To jest właśnie wada tej całej miłości… – zaśmiałam się gorzko, pociągając nosem – Oczywiście wiem, że mnie nie zdradziłeś i padłeś ofiarą głupiego planu Cataliny. Wszystko już wiem Will. Proszę cię, wróć do mnie. Nie chcę się z tobą rozstawać w gniewie…chcę jeszcze raz z tobą porozmawiać, usłyszeć twój głos, zobaczyć twoje oczy, poczuć siłę twoich ramion, kiedy mnie przytulasz… – wstałam i pochyliłam się nad nim, cały czas trzymając jego dłoń. Przygryzłam wargę i dotknęłam ostrożnie jego zimnego policzka – Błagam cie William…bez ciebie to nie ma sensu… – szepnęłam ściśniętym z emocji głosem. Serce rozdzierało mi się na kawałki, gdy na niego patrzyłam. Pod wpływem impulsu pochyliłam się i delikatnie musnęłam jego usta swoimi.

Nagle stało się coś dziwnego. Serce Williama zaczęło bić niebezpiecznie szybko. Aparatura zaczęła piszczeć. Oblał mnie zimny pot.

- Co się dzieje?! – krzyknęłam

Do sali wpadł lekarz i dwie pielęgniarki. Odsunęli mnie natychmiast od pacjenta.

- Migotanie komór! – zawołała jedna z pielęgniarek

- Zestaw do masażu serca! Tracimy go! – krzyknął lekarz

- Niech pani ją stąd zabierze! – zawołała druga pielęgniarka, wypychając mnie z sali

- Co?! Nie! Ja muszę zostać! – zaprotestowałam

- Lana, uspokój się, dajmy im pracować… – Kate złapała mnie za ramiona

- Nie! Co z Willem?! – szarpałam się

- Ratują go, poczekaj, proszę…

W momencie gdy pielęgniarka wypchnęła mnie z sali, aparatura zatrzymała się i wydała z siebie głuchy, przeciągły dźwięk. Brak pulsu.

- NIE! – rozpłakałam się – WILL!

- Wychodzimy, natychmiast! – Kate, Rose i Jasper na siłę wyciągnęli mnie ze szpitala na zewnątrz – Oddychaj Lana, oddychaj! – krzyczała mi do ucha Rose, bo chyba naprawdę zapomniałam, jak się to robi

- Czy on…czy on… – jąkałam

- Uratują go, rozumiesz? – Kate ukucnęła obok mnie – Uratują go…

- Ale ta aparatura… – jęknęłam

- Czasem tak się dzieje – lekarka szybko pocierała moje ramiona – ale zaraz go z tego wyciągną. Greenlight ma silne serce.

- Nie mogę….muszę się przewietrzyć… – wzięłam głęboki wdech

- Powinnaś trochę pojeździć Lana, nie możesz tu tak siedzieć, bo się wykończysz – stwierdziła Kate

- Tak Lana, pogalopuj trochę po dolinach. To cię na pewno odpręży – zawtórowała Rose

- Wątpię, ale przynajmniej odciągnie od  czarnych myśli…

- Właśnie o to chodzi. Jedź – poklepała mnie Kate – Ja tam wrócę i wszystkiego przypilnuję.

- A jeśli on… – spojrzałam na nią

- Nie umrze Lana – powiedziała z mocą Kate i zniknęła w szpitalu

Przełknęłam gorzkie łzy i bez słowa ruszyłam w stronę Winterknighta.

- Gdzie jedziesz, Lana? – Jasper i Rose szybko mnie dogonili

- Nie wiem… – wzruszyłam ramionami

- W porządku, możemy się tak po prostu powłóczyć…

- Mogę jechać sama? – spojrzałam na nich przepraszająco – Proszę, nic sobie nie zrobię…obiecuję.

Rose i Jasper spojrzeli się na siebie i niepewnie skinęli głowami. Wsiadłam na Winterknighta.

- Spotkamy się na kolacji? – zawołała jeszcze Rosie

- Może… – mruknęłam i zebrałam wodze

Galopowałam dłuższy czas bez celu. Czułam wiatr we włosach i ciepłe pomienia słońca na twarzy. Wybierałam trudne szlaki, gdzie trzeba było się skoncentrować i uważać na przeszkody. Potrzebowałam się zmęczyć i zapomnieć. W końcu cała ubłocona i zakurzona zwolniłam i po piątym zaliczeniu „trasy śmierci” skierowałam się w stronę Srebrnej Polany. Nie chciałam wykończyć Winterknighta, a wczoraj mój dzielny rumak też się sporo najeździł. Zasłużył na odpoczynek. Przejeżdżając obok gospodarstwa Greenlightów zauważyłam rower mojego kuzynka oparty o płot. Zaciekawiona przystanęłam i rozejrzałam się. Co on tu robi? Poszedł kłócić się z Lucasem? A może z Williem jest gorzej? Przerażona zeskoczyłam na ziemię i pobiegłam do chatki. Ku mojemu zdziwieniu w środku nikogo nie było. Coraz bardziej spanikowana wyszłam na zewnątrz i okrążyłam dom. Okazało się, że Jasper wyprowadził konie Greenlighta na trawę i zadowolony czesał jednego z nich.

- Jasper? Co ty tu robisz? – wytrzeszczyłam oczy

- Och Lana…tak myślałem, że w końcu tu przyjedziesz – uśmiechnął się

- Zwariowałeś? Lucas cię zabije za to, że wypuściłeś te konie…

- Nie zabije… – usłyszałam głuche mruknięcie. Dopiero teraz zobaczyłam, że gospodarz domu siedzi pod oknem. Lucas miał przekrwione oczy, co świadczyło o tym, że w ogóle nie spał i palił papierosa. Jego ręce trzęsły się. Zmrużyłam oczy, patrząc na niego. – Spokojnie, nie zrobię wam krzywdy – prychnął

- Wczoraj pojechałem na tym koniu po pannę Kate – wtrącił Jasper – Przyjechałem dzisiaj i przyniosłem mu coś do jedzenia, bo żal mi się zrobiło tego chuderlaka, a pan Greenlight pozwolił mi wypuścić ze stajni wszystkie konie i je oporządzić.

- Tak? – zdziwiłam się

- Lubią go – wzruszył ramionami Lucas – a mnie nie cierpią.

- Nie dziwię się. Konie to mądre zwierzęta. Pamiętają wszystko, co im pan zrobił – burknęłam – W Los Angeles Towarzystwo Przyjaciół Zwierząt dawno by pana zlinczowało.

- Dlatego właśnie pozwoliłem, żeby twój kuzyn się nimi zajął – warknął Lucas – Niech mają coś od życia.

- To naprawdę świetne konie…tylko trochę zaniedbane – powiedział Jasper

- Ten, którego czeszesz nazywa się Fallen Angel. Will tak go nazwał, gdy był mały… – potarł nos Lucas, a na jego ustach pojawiło się coś na kształt krzywego uśmiechu. Zamrugałam zdziwiona. Czy to możliwe, że Lucas zachowuje się tak normalnie?

- Jest śliczny i bardzo dobrze jeździ. Ma równy chód – pochwalił go kuzynek

- Więc weź go. Jest twój.

- Poważnie? – wytrzeszczył na niego oczy Jasper

- Tak, ty na pewno lepiej się nim zajmiesz. Przynajmniej nie będzie się tu marnował. Zresztą od razu cię polubił.

- Czemu pan to robi? – skrzyżowałam ręce

- Co takiego? – burknął

- Czemu jest pan miły? – przewróciłam oczami

- Jak się czuje William? – odpowiedział mi pytaniem

- Jest w śpiączce – chrząknęłam zmieszana. Lucas pokiwał w zamyśleniu głową

- I tak ci dziękuję. Uratowałaś mu życie…pewnie nie raz zresztą.

- Powiedzmy, że jesteśmy z Willem kwita – uśmiechnęłam się pod nosem – On też pomógł mi wiele razy.

- Dziękuję, że się o niego troszczysz, Lano – spojrzał na mnie poważnie – Gdyby nie ty…nie miałbym już nikogo na tym świecie…przepraszam cię, za wszystko – ostatnie słowa powiedział tak cicho, że prawie ich nie usłyszałam. Mimo to zrozumiałam ich sens. Lucas Greenlight wreszcie przypomniał sobie, że ma jeszcze syna. Być może widząc umierającego Willa, coś do niego trafiło. Uśmiechnęłam się pogodnie, patrząc się na Lucasa, który z zamkniętymi oczami wystawił twarz do słońca. Biedny, samotny, zagubiony człowiek…może właśnie dostał szansę, żeby zacząć wszystko od nowa. Często drastyczne sytuacje zmieniają całkowicie podejście człowieka do pewnych spraw. Mam nadzieję, że i tym razem tak się stanie, a akt łaski dla zaniedbanych koni jest początkiem tych dobrych zmian…

***

Długo biłam się z myślami aż w końcu postanowiłam zaryzykować. Pojechałam do domu Jackoba. Siedział na ganku i strugał jakieś narzędzia. Szło mu to szybko i zwinnie, jakby został stworzony do takiej pracy. Kiedy pojawiłam się na polanie od razu przerwał pracę. Nie wyglądał na zdziwionego moim nagłym pojawieniem się. Być może przeczuwał, że przyjadę.

- Jackob… – zeszłam z konia i wspięłam się powoli na schody – Wiesz, co się stało, prawda?

- Podejrzewam, że coś okropnego, skoro tu przyjechałaś – mruknął, odkładając swoją pracę. Jego ostry ton ukłuł mnie w serce.

- Jackob, posłuchaj. Nie mam do kogo z tym pójść. Alex jeszcze nie wróciła, nie mogę prosić o to Angusa, tylko ty możesz mi pomóc… – wyrzuciłam na jednym tchu

- Co się stało? – podszedł bliżej, patrząc mi w oczy. Wytrzymałam jego wzrok.

- Dobrze wiesz, co – przełknęłam ślinę – William jest w szpitalu. Może tego nie przeżyć.

- Lana, tak mi przykro…ale nie rozumiem, czego ode mnie oczekujesz – pokręcił głową

- Potrafisz mu pomóc, wiem o tym. Jesteś Indianinem. Możesz poprosić wielkiego ducha czy kogoś innego, żeby mu pomógł.

- Nie jestem pewny, czy to tak działa – zmarszczył brwi – On nie jest jednym z nas.

- Jackob! – złapałam go za koszulę – Błagam! Jesteś moją ostatnią nadzieją! Jeśli on umrze…to będzie koniec, rozumiesz!? Koniec! – rozpłakałam się

- Cálmate, querida. /Spokojnie, kochanie/ – Jackob przytulił mnie do siebie – Bardzo chciałbym mu pomóc, ale nie potrafię.

- Kłamiesz! Jesteś zazdrosny, bo wybrałam jego, a nie ciebie. – odsunęłam się od niego

- Naprawdę tak źle o mnie myślisz? – przekrzywił głowę i zmarszczył brwi – Myślisz, że spokojnie patrzyłbym jak umiera, gdybym umiał mu pomóc?

Zacisnęłam usta, żeby nie krzyknąć. Już sama nie wiedziałam, co mam myśleć.

- Przepraszam – wykrztusiłam w końcu – Po prostu chcę coś zrobić, nie stać tak bezczynnie z założonymi rękami…muszę mu jakoś pomóc. Myślałam, że skoro Alex i Elizabeth nie ma, to może ty…

- Nie potrafię – powiedział cicho, nie patrząc mi w oczy

- Dice la verdad . Él no puede hacer eso . /On mówi prawdę. Nie potrafi tego zrobić/ – zanim zdążyłam się odezwać, na ganku pojawiła się pani Sanchez

- Lo siento. Que no debería …/ Przepraszam. Nie powinnam…/ – zaczęłam się wycofywać

- Puedo hacerlo . Puedo ayudarle. /Ja potrafię to zrobić. Mogę ci pomóc./ – przerwała mi Indianka

- Lo haces? ¿Por qué?/ Zrobi to pani? Dlaczego?/ – moje serce zabiło szybciej

- Veo que usted tiene intenciones sinceras. Te encanta ese chico. /Widzę, że masz szczere intencje. Kochasz tego chłopaka./ El Gran Espíritu se enfadará si usted no ayuda./ Wielki Duch będzie zły, jeśli ci nie pomogę/

- Muchas gracias – wzruszona podbiegłam do kobiety i przytuliłam ją mocno

- Me salvaste la familia. Pago de la deuda./ Uratowałaś moją rodzinę. Spłacam dług/ – szepnęła mi do ucha i pogłaskała mnie po głowie

- Muchas gracias – powtórzyłam szczęśliwa. Dzięki niej pierwszy raz poczułam, że ta historia może mieć szczęśliwy finał…

***

Słońce już zachodziło, gdy zdecydowałam się przyjechać do starego Earla. Nie zdziwiłam się, gdy zastałam tam resztę moich przyjaciół. Siedzieli wokół ogniska z marsowymi minami i patrzyli się tępo w płomienie. Earl wyglądał trochę jak Jack Sparrow, który topi smutki w rumie po utracie Czarnej Perły. Reszta idealnie nadawała się na jego kompanów.

- Ahoj – mruknęłam ponuro. Przyjaciele spojrzeli się na mnie smutno. Nawet nie pytali się gdzie byłam. Earl posunął się na swoim pieńku i poklepał miejsce obok siebie.

- Chodź dziecku, niech cię uściskam…

Bez sprzeciwu usiadłam obok staruszku i pozwoliłam, żeby objął mnie swoim ramieniem. Był dla mnie jak kochany dziadek, którego nigdy nie miałam. Wiedziałam, że rozumie, co przeżywam. On też bardzo zżył się z Willem. Pociągnęłam nosem i otarłam łzy, które spływały mi po policzku. Nikt nic nie mówił, nikt się na mnie nie patrzył.

- Co z Willem? Kate coś mówiła? – zapytałam po chwili

- Przywrócili mu akcję serce, ale nadal jest bardzo słaby…kolejna taka akcja może go zabić – powiedziała ponuro Rose, a ja zamknęłam oczy

- Hej, tylko mi się tu nie rozklejaj mała. Twój Romeo jeszcze żyje – potrząsnął mną Earl

- Hehe bardzo dobre porównanie – parsknęłam – Jeśli on skończy jak Romeo to ja będę Julią…

- Ani mi się waż! Nawet tak nie mów! – natychmiast wszyscy zaczęli krzyczeć

- Musimy myśleć pozytywnie, wszystko będzie dobrze – powiedziała pojednawczo Ana. Pokiwaliśmy głowami, ale znowu zapadła cisza.

- Nie, nie mogę, zaraz tu zwariuję – jęknęłam – Mówcie coś, błagam… – złapałam się za głowę

- Tak, tak, trzeba się jakoś rozruszać. To jeszcze nie stypa – mruknął Earl – Ty, Czarna Głowo, wziąłeś ze sobą gitarę?

- Czarny Wilku… – westchnął Jackob. Chyba musiał się przyzwyczaić, że wszyscy przekręcają jego imię plemienne – Tak, wziąłem.

- No to co tak siedzisz jak ten cieć przy hałdzie żwiru! Zagraj coś wesołego. Zaraz zrobimy zawody w skakaniu przez ognisko – zatarł ręce Earl

- Spokojnie, panie Earl. Nie chcemy tu kolejnych wypadów – powiedziała szybko Rose

- Nie bój żaby, będziesz skakać pierwsza – Earl wyszczerzył się w bezzębnym uśmiechu i całkowicie wciągnął się w rolę wodzireja – Jak ty grasz chłopcze drogi…wakacje są, a ty mi tu jakieś smęty rzępolisz! – zawołał, a ja i Jasper parsknęliśmy śmiechem

- Może pan umie lepiej grać? – wkurzył się Indianin

- A żebyś wiedział! Dawaj to pudło – zabrał mu gitarę – Teraz zobaczycie dzieciarnia, jak się kiedyś bawiła młodzież… – Earl odchrząknął, ustawił się w odpowiedniej pozycji i zaczął grać jaką starą, biesiadną piosenkę. Na początku się śmialiśmy, ale potem nogi same zaczęły nam się rwać do tańca. Końcowy efekt był taki, że wszyscy skakaliśmy jak dzicy wokół ogniska wraz z Earlem. To był cudowny wieczór…prawie zapomniałam o moich problemach. O Willu, Sandsie, porwaniu Elizabeth i kłopotach w Valedale…ale tylko prawie.

Wracając do domu wszystko znowu wróciło. Chciałam coś zrobić. Cokolwiek, żeby przyspieszyć czas oczekiwania. Nie miałam znaku życia od Alex, Sands nie wykonywał żadnych ruchów. Można zwariować! A gdybym tak pojechała po onyks i zawiozła go do Valedale. Angus pomógłby mi go ukryć w bezpiecznym miejscu, a my bylibyśmy o krok dalej. Tak, to jest myśl! W końcu się do czegoś przydam!

- Jedziemy Winterknight! Do nawiedzonego zajazdu!

Jeżeli ktoś czuł kiedyś przez skórę, że nie powinien czegoś robić, a mimo to brnął w to dalej, doskonale wiedział, co w tej chwili czułam. Każda komórka mojego ciała zdawała się krzyczeć, żebym zawróciła do Moorland, do domu, ale ja nie myślałam już rozsądnie. Zamknęłam oczy na logiczne myślenie i pchałam się w paszczę niebezpieczeństwa, żeby poczuć adrenalinę. Tylko ona mogła sprawić, że przestanę zadręczać się Willem. A jeśli mi się uda, dodatkowo pomogę druidom. Tak bardzo napaliłam się na ten pomysł, że nawet zapadający zmrok mi nie przeszkadzał. Nie bałam się. Nie wiem, skąd dostałam taki zastrzyk energii, ale podobało mi się. Galopowałam na oślep przez Zieloną Dolinę aż w końcu znalazłam zajazd. Nie myśląc już o niczym, wbiegłam do środka i po schodach na górę. W amoku wyszarpnęłam deski ze starej szafy, zdzierając skórę z palców do krwi. Moim oczom ukazała się stara, zakurzona skrytka, w której połyskiwał czarny kamień. Oddychając ciężko wyjęłam mały zgrabny sztylet z rączką zdobioną właśnie tym magicznym kamieniem śmierci. Czułam bijącą od niego złą energię i aż się nią zachłysnęłam. Muszę natychmiast zawieźć to do Valedale. Ruszyłam do drzwi, gdy usłyszałam tętent kopyt. Podbiegłam do okna i wytężyłam wzrok. Pod dom podjechała trójka facetów na koniach. Byli ubrani na czarno i mieli maski na twarzach. Zrobiło mi się ciemno przed oczami i zatoczyłam się do tyłu. Ludzie Sandsa mnie znaleźli…mój Boże, jestem tu zupełnie sama! Z przerażeniem patrzyłam, jak pokazując sobie palcami Winterknighta i szepczą coś do siebie. Wiedzą, że tu jestem! Nagle mężczyźni zeskoczyli z koni i rozeszli się w różne strony. Dwóch z nich weszło do domu. Zazgrzytałam zębami. Są na dole. Zaraz wejdą na górę i odetną mi drogę ucieczki. Muszę coś wymyślić…okno! Jedyne wyjście to skok przez okno. Myśl Lana, myśl…

Prędko złapałam stary materac z łóżka i wyrzuciłam go przez okno. Poduszki i koc też. Z mocno bijącym sercem weszłam na parapet. Słysząc trzask schodów przeżegnałam się i skoczyłam…leciałam chwilę. W uszach odbijał się tylko mój pisk i pęd powietrza. Materac i poduchy trochę zamortyzowały upadek, ale i tak mnie zatkało.

- Jest tam na dole! Przejmujemy ją! – jeden z gości w masce wychylił się przez okno

- Winterknight! – pisnęłam, a mój ogier od razu do mnie przybiegł

Resztką sił wdrapałam się na siodło i ruszyłam z kopyta w momencie, gdy mężczyźni przybiegli przed dom. Uciekłam w las. Byłabym jednak głupia, gdybym sądziła, że ich tak łatwo zgubię. Gonili za mną jak stado wściekłych ogarów. Schowałam sztylet do torby przy siodle i usiadłam wygodniej.

- Dalej Winterknight, musimy jakoś ich zgubić! Oni nas zabiją! Albo oddadzą Sandsowi co też równa się pewnej śmieci!

Achł-tekin zarżał i przyspieszył. Minęliśmy most i znaleźliśmy się na wzgórzu Nlimera. Chciałam skręcić w dróżkę do Moorland, ale niespodziewanie jednej z zamaskowanych mężczyzn odciął mi drogę. Przeklinając pod nosem zawróciłam konia i pognałam w kierunku Srebrnej Polany. Może to nawet lepszy pomysł. Pojadę prosto do Valedale. Niestety, szybko się okazało, że tu też się przeliczyłam. Drugi jeździec czekał już na rozstaju dróg, więc musiałam kolejny raz zwrócić w stronę Moorland. Sytuacja powtórzyła się kilka razy, a ja byłam coraz bardziej skołowana. W końcu na horyzoncie pojawiło się Stare Opactwo, a ja odetchnęłam z ulgą. Może ksiądz mnie ochroni…Przeskoczyłam przez płot i zatrzymałam się na podwórku, wzbijając kurz do góry.

- Ojcze Dominiku! – krzyknęłam

- Lana! – ksiądz szybko wyskoczył na zewnątrz – Co się dzieje?!

- Gonią mnie ludzie Sandsa! – rozpłakałam się z bezsilności – Nie mogę ich zgubić…

- Chodź, tu będziesz bezpieczna… – popędzał mnie duchowny

- A Winterknight? – zawahałam się

- Jemu nie zrobią krzywdy, chodź już… – popchnął mnie do domu

- Nie wiem, skąd oni wiedzieli, że tam będę…musieli mnie śledzić – dostałam słowotoku – Gonili mnie, ciągle tarasowali drogę…

- Widać Sands chce cię bardzo dorwać i zabrać kamień – pokiwał głową przejęty ojciec Dominik

- Skąd oni wiedzieli, że pojadę po kamień? – drżałam jak galareta

- Pewnie cię śledzili, tak jak mówiłaś – duchowny opał się o stół. Był podejrzanie spokojny. W przeciwieństwie do tych poprzednich razów, gdy u niego byłam. Przeszedł mnie dreszcz. Nie był zdziwiony, że ktoś mnie goni. Gdy go zawołałam pojawił się od razu.

- Czemu ksiądz nawet nie zapytał, gdzie byłam? – zapytałam cicho

- To chyba oczywiste, że byłaś w zajeździe po onyks. – wzruszył ramionami

- Nie proponuje ksiądz herbaty…ani wiśniówki? – uniosłam brew

- Naturalnie…czego się napijesz? – nie dał się wyprowadzić w pole

- Gdzie ten pościg? Niemożliwe, że zgubili mnie na prostej drodze – mruknęłam i odwróciłam się na pięcie, czując, że muszę stąd natychmiast wyjść

- Stój! – krzyknął ojciec Dominik, a mnie oblał zimny pot – Tam jest niebezpiecznie… – dodał niepewnie

- To nie był pościg prawda? – zapytałam powoli drżącym głosem. W głowie kotłowało mi się mnóstwo myśli. Wśród nich wybijała się jedna. Mama mówiła, że mam nie ufać księdzu – Ci ludzie…zaganiali mnie jak zwierzynę do tego miejsca, a ksiądz tu na mnie czekał.

- Lano, co ty wygadujesz? – zaśmiał się nerwowo ksiądz – Chcę ci pomóc… – zbliżył się do mnie

- Nie! – krzyknęłam, odskakując. Nagle wszystko zaczęło składać mi się w całość – Jak mogłam być taka głupia…To pan jako pierwszy powiedział mi o pierścieniu Brownów i klątwie, pan chciał mojej pomocy…powiedziałam panu o wyjeździe na Sosnowe Wzgórza do Helen Sands i opowiedziałam o pielęgniarce Weber… – wyrzucałam to wszystko z siebie, a moja serce biło coraz mocniej, bo zaczynałam rozumieć, w co się wpakowałam – Wtedy kiedy Sabine porwała Jaspera i ksiądz nam pomógł…to wszystko było zaplanowane! Ksiądz nawet się nie zdziwił, że poznałam tożsamość jeźdźca! A to dlatego, że ksiądz…też znał jego tożsamość…i to o wiele wcześniej… – zaczęłam się cofać – Rose miała rację, że nie ufała księdzu…że też wcześniej tego nie zauważyłam…

- Lano, proszę cię, uspokój się…

- To ksiądz jest zdrajcą! – wybuchłam – Zdradził pan mamę, a teraz mnie! To ksiądz wyrwał wtedy kartki z pamiętnika mamy, prawda?! – cofałam się coraz szybciej aż wpadłam na coś twardego. Zamarłam. Zimne, twarde ręce zacisnęły się na moich ramionach.

- I zrobił to znowu – usłyszałam za sobą głos, który przez całe wakacje nawiedzał mnie w moich koszmarach. Sands rzucił na ziemię pamiętnik mamy.

- Skąd… – wytrzeszczyłam oczy

- Wziąłem to, kiedy twoja głupiutka kuzynka wpuściła mnie do domu – ksiądz podniósł pamiętnik mamy z dziwnym uśmiechem szaleńca – Myślisz, że na darmo dźwigałem cię po schodach…

- Ojcze Dominiku… – wytrzeszczyłam oczy. W jednej chwili zmienił się w niepewnego, jąkającego się, dobrodusznego faceta w bezwzględnego wspólnika diabła

- Spal to – syknął Sands, a ksiądz wrzucił pamiętnik mamy do kominka

- Nie! – zaczęłam się wyrywać, ale Sands mocno mnie trzymał

- Nie tak szybko, Lano Shylund – zaśmiał się głucho Gabriel Sands. Z tobą jeszcze nie skończyłem… – obrócił mnie tak, że stanęłam twarzą do niego. Jego zimne jak lód oczy patrzyły się na mnie bezlitośnie – Powiedz mi gdzie schowałaś onyks… – syknął, a w jego oczach płonęła istna furia. Tak jak w moim śnie. W końcu mnie dopadł. Tutaj już nie mogę się obudzić. To już koniec…

 

O podstępnym planie daracha, kłopotach w Valedale i tajemniczych, nocnych jeźdźcach z pochodniami…

18 wrz

Patrzyłam przez chwilę na ojca Dominika, zastanawiając się, czy mówi poważnie. Kręciło mi się w głowie, obraz lekko mi się rozmazywał i czułam, jak robi mi się dziwnie gorąco. Podniosłam się, ale zachwiałam się i klapnęłam tyłkiem z powrotem na ławkę. A niech to kaczki zdepczą…jestem upita w trupa. Pierwszy raz w życiu! Co za ironia losu, że moim kompanem był ksiądz, który powinien być moim wzorem moralnym. On jeszcze powinien mi propagować zdrowy styl życia i górską czystą wodę! Do czego to doszło…wrócę do domu, koleżanki zapytają się, co robiłam w wakacje, a ja powiem, że piłam wiśniówkę z księdzem! No nie…

- Lana, wszystko w porządku? – ksiądz zmarszczył brwi i niepewnie dotknął mojego ramienia

- W jak najlepszym, kochany ojcze! – otrząsnęłam się z zadumy – Nie wiedziałam, że z księdza taki żartowniś! – zarechotałam i szturchnęłam go łokciem. Duchowny wciągnął powietrze i pomasował żebra. – Mam pójść do zajazdu i zabrać kamień, a potem przynieść go tutaj?! Sama?! Dobre, dobre…niech ksiądz próbuje dalej – śmiałam się tak, że aż rozbolał mnie brzuch

- Tak, tak to oczywiście niedorzeczny pomysł – wzruszył ramionami ojciec Dominik, śmiejąc się cicho. Był to jednak niepewny śmiech, który szybko zamienił się w zacięty wyraz twarzy.

- Bo wie ksiądz, ja to bym nawet tam poszła, gdyby to księdzu sprawiło radość… – mruknęłam, wycierając łzy od śmiechu

- Doprawdy? – spojrzał na mnie zaintrygowany

- Tak…problem jest tylko jeden. Jestem tak pijana, że ledwo stoję! – parsknęłam i na potwierdzenie tych słów, wstałam. Znowu się zachwiałam i ojciec Dominik musiał mnie podtrzymać za ramię.

- Racja…mój Boże, co ja najlepszego zrobiłem… – jęknął i przetarł dłońmi twarz – Chciałem dobrze…

- A mówią, że dobrymi chęciami to piekło jest wybrukowane – burknęłam, kładąc policzek na stole.

- Co ty nie powiesz… – syknął – Może coś ci podać? Wody albo…nie wiem, trzeba cię jakoś doprowadzić do stanu używalności. Nikt nie może cię taką zobaczyć – ksiądz wstał i zaczął chodzić nerwowo po domu

- Nic nie chcę – żachnęłam się – najchętniej to poszłabym spać. Tak, chcę spać! – złożyłam ręce na stole i położyłam na nich głowę

- Co?! Nie możesz tu spać! – pisnął cienkim głosem ojciec Dominik – Ja jestem księdzem, a ty młodą dziewczyną! Wiesz, jaki wybuchłby skandal, gdyby ktoś się o tym dowiedział?

- Trzeba było wcześniej o tym pomyśleć, zanim ksiądz mnie upił – ziewnęłam, a ksiądz spiorunował mnie wzrokiem. Czknęłam i wyszczerzyłam się do niego.

- Patrzcie jaka mądra się zrobiła… – wziął się pod boki – Musisz wrócić do domu, w tym stanie jesteś bezużyteczna… – mruknął

- Ciekawe jak mam wrócić?!

- Masz swojego konia. Podobno konie są mądre i znają drogę do domu. Słyszałem historię o tym jak pijany młynarz wracał do domu z Fortu Pint. Wsiadł na wóz, popędził konia i zasnął z lejcami w dłoniach. Konie same dojechały do młyna w Srebrnej Polanie. Dopiero krzyki wściekłej żony go obudziły…

- To nie to samo! – warknęłam – Człowieku, ja nie wysiedzę w siodle! Chcesz, żebym spadła i skręciła kark?!

- Nie, oczywiście, że nie… – odparł szybko – A panna Kindergarden?

- Rose? Nie, proszę, niech ksiądz nie miesza w to Rose. Ona ma już wystarczająco dużo problemów – jęknęłam

- W takim razie musisz wrócić do Moorland – zdecydował

- Wujek i ciocia mnie zabiją…

- Trudno, nie ma innego wyjścia – stwierdził brutalnie – Chodź Lano Shylund, wracasz do domu – podszedł do mnie i pomógł mi wstać. Pomimo protestów zarzucił sobie moją rękę na ramię, objął mnie w pasie i wyciągnął na dwór. Sapiąc ciężko posadził mnie na ławce przed domem i poszedł po swój wóz. Na dworze było już zupełnie ciemno. Na niebie migotało pełno gwiazd. Normalnie byłabym zachwycona. Położyłabym się na trawie i szukałabym konstelacji, ale w tym momencie prawie nie byłam świadoma tego, co się ze mną dzieje. Jedynie chłodne podmuchy wiatru, które łaskotały mnie po policzku, nie pozwalały mi stracić kontaktu z rzeczywistością. Oparłam czoło o ścianę budynku. Obok siebie usłyszałam ciche parsknięcie Winterknighta. Skoro on tu jest, nic złego mi nie grozi. Wyciągnęłam przed siebie rękę i poczułam pod palcami jego miękką sierść. Uśmiechnęłam się delikatnie i przymknęłam oczy.

- Nie zasypiaj! – warknął ojciec Dominik – Zaraz będziesz w domu – dodał, po czym podniósł mnie z sapnięciem i wsadził na wóz, na miejsce obok woźnicy. Ruszyliśmy. Nie odzywałam się i zupełnie poddałam się rytmowi podskakującego na wyboistej drodze pojazdu. Głowa opadła mi na ramię księdza. Czułam zapach ziemi z jego sutanny i woń kadzidła, która niezmiennie kojarzyła mi się z kościołem. Te zapachy, nie wiedząc czemu, drażniły mnie, ale byłam zbyt słaba, żeby sama utrzymać się w pionie. W końcu wóz się zatrzymał i usłyszałam westchnienie ulgi duchownego.

- Jesteśmy na miejscu – poinformował mnie szorstko

- Miodzio… – burknęłam pod nosem. Ksiądz prychnął i bez słowa zszedł na ziemię. Po chwili usłyszałam jak puka, a w następnym momencie dwa głosy kierowały się w moją stronę. Postanowiłam nie otwierać oczu.

- …znalazłem ją na klifie, nieopodal mojego Opactwa – powoli docierał do mnie głos ojca Dominika – W miejscu, gdzie kiedyś spotkała się z jeźdźcem w czarnej pelerynie.

- A więc tam się schowała… – może miałam już omamy, ale to był chyba głos Tori

- Siedziała na brzegu i kończyła pić butelkę wina. Nie mam pojęcia, skąd ona ją wzięła – dodał z dezaprobatą

- Zawsze wiedziałam, że to postrzelona wariatka z miasta. W Los Angeles pewnie wszyscy tak robią – prychnęła moja kuzynka

- Jest kompletnie pijana. Oczywiście nie mogłem jej tak zostawić. Gdyby chciała wrócić do domu na koniu, mogłaby spaść i skręcić kark.

- Tak, dziękuję ojcu, że się nią ojciec zajął – powiedziała grzecznie Tori. Pierwszy raz słyszę, żeby była taka miła. – Głupia Lana…mamy przez nią same problemy.

- Och może nie koniecznie przez nią…nie traktuj swojej kuzynki tak surowo – powiedział dobrotliwie ksiądz – Problemem wszystkich mieszkańców jest ten diabeł Sands.

- Racja, ale Lana jest taka…denerwująca, kiedy próbuje zgrywać bohaterkę – westchnęła kuzynka

- Rozumiem…ale to nie powód, żebyś jej nienawidziła. Lana to dobra dziewczyna. Chce dla was jak najlepiej. Myślę, że to typ osoby, która oddałaby życie za swoich bliskich. Tak jak jej matka…doceń to, Torino.

- Oczywiście… – burknęła z przekąsem Tori – Trochę głupio mi o to prosić, ale czy mógłby ksiądz mi pomóc przenieść ją na górę? Nie chcę robić teatrzyku dla obozowiczek, choć przyznam, że ta idio…że Lana zasługuje na to.

- Nie ma problemu. Jestem od tego, żeby pomagać potrzebującym. – zgodził się ochoczo

Poczułam jak ksiądz podnosi mnie na ręce. Usłyszałam trzeszczenie stopni schodów. Czekałam aż przybiegnie rozhisteryzowana ciocia i wściekły wujek, ale nic takiego się nie stało. Zamiast tego zostałam spokojnie ułożona w łóżku. Tori podziękowała księdzu za fatygę i wróciła do mnie. Serce zabiło mi szybciej ze strachu, ale postanowiłam nadal dzielnie nie otwierać oczu.

- Idiotka – burknęła kuzynka, ściągając ze mnie sztyblety – W dodatku cuchniesz alkoholem…Fuj! Nawet ja nigdy tak nie przesadziłam! I co niby chciałaś zrobić, co? Upić się i skoczyć z klifu do wody? Nie powiem, że to nie byłby cudowny prezent dla mnie, ale schrzaniłaś to, a ściślej rzecz biorąc to wszystko – sapała, siłując się z drugim butem – Trzeba było wytargać Catalinę za te ciemne kudły, a nie teraz chlać na umór, bo dziewczyna przystawia się do twojego faceta, a ty nic nie zrobiłaś. Jesteś żałosna, kuzynko, żałosna – zakpiła siadając na brzegu łóżka – Myślałam, że jesteś silna, odporna psychicznie, nic nie może cię złamać…wiesz, taka twarda babka…trochę tak jak ja – ściągnęła mi przez głowę koszulkę i założyła piżamę – Co to za ciuchy? Byłaś u Kindergarden?…nieważne, zawiodłaś mnie. Wystarczył jeden chłopak i to jeszcze taki chłopak jak Greenlight, żebyś się załamała – rzuciła mnie jak szmacianą lalkę na poduchę. Pochyliła się nade mną – Widziałaś, co widziałaś. Zdradził cię, ale nie możesz się rozklejać – cedziła przez zęby każde słowo, a ja czułam jej oddech na nosie – Jesteś samodzielną, pewną siebie, niezależną dziewczyną. Radziłaś sobie do tej pory bez faceta, więc możesz to robić dalej, słyszysz? Na nim świat się nie kończy. Przestań się ze sobą cackać Lana, bo ja nie dręczę słabszych od siebie. – wstała i ruszyła w stronę drzwi – A tak na marginesie wiem, że nie śpisz…

Trzasnęła drzwiami, a ja jęknęłam cicho. Przewróciłam się na bok, naciągnęłam na siebie kołdrę i zwinęłam się w kłębek. Chciałam, żeby ta noc trwała dłużej…żeby kolejny dzień nie nadszedł tak szybko. Rano zapewne mocno odczuję skutki domowej wiśniówki, a dodatkowo będę musiała stawić czoło cioci, wujkowi, Rose, a i jeszcze Will pewnie się przywlecze. Zapowiada się cudowny dzień…

***

Pierwszy raz spałam jak kamień bez żadnych snów ani nocnych wizji. Obudziłam się, bo pod kołdrą zaczynało brakować mi powietrza, a poza tym głowa pulsowała mi jak oszalała. Skrzywiłam się, gdy promienie słoneczne zaświeciły mi prosto w oczy. Próbowałam sobie przypomnieć, co się dokładnie wczoraj stało, ale pamiętałam tylko, że schowałam się w Starym Opactwie przed Williamem, a potem upiłam się z księdzem jego domową wiśniówką. Przebieg rozmowy z ojcem Dominikiem wyparował z mojej głowy tak samo jak alkohol. Nagle usłyszałam cichy dźwięk dzwoneczków z mojego Łapacza Snów i zobaczyłam jak zasłonka w oknie się porusza. Musiałam zmrużyć oczy, żeby zobaczyć pod słońce, kto mnie odwiedził.

- Cześć, jak żyjesz? – zaskoczona odkryłam, że to nasz stajenny postanowił zabawić się w Spidermana

- Kiepsko Jackob… – odparłam zachrypniętym głosem – A niech to gęś kopnie, jak ja mówię – złapałam się za gardło

- Masz, to ci trochę pomoże – zaśmiał się lekko i wręczył mi dużą butelkę wody mineralnej

Podniosłam się powoli do pozycji siedzącej i spojrzałam się na niego podejrzliwe.

- Skąd wiedziałeś?

- Plotki szybko się tu rozchodzą – wzruszył ramionami i bez pytania wskoczył lekko na łóżko i ułożył się obok mnie – Chłopaki z pola opowiadali jak ty i Greenlight bawiliście się wczoraj w berka. – spojrzał się na mnie z psotnym uśmiechem

- Bardzo śmieszne, ale się uśmiałam… – burknęłam, popijając wodę

- A więc to prawda? – prychnął – No, no…zastanawiałem się, czemu nie ma cię dziś rano w stajni. Kto wie, może Greenlight w końcu cię dogonił. Zapytałem się więc Tori, a ona mi powiedziała, że masz mega kaca i raczej nie ruszysz się dziś z łóżka.

- Po pierwsze kolego, William w życiu nie dogonił by mnie i Winterknighta – pokiwałam palcem – a po drugie…niedoczekanie jej! Zaraz schodzę na dół! Nie wiem, co ta wiedźma kombinuje, ale skoro los dał mi szansę, muszę ją wykorzystać i udawać przed wujkiem i ciocią, że wszystko jest w porządku. Jestem bardzo ciekawa czemu nie wydała mnie od razu…

- Spokojnie, nie stresuj się, nie ma ich – Jackob założył ręce za głowę i wyciągnął nogi

- Ty, nie za wygodnie ci?! – zmrużyłam oczy – I jak to ich nie ma?

- Nie wiem, przyszedłem rano do pracy, a pani Brygita powiedziała mi, że nie ma dziś pana Hoffera. Podobno wróci po południu.

- Dlatego możesz się tak bezkarnie obijać w godzinach pracy i rozpychać się po moim łóżku, co? – szturchnęłam go butelką – Matko jak to brzmi…nie powtarzaj tego Anastasii…

- Ej! Bądź milsza, bo nie dostaniesz śniadania, które dla ciebie przyniosłem – zagroził ze śmiechem

- Przyniosłeś mi śniadanie? – wytrzeszczyłam oczy

- Nie chcesz?

- Umieram z głodu… – rzuciłam się na porządną bułę z szynką, serem, sałatą i pomidorem – Czekaj, czekaj…coś mi tu nie pasuje. Jackob, powiedziałam ci, że możemy być tylko przyjaciółmi.

- A jako twój przyjaciel nie mogę ci przynieść śniadania do łóżka? – obruszył się

- Jackob… – przewróciłam oczami – jakoś do tej pory nigdy tego nie robiłeś.

- Uwierz mi, że chciałem – zamrugał teatralnie oczami, ale szturchnęłam go łokciem – No dobrze, wygrałaś, chciałem z tobą porozmawiać bez świadków – westchnął, poważniejąc

- O czym? Coś się dzieje? – zmarszczyłam brwi i przestałam jeść

- Dziś rano idąc do Moorland przez las poczułem dziwne zakłóceni pola mocy. Coś się zmieniło, równowaga magicznej bariery została zachwiana. – przygryzł wargę od środa

- Co to oznacza? Sands rozpoczął swój atak? – poczułam, że po kręgosłupie przebiegł mi dreszcz

- Nie wiem, nie wyczułem Sandsa, ale coś jest nie tak…magia słabnie, a to może oznaczać tylko jedno. Strażnicy Aideen mają kłopoty. To głównie dzięki ich mocy okoliczne lasy są chronione. Moja mama mówiła, że śniło jej się, jak na Valedale spada wielka sieć czy coś w tym stylu…

- Co?! Czekaj, ja jeszcze wolno kontaktuję…Jak to mają kłopoty?! Czy z Alex coś się stało?! – mój żołądek skręcał się w supeł z nerwów

- Nie wiem, najlepiej by było, gdybyś pojechała do Valedale i sama to sprawdziła – powiedział poważnie, patrząc mi w oczy – Miałem ci tego nie mówić, ale ty i Alex…przyjaźnicie się, prawda?

- Tak, Alex to moja przyjaciółka tak samo jak ty – odparłam pewnie. Jackob uśmiechnął się półgębkiem, nie patrząc się na mnie.

- Nie obchodzą mnie druidzi. Jesteśmy dwoma różnymi plemionami. Jednak gdyby coś stało się tej Alex…sprawiło by ci to ból, a ja nie zniósłbym myśli, że cierpisz jeszcze bardziej – powiedział cicho, dotykając mojego policzka. Oboje wiedzieliśmy, że mówił o Williamie. Uśmiechnęłam się smutno i zdjęłam jego dłoń z mojego policzka.

- Dziękuję, że tak się o mnie martwisz Jackob. Jesteś dobrym przyjacielem. Oczywiście, że pojadę do Valedale i pomogę Strażnikom Aideen, jeśli będę mogła – powiedziałam ostrożnie dobierając słowa – Jeśli chcesz, możesz pojechać ze mną. Nie jesteś wrogiem Alex, wszyscy razem współpracujemy.

- Chyba jednak zostanę w Moorland – pokiwał powoli głową. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji.

- I tak dziękuję, że mi powiedziałeś – pocałowałam go szybko w policzek i wygrzebałam się w pościeli. Zebrałam swoje rzeczy i pobiegłam do łazienki. W drzwiach usłyszałam jeszcze dźwięk dzwoneczków. Obróciłam się przez ramię. Indianina już nie było.

***

Wzięłam szybki prysznic, ubrałam się i zbiegłam na dół do kuchni. Tori na mój widok wybałuszyła oczy i postawiła z hukiem stos talerzy na stole, co odbiło się echem w mojej biednej obolałej głowie. Jęknęłam i pomasowałam skronie.

- Lana…myślałam, że nie podniesiesz się do południa – mruknęła kuzynka z satysfakcją patrząc na moją reakcję

- Chciałabyś, co Tori? Wtedy przyjechaliby wujek i ciocia i mogłabyś na mnie nakablować – wychrypiałam

- O dziewczyno, masz głos jak stary pijak – zaśmiała się

- Proszę cię, nic nie mów – pokręciłam głową

- Warto było się tak upijać? – dodała głośniej – To chyba twój pierwszy raz, kuzyneczko – spojrzała na mnie kpiąco przez ramię. Nie odezwałam się tylko spojrzałam się na nią spode łba. Nie dam się jej sprowokować do wywiadu, o nie! – Gdzie ty znalazłaś taki porządny trunek?

- Znalazłam? – skrzywiłam się – Kto tak powiedział?

- Ojciec Dominik. Znalazł cię na klifie niedaleko Starego Opactwa i przywiózł cię do domu. Nie wstyd ci pokazywać się w takim stanie przed księdzem? – pokręciła głową z dezaprobatą – Kto ci dał to wino?

Byłam pewna, że ojciec Dominik, ale wspomnienia ostatniego wieczoru zaczynały mi się zacierać. Może on naprawdę tylko mnie znalazł? W sumie po co miałby mnie upijać? Tori ma rację, jest księdzem, a nie miejscowym łobuzem. Pomógł mi i przywiózł mnie do domu.

- Nie pamiętam… – westchnęłam

- Cóż, w twoim stanie pewnie mało co pamiętasz – prychnęła

- Przyganiał kocioł garnkowi – warknęłam, a Tori zmarszczył groźnie brwi. Przez chwilę obie milczałyśmy zagniewane.

- A tak na marginesie to gdzie jest reszta rodzinki? Nigdy nie było tu tak cicho rano i zaczynam się martwić, że coś z nimi zrobiłaś.

- Dlaczego ja?

- Osoby, które słuchają heavy metalowej muzyki jak ty, są nieprzewidywalne. – uśmiechnęłam się prowokacyjnie

- Zabawne, że o tym powiedziałaś. Właśnie miałam iść do ciebie na górę i dokończyć plan wymordowania całej rodziny. Rozpracowałaś mnie, więc musisz zginąć tutaj – odwróciła się do mnie z parującą łyżką, a ja podskoczyłam wystraszona – Naprawdę Lana? – spojrzała na mnie z litością

- Po tobie wszystkie bym się spodziewała! – broniłam się – Gdzie oni są?

- Wczoraj pani burmistrz zaprosiła tatę i mamę na kolację do Jarlaheim. Mieli wrócić wieczorem, ale dziś rano do miasta mieli przyjechać hodowcy koni. Tata chciał zrobić Jasperowi prezent-niespodziankę i kupić mu konia, dlatego zostali tam na noc. Upiekło ci się. Wrócą dopiero po południu. Do tego czasu pewnie się ogarniesz, znając ciebie.

- Ach tak… – pokiwałam głową i przygryzłam wargę – a gdzie Jasper?

- Wczoraj wrócił późno i poszedł spać. Kiedy ojciec Dominik cię przywiózł, spał jak suseł, więc nawet go nie budziłam. Rano powiedziałam mu, że wróciłaś, więc pojechał do Fortu Pint powiedzieć Kindergarden, że żyjesz. Podobno się martwiła, że znowu zrobiłaś jakąś głupotę.

- Nie mogłam się jej pokazać w takim stanie…

- Ja nie wiem, czemu oni wszyscy się tobą tak przejmują. Trzęsą się nad tobą, jakbyś była kruchym jajkiem, a ty i tak robisz po swojemu i zawsze ich zawodzisz – stwierdziła bezlitośnie, a ja przełknęłam ślinę, zakłopotana. Miała rację, wiedziałam o tym. – Chcesz kakao? Właśnie gotuję mleko – odezwała się po chwili

- Tak, poproszę – mruknęłam zaskoczona jej nagłą uprzejmością

Tori otworzyła szafkę, wyjęła kubek i z przesadnym hukiem postawiła go na blacie, po czym trzasnęła drzwiczkami. Uśmiechnęła się pod nosem, widząc jak się krzywię.

- Ups, przepraszam.

- Nie przepraszaj, bo wcale nie jest ci przykro – burknęłam, siadając przy stole

- Masz rację, nie jest…ale to takie zabawne – zachichotała

- Sprawa gustu – westchnęłam – Już dawno wiedziałam, że mamy zupełnie inne poczucie humoru, kuzynko.

Tori nie odpowiedziała. Obserwowałam jak przelewa gorące mleko do dużych kubków, wsypuje kakao i miesza energicznie. Postawiła kubki na stole i usiadła na przeciwko mnie, założyła nogę na nogę i skrzyżowała ręce. Patrzyła się na mnie przez chwilę, a ja nie mogłam nic wyczytać z jej wyrazu twarzy. Bez ciemnego, mrocznego makijażu w stylu gotów miała bardzo delikatne rysy twarzy…zaryzykowałabym nawet stwierdzenie sympatyczne. Przez chwilę prowadziłyśmy zimną wojnę na spojrzenia, ale w końcu poddałam się i opuściłam wzrok.

- Nie martw się, nic im nie powiem. Jeśli uda ci się udawać, że wszystko z tobą ok, to nikt się niczego nie dowie o twoim mega kacu.

- Dlaczego to robisz? – wytrzeszczyłam na nią oczy

Tori podniosła swój kubek kakao z napisem „Księżniczka własnej bajki” i wzięła małego łyka.

- Spłacam swój dług.

- Jaki dług? – nie zrozumiałam

- Wtedy na imprezie u Ericka, przyjechałaś mi na ratunek, prawda? – przewróciła oczami – Co prawda nie potrzebowałam pomocy, sama bym sobie poradziła, naprawdę…ale doceniam, że mimo całej tej naszej nienawiści chciałaś coś takiego dla mnie zrobić.

- Czy ty mi właśnie dziękujesz? – parsknęłam

- Tak, pierwszy i ostatni raz, więc się nie przyzwyczajaj – zmarszczyła brwi – Może nie uratowałaś mnie tak jak chciałaś, ale dzięki tobie zobaczyłam, że Erick…chciał mnie tylko wykorzystać, żeby zrobić na złość Catalinie. Ona zrobiła to samo z Williamem – dodała ciszej – Obie byłyśmy w ciężkim szoku po tej imprezie, zarówno ty jak i ja zostałyśmy oszukane i zdradzone, więc…powiedzmy, że rozumiem, czemu tak się zachowałaś. Mama i tata na pewno nie zrozumieją. Dlatego to, co się tam wydarzyło, zostaje między nami.

- Wow Tori…nie spodziewałam się tego po tobie – szepnęłam zaskoczona

- Sama się tego po sobie nie spodziewałam – podrapała się po głowie – Po prostu wyglądałaś tak żałośnie, po tym co zrobił ci Greenlight…

- Litość cię wzięła? – zaśmiałam się gorzko

- Nie kopie się leżącego – wzruszyła ramionami

- I tak dziękuję – uśmiechnęłam się, a Tori skinęła głową. Więcej już się nie odezwała. W milczeniu dokończyłyśmy pić kakao, a potem każda z nas poszła w swoją stronę. Pobiegłam do stajni. Winterknight stał nieoporządzony w otwartym boksie. No tak, wszyscy bali się do niego zbliżyć, więc nie miałam co liczyć na to, że ktoś się nim zajmie.

- Przynajmniej otworzyli ci boks, stary… – mruknęłam wchodząc do boksu i klepiąc go po grzbiecie

- Sam sobie otworzył – zauważył Jackob, kiwając głową na zepsuty zamek – Trzeba będzie wymienić.

- Mój mądry konik, sam sobie otworzył drzwi…po co czekać na głupich ludzi, masz rację – przytuliłam się do niego, a ogier prychnął zadowolony

- Mógłby jeszcze nauczyć się za sobą zamykać – mruknął z przekąsem Indianim, a Winterknight popatrzył na niego spode łba i złożył po sobie uszy – Ej, pamiętaj kto cię nakarmił, bestio!

- No już dobrze, nie denerwuj się, Jackob tylko żartował – zaśmiałam się, szukając jego zgrzebła – Nie mamy czasu na dąsy stary, musimy jechać do Valedale…

- Lana, jesteś! – usłyszałam wesoły okrzyk Jaspera

- Jasper, błagam cie nie tak głośno – jęknęłam

Kuzynek porzucił swój rower, podbiegł do mnie i rzucił mi się na szyję. Uśmiechnęłam się. Może i sprawia wrażenie dojrzalszego, ale w środku wciąż jest jeszcze dzieckiem. Uścisnęłam go mocno. Mój mały kuzynek…

- Więc to prawda, że masz kaca? – prychnął, odsuwając się ode mnie

- Niestety tak… – westchnęłam – Byłeś u Rose?

- Tak, powiedziałem, że żyjesz i raczej nic ci nie jest.

- Raczej? – zapytaliśmy się z Jackobem jednocześnie

- Tori powiedziała, że szybko nie wstaniesz z łóżka i nie wiedziałam, co to znaczy – bronił się

- Dobra, potem jakoś jej to wytłumaczę. Powiedz lepiej, czy ciocia i wujek byli bardzo źli, kiedy nie wróciłam przedwczoraj na noc.

- Nie tak bardzo…chyba się przyzwyczaili, że tak znikasz. Bardziej wściekli się na Tori, która wróciła nieźle wstawiona w środku nocy z imprezy w Jarlaheim.

- A więc ta małpa też wpadła – zatriumfowałam – Mówiła, co się stało?

- Nie chciała gadać, ale do południa miejskie plotkary wszystko rozpowiedziały. Teraz po wyspie krążą przynajmniej cztery różne wersje przebiegu imprezy. Oczywiście ty i William jesteście najgorętszym tematem. – uśmiechnął się znacząco

- Sprostuję to, żebyś miał jasność. Will całował się z Cataliną, nakryłam ich. Jego spoliczkowałam, a na nią nawrzeszczałam, a potem odjechałam.

- No tak…Rose powiedziała coś takiego, kiedy przyjechała tu wczoraj rano. Mówiła, że byłaś u niej w nocy totalnie załamana i masz zamiar unikać Willa i wścibskich mieszkańców przez resztę dnia.

- Prawie się udało.

- Prawie – Jackob i Jasper wymienili rozbawione spojrzenia – O waszym pościgu przez pola krążą już legendy… – zachichotali

- Przynajmniej dostarczam miejscowym rozrywki – parsknęłam śmiechem. Cóż, nie pozostaje mi nic innego jak śmiać się z tej całej sytuacji – Widzieliście dziś Willa?

- Nie, ale pewnie przyjedzie tu później. On tak szybko nie rezygnuje, Lana. Jest tak samo uparty jak ty – powiedział Jasper

- Wiem, właśnie dlatego jadę do Valedale – uśmiechnęłam się figlarnie, poprawiając popręg w siodle Winterknight

- Długo będziecie się tak bawić w kotka i myszkę? – mruknął stajenny

- Nie mam pojęcia. Dopóki mu się nie znudzi? – wzruszyłam ramionami ze śmiechem

- Popatrz na nią Jackob! Bawi cię to Lana? – nie wierzył kuzynek

- Nie wiem czemu, ale coraz bardziej chce mi się śmiać z tego wszystkiego – pokręciłam głową – Kto jedzie ze mną do Valedale? – wyprowadziłam konia z boksu

- Ja, bo ktoś musi cię pilnować, żebyś znowu się nie upiła – stwierdził Jasper

- Dziękuję mój prywatny ochroniarzu, na pana zawsze można liczyć…a pan, Czarny Wilku?

- No dobrze…ktoś musi was pilnować, dzieci… – westchnął jakby był bardzo doświadczony i zmęczony życiem

- Tak jest, panie drużynowy. Będziemy grzeczni – zasalutowałam i puściłam oko do Jaspera – Musisz tylko jechać ze mną na Winterknighcie, młody – zwróciłam się do kuzynka – Rower będzie nas spowalniał.

- W porządku… – westchnął Jasper, ale uśmiech zniknął z jego twarzy. Nie chciał tego przyznać, ale tęsknił za jazdą konną…a jeszcze bardziej za Manehony.

Wyjechaliśmy tylnym wyjściem. Z Jasperem obok jechało się trochę inaczej, ale szybko złapałam rytm. Na szczęście kuzynek był szczupły i lekki, więc nie był dużym obciążeniem dla Winterknighta. Prowadziłam, a Indianin jechał za mną bez sprzeciwu. Tak jak wczoraj wybrałam mało uczęszczane drogi. Dojeżdżając do Valedale czułam, że coś jest nie tak, jak mówił Jackob. Gdy dotarliśmy na miejsce, byłam tego pewna. Wioska druidów nie wydawała się już tak przyjazna i ciepła. Brakowało bawiących się dzieci i uśmiechniętych dorosłych. Ptaki przestały śpiewać, a chłodny wiatr wywoływał nieprzyjemne dreszcze na plecach. Nie słyszałam już przyjemnych dzwoneczków. Nawet Święty Dąb wyglądał, jakby uleciała z niego cała radość i życie.

- Co tu się stało? Gdzie są Strażnicy Aideen? – szepnął Jasper

- Nie mam pojęcia, musimy jechać do Angusa – zacisnęłam drżące ręce na wodzach. Z minuty na minutę narastała we mnie panika. Na miejscu okazało się, że drzwi do chaty Angusa były otwarte na oścież. Pisnęłam przerażona i zatrzymałam gwałtowanie konia.

- Angus! Alex! – zeskoczyłam na ziemię i popędziłam do chatki

Poczułam niesamowitą ulgę, gdy na progu pojawiła się moja blond przyjaciółka. Przytuliłam ją do siebie mocno, prawie płacząc ze szczęścia.

- Alex, nic ci nie jest… – westchnęłam

- Tego bym nie powiedziała – mruknęła dziwnym, obcym głosem. Odsunęłam się od niej i spojrzałam jej w twarz. Była blada, miała podkrążone oczy i ogólnie wyglądała jak cień prawdziwej Alex. Oblał mnie zimny pot.

- Co tu się stało druidko? Co z waszą magiczną tarczą? – skrzyżował ręce Jackob

- Sands was zaatakował? – dopytywał się Jasper

Blondynka nie odpowiedziała, ale w jej oczach błysnęły łzy. Teraz byłam już naprawdę przerażona.

- Alex, błagam cię, powiedz coś… – odgarnęłam delikatnie potargane włosy z jej twarzy. Nie przywykłam do widoku przyjaciółki w takim stanie. Błędnie zakładałam, że nic nie potrafi złamać Alex. Co takiego musiało się stać?!

- Wejdźcie – szepnęła zduszonym głosem i weszła do chatki

Spojrzałam się na chłopaków. Mieli tak samo zmartwione miny jak ja. Bez słowa poszliśmy za druidką do chatki. W środku czekała nas jeszcze większa niespodzianka.

- Conrad! – wytrzeszczyłam oczy na widok potężnego kowala, siedzącego na stołku w kuchni Angusa. Staruszek stało obok niego i próbował zaszyć wielką ranę na jego ramieniu. Zamrugałam oczami, nie wierząc w to, co widzę. Conrad wyglądał, jakby właśnie wrócił z pola bitwy. Miał porozrywane ubranie, poszarpaną twarz, a na rękach i nogach rany cięte. Jeden z jego rękawów był przypalony. Mój mózg pracował na najwyższych obrotach, na jakie pozwalał mi mój kac. Conrad miał towarzyszyć Elizabeth w drodze do Północnej Przełęczy na koronację najwyższej kapłanki plemienia Namnetes. – Elizabeth… – szepnęłam, a Strażnicy Aideen skrzywili się. Na twarzy Conrada malowała się czysta rozpacz. – Nie, nie mówicie mi, że…

- To była pułapka! – wybuchła płaczem Alex – To wszystko było zaplanowane! – zgięła się w pół i osunęła się na kolana

- Co było zaplanowane? Sands was zaatakował? – próbował nadążyć Indianin

- Nie Czarny Wilku, Sebbus nas zdradził – powiedział Angus z dziwnym spokojem

- Co?! – pisnęłam – Jak to was zdradził?! Wydał Elizabeth Sandsowi?! – zatoczyłam się do tyłu

- To nie była wina Sebbusa, mówiłem wam – jęknął Conrad – Jest pod wpływem hipnozy, tak samo jak inni druidzi z jego plemienia. To wszystko działo się tak szybko…gdy tylko przekroczyliśmy bramę osady, rzucili się na nas, związali Elizabeth. Próbowałem walczyć i dostać się do niej, ale powalili mnie na ziemię…było ich mnóstwo…

- Już nic nie rozumiem – pokręciłam głową – Ludzie z plemienia Namnetes was zaatakowali? – zmarszczyłam brwi. Kątem oka zauważyłam, że miny Jaspera i Jackoba tężeją.

- Sabine… – syknęła z nienawiścią Alex – To wszystko jej sprawka. Odnalazła plemię Namnetes, zabiła ich najwyższą kapłankę i zahipnotyzowała wszystkich druidów, żeby kontrolować ich umysły.

- O w morde…jak w jakimś thrillerze – Jasper oparł się o parapet. Wszyscy spojrzeli się na niego dziwnie, więc młody zaczerwienił się.

- Alex… – uklękłam obok niej i objęłam ją ramieniem. Dziewczyna cała się trzęsła. Wygląda jak siedem nieszczęść. Może i do tej pory udawała, że matka ją nie obchodzi, ale w tym momencie widać było jak ważna jest dla niej Elizabeth.

- Wykorzystała Sebbusa, żeby zwabił Elizabeth w pułapkę. A ja jeszcze ją zachęcałam do tego wyjazdu, bo to niby jej obowiązek! – szlochała. Przytuliłam ją mocniej, a Alex złapała się kurczowo mojej reki i ukryła twarz w mojej koszulce. Miałam wrażenie, że jej płacz rozrywa mi serce.

- Nie mogłaś wiedzieć, że Sebbus jest pod wpływem hipnozy. Nikt z nas tego nie zauważył – powiedział poważnie Angus

- Ale mogliśmy się domyślić, że to robota daracha, prawda?! Ostatnim razem, gdy wdzieliśmy Dallas, była w pełni sił! Jak mogła tak nagle zachorować i umrzeć… – Alex uderzała rękami w podłogę dla podkreślenia swoich słów

- Tak mi przykro Alex… – szepnęłam, czując jak po policzkach płyną mi łzy

- Elizabeth żyje, Lano – powiedział cicho Angus

- Żyje?! – poczułam, że kamień spadł mi z serca

- Jeszcze żyje…dopóki ma moc, żeby się bronić – pokręcił głową Conrad – Darach jest bardzo silny, ale Elizabeth ma więcej doświadczenia i zna mocniejsze zaklęcia. W nocy założyła na siebie silną tarczę ochronną, która nie pozwoli jej zrobić krzywdy w dzień, kiedy będzie spała.

- A więc dlatego bariera ochronna Valedale osłabła. – pokiwał głową Jackob – Elizabeth zużyła dużo mocy, żeby się ochronić.

- Darach zamknął ją w magicznym kole, które wysysa z niej moc. Jej tarcza na długo nie wystarczy.

- Sabine chce ją zabić?! – wytrzeszczył oczy Jasper

- Teraz na pewno nie – pokręcił głową Angus – Myślę, że darach schwytał Elizabeth, żeby nas osłabić…

- …i umożliwić Sandsowi atak na Valedale – dokończyłam – Chcą zabrać klejnoty.

Zapadła ciężka cisza. Nikt nie wiedział, co powiedzieć. Tylko Elizabeth wiedziała, jak pokonać Gabriela Sandsa. To ona dostała od bliźniaków magiczny przedmiot w pudełku. Była kluczem do wszystkiego. Nasza jedyną obroną. Teraz nikt nie miał złudzeń, że Sands szykuje się do zadania ostatecznego ciosu.

- Jadę ją uwolnić! – zerwała się Alex

- Jadę z tobą! – również się podniosłam

- Nie! Ja pojadę! To moja wina, zawiodłem, powinienem bronić mojej kapłanki – powiedział Conrad

- Nie możesz się obwiniać. Byłeś sam na przeciwko całemu plemieniu. Cud, że uszedłeś z życiem – powiedziała Alex

- Nie możesz jechać, Alex… – powiedział ze smutkiem Angus

- Dziadku muszę! Nie pozwolę, żeby oni ją zabili! – moja przyjaciółka miała furię w oczach

- Andrino, musisz zostać…jeśli twoja matka zginie, ty będziesz jej następczynią. Nie mogę pozwolić, żeby darach zabił was obie – Angus spojrzał się na nią z mocą

- Nie! Nikogo nie zabije! Nie chcę, żeby historia się powtórzyła. Nie pozwolę, żeby mama umarła tak jak babcia! – wyrzuciła na jednym tchu, ciężko dysząc. Angus wziął gwałtowny wdech i cofnął się do tyłu.

- Alex… – dotknęłam ostrożnie jej ramienia

- Nie Lano, ty musisz zostać – odwróciła się do mnie gwałtownie – Błagam cię, zaufaj mi, musisz zostać. Sandsowi i Sabine chodzi w tym wszystkim o ciebie. Ja i Conrad sobie poradzimy, ale ty musisz tu zostać i powstrzymać Gabriela Sandsa, cokolwiek planuje… – złapała mnie za ręce i spojrzała mi w oczy – Obiecaj mi, że nie pojedziesz za mną. Proszę.

- Obiecuję – wykrztusiłam, czując się postawiona pod ścianą

- Dobrze…będziesz miał następczynię, dziadku – powiedziała dziwnym głosem Alex. Zauważyłam, że staruszek kręci głową, ale moja przyjaciółka nie zwracała na to uwagi – Ponieważ jeżeli Elizabeth albo ja zginiemy, Lana przejmie nasze dziedzictwo i to ona stanie się następną Najwyższą Kapłanką plemienia Helvetii – jej głos rozniósł się dziwnym echem, a ja poczułam jak przeze mnie przepływa prąd elektryczny

- Co zrobiłaś? – Alex puściła moja dłonie, a ja zatoczyłam się do tyłu

- Przekazałam ci część mojego dziedzictwa – uśmiechnęła się smutno

- Andrino… – jęknął Angus

- Angusie, obiecuję, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, że twoja córka i wnuczka wróciły bezpiecznie do Valedale – oświadczył Conrad

- Nie wątpię Conradzie, ale jesteś ledwo żywy. Masz takie rany, że równie dobrze mógłbyś już nie żyć, gdyby nie opatrzność naszej bogini…nie możesz tam jechać sam.

- Zwołamy Radę Starszych – zdecydowała Alex

- Nie możesz ich wziąć na wojnę, to najsilniejsi druidzi z naszego plemienia – zaprotestował Angus

- Bez nich nie odbijemy Elizabeth. Nie można lekceważyć mocy Sabine. W końcu zahipnotyzowała całe plemię Nementes.

- Zostawisz Valedale bez ochrony?! – Angus nie wytrzymał i podniósł głos

- Nie, przecież ty tu zostaniesz dziadku…i Lana też tu będzie – powiedziała delikatnie

- To szaleństwo! – Angus wyrzucił ręce w górę

- Może i szaleństwo, ale jedyny sposób, żeby ją odzyskać. Na wojnie nie można korzystać z półśrodków – powiedziała ostro – A dopóki mamy nie ma, ja tu dowodzę, jasne?

- Oczywiście, moja kapłanko – mruknął Angus, skłaniając lekko głowę z wymuszonym spokojem

- Doskonale, idę zebrać Rade Starszych, a ty zajmij się Conradem, żeby mógł z nami pojechać…proszę – dodała po chwili namysłu

- Tak jest, kapłanko – skinął głową Angus – Przygotuję też zapas eliksiru dla ciebie i Elizabeth – dodał, gdy Alex była już w drzwiach

- Dziękuję – szepnęła, patrząc się ze łzami wzruszenia na Angusa – Lana, chłopaki, chodźcie za mną – szybko wytarła oczy i wyszła z chatki – Musicie wrócić do domu i zorientować się, co planuje Sands.

- Niby jak?! – prychnął Jasper, próbując nadążyć za szybkim krokiem druidki

- Nie mam pojęcia, musicie postawić na nogi wszystkie wtyki…to się tyczy głównie ciebie Jas, znasz całą wyspę – Alex popatrzyła się porozumiewawczo na kuzyna

- Czego mają szukać? – zapytałam

- Na pewno coś słyszeli lub widzieli…coś niepokojącego, innego…zbierzcie Rose i Anastasię. Niech pojeżdżą po wyspie i popytają się ludzi. Ale dyskretnie! Nie chcemy spłoszyć Sandsa!

- Nie wiem czy w tym momencie dyskrecja jest wskazana! – mruknęłam zirytowana

- Lana, musisz pojechać do Winnic Srebrnej Polany. Bariera ochronna u baronowej przestała działać. On może ją zaatakować.

- Nie mam zamiaru pilnować tej kryminalistki! – zdenerwowałam się

- Proszę cię, Lana, rób co mówię…poza tym, to będzie ostatnie miejsce, gdzie William będzie chciał cię szukać – dodała sprytnie

- Niech ci będzie… – mruknęłam

- Jackob ty spróbuj pojeździć po lasach. Może drzewa coś ci podpowiedzą.

- Nie gadam z drzewkami tak jak ty – prychnął

- Wiesz, o co mi chodzi Indianinie. Jeśli Sands nas zaatakuje, to odbije się na całej społeczności. Również na was.

- Wiem – spoważniał nagle stajenny – Dobrze, zrobię to.

- Postaram się wrócić jak najszybciej – westchnęła ciężko i zatrzymała się przy stajni, gdzie czekała na nią Mishland – Proszę, uważajcie na siebie wszyscy. Zwłaszcza ty, Lana. Masz talent do wpadania w kłopoty.

- Przypilnujemy jej – wyszczerzył się Jasper

- Trzymam cię za słowo – potargała mu włosy, po czym przytuliła mnie do siebie i pocałowała w czoło. Po moim ciele rozeszło się ciepło. – Już niedługo to wszystko się skończy, jeszcze trochę…niech Morrigan cię błogosławi – szepnęła mi do ucha i wskoczyła na konia. Kiwnęła głową do Jackoba i odjechała galopem w głąb wioski.

Przez chwilę staliśmy bez ruchu patrząc się w ślad za nią. Czułam dziwną pustkę po jej wyjeździe. Nie miałam pojęcia, czy wróci sama, czy z Elizabeth…czy zobaczę którąkolwiek z nich. Jak mam teraz spokojnie wrócić do Moorland, gdy wiem, że moi przyjaciele są w takim niebezpieczeństwie.

- Lana, musimy jechać – Jackob położył mi rękę na ramieniu

- Tak, wiem…po prostu chyba zapomniałam jak się chodzi – pokręciłam głową ze śmiechem

- Nie możesz się bać, nie teraz, gdy Sands jest już tak blisko. – powiedział z mocą Jackob

- Nie Jackob, myślę, że to właśnie najbardziej odpowiednia pora, żeby się bać…

- Musisz to zakończyć, tak jak tego chciałaś…masz szansę pomścić mamę.

- Wiesz…gdyby nie chęć zemsty…dawno bym stąd zwiała… – pokręciłam głową. Jackob i Jasper nic nie powiedzieli. Zgodnie wróciliśmy do naszych koni. Czekało nas poważne zadanie i nie mogliśmy teraz dać się porwać czarnym myślom.

***

Cały dzień spędziłam w siodle. Odwiedziłam baronową Silverglade i upewniłam się, że wszystko z nią w porządku. Oczywiście nie wspomniałam jej o porwaniu Elizabeth, żeby nie spanikowała. Szybko jednak opuściłam Winnice i zaczęłam jeździć po wyspie, żeby ostrzec przyjaciół. Byłam na Sosnowym Wzgórzu u Helen Sands, u młynarza Billa, kuchcika i piekarza, Meg mieszkającej w chatce u podnóża wzgórza Nlimera, u panny Kate, nauczycielki z Jarlaheim, staruszki, której pomogłam zbierać jabłka i wielu innych osób…Gdy przejechałam do Moorlnad na kolację byłam ledwo żywa, ale o dziwo mój kac minął. Rodzina Hofferów również wyglądała na zmęczonych. Nie wiem czy to przez upadł, czy przez nawał pracy w gospodarstwie, w każdym bądź razie nikt nie pytał się o moją nieobecność.

- O Lana, mam coś dla ciebie – przypomniał sobie nagle wujek – Powinien był ci to dać jakieś dwa tygodnie temu, ale ciągle nie było czasu, a ty gdzieś znikałaś…twoja mama przysłała list.

- Och, naprawdę? – zdziwiłam się. Przez ten długi czas moja własna matka stała się dla mnie bardzo odległą, prawie nierealną postacią.

- Tak, przepraszam, że nie dałem ci go wcześniej – podał mi pogiętą kopertę

- Nie szkodzi, to też moja wina. Po prostu nie było okazji – uśmiechnęłam się, biorąc od wujka kopertę

Wieczorem siedziałam przy biurku w moim pokoju i czytałam list od mamy przy lampce nocnej. Nie był długi, ale mama zawsze potrafiła krótko i zwięźle wyrazić o co jej chodzi. Ja raczej nie byłam w tym dobra. Trochę martwiła się, że byłam chora (oczywiście nikt nie powiedział jej, że prawie umierała na zapalenie płuc po nocnej kąpieli w morzu!) i prosiła mnie, żebym bardziej słuchała się cioci i wujka. Nawet żebym pogodziła się z Tori! To straszne, że ona tak mało wie…Cieszyła się, że dobrze jeździ mi się na Winterknigtcie i była zdziwiona, że to koń Greenlightów. Pytała się, czy nadal są tak napuszeni i pewni siebie, co rozbawiło mnie do łez. Napisała nawet, żebym uważała na syna Greenlighta, bo jeśli wdał się w ojca, mogę mieć z nim problem. Oj gdyby wiedziała jak wielki…Wszystko było napisane luźnym i swobodnym tonem, jakby wierzyła, że jestem zwykła nastolatką na obozie konnym na wsi, ale ostatnie zdanie zbudziło mój ukryty niepokój. Mama wie i przeczuwa, co tak naprawdę tu się dzieje, a to jedno zdanie świadczyło, że zna mnie lepiej, niż mi się wydawało. NIE UFAJ KSIĘDZU.

Nagle usłyszałam jakiś hałas za oknem. Podniosłam się z krzesła i wytężyłam wzrok. Przed bramą Moorland przejechało stado galopujących koni, a ich jeźdźcy mieli ze sobą płonące pochodnie. Krzyczeli, śmieli się i gwizdali. Przeszedł mnie dreszcz. Kto mógłby jeździć tak po nocy? Czyżby wyspiarski gang? Ledwo o tym pomyślałam, ruszyłam do drzwi. W biegu zakładałam tenisówki i bluzę. Nie miałam czasu przebierać się z piżamy. W korytarzu wpadłam na Jaspera.

- Ty też to widziałeś? – zapytałam

- Tak, to było bardzo dziwne, ale tylko jedna odpowiedź przychodzi mi do głowy…

- Gang Ericka – powiedzieliśmy jednocześnie

- Ale co oni mogą kombinować? Myślisz, że pomagają Sandsowi? – pytał Jasper, gdy po cichu zbiegaliśmy na dół

- Nie wiem, może planują jakiś głupi numer na własną rękę – syknęłam

Wyskoczyliśmy z domu i przemknęliśmy do stajni. Tam wpadliśmy na Rose, która szybko zakładała siodło Sunshine.

- Rosie, co ty tu robisz? – zdziwiłam się

- Nocowałam dziś w domku obozowiczek. Rozumiem, że też chcecie sprawdzić, co tam się dzieje?

- Oczywiście… – ja i Jasper wyszczerzyliśmy się jednocześnie

- Chodźcie, musimy się pospieszyć, żeby ich dogonić.

Szybko założyłam Winterknightowi siodło i razem z Jasperem wdrapaliśmy się na jego grzbiet. Wyjechaliśmy w trójkę w spokojną, cichą noc. Nasze Golden Trio w akcji. Cykanie świerszczy doskonale budowało napięcie. Wszędzie szukaliśmy śladu po jeźdźcach z gangu Ericka, ale wydawało się, że chłopaki rozpłynęli się w powietrzu. Zatrzymałam się zrezygnowana. Kręcimy się kółko.

- To na nic…zgubiliśmy ich – westchnął Jasper

- Cicho! – syknęła nagle Rose

Zamilkliśmy i wytężyliśmy słuch. Z oddali słychać było śmiech i rytualne bicie w bęben. Spojrzałam się dziwnie na Rose.

- To naprawdę gang Ericka? Skąd oni wzięli bęben?

- Jedziemy tam – Rose zebrała wodze i ruszyła do lasu, w stronę dziwnych odgłosów. Pojechałam za nią. Po jakimś czasie dotarliśmy do ukrytej polany. Zatrzymaliśmy się i zostawiliśmy konie z daleka od ognia, a sami podkradliśmy się bliżej do krzaków. Gangsterzy stali w wielkim kręgu i krzyczeli coś w rodzaju okrzyku bojowego. Kilku z nich waliło w wielkie bębny. Sceneria niepokojąco zaczęła mi przypominać jeden z moich snów…W tym momencie do środka kręgu wstąpił Erick. Jego drużyna powitała go wiwatami i oklaskami. Zaraz za nim do środka wepchnięto Williama. Wciągnęłam z sykiem powietrze. Czułam, że Rose i Jasper przyglądają się mi.

- Naprawdę chcesz to zrobić, Greenlight? Jesteś tego pewny? – zapytał rozbawiony Erick, rozciągając mięśnie

- Tak Erick, chce odejść z gangu – oświadczył odważnie Will. Nie widziałam jego twarzy, bo stał do nas tyłem.

- Uparty jesteś…wiesz, czym to grozi, prawda? – przywódca ściągnął skórzaną kurtkę i rzucił ją do Phila. Oczom zebranych ukazała się jego goła klata wyrzeźbiona w idealny kaloryfer – Gang jest jak rodzina, jak jeden organ. Nie można z niego tak po prostu odejść.

- Nie jesteście moją rodziną – wycedził

- Kiedyś uważałeś inaczej – przekrzywił głowę Erick – Mam ci przypomnieć jak przygarnęliśmy cię po tym jak obrabowałeś sklep w Jarleheim, jak karmiłem cię, bo głodowałeś i jak pozwoliłem ci spać w moim domu, kiedy ojciec cię bił? – ogień pochodni odbijał się w jego oczach, przez co wyglądał na bestię

- To prawda, zrobiłeś to, ale nie bezinteresownie. U ciebie wszystko ma swoją cenę Erick. Chciałeś ze mnie zrobić marionetkę, a ja nie mam zamiaru wiernie i ślepo za tobą podążać. – warknął Will, również zrzucając kurtkę

- Kiedyś ci to nie przeszkadzało, Willy – zaśmiał się drapieżnie – Ta miastowa tak cię zmieniła, co?

- Lany w to nie mieszkaj – zmrużył oczy, a moje serce zabiło szybciej. To przeze mnie Will tu stoi. Przeze mnie zdecydował się zerwać z gangiem.

- Nie, nic nie mów…kobiety potrafią nam facetom namieszać w głowach. Coś o tym wiem.

- Mówisz o imprezie i o tym jak pozwoliłeś, żeby Shylund, a potem Hoffer dały ci po gębie? – parsknął śmiechem Will

- Niemądrze rzucać w tej chwili takie uwagi, Greenlight – nastroszył się Erick

- Nie boję się ciebie, Erick.

- A powinieneś…bo jeśli chcesz odjeść z gangu, musisz mnie pokonać – skrzyżował ręce na piersi i stanął na szeroko rozstawionych nogach

- Czekam na to z niecierpliwością…

- Ja też… – uśmiechnął się dziwnie Erick – Brać go – wycedził i w tym momencie dwóch osiłków podskoczyło do Willa

- Co to ma znaczyć?! – chciałam się rzucić na pomoc, ale Rose i Jasper siłą ściągnęli mnie z powrotem w dół

- Co jest?! W co ty grasz, Erick?! – pieklił się Will

- Mówiłem ci, Willy, że kobiety potrafią nam facetom pomieszać w głowach, prawda? – Erick podszedł do Willa i pochylił się nad nim – A ty wybrałeś sobie moją kobietę. Nie wiesz, że kobieta szefa gangu jest świętością i nikt nie ma prawa jej ruszyć? – syknął, a mnie pociemniało w oczach. Tylko nie to…

- Dobrze wiesz, że Catalina rzuciła się na mnie, bo chciała się odegrać za Tori!

- I co mnie to obchodzi? Całowałeś się z nią. Żegnaj Willy, miło było cię poznać – poklepał go po plecach – Zwiążcie go i przywiążcie do Castora. Ten dziki ogier ma moc w kopytach… – zatarł ręce Erick

- Nie… – jęknęłam, ale wśród ogólnych krzyków i wiwatów nikt mnie nie usłyszał – Musimy go ratować! Zróbmy coś!

Spojrzałam się na Rose i Jaspera. Byli bladzi ze strachu. Jak wielką trzeba być bestią, żeby przywiązać człowieka do rozpędzonego konia?! Chciałam wstać, ale cała się trzęsłam. A więc to miał na myśli stary Earl mówiąc, że gangsterem jest się do końca życia…

 

Wyprawa do Doliny Złotych Wzgórz i rozmowa przy wiśniówce w Starym Opactwie…

10 wrz

W połowie drogi byłam tak zmęczona płaczem i podskakiwaniem w siodle w stylu szmacianej lalki, że musiałam się wziąć w garść. Z trudem zebrałam wodze i przywołałam rozbrykanego Winterknighta do porządku. Kiedy mój koń wrócił do spokojnego kłusa, mogłam wytrzeć oczy i przygotować się na spotkanie z rodzinką. Nie tak wyobrażałam sobie ten wieczór. Miałam wrócić do Moorland z Tori, stanąć przed wujkiem i ciocią, żeby z triumfalną miną pokazać im zbuntowaną, złą do szpiku kości pierworodną oraz patrzeć jak jej wściekli rodzice dają jej szlaban do pełnoletności. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że wrócę do domu sama i to jeszcze w tak żałosnym stanie. Zaraz zaczną się pytania typu „Co się stało?”, „Ktoś cię skrzywdził?”, a ja naprawdę nie mam ochoty na rozmowę. Prędzej zacznę znowu ryczeć niż udawać, że wszystko jest w porządku. Tego wolałabym jednak uniknąć. Właściwie to nie sądziłam, że zdrada Willa tak bardzo mnie poruszy. Chyba nie wiedziałam, ile dla mnie znaczy. Szczerze powiedziawszy to mój pierwszy chłopak tak „na poważnie”, moja pierwsza wielka…miłość? Już sama nie wiem, jak to nazwać. Bo jeśli to byłaby miłość, czy on mógłby mnie zdradzić? Cały czas przed oczami miałam scenę, gdy ta wiedźma Catalina wiesza mu się na szyi i całuje, jakby była rybą wyrzuconą na brzeg i nie mogła złapać oddechu. Czułam, że zaciskam ręce w pięści. Jak mogłam nie zauważyć wcześniej, że to taka żmija?! Przecież te wszystkie jej słodkie uśmiechy, komplemenciki, udawana, „siostrzana” przyjaźń…po co to wszystko? No chyba nie dla odbicia Willa, bo ja i on też od początku nie byliśmy zakochaną parą. Za jej działaniem musi się kryć coś więcej. Niemożliwe, żeby ktoś urządzał takie teatrzyk na próżno…Zanim jednak zgłębiłam się w moje rozważania, Winterknight niespodziewanie zatrzymał się. Rozejrzałam się zdezorientowana.

- Winterknight… – szepnęłam. Nie byliśmy w Moorland tylko w Fort Pincie, a mój achał tekin zatrzymał się przed drzwiami domu Kindergardenów. – Ty to jednak jesteś mądrym koniem, wiesz – westchnęłam, zsuwając się z siodła na ziemię – Dziękuję – przytuliłam go za szyję i ucałowałam w chrapy

Niech ktoś tylko mi powie, że zwierzęta to głupie, bezmyślne stworzenia! Winterknight dobrze wiedział, że nie mam ochotę na konfrontację z ciocią i potrzebuję miejsca, gdzie nikt nie będzie mi zadawał zbędnych pytań. Potrzebuję przyjaciela, któremu mogę się wygadać i który mnie pocieszy albo chociaż przytuli i posiedzi ze mną w milczeniu. Rosemarie jest odpowiednią osobą w takiej sytuacji. Skąd on wie takie rzeczy? To się chyba nazywa końska intuicja…

Weszłam na schodki i zapukałam nieśmiało. Nie mam pojęcia, która jest godzina, ale na pewno było późno. Mama zawsze mi powtarzała, że nie wypada składać wizyt w nocy, ale to była sytuacja kryzysowa. Potrzebowałam Rose…może to trochę egoistyczne z mojej strony, ale w tym momencie miałam to gdzieś. Wychyliłam się przez barierkę, żeby zajrzeć przez okno. W pokoju wspólnym paliło się przyćmione światło. Ktoś siedział przy stole. Przygryzłam wargę. Pewnie wszyscy już spali, Rose też. Jeśli mam choć trochę przyzwoitości…a kij mi w oko! Zapukałam drugi raz, tym razem bardziej zdecydowanie. Po drugiej stronie usłyszałam ciężkie westchnięcie i ktoś podniósł się z krzesła. Chwilę potem drzwi się otworzyły i stanęła przede mną głowa rodziny – pan Kindergarden. Nogę dalej miał w gipsie, chodził o kulach.

- Dobry wieczór – przełknęłam ślinę

- Dobry wieczór – odparł sennym głosem. Był blady i miał podkrążone oczy. Brak pracy w jego ukochanym sklepie i przymusowe zwolnienie zdrowotne zdecydowanie mu nie służyły. Za uchem miał zatknięty ołówek, a w ręku trzymał linijkę. Ziewnął i szybko zakrył dłonią usta – Przepraszam, że się spytam…może to dziwne pytanie, ale co tutaj robisz o tej porze, Lano? – oparł się na drzwiach i skrzyżował ręce

- Nie, nie…wcale nie dziwne pytanie, to ja jestem dziwna… – czułam, że policzki mi płoną – Ja tylko chciałam…jest Rose?

- Jest, wydaje mi się, że śpi…czy coś się stało? – zmarszczył brwi, lustrując mnie wzrokiem. Musiałam naprawdę kiepsko wyglądać, bo na jego twarzy widziałam litość.

- Ja tylko potrzebuję Rose… – wciągnęłam z sykiem powietrze, próbując się nie rozpłakać. Głos i tak lekko mi zadrżał, a oczy zaszły mgłą. – ale jeśli ona śpi, ja… – zaczęłam się wycofywać

- Poczekaj, nie śpi. Chyba jeszcze usypia Aleca. Wejdź, pójdę po nią – pan Kindergarden odsunął się, robią mi przejście

- Naprawdę? Nie chciałabym robić zamieszania.

- W porządku, nic się nie stało. Rose mówiła, że dobra z ciebie dziewczyna. Nie przychodziłabyś o takiej porze, gdyby to nie było naprawdę ważne. A co do konia… – zajrzał mi ponad ramieniem – przywiąż go do barierki. Zaraz zaprowadzę go do naszej stajni. Coś czuję, że zostaniesz tu do rana…

- Nie, mogę sama go zaprowadzić…

- Spokojnie, ja to zrobię. Muszę się przewietrzyć. Od tych cyferek kręci mi się już w głowie… – zaśmiał się lekko

Skinęłam głową i weszłam do domu. Pan Kindergarden wskazał mi kanapę i poszedł na górę po córkę. Wrócił po chwili i poinformował mnie, że Rose zaraz przyjdzie, po czym wyszedł na dwór, odprowadzić Winterknighta. Nagle usłyszałam wściekłe końskie rżenie. Zaklęłam pod nosem i zerwałam się z miejsca.

- Przepraszam, zapomniałam, że Winterknight nie toleruje obcych ludzi… – szybko podbiegłam i zabrałam wodze – Przepraszam – powtórzyłam widząc zaskoczoną minę pana Kindergarden – Zrobił panu krzywdę?

- Nie, nie tylko trochę przestraszył – mruknął, poprawiając koszulę – W takim razie chodź za mną.

Posłusznie ruszyłam za ojcem Rose, po drodze dając reprymendę mojemu ogierowi. Chociaż raz mógłby odpuścić. To dziwne, że Alex pozwolił się dotknąć już za pierwszym razem, a w takich sytuacjach zachowuje się jakby opętał go sam diabeł. Wracając do domu, zobaczyłam, że Rose stoi już na schodach. Była ubrana w białą koszulę nocną w wyblakłe kwiaty i miała zarzucony na ramiona brązowy pled, a lekko rozczochrane włosy świadczyły o tym, że przed chwilą wstała z łóżka. Wyglądała na wkurzoną i zniecierpliwioną, ale gdy tylko mnie zobaczyła, w jej oczach pojawiła się troska i współczucie.

- Lana, co się stało? – wyciągnęła ręce, a ja, jak małe dziecko po prostu rozpłakałam się i padłam w jej ramiona – Hej, nie może być aż tak źle… – przytuliła mnie mocniej przyjaciółka – Gdzie ty byłaś? Pachniesz ziemią i…

- Chciałam pomóc Tori…Erick planował jej zrobić krzywdę…ale na tej imprezie…Will…i Catalina…oni…

- Ciii…poczekaj, chodź na górę. Tam wszystko mi opowiesz – przygarnęła mnie ramieniem i kiwnęła głową do ojca na znak, że sobie ze mną poradzi

Pokój mojej przyjaciółki na wieży był najwyżej położonym pomieszczeniem w domu. W dzień było tu upiornie duszno, ale za to w nocy, gdy otworzyła wszystkie okna i zrobiła mały przeciąg, przyjemny, nocny chłód zamieniał to miejsce w raj na ziemi. Usiadłam na łóżku, a Rose przysunęła się do mnie na fotelu i zamieniła się w słuch. O tak, kto jak kto, ale Rose potrafi słuchać. Ani raz mi nie przerwała tylko ze skupioną miną przetwarzała informacje, które jej przekazywałam, a ja gadałam jakby ktoś nagle przełączył we mnie jakąś dźwignię. Na przemian z płaczem, śmiechem i czkawką opowiedziałam jej cały dzisiejszy dzień. Kiedy skończyłam, miałam wrażenie, że uleciała ze mnie cała energia i najchętniej zasnęłabym i obudziła się za 100 lat.

- Nie…Catalina i William?! To jakiś obłęd! – pokręciła szybko głową, jakby chciała wyrzucić tą informację z pamięci

- A dlaczego nie? – prychnęłam, podciągając kolana od brodę – Ona jest piękna…ma idealne wymiary, jakby to powiedzieli moi koledzy z Los Angeles, jest pewna siebie, potrafi uwodzić, pewnie dobrze całuje…

- Hej przestań się katować! – Rose pacnęła mnie w ramię – Jesteś sto razy lepsza od tej napuszonej gwiazdy. Ona i Tori są siebie warte, to wredne babska z okropnym charakterem, uroda to nie wszystko… Zresztą to nie o to chodzi! Will oszalał na twoim punkcie, wiem co mówię…nie wierzę, że tak po prostu cię zdradził… – wstała i zaczęła chodzić po pokoju z założonymi rękami

- Oboje byli pijani – warknęłam – W takim stanie jak oni można zrobić wszystko i niczego nie pamiętać na drugi dzień, uwierz mi – przewróciłam oczami – Po co on tam w ogóle poszedł…obiecał, że z nimi zerwie… – szybko starałam cisnące się do oczu łzy – Jestem taka głupia.

- Lana, sam fakt, że obiecał ci coś takiego to znak, że się zmienił – Rose podeszła do mnie szybko i położyła dłonie na moich kolanach – Popatrz na mnie. Jeśli Will sam z siebie postanowił zrezygnować z gangu dla ciebie to znaczy, że naprawdę zależało mu na tobie.

- I co z tego, jeśli poszedł na imprezę i obściskiwał się z Cataliną w stodole?! – strzepnęłam jej ręce – Pewnie miał nadzieję, że nikt się o tym nie dowie. Ups, nie udało się – burknęłam

- No pewnie, że miał nadzieję, że nikt się o tym nie dowie, bo Erick rozerwałby go na strzępy – parsknęła śmiechem Rose

- Śmieszy cię to? – jęknęłam – Zresztą nie ważne, bo Erick i tak ich zobaczył. Może mu dać po mordzie, nic mnie to już nie obchodzi. – rzuciłam się plecami na łóżko – Sama dałam mu z liścia. To też mnie nie obchodzi! Zasłużył sobie na to! – pociągnęłam nosem

- Gdyby cię nie obchodziło, nie ryczałabyś teraz – stwierdziła sucho Rose i położyła się obok mnie – Pomyśl logicznie. Może William nie poszedł na imprezę, żeby się zabawić tylko chciał pogadać z Erickiem. Napił się, bo przecież co to za impreza bez alkoholu – przewróciła oczami – a potem zły splot wypadków sprawił, że wylądował z Cataliną.

- Długo nad tym myślałaś?! – wybuchłam gorzkim śmiechem

- Nie skończyłam jeszcze – podniosła się do pozycji siedzącej i spojrzała mi w oczy z miną detektywa na tropie- Nie zastanawia cię, co Catalina robiła na tej imprezie? Jest gangsterką, dziewczyną gangstera czy kim do cholery?

- A czy to ważne? Obie wiemy, że Erick jest w niej zakochany, a ona… – potarłam zmęczone oczy

- Właśnie, a ona co? Niby mówiła, że nic do niego nie czuje, ale gdy zobaczyła go z Tori…sama mówiłaś, że wyglądała na zazdrosną.

- Słuchaj, jeśli byłaby zazdrosna o tego bezmózgiego mięśniaka, rzuciła by się z pazurami na Tori! A nie obściskiwała by się z pierwszym lepszym chłopakiem…

- Wiem, że to trochę głupie, ale może to był rewanż – podrapała się w brodę – W sumie Erick obściskiwał z Tori na jej oczach i kto wie, czy nie specjalnie. A jeśli Catalina chciała zastosować taką samą strategię? Chciała, żeby to Erick był o nią zazdrosny, a Will nawinął się przez przypadek…

- Rose…czy ty go bronisz? – usiadłam po turecku i spojrzałam jej w oczy – Przecież ten scenariusz nie trzyma się kupy – pacnęłam ją poduszką

- No dobrze, przyznaję, że szanse są bardzo małe… – burknęła urażona

- Po prostu muszę spojrzeć prawdzie w oczy…William to gangster, lekkoduch, imprezowicz i kobieciarz, a ja go nie zmienię – westchnęłam ciężko

- Może chociaż daj mu szansę się wytłumaczyć? – przygryzła wargę Rose, ale spiorunowałam ją wzrokiem

- Nie mam zamiaru z nim rozmawiać! Już jak na niego patrzę, robi mi się niedobrze! – przycisnęłam do piersi poduszkę, rozpłakałam się i skuliłam się na łóżku

- No już dobrze…płacz sobie, płacz…to czasem pomaga – Rose położyła się obok i przytuliła mnie do siebie. Przez chwilę leżałyśmy bez słów, a ja próbowałam zdusić spazmatyczny szloch. Gdy tylko zamknęłam oczy widziałam ich razem. Nie mogłam się pozbyć tego okropnego obrazu, który na nowo rozdzierał mi serce. Miałam ochotę pozabijać ich wszystkich…Willa, Catalinę, Ericka, Tori…Przyciskałam tak mocno poduszkę, że szybko przemokła. Moja przyjaciółka nic nie mówiła, tylko delikatnie głaskała mnie po ramionach i nuciła do ucha jakąś melodię.

- Lana…po co w ogóle pojechałaś na tą imprezę? – zapytała po jakimś czasie Rosie

- Chciałam uratować Tori – wydukałam

- I ostatecznie ją tam zostawiłaś?

- Ta małpa wcale nie chciała ratunku! Nie wiedziałam, że jest aż tak głupia…niech sobie sama radzi.

- Jestem z ciebie dumna, że mimo wszystko chciałaś ją ratować. Po tych wszystkich okropnych rzeczach, które ci robiła…

- Jestem za dobra, mam za miękkie serce i cierpię przez to! – jęknęłam – Przykład A!

- Czemu pojechałaś tam sama?

- Anastasia nie chciała jechać, a ja nie namawiałam jej, bo i tak dużo przeszła bo wizycie na Zapomnianych Polach…a Jasper wciąż nie ma konia.

- Chciałabym zobaczyć jej minę gdy zaczęły się te wybuchy. Musiała nieźle spanikować – zachichotała Rose

- Zupełnie oszalała. Błagam cię, nie pożyczaj jej już żadnych kryminałów…przyrzekam, że ostatni raz biorę ją na taką wyprawę. Jesteś zdecydowanie lepszym kompanem…no ale byłaś zajęta, opiekowałaś się bratem…

- A propos brata… – westchnęła Rose, słysząc płacz z pokoju na dole – Obudził się, muszę do niego iść. Nie chcę, żeby mama się obudziła – podniosła się szybko z łóżka – Zaraz wracam.

- Ten ząb jeszcze mu nie wypadł?

- Boi się go dotykać i nikomu na to nie pozwala – przewróciła oczami, szukając po omacku kapci – Od tego płaczu dostał gorączki…

- Weź go tutaj do nas.

- Jesteś pewna? – zmarszczyła brwi

- Taaa popłaczemy sobie razem. Jak byłam w jego wieku też strasznie bałam się wypadających zębów mlecznych. To był horror. Ojciec zamykał się w biurze, mama wychodziła do ogrodu, a mnie uspokajał lokaj i pokojówka. W końcu kucharz nie wytrzymał, podszedł mnie mnie i po prostu go wyrwał. Byłam w takim szoku, że przestałam płakać.

- Zaraz wracam – prychnęła Rose, nie komentując mojej odpowiedzi

Rzeczywiście po chwili wróciła z pochlipującym Alecem, który ściskał figurkę supermana.

- Hej bohaterze – kiwnęłam mu głową – Słyszałam, że dopadła cię przejściowa niemoc.

- Wcale, że nie! – zaseplenił – On się po prostu rusza…

- I myślisz, że jak go zostawisz, to za jakiś czas wszystko wróci do normy? – mruknęłam, a chłopiec energicznie pokiwał głową – Skąd ja to znam…

- Po prostu go wyrwij – jęknęła Rose

- Nie! – pisnął mały i odskoczył od siostry – Nie ruszaj…to boli… – rozpłakał się

- Nie rycz, bo zaraz ja będę płakać… – pociągnęłam nosem

- Ty nie masz powodu! – zawył mały

- Tak? Chłopak mnie zdradził, moja kuzynka pozwala się obracać gangsterowi i ściga mnie stary wariat, bo chce mnie zabić! I kto ma gorzej?

- Ząb mi się rusza! – zawołał, jakby to oświadczenie mogło tłumaczyć cały ból tego świata

- Myślisz, że ty głośno płaczesz? Zaraz zobaczysz jak ja płaczę…

- Ja płaczę najgłośniej! – tupnął nogą

- Nie prawda, bo ja! – zmusiłam się do płaczu

- Ja, ja, ja! – Alec wskoczył na łóżko i zaczął ryczeć najgłośniej jak mógł. Jego buzia zrobiła się czerwona z wysiłku. Zawtórowałam mu.

- Przestańcie oboje! Zwariowaliście?! – doskoczyła do nas Rose, ale ja tylko machnęłam ręką. Czekałam aż chłopiec otworzy buzię. Kiedy to zrobił, złapałam chusteczkę z pudełka i szybko, zanim któreś z nich zdążyło się zorientować, złapałam za ząb, przekręciłam w prawo i wyrwałam. Alec pisnął i zakrył buzię rączkami. Patrzył się na mnie rozszerzonymi ze zdziwienia oczami. Rose otworzyła buzię, ale nic nie powiedziała.

- Lepiej? – przerwałam ciszę

- Boli… – jęknął Alec

- Zobacz jaki ładny. Pewnie jutro przyjdzie do ciebie wróżka-zębuszka – uśmiechnęłam się do niego

- Mój ząb… – zbladł, patrząc na zakrwawioną chusteczką i błyszczący biały ząbek – Głupia jesteś! – krzyknął i pobiegł do wyjścia

- Alec, przepłucz buzię wodą z solą! Szklanka stoi na umywalce… – zawołała za nim Rose, ale Alec trzasnął tylko drzwiami. Moja przyjaciółka stała zbaraniała na środku pokoju. Chyba nadal nie wiedziała, co się stało.

- Jesteś dobrą siostrą Rose – stwierdziłam

- Czasem wydaje mi się, że za dobrą…oni doprowadzą mnie kiedyś do szału… – westchnęła i opadła na łóżko

- To jedziemy na jednym wózku…mamy dość niewdzięcznych facetów… – westchnęłam, odkładając chusteczkę z zębem na komodę

- Jesteś nienormalna – parsknęła śmiechem Rose – Co cię podkusiło, żeby mu wyrwać tego zęba?

- Taki impuls – wzruszyłam ramionami – Ważne, że pomogło.

- Wariatka… – skwitowała i położyła się na plecach

- Masz rację, jestem wariatką i przyciągam samych wariatów. Jackob, William…

- Jackob jeszcze się od ciebie nie odczepił? – zapytała niby lekkim tonem, ale widziałam jak się spina. Chyba muszę powiedzieć jej prawdę.

- Powiedziałam mu dobitnie co myślę o jego podrywach i chyba w końcu odpuścił…ale Ana powiedziała mi, że wczoraj zabrał ją na wzgórze Nlimera i razem patrzyli się w gwiazdy. No i podarował jej talizman z głową wilka…

- To jego zwierzęcy patron… – szepnęła ściśniętym głosem

- Właśnie… – pokiwałam głową – Szybko się otrząsnął. Mam nadzieję, że może w końcu się zdecydował… – mruczałam gniewnie, gdy usłyszałam pociągnięcie głosem – Rose! Ty chyba nie płaczesz?

- Nie… – szybko potarła nos – Oczy mi się pocą.

- Ach rozumiem…wzruszyłaś się tą romantyczną historią żywcem wyciągniętą z powieści – przedrzeźniałam Anę

- Tak, właśnie tak – zaśmiała się przez łzy moja przyjaciółka – Małpa…już ja jej pożyczę książkę… – rozkleiła się

- Rosie, on nie jest ciebie wart – przytuliłam ją – To zwykły podrywacz i casanova, jest nie stały w uczuciach, tylko złamałby ci serce…

- Już mi złamał serce…wiesz, że w tamtym tygodniu też wziął mnie na wzgórze Nlimera…i czytał mi jakieś durne hiszpańskie wiersze…a ja się tak cieszyłam, że coś rozumiem…

- Faceci to świnie! – stwierdziłam buntowniczo, a Rose rozpłakała się na dobre. Teraz obie ryczałyśmy. Nie mam pojęcia ile czasu.

- Wiesz co, ja złoże żelazne śluby… – mruczałam sennie, wtulona w ramię Rose – Żadnych facetów.

- Masz rację – szepnęła przez sen moja przyjaciółka

- Tak, tak…pójdziemy do zakonu. Wiesz Rose, to jest myśl. Ja będę siostrą Florencją jak moja zakonnica ze szkoły, a ty będziesz siostrą Rozalią.

- Lana…

- Nie? No dobrze, w takim razie założymy bractwo wojowniczek i będziemy zwalczać facetów. Będziemy jeździć na koniach jak Amazonki… – mruczałam co mi ślina na język przyniosła

- Lana…

- Co?

- Śpij już, co?

- Ok… – poddałam się i zamknęłam oczy. Miałam już dość wszystkiego. Sen to właśnie to, czego potrzebowałam.

***

Obudziły mnie ostre promienie słońca. Otworzyłam oczy i przeciągnęłam się na łóżku. Duszne, ciężkie powietrze wpadło przez otwarte na oścież okna i przytulny pokoik powoli zamieniał się w saunę. Podniosłam się, a Rose, która spała przytulona do mnie, przekręciła się na drugi bok.

- Jak ty możesz tu mieszkać? – westchnęłam – Już jestem spocona.

- Cóż…zwykle wstaję zanim słońce tutaj dotrze… – ziewnęła

- Więc która jest godzina?

- Nie mam pojęcia, ale chyba zaspałyśmy…

- Eee Rose? – zmarszczyłam brwi

- O Boże, zaspałyśmy! – poderwała się do góry – Wstawaj, powinnam być już w pracy w Moorland.

- Spokojnie, nikt ci nie urwie za to głowy – posłałam jej na wpół śpiący uśmiech – Poza tym o tej porze Jackob skoczył już sprzątać, więc się na niego nie natkniesz.

- Bardzo śmieszne – uśmiechnęła się kwaśno, zbierając w pośpiechu ubrania – Idę pod prysznic. Za pięć minut na dole. Śniadanie.

- Tak jest, pani generał – zasalutowałam, a Rose zniknęła w małej łazience

Rosemarie potrafił być szybka jak burza, więc równo po pięciu minutach wyskoczyła z łazienki. Ja też wzięłam szybki prysznic i dostałam od przyjaciółki koszulkę na przebranie, a ponieważ większość ciuchów miała w praniu, wygrzebała dla mnie podkoszulek z uśmiechniętą buzią pieska.

- Mam nadzieję, że będzie pasować… – mruczała pod nosem

- Tak, raczej pasuje, ale litości…skąd ty masz takie ciuchy w szafie? – jęknęłam, przeglądając się w lustrze

- Zostało mi jeszcze z czasów jak byłam mała…koszulka na awaryjne sytuacje, takie jak ta – uśmiechnęła się przepraszająco, szczotkując włosy

- Super – westchnęłam, ale nic więcej nie mogłam poradzić. Darowanemu koniu nie zagląda się w zęby, a lepiej chodzić w koszulce dla dzieci niż w brudnej i spoconej. I tak nie planuję się dziś z nikim spotykać…

Kiedy zeszłyśmy na dół nikt nie był zdziwiony moją obecnością. Pani Kindergarden pogłaskała mnie po głowie i uśmiechnęła się pocieszająco. To chyba nie możliwe, żeby tak szybko wiedziała, co się stało. Zanim zdążyłam coś powiedzieć nałożyła mi na talerz dużą porcję jajecznicy z szynką.

- Nie trzeba, pani Kindergarden, naprawdę. Wprosiłam się i…

- Cieszymy się, że jesteś Lano – powiedziała spokojnie mama Rose – Jedz póki gorąca. Jajecznica jest doskonała na złamane serce.

- Przepraszam? – obie z Rose zakrztusiłyśmy się sokiem

- Mamo, czy ty podsłuchiwałaś? – oburzyła się Rose

- Oczywiście, że nie… – zaprzeczyła pani Kindergarden

- Krzyczałyście tak głośno, że nie dało się spać… – burknął Steve, mieszając łyżką płatki kukurydziane

- Poza tym Alec wygadał resztę – dodał pan Kindergarden

- Alec… – ja i Rose spojrzałyśmy się na niego morderczym wzrokiem, a maluch wyszczerzył się w szczerbatym uśmiechu

- Dziękuję Lano, że wyrwałaś mu tego zęba. Bałam się, że głowy nam popękają od jego płaczu – powiedziała z ulgą pani Kindergarden

- Drobiazg – machnęłam ręką z uśmiechem – Polecam się na przyszłość – wzięłam kromkę chleba z koszyka podanego przez Rose

- Jedziesz ze mną do Moorland? – zapytała moja przyjaciółka – Twoja ciocia i wujek pewnie umierają z niepokoju.

- Obiecałam jej, że wrócę na noc… – przygryzłam wargę – ale nie mogę tam wrócić. Jeszcze nie teraz – ściszyłam głos, widząc jak pozostali domownicy próbują udawać, że nas nie słuchają

- Nie rozumiem – zmarszczyła brwi Rose

- Moorland będzie pierwszym miejscem, gdzie Will będzie mnie szukał, a ja nie mam ochoty z nim gadać – syknęłam

- I przez niego nie wrócisz do domu? To gdzie masz zamiar pójść?

- Pojadę do Valedale – odparłam po chwili namysłu – Alex miała jechać do Doliny Złotych Wzgórz. Co prawda powiedziała, że skontaktuje się ze mną, kiedy będzie gotowa, ale ja trochę to przyspieszę.

- Jesteś pewna?

- Tak…powiedz Jasperowi co się stało, żeby się o mnie nie martwili, ale nie mów, gdzie pojechałam. Nie chcę, żeby ktoś mnie szukał. Muszę pobyć sama.

- W porządku… – mruknęła Rose, ale jej zmarszczone brwi mówiły mi, że wcale jej się to nie podobało – Myślisz, że wyprawa z Alex do Doliny Złotych Wzgórz jest bezpieczna? Zwłaszcza jeśli jedziecie tam po to, o czym myślę…

- Nie, nie będzie bezpiecznie, ale muszę zrobić coś ryzykownego, bo zwariuję…Alex jest druidką, Elizabeth nie puściłaby jej, gdyby istniało zagrożenie. Damy radę, Rosie.

- Jak wrócisz od razu zamelduj się u mnie. Obiecujesz? – spojrzała na mnie poważnie

- Oczywiście – wyszczerzyłam się

- Czyli widzimy się na kolacji? – zapytała wesoło pani Kindergarden

- Mamo! – jęknęła Rose

- Nie podsłuchiwałam, przysięgam! – powiedziała z uśmiechem jej mama, ale do mnie puściła oczko – To co wolicie? Kurczaka czy naleśniki?

***

Po szybkim śniadaniu z rodziną Kindergardenów obie z Rose wyruszyłyśmy w drogę. Pani Kindergarden oczywiście wepchnęła nam prowiant na drogę, czyli wielkie buły z szynką. Podziękowałam jej grzecznie, a ona przytuliła mnie i Rose, życząc miłego dnia. To było takie kochane…zawsze kiedy tu przyjeżdżam, pani Kindergarden traktuje mnie jak córkę. Na szczęście inni domownicy nie mają nic przeciwko i też wydają się mnie lubić. Rozstałyśmy z Rose na zakręcie do Doliny Moorland. Ona obiecała, że nic nie powie o mojej wyprawie, a ja, że wrócę cała w jednym kawałku. Było już późno, więc na drodze pojawiło się więcej ludzi, ale nigdzie nie widziałam Willa, Tori albo Ericka, co wzięłam za dobry omen. Wybierałam oczywiście rzadko uczęszczane dróżki i skróty, więc przejazd do Valedale minął mi w mgnieniu oka. Alex znalazłam w domu Angusa. Siedziała na gangu z twarzą zwróconą ku Słońcu. Miała zamknięte oczy i szeroki uśmiech. Wydawało mi się, że szepcze jakieś słowa. Siedziała po turecku w luźnej płóciennej sukni i rozpuszczonych włosach. Nie wiedziałam, czy mogę jej przeszkodzić, ale zanim się odezwałam, druidka sama otworzyła oczy i spojrzała na mnie wesoło.

- Lana, co tutaj robisz?

- Przyjechałam po ciebie. Jedziemy do Doliny Złotych Wzgórz?

- Tak szybko? – zdziwiła się

- Szybko? Myślałam, że zależy nam na czasie.

- Coś się stało, prawda? Wczoraj na imprezie – spojrzała na mnie przenikliwie

- Możemy o tym nie gadać – westchnęłam, unikając jej spojrzenia

- Ok – powiedziała po chwili namysłu – Jedziemy. Poczekaj tu chwilę, powiem Angusowi. – podniosła się i zniknęła w chatce. Zanim zdążyłam się obejrzeć wróciła z przewieszoną przez ramię torbą. Może jednak przygotowywała się na moją wizytę. Angus przydreptał za nią, podpierając się laską. Przystanął na schodkach i z pogodnym uśmiechem patrzył, jak wsiadamy na konie.

- Bądźcie ostrożne. Sands wie, że bursztyny są w Dolinie Złotych Wzgórz, więc też może po nie pojechać.

- Damy radę, dziadku – zawołała wesoło Alex – Wyprzedzimy go i wrócimy przed zmrokiem. A jeśli go spotkamy, damy mu nauczkę.

- Oby nie… – mruknęłam – Podejrzewam, że jeśli go spotkamy, to będzie z Sabine, a ja nie mam ochoty na konfrontację.

- Będę się modlił do Morrigan i Brigit o waszą bezpieczną podróż – skinął głową Angus – Powodzenia.

Podziękowałyśmy i ruszyłyśmy w drogę. Alex jakby podświadomie wyczuwała, że przed czymś (a raczej przed kimś!) uciekam, wybrała ścieżkę, która nie prowadziła do centrum Srebrnej Polany, tylko je okrążała. W milczeniu przejechałyśmy cwałem przez pola i dopiero wtedy wkroczyłyśmy na drogę do Winnic Srebrnej Polany. Nie byłam jeszcze w Dolnie Złotych Wzgórz, więc posłusznie trzymałam się Alex i nie wyprzedzałam jej. Druidka nie zwalniała. Ominęłyśmy zakręt i wzgórze, na którym leżał pałacyk baronowej i jej stadnina. Wybrałyśmy dolną drogę u podnóża góry wzdłuż pól winogronowych.

- Elizabeth pojechała z Sebbusem? – zapytałam, chcąc przerwać napiętą chwilę milczenia

- Aha, wczoraj w nocy – odparła lekkim tonem Alex – Conrad pojechał z nimi, żeby eskortować ją w dzień.

- Więc nie widziałaś się z nią przed wyjazdem?

- Nie, ale zdążyła przekazać mi wszystkie instrukcje. Nie bój się, tym razem tego nie zawalimy.

- Chodziło mi o to, że się nie pożegnałyście – mruknęłam, zanim ugryzłam się w język. Alex zmarszczyła lekko brwi.

- Elizabeth nigdy się za mną nie żegnała – powiedziała poważnie

- Przepraszam, nie powinnam tego mówić – spojrzałam na nią kątem okna. Nie wyglądała na urażoną.

- Nie ma za co przepraszać – zaśmiała się – Moja relacja z Elizabeth nie jest zwykłą relacją matki i córki, chyba już to zauważyłaś.

- Rzadko ze sobą rozmawiacie – podsunęłam

- Tak, to też – kiwnęła powoli głową – Ona jest dla mnie bardziej Najwyższą Kapłanką niż matką… – powiedziała i przeszła do galopu. Zaskoczona też zwolniłam. – Traktuję ją z szacunkiem, bo jest przywódcą naszego plemienia. Jest dla mnie tak samo ważna jak dla reszty Strażników Aideen. Może powinna być mi bliższa, bo jest moją matką, osobą, która mnie urodziła, ale…czuję do niej takie samo przywiązanie jak do innych sióstr i braci z Valedale. To chyba nie jest normalne, prawda? – spojrzała na mnie uważnie

- Pytasz się mnie o zdanie? – zdziwiłam się

- Tak, liczę się z twoją opinią, bo ci ufam – zmarszczyła brwi

- Wow…to jest wielki postęp z twojej strony. Ty pytasz się mnie o zdanie w jakieś sprawie…

- Och daj spokój, bo się rozmyślę – puknęła mnie ze śmiechem w kostkę

- Cóż, wydaje mi się, że ty i Elizabeth kochacie się…ale nie wyrażacie tego w taki sposób jak inni. Martwiła się o ciebie i nie chciała cie puścić do Doliny Złotych Wzgórz, prawda?

- Po prostu nie chciała, żebym znowu coś popsuła. Te bursztyny są bardzo ważne, bo tylko one i onyks zostały „na wolności”.

- Bzdura…martwiła się o nas. Nie chce, żebyśmy się w to mieszały, bo jej matka zginęła przez Sandsa. Boi się, że skończymy tak samo.

- Tym razem musi się udać – Alex mówiła z taką pewnością, że aż poczułam się lepiej – A teraz twoja kolej, powiedz mi, co się stało na tej imprezie. Udało ci się uratować kuzynkę?

- Właściwie to nie wiem… – przyznałam – Odciągnęłam ją od Ericka, ale wtedy zobaczyłam Catlinę i Willa…całowali się…byłam w szoku…zrobiłam mu awanturę i odjechałam. Nie wiem, co się potem stało z Tori.

- Och Lana…tak mi przykro – szepnęła zmartwiona druidka – Byliście taką ładną parą.

- Błagam cię, tylko nie mów, że nie wierzysz, że on mógłby to zrobić – zaśmiała się gorzko

- Wcale tak nie myślę. Mógł to zrobić i zrobił. Zapłacił za to wysoką cenę, bo stracił ciebie. – westchnęła ciężko Alex – Tylko wiesz…ludzie robią mnóstwo głupich rzeczy, których potem żałują. Sama jesteś w tym mistrzynią. Nie mów, że nie? – spojrzała na mnie wymownie

- Chcesz mi powiedzieć, że mam mu wybaczyć?

- Nie od razu oczywiście, niech chłopak pocierpi! – zaśmiała się – Ale on cię kocha Lana i dobrze o tym wiesz. Poza tym on i Catalina nie pasują do siebie. Ja tego zupełnie nie widzę! – skrzywiła się, a ja wybuchłam śmiechem

- Ja tylko boję się tego, że to nie pierwszy i ostatni raz. Nie zniosłabym, gdyby całował się tak z każdą dziewczyną na imprezie, a do mnie wracał jak do stabilnej przystani i mówił za każdym razem „Jeden pocałunek nic nie znaczy” – wyrzuciłam z siebie swoje obawy

Alex spojrzała się na mnie, uśmiechając się smutno. W jej oczach widziałam współczucie, gdy wychyliła się i złapała mnie za rękę.

- Tego nie mogę ci zagwarantować, ale zastanów się…sama mówiłaś, że wydaje ci się, że Erick planuje wykorzystać twoją kuzynkę. Może nie tylko ona była ofiarą czyjegoś planu. Zobaczysz, że jeszcze wszystko się ułoży i pogodzicie się – puściła do mnie oko

- Skąd taka pewność? Jesteś jasnowidzem czy co? – prychnęłam

- A skąd! Ja nie… – parsknęła, siadając wygodniej na końskim grzbiecie – ale właściciele bursztynu mają taką moc… – dodała, posyłając mi przez ramię psotny uśmiech

- Żartujesz sobie? To też druidzi? – wytrzeszczyłam oczy

- Nie, nie należą do naszego celtyckiego plemienia…To bliźniaki. Właściwie to nie mamy pojęcia, skąd one się tam wzięły, ale muszę cię ostrzec…są dość nietypowe.

- Co to znaczy?

Alex nie odpowiedziała tylko przyspieszyła. Ściągnęłam wodze i zaczęłam ją gonić, krzycząc, żeby zwolniła. Droga, którą jechałyśmy powoli zaczęła zmieniać się w aleję wielkich dębów i klonów. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że wszystkie liście były intensywnie pomarańczowe, złote i czerwone oraz spadały przy każdym podmuchu wiatru, a mimo to na gałęziach wciąż było ich mnóstwo. Tak, tak, tu był wiatr! Sceneria wyglądała na typowo jesienną, a przecież dopiero koniec sierpnia.

- Co to jest do diabła? – rozglądałam się w koło

Na trasie wysypano równą warstwę białych, małych kamieni, na których końskie kopyta stukały miarowo. Przy drodze leżały zgrabione liście i żołędzie. Na końcu alei, przy żelaznej bramie zdobionej motywem kiści winogron, czekała na mnie Alex.

- Witaj w Dolinie Złotych Wzgórz, krainie wiecznej jesieni – uśmiechnęła się szeroko i popchnęła bramę, która bez skrzypnięcia otworzyła się na oścież. Pojechałyśmy dalej spokojnym kłusem.

- Niesamowite…nie wiedziałam, że coś takiego w ogóle jest możliwe. To miejsce powinno być wpisane na listę cudów świata. – mówiłam zafascynowana

- Nikt o tym nie wie. Mieszkańcy nie mówią o tym miejscu poza Jorvik.

- Dlaczego?

- Nie chcemy rozgłosu. Zwłaszcza, że ta anomalia ma prawdopodobnie związek z działalnością Strażników Aideen.

- To przez wasze czary?

- Angus mówił mi, że w starych kronikach jest zapisek o tym, że to stary Meriadok stworzył taką krainę przed swoją śmiercią.

- Ciekawe…a macie tu też krainę wiecznej zimy?

- Tak, Północna Przełęcz. Podobno są też krainy wiosny i lata, ale co do nich nie mamy pewności, bo część ksiąg spłonęła podczas najazdu Sandsa, a Rada Starszych nie zdążyła ich rozpracować. Niektórzy druidzi twierdzą, że kraina wiosny to Urodzajne Hrabstwa, a kraina lata to Zapomniane Pola, ale wciąż są o to spory. Legenda mówi, że Meriadok po śmierci kazał rozrzucić swoje prochy w czterech różnych częściach wyspy i to właśnie są owe magiczne krainy, w które tchnął życie. Ten kto odnajdzie wszystkie cztery ołtarze i odprawi na nich rytuał podczas czterech pełni, ten otrzyma specjalną, sekretną moc Meriadoka. Wielu ambitnych druidów się na to skusiło. Jak dotąd nikomu się nie udało.

- Hmm chyba wiem, co będziesz robić, kiedy skończymy sprawę z Sandsem – uśmiechnęłam się do niej porozumiewawczo

- O tak, zajmiemy się tym w następne wakacje – zaśmiała się, a ja poczułam ukłucie w sercu. Wakacje powoli się kończą. Już niedługo będę musiała opuścić wyspę Jorvik. Jak ja to przeżyję?

- Miałaś mi coś powiedzieć o tych bliźniakach – przypomniało mi się

- Ach tak, chciałam cię przygotować, żebyś się ich nie przestraszyła. To dziwaczne dzieci.

- Dzieci są właścicielami bursztynu druidów? – zdumiałam się

- To nie są zwykłe dzieci. Wyglądają na 12 lat, ale zachowują się, jakby mieli 60. Mało mówią, a jeśli już się odezwą to przeważnie zadają dziwne pytania albo mówią o swojej wizji. Mieszkają sami w wielkim domu w środku miasta. Wiem, że to trochę nienormalne. Ich rodzice zmarli jakiś czas temu w niewyjaśnionych okolicznościach, a oni zaskakująco dobrze sobie radzą z życiem. Mieszkańcy traktują ich trochę jak takie lokalne bóstwa. Elizabeth nigdy nie mi tego nie powiedziała, ale podejrzewam, że oni…nie są do końca ludźmi, jeśli wiesz o co mi chodzi… – dodała szeptem, a mnie przeszły ciarki po plecach.

- Powiedzmy, że wiem… – chrząknęłam

- I nie przejmuj się, jeśli będą się na ciebie gapić bez słowa. To u nich normalne. – dodała, a ja skinęłam głową, coraz bardziej się denerwując – Zobacz, to oni! Czekają na nas na rozstaju dróg – kopnęła mnie w kostkę

Spojrzałam przed siebie. Na drodze czekała na nas dwójka dzieci, siedząca na identycznych, kasztanowych kucykach. Rodzeństwo było rude i oprócz tego, że chłopiec miał krótkie włosy, a dziewczyny długie do ramion, byli jak dwie krople wody. Rysy twarzy, wzrost, postawa…trochę upiorny widok. W dodatku te oczy…wielkie, szaro-zielone oczyska wpatrzone w nas jak lufa pistoletu w cel. Oni chyba nawet nie mrugali…brr! Aż zrobiło mi się zimno.

- Witajcie, jestem Alex Sunbeam, a to moja przyjaciółka Lana Shylund. Przyjechałyśmy odebrać bursztyn. Najwyższa Kapłanka przesyła też wiadomość – druidka przywitała się z uśmiechem i wyjęła z torby zwinięty pergamin zapieczętowany celtyckim węzłem

Bliźnięta jednak nie ruszyły się z miejsc i dalej nas obserwowała. Ani jeden mięsień na ich twarzach nie drgnął. Przełknęłam ślinę. Winterknight nerwowo przebierał kopytami. Chwila niezręcznej ciszy przedłużała się, a ja czułam, że wybuchnę pod intensywnością ich spojrzeń. Te dzieciaki przypominały mi dwa, wymalowane posągi. Zerknęłam na Alex, która wyglądała na spokojną. Jak ona może to znosić? Już miałam coś do niej powiedzieć, gdy bliźniaki poruszyły się. Chłopiec wziął ostrożnie list od Alex i podał go siostrze, lecz ta go nie otworzyła.

- Widzieliśmy w wizji, że dziś nas odwiedzicie. Czekaliśmy na was – powiedział chłopiec – Jestem Connor

- A ja Cornelia – nawet nie zauważyłam, kiedy dziewczynka podjechała do mnie i wzięła mnie za rękę. Wzdrygnęłam się zaskoczona – Dobrze, że do nas przyjechałaś Lano Shylund. W ostatnim momencie. – powiedziała z przejęciem

- Tak? Niby czemu? – przełknęłam ślinę

Bliźniaki spojrzały się na siebie i uśmiechnęły się jednocześnie. Może porozumiewają się telepatycznie?

- Wiszą nad tobą ciemne chmury, Lano. Zło jest coraz bliżej. Musisz na siebie uważać. Finałowa walka jest coraz bliżej – powiedziała na jednym wydechu, a ja wytrzeszczyłam na nią oczy

- A może przejdźmy już do waszego domu? – chrząknęła Alex – Nie będziemy się przecież wymieniać na drodze. Sands i Sabine mogę nas śledzić.

Bliźnięta znowu na siebie spojrzały i bez słowa ruszyły przed siebie, w stronę wioski. Spojrzałam na Alex. Wzruszyła ramionami, tak samo zdezorientowana jak ja i ścisnęła boki Mishland, która wolnym krokiem powlokła się za gospodarzami. Życie w miasteczku Doliny Złotych Wzgórz było dość spokojne i ciche. Ludzie po prostu pracowali w swoich sklepach lub na polach, od czasu do czasu słychać było strzępek jakiejś rozmowy. Dzieci prawie wcale tu nie było, a te, które tu mieszkały siedziały na plaży i łowiły ryby. Żadnego hałasu, ruchu, miejskiego harmidru charakterystycznego dla rynku głównego. W Jarlaheim czy Srebrnej Polanie taka cisza byłaby nierealna. Tutaj wszyscy wyglądali na ospałych, przymulonych. Dziwnie się na to patrzyło. Dom bliźniaków rzeczywiście stał w środku rynku. W Srebrnej Polanie w tym samym miejscy stałby pewnie ratusz. Dzieciaki zatrzymały się przed wejściem i przywiązały konie do specjalnego drążka, więc ja i Alex zrobiłyśmy podobnie.  Niski, szeroki, kwadratowy domek zbudowany w orientalnym stylu sprawiał wrażenie oderwanego od rzeczywistości. Weszłyśmy za gospodarzami po drewnianych schodkach. Zauważyłam, że po obu stronach zbudowano spore oczka wodne z kolorowymi rybkami i kamienne ławeczki. Czułam się coraz dziwniej. Jedna z ryb wypłynęła na powierzchnię i spojrzała na mnie. Przyrzekam, że puściła do mnie oko! Tego było za wiele! Przysunęłam się do Alex i złapałam się kurczowo rękawa jej sukni. Druidka spojrzała na mnie z ukosa i stłumiła śmiech. Pewnie wyglądałam śmiesznie, bo zaczęłam panikować jak Anastasia, ale nie czuję się komfortowo w tym miejscu…ten dom i te dzieciaki mnie przerażają. Rodzeństwo odsunęło zgodnie przesuwane, cienkie drzwi i weszło do środka. Ruszyłam za nimi, ale Connor zatrzymał mnie na progu.

- Chcesz wejść czy wolisz stać na zewnątrz? – przekrzywił głowę, a ja zdębiałam. To jakiś test?

- Buty… – szepnęła Alex i dopiero teraz zauważyłam, że gospodarze zdjęli na progu swoje klapki. Czułam, że robię się czerwona, gdy pospiesznie ściągałam sztyblety. Druidka jednym ruchem zrzuciła swoje skórzane trzewiczki i wskoczyła lekko do domu. Gospodarze w milczeniu przeprowadzili nas przez cały dom na taras. Stąd roztaczał się piękny widok na plażę i morze. Zauważyłam, że na tarasie czeka już niski stół zastawiony półmiskami z pysznymi, aromatycznymi potrawami. Zanim jednak dobrze się wszystkiemu przypatrzyłam, bliźniaki usiadły po turecku na poduszkach na podłodze i obróciły się w stronę morza. Alex pociągnęła mnie za ramię i szybko poszłyśmy w ich ślady.

- Pomedytujmy chwilę przed posiłkiem – poprosiła cicho Cornelia

- Przepraszam, ja nigdy… – chrząknęłam zmieszana

- To bardzo łatwe – przerwała mi spokojnie Cornelia – Zamknij oczy, oczyść umysł ze zbędnych myśli i wsłuchaj się w głosy, które cię otaczają. Poczekaj aż napięcie, lęk i niepokój zniknie. Uwolnij się od złych emocji.

- Nie wiem, czy ja potrafię – mruknęłam, patrząc się dyskretnie na Alex. Przyjaciółka od razu zamknęłam oczy, usiadła po turecku i z uśmiechem poddała się medytacji.

- Oczywiście, że potrafisz. Jesteś Eponą – odparła Cornelia

Otworzyłam usta, żeby zapytać się o konkrety, ale zrezygnowałam. Chyba nie powinnam się kłócić z ta małą o rzeczy, które nie do końca rozumiem. Westchnęłam, zamknęłam oczy i po prostu pozwoliłam sobie na chwilę relaksu. Słuchałam w ciszy szumu wiatru, delikatnego dźwięku dzwonków, pluskających ryb i własnego oddechu. Słońce przyjemnie świeciło mi w twarz, a ja w końcu zaczęłam się odprężać. Nagle poczułam jak ktoś delikatnie bierze moje dłonie i kładzie na nich coś chłodnego. Otworzyłam oczy. Obok mnie klęczała Cornelia, a w moich dłoniach leżały bursztynowe klipsy. Dziewczynka uśmiechała się do mnie radośnie.

- To są wasze bursztyny. Dzięki nim możemy porozumiewać się ze zwierzętami i przyrodą. Przez tyle lat nauczyliśmy się już tego na pamięć, więc bez żalu się z nimi rozstajemy – oznajmiła spokojnie – ale ty Lano Shylund… – pochyliła się w moją stronę, przybliżając swoją twarz do mojej – ty ich potrzebujesz, żeby obudzić w sobie moc Epony. Ona jest w tobie i czeka aż ją odkryjesz – szeptała, a ja coraz bardziej odsuwałam się do tyłu aż w końcu przewróciłam się na łokcie. Wtedy dziewczynka wróciła do swojej pozycji, a ja ciężko dysząc spojrzałam na Alex.

- Załóż je – powiedziała cicho druidka, a ja posłusznie wykonałam polecenie. Kiedy tylko klipsy dotknęły moich uszu, poczułam dziwny przypływ energii. Fala ciepła rozeszła się po moim ciele, a mnie zakręciło się w głowie.

- Wszystko w porządku? – Alex z troską odgarnęła mi grzywkę z czoła

- Chyba tak… – kiwnęłam niepewnie głową

- Wszystko w porządku – powiedziała pewnie Cornelia

- Teraz możemy zasiąść do stołu. Nasza misja została wykonana – powiedział uroczyście Connor, wstając z poduszki i zapraszając nas gestem do jedzenia – Kapłanko Słońca, Epono…

Nie byłam pewna, czy mogę to jeść bez obaw, ale nagle poczułam, że jestem głodna. Zwłaszcza po tym, jak nas zatytułował. Mimo moich obaw Alex wyglądała na spokojną, więc ja też postanowiłam się niczym nie przejmować. Uznałam, że to spotkanie nie może być już bardziej dziwne, ale bliźniaki nie są raczej groźne. Coś się jednak zmieniło, oni coś mi zrobili. Siedząc tu na trasie wszystko wydawało mi się bardziej wyraźne, żywe…śpiew ptaków, szum trawy i wody…nawet te ryby, które jak się okazało przepływały obok tarasu, zdawały się coś do mnie mówić. Mogłam sobie pomyśleć, że oszalałam, ale tajemnicze uśmiechy jakimi wymieniali się gospodarze i Alex mówiły mi, że to dopiero początek dziwnych rzeczy w okół mnie…

***

Po posiłku Cornelia i Connor przynieśli z domu tajemnicze pudełko i powiedzieli Alex, że przekazują Najwyższej Kapłance to, o co prosiła. Moja przyjaciółka najwyraźniej była na to przygotowana, bo pudełko pasowało jak ulał do torby, którą ze sobą wzięła. Nikt go nie otworzył, więc postanowiłam nie wyrywać się przed szereg i nie pytać się, co w nim jest. Nawet nie mam gwarancji, że by mi odpowiedzieli. Przy pożegnaniu bliźnięta powiedziały, że mogę ich odwiedzać tak często, jak będę potrzebować. Zapraszali mnie też na wspólną medytację. Podziękowałam grzecznie za zaproszenie, ale wątpię, żebym wróciła tu sama. To miejsce za bardzo mnie przeraża. Kiedy w końcu przejechałyśmy przez żelazną bramę Doliny Złotych Wzgórz, poczułam, jakby uleciało ze mnie całe napięcie. Odetchnęłam głęboko i poprawiłam się w siodle.

- Było aż tak źle? – zachichotała Alex, obserwując mnie uważnie

- Wiesz, nawet nie wiem jak to określić…było bardzo dziwnie. Ta atmosfera, ci ludzie…nie czułaś się przytłoczona tym wszystkim. Jakby życie tam było nierealne, jakbyśmy przekroczyły jakąś dziwną granicę i czas płynął wolniej czy coś…

- Dziewczyno, ale ty masz wyobraźnię! – parsknęła śmiechem

- No co? – zarumieniłam się – Skoro magia istnieje, to czemu strefy czasowe miałyby być fikcją. Może to brama do świata równoległego albo… – przerwałam, bo Alex skręcała się ze śmiechu – Uważaj, bo pękniesz! – burknęłam urażona, ale jej śmiech był tak zaraźliwy, że nie mogłam długo się gniewać

- Przepraszam, przepraszam… – westchnęła rozbawiona i wytarła łzy – Muszę to powiedzieć Angusowi. Zapomniałam, że ludzie tak reagują na pobyt w miejscu o dużym napromieniowaniu magicznym.

- Że co?!

- Ojej mówiłam ci, że według legendy część prochów z ciała Meriadoka jest rozrzucona po krainie wiecznej jesieni. To sprawiło, że teren jest naładowany magią w najczystszej postaci. Pierwszy przywódca naszego plemienia był potężnym druidem. Ta ziemia jest uświęcona. Prawie jak Valedale, ale jeszcze bardziej. Zwykli ludzie czują się trochę przytłoczeni atmosferą tego miejsca, ale to jedno z najbezpieczniejszych miast na naszej wyspie. Ja też dziwne się czułam, kiedy pierwszy raz tu przyjechałam…ale nie byłam tak roztrzęsiona jak ty.

- Aż tak było widać? – zrobiło mi się głupio

- Wyglądałaś jak biedny, wystraszony jelonek – uśmiechnęła się pobłażliwie

- Dziwisz mi się? Te bliźniaki, a zwłaszcza Cornelia zdecydowanie przekraczały moją przestrzeń osobistą.

- Ostrzegałam, że są dziwne – wzruszyła ramionami – Nie bój się, nie zrobią ci krzywdy. Tego jestem pewna.

- Co oni ci dali? – odważyłam się zapytać. Alex wahała się chwilę, ale w końcu przełamała się.

- Przesyłka dla Elizabeth. Broń na Sandsa – odparła krótko – Sama nie wiem, co tam się dokładnie znajduje…zabroniła mi otwierać – dodała szybko. Zauważyłam, że zacisnęła szczęki i zmrużyła lekko oczy. Była zła, że matka jej nie ufała, ale nic nie mogła na to poradzić.

- Alex, czy te klipsy rzeczywiście aktywowały we mnie jakąś moc? O co chodziło z tą Eponą?

- Tego najbardziej się bałaś, co? – uśmiechnęła się półgębkiem – Wszystko jest w porządku. Mówiłam ci kiedyś, że Epona to celtycka bogini koni. Wybrała cię na swoją kapłankę, więc dobrze dogadujesz się z końmi. Te bursztynowe klipsy otworzyły ci drzwi do nowych możliwości, ale to nie znaczy, że z dnia na dzień zaczniesz rozmawiać z rybami! Tak, widziałam co tam kombinujesz…Po prostu będzie ci łatwiej odsunąć tą cienką zasłonę między tobą a przyrodą, wzmocni się twój instynkt, przeczucia, sny…czasem ci się to przyda. Drzewa potrafią ostrzec przed różnym niebezpieczeństwem, bo widzą wszystko. Leśne zwierzęta też ci chętnie pomogą, bo będą widziały w tobie kapłankę Epony. To wszystko.

- Wszystko? Mówisz to z takim spokojem, a dla mnie to akcja jak książki fantasy… – pokręciłam głową

- Nie wiem, co to książka fantasy – zmarszczyła brwi

- Nie musisz, ale wiedz, że idealnie nadajesz się na bohaterkę takiej książki – prychnęłam

- Z czasem będzie ci łatwiej. Spokojnie, nie dostaniesz całej mocy tak na pstryknięcie. Ja cały czas uczę się korzystać z mojej mocy kapłanki Słońca.

- A jeśli oddam te kolczyki…

- To nic nie zmieni. Brama została otwarta. – powiedziała poważnie

- Jakie to metaforyczne, Alexandrine – uśmiechnęłam się półgębkiem

- Właśnie wiem…nieźle to powiedziałam, nie? – wyszczerzyła się do mnie. Nie mogłam się powstrzymać i parsknęłam śmiechem. Z Alex nie da się być poważną!

Droga do Valedale minęła nam w doskonałym humorze. Po drodze wstąpiłyśmy jeszcze do Winnic Srebrnej Polany. Zameldowałam baronowej, że przygotowania do zawodów idą pełną parą, co bardzo ją ucieszyło. Było zresztą widać, że jest w o wiele lepszym stanie niż parę dni temu. Leżała w salonie na swojej pikowanej leżance i kazała lokajowi się wachlować, co znaczyło, że stan psychiczny wracał do normy. Znów była opryskliwa i władcza.

- Rozumiem, że weźmiesz udział w moich zawodach? – powiedziała na odchodnym

- Słucham? – odwróciłam się w drzwiach. Czy ja się przesłyszałam?!

- To chyba oczywiste, że weźmiesz udział. Pomagasz je organizować, całe wakacje ciężko trenujesz, jesteś całkiem dobrym jeźdźcem, więc po prostu musisz. Nie, nie, żadnych ale! – podniosła władczo rękę – Nie wierzę, że nie chcesz naszego pucharu – uśmiechnęła się przebiegle – Może to nie to samo, co turniej w Los Angeles, ale zapewniam cię, że znajdziesz tu godnych rywali. Zresztą wpisałam cię już na listę.

- Nie prosiłam o to… – syknęłam

- Myślę, że Charlie byłaby dumna, gdybyś przywiozła puchar – rzuciła lekkim tonem. Zagotowało się we mnie. Jak może posługiwać się mamą, żeby mnie zmusić do zawodów?! Patrzyłam przez chwilę w jej zimne, błękitne oczy i przez chwilę zastanawiałam się, po co ona to robi? Ma jakiś ukryty cel, żeby wepchnąć mnie na listę zawodników? Może od początku całe to organizowanie było zwykłą przykrywką, żeby wciągnąć mnie w jej plan. Earl miał rację, że to podstępna żmija. Nie wiem, o co chodzi Lorelaj, ale teraz jest już za późno, żeby się wycofać.

- W porządku, spróbować każdy może – wzruszyłam ramionami po chwili milczenia

- Nie masz mi nic do powiedzenie? – uniosła zdziwiona brwi

- Co na przykład? Zdałam relację.

- A może tak zwykłe „dziękuję”? – zasugerowała, a ja musiałam włożyć dużo wysiłku w to, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Co za paranoja…

- To się jeszcze okaże, czy jest za co – wycedziłam. Na ustach Lorelaj zadrgał kpiący uśmieszek, ale szybko się opanowała i odprawiła mnie skinieniem ręki. Wymaszerowałam głośno tupiąc w kamienną posadzkę.

Szybko odwiozłyśmy z Alex bursztynowe kolczyki i tajemnicze pudełko. Zadowolony Angus zabrał nas do kamiennego kręgu i ukryliśmy zdobycze tak jak pozostałe klejnoty.

- Dobra robota, jestem z was dumny i Elizabeth na pewno powie to samo, gdy wróci – oświadczył

- Mam nadzieję – westchnęła Alex

- Zostaniesz na kolacji, Lana? – zapytała wesoło Angus

- Chciałabym, ale obiecałam Rose, że zamelduję się po powrocie. Poza tym wypadałoby pojawić się w domu… – mruknęłam zmieszana

- Tak, oczywiście, twoja rodzina na pewno się martwi. – pokiwał głową Angus – Kiedy Elizabeth wróci, zwoła zebranie w kamiennym kręgu. Byłoby dobrze, gdybyś też się pojawiła.

- Przyjadę po ciebie – zaoferowała się Alex

- Jasne, byłoby super – uśmiechnęłam się, wsiadając z powrotem na konia – Do zobaczenia!

- Do zobaczenia! I niech Morrigan ma cię w swojej opiece! – pożegnali mnie

Jadąc do Fortu Pint uśmiech nie schodził mi z twarzy. Nasza misja zakończyła się sukcesem, Sands i Sabine nam nie przeszkodzili, zdobyłam jakieś dziwne, nowe moce…cóż za piękny dzień. Nucąc wesoło „Eye of Tiger” minęłam stare opactwo i skierowałam się w stronę mostu do Fortu. Już prawie na niego wjeżdżałam, gdy zobaczyłam JEGO. Will i Moonpearl pojawili się właśnie na drugiem końcu. Zrobiło mi się zimno. A jednak mnie szukał! Pojechał nawet do Rose! Niedoczekanie jego…nie będę z nim rozmawiać! Szybko nawróciłam konia, ale niestety blondyn zdążył mnie zauważyć.

- Lana! – krzyknął z drugiego końca i przyspieszył

Niech to szlag…spięłam Winterknighta i pognałam cwałem w przeciwnym kierunku. Obróciłam się przez ramię. Will się nie poddawał!

- Lana, zatrzymaj się! Musimy pogadać! – darł się

- Spadaj, złożyłam żelazne śluby! Nie mamy o czym gadać! – odkrzyknęłam

- Że co zrobiłaś?! Stój! Wysłuchaj mnie! – Greenlight gonił mnie, a od desperacji w jego głosie serce zabiło mi mocniej

- Nie! Czasu nie cofniesz! Wiem, co widziałam!

- Shylund do cholery! Stój!

- Po moim trupie! – usiadłam w półsiadzie, przygotowując się do naprawę szybkiego cwału – Dobra Winterknight, pokaż na co się stać. Wyszalej się za wszystkie czasy – mruknęłam do mojego achał-tekina

Dwa razy nie trzeba mu było powtarzać! Winterknight poleciał jak strzała, gdy tylko popuściłam wodze. Położyłam się na jego szyi, kurczowo trzymając się grzywy i wodzy. Skręciliśmy w drogi na pola. Może i William był dobrym jeźdźcem, ale jego Moonpearl nie była przyzwyczajona do przełajowej jazdy jak Winterknight. Po jakimś czasie zaryzykowałam i obróciłam się ostrożnie za siebie. Dalej siedzieli nam na ogonie! W znacznej odległości co prawda, ale jednak!

- Uparty, głupi blondyn! – wydarłam się, świadoma tego, że ludzie w polu przestają pracować i patrzą się na ten pościg z głupawymi uśmiechami. Oj, dostarczymy nowej porcji plotek, nie ma co…

- Zawzięta, durna miastowa! – odpowiedział

- Goń ją Greelight, goń! Jak ją zgubisz, całe twoje wymarzone, rajskie życie pójdzie w pizdu! – krzyknął jakiś młody rolnik

- Rajskie?! Człowieku, przez tą babę ściągam sobie na głowę piekło! Ta durna miastowa doprowadza mnie do szewskiej pasji!

- Nikt ci nie każe za mną gonić! Jeśli jestem taka trudna i kłopotliwa to idź sobie do Cataliny! Z nią nie będziesz miał żadnych problemów! I na pewno nie będzie cię doprowadzać do szewskiej pasji! – odparowałam. Niektórzy chłopcy zaczęli gwizdać i klaskać

- Nic nie rozumiesz Shylund! Jeśli facet jest gotów przejść przez piekło dla dziewczyny, to chyba coś znaczy!

- Tak? Chcesz piekło?! Dobra, nie będę cię oszczędzać! Wio, Winterknight! – cmoknęłam

Tym razem już się nie patyczkowałam. Skakałam przez deski, wjeżdżałam w kopy siana i skakałam przez rzekę. Objechałam dookoła wzgórze i wyskoczyłam przed starym opactwem. Zmęczona i przyparta do muru, przeskoczyłam przez bramę. Zatrzymałam się gwałtownie i zeskoczyłam na ziemię. Nogi miałam jak z waty i lał się ze mnie pot. Prawie krzyknęłam ze strachu, gdy wpadłam na ojca Dominika, który wychodził zza domu. Ja może nie krzyknęłam, ale ksiądz owszem. Nawet podskoczył!

- Lana?! A niech to wszyscy święci…wszystko w porządku?! – złapał się za serce i poprawił słomiany kapelusz. Patrzyłam się na niego przez chwilę ciężko dysząc. Cała szatę miał umorusaną w ziemi, a na ramieniu miał oparty szpadel. No i był tak samo spocony jak ja. Przez chwilę wyobraziłam sobie duchownego zakopującego zwłoki za domem.

- Nie no to jakaś paranoja… – zaśmiałam się nerwowo

- Lana, co się dzieje? – złapał mnie za ramię

- Goni mnie – śmiałam się dalej

- Kto?! – wytrzeszczył oczy i zbladł – Już? Teraz?

- William mnie goni – zaśmiałam się głupkowato

- Co? Greenlight? – skrzywił się

- Tez myślę, że to idiotyczne… – wytarłam pot z czoła – Schowa mnie ksiądz? – bezskutecznie starałam się opanować drżenie

- Eee…tak, oczywiście – odparła zakłopotany – Wejdź do środka. – popchnął mnie w stronę domu, rozglądając się podejrzliwie – To powiesz mi, co się stało? – mruknął, odstawiając szpadel przy drzwiach. Wskazał mi miejsce przy stole. Z wdzięcznością osunęłam się na ławę.

- To jest takie śmieszne…że aż głupie – dalej się śmiałam i nie mogłam przestać – Nie wiem, czy ksiądz chce o tym słuchać.

- Ależ chcę, mnie możesz powiedzieć wszystko – uśmiechnął się dobrotliwe, krzątając się nerwowo po domu. Zabawne, że był prawie tak zdenerwowany jak ja. A przecież to mnie ktoś gonił! Prawda? – Proszę bardzo, napij się kompotu. Wiśniowy, własnej roboty.

- Dziękuję! – wypiłam duszkiem całą szklankę. Zakręciło mi się w głowi, ale poczułam się lepiej. – Zacznijmy od tego, że on mnie zdradził.

- Ooo to okropne, paskudne z jego strony. Zdrada to zła rzecz. – pokiwał głową i sam nalał sobie kompotu

- Właśnie, ksiądz jako duchowny powinien to potępić – mruknęłam, pijąc drugą szklankę – Z ambony! A wszystko zaczęło się od tej głupiej imprezy i od tego, że chciałam zgrywać bohaterkę… – jęknęłam

Zanim się obejrzałam opowiedziałam duchownemu całą historię, a nawet więcej. Oboje wypiliśmy też cały dzbanek kompotu…i wicie co, humor poprawił mi się jak nie wiem co!

- Wie ksiądz, dobry ten kompot – obróciłam w ręku szklaneczkę – Ksiądz to zawsze dobre rzeczy robi…jakiś tajny składnik?

- Domowa wiśniówka – zaśmiał się głupkowato, a ja zdębiałam

- Nie…nie! Ksiądz mnie po prostu upił. I sam siebie przy okazji! – chciałam, żeby to zabrzmiało jak wyrzut, ale zaczęłam się śmiać – Księdzu w ogóle wolno pić?

- To sytuacja kryzysowa, pocieszam młodą niewiastę po zdradzie ukochanego…to co mówiłaś o tych bursztynach?

- Ach tak…dziś z Alex zabrałyśmy te bursztyny z Doliny Złotych Wzgórz tuż przed Sandsem! Ale będzie miał minę! To ostatni klejnot!

- Został jeszcze onyks – przypomniał ksiądz

- Onyks! – uderzyłam się w czoło – Zapomniałam powiedzieć Alex, że wiem, gdzie on jest!

- Wiesz, gdzie…wiesz gdzie jest onyks?! – zakrztusił się duchowny

- Tak, wpadłam na to niedawno! Zupełnie sama! – pochwaliłam się – Muszę powiedzieć o tym…

- Zaczekaj! – ojciec Dominik złapał mnie mocno za nadgarstek – Gdzie on jest?

- W starym zajeździe…wie ksiądz, tym nawiedzonym. Kiedyś należał do rodziny Hawk. Pan Hawk musiał ukryć kamień w ścianie, a ja go wyczułam, bo jestem druidką, wie ksiądz? To znaczy…ja wiem, że to takie pogańskie i…chyba mnie ksiądz nie przeklnie, prawda?

- Nie, nie skądże znowu dziecino… – poklepał mnie po ręce, ale patrzył gdzieś przed siebie – Niesamowite…był tam przez cały czas…stary lis nic nie powiedział…

- Że co? – zmrużyłam oczy. Coraz bardziej kręciło mi się w głowie.

- Lana, wiesz, że to ostatni kamień i Sands go teraz szuka – spojrzał mi w oczy – Musisz go zdobyć, żeby to wszystko zakończyć!

- Tak, tak – przytaknęłam energicznie – Właśnie chcę iść do Alex i powiedzieć jej o tym… – chciałam wstać, ale ksiądz znowu ściągnął mnie na ławę

- Po co Alex, możesz zrobić to sama.

- Nie mogę – pokręciłam powoli głową – To niebezpieczne, Sands i jeździec w czarnej pelerynie mnie złapią…

- Nie Lana, nie, ja ci pomogę – obiecał żarliwie. Widziałam, jak na jego czoło wstępują kropelki potu – Razem go zdobędziemy i pokonamy Sandsa, co? Wszystko co musisz zrobić to jechać do zajazdu, zabrać klejnot i przywieźć go mnie…

 

O wyprawie na Zapomniane Pola i imprezie w gangsterskim stylu, gdzie wbijają mi nóż w serce…

03 wrz

Nie wiem jakim cudem, ale rano obudziłam się we własnym łóżku. Nie pamiętam, jak się tu znalazłam, więc musiałam zasnąć. Czy to znaczy, że William sam mnie tu przyniósł? A co z Winterknightem? I czy ciocia z wujkiem nas widzieli? Jeśli tak, to teraz zaczną się pytania…Przeciągnęłam się z jękiem i opadłam z powrotem na poduszki. A niech to kaczki zdepczą…jak mięciutko…po trzech nocach spędzonych poza domem i spaniu w niewygodnych, dziwnych miejscach, stare, rozchybotane łóżko mamy z twardym materacem wydaje się hotelowym łóżkiem. Za poduszką natrafiłam na puchatą głowę mojego miśka Teodora.

- Tu jesteś! – uśmiechnęłam się sennie i przytuliłam maskotkę. Był moim Strażnikiem Snów od dziecka. Na czwarte urodziny mama zabrała mnie do gigantycznego sklepu z zabawkami i pozwoliła sobie wybrać prezent, a ja pierwsze co zauważyłam to brunatny miś w sztruksowych spodenkach na szelkach i uroczą czapeczką. Co prawda tylko ta półka była w zasięgu mojego wzroku i wzrostu, ale to była miłość od pierwszego wejrzenia. Porwałam miśka na ręce i nie chciałam go już puścić. Pani z kasy musiała nawet wyjść zza lady, żeby zczytać kod z metki. Po wyjściu ze sklepu poszłyśmy na moje ulubione czekoladowo-miętowe lody. Mama starała się jak mogła, żeby wynagrodzić mi nieobecność ojca, który jak zwykle miał ważny wyjazd, wtedy, gdy go potrzebowałam. Co mnie obchodzi, że jest prawnikiem z międzynarodową sławą? Jestem jego córką, a widziałam go tylko w przelocie albo wtedy, gdy chciał ze mną „poważnie” porozmawiać.

- Nazwę go Teodor – oznajmiłam poważnie mamie, pałaszując lody

- Dlaczego Teodor? – mama też starała się być poważna

- Bo to takie męskie imię, a on musi ważny, bo będzie moim strażnikiem. Będzie moim Strażnikiem Snów, a inne potwory muszą się go bać. Teodor to odpowiednie imię – pokiwałam głową

- Tak, myślę że tak… – przyznała mama z uśmiechem

Mimo, że się uśmiechała, wydawało mi się, że ma smutne oczy. Teraz już wiem, że ona wiedziała, że boję się ciemności, ale nie było jej przy mnie w nocy…nie mogła, bo była w pracy. Miała nocne zmiany w hotelu. Pokojówka kładła mnie spać i zawsze wyłączała światło, bo mówiła, że ono tylko by mnie rozpraszało i nie zasnę. A jak tak bardzo się bałam…zaczęło się od gwałtownej, okropnej burzy, która trwała do rana. Pamiętam, jak pociłam się pod kołdrą, opatulona po czubek głowy. Bałam się nawet wystawić nos, płakałam…ale nikt mnie nie słyszał. Ani mamy, ani taty nie było w domu…nie było ich przy mnie. Teodor był moim uosobieniem strażnika, takiego anioła stróżka. Pomagał mi przez wiele lat…ale teraz, gdy tuliłam do siebie wyblakłą maskotkę, już bez czapeczki (zgubił ją na koloniach), czułam, że już go nie potrzebuję. Wtedy w nocy, gdy przytuliłam się do Willa, czułam się przy nim tak bezpiecznie. To zabawne jak ukochana osoba może w krótkim czasie pomóc pozbyć ci się lęków. Teraz to Will jest moim Strażnikiem Snów. Popatrzyłam na miśka uśmiechając się ze wzruszeniem.

- Chyba czas przejść na zasłużoną emeryturę, stary – westchnęłam. Ucałowałam go w naderwane ucho i ostrożnie posadziłam u wezgłowia łóżka. Patrzyłam jeszcze chwilę w jego mądre, ciemne, guzikowe oczy. Próbowałam zrozumieć, że właśnie w tym momencie zakończyłam etap dzieciństwa i weszłam na wyższy level, gdzie czekał na mnie chłopak, paczka przyjaciół…i kłopoty z Sandsem. Właśnie, Sands! Zostały dwa tygodnie do końca wakacji! Musimy znaleźć te dwa kamienie! Nie wyjadę z Moorland, jeśli nie dokończę tej sprawy. Trzeba jakoś przyspieszyć poszukiwania. Odrzuciłam kołdrę i wyskoczyłam z łóżka. Zebrałam rzeczy i pobiegłam pod prysznic. Elizabeth mówiła, że onyks, ostatni klejnot, który „rozpłynął się w powietrzu” powinien być w Zapomnianych Polach. Pojadę tam i sama rozeznam się w sytuacji. Może druidzi mają swoje magiczne sposoby, żeby zdobyć informacje, ale ja też potrafię wyciągać prawdę. Przecież ci ludzie nie mogą być tacy źli…nawet jeśli żyją na totalnym odludziu.

W podskokach zbiegłam po schodach i wpadłam do kuchni zjeść szybkie śniadanie. Już z góry czułam zapach pysznych serowych tostów wujka Marsusa. To specjalność zakładu, że tak powiem. Wkroczyłam do kuchni z szerokim uśmiechem. Ku mojemu zaskoczeniu przy stole siedziała tylko ciocia Betty, popijając świeżo wyciśnięty sok pomarańczowy i rozwiązując krzyżówki.

- Dzień dobry ciociu – powiedziałam wesoło

- Lana… – oderwała wzrok od krzyżówki i spojrzała na mnie z mieszaniną smutku i ulgi – Jednak jesteś…

- Oczywiście, że jestem – parsknęłam śmiechem – Choć nie wiem do końca, jak znalazłam się w łóżku – nalałam sobie soku i rzuciłam się na tosty

- William cię przywiózł – chrząknęła, patrząc się w stół tępym wzrokiem

- Tak? – zastygłam z tostem w dłoni. Ciekawe jak się wytłumaczył. Chyba nie powiedział, że zasnęłam na cmentarzu przytulona do jego boku.

- Tak, powiedział, że zasnęłaś na ognisku u starego Earla i postanowił odwieźć cię do domu…bo dawno tu nie byłaś – burknęła z kpiącym uśmiechem

- Och, ciociu… – przełknęłam głośno ślinę – Chyba powinnam się wytłumaczyć…

- Powinnaś, moja droga – syknęła i spojrzała się na mnie groźnie. Jej wzrok płonął. Teraz przypominała mi trochę wściekłą Tori. Przynajmniej wiem, po kim moja kuzynka ma takie mordercze spojrzenie. – Czy ty i Greenlight…to coś poważnego? – zapytała nieśmiało

- Tak, jesteśmy razem – pokiwałam głową, a na moich ustach pojawił się krzywy uśmieszek, kiedy zobaczyłam szok na twarzy cioci

- Nie rozumiem…czemu wszystkie dziewczyny od Hofferów tracą głowę dla rodu Greenlightów – pokręciła głową – Wrócimy do tego, ale teraz powiedz mi, gdzie byłaś przez dwie ostatnie noce.

- Mówiłam już wujkowi…właściwie to oboje z Jasperem… – zaczęłam się jąkać

- A wcześniej? Czemu zniknęłaś pierwszy raz? – nie ustępowała

- Pokłóciłam się z przyjaciółmi…musiałam przemyśleć parę spraw… – mruknęłam

- Myślałam, że uciekłaś, tak jak twoja matka… – westchnęła ciocia po chwili milczenia – Bałam się, że przez nas uciekłaś bez słowa do Los Angeles. W dodatku przez nas! Lano… – ciocia złapała mnie za rękę – Chcę, żebyś wiedziała, że ani ja, ani wujek nie obwiniamy cię o sprawę z Jasperem. W tej sytuacji po prostu puściły nam nerwy, byliśmy przerażeni, bałam się, że już więcej go nie zobaczę…Rozumiem, że Sands chciał nas zastraszyć, żeby wujek, radny i pani burmistrz zaprzestali swoich działań. To nie była twoja wina.

- Dziękuję ciociu, ale to była moja wina – prychnęłam z kpiącym uśmiechem. Gdyby tylko wiedziała o wszystkim. O poszukiwaniu kamieni, o mojej współpracy z druidami i ochronie baronowej przed Sandsem…sama by mnie odesłała do Los Angeles najwcześniejszym promem.

- Lana, spójrz na mnie – poprosiła łagodnie – Tori i Jasper są moimi dziećmi, kocham je i jak każda matka będę ich broniła i zrobię wszystko, żeby nie stała im się krzywda, ale ty też jesteś moją rodziną. Jesteś siostrzenicą mojego męża. Tyle lat czekałam, żeby cię poznać osobiście, żebyś nas odwiedziła…i nie wiem, jak to się stało, ale w tak krótkim czasie stałaś się dla mnie ważna jak druga córka. Martwię się o ciebie, odchodziłam od zmysłów, kiedy nie wracałaś kolejną noc do domu. Tak bardzo przypominasz w tym Charlie…nie można cię nie kochać, ale ta miłość sprawia ból. Zawsze podziwiałam twoją mamę, zanim jeszcze została moją szwagierką. Była najpopularniejszą dziewczyną na wyspie. Wszystkie nastolatki chciały być takie jak ona, każdy chciał być jej przyjacielem. Ona też traktowała wszystkich jak swoich przyjaciół, ale nikomu nie pozwolił się do siebie zbliżyć. Oprócz Lorette, Elizabeth i Lucasa, nikomu nie udało się przekroczyć tej subtelnej granicy do jej magicznego świata… – zaśmiała się gorzko – ale i tak cała wyspa płakała, gdy zniknęła bez śladu. Wiesz, że z tobą byłoby prawdopodobnie tak samo? – spojrzała na mnie poważnie, a ja nie wiedziałam, co powiedzieć – Nie rób mi tego więcej Lana, proszę cię – zrobiła błagalną minę

- Dobrze ciociu…przepraszam, nie wiedziałam… – mówiłam oszołomiona. Ciocia Betty przytuliła mnie do siebie mocno, jakby chciała sprawdzić, czy naprawdę tu koło niej siedzę. Po chwili niezręcznego milczenia odsunęłam się od niej. – Muszę już iść, umówiłam się z Aną – wymyśliłam szybką wymówkę

- Idź, idź, korzystaj z wakacji… – uśmiechnęła się smutno – Tylko wróć do domu na noc. Nie pytam cię, gdzie byłaś i co tam robiłaś, bo pewnie i tak mi nie odpowiesz – przygryzła wargę – ale po prostu wróć…tu jest twój prawdziwy dom. – powiedziała dobitnie, a mnie zrobiło się ciepło na sercu.

- Wiem, dziękuję – uśmiechnęłam się promiennie. Niestety ciociu, tego wieczoru będę prawdopodobnie ratować twoją niewdzięczną córkę z łap niebezpiecznego gangstera. Tego oczywiście nie mogłam jej powiedzieć. Dopiłam sok, wzięłam niedokończonego tosta i wyszłam z domu. Poszłam szukać Rose, ale okazało się, że moja przyjaciółka nie przyszła dziś do pracy. Jej młodszy braciszek dostał histerii, bo ząb mu się rusza, pani Kindergarden musiała iść do pracy, więc Rose musiała z nim zostać. Poszłam więc do Amazon Girls znaleźć Anastasię. Z kimś muszę się podzielić moim pomysłem podróży do Zapomnianych Pól! Jeździła spokojnie po ujeżdżalni, ale kiedy mnie zobaczyła podjechała do płotu z szerokim uśmiechem.

- Nie macie dziś porannego wyścigu? – zapytałam, siadając na barierce

- Nie, Catalina się spóźnia, więc wszystkie na nią czekamy. Ale ja i tak zrobiłam już jedną rundkę…tak profilaktycznie – odparła Ana, zeskakując na ziemię – Dobry koń… – poklepała z czułością Bluewave

- No, no, widzę, że zmieniasz się w buntowniczkę – zaśmiałam się – Tego bym się po tobie nie spodziewała.

- Uważam po prostu, że to głupie. Nie możemy się ruszyć, dopóki Catalina nam nie pozwoli. Jest przewodniczącą naszego klubu, ale nie może nas kontrolować. Przyszłyśmy tu pojeździć, a nie słuchać jej rozkazów. Bawi się nami, jak prywatną armią. – zmarszczyła gniewnie brwi, a ja otworzyłam buzię ze zdziwienia. Nie sądziłam, że Ana kiedykolwiek zdobędzie się na jawną krytykę kogokolwiek. Zawsze jest taka miła i kochana i (przepraszam, że to powiem) udaje głupiutką, wesolutką blondyneczkę. Chyba rzeczywiście nie znam jej prawdziwego oblicza. Może dlatego Rose jej tak nie lubi? Bo zna prawdziwą Anastasię.

- Nie patrz się tak na mnie – zaśmiała się zażenowana – Czuję się, jakbyś robiła mi prześwietlenie – zarumieniła się

- Przepraszam, ja tylko…myślałam, że lubisz Catalinę i jej polecenia. Zawsze marzyłaś, żeby dostać się do Amazon Girls.

- Bo wyglądam na osobę, którą można łatwo sterować, co? – spojrzała na mnie kpiąco, wprawiając mnie tym w jeszcze większe osłupienie – Prosiłaś mnie, żebym miała na oku Catalinę i Tori, więc mam, ale czym bardziej je obie obserwuję…tym bardziej myślę, że nie są takie święte. – skrzywiła się

- Wow…jestem z ciebie dumna, naprawdę. Nadajesz się na detektywa. Niesamowite…czy to książki Agathy Christie tak cię zmieniły? – byłam coraz bardziej ciekawa jej metamorfozy

- E tam, nikt mnie nie zmienił – machnęła ręką i wyciągnęła z kieszeni marchewkę dla Bluewave – Chyba zawsze taka byłam, tylko ktoś musiał to we mnie odkryć…

- Od jak dawna buntujesz się i jeździsz na samotne wycieczki? – skrzyżowałam ręce

- Już od jakiegoś czasu… – posłała mi figlarny uśmiech, a ja wyszczerzyłam się w odpowiedzi

- Moja krew… – pokiwałam głową – Dobrze ci się z nią jeździ, co? – pogłaskałam klacz fryzyjską po chrapach

- Obłędnie! – pisnęła podekscytowana, wracając do swojego zwykłego sposobu bycia – Świetnie cwałuje, ma taki równy i płynny chód. Wciąż nie wierzę, że jest moja. Tak po prostu!

- Ona też cię kocha – odparłam z pewnością

- Powiedziała ci to? – zaśmiała się Ana

- Może… – przechyliłam głowę. Jeśli Alex ma rację to znaczy, że potrafię rozmawiać z końmi. A może tylko z Winterknightem mam taką więź? Klacz mrugnęła do mnie okiem, a ja drgnęłam zaskoczona. Czyżby właśnie potwierdziła, że dobrze myślę?

- Co masz zamiar dziś robić? Spotkasz się z Willem? – zapytała nagle Ana

- Z Willem? Nie…nie wiem…zwykle się nie umawiamy. Samo tak wychodzi, że na siebie wpadamy – wzruszyłam ramionami

- Wczoraj na ognisku wymknęliście się tak po cichu jak para kochanków… – zaćwierkała radośnie – Gdzie poszliście? – poruszyła wymownie brwiami

- Will pokazał mi pewne ważne dla siebie miejsce.

- Wziął cię na stary cmentarz!? – zakryła dłonią usta, a jej oczy błyszczały z przejęcia

- Ciebie też? – zmarszczyłam brwi

- Nie, no coś ty…po prostu wszyscy wiedzą, że to miejsce Greenlighta, gdzie chowa się przed całym światem. Taka jego kryjówka, bezpieczna przystań. Kiedy chodził na wagary, nauczyciele zawsze wiedzieli, gdzie jest, ale…czasem po prostu pozwalali mu tam zostać, żeby się wyciszył.

- Rozumiem…

- Ale fakt, że cię tam zabrał, znaczy, że jesteś dla niego bardzo ważna – Ana złapała mnie za ręce – Otworzył się przed tobą.

- Wiem, powiedział nawet, że zrezygnuje z bycia gangsterem.

- O mój Boże… – Ana wyglądała, jakby miała zemdleć z nadmiaru emocji – Przecież to jest lepsze od Wichrowych Wzgórz, bo dzieje się w realu…mam tu pod nosem własny zakazany romans…

- Ana, Ana, nie krzycz tak – złapałam ją za rękę, widząc, że niektóre klubowiczki patrzą się dziwnie w naszą stronę

- Przepraszam, za dużo emocji… – zaczęła wachlować się koszulką – To jeszcze lepsze od tego, co zrobił Jackob…

- A co on zrobił? – zmarszczyłam brwi

- Och słuchaj, bo to też jest iście romantycznie… – uśmiechnęła się rozmarzona i oparła się o płotek – Wczoraj po ognisku postanowiłam wrócić do Srebrnej Polany i pomóc Kate pakować się, bo dziś rano ma się przenieść do domu, który tata kupił dla nas w Forcie Pint. Pojechałam tam i siedziałyśmy z Kate na piętrze do późna, pakując rzeczy do kartonów aż tu nagle słyszę jak ktoś śpiewa po hiszpańsku. W pierwszym momencie myślałam, że to z radia, ale Kate też to słyszała i była zdziwiona, kto śpiewa o takiej porze na dworze pod jej domem. Była pewna, że to jakiś pijany facet z karczmy. Wyszłyśmy na balkon, spojrzałam w dół, a tam stał Jackob. Miał w ręku czerwoną różę i gdy tylko mnie zobaczył, zaczął recytować kwestie z Romea i Julii…Byłam tak wzruszona! Od razu pobiegłam do niego na dół i rzuciłam mu się w ramiona. Jackob dał mi różę, pocałował mnie przy Kate i zapytał, czy może mnie odwieźć do domu. Kate zgodziła się pod warunkiem, że naprawdę pojadę do domu. Chyba też była oczarowana jego zachowaniem. Pojechaliśmy…do domu, oczywiście – przewróciła oczami, czując na sobie moje znaczące spojrzenie – ale przed tym zatrzymaliśmy się na Wzgórzu Nlimera. Taka piękna gwiaździsta noc nie często się zdarza. Jackob wyjął koc i leżeliśmy tak jakiś czas na ziemi aż zrobiło się chłodno. On pokazywał mi konstelacje gwiazd i nazywał je po swojemu, po indiańsku…dużo gadaliśmy, całowaliśmy się…

- Dobra, dobra bez szczegółów – zatrzymałam ją póki mogłam

- Ale nie, nie bój się do niczego nie doszło – zarumieniła się szybko – Tak pod gołym niebem? No co ty, nie jestem szalona… – poprawiła swoją marynarkę

- Kto cię tam wie, to byłby „szczyt romantyzmu”, a ty przecież chciałbyś być bohaterką romansu, prawda? – przedrzeźniałam ją

- Nie nabijaj się – szturchnęła mnie łokciem. Pomimo żartobliwego tonu, czułam, że ją to zabolało – Na koniec Jackob odprowadził mnie do domu, powiedział, że mnie kocha i dał mi to… – wyciągnęła spod bluzki mały talizman z głową wilka

- To jego symbol plemienny, czarny wilk – zauważyłam

- No właśnie! Mój mały, kochany, czarny wilczek! – przycisnęła talizman do policzka, kręcąc się z radości – Teraz należę do niego.

- Taa…szybki jest – mruknęłam z przekąsem

- Co? – zmarszczyła brwi

- Nie, nic – chrząknęłam zmieszana

- Lana, jeśli coś jest nie tak, to mi powiedz. Mieliśmy być ze sobą szczerzy – przypomniała

- Bo wiesz… – zaczęłam niepewnie, drapiąc się po głowie. Niby jak miałam jej powiedzieć, że dałam Jackobowi kosza, a ona jest najwyraźniej zastępczą dziewczyną, bo nie udało mu się mnie zdobyć? Nie mogę jej tego zrobić. Ona naprawdę za nim szaleje. A może właśnie powinnam? Czy najlepsza przyjaciółka nie powinna dbać o to, żeby jej przyjaciółka nie wiązała się z niezdecydowanym podrywaczem o tandetnych tekstach? – Jackob to podrywacz…z tego co zauważyłam, nie jest stały w uczuciach.

- Chodzi ci o Tori i Rose? Wiem o nich…ale teraz jest inaczej. Ja i Jackob to coś poważniejszego. To takie połączenie dusz, jeśli wiesz, o co mi chodzi.

- Ok…tylko pamiętaj, że ja cię ostrzegałam – wzruszyłam ramionami, a Anastasia naburmuszyła się i schowała talizman pod bluzkę. Chciała coś powiedzieć, ale w tym momencie na ujeżdżalnię wjechała Catalina, robiąc zamieszanie. Wszystkie dziewczyny przerwały swoje zajęcia i ruszyły w jej stronę jak pszczółki do swojej królowej. Żałosny widok…czemu wcześniej tego nie zauważyłam?

- A nie mówiłam? – Ana posłała mi znaczący uśmiech

- Muszę z nią porozmawiać – zdecydowałam – Ona może mi pomóc w organizacji zawodów. Nie wiem, do kogo mam się zgłosić w Jarlaheim.

- Jednak chcesz się w to bawić? – zdziwiła się Ana

- Muszę, obiecałam. Wyciągniesz Catalinę z tego kółka wzajemnej adoracji?

- Postaram się – westchnęła

Patrzyłam jak moja przyjaciółka odważnie rusza w ten gąszcz rozemocjonowanych dziewczyn, które jedna przez drugą mówiły do Cataliny i opowiadały jej, co do tej pory robiły pod jej nieobecność. Prawdę mówiąc Catalina miała to wszystko gdzieś. Rozglądała się po tłumie, a gdy w końcu zobaczyła zbliżającą się Anastasię, zeskoczyła na ziemię, uśmiechała się łaskawie i podała jej wodze konia. Poklepała moją przyjaciółkę po ramieniu i coś do niej powiedziała. Chciała odejść, ale Ana złapała ją delikatnie za łokieć i szepnęła coś do ucha. Mistrzyni rozejrzała się ponad jej ramieniem i nasze spojrzenia się skrzyżowały. Skinęłam jej głową. Oczy Cataliny na moment wypełnił chłód, ale szybko się opanowała i uśmiechnęła się szeroko. Jednak ta mała chwila wystarczyła, żebym poczuła się nieswojo.

- Kochane, przygotujcie konie do wyścigu i ustawcie się w naszym wyznaczonym miejscu! – zawołała Catalina – Zaraz do was dołączę…

Dziewczyny zaczęły potakiwać i pobiegły do swoich koni. Kiedy tłum się rozstąpił, Catalina odetchnęła z ulgą i ruszyła w moją stronę, ciągnąc za sobą konia.

- Lana skarbie, co cię do nas sprowadza? – zapytała ze swoją zwykłą wesołością i serdecznością. Nie widziałyśmy się od czasu imprezy w Jarlaheim. Uratowałam ją wtedy przed śliskimi łapami Ericka, kiedy była upita. Prawdę mówiąc nawet mi za to nie podziękowała, ale teraz traktowała mnie przyjaźnie, więc chyba nie jest zła…

- Cześć Catalino, potrzebuję twojej pomocy. Myślę, że znasz się na tym i mogłabyś mi udzielić paru cennych informacji. – również się do niej uśmiechnęłam

- Hmm a w czym ja mogłabym tobie pomóc, co? – oparła się o barierkę i zmrużyła oczy. Ton jej głosu był pozornie pogodny i żartobliwy, ale dało się w nim wyczuć ukrytą kpinę i zirytowanie.

- Podobno mogłabyś mi pomóc zorganizować zawody o tytuł mistrza wyspy. Mieszkasz w Jarlaheim i jesteś na nich co roku, więc wiesz kogo i o co trzeba pytać.

- Czekaj, mówisz o zawodach organizowanych przez Lorelaj Silverglade? – zmarszczyła brwi

- Tak – przygryzłam wargę, niepewna jej reakcji

- Baronowa poprosiła cię o pomoc, czy co? – teraz Catalina już nawet nie kryła wzburzenia

- Coś w tym stylu. Jest za słaba i nie może sama się tym zająć – wzruszyłam ramionami

- Dlaczego ty? – zapytała powoli, cedząc każe słowo. Zatkało mnie. Nigdy nie była wobec mnie tak wrogo nastawiona.

- No wiesz, Lana mieszka w Los Angeles. Może ma już jakieś doświadczenie w tym temacie – Anastasia jak zwykle wyskoczyła z czymś nie na miejscu – Pewnie była na nie jednych takich zawodach w Los Angeles… – zaśmiała się nerwowo, widząc, że żadna z nas nie odpowiada

- No tak, Lana jest z Los Angeles…brała udział w niejednym konkursie…to wszystko wyjaśnia… – pokiwała głową Catalina, jakby wszystko rozumiała. Zauważyłam jednak, że zaciska ręce na barierce.

- Catalino… – chrząknęłam – wszystko w po…?

- Ależ kochana, oczywiście, że ci pomogę – nieoczekiwanie Catalina znowu stała się wesoła i uśmiechnięta – Twoje doświadczenie i moja znajomość terenu sprawią, że to będą najlepiej zorganizowane zawody na wyspie – poklepała mnie po ramieniu – Powiedz baronowej, żeby o nic się nie martwiła.

- Naprawdę? Dziękuję… – mruknęłam bez przekonania, ale Catalina szczerzyła się dalej w firmowym uśmiechu

- Musimy pojechać do szkoły i powiedzieć dyrektorce, żeby przygotowali szkolny plac treningowy i trybuny. To tam co roku odbywają się zawody i pokazy… – zaczęła opowiadać Catalina

Kątek oka zauważyłam Tori. Jechała na Mornig Dew wzdłuż ogrodzenia do bramy. Tam czekał na nią Erick. Moja kuzynka zeskoczyła na ziemię wprost w ramiona gangstera, która podniósł ją do góry i okręcił. Tori zaśmiała się radośnie i pocałowała go w usta. Anastasia z opóźnionym refleksem szturchnęła mnie łokciem, ale zupełnie niepotrzebnie. Wszystkie trzy gapiłyśmy się z otwartymi ustami na „zakochaną” parę. Spojrzałam na Catalinę. W jej oczach był szok, niedowierzanie i…złość!

- Catalino? – wyrwałam ją z transu

- Och przepraszam…oni długo są…?

- Ja widzę ich pierwszy raz – wyjąkała Anastasia

- Tak, gdyby chodzili ze sobą dłużej, to na pewno wszyscy by o tym mówili – przytaknęłam, nie odrywając oczu od kuzynki. Erick postawił ją na ziemi i powiedział coś cicho. Kuzynka pokiwała z uśmiechem głową, a Erick cmoknął ją w usta. Catalina wzdrygnęła się zniesmaczona.

- Więc co mówiłaś o tej szkole? – próbowałam wrócić do tematu, ale Catalina wyraźnie była zahipnotyzowana

- Szkoła…no tak, musimy pojechać po dekoracje do magazynów Ośrodka Szkoleniowego Winnic Srebrnej Polany i poprosić burmistrza o przydzielenie ludzi do dekoracji… – mówiła szybko aż w końcu nie wytrzymała – Lana, posłuchaj, pojadę tam z tobą po południu i wszystko załatwimy. Przyjedź tu około 14. Teraz muszę iść, dziewczyny na mnie czekają. Przepraszam. – mruknęła i ruszyła do wyjścia, zostawiając mnie i Anę same – Tori! Chodź, zaraz zaczynamy! – krzyknęła do kuzynki

Zaskoczona Tori oderwała się od Ericka i posłała mu przepraszający uśmiech, po czym pobiegła za mistrzynią. Catalina objęła ją ramieniem i zaczęła z nią wesoło rozmawiać, jakby gdyby nigdy nic. Celowo unikała patrzenia się na Ericka. Z kolei gangster gapił się na nie intensywnie. Prawie widziałam tą gonitwę myśli w jego głowie. W końcu na jego ustach pojawił się triumfalny uśmieszek. Odsunął się od barierki, wskoczył na swojego konia i szybko odjechał.

- Widziałaś to? – upewniłam się

- Tak napiętej atmosfery dawno nie czułam – Anastasia wzięła głęboki wdech – Jeszcze chwila a rozpętałaby się burza z piorunami.

- Ona była zazdrosna – nie mogłam uwierzyć – A mówiła, że nic do niego nie czuje…

- Oj czuje i to bardzo…Tori ma przechlapane. Chyba wzięła sobie na celownik zakazanego chłopaka.

- A może Erick używa jej jako narzędzia, żeby wzbudzić zazdrość Cataliny? Widziałaś jak się na nią gapił, gdy odchodziły?

- On coś knuje.

- Obawiam się, że dowiemy się tego na dzisiejszej imprezie. To co, jedziesz ze mną do Zapomnianych Pól? Mam jeszcze czas do 14. – uderzyłam rytmicznie w metalową barierkę

- A co z wyścigiem?

- Nie mów mi, że masz na to ochotę – jęknęłam – Nie wolisz pojechać ze mną na nieznane tereny Zapomnianych Pól.

- Do tych odludków? Nie, nie mam ochoty – skrzyżowała ramiona – Nie jestem dobrym kompanem na takie wyprawy. Może poproś Rose.

- Ona nie może, zajmuje się bratem. Proszę cię…potem znowu powiecie, że nic z wami nie uzgadniam i wszystko robię sama.

- No dobrze, w porządku, pojadę z tobą… – poddała się i niechętnie wsiadła na Bluewave – Ale nie mów, że cię nie ostrzegała – dodała z wesołym błyskiem w oku

- Zobaczysz Anastasio, to będzie wyprawa twojego życia – wyszczerzyłam się radośnie

***

 - „Vayamos compañeros Hay una nueva música en la ciudad Salta salta Tenemos los momentos Por la mañana todas cosas se acaban Salta salta Vayamos compañeros…”! – śpiewałam na cały głos jedną z moich ulubionych hiszpańskich piosenek. Anastasia była bardzo skupiona i zdeterminowana, żeby powtarzać po mnie słowa z poprawnym akcentem, ale niestety nie szło jej dobrze.

- Stop! Nie, ja nie potrafię… – westchnęła cięzko

- Hej, nie poddawaj się tak szybko! – podjechałam do niej bliżej i kopnęłam ją lekko w kostkę – Sama mnie o to poprosiłaś.

- Tak, bo ty znasz hiszpański i dla ciebie to naturalne mówić w tym języku, a ja chciałam się nauczyć tego języka, żeby zrobić wrażenie na Jackobie – mówiła rozżalona

- O ludzie, co wy macie z tym hiszpańskim! – wyrzuciłam ręce do góry – Następna, która uczy się tego języka dla chłopaka… – burknęłam, zanim zdążyłam ugryźć się w język

- Rose też się uczyła hiszpańskiego? – od razu podchwyciła

- Tak…ale nie wiem, czy jeszcze się uczy – szybko ucięłam temat, bo gdyby Rose się dowiedziała, że powiedziałam Anie o tym jak czytała po hiszpańsku Romea i Julię, którą pożyczył jej Indianin chyba by mnie udusiła – Chociaż Rose to osoba, która kończy wszystkie działania jakich się podejmie…nie tak jak Panna Słomiany Zapał – spojrzałam na nią znacząco

- Przepraszam! – pisnęła – To po prostu jest dla mnie za trudne…nie dam rady…

- Oczywiście, że dasz radę – przewróciłam oczami – Za bardzo się starasz, Anastasio. Chcesz się nauczyć za wszelką cenę i ci nie wychodzi. Musisz trochę wyluzować, nabrać do tego dystansu…poczuć ten hiszpański rytm i melodię tego języka… – zaczęłam kiwać się w siodle w rytm piosenki Marquessa

- Gdybym ja jeszcze tak okropnie nie fałszowała… – mruknęła cicho

- No błagam cię! Ty się przejmujesz fałszowaniem?! Zapomnij o tym, jesteśmy tu same! Zero ludzi, zero publiczności!

- Ale ty tak ładnie śpiewasz, a ja…

- Przestań bo się zarumienię – zaśmiałam się – Anastasio, nie słuchaj mnie, tylko siebie. Robisz to dla siebie, a ja chcę ci pomóc. Poza tym, jak na moje ucho wcale tak nie fałszujesz.

- Nie słyszysz, bo za cicho śpiewam – prychnęła

- Właśnie, śpiewaj głośniej. Wydzieraj się na całe gardło aż przestaniesz się wstydzić swojego głosu.

- Żartujesz sobie? – zmarszczyła swoje cienkie, jasne brwi

- Nie! Nie myśl na jakiś czas o barwie głosu. Skoncentruj się na słowach, sensie, tym co chcesz przekazać…i po prostu dobrze się baw.

- Ja chyba nie potrafię tak…nie myśleć – pokręciła szybko głową

- Więc musisz zająć myśli czymś innym. Znam na to sposób – wyszczerzyłam się, a oczy Any rozszerzyły się ze strachu – Przygotuj się. Gotowa? Cwałuj! – spięłam wodze Winterknighta i ruszyłam z kopyta z szalonym, radosnym okrzykiem. Ogier zarżał ze szczęścia, że w końcu „puściłam go ze smyczy” i zarzucił grzywą.

- O tak…ja też uwielbiam czuć wiatr we włosach, stary – poklepałam go po szyi. Poczekałam aż Anastasia i Bluewave nas dogonią i znowu zaczęłam śpiewać. – Dalej Ana, śpiewaj! Nie myśl o tym! Skoncentruj się na jeździe i po prostu śpiewaj!

Blondynka westchnęła ciężko, ale w końcu posłuchała mnie i zaczęła śpiewam. Na początku szło jej fatalnie, ale im głośniej ja się darłam, tym większej śmiałości ona nabierała. W końcu, gdy przejechałyśmy przez most i skręciłyśmy w prawo, na drogę wzdłuż Zielonej Doliny, obie krzyczałyśmy jak dzikie zwierzaki słowa piosenki Vayamos Companieros.

Po jakimś czasie las zaczął się przerzedzać, a drzewa rosły w coraz większych odstępach. Powoli wyłaniał nam się widok wielkich pól uprawnych. Ja i Ana równocześnie zwolniłyśmy i wpadłyśmy w morze zboża. Dalej jechałyśmy przed siebie energicznym kłusem, żeby konie mogły odpocząć. Ledwo dyszałam, więc chwilowo przestałam śpiewać. Pochyliłam się i wyjęłam z torby butelki z wodą. Jedną podałam Anie.

- Wow, jeszcze nigdy tu nie byłam. – mruknęłam, rozglądając się po niekończącym się polu -Wszyscy mi mówili, że to odludne miejsce, nie ma tu dużo domów i w ogóle, ale sądziłam, że przesadzają…

- Ja byłam tu tylko raz – wysapała Anastasia, odrywając się od butelki – Na biwaku z klasą. To było dawno temu, ale nie zapomnę tych dwóch dni… – zaśmiała się dziwnie

- Dlaczego? – odwróciłam się do niej w siodle

- No wiesz…tutaj mieszkają dziwni ludzi… – przygryzła wargę i podwinęła rękawy marynarki – Nie są przyzwyczajeni do gości, potrafią być trochę…niemili. Poza tym mieszka tu może ok.50 ludzi. Wszyscy się znają od pokoleń, łączą się w pary tylko z ludźmi ze swojej wioski, nie mają kontaktu z naszą społecznością – wymieniała powoli – Wiesz, ja nawet nie wiem, czy ci ludzie jeszcze żyją…

- Nawet tak nie żartuj

- Wszystko jest możliwe. Wystarczy, że przyszłaby jakaś epidemia. Bez pomocy lekarza nie daliby sobie rady.

- Oby nie, wolałabym z nimi porozmawiać.

- Z tego co pamiętam, nie są zbyt rozmowni. Kiedy nasza wychowawczyni poszła do jednego rolnika zapytać go o miejsce w okolicy na rozbicie namiotów, pogonił ją widłami.

- Co?! – wytrzeszczyłam na nią oczy

- Mówiłam, że to były niezapomniane dwa dni. Bądź co bądź nasza klasa była pierwszą i ostatnią, która zdecydowała się na taki biwak.

- Nie dziwię się… – burknęłam

Po tych słowach zamilkłyśmy. Oprócz szeleszczącego zboża, skrzypnięć skórzanego siodła i ciężkich końskich oddechów nic się nie działo, a z każdą chwilą mój niepokój rósł. Rozglądałam się cały czas, szukając choćby znaku obecności tubylców. Na horyzoncie nie było nawet widać dachów domów. Czym bliżej południa, tym temperatura bardziej rosła, a w sianie (które sięgało nam do pasa, nie mówiąc już o biednych koniach, które zakryło całkowicie) robiło się coraz bardziej duszno.

- Lana, ja nie wiem, czy ta wędrówka ma jakikolwiek sens – Anastasia w końcu nie wytrzymała. Zatrzymała Bluewave i ściągnęła klubową marynarkę. Była cała spocona, ja pewnie też.

- Chcesz teraz zawrócić? – zatrzymałam zziajanego Winterknighta

- A co mamy zrobić? Mam dziwne wrażenie, że ci ludzie nas obserwują i śmieją się z nas…no wiesz, nie chcą, żebyśmy ich znalazły, więc nie znajdziemy i kropka.

- Co ty za głupoty gadasz? – prychnęłam – Chcesz powiedzieć, że się przed nami pochowali?

- Ja nic nie mówię – westchnęła poirytowana – Po prostu chodźmy stąd, mam dość…ja nie jestem stworzona do takich podróży.

- A wiesz jak stąd wrócić? Bo ja wszędzie widzę zboże, zboże i zboże… – burknęłam

- Wrócimy po naszych śladach – wzruszyła ramionami. Nawróciła Bluewave i stanęła jak wryta z otwartymi ustami. Silniejszy wiatr poruszyłam zbożem, które zafalowało.

- Problem w tym, że nie ma naszych śladów – mruknęłam

- A jak to?! Przecież powinny zostać takie korytarze w zbożu tam gdzie jechałyśmy i…wiedziałaś o tym?! – spojrzała na mnie oskarżycielsko

- Zorientowałam się jakiś czas temu, ale nie chciałam siać paniki – westchnęłam, wycierając kark z potu – Przepraszam… – dodałam, widząc jak moja koleżanka blednie

- Więc chcesz mi powiedzieć, że utknęłyśmy na tym polu i nie znajdziemy drogi do domu?! – zapytała piskliwym głosem

- Nie, jasne, że znajdziemy…kiedyś… – przełknęłam ślinę. Czasami umiejętność kłamania bardzo by się przydała.

- Lana, ja chcę wrócić do domu! W tej chwili! – zażądała płaczliwym głosem.

- Już, już spokojnie, zaraz coś wymyślimy… – sięgnęłam do torby po kompas

- Dlaczego ta igła tak się kręci? – jęknęła Ana, patrząc mi przez ramię

- Ja nie wiem, co się dzieje – zmarszczyłam brwi – Na tym polu muszą być jakieś zakłócenia…

- Nie, nie będę czekać aż jakieś głupie urządzenie zacznie działać! – nagle Ana zerwała się, ściągnęła wodze i zaczęła uciekać galopem. Po chwili zniknęła w zbożu.

- Zaczekaj! Stój! – krzyknęłam za nią, czując jak po plecach przebiega mi dreszcz. Już miałam za nią ruszyć, gdy usłyszałam wybuch, pisk Any i rżenie Bluewave.

- Anastasia! – krzyknęłam przestraszona. Odpowiedział mi kolejny wybuch.

- Jedziemy Winterknight! – ściągnęłam wodze, ale zanim zdążyłam ruszyć, ze zboża przede mną wyskoczyła Ana na koniu i pognała przed siebie

- Uciekaj! – krzyknęła za mną – Ktoś chyba do nas strzela!

Bez słowa pognałam za przyjaciółką. Szybko zrównałam z nią krok.

- Widziałaś kogoś?! – dyszałam

- Nie! Po prostu jechałam przez zboże i nagle przed nami coś wybuchło, jakbym stanęła na jakimś przycisku czy coś… – płakała

W tym momencie między nami znowu coś wybuchło. Spłoszone konie odskoczyły na boki. W powietrze uniósł się szary, gryzący w oczy dym. Kaszląc, przedarłam się przez tą dymną zasłonę i pobiegłam dalej przed siebie.

- Ana, nikt do nas nie strzela. Na tym polu są zainstalowane jakieś bomy z czujnikiem ruchu. Aktywowałyśmy je, więc będą tak wybuchać. Nie mam pojęcia, jak są pousta…

Nie skończyłam, bo po mojej lewej stronie wybuchła kolejna bomba. Anastasia pisnęła i skuliła się w sobie.

- Jedź, jedź! Nie zatrzymuj się! – klepnęłam w zad Bluewave, która wyrwała się z odrętwienia i pocwałowała przed siebie o mało nie zrzucając właścicielki

- Ale po co ktoś tu zrobił pole minowe, co?! – szlochała Ana – Przecież nie spodziewają się tutaj gości…

- Może coś się zmieniło od ostatniego czasu – wzruszyłam ramionami, rozglądając się w koło – Może zostawili na kogoś pułapkę.

- Myślisz, że to przez Sandsa?

- Całkiem mo…w prawo! – krzyknęłam, widząc czerwone światełko migające w zbożu. Zdążyłyśmy uskoczyć w ostatniej chwili.

- Lana, zabierz mnie stąd!

- Anastasia, weź się w garść! To pole musi się kiedyś kończyć!

O tak, ona zdecydowanie nie nadaje się na takie wycieczki. Następnym razem muszę to wziąć pod uwagę, gdy będę jej coś proponować. Niespodziewanie Bluewave zarżała i wpadła w dół. Zatrzymałam się gwałtowanie w asyście wybuchów.

- Ana, żyjecie?! – kaszlałam, odganiając rękami dym

- Nie! – pisnęła dziewczyna – Jestem w jakimś dole! O mój Boże czy to jest pająk?! Jaki on wielki! To pewnie ptasznik!

- Uspokój się! – warknęłam, zeskakując na ziemię – Ty w życiu nie widziałaś ptasznika… – burknęłam pod nosem

Kiedy wiatr rozwiał dym, moim oczom ukazał się spory dół, przykryty częściowa gałęziami i liśćmi. Co też ci ludzie wymyślili? Bluewave spadła akurat na stos patyków, więc podniosła się szybko i udało je się wyskoczyć na powierzchnię. Ana niestety sturlała się na sam dół, gdzie były kamienie i zaschnięte błoto.

- Chodź bliżej, wyciągnę cię – pochyliłam się w dół

Ana bez słowa zaczęła wspinać się na stosik, ale ponieważ była cała roztrzęsiona, ciągle się zsuwała.

- Lana…nie dam rady! – rozpłakała się na dobre. Klapnęła na ziemi, poddając się.

- Proszę cię, jeszcze trochę i cie złapię. Musisz się podnieść!

- Nie mogę! – uderzyła dłońmi w ziemię

Przeklinając pod nosem, ostrożnie zsunęłam się na niepewny stosik z gałęzi.

- Podejdź tutaj!

- Nie, zostaw mnie tu…czeka mnie już tylko śmierć… – rozkleiła się

- Anastasia do jasnej cholery! To nie jest jedna z twoich powieści akcji, gdzie bohater heroicznie umiera. Chodź tu w tej chwili! – wybuchłam

Blondynka pociągnęła nosem, wytarła łzy z policzków zostawiając na nich ciemne smugi błota i podnosiła się na chwiejne nogi. Ruszyła powoli w moją stronę. Wyciągnęłam ręce, żeby ją wciągnąć, ale w tym momencie stosik zaczął się rozsuwać i obie poleciałyśmy w dół.

- No widzisz! Mówiłam ci! Tu będziesz nasz grób! Za 100 lat odnajdą nas archeolodzy i będę pokazywać jako wymarły gatunek…

- Przestań! – poderwałam się na nogi – Ja chyba zabiję tych ludzi, jak ich znajdziemy! Czy oni są nienormalni?! Co to za zasieki na ludzie życie?! Nie dziwne, że nie mają gości! – burczałam pod nosem. Szarpnęłam Anastasię żeby wstała i zdecydowanie pociągnęłam ją do wyjścia. Byłam wściekła i może to pomogło nam wydostać się z zasadzki. Na górze czekały nas nas konie. Pomogłam Anie wsiąść na konia. Dziewczyna była cała podrapana, brudna, a jej biała koszula i marynarka Amazon Girls były w strzępach. Myślę, że obie wyglądałyśmy w tej chwili jak obraz nędzy i rozpaczy. Jak weteranki wojenne.

- Chyba widzę dach jakiegoś domu – odezwała się Ana słabym głosem

- Rzeczywiście… – mruknęłam, wdrapując się na siodło. – Jedziemy tam!

Ana bez protestu ruszyła za mną. Odgłos wybuchów towarzyszył nam przez resztę drogi, ale żadna bomba nie wybuchła już obok nas. Bez większych problemów przedarłyśmy się przez zboże do chatki. Gospodarstwo wyglądało oczywiście na zaniedbane, ale zauważyłam ślady obecności człowieka. Po podwórku chodziły kury, okna były otwarte, a zza domu dochodził odgłos rąbanego drewna. Zsunęłam się z siodła i ruszyłam odważnie w stronę domu. Nagle drzwi się otworzyły i z chaty wyskoczył starszy mężczyzna z grabiami. To dla Anastasi było już za wiele.

- Proszę, proszę, nie zabijajcie nas! Jesteśmy za młode, żeby umierać! – padła na kolana i zaczęła zalewać się łzami – Nic nie zrobiłyśmy, nic! Przyjechałyśmy tu tylko porozmawiać, a jeśli ma pan sumienie wysysać życie z młodych, pełnych nadziei i planów na przyszłość istot to jest pan potworem!

Staruszek otaksował ją pogardliwym spojrzeniem, a następnie zwrócił się do mnie. Widać było, że ma już swoje lata. Jego twarz było poorana zmarszczkami, skóra ciemna od mocnego słońca. Zgarbione plecy świadczyły o codziennej pracy w polu, a dwa wystające zęby o tym, że reszta już dawno mu wypadła przez złą higienę lub jej brak. W ustach żuł źdźbło trawy jak prawdziwy farmer. Podniósł lekko zniszczony, słomiany kapelusz tak, że zobaczyłam jego krzaczaste brwi i kiwnął na Anę trzonkiem grabi.

- Co ona do mnie gada? – zapytał dziwnym, piskliwym głosem starca

- Ona jest…zwykle taka nie jest…ale dużo dziś przeszła – podeszłam do Any i podciągnęłam ją do pionu

- Więc to wy uruchomiłyście bomby? – podrapał się po czole

- Tak, ale po jaką cholerę są wam potrzebne te bomby?! – nie wytrzymałam – Spodziewacie się jakieś wojny czy najazdu wroga?!

- To na wrony – odparł staruszek po chwili namysłu

- Na wrony?! – krzyknęłyśmy obie z Aną – Niech pan sobie nie żartuje! Nie jesteśmy głupie! Mógł pan nas zabić tymi pułapkami! To są pułapki na ludzi, a nie na ptaki! – krzyczałyśmy jedna przez druga, a facet zakrył uszy dłońmi

- A kto wam kazał tu wchodzić, co?! – wściekły staruszek zaczął machać w naszą stronę grabiami – My nikogo do siebie nie zapraszaliśmy! Wracajcie sobie do swojego miasteczka i cywilizacji! Już was tu nie ma! – ruszył w naszą stronę z żądzą mordu. Skamieniałam ze strachu, a Ana ukryła twarz w mojej koszulce.

- Tato! – w ostatnim momencie z domu wyskoczyła niska, pulchna dziewczyna. Podbiegła do staruszka i złapała go za wychudzone ramiona – Wystarczy już, błagam. Wystraszysz je na śmierć… – jęknęła, patrząc się na nas katem oka

- I dobrze! – awanturował się staruszek – Nie potrzebujemy tu wścibskich miastowych! Dajemy sobie radę!

- Proszę, wracaj do domu… – kobieta odciągnęła ojca od nas, posyłając nam przepraszające spojrzenie – Ja to załatwię. – wprowadziła go do chatki, po czym wróciła do nas – Przepraszam za ojca, ma już swoje lata i zrobił się nerwowy. Mieszkamy tu sami, nie jest przyzwyczajony do widoku innych… – mówiła, z zakłopotaniem wycierając ręce w brudny fartuszek

- Może gdybyście witali ludzi bardziej przyjaźnie, mielibyście tu więcej gości… – mruknęła Ana

- Przepraszam – powtórzyła, czerwieniąc się lekko – Naprawdę bardzo mi przykro. Może wejdziecie i napijecie się czegoś? Wyglądacie jak…

- obraz nędzy i rozpaczy, wiem – burknęłam

- Z ust mi to wyjęłaś – uśmiechnęła się krzywo kobieta

- W środku nie ma już żadnych pułapek? – upewniła się Ana

- Nie, ojciec nie instalował niczego w domu. Proszę, chodźcie, strasznie mi głupio, że to was spotkało. Skąd jesteście?

- Z Doliny Moorland, a koleżanka z Fortu Pint – odpowiedziałam

- Ach tak…to chyba daleko, prawda? – zapytała zmieszana.

- Trochę tak – westchnęłam. Dopiero teraz przyszło mi do głowy, że dziewczyna nie zna topografii wyspy. Pewnie w ogóle nie rusza się z Zapomnianych Pól, jeśli plotki są prawdziwe.

- Co was tu sprowadziło? Nikt z miasta nie miał potrzeby tu zaglądać – pytała dalej kobieta. Podeszła do studni i wyciągnęła wiadro wody. Przy wciąganiu wiadra zauważyłam jak bardzo jest umięśniona. Pewnie sama wykonywała w gospodarstwie najcięższe prace, żeby odciążyć ojca.

- Chciałyśmy porozmawiać…chociaż teraz nie wiem, czy to był taki dobry pomysł – podrapałam się po głowie

- Możecie napoić konie, wyglądają na spragnione. Potem przywiążcie je do drzewa za stodołą. Tam jest trochę cienia i trawy do jedzenia. – starła pod z czoła – Jestem Ronna.

- Dziękujemy – skinęłam głową – Ja jestem Lana, a to Anastasia – wskazałam na przyjaciółkę, która niepewnie zamachała ręką

- Jak skończycie, chodźcie do domu – spróbowała się uśmiechnąć, ale najwidoczniej dawno tego nie robiła, bo wyszedł z tego dziwny grymas – Chętnie z wami porozmawiam…

Wzięłam wiadro i ruszyłam do zmęczonych koni. Anastasia dreptała za mną. Cały czas była wstrząśnięta niespodzianką na polu i przyjęciem gospodarza. Wzięła wodze Winterknighta i Bluewave, żeby zaprowadzić je we wskazane miejsce.

- Lana, napoimy konie i spadamy stąd – syknęła w pewnym momencie

- Żartujesz? Nic z tego – burknęłam

- Ja tu nie zostaję – pisnęła cienkim głosem – Słuchaj, ci ludzie mnie śmiertelnie przerażają…są jacyś dzicy, obłąkani… – zniżyła głos do szeptu – Widziałaś tego faceta? Chciał nas zabić!

- Ta kobieta wydaje się miła i opanowana – wzruszyłam ramionami

- Ach, tak ci się wydaje. To tylko gra. Chce nas zwabić do domu, a potem zaciupie siekierą, kosą albo czymś innym…

- Anastasia, weź się w garść! – położyłam na ziemi wiadro i potrząsnęłam ją za ramiona – Obiecuję, że porozmawiam z Rose i każę jej przestać pożyczać ci kryminały, bo to ma na ciebie zły wpływ. Posłuchaj mnie. Chcę porozmawiać z tymi ludźmi i dowiedzieć się, co stało się z onyksem druidów. Kto z tej wioski go ma i może nawet odzyskać. Zrobię to z tobą albo bez ciebie. Chcesz być postacią z książki i przeżyć przygodę? To siedź cicho i przestań się tak trząść jak kurczak. Ja się stąd nigdzie nie ruszam.

- Ja z tobą zwariuję – tupnęła nogą Ana, a w jej oczach błysnęły łzy. Wzięła jednak głęboki wdech, odgarnęła włosy z czoła i wyprostowała się – Dobra, postaram się…ale nigdy więcej nie każ mi z tobą jeździć.

- Masz to jak w banku – zaśmiałam się i poklepałam ją po plecach – No już, nie obrażaj się…dzielna jesteś – przygarnęłam ją ramieniem i wróciłyśmy do domu

W chatce było chłodniej i co najważniejsze w końcu znalazłyśmy się w cieniu. Córka gospodarza krzątała się po małej izbie. Zauważyłam, że ustawiła na stole dwie drewniane miski z parującą zupą i kubki z wodą.

- Siadajcie i jedzcie. Pewnie jesteście głodne – zaprosiła nas gestem

- Dziękuję, nie trzeba było – uśmiechnęłam się i usiadłam przy stole

- Przynajmniej tak mogę przeprosić za zachowanie ojca – powiesiła ścierkę na oparciu krzesła

- Co to jest? – zapytała Ana, patrząc się podejrzliwie na zupę

- Zwykła zupa z kartofli, kaszy, marchwi…nic specjalnego – machnęła ręką – ale jest syta, można się najeść. U nas w Zapomnianych Polach to ważne, żeby dobrze zjeść, gdy cały dzień pracujemy w polu.

- Jest bardzo dobra, naprawdę. – uśmiechnęłam się do niej – Sama gotujesz?

- Tak, odkąd mama zmarła i zostałam z ojcem sama na gospodarstwie. Moje siostry wydały się za mąż, ale ja byłam najmłodsza i ojciec nie zgodził się, żebym miała męża, bo ktoś musiał z nim zostać na stare lata – zaśmiała się smutno – Więc oto jestem.

- To znaczy, że jest was tu więcej? – wystrzeliła Ana. Kopnęłam ją pod stołem w kostkę.

- Oczywiście, nasz dom jest pierwszy, bo witamy gości…jeśli jacyś są. Dalej, na północ od naszego domu jest właściwa osada. Jest tam około 10 domów.

- Ach tak, czyli te bomby to był element komitetu powitalnego – uniosłam brwi

- Nie…to wszystko przez tego mężczyznę. Gabriela Sandsa. – jęknęła zażenowana – Nie myślcie, że my się nie boimy. Mimo, że nie jesteśmy blisko ze społecznością wyspy, wiemy, co się dzieje.

- Skąd wiecie? Przecież nigdy nie przychodzicie do miast. – zmarszczyła brwi Ana

- Jedz – skasowałam ją wzrokiem, widząc, że gospodyni jest coraz bardziej zmieszana

- Tej wiosny była u nas taka kobieta. Ona nam o nim opowiedziała. Mówiła, że jest zły i chce zniszczyć naszą wyspy. Zniszczy Zapomniane Pola, bo szuka jakiegoś kamienia czy coś…ojciec i inni starsi bardzo się przerazili. Tata wpadł na pomysł, żeby zrobić takie pole minowe. Wtedy Sands mógłby na nie wpaść.

- Rozumiem, Elizabeth Sunbeam u was była – pokiwałam głową – Szukała onyksa, kamienia druidów.

- Tak, chyba tak… – zmrużyła oczy kobieta – Ty też jesteś tą…druidką? – zapytała ostrożnie. Czułam, że Ana też na mnie patrzy.

- Nie…ale pomagam im – odparłam po chwili namysłu

- Więc musisz być Laną Shylund – oznajmiła zadowolona, rozłupując ręką orzech

- Skąd mnie znasz, Ronna? – prawie zakrztusiłam się zupą. Ana zamarła z łyżka w ręku.

- Proszę nie patrzcie się tak na mnie…ta biedna laleczka wygląda jakby miała się znowu rozpłakać – załamała ręce kobieta

- O nie…nie, chyba się już wypłakałam…na dziś wyczerpałam swój limit – zaśmiała się nerwowo Ana, cały czas patrząc się na rękę kobiety i rozłupany orzech – Po prostu jestem w szoku, myślałam, że nie macie tu pojęcia, co się dzieje…

- Anastasia… – syknęłam, nie przyzwyczajona do roli tej, która upomina

- Nie szkodzi, ona ma rację. To prawda, że nie interesujemy się życiem w mieście, ale parę tygodni temu ojciec wysłał mnie do miasta, żebym kupiła trochę ziarna do sadzenia. Mieliśmy w tym roku kiepskie zbiory. To była moja pierwszy wyprawa do Srebrnej Polany. Byłam zafascynowana tym miejscem. Tyle ludzi, koni, sklepów, hałas, tłum…słuchałam miejscowych plotek i rozmów. Wtedy też dowiedziałam się, co knuje Sands i poznałam ciebie. Może nie osobiście, ale widziałam jak ty i twoi przyjaciele…chyba przyjaciele, siedzicie w kawiarni i jecie ciasto. Chłopak z piekarni powiedział mi, że to ty jesteś bohaterką miejscowych plotek i walczysz z G.E.D i Sandsem. – powiedziała na jednym tchu

- Wow… – udało mi się wydusić – Kuchcik ma za długi język.

- Od tej wizyty bardzo chciałam jeszcze raz zobaczyć Srebrną Polanę, usłyszeć nowiny z miasta i…po prostu normalnie żyć, wśród ludzi, a nie w tej puszczy… – westchnęła – Ale mój ojciec nigdy się nie zgodzi. – odwróciła się, wzięła z blatu miskę i wyszła na dwór. Spojrzałyśmy się po sobie z Aną i wzruszyłyśmy ramionami. Po chwili gospodyni wróciła. W misce była woda, a w ręku trzymała dwie czyste koszule.

- Umyjcie się i przebierzcie, bo wyglądacie, jakbyście wróciły z pola bitwy.

- I tak się czujemy – pokiwałam głową

- Gdybyście potem mogły mi oddać te koszule…wiecie, tutaj nie ma wiele ubrań…

- Jasne, odwiozę je tak szybko jak będę mogła – obiecałam

- Beze mnie – mruknęła cicho Ana, myjąc twarz. Przez chwilę panowała niezręczna cisza. W końcu skończyłyśmy się myć i przebrałyśmy się w czyste rzeczy. Nadal byłyśmy podrapane, ale przynajmniej nie brudne. Anastasia wyglądała śmiesznie w wielkiej koszuli gospodyni, ale też była zadowolona ze zmiany ubrania.

- A zatem wy też przybyłyście szukać tego kamienia, tak? – upewniła się gospodyni

- Tak, miałam nadzieję, że powiecie mi chociaż kto go ma.

- Niestety, mogę powiedzieć ci tylko to, co ojciec powiedział tej druidce. Nie mieliśmy pojęcia o żadnym kamieniu. – wzruszyła ramionami

- Po co nakarmiłaś te darmozjady, Ronna? – w drzwiach pojawił się gospodarz. Tym razem był już bez grabi.

- Tato, pozwól mi wyjaśnić… – zaczęła dziewczyna

- Cicho! Przyszłyście szukać tego przeklętego kamienia, tak? – podszedł chwiejnym krokiem do stołu, oparł się o niego i spojrzał na mnie wyzywająco

- Tak, a pan coś o nim wie – stwierdziłam

- Nie lubię ciekawskich ludzi… – prychnął i usiadł na stołku, który podsunęła mu Ronna – Nie chcę, żebyście tu przyjeżdżali i burzyli nasz spokój. Ani wy, ani ta wasza druidka…

- Jeśli nie my, to przyjedzie tu Sands, a on nie będzie dla was taki łaskawy – zmrużyłam oczy. Nastała napięta cisza. Staruszek mierzył mnie wzrokiem. Ana wstrzymała oddech, a Ronna przestępowała z nogi na nogę, mnąc w ręku fartuszek.

- A jeśli powiem ci wszystko co wiem, obiecasz, że nigdy więcej tu nie wrócicie?

- Tak, wezmę kamień i zniknę, obiecuję – pokiwałam głową

- Dobrze – powiedział powoli, nie spuszczając ze mnie wzroku – Widziałaś tą wielką kupkę popiołu i wypalony kawał ziemi obok naszej chałupy? Tam stał kiedyś drugi dom, dom rodziny Hawk. Byli naszymi najbliższymi sąsiadami i razem pilnowaliśmy granicy Zapomnianych Pól. Ja, Earl i Daniel przyjaźniliśmy się, ale nasi rodzice niekoniecznie. Zwłaszcza nasi ojcowie. Mój tata twierdził, że stary Hawk zawsze zadzierał nosa i zachowywał się, jakby był lepszy od nas. Podobno twierdził, że jest strażnikiem jakiegoś sekretu…Więc oni toczyli wojnę, a my z chłopcami wspólnie się bawiliśmy, jak to dzieci. – uśmiechnął się na to wspomnienie. – Pewnej letniej nocy przyszła straszna burza. Piorun w środku nocy uderzył w dom Hawków. Od razu rzuciliśmy się im na pomoc. Mój ojciec wyciągnął z pożaru całą rodzinę, ale pan Hawk szalał jak wariat. Chciał wrócić do domu. W końcu ojciec go puścił, a on wskoczył w ogień. Myśleliśmy, że już po nim. Pani Hawk i jej synowie płakali, a tymczasem pan Hawk uciekł z domu w ostatniej chwili. W rękach miał tajemniczą szkatułkę. Nikomu nie chciał powiedzieć, co w niej jest, ale twierdził, że skarb wyspy i jego dziedzictwo. Z samego rana zabrał rodzinę i wynieśli się z Zapomnianych Pól, łamiąc naszą najważniejszą zasadę. Wyprowadzili się do wrogów, do miasta. Wybudowali dom na skraju Zielonej Doliny. Nie rozumiałem, co wydarzyło się tamtej nocy…do tej pory nie rozumiem.  Earl odwiedzał mnie przez jakiś czas, ale potem poszedł do szkoły w Jarlaheim i znalazł nowych, mądrzejszych kolegów… – prychnął – Nie widziałem go latami aż pewnego dnia wrócił…ze swoją narzeczoną. Uciekali przed rodzicami tej dziewczyny. Podobno Earl porwał ją sprzed ołtarza. Pozwoliłem im u siebie zostać na jakiś czas. Moja żona też ucieszyła się z towarzystwa. Miałem nawet cichą nadzieję, że zostaną z nami na zawsze…ale potem ktoś przyjechał po tą dziewczynę. Powiedział, że jej rodzice zginęli. Ona długo płakała, Earl ją pocieszał. W końcu zdecydowali się wrócić do miasta i od tej pory ich nie widziałem…

- A ta szkatułka…czy Earl wspominał coś panu o szkatułce? – przygryzłam wargę

- Nie… – odparł po namyśle staruszek – Nie jestem pewny, czy w ogóle o niej wiedział. Jego ojciec nie należał do ludzi, którzy lubią dzielić się swoimi sekretami. Możliwe, że w ogóle nie powiedział synom o zawartości szkatułki i schował ją.

- Schował ją… -powtórzył bezwiednie. Od razu przypomniała mi się sytuacja w starym zajeździe. Czułam przyciąganie, w ścianie była jakaś dziura…

- Myślisz, że w tej szkatułce był kamień, którego szukacie? – zapytała Ronna

- Tak, a ja chyba wiem, gdzie on jest – spojrzałam na Anę

- Gdzie? – wytrzeszczyła oczy

- W starym zajeździe. Pan Hawk schował go chyba w pokoju, w którym ja i Will się zatrzasnęliśmy.

- Jesteś pewna?

- Tak, pan Hawk był strażnikiem onyksa. To kamień śmierci, dlatego ściągał na nich burzę, pożar i to przez niego goście zajazdu popełniali samobójstwa – podniosłam się z krzesła

- Pojedziesz po niego? – Ana też się podniosła

- Tak…ale nie sama. To za duża odpowiedzialność. Gdyby Sabine albo Sands mnie napadli, nie miałabym szans.

- Pojadę z tobą! – nagle zapomniała o swoim strachu i niechęci do wędrówek ze mną. Jej oczy błyszczały z podniecenia.

- Na dziś masz już chyba wystarczająco wrażeń – zaśmiałam się – Muszę powiedzieć o tym Alex i… – zatrzymałam się, widząc zdziwione spojrzenia Ronny i jej ojca – Dziękuję wam za gościnę, ale ja i Anastasia musimy już iść. Oddam ci koszule Ronno tak szybko jak będę mogła…

- Poczekaj! – przerwał mi nagle staruszek – Czy przyjechałaś tu, bo Earl już nie…

- Spokojnie, pana przyjaciel żyje – uśmiechnęłam się do niego – Pozdrowię go od pana.

- A Daniel?

- Nie wiem…właściwie to nie miałam okazji go poznać – spojrzałam na Anę, ale ona też pokręciła głową

- Dopóki cie nie poznałam w ogóle nie wychodziłam poza Fort Pint… – prychnęła na wspomnienie życia z despotyczną ciotką

- Czemu pan pyta? – zaciekawiłam się

- Zawsze uważałem, że Daniel to taki mały szczurek…zawsze się ukryje i przeżyje armagedon – mruknął – Dobrze, że go nie poznałyście – pokiwał głową, a ja zaczęłam się zastanawiać, jaki naprawdę jest ten sławny brat bliźniak starego Earla

- A jeśli będziesz chciała jeszcze kiedyś odwiedzić Srebrną Polanę… – zawahała się Ana, zawracając się do Ronny – to znajdź klinikę weterynaryjną. Pracuje tam panna Kate. Ja też jej czasem pomagam. Jeśli chcesz mogłabym cię oprowadzić po mieście…

- Jeśli tylko ojciec mi pozwoli… – spojrzała z obawą na staruszka, ale on nic się nie odezwał

- Jeszcze raz dziękujemy i przepraszamy za najście – wyszczerzyłam się i wyciągnęłam za ramię zmieszaną Anę. Gospodarze skinęli nam głową na pożegnanie – Jestem z ciebie dumna, że zaproponowałaś jej coś takiego – powiedziałam do przyjaciółki, gdy wsiadłyśmy już na konie.

- Ona jest naprawdę miła…poza tym mam szacunek do ludzi, którzy potrafią się podzielić ostatnią koszulą. Myślisz, że ojciec pozwoli jej przyjechać do miasta? – zmartwiła się

- Być może…ci ludzie są dziwni, ale też nieprzewidywalni…wszystko się może zdarzyć – wzruszyłam ramionami i ze śmiechem popędziłam Winterknighta do galopu.

- Powodzenia Lano Shylund! – machała za nami Ronna z ganku

Odmachałam jej ze śmiechem. Kolejna kraina wyspy Jorvik zaliczona. Teraz, kiedy już wiem, gdzie jest onyks, wszystko pójdzie po mojej myśli. Pierwszy raz od dłuższego czasu poczułam, że możemy wygrać z Gabrielem Sandsem…

***

Bylam z siebie bardzo zadowolona, kiedy przyjechałam punktualnie na spotkanie z Cataliną. Anastasia grzecznie wymigała się od kolejnej wycieczki i powiedziała, że ma na głowie obowiązki klubowe, więc ja i Catalina pojechałyśmy same do Jarlaheim. Po drodze mistrzyni opowiadała mi historię zawodów i to jak są ważne dla młodzieży z wyspy. Podobno cały rok czeka się właśnie na ten konkurs. Tak przyjemnie nam się rozmawiało, że zapomniałam o niechęci jaką widziałam rano w jej oczach.

- Słyszałam, że twoja mama brała w nim kiedyś udział – powiedziała nagle

- Naprawdę? Nic mi nie mówiła…

- To dziwne…była na drugim miejscu. Może to nie to samo co pierwsze, ale ja i tak bym się chwaliła.

- A kto był na pierwszym?

- Lucas Greenlight

- I wszystko jasne… – parsknęłam śmiechem. Doskonale rozumiem mamę…przegrała z ukochanym. Pewnie nabijał się z niej niemiłosiernie. Jeśli była ambitną dziewczyną, to miała przerąbane. Pojechałyśmy prosto do szkoły. Oczywiście dyrektorka nie była przekonana co do naszych działań w imieniu baronowej, ale wtedy pokazałam jej list, własnoręcznie napisany przez Lorelaj i nie miała wyjścia. Oprowadziła nas po stajni Jorvik i parkurze, wytłumaczyła co trzeba przygotować i kogo jeszcze powiadomić, więc jeździłyśmy po mieście przez jakieś dwie godziny. W końcu około 18 odwiedziłyśmy ostatniego na liście kwiaciarza i zatrzymałyśmy się w parku, żeby odsapnąć. Catalina kupiła nam lody, bo twierdziła, że tutejsze są najlepsze na całej wyspie i usiadłyśmy na ławce w parku.

- Dziękuję, że mi pomogłaś – uśmiechnęłam się do niej – Bez ciebie nie dałabym rady.

- Nie ma sprawy – zaśmiała się dźwięcznie – Jesteś dla mnie jak młodsza siostrzyczka, pamiętaj o tym. – przytuliła mnie do siebie

- Więc nie jesteś na mnie zła?

- Za co? – zmarszczyła brwi

- Nie wiem…rano wydawało mi się…

- Nie, nie…miałam ciężki poranek. Byłam trochę rozdrażniona pewną sytuacją, to nie twoja wina – powiedziała spokojnie, ścierając mi śmietanę z nosa

- To dobrze, już myślałam, że jesteś zazdrosna, że baronowa poprosiła mnie.

- Głuptasie, jak mogłaś tak pomyśleć! – wybuchła śmiechem – Jestem ostatnią osobą, która chciałaby mieć kontakt z baronową. Pomogłam ci, bo nie chciałam, żeby baronowa cię męczyła. To wszystko.

- Wiesz Catalina, jesteś w porządku. Równa z ciebie babka – szturchnęłam ją

- Cieszę się, że to mówisz. Może nawet dam ci fory w zawodach?

- W zawodach? – nie zrozumiałam

- Tych zawodach…nie mów, że nie startujesz? – wytrzeszczyła oczy

- Och…wiesz, nawet się nad tym nie zastanawiałam.

- Naprawdę? – uniosła brwi. Czekałam aż powie coś w stylu „Musisz tego spróbować”, „Dasz sobie radę”, „Powinnaś wziąć udział”, ale nic takiego nie padło z jej ust. Catalina patrzyła przed siebie niewidzącym wzrokiem.

- Idziesz dziś na imprezę do Ericka? – zapytałam, zanim zdążyłam ugryźć się w język

- Skąd wiesz o tej imprezie? – zmarszczyła brwi

- Słyszałam jak mówił o tym Tori.

- Ach tak… – mruknęła naburmuszona – Idę, idę…właśnie, muszę zacząć się przygotowywać – podniosła się z ławki – Gdybyś jeszcze czegoś potrzebowała, to pytaj się – uśmiechnęła się, ale tym razem nie udało jej się ukryć sztuczności

Skinęłam głową i patrzyłam za nią jak odjeżdża w stronę domu. Spojrzałam na zegarek. Zostało mi ok 1,5 godziny na znalezienie domu Ericka i zaczajenie się. Muszę jakoś uratować Tori. Nie wiem, co ten gangster planuje, ale jeśli Catalina pojawi się na tej imprezie, może być gorąco. Wsiadłam na Winterknighta i pojechałam do baru, zjeść jakąś kolację. Przy okazji zapytałam się miłej, rezolutnej kelnerki, gdzie mogę znaleźć dom Ericka. Dziewczyna wytłumaczyła mi, że pan Rooster ze swoim synem mieszkają blisko portu, w domku na wzgórzu. Szybko udało mi się namierzyć dom. Na szczęście w pobliżu były też krzaki, więc od razu miałam gotową kryjówkę. Winterknighta przywiązałam do drzewa, a sama położyłam się płakso na kocu na trawie. Impreza szybko się zaczęła, a ja cieszyłam się, że tam nie jestem. Nie czułabym się dobrze wśród tych pijanych gości, którzy cały czas przeklinają i opowiadają sobie pikantne historyjki, od których robiło się nie dobrze. Nie jestem pruderyjna, ale uwierzcie mi, tego nie da się słuchać! Poza tym wszyscy gangsterzy nie rozstawali się z papierosem, więc powietrze szybko zgęstniało od dymu. Dodatkowo Erick postanowił rozpalić ognisko. Świetnie! Alkohol i ognisko…czekałam tylko aż zaczną skakać przez ogień. W końcu przez opary mgły dostrzegłam moją kuzynkę. Była już nieźle wstawiona. Nawet z tej odległości było to widoczne. Całowała się namiętnie z Erickiem na trawie. Miałam ochotę tam podejść i trzepnąć ich oboje, ale nie mogłam ryzykować wtargnięcia na teren hien. Muszę poczekać na odpowiedni moment. Z minuty na minutę coraz trudniej było mi patrzeć na te pijackie zabawy, przepychanki i to jak gangsterzy traktują swoje dziewczyny. W końcu Erick wstał z ziemi i pociągnął za sobą Tori w stronę stodoły. Serce zabiło mi mocniej. O nie! Nie wykorzysta w taki sposób mojej kuzynki! Zabrałam Winterknighta i wyszłam z ukrycia. Wszyscy byli tak nieprzytomni, może nawet naćpani, że już nawet nie zwracali na mnie uwagi. Mogłam legalnie biec za Erickiem i Tori. Dopadłam ich przy wejściu. Erick już wpychał Tori do środka, ale ona w końcu zrozumiała, co się dzieje i zaczęła się opierać. Wtedy ja z całej siły zdzieliłam go w gębę prawym sierpowym. Tori pisnęła i zatoczyła się do tyłu. Erick jęknął i złapał się za twarz.

- Co ty…co ty sobie wyobrażasz, ty… – jąkał, ale ja powaliłam go na ziemię

- Zostaw w spokoju moją kuzynkę, palancie! – krzyknęłam

- Lana, co ty tu robisz?! – zawołała Tori łapiąc mnie za rękaw – Wszystko psujesz…zostaw go…

- Ja psuję? Ja psuję?! Przecież on cię ciągnie do tej stodoły, żeby cie zgwałcić, a ty jesteś tak nawalona, że nawet nie będziesz protestować. Zabieram cię do domu!

- Nie! Spadaj Lana, wiem co robię! – powiedziała wyniośle, ale zatoczyła się i wpadła w moje ręce. Zagotowało się we mnie.

- Tak? Skoro jesteś taka mądra to proszę bardzo! – popchnęłam drzwi stodoły – Idź tam i baw się! Żyj chwilą! Tylko jak jutro obudzisz się z płaczem to… – nie skoczyłam, bo drzwi otworzyły się na całą szerokość, a moim oczom ukazał się straszny widok. Catalina owinięta wokół Williama jak wąż boa dusiła do w swoich ramionach i namiętnie całowała. Ona oczywiście też była pijana, jak każdy tutaj. Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Cofnęłam się z obrzydzeniem.

- William! – krzyknęłam

Blondyn oprzytomniał i wyszarpnął się z jej uścisku.

- Lana, co ty tu robisz?! – jęknął

- Mogłabym zadać ci to samo pytanie?! Tak zrywasz z gangiem?! – kipiałam z wściekłości

- Nie, to nie tak…wszystko ci wytłumaczę… – jąkał William, bezskutecznie próbując wyrwać się z objęć Cataliny

- Kochanie, nie przejmuj się nią… – Catalina zaśmiała się głupkowato i znowu chciała go pocałować, ale Will odepchnął ją zdecydowanie

- Catalina?! Co ty robisz?! Z nim…?! – Erick podniósł się z ziemi. Był zaskoczony, a na jego twarzy widać było prawdziwy ból. Śmiem twierdzić, że moja twarz wyglądała w tej chwili podobnie.

- Erick?! – Catalina zbladła

- Zabiję cię gnojku! Teraz mi nie uciekniesz! – Erick zrobił się czerwony z wściekłości, mierząc Will nienawistnym spojrzeniem.

- Lana, zrób coś! Oni się pozabijają! – Tori z płaczem pociągnęła mnie za rękę, ale w tym momencie miarka się przebrała. Coś we mnie pękło. Zniknęła Lana-dobre serce.

- Nie! – wyszarpnęłam się jej i z całej siły wymierzyłam Williamowi policzek – Już mnie to nic nie obchodzi…

- Lana! – krzyknął zaskoczony Will

- Kłamiesz! Cały czas kłamiesz! A ja głupia myślałam, że się zmieniłeś, że mnie… – do oczu pchały mi się nieznośne łzy. Nie potrafiłam powiedzieć „kochasz”. Zaufałam mu, a on zawiódł mnie. Tak jak nikt inny. Serce tłukło mi się w klatce jak oszalałe.

- Lana… – Tori położyła mi rękę na ramieniu. Strąciłam ją natychmiast.

- A ty! – doskoczyłam do Cataliny – Ty mówisz, że jestem dla ciebie młodszą siostrzyczką, tak?! – krzyczałam, a dziewczyna objęła się ramionami i spuściła wzrok – Żałuję, że cię wtedy ratowałam w Jarlaheim przed Erickiem. Nie zasługujesz na to… – warknęłam i nie patrząc się już na nikogo ruszyłam do Winterknighta

- Shylund wracaj! – Erick chciał złapać mnie za rękę, ale ja z całej siły kopnęłam go między nogi. Chłopak jęknął i osunął się na trawę.

- Lana, proszę cię… – Will biegł za mną chwiejnym krokiem – Posłuchaj, ona się na mnie rzuciła…ona…ja nic do niej nie czuję…to była puła…

- Nie chcę cię słuchać Greenlight! – odepchnęłam go, wskoczyłam na siodła i zdecydowanie zebrałam wodze – Nienawidzę cię, rozumiesz! Wszystko zniszczyłeś! Wszystko, co było między nami! Kochałam cię, a ty…Żegnaj! – pogoniłam Winterknighta do galopu i wyjechałam z imprezy, nawet nie patrząc, czy kogoś stratuję.

Dopiero za miastem pozwoliłam sobie na łzy. Pędziłam cwałem przez Zieloną Dolinę. Była już noc. Nawet nie widziałam, czy jadę dobrą drogę. Wszystko zostawiłam na głowie Winterknighta, który znał drogę na pamięć. Już dawno nie pamiętam, żebym tak płakała. W końcu zabrakło mi tchu, jakbym nie miała już płuc…i serca. W klace piersiowej nie czułam nic…jedna, wielka, czarna dziura. Tak właśnie czują się osoby ze złamanym sercem…