RSS
 

Walka o życie Williama i zdemaskowanie „kreta” w mojej drużynie…

25 wrz

- Lana, Lana rusz się! Musimy go ratować! – Rose jak zwykle jako pierwsza odzyskała zdolność logicznego myślenia

- Wiem! Tylko powiedz mi jak! – jęknęłam – Mam podbiec do rosłych jak dąb chłopów i powiedzieć, żeby go puścili?!

- Skopiemy im tyłki to się opamiętają! – warknął Jasper w wojowniczym nastroju

- Bez urazy Jas, ale to może skończyć się tak, że oni obiją tyłki nam – prychnęła Rose

- Musimy go jakoś odbić, tak, żeby tego nie zauważyli – stwierdziłam, podnosząc się chwiejnie. Nogi miałam jak z waty.

- Może odwrócimy ich uwagę, a ty podbiegniesz i… – zaczął Jasper

- Nie, nie mam zamiaru narażać was na spotkanie z tymi rozjuszonymi bykami. – przerwałam mu szybko

- Chodźmy za nimi, idą w stronę pól uprawnych – powiedziała Rose

- Nie możemy ich zgubić! – spanikowałam, słysząc oddalające się śmiechy i widząc znikający blask pochodni – Idziemy po konie!

Ledwo to powiedziałam, usłyszałam stukot kopyt.Winterknight jakby wyczuwał co się święci, zerwał się z uwięzi i sam do mnie przybiegł. Teraz dreptał w kółko i parskał nerwowo, poganiając mnie. Czuł, że William ma kłopoty. Uśmiechnęłam się do niego szeroko i wskoczyłam na siodło. Tak, ja i Winterknight stanowimy idealny zespół, rozumiemy się bez słów. Nawet jeśli nie mam planu, z moim achał-tekinem szybko coś zaimprowizuję.

- Idźcie po Sunshine – powiedziałam zdecydowanie – Ja i Winterknight dogonimy ich.

Nie czekając na odpowiedź, zebrałam wodze i ruszyłam w ślad za gangiem. Cały czas trzymałam się dróżki za zasłoną z  krzaków, żeby nikt mnie nie zauważył. Chociaż serce wyrywało mi się do Willa i bardzo chciałam to wszystko przerwać, wiedziałam, że muszę czekać na odpowiedni moment. Widząc jak inni gangsterzy popychają i żartują sobie ze związanego Willa, miałam ochotę tam podejść i każdego z nich zdzielić zdrowo kijem po łbie. Barbarzyńcy…przecież jeszcze chwilę temu to był członek ich gangu, traktowali go jak brata, oddaliby za niego życie, a teraz? Teraz to ich wróg numer jeden i sami chcą go wykończyć. Jak można tak szybko zmieniać uczucia? Erick oczywiście wiódł prym w tym okrutnym tańcu ze śmiercią. Nienawidzę go…z całego serca go nienawidzę. Kiedy to wszystko się skończy i mój William będzie już bezpieczny, on mi za to zapłaci.

- Proszę Will…wytrzymaj jeszcze chwilę…błagam… – szeptałam łamiącym się głosem. Winterknight był równie przejęty jak ja i ciągle musiałam go hamować, żeby nie wyskoczył nagle z naszej kryjówki. W końcu gang wyszedł z lasu.

- Nadszedł czas twojej ostatecznej próby Greenlight – powiedział uroczyście Erick – Skoro miałeś dość odwagi i męstwa, żeby wstąpić do naszego gangu, musisz wykazać się tym samym, chcąc z niego wystąpić.

- Co ty pieprzysz Erick?! Zioło do końca zlasowało ci mózg? – warknął Will. W świetle pochodni jego twarz była biała jak papier

- Grzeczniej Greenlight, grzeczniej… – syknął Erick mrużąc oczy – Przyprowadźcie konia – burknął do dwóch potężnie zbudowanych gangsterów – To test…elitarny test…powiem ci, że bardzo mało osób go zdaje – parsknął śmiechem, a inni mu zawtórowali

- Co ty nie powiesz? Może dlatego, że inni giną zdeptani przez tego diabelskiego konia?! – kiwnął głową na szarpiącego się ogiera, którego przyprowadzili gangsterzy

- No cóż, statystycznie byłbyś pierwszą osobą, która to zda – pokiwał głową Erick

- Jesteś zdrowo szurnięty – zaśmiał się gorzko Will – Chcesz mnie po prostu zabić!

- Nie Willy, nie… – głos Ericka zmienił się nagle na łagodny i miły. Położył mu rękę na ramieniu, a drugą dłoń w miejscu, gdzie powinien (!) mieć serce. – Chciałem cię zrobić swoim następcą, Willy. Myślisz, że sprawia mi przyjemność wyrzucać z rodziny mojego ukochanego brata?

- Erick do cholery! Ty chcesz mnie zabić! – ryknął mu w twarz

- Nie Greenlight! Ty sam się zabiłeś! To ty chcesz odejść z gangu! Ty wydałeś na siebie wyrok! – wrzasnął przywódca – Ale znaj moje dobre serce… – rozłożył ręce z szerokim uśmiechem szaleńca – Jeśli uda ci się wyplątać i przeżyć, wtedy będziesz wolny. Zapomnimy o sobie, na zawsze. Będziesz miał ode mnie spokój na wieki wieków. Obiecuję – pochylił się w jego stronę, a Will splunął mu w twarz

Niektórzy gangsterzy zawyli z oburzenia. Bębniarze zatłukli w swoje instrumenty. Wściekły Erick wytarł twarz i spojrzał z nienawiścią na Willa. Mierzyli się przez chwilę lodowatymi spojrzeniami.

- Chase, Phil, przywiążcie Greenlighta. Oby mocno – wysyczał

Chudy i Gruby, którzy niedawno byli kumplami Will, podeszli do niego bladzi ze strachu. Bez słowa zabrali się do roboty. Unikali jednak patrzenia na swojego niedoszłego „kompana”. W sercu zakiełkowała mi nadzieja, że chłopaki ze względu na stare czasy jakoś ułatwią mu zadanie, ale gdy zobaczyłam jak Will krzywi się, gdy Phil wiąże mu ręce, miałam ochotę się rozpłakać. William nawet nie próbował ich o nic prosić. Miał swój honor. Chociaż w tym momencie mógłby go schować w buty i pomyśleć o swoim życiu!

- Szefie, myślisz, że Greenlight nie uwolni się z tego? – zapytał jakiś gangster

- Ogarnij się stary, to nie jest jakiś pieprzony Houdini…Greenlight nie ma szans – zaśmiał się Erick, biorąc od niego jabłko i głośno się w nie wgryzając. Zagotowało się we mnie ze złości.

- Gotowe – oznajmił po chwili Chase

- No Greenlight, czas na ciebie – mruknął Erick podchodząc do niego z drapieżnym uśmiechem – Zobaczymy się po drugiej stronie…

- Ave caesar morituri te salutant… – mruknął Will z krzywym uśmiechem

- Och Willy…bo się zarumienię – przewrócił oczami Erick – Żegnaj Will – spoważniał nagle – Szkoda, że tak to się skończyło.

- Ty zakończyłeś to w ten sposób, Erick – Will spojrzał mu buntowniczo w oczy

Gangster nic nie odpowiedział. Żuł w zamyśleniu kawałek jabłka, a w końcu klepnął porządnie w zad narowistego ogiera. Gangsterzy, którzy go trzymali krzyknęli i zaskoczeni odskoczyli do tyłu. Pisnęłam i natychmiast zakryłam usta rękami, gdy koń pogalopował jak strzała przed siebie po ciemnych polach. Zebrałam wodze i ruszyłam za nim.

Winterknight galopował jak szalony, ale i tak miał kłopot z dogonieniem rozpędzonego ogiera. Tamten był młody, bardziej rozbrykany i nikt nie siedział mu na grzbiecie. Był rozjuszony, dziki i nieujeżdżony. Nie mam pojęcia, skąd Erick go wytrzasnął!

- William! William! – wołałam ile sił w płucach, ale blondyn nie dawał znaku życia. O ile na początku szarpał się i wyrywał, teraz po prostu się poddał. Podskakiwał jak marionetka na wyboistej drodze w zasłonie z kurzu i kłębów siana.

I co ja mam teraz zrobić?! Nikt nie przygotowuje ludzi na takie sytuacje! Nie jestem bohaterką z filmu Indianego Jones, a Will nie jest kaskaderem. Jeśli zaraz czegoś nie zrobię, on naprawdę zginie. To realna, dramatyczna walka z czasem. Niestety życie jest tym kiepskim rodzajem niskobudżetowych filmów, w których nie powtarza się scen.

- Winterknight, musimy go wyprzedzić i zatrzymać tego napaleńca! – wysapałam

Achał-tekin parsknął i przyspieszył. Widziałam, że dawał z siebie wszystko. Dyszał jak mały parowóz, a z pyska ciekła mu piana. Modliłam się w duchu, żeby oboje wytrzymali tą szaleńczą jazdę. Już prawie wyrównaliśmy się z ogierem, gdy ten niepodziewanie podskoczył, skręcił w lewo i pognał dalej. Wstrzymałam oddech. Co za…aż mi słów zabrakło! Krzyknęłam z wściekłości i pognałam za koniem. Moja cierpliwość się skończyła. Muszę znaleźć inny sposób, skoro ta bestia nie pozwoli się wyprzedzić…A gdyby tak przeciąć linę? To jest myśl! Drżącymi z emocji rękami otworzyłam torbę. Wśród ekwipunku, w który wyposażyła mnie Alex, znalazłam mały, ostry sztylet. Jak ja kocham tą dziewczynę…skąd ona wiedziała, że to mi się przyda?!

- Winterknight, musimy tam podjechać jeszcze raz. Na chwilę. Nie po to, żeby wyprzedzić, ale żeby znaleźć się jak najbliżej, rozumiesz? Teraz musi się udać – powiedziałam do niego poważnie

Ogier zastrzygł uszami i pochylił głowę, przygotowując się do „sprintu”. Zacisnęłam sztylet w lewej dłoni i również pochyliłam się do przodu. Na mój sygnał Winterknight wystartował. Pędziliśmy jak torpeda. Wiatr szumiał mi w uszach i zatykał nos. Oczy mi łzawiły, ale na szczęście mogłam zobaczyć drogę. Czułam jak moje serce łopocze mi w klatce piersiowej. Widziałam, że mam tylko jedną szansę. Teraz albo nigdy! Albo go uratuję, albo znajdę martwego, gdy ta bestia w końcu raczy się zatrzymać. Byliśmy coraz bliżej. Niespodziewanie wstrząsnął mną szloch. A co jeśli mi się nie uda?! Nie wybaczę sobie, gdyby William przeze mnie zginął. Bo to moja wina…dla mnie się tu znalazł. Dla mnie chciał zrezygnować z gangu. A ja nawet nie chciałam z nim porozmawiać…rozstaliśmy się w gniewie. Teraz może być już za późno, żeby cokolwiek naprawić. Przez łzy widziałam jego nieruchomą bladą twarz. Lana, weź się w garść! Nie możesz się teraz rozkleić! Nie możesz! Jeszcze nie teraz! Puściłam wodze i złapałam się kurczowo przedniego łęku. Próbując zdusić w sobie płacz, wychyliłam się z siodła i wyciągnęłam lewą rękę ze sztyletem. Oblał mnie zimny pot. To co teraz robiłam, zaliczało się do rzeczy szalonych  i niewątpliwie niebezpiecznych. Jeśli cokolwiek pójdzie nie tak…ja też zapłacę za to życiem. Czy jestem na to gotowa? Oczywiście, że tak! Zrobię wszystko, żeby go uratować. A teraz skup się Lana, wczuj się w role sapera…tutaj możesz tylko raz popełnić błąd.

Cierpliwie czekałam na odpowiedni moment, a gdy Winterknight zbliżył się wystarczająco blisko z dzikim okrzykiem wojennym zamachnęłam się na linę. Wszystko działo się jak w zwolnionym tempie. Lina pękła, Winterknight zatrzymał się gwałtownie, a ja spadłam w dół na brzuch. Przez chwilę nie mogłam złapać tchu. Leżałam i bałam się poruszyć. Bałam się, że jednak mi się nie udało. Wszystko mnie bolało. W końcu z trudem podniosłam się na łokciach. Ciężko dysząc rozejrzałam się w koło. Winterknight oddychał ciężko jak ryba wyjęta z wody, a Will…leżał bez tchu nieopodal mnie. Jęknęłam i przyczołgałam się do niego.

- William… – szepnęłam, pochylając się na jego ciałem – Proszę, błagam, odezwij się… – odgarnęłam włosy z jego twarzy. Wyglądał tak surrealistycznie, za spokojnie. Drżąc na całym ciele przyłożyłam ucho do jego klatki piersiowej. Zamknęłam oczy i słuchałam…słuchałam…i nic! Coś we mnie pękło. Zaczęłam krzyczeć…nawet nie wiedziałam, że potrafię tak krzyczeć. Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Po twarzy płynęły mi strumyk łez. Patrzyłam na niego i nie mogłam uwierzyć w to co widzę. – To nie może być prawda…Will! – potrząsnęłam nim – Proszę nie zostawiaj mnie! Proszę, tak dużo razem razem przeszliśmy… – przed oczami pojawiały mi się różne sceny z naszej znajomości. Nasze pierwsze spotkanie, kłótnie o Winterknighta, sytuacja, gdy oblałam go wiadrem wody, akcja podczas przedstawienia w Forcie Pint, gdy ściągał mnie z rampy, bo naprawiałam reflektor…to jak uratował mnie przed tułaczką po Głuchych Lasach, jak prawie mnie rozjechał na Moonpearl i odkryłam jego sekret, potem kąpiel w morzu na imprezie, wyznanie miłości podczas mojej 40 stopniowej gorączki…nie, nie mogę…kiedy tylko o tym pomyślałam, serce mnie bolało. Cały czas szlochając, przytuliłam się do jego klatki piersiowej. – To nie może być koniec, nie zgadzam się na to, słyszysz?! Nie zgadzam się…

- Lana! – usłyszałam krzyki Rose i Jaspera. Zatrzymali się obok i szybko uklękli przy Willu.

- Nie mów mi, że… – zaczął kuzynek, ale ja nie odpowiedziałam tylko zapłakałam głośniej

- Odsuń się – odepchnęłam mnie Rose.

- Co robisz?! – krzyknęłam, ale Rose powstrzymała mnie gestem

Przyłożyła ucho do klatki piersiowej i złapała za jego nadgarstek. Ja i Jasper siedzieliśmy w milczeniu i patrzyliśmy się z napięciem na jej skupioną twarz. Jasper objął mnie mnie ramionami, a ja zrozumiałam, że cała się trzęsę jak w delirium.

- Żyje…ale ma tak słaby puls, że nie wiem, jak długo… – pokręciła głową Rose

- Musimy go zawieźć do szpitala – stwierdziłam

- To za daleko. Nawet nie mamy czym go tam zawieźć – Rose ze zdenerwowania potarła czoło

- Musimy go gdzieś przewieźć! On nie może tu zostać! Ktoś musi mu pomóc! – zdenerwowałam się – Gdzie my w ogóle jesteśmy?! – rozejrzałam się oszołomiona

- Blisko Srebrnej Polany – mruknął Jasper

- W takim razie weźmiemy go do domu – zdecydowałam

- Czyjego domu? – zmarszczyła brwi Rose

- Jego domu! – warknęłam

- Naprawdę myślisz, że to dobry pomysł? – wytrzeszczyła na mnie oczy Rose

- W tej sytuacji, nic innego nie przychodzi mi do głowy – dotknęłam ostrożnie Willa – Lucasa na pewno nie ma w domu, nie będzie nam zadawał zbędnych pytań. Potem któreś z nas pojedzie po lekarza.

- Wszystko super, ale jak go przetransportujemy do gospodarstwa Greenlightów? – Rosie wytarła ręce w spodnie i wstała

- Może to się nada? – nieoczekiwanie Jasper przyciągnął wielką taczkę, którą jeden z rolników musiał zostawić na polu – To nie limuzyna ani ambulans, ale zawsze coś…

- Jesteś genialny! – cmoknęłam go w czoło – Szybko, pomóżcie mi go przełożyć…

- Ostrożnie, pewnie ma połamane kości… – zacmokała Rose

Wspólnymi siłami w końcu władowaliśmy go na taczkę i ruszyliśmy w stronę Srebrnej Polany. Przez całą drogę trzymałam Willa za rękę i kontrolowałam jego puls. Na szczęście dom Greenlightów był umieszczony na drodze oddalonej od centrum miasteczka, więc uniknęliśmy ciekawskich spojrzeń. Furtka jak zwykle była otwarta, więc bez problemu wtoczyliśmy się na teren gospodarstwa. Wnętrze domu pachniało tak jak poprzednio alkoholem, papierosami i moczem. Tym razem na podłodze było jednak mniej butelek, ale z kolei w każdym kącie rozrzucone były pety.

- Aż dziwne, że ta chałupa jeszcze nie spłonęła – zmarszczyła nos

Moi przyjaciele byli tu chyba pierwszy raz, ponieważ na ich twarzach malował się szok, gdy oglądali zaniedbane wnętrze domu. Nie dziwię im się, bo moja reakcja była identyczna, gdy pierwszy raz tu przyszłam.

- Tam jest łóżko…położyłymy go i… – mruknęłam, przesuwając głośno stół, żeby taczka się zmieściła

- Co jest?! – nagle z podłogi zerwał się na wpół przytomny właściciel domu. Cała nasza trójka mimowolnie pisnęła. Pan Greenlight wyglądał jeszcze gorzej niż ostatnio. Gdybym nie wiedziała, że ktoś może tu mieszkać, pomyślałabym, że to yeti. Zarośnięty, brudny, śmierdzący. Wrak człowieka. – Co to ma znaczyć?! – krzyknął znowu, gdy żadne z nas nie odpowiedziało – Co wy sobie myślicie?! Durne bachory…głupich żartów wam się zachciało?! Chcieliście mnie okraść?! A może wywieźć na taczce! – kiwnął głową na stojąca w przejściu taczkę

- Panie Greenlight… – przełknęła ślinę Rose

- Wynocha stąd! Już was tu nie ma! – krzyknął i ruszył do nas chwiejnym krokiem

- Lucas! – krzyknęłam wściekła, a pan Greenlight przystanął oszołomiony i złapał się krawędzi stołu. Spojrzał na mnie i zamrugał oczami

- Charlie…nie, nie Lana…a jeden pies! Obie czarownice – zaśmiał się głupkowato i przetarł oczy – Czego chcesz?! Chyba miałaś tu nie przychodzić!

- Przywieźliśmy pana syna! – syknęłam – Jest w ciężkim stanie. Może nie przeżyć! Musimy go opatrzyć!

- Mojego…syna?! – czknął zdziwiony

- Tak, tak, owszem! Ma pan syna! Nazywa się William Greenlight, a pan zapomniał o jego istnieniu osiem lat temu! – mówiłam z pasją, idąc w jego stronę -  Ale wie pan co? On żył przez te wszystkie lata, zostawiony sam sobie, bez dachu nad głową i ojca. Nigdy, przenigdy nie naprawi pan tych wszystkich krzywd, które mu pan wyrządził, ale teraz William umiera. Jest pan najgorszym ojcem roku, ale jeśli chce się pan na cokolwiek przydać, to niech pan się odsunie i pozwoli nam go ratować!

- Ale co się stało…Will… – Lucas złapał się za głowę i spojrzał mi przez ramię. Dopiero teraz zobaczył, że na taczce ktoś leży. Przeszłam obok niego, nie zaszczycając go spojrzeniem.

- Rose, kładź go na łóżku – zarządziłam. Wystraszona przyjaciółka natychmiast wykonała moje polecenie i razem ułożyłyśmy Willa na stosunkowo czystym materacu. – Jak to wygląda? – zapytałam, gdy Rosie delikatnie odwróciła go na brzuch. Naszym oczom ukazała się skóra zdarta do krwi. W niektórych miejscach materiał z koszulki zmieszał się z krwią i wtopił się w ranę. Wzięłam głęboki oddech i zamknęłam oczy. Zrobiło mi się słabo.

- Chwileczkę! Niech ktoś mi powie, co tu się dzieje! – Lucas szarpnął mnie za rękę, a ja zatoczyłam się do tyłu

- William jest ranny! Widzi pan jak to wygląda?!

- Ale…kiedy…jak… – jąkał

- Miał wypadek! Wystarczy?! – wyszarpnęłam się

- Nikt nie będzie na mnie krzyczał w moim własnym domu! – Lucas zamachnął się na mnie, ale Jasper złapał go za rękę

- Ona uratowała mu życie! – krzyknął – Jeśli pan nie pozwoli nam działać, wszystko pójdzie na marne!

- Ale jak to się mogło stać?! – jęknął Lucas

- To pana wina! Wszystko pana wina! – zawołałam

- W tym momencie to nie ważne, czyja to wina! – przerwała nam Rose – On potrzebuje lekarza. Natychmiast!

- A może panna Kate? – zasugerował Jasper

- Tak, jest szansa, że dziś została na noc w klinice – przygryzła wargę Rose

- Pojadę po nią – zaoferował się Jasper

- Dobrze, ja i Lana oczyścimy rany – skinęła głową moja przyjaciółka, a kuzynek wybiegł z chatki

- A my co zrobimy? – zamrugałam oszołomiona

- Oczyścimy rany, żeby nie wdało się zakażenie – mruknąła Rose, wiążąc włosy

- Rose…ja zemdleję, jeśli każesz mi na to patrzeć – przełknęłam ślinę

- Nie zemdlejesz. Robisz to dla Willa, pamiętaj – ścisnęła moje ramię – Panie Greenlight, potrzebujemy gorącej wody i jakiejś czystej…szmatki – mruknęła niepewnie Rose

- Tu nie znajdziesz nic czystego – prychnęłam i pod wpływem impulsu zdjęłam bluzę po czym rozdarłam rękaw starej piżamy. – A co do wody…

- Zobaczę, co da się zrobić – powiedział Lucas. Wziął ze stołu rondelek i wyszedł szybkim, chwiejnym krokiem z domu.

- Gdzie on poszedł? – zmarszczyła brwi Rose

- Pewnie do studni…

- Dobra, nie ważne. Musimy zdezynfekować ręce…

- Czym? To na pewno nie są sterylne warunki…

- Spirytus powinien wystarczyć – powiedziała Rosie, grzebiąc w szafce pod zlewem. Szybko znalazła to czego chciała i odkaziła tym ręce, po czym kazała zrobić mi to samo. Lucas po chwili wrócił z rondelkiem wody i podgrzał ją na przenośnej, turystycznej kuchence. Rose kazał mu iść do studni po większą ilość wody, zagotować ją, wlać do miski i wyprać kilka prześcieradeł. O dziwo, Lucas nie protestował.

- Chodź tu Lana i patrz co robię – instruowała mnie – Bierzesz ściereczkę, moczysz w wodzie i delikatnie przecierasz…o tak…

- A ty? – zapytałam słabym głosem, walcząc sama ze sobą

- Ja będę odrywała tkaninę…więc staraj się nie patrzeć na to co robię, po prostu wycieraj krew i brud.

Zacisnęłam usta i nic nie odpowiedziałam. Na szczęście William był nieprzytomny i nie mógł krzyczeć, a jestem pewna, że to by go bardzo bolało. Lucas już się nie awanturował. Siedział cicho jak mysz pod miotłą. Przysunął do nas zniszczone krzesło, usiadł na nim i patrzył się z nieodgadnionym wyrazem twarzy na nieprzytomnego, pokaleczonego syna. Rose sprawnie wykonywała swoje zdanie, a ja po jakimś czasie nie miałam już mroczków przed oczami. Starałam się nie myśleć o tym, że mam ręce całe w krwi, a woda w rondelku jest cała czerwona. Myślałam tylko o Willu i o tym, żeby przeżył. W końcu do chatki Greenlighta przybyła panna Kate. Na widok Will wciągnęła z sykiem powietrze.

- Odsuńcie się dziewczyny, dajcie mi go zobaczyć – powiedziała spokojnym, profesjonalnym tonem

Rose musiała mi pomóc wstać z kolan, bo ledwo się trzymałam na nogach. Kate obejrzała rany, wyjęła coś ze swojej wielkiej torby i wylała specyfik na gazę, po czym przyłożyła ją do pleców Williama.

- Dobra robota dziewczyny, bardzo ładnie oczyściłyście rany – pochwaliła nas

- Czy on przeżyje? – zapytałam przez ściśnięte gardło

- Nie mogę ci nic obiecać Lana… – Kate pokręciła ze smutkiem głową – Musimy go przewieźć do szpitala, żeby wykonać badania. Pewnie ma wstrząśnienie mózgu, połamanych kilka żeber, mam nadzieję, że wszystkie narządy wewnątrz są w porządku…

- Kate, ja…

- Spokojnie Lana, Jasper wszystko mi opowiedział – skinęła głową na znak, że rozumie, co się wydarzyło – Panie Greenlight, muszę zabrać pana syna do szpitala – zwróciła się niechętnie do Lucasa

- Co? Tak, oczywiście… – wymamrotał gospodarz

- Zabandażuję go, a potem pomożecie mi go przenieść na wóz, dobrze? Pojadę z nim od razu do Jarlaheim.

- Pojadę z panią! – pisnęłam

- Nie, wykluczone. Jesteś ledwo żywa Lana. Musisz odpocząć.

- Ale panno Kate…

- Doskonale cię rozumiem, byłam w takie sytuacji, pamiętasz? – złapała mnie za ręce – Dlatego wiem z doświadczenia, że musisz odpocząć. Ja się zajmę Williamem. Zostanę tam. Obiecuję. Ty przyjedziesz jak tylko porządnie się wyśpisz.

- Dobrze… – zgodziłam się niechętnie

- A wy oczywiście tego dopilnujecie – spojrzała na Jaspera i Rose

- Tak jest! – zasalutowali, uśmiechając się lekko

- Bierzmy się do roboty… – powiedziała Kate, zakładając rękawiczki

Lekarka szybko i profesjonalnie założyła opatrunki na jego plecy, dała mu zastrzyk przeciw tężcowy i z naszą pomocą ostrożnie ułożyła go na wozie. Przykryła go kocem, a ja ułożyłam jego głowę na mojej bluzie.

- Będzie dobrze Lana. Will przeżyje. – pocieszała mnie Kate

- Chcę w to wierzyć… – szepnęłam, a po moim policzku spłynęła niechciana łza

- On jest silny tak jak ty. Przeżyje i wróci do ciebie – mrugnęła do mnie i pogoniła konie. Zostaliśmy sami. Rose i Jasper przytulili mnie.

- Jedziemy do Moorland? – zapytała Rose

- Chyba tak…nie mam zamiaru tu zostać – spojrzałam z obrzydzeniem na chatkę. Pan Greenlight został tam sam na krześle jak zahipnotyzowany. Nie miałam zamiaru go budzić z tego transu.

Byłam tak zmęczona, że nawet nie pamiętam jak wróciłam do domu. Wszyscy spali. Po cichu wdrapaliśmy się na piętro. Już miałam wejść do pokoju, gdy odwróciłam się w drzwiach.

- Proszę, nie zostawiajcie mnie…nie wytrzymam tu sama ze sobą – szepnęłam, załamującym się głosem

Jasper i Rose uśmiechnęli się smutno i skinęli głowami. Team Lany zawsze trzyma się razem. Oni też byli wykończeni. Bez słowa położyliśmy się na moim wielkim łóżku i zasnęliśmy jak kamień. Czułam jak cała adrenalina, lęk i niepewność ze mnie schodzi. Tylko my na całej wyspie wiedzieliśmy, co się stało tej nocy. Tylko moje Golden Trio mogło mnie teraz uspokoić i dać otuchę. A tego teraz najbardziej potrzebowałam. Starałam się też odgonić myśl, że Will może…Nie, nie myśl o tym Lana. Po prostu śpij. Sen jest lekarstwem na wszystko.

***

Poranek przyszedł za szybko i zdecydowanie nie należał do moich ulubionych. Bolały mnie wszystkie kości po upadku z konia, a to od razu przypomniało mi o Willu, który w ciężkim stanie wylądował w szpitalu. Natychmiast podniosłam się do pozycji siedzącej i syknęłam z bólu. Rose i Jasper, którzy spali obok mnie poruszyli się nie spokojnie.

- Która godzina? – ziewnął Jasper

- Zdecydowanie za wcześnie – jęknęła Rose – Śpij dalej… – mruknęła, próbując mnie znowu położyć

- Nie mogę spać, już nie jestem zmęczona – odparłam sucho

- Chcesz do niego jechać? – Rose otworzyła jedno oko

- Tak! – odgarnęłam koc

- Czekaj, czekaj, spokojnie… – Jasper i Rose złapali mnie za ręce i zmusili, żebym znowu się położyła – Państwo Hofferowie jeszcze nic nie wiedzą.

- I lepiej, żeby się nie dowiedzieli – westchnęłam, przecierając twarz

- Prędzej czy później się dowiedzą – wzruszył ramionami Jasper, nie otwierając oczu

- Taak…ale lepiej, żeby dowiedzieli się później i nie myśleli, że my braliśmy w tym udział – odparłam po chwili namysłu

- To znaczy, że chcesz udawać, że wszystko jest w porządku? – zapytała Rose

- To chyba najlepsze wyjście.

- W takim razie musisz się uspokoić – mruknęła – Jeśli zejdziesz na dół cała w nerwach i w pośpiechu zjesz marnego tosta, na pewno zaczną podejrzewać, że coś się stało.

- Po prostu zachowuj się jak zwykła Lana – dodał Jasper – Zejdź późno na śniadanie, pokłóć się z Tori…i przebierz się, bo twoja piżama jest cała we krwi. Będziesz wyglądała jak bohaterka filmu o zombie.

- Wszyscy musimy umyć się i przebrać – spojrzałam na nich – Potem zjemy śniadanie i pojedziemy do Jarlaheim. Oczywiście, jeśli chcecie jechać ze mną…

- Nie zostawimy cię, Lana – poklepała mnie po twarzy Rose (nie miała jeszcze okularów na nosie)

- Wiem, dziękuję – uśmiechnęłam się do nich – Za to, że u mnie spaliście też dziękuję.

- Ostatni raz, masz strasznie niewygodne łóżko. Sprężyna całą noc wbijała mi się w plecy – burczał Jasper

- Dziwne, spałeś jak kamień – zauważyłam

- I chrapałeś! – zawtórowała Rose

- Wychodzę i nie wiem kiedy wrócę! – kuzynek udał obrażonego i majestatycznym krokiem wyszedł z mojego pokoju, przeciągając się i ziewając

Ja i Rose jednocześnie zaczęłyśmy chichotać. Dobrze jest mieć kogoś młodszego w grupie przyjaciół, bo zawsze można sobie pożartować.

Na śniadaniu starałam się zachowywać jak gdyby nigdy nic, a było to bardzo trudne. Chciałam być już w drodze do szpitala. Ciocia wcale nie zdziwiła się, że Rose u mnie nocowała, a ja dla zapewnienia jej alibi powiedziałam, że po prostu się zasiedziałyśmy. Cały czas gorączkowo myślałam nad tym, jak uciec od stołu.

- Muszę dziś jechać do Jarlaheim, bo baronowa prosiła mnie, żebym załatwiła dla niej pewną sprawę związaną z zawodami. Jedziecie ze mną? – zwróciłam się do Jaspera i Rose, którzy ochoczo przytaknęli

- Jaką sprawę? – zainteresował się wujek

- I dlaczego ty musisz to załatwiać? – zmartwiła się ciocia

- W końcu wciąż u niej pracuję – wzruszyłam ramionami – To nic wielkiego…mam po prostu podrzucić listę gości. – kłamałam jak z nut. Ciocia i wujek na szczęście łyknęli haczyk, ale Tori patrzyła się na nas podejrzliwie przez resztę śniadania. W końcu nie mogłam wytrzymać jej świdrującego spojrzenia i wstałam od stołu.

- Chodźcie, musimy się pośpieszyć, bo mam jeszcze pracę do zrobienia w Winnicach – odstawiłam szybko swój talerzyk do zlewu

- A od kiedy ty mówisz nam, gdzie jedziesz? – zapytała prowokacyjnie Tori, obracając w dłoni nożyk

- Raz nie zawsze – zmarszczyłam brwi

- To to ciebie nie podobne – skrzywiła się Tori – Wbrew twojej naturze…

- Może chcę się zmienić? – zasugerowałam – A poza tym, jeśli ciocia potrzebuje czegoś z Jaralaheim mogę to przy okazji przywieźć.

- Nie dziękuję, na razie nic nie potrzebuję – odparła spokojnie ciocia, ale i ona zaczęła mi się podejrzanie przyglądać

- A ja w sumie to bym skorzystał – powiedział wesoło wujek, jak zwykle nic nie podejrzewając – Odebrałabyś dla mnie haczyki ze sklepu wędkarskiego Berthy’ego?

- Jasna sprawa wujku – wyszczerzyłam się

- No i to mi się podoba – uśmiechnął się wujek i wrócił do swojej gazety

- Chodźcie, mamy misję. Musimy odebrać haczyki – powiedziałam do Rose i Jaspera, starając się nie wybuchnąć śmiechem

Wyszliśmy spokojnie i skierowaliśmy się do stajni. Dopiero tam mogliśmy się śmiać z całej tej sytuacji. Tym razem Jasper postanowił wziąć rower, żeby nasza wycieczka wyglądała bardziej jak wycieczka. Martwiłam się, że kuzynek będzie nas spowalniał, ale okazało się, że może nadążyć za naszym energicznym kłusem. Podczas drogi prawie nie rozmawialiśmy, a czym bliżej szpitala tym bardziej się denerwowałam. W końcu dojechaliśmy na miejsce. Kate tak jak mi obiecała była na miejscu. Siedziała w korytarzu z kubkiem kawy i podkrążonymi oczami.

- Jak on się czuje? – zapytałam od razu

- Spokojnie…zrobili mu wszystkie badania – westchnęła ciężko Kate

- Będzie żył? – zapytałam z nosem przyklejonym do szyby

- Cóż, sytuacja nie wygląda różowo… – skrzyżowała ręce – Ma wstrząs mózgu, pęknięte dwa żebra, zwichnięty bark…nie mówiąc już o licznych ranach. Na szczęście nie ma obrażeń wewnętrznych.

- Dlaczego jego serce tak wolno bije? – patrzyłam z przerażeniem na aparaturę, która pokazywała jego słaby puls

- Lana… – czułam jak lekarka kładzie mi ręce na ramionach – William bardzo dużo przeszedł. To cud, że żyje. Zanim się zregeneruje to trochę potrwa. Na razie lekarze wprowadzili go w stan śpiączki.

- William jest w śpiączce?! – spojrzałam na nią

- Tak kochanie, ale to dla jego dobra…gdyby się teraz obudził, bardzo by cierpiał – usiadła na krześle i przyciągnęła mnie do siebie

- Kate, mogę mu jakoś pomóc? – czułam, że do oczu cisną mi się łzy

- Zrobiłaś już wszystko, co mogłaś. Teraz musimy czekać – pogłaskała mnie po głowie – Spałaś?

- Tak, trochę tak – westchnęłam ciężko – A ty? O matko, przepraszam cię…w ogóle o to nie zapytałam. Siedziałaś tu całą noc? A co z kliniką?

- Obiecałam, że przy nim posiedzę, więc zostałam, ale nie przejmuj się. Byłam w domu. Anastasia i Chris wiedzą o wszystkim i wezmą dziś mój dyżur. Ana przywiozła mi niedawno śniadanie – kiwnęła na pudełko i termos – Nie martw się o mnie.

- Dziękuję Kate, naprawdę. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła – przytuliłam ją mocno

- Powiedzmy, że ja tobie też wiele zawdzięczam – mrugnęła do mnie

- Mogę do niego na chwilę wejść? – przełknęłam ślinę i spojrzałam się kątem oka na Rose i Jaspera, którzy nieśmiało do nas podeszli

- Myślę, że na chwilę tak – uśmiechnęła się smutno Kate – ale nie na długo. Pielęgniarka zaraz tu przyjdzie na obchód.

Spojrzałam na moich przyjaciół, którzy pokiwali bez słowa głowami. Wzięłam głęboki oddech i powoli otworzyłam drzwi do sali. W środku było cicho i pachniało szpitalnymi środkami do odkażania. Tylko ciche, powolne pikanie aparatury pozwalało mi myśleć, że to wszystko dzieje się naprawdę. Jak w transie podeszłam do łóżka Willi i przysunęłam sobie taboret. Wyglądał strasznie…na czole i brzuchu miał szeroki bandaż, jedną rękę w gipsie. W tym momencie był taki bezbronny, bezsilny…i gdzie się podział ten groźny gangster, którego poznałam? Drżącymi rękami wzięłam jego chłodną, wilgotną dłoń. Wiedziałam, że nie mogę z nim porozmawiać, ale tak bardzo chciałam mu powiedzieć, że już się na niego nie gniewam, że już wszystko jest dobrze, żeby tylko do mnie wrócił.

- Will… – szepnęłam – Will, tak strasznie mi przykro. Nie chciałam, że to się stało. Nigdy nie przypuszczałam, że do tego dojdzie. Tak bardzo chciałabym z tobą teraz porozmawiać i wyjaśnić… – zobaczyłam, że na jego dłoń kapią moje łzy. Nie potrafiłam ich zatrzymać. Starłam je kciukiem. – Wiesz, pewnie mnie nie słyszysz, ale…chcę, żebyś wiedział, że ja ci wybaczyłam. Dawno ci wybaczyłam. Po prostu byłam zła, kiedy zobaczyłam cię z Cataliną. Czułam się zdradzona, oszukana, ale to nie zmienia tego, co do ciebie czuję…mógłbyś mnie nawet zdradzić, ale to nie zmieni tego, że cie kocham. Nie można przestać kogoś kochać, bez względu na to, co zrobi. To jest właśnie wada tej całej miłości… – zaśmiałam się gorzko, pociągając nosem – Oczywiście wiem, że mnie nie zdradziłeś i padłeś ofiarą głupiego planu Cataliny. Wszystko już wiem Will. Proszę cię, wróć do mnie. Nie chcę się z tobą rozstawać w gniewie…chcę jeszcze raz z tobą porozmawiać, usłyszeć twój głos, zobaczyć twoje oczy, poczuć siłę twoich ramion, kiedy mnie przytulasz… – wstałam i pochyliłam się nad nim, cały czas trzymając jego dłoń. Przygryzłam wargę i dotknęłam ostrożnie jego zimnego policzka – Błagam cie William…bez ciebie to nie ma sensu… – szepnęłam ściśniętym z emocji głosem. Serce rozdzierało mi się na kawałki, gdy na niego patrzyłam. Pod wpływem impulsu pochyliłam się i delikatnie musnęłam jego usta swoimi.

Nagle stało się coś dziwnego. Serce Williama zaczęło bić niebezpiecznie szybko. Aparatura zaczęła piszczeć. Oblał mnie zimny pot.

- Co się dzieje?! – krzyknęłam

Do sali wpadł lekarz i dwie pielęgniarki. Odsunęli mnie natychmiast od pacjenta.

- Migotanie komór! – zawołała jedna z pielęgniarek

- Zestaw do masażu serca! Tracimy go! – krzyknął lekarz

- Niech pani ją stąd zabierze! – zawołała druga pielęgniarka, wypychając mnie z sali

- Co?! Nie! Ja muszę zostać! – zaprotestowałam

- Lana, uspokój się, dajmy im pracować… – Kate złapała mnie za ramiona

- Nie! Co z Willem?! – szarpałam się

- Ratują go, poczekaj, proszę…

W momencie gdy pielęgniarka wypchnęła mnie z sali, aparatura zatrzymała się i wydała z siebie głuchy, przeciągły dźwięk. Brak pulsu.

- NIE! – rozpłakałam się – WILL!

- Wychodzimy, natychmiast! – Kate, Rose i Jasper na siłę wyciągnęli mnie ze szpitala na zewnątrz – Oddychaj Lana, oddychaj! – krzyczała mi do ucha Rose, bo chyba naprawdę zapomniałam, jak się to robi

- Czy on…czy on… – jąkałam

- Uratują go, rozumiesz? – Kate ukucnęła obok mnie – Uratują go…

- Ale ta aparatura… – jęknęłam

- Czasem tak się dzieje – lekarka szybko pocierała moje ramiona – ale zaraz go z tego wyciągną. Greenlight ma silne serce.

- Nie mogę….muszę się przewietrzyć… – wzięłam głęboki wdech

- Powinnaś trochę pojeździć Lana, nie możesz tu tak siedzieć, bo się wykończysz – stwierdziła Kate

- Tak Lana, pogalopuj trochę po dolinach. To cię na pewno odpręży – zawtórowała Rose

- Wątpię, ale przynajmniej odciągnie od  czarnych myśli…

- Właśnie o to chodzi. Jedź – poklepała mnie Kate – Ja tam wrócę i wszystkiego przypilnuję.

- A jeśli on… – spojrzałam na nią

- Nie umrze Lana – powiedziała z mocą Kate i zniknęła w szpitalu

Przełknęłam gorzkie łzy i bez słowa ruszyłam w stronę Winterknighta.

- Gdzie jedziesz, Lana? – Jasper i Rose szybko mnie dogonili

- Nie wiem… – wzruszyłam ramionami

- W porządku, możemy się tak po prostu powłóczyć…

- Mogę jechać sama? – spojrzałam na nich przepraszająco – Proszę, nic sobie nie zrobię…obiecuję.

Rose i Jasper spojrzeli się na siebie i niepewnie skinęli głowami. Wsiadłam na Winterknighta.

- Spotkamy się na kolacji? – zawołała jeszcze Rosie

- Może… – mruknęłam i zebrałam wodze

Galopowałam dłuższy czas bez celu. Czułam wiatr we włosach i ciepłe pomienia słońca na twarzy. Wybierałam trudne szlaki, gdzie trzeba było się skoncentrować i uważać na przeszkody. Potrzebowałam się zmęczyć i zapomnieć. W końcu cała ubłocona i zakurzona zwolniłam i po piątym zaliczeniu „trasy śmierci” skierowałam się w stronę Srebrnej Polany. Nie chciałam wykończyć Winterknighta, a wczoraj mój dzielny rumak też się sporo najeździł. Zasłużył na odpoczynek. Przejeżdżając obok gospodarstwa Greenlightów zauważyłam rower mojego kuzynka oparty o płot. Zaciekawiona przystanęłam i rozejrzałam się. Co on tu robi? Poszedł kłócić się z Lucasem? A może z Williem jest gorzej? Przerażona zeskoczyłam na ziemię i pobiegłam do chatki. Ku mojemu zdziwieniu w środku nikogo nie było. Coraz bardziej spanikowana wyszłam na zewnątrz i okrążyłam dom. Okazało się, że Jasper wyprowadził konie Greenlighta na trawę i zadowolony czesał jednego z nich.

- Jasper? Co ty tu robisz? – wytrzeszczyłam oczy

- Och Lana…tak myślałem, że w końcu tu przyjedziesz – uśmiechnął się

- Zwariowałeś? Lucas cię zabije za to, że wypuściłeś te konie…

- Nie zabije… – usłyszałam głuche mruknięcie. Dopiero teraz zobaczyłam, że gospodarz domu siedzi pod oknem. Lucas miał przekrwione oczy, co świadczyło o tym, że w ogóle nie spał i palił papierosa. Jego ręce trzęsły się. Zmrużyłam oczy, patrząc na niego. – Spokojnie, nie zrobię wam krzywdy – prychnął

- Wczoraj pojechałem na tym koniu po pannę Kate – wtrącił Jasper – Przyjechałem dzisiaj i przyniosłem mu coś do jedzenia, bo żal mi się zrobiło tego chuderlaka, a pan Greenlight pozwolił mi wypuścić ze stajni wszystkie konie i je oporządzić.

- Tak? – zdziwiłam się

- Lubią go – wzruszył ramionami Lucas – a mnie nie cierpią.

- Nie dziwię się. Konie to mądre zwierzęta. Pamiętają wszystko, co im pan zrobił – burknęłam – W Los Angeles Towarzystwo Przyjaciół Zwierząt dawno by pana zlinczowało.

- Dlatego właśnie pozwoliłem, żeby twój kuzyn się nimi zajął – warknął Lucas – Niech mają coś od życia.

- To naprawdę świetne konie…tylko trochę zaniedbane – powiedział Jasper

- Ten, którego czeszesz nazywa się Fallen Angel. Will tak go nazwał, gdy był mały… – potarł nos Lucas, a na jego ustach pojawiło się coś na kształt krzywego uśmiechu. Zamrugałam zdziwiona. Czy to możliwe, że Lucas zachowuje się tak normalnie?

- Jest śliczny i bardzo dobrze jeździ. Ma równy chód – pochwalił go kuzynek

- Więc weź go. Jest twój.

- Poważnie? – wytrzeszczył na niego oczy Jasper

- Tak, ty na pewno lepiej się nim zajmiesz. Przynajmniej nie będzie się tu marnował. Zresztą od razu cię polubił.

- Czemu pan to robi? – skrzyżowałam ręce

- Co takiego? – burknął

- Czemu jest pan miły? – przewróciłam oczami

- Jak się czuje William? – odpowiedział mi pytaniem

- Jest w śpiączce – chrząknęłam zmieszana. Lucas pokiwał w zamyśleniu głową

- I tak ci dziękuję. Uratowałaś mu życie…pewnie nie raz zresztą.

- Powiedzmy, że jesteśmy z Willem kwita – uśmiechnęłam się pod nosem – On też pomógł mi wiele razy.

- Dziękuję, że się o niego troszczysz, Lano – spojrzał na mnie poważnie – Gdyby nie ty…nie miałbym już nikogo na tym świecie…przepraszam cię, za wszystko – ostatnie słowa powiedział tak cicho, że prawie ich nie usłyszałam. Mimo to zrozumiałam ich sens. Lucas Greenlight wreszcie przypomniał sobie, że ma jeszcze syna. Być może widząc umierającego Willa, coś do niego trafiło. Uśmiechnęłam się pogodnie, patrząc się na Lucasa, który z zamkniętymi oczami wystawił twarz do słońca. Biedny, samotny, zagubiony człowiek…może właśnie dostał szansę, żeby zacząć wszystko od nowa. Często drastyczne sytuacje zmieniają całkowicie podejście człowieka do pewnych spraw. Mam nadzieję, że i tym razem tak się stanie, a akt łaski dla zaniedbanych koni jest początkiem tych dobrych zmian…

***

Długo biłam się z myślami aż w końcu postanowiłam zaryzykować. Pojechałam do domu Jackoba. Siedział na ganku i strugał jakieś narzędzia. Szło mu to szybko i zwinnie, jakby został stworzony do takiej pracy. Kiedy pojawiłam się na polanie od razu przerwał pracę. Nie wyglądał na zdziwionego moim nagłym pojawieniem się. Być może przeczuwał, że przyjadę.

- Jackob… – zeszłam z konia i wspięłam się powoli na schody – Wiesz, co się stało, prawda?

- Podejrzewam, że coś okropnego, skoro tu przyjechałaś – mruknął, odkładając swoją pracę. Jego ostry ton ukłuł mnie w serce.

- Jackob, posłuchaj. Nie mam do kogo z tym pójść. Alex jeszcze nie wróciła, nie mogę prosić o to Angusa, tylko ty możesz mi pomóc… – wyrzuciłam na jednym tchu

- Co się stało? – podszedł bliżej, patrząc mi w oczy. Wytrzymałam jego wzrok.

- Dobrze wiesz, co – przełknęłam ślinę – William jest w szpitalu. Może tego nie przeżyć.

- Lana, tak mi przykro…ale nie rozumiem, czego ode mnie oczekujesz – pokręcił głową

- Potrafisz mu pomóc, wiem o tym. Jesteś Indianinem. Możesz poprosić wielkiego ducha czy kogoś innego, żeby mu pomógł.

- Nie jestem pewny, czy to tak działa – zmarszczył brwi – On nie jest jednym z nas.

- Jackob! – złapałam go za koszulę – Błagam! Jesteś moją ostatnią nadzieją! Jeśli on umrze…to będzie koniec, rozumiesz!? Koniec! – rozpłakałam się

- Cálmate, querida. /Spokojnie, kochanie/ – Jackob przytulił mnie do siebie – Bardzo chciałbym mu pomóc, ale nie potrafię.

- Kłamiesz! Jesteś zazdrosny, bo wybrałam jego, a nie ciebie. – odsunęłam się od niego

- Naprawdę tak źle o mnie myślisz? – przekrzywił głowę i zmarszczył brwi – Myślisz, że spokojnie patrzyłbym jak umiera, gdybym umiał mu pomóc?

Zacisnęłam usta, żeby nie krzyknąć. Już sama nie wiedziałam, co mam myśleć.

- Przepraszam – wykrztusiłam w końcu – Po prostu chcę coś zrobić, nie stać tak bezczynnie z założonymi rękami…muszę mu jakoś pomóc. Myślałam, że skoro Alex i Elizabeth nie ma, to może ty…

- Nie potrafię – powiedział cicho, nie patrząc mi w oczy

- Dice la verdad . Él no puede hacer eso . /On mówi prawdę. Nie potrafi tego zrobić/ – zanim zdążyłam się odezwać, na ganku pojawiła się pani Sanchez

- Lo siento. Que no debería …/ Przepraszam. Nie powinnam…/ – zaczęłam się wycofywać

- Puedo hacerlo . Puedo ayudarle. /Ja potrafię to zrobić. Mogę ci pomóc./ – przerwała mi Indianka

- Lo haces? ¿Por qué?/ Zrobi to pani? Dlaczego?/ – moje serce zabiło szybciej

- Veo que usted tiene intenciones sinceras. Te encanta ese chico. /Widzę, że masz szczere intencje. Kochasz tego chłopaka./ El Gran Espíritu se enfadará si usted no ayuda./ Wielki Duch będzie zły, jeśli ci nie pomogę/

- Muchas gracias – wzruszona podbiegłam do kobiety i przytuliłam ją mocno

- Me salvaste la familia. Pago de la deuda./ Uratowałaś moją rodzinę. Spłacam dług/ – szepnęła mi do ucha i pogłaskała mnie po głowie

- Muchas gracias – powtórzyłam szczęśliwa. Dzięki niej pierwszy raz poczułam, że ta historia może mieć szczęśliwy finał…

***

Słońce już zachodziło, gdy zdecydowałam się przyjechać do starego Earla. Nie zdziwiłam się, gdy zastałam tam resztę moich przyjaciół. Siedzieli wokół ogniska z marsowymi minami i patrzyli się tępo w płomienie. Earl wyglądał trochę jak Jack Sparrow, który topi smutki w rumie po utracie Czarnej Perły. Reszta idealnie nadawała się na jego kompanów.

- Ahoj – mruknęłam ponuro. Przyjaciele spojrzeli się na mnie smutno. Nawet nie pytali się gdzie byłam. Earl posunął się na swoim pieńku i poklepał miejsce obok siebie.

- Chodź dziecku, niech cię uściskam…

Bez sprzeciwu usiadłam obok staruszku i pozwoliłam, żeby objął mnie swoim ramieniem. Był dla mnie jak kochany dziadek, którego nigdy nie miałam. Wiedziałam, że rozumie, co przeżywam. On też bardzo zżył się z Willem. Pociągnęłam nosem i otarłam łzy, które spływały mi po policzku. Nikt nic nie mówił, nikt się na mnie nie patrzył.

- Co z Willem? Kate coś mówiła? – zapytałam po chwili

- Przywrócili mu akcję serce, ale nadal jest bardzo słaby…kolejna taka akcja może go zabić – powiedziała ponuro Rose, a ja zamknęłam oczy

- Hej, tylko mi się tu nie rozklejaj mała. Twój Romeo jeszcze żyje – potrząsnął mną Earl

- Hehe bardzo dobre porównanie – parsknęłam – Jeśli on skończy jak Romeo to ja będę Julią…

- Ani mi się waż! Nawet tak nie mów! – natychmiast wszyscy zaczęli krzyczeć

- Musimy myśleć pozytywnie, wszystko będzie dobrze – powiedziała pojednawczo Ana. Pokiwaliśmy głowami, ale znowu zapadła cisza.

- Nie, nie mogę, zaraz tu zwariuję – jęknęłam – Mówcie coś, błagam… – złapałam się za głowę

- Tak, tak, trzeba się jakoś rozruszać. To jeszcze nie stypa – mruknął Earl – Ty, Czarna Głowo, wziąłeś ze sobą gitarę?

- Czarny Wilku… – westchnął Jackob. Chyba musiał się przyzwyczaić, że wszyscy przekręcają jego imię plemienne – Tak, wziąłem.

- No to co tak siedzisz jak ten cieć przy hałdzie żwiru! Zagraj coś wesołego. Zaraz zrobimy zawody w skakaniu przez ognisko – zatarł ręce Earl

- Spokojnie, panie Earl. Nie chcemy tu kolejnych wypadów – powiedziała szybko Rose

- Nie bój żaby, będziesz skakać pierwsza – Earl wyszczerzył się w bezzębnym uśmiechu i całkowicie wciągnął się w rolę wodzireja – Jak ty grasz chłopcze drogi…wakacje są, a ty mi tu jakieś smęty rzępolisz! – zawołał, a ja i Jasper parsknęliśmy śmiechem

- Może pan umie lepiej grać? – wkurzył się Indianin

- A żebyś wiedział! Dawaj to pudło – zabrał mu gitarę – Teraz zobaczycie dzieciarnia, jak się kiedyś bawiła młodzież… – Earl odchrząknął, ustawił się w odpowiedniej pozycji i zaczął grać jaką starą, biesiadną piosenkę. Na początku się śmialiśmy, ale potem nogi same zaczęły nam się rwać do tańca. Końcowy efekt był taki, że wszyscy skakaliśmy jak dzicy wokół ogniska wraz z Earlem. To był cudowny wieczór…prawie zapomniałam o moich problemach. O Willu, Sandsie, porwaniu Elizabeth i kłopotach w Valedale…ale tylko prawie.

Wracając do domu wszystko znowu wróciło. Chciałam coś zrobić. Cokolwiek, żeby przyspieszyć czas oczekiwania. Nie miałam znaku życia od Alex, Sands nie wykonywał żadnych ruchów. Można zwariować! A gdybym tak pojechała po onyks i zawiozła go do Valedale. Angus pomógłby mi go ukryć w bezpiecznym miejscu, a my bylibyśmy o krok dalej. Tak, to jest myśl! W końcu się do czegoś przydam!

- Jedziemy Winterknight! Do nawiedzonego zajazdu!

Jeżeli ktoś czuł kiedyś przez skórę, że nie powinien czegoś robić, a mimo to brnął w to dalej, doskonale wiedział, co w tej chwili czułam. Każda komórka mojego ciała zdawała się krzyczeć, żebym zawróciła do Moorland, do domu, ale ja nie myślałam już rozsądnie. Zamknęłam oczy na logiczne myślenie i pchałam się w paszczę niebezpieczeństwa, żeby poczuć adrenalinę. Tylko ona mogła sprawić, że przestanę zadręczać się Willem. A jeśli mi się uda, dodatkowo pomogę druidom. Tak bardzo napaliłam się na ten pomysł, że nawet zapadający zmrok mi nie przeszkadzał. Nie bałam się. Nie wiem, skąd dostałam taki zastrzyk energii, ale podobało mi się. Galopowałam na oślep przez Zieloną Dolinę aż w końcu znalazłam zajazd. Nie myśląc już o niczym, wbiegłam do środka i po schodach na górę. W amoku wyszarpnęłam deski ze starej szafy, zdzierając skórę z palców do krwi. Moim oczom ukazała się stara, zakurzona skrytka, w której połyskiwał czarny kamień. Oddychając ciężko wyjęłam mały zgrabny sztylet z rączką zdobioną właśnie tym magicznym kamieniem śmierci. Czułam bijącą od niego złą energię i aż się nią zachłysnęłam. Muszę natychmiast zawieźć to do Valedale. Ruszyłam do drzwi, gdy usłyszałam tętent kopyt. Podbiegłam do okna i wytężyłam wzrok. Pod dom podjechała trójka facetów na koniach. Byli ubrani na czarno i mieli maski na twarzach. Zrobiło mi się ciemno przed oczami i zatoczyłam się do tyłu. Ludzie Sandsa mnie znaleźli…mój Boże, jestem tu zupełnie sama! Z przerażeniem patrzyłam, jak pokazując sobie palcami Winterknighta i szepczą coś do siebie. Wiedzą, że tu jestem! Nagle mężczyźni zeskoczyli z koni i rozeszli się w różne strony. Dwóch z nich weszło do domu. Zazgrzytałam zębami. Są na dole. Zaraz wejdą na górę i odetną mi drogę ucieczki. Muszę coś wymyślić…okno! Jedyne wyjście to skok przez okno. Myśl Lana, myśl…

Prędko złapałam stary materac z łóżka i wyrzuciłam go przez okno. Poduszki i koc też. Z mocno bijącym sercem weszłam na parapet. Słysząc trzask schodów przeżegnałam się i skoczyłam…leciałam chwilę. W uszach odbijał się tylko mój pisk i pęd powietrza. Materac i poduchy trochę zamortyzowały upadek, ale i tak mnie zatkało.

- Jest tam na dole! Przejmujemy ją! – jeden z gości w masce wychylił się przez okno

- Winterknight! – pisnęłam, a mój ogier od razu do mnie przybiegł

Resztką sił wdrapałam się na siodło i ruszyłam z kopyta w momencie, gdy mężczyźni przybiegli przed dom. Uciekłam w las. Byłabym jednak głupia, gdybym sądziła, że ich tak łatwo zgubię. Gonili za mną jak stado wściekłych ogarów. Schowałam sztylet do torby przy siodle i usiadłam wygodniej.

- Dalej Winterknight, musimy jakoś ich zgubić! Oni nas zabiją! Albo oddadzą Sandsowi co też równa się pewnej śmieci!

Achł-tekin zarżał i przyspieszył. Minęliśmy most i znaleźliśmy się na wzgórzu Nlimera. Chciałam skręcić w dróżkę do Moorland, ale niespodziewanie jednej z zamaskowanych mężczyzn odciął mi drogę. Przeklinając pod nosem zawróciłam konia i pognałam w kierunku Srebrnej Polany. Może to nawet lepszy pomysł. Pojadę prosto do Valedale. Niestety, szybko się okazało, że tu też się przeliczyłam. Drugi jeździec czekał już na rozstaju dróg, więc musiałam kolejny raz zwrócić w stronę Moorland. Sytuacja powtórzyła się kilka razy, a ja byłam coraz bardziej skołowana. W końcu na horyzoncie pojawiło się Stare Opactwo, a ja odetchnęłam z ulgą. Może ksiądz mnie ochroni…Przeskoczyłam przez płot i zatrzymałam się na podwórku, wzbijając kurz do góry.

- Ojcze Dominiku! – krzyknęłam

- Lana! – ksiądz szybko wyskoczył na zewnątrz – Co się dzieje?!

- Gonią mnie ludzie Sandsa! – rozpłakałam się z bezsilności – Nie mogę ich zgubić…

- Chodź, tu będziesz bezpieczna… – popędzał mnie duchowny

- A Winterknight? – zawahałam się

- Jemu nie zrobią krzywdy, chodź już… – popchnął mnie do domu

- Nie wiem, skąd oni wiedzieli, że tam będę…musieli mnie śledzić – dostałam słowotoku – Gonili mnie, ciągle tarasowali drogę…

- Widać Sands chce cię bardzo dorwać i zabrać kamień – pokiwał głową przejęty ojciec Dominik

- Skąd oni wiedzieli, że pojadę po kamień? – drżałam jak galareta

- Pewnie cię śledzili, tak jak mówiłaś – duchowny opał się o stół. Był podejrzanie spokojny. W przeciwieństwie do tych poprzednich razów, gdy u niego byłam. Przeszedł mnie dreszcz. Nie był zdziwiony, że ktoś mnie goni. Gdy go zawołałam pojawił się od razu.

- Czemu ksiądz nawet nie zapytał, gdzie byłam? – zapytałam cicho

- To chyba oczywiste, że byłaś w zajeździe po onyks. – wzruszył ramionami

- Nie proponuje ksiądz herbaty…ani wiśniówki? – uniosłam brew

- Naturalnie…czego się napijesz? – nie dał się wyprowadzić w pole

- Gdzie ten pościg? Niemożliwe, że zgubili mnie na prostej drodze – mruknęłam i odwróciłam się na pięcie, czując, że muszę stąd natychmiast wyjść

- Stój! – krzyknął ojciec Dominik, a mnie oblał zimny pot – Tam jest niebezpiecznie… – dodał niepewnie

- To nie był pościg prawda? – zapytałam powoli drżącym głosem. W głowie kotłowało mi się mnóstwo myśli. Wśród nich wybijała się jedna. Mama mówiła, że mam nie ufać księdzu – Ci ludzie…zaganiali mnie jak zwierzynę do tego miejsca, a ksiądz tu na mnie czekał.

- Lano, co ty wygadujesz? – zaśmiał się nerwowo ksiądz – Chcę ci pomóc… – zbliżył się do mnie

- Nie! – krzyknęłam, odskakując. Nagle wszystko zaczęło składać mi się w całość – Jak mogłam być taka głupia…To pan jako pierwszy powiedział mi o pierścieniu Brownów i klątwie, pan chciał mojej pomocy…powiedziałam panu o wyjeździe na Sosnowe Wzgórza do Helen Sands i opowiedziałam o pielęgniarce Weber… – wyrzucałam to wszystko z siebie, a moja serce biło coraz mocniej, bo zaczynałam rozumieć, w co się wpakowałam – Wtedy kiedy Sabine porwała Jaspera i ksiądz nam pomógł…to wszystko było zaplanowane! Ksiądz nawet się nie zdziwił, że poznałam tożsamość jeźdźca! A to dlatego, że ksiądz…też znał jego tożsamość…i to o wiele wcześniej… – zaczęłam się cofać – Rose miała rację, że nie ufała księdzu…że też wcześniej tego nie zauważyłam…

- Lano, proszę cię, uspokój się…

- To ksiądz jest zdrajcą! – wybuchłam – Zdradził pan mamę, a teraz mnie! To ksiądz wyrwał wtedy kartki z pamiętnika mamy, prawda?! – cofałam się coraz szybciej aż wpadłam na coś twardego. Zamarłam. Zimne, twarde ręce zacisnęły się na moich ramionach.

- I zrobił to znowu – usłyszałam za sobą głos, który przez całe wakacje nawiedzał mnie w moich koszmarach. Sands rzucił na ziemię pamiętnik mamy.

- Skąd… – wytrzeszczyłam oczy

- Wziąłem to, kiedy twoja głupiutka kuzynka wpuściła mnie do domu – ksiądz podniósł pamiętnik mamy z dziwnym uśmiechem szaleńca – Myślisz, że na darmo dźwigałem cię po schodach…

- Ojcze Dominiku… – wytrzeszczyłam oczy. W jednej chwili zmienił się w niepewnego, jąkającego się, dobrodusznego faceta w bezwzględnego wspólnika diabła

- Spal to – syknął Sands, a ksiądz wrzucił pamiętnik mamy do kominka

- Nie! – zaczęłam się wyrywać, ale Sands mocno mnie trzymał

- Nie tak szybko, Lano Shylund – zaśmiał się głucho Gabriel Sands. Z tobą jeszcze nie skończyłem… – obrócił mnie tak, że stanęłam twarzą do niego. Jego zimne jak lód oczy patrzyły się na mnie bezlitośnie – Powiedz mi gdzie schowałaś onyks… – syknął, a w jego oczach płonęła istna furia. Tak jak w moim śnie. W końcu mnie dopadł. Tutaj już nie mogę się obudzić. To już koniec…

 

O podstępnym planie daracha, kłopotach w Valedale i tajemniczych, nocnych jeźdźcach z pochodniami…

18 wrz

Patrzyłam przez chwilę na ojca Dominika, zastanawiając się, czy mówi poważnie. Kręciło mi się w głowie, obraz lekko mi się rozmazywał i czułam, jak robi mi się dziwnie gorąco. Podniosłam się, ale zachwiałam się i klapnęłam tyłkiem z powrotem na ławkę. A niech to kaczki zdepczą…jestem upita w trupa. Pierwszy raz w życiu! Co za ironia losu, że moim kompanem był ksiądz, który powinien być moim wzorem moralnym. On jeszcze powinien mi propagować zdrowy styl życia i górską czystą wodę! Do czego to doszło…wrócę do domu, koleżanki zapytają się, co robiłam w wakacje, a ja powiem, że piłam wiśniówkę z księdzem! No nie…

- Lana, wszystko w porządku? – ksiądz zmarszczył brwi i niepewnie dotknął mojego ramienia

- W jak najlepszym, kochany ojcze! – otrząsnęłam się z zadumy – Nie wiedziałam, że z księdza taki żartowniś! – zarechotałam i szturchnęłam go łokciem. Duchowny wciągnął powietrze i pomasował żebra. – Mam pójść do zajazdu i zabrać kamień, a potem przynieść go tutaj?! Sama?! Dobre, dobre…niech ksiądz próbuje dalej – śmiałam się tak, że aż rozbolał mnie brzuch

- Tak, tak to oczywiście niedorzeczny pomysł – wzruszył ramionami ojciec Dominik, śmiejąc się cicho. Był to jednak niepewny śmiech, który szybko zamienił się w zacięty wyraz twarzy.

- Bo wie ksiądz, ja to bym nawet tam poszła, gdyby to księdzu sprawiło radość… – mruknęłam, wycierając łzy od śmiechu

- Doprawdy? – spojrzał na mnie zaintrygowany

- Tak…problem jest tylko jeden. Jestem tak pijana, że ledwo stoję! – parsknęłam i na potwierdzenie tych słów, wstałam. Znowu się zachwiałam i ojciec Dominik musiał mnie podtrzymać za ramię.

- Racja…mój Boże, co ja najlepszego zrobiłem… – jęknął i przetarł dłońmi twarz – Chciałem dobrze…

- A mówią, że dobrymi chęciami to piekło jest wybrukowane – burknęłam, kładąc policzek na stole.

- Co ty nie powiesz… – syknął – Może coś ci podać? Wody albo…nie wiem, trzeba cię jakoś doprowadzić do stanu używalności. Nikt nie może cię taką zobaczyć – ksiądz wstał i zaczął chodzić nerwowo po domu

- Nic nie chcę – żachnęłam się – najchętniej to poszłabym spać. Tak, chcę spać! – złożyłam ręce na stole i położyłam na nich głowę

- Co?! Nie możesz tu spać! – pisnął cienkim głosem ojciec Dominik – Ja jestem księdzem, a ty młodą dziewczyną! Wiesz, jaki wybuchłby skandal, gdyby ktoś się o tym dowiedział?

- Trzeba było wcześniej o tym pomyśleć, zanim ksiądz mnie upił – ziewnęłam, a ksiądz spiorunował mnie wzrokiem. Czknęłam i wyszczerzyłam się do niego.

- Patrzcie jaka mądra się zrobiła… – wziął się pod boki – Musisz wrócić do domu, w tym stanie jesteś bezużyteczna… – mruknął

- Ciekawe jak mam wrócić?!

- Masz swojego konia. Podobno konie są mądre i znają drogę do domu. Słyszałem historię o tym jak pijany młynarz wracał do domu z Fortu Pint. Wsiadł na wóz, popędził konia i zasnął z lejcami w dłoniach. Konie same dojechały do młyna w Srebrnej Polanie. Dopiero krzyki wściekłej żony go obudziły…

- To nie to samo! – warknęłam – Człowieku, ja nie wysiedzę w siodle! Chcesz, żebym spadła i skręciła kark?!

- Nie, oczywiście, że nie… – odparł szybko – A panna Kindergarden?

- Rose? Nie, proszę, niech ksiądz nie miesza w to Rose. Ona ma już wystarczająco dużo problemów – jęknęłam

- W takim razie musisz wrócić do Moorland – zdecydował

- Wujek i ciocia mnie zabiją…

- Trudno, nie ma innego wyjścia – stwierdził brutalnie – Chodź Lano Shylund, wracasz do domu – podszedł do mnie i pomógł mi wstać. Pomimo protestów zarzucił sobie moją rękę na ramię, objął mnie w pasie i wyciągnął na dwór. Sapiąc ciężko posadził mnie na ławce przed domem i poszedł po swój wóz. Na dworze było już zupełnie ciemno. Na niebie migotało pełno gwiazd. Normalnie byłabym zachwycona. Położyłabym się na trawie i szukałabym konstelacji, ale w tym momencie prawie nie byłam świadoma tego, co się ze mną dzieje. Jedynie chłodne podmuchy wiatru, które łaskotały mnie po policzku, nie pozwalały mi stracić kontaktu z rzeczywistością. Oparłam czoło o ścianę budynku. Obok siebie usłyszałam ciche parsknięcie Winterknighta. Skoro on tu jest, nic złego mi nie grozi. Wyciągnęłam przed siebie rękę i poczułam pod palcami jego miękką sierść. Uśmiechnęłam się delikatnie i przymknęłam oczy.

- Nie zasypiaj! – warknął ojciec Dominik – Zaraz będziesz w domu – dodał, po czym podniósł mnie z sapnięciem i wsadził na wóz, na miejsce obok woźnicy. Ruszyliśmy. Nie odzywałam się i zupełnie poddałam się rytmowi podskakującego na wyboistej drodze pojazdu. Głowa opadła mi na ramię księdza. Czułam zapach ziemi z jego sutanny i woń kadzidła, która niezmiennie kojarzyła mi się z kościołem. Te zapachy, nie wiedząc czemu, drażniły mnie, ale byłam zbyt słaba, żeby sama utrzymać się w pionie. W końcu wóz się zatrzymał i usłyszałam westchnienie ulgi duchownego.

- Jesteśmy na miejscu – poinformował mnie szorstko

- Miodzio… – burknęłam pod nosem. Ksiądz prychnął i bez słowa zszedł na ziemię. Po chwili usłyszałam jak puka, a w następnym momencie dwa głosy kierowały się w moją stronę. Postanowiłam nie otwierać oczu.

- …znalazłem ją na klifie, nieopodal mojego Opactwa – powoli docierał do mnie głos ojca Dominika – W miejscu, gdzie kiedyś spotkała się z jeźdźcem w czarnej pelerynie.

- A więc tam się schowała… – może miałam już omamy, ale to był chyba głos Tori

- Siedziała na brzegu i kończyła pić butelkę wina. Nie mam pojęcia, skąd ona ją wzięła – dodał z dezaprobatą

- Zawsze wiedziałam, że to postrzelona wariatka z miasta. W Los Angeles pewnie wszyscy tak robią – prychnęła moja kuzynka

- Jest kompletnie pijana. Oczywiście nie mogłem jej tak zostawić. Gdyby chciała wrócić do domu na koniu, mogłaby spaść i skręcić kark.

- Tak, dziękuję ojcu, że się nią ojciec zajął – powiedziała grzecznie Tori. Pierwszy raz słyszę, żeby była taka miła. – Głupia Lana…mamy przez nią same problemy.

- Och może nie koniecznie przez nią…nie traktuj swojej kuzynki tak surowo – powiedział dobrotliwie ksiądz – Problemem wszystkich mieszkańców jest ten diabeł Sands.

- Racja, ale Lana jest taka…denerwująca, kiedy próbuje zgrywać bohaterkę – westchnęła kuzynka

- Rozumiem…ale to nie powód, żebyś jej nienawidziła. Lana to dobra dziewczyna. Chce dla was jak najlepiej. Myślę, że to typ osoby, która oddałaby życie za swoich bliskich. Tak jak jej matka…doceń to, Torino.

- Oczywiście… – burknęła z przekąsem Tori – Trochę głupio mi o to prosić, ale czy mógłby ksiądz mi pomóc przenieść ją na górę? Nie chcę robić teatrzyku dla obozowiczek, choć przyznam, że ta idio…że Lana zasługuje na to.

- Nie ma problemu. Jestem od tego, żeby pomagać potrzebującym. – zgodził się ochoczo

Poczułam jak ksiądz podnosi mnie na ręce. Usłyszałam trzeszczenie stopni schodów. Czekałam aż przybiegnie rozhisteryzowana ciocia i wściekły wujek, ale nic takiego się nie stało. Zamiast tego zostałam spokojnie ułożona w łóżku. Tori podziękowała księdzu za fatygę i wróciła do mnie. Serce zabiło mi szybciej ze strachu, ale postanowiłam nadal dzielnie nie otwierać oczu.

- Idiotka – burknęła kuzynka, ściągając ze mnie sztyblety – W dodatku cuchniesz alkoholem…Fuj! Nawet ja nigdy tak nie przesadziłam! I co niby chciałaś zrobić, co? Upić się i skoczyć z klifu do wody? Nie powiem, że to nie byłby cudowny prezent dla mnie, ale schrzaniłaś to, a ściślej rzecz biorąc to wszystko – sapała, siłując się z drugim butem – Trzeba było wytargać Catalinę za te ciemne kudły, a nie teraz chlać na umór, bo dziewczyna przystawia się do twojego faceta, a ty nic nie zrobiłaś. Jesteś żałosna, kuzynko, żałosna – zakpiła siadając na brzegu łóżka – Myślałam, że jesteś silna, odporna psychicznie, nic nie może cię złamać…wiesz, taka twarda babka…trochę tak jak ja – ściągnęła mi przez głowę koszulkę i założyła piżamę – Co to za ciuchy? Byłaś u Kindergarden?…nieważne, zawiodłaś mnie. Wystarczył jeden chłopak i to jeszcze taki chłopak jak Greenlight, żebyś się załamała – rzuciła mnie jak szmacianą lalkę na poduchę. Pochyliła się nade mną – Widziałaś, co widziałaś. Zdradził cię, ale nie możesz się rozklejać – cedziła przez zęby każde słowo, a ja czułam jej oddech na nosie – Jesteś samodzielną, pewną siebie, niezależną dziewczyną. Radziłaś sobie do tej pory bez faceta, więc możesz to robić dalej, słyszysz? Na nim świat się nie kończy. Przestań się ze sobą cackać Lana, bo ja nie dręczę słabszych od siebie. – wstała i ruszyła w stronę drzwi – A tak na marginesie wiem, że nie śpisz…

Trzasnęła drzwiami, a ja jęknęłam cicho. Przewróciłam się na bok, naciągnęłam na siebie kołdrę i zwinęłam się w kłębek. Chciałam, żeby ta noc trwała dłużej…żeby kolejny dzień nie nadszedł tak szybko. Rano zapewne mocno odczuję skutki domowej wiśniówki, a dodatkowo będę musiała stawić czoło cioci, wujkowi, Rose, a i jeszcze Will pewnie się przywlecze. Zapowiada się cudowny dzień…

***

Pierwszy raz spałam jak kamień bez żadnych snów ani nocnych wizji. Obudziłam się, bo pod kołdrą zaczynało brakować mi powietrza, a poza tym głowa pulsowała mi jak oszalała. Skrzywiłam się, gdy promienie słoneczne zaświeciły mi prosto w oczy. Próbowałam sobie przypomnieć, co się dokładnie wczoraj stało, ale pamiętałam tylko, że schowałam się w Starym Opactwie przed Williamem, a potem upiłam się z księdzem jego domową wiśniówką. Przebieg rozmowy z ojcem Dominikiem wyparował z mojej głowy tak samo jak alkohol. Nagle usłyszałam cichy dźwięk dzwoneczków z mojego Łapacza Snów i zobaczyłam jak zasłonka w oknie się porusza. Musiałam zmrużyć oczy, żeby zobaczyć pod słońce, kto mnie odwiedził.

- Cześć, jak żyjesz? – zaskoczona odkryłam, że to nasz stajenny postanowił zabawić się w Spidermana

- Kiepsko Jackob… – odparłam zachrypniętym głosem – A niech to gęś kopnie, jak ja mówię – złapałam się za gardło

- Masz, to ci trochę pomoże – zaśmiał się lekko i wręczył mi dużą butelkę wody mineralnej

Podniosłam się powoli do pozycji siedzącej i spojrzałam się na niego podejrzliwe.

- Skąd wiedziałeś?

- Plotki szybko się tu rozchodzą – wzruszył ramionami i bez pytania wskoczył lekko na łóżko i ułożył się obok mnie – Chłopaki z pola opowiadali jak ty i Greenlight bawiliście się wczoraj w berka. – spojrzał się na mnie z psotnym uśmiechem

- Bardzo śmieszne, ale się uśmiałam… – burknęłam, popijając wodę

- A więc to prawda? – prychnął – No, no…zastanawiałem się, czemu nie ma cię dziś rano w stajni. Kto wie, może Greenlight w końcu cię dogonił. Zapytałem się więc Tori, a ona mi powiedziała, że masz mega kaca i raczej nie ruszysz się dziś z łóżka.

- Po pierwsze kolego, William w życiu nie dogonił by mnie i Winterknighta – pokiwałam palcem – a po drugie…niedoczekanie jej! Zaraz schodzę na dół! Nie wiem, co ta wiedźma kombinuje, ale skoro los dał mi szansę, muszę ją wykorzystać i udawać przed wujkiem i ciocią, że wszystko jest w porządku. Jestem bardzo ciekawa czemu nie wydała mnie od razu…

- Spokojnie, nie stresuj się, nie ma ich – Jackob założył ręce za głowę i wyciągnął nogi

- Ty, nie za wygodnie ci?! – zmrużyłam oczy – I jak to ich nie ma?

- Nie wiem, przyszedłem rano do pracy, a pani Brygita powiedziała mi, że nie ma dziś pana Hoffera. Podobno wróci po południu.

- Dlatego możesz się tak bezkarnie obijać w godzinach pracy i rozpychać się po moim łóżku, co? – szturchnęłam go butelką – Matko jak to brzmi…nie powtarzaj tego Anastasii…

- Ej! Bądź milsza, bo nie dostaniesz śniadania, które dla ciebie przyniosłem – zagroził ze śmiechem

- Przyniosłeś mi śniadanie? – wytrzeszczyłam oczy

- Nie chcesz?

- Umieram z głodu… – rzuciłam się na porządną bułę z szynką, serem, sałatą i pomidorem – Czekaj, czekaj…coś mi tu nie pasuje. Jackob, powiedziałam ci, że możemy być tylko przyjaciółmi.

- A jako twój przyjaciel nie mogę ci przynieść śniadania do łóżka? – obruszył się

- Jackob… – przewróciłam oczami – jakoś do tej pory nigdy tego nie robiłeś.

- Uwierz mi, że chciałem – zamrugał teatralnie oczami, ale szturchnęłam go łokciem – No dobrze, wygrałaś, chciałem z tobą porozmawiać bez świadków – westchnął, poważniejąc

- O czym? Coś się dzieje? – zmarszczyłam brwi i przestałam jeść

- Dziś rano idąc do Moorland przez las poczułem dziwne zakłóceni pola mocy. Coś się zmieniło, równowaga magicznej bariery została zachwiana. – przygryzł wargę od środa

- Co to oznacza? Sands rozpoczął swój atak? – poczułam, że po kręgosłupie przebiegł mi dreszcz

- Nie wiem, nie wyczułem Sandsa, ale coś jest nie tak…magia słabnie, a to może oznaczać tylko jedno. Strażnicy Aideen mają kłopoty. To głównie dzięki ich mocy okoliczne lasy są chronione. Moja mama mówiła, że śniło jej się, jak na Valedale spada wielka sieć czy coś w tym stylu…

- Co?! Czekaj, ja jeszcze wolno kontaktuję…Jak to mają kłopoty?! Czy z Alex coś się stało?! – mój żołądek skręcał się w supeł z nerwów

- Nie wiem, najlepiej by było, gdybyś pojechała do Valedale i sama to sprawdziła – powiedział poważnie, patrząc mi w oczy – Miałem ci tego nie mówić, ale ty i Alex…przyjaźnicie się, prawda?

- Tak, Alex to moja przyjaciółka tak samo jak ty – odparłam pewnie. Jackob uśmiechnął się półgębkiem, nie patrząc się na mnie.

- Nie obchodzą mnie druidzi. Jesteśmy dwoma różnymi plemionami. Jednak gdyby coś stało się tej Alex…sprawiło by ci to ból, a ja nie zniósłbym myśli, że cierpisz jeszcze bardziej – powiedział cicho, dotykając mojego policzka. Oboje wiedzieliśmy, że mówił o Williamie. Uśmiechnęłam się smutno i zdjęłam jego dłoń z mojego policzka.

- Dziękuję, że tak się o mnie martwisz Jackob. Jesteś dobrym przyjacielem. Oczywiście, że pojadę do Valedale i pomogę Strażnikom Aideen, jeśli będę mogła – powiedziałam ostrożnie dobierając słowa – Jeśli chcesz, możesz pojechać ze mną. Nie jesteś wrogiem Alex, wszyscy razem współpracujemy.

- Chyba jednak zostanę w Moorland – pokiwał powoli głową. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji.

- I tak dziękuję, że mi powiedziałeś – pocałowałam go szybko w policzek i wygrzebałam się w pościeli. Zebrałam swoje rzeczy i pobiegłam do łazienki. W drzwiach usłyszałam jeszcze dźwięk dzwoneczków. Obróciłam się przez ramię. Indianina już nie było.

***

Wzięłam szybki prysznic, ubrałam się i zbiegłam na dół do kuchni. Tori na mój widok wybałuszyła oczy i postawiła z hukiem stos talerzy na stole, co odbiło się echem w mojej biednej obolałej głowie. Jęknęłam i pomasowałam skronie.

- Lana…myślałam, że nie podniesiesz się do południa – mruknęła kuzynka z satysfakcją patrząc na moją reakcję

- Chciałabyś, co Tori? Wtedy przyjechaliby wujek i ciocia i mogłabyś na mnie nakablować – wychrypiałam

- O dziewczyno, masz głos jak stary pijak – zaśmiała się

- Proszę cię, nic nie mów – pokręciłam głową

- Warto było się tak upijać? – dodała głośniej – To chyba twój pierwszy raz, kuzyneczko – spojrzała na mnie kpiąco przez ramię. Nie odezwałam się tylko spojrzałam się na nią spode łba. Nie dam się jej sprowokować do wywiadu, o nie! – Gdzie ty znalazłaś taki porządny trunek?

- Znalazłam? – skrzywiłam się – Kto tak powiedział?

- Ojciec Dominik. Znalazł cię na klifie niedaleko Starego Opactwa i przywiózł cię do domu. Nie wstyd ci pokazywać się w takim stanie przed księdzem? – pokręciła głową z dezaprobatą – Kto ci dał to wino?

Byłam pewna, że ojciec Dominik, ale wspomnienia ostatniego wieczoru zaczynały mi się zacierać. Może on naprawdę tylko mnie znalazł? W sumie po co miałby mnie upijać? Tori ma rację, jest księdzem, a nie miejscowym łobuzem. Pomógł mi i przywiózł mnie do domu.

- Nie pamiętam… – westchnęłam

- Cóż, w twoim stanie pewnie mało co pamiętasz – prychnęła

- Przyganiał kocioł garnkowi – warknęłam, a Tori zmarszczył groźnie brwi. Przez chwilę obie milczałyśmy zagniewane.

- A tak na marginesie to gdzie jest reszta rodzinki? Nigdy nie było tu tak cicho rano i zaczynam się martwić, że coś z nimi zrobiłaś.

- Dlaczego ja?

- Osoby, które słuchają heavy metalowej muzyki jak ty, są nieprzewidywalne. – uśmiechnęłam się prowokacyjnie

- Zabawne, że o tym powiedziałaś. Właśnie miałam iść do ciebie na górę i dokończyć plan wymordowania całej rodziny. Rozpracowałaś mnie, więc musisz zginąć tutaj – odwróciła się do mnie z parującą łyżką, a ja podskoczyłam wystraszona – Naprawdę Lana? – spojrzała na mnie z litością

- Po tobie wszystkie bym się spodziewała! – broniłam się – Gdzie oni są?

- Wczoraj pani burmistrz zaprosiła tatę i mamę na kolację do Jarlaheim. Mieli wrócić wieczorem, ale dziś rano do miasta mieli przyjechać hodowcy koni. Tata chciał zrobić Jasperowi prezent-niespodziankę i kupić mu konia, dlatego zostali tam na noc. Upiekło ci się. Wrócą dopiero po południu. Do tego czasu pewnie się ogarniesz, znając ciebie.

- Ach tak… – pokiwałam głową i przygryzłam wargę – a gdzie Jasper?

- Wczoraj wrócił późno i poszedł spać. Kiedy ojciec Dominik cię przywiózł, spał jak suseł, więc nawet go nie budziłam. Rano powiedziałam mu, że wróciłaś, więc pojechał do Fortu Pint powiedzieć Kindergarden, że żyjesz. Podobno się martwiła, że znowu zrobiłaś jakąś głupotę.

- Nie mogłam się jej pokazać w takim stanie…

- Ja nie wiem, czemu oni wszyscy się tobą tak przejmują. Trzęsą się nad tobą, jakbyś była kruchym jajkiem, a ty i tak robisz po swojemu i zawsze ich zawodzisz – stwierdziła bezlitośnie, a ja przełknęłam ślinę, zakłopotana. Miała rację, wiedziałam o tym. – Chcesz kakao? Właśnie gotuję mleko – odezwała się po chwili

- Tak, poproszę – mruknęłam zaskoczona jej nagłą uprzejmością

Tori otworzyła szafkę, wyjęła kubek i z przesadnym hukiem postawiła go na blacie, po czym trzasnęła drzwiczkami. Uśmiechnęła się pod nosem, widząc jak się krzywię.

- Ups, przepraszam.

- Nie przepraszaj, bo wcale nie jest ci przykro – burknęłam, siadając przy stole

- Masz rację, nie jest…ale to takie zabawne – zachichotała

- Sprawa gustu – westchnęłam – Już dawno wiedziałam, że mamy zupełnie inne poczucie humoru, kuzynko.

Tori nie odpowiedziała. Obserwowałam jak przelewa gorące mleko do dużych kubków, wsypuje kakao i miesza energicznie. Postawiła kubki na stole i usiadła na przeciwko mnie, założyła nogę na nogę i skrzyżowała ręce. Patrzyła się na mnie przez chwilę, a ja nie mogłam nic wyczytać z jej wyrazu twarzy. Bez ciemnego, mrocznego makijażu w stylu gotów miała bardzo delikatne rysy twarzy…zaryzykowałabym nawet stwierdzenie sympatyczne. Przez chwilę prowadziłyśmy zimną wojnę na spojrzenia, ale w końcu poddałam się i opuściłam wzrok.

- Nie martw się, nic im nie powiem. Jeśli uda ci się udawać, że wszystko z tobą ok, to nikt się niczego nie dowie o twoim mega kacu.

- Dlaczego to robisz? – wytrzeszczyłam na nią oczy

Tori podniosła swój kubek kakao z napisem „Księżniczka własnej bajki” i wzięła małego łyka.

- Spłacam swój dług.

- Jaki dług? – nie zrozumiałam

- Wtedy na imprezie u Ericka, przyjechałaś mi na ratunek, prawda? – przewróciła oczami – Co prawda nie potrzebowałam pomocy, sama bym sobie poradziła, naprawdę…ale doceniam, że mimo całej tej naszej nienawiści chciałaś coś takiego dla mnie zrobić.

- Czy ty mi właśnie dziękujesz? – parsknęłam

- Tak, pierwszy i ostatni raz, więc się nie przyzwyczajaj – zmarszczyła brwi – Może nie uratowałaś mnie tak jak chciałaś, ale dzięki tobie zobaczyłam, że Erick…chciał mnie tylko wykorzystać, żeby zrobić na złość Catalinie. Ona zrobiła to samo z Williamem – dodała ciszej – Obie byłyśmy w ciężkim szoku po tej imprezie, zarówno ty jak i ja zostałyśmy oszukane i zdradzone, więc…powiedzmy, że rozumiem, czemu tak się zachowałaś. Mama i tata na pewno nie zrozumieją. Dlatego to, co się tam wydarzyło, zostaje między nami.

- Wow Tori…nie spodziewałam się tego po tobie – szepnęłam zaskoczona

- Sama się tego po sobie nie spodziewałam – podrapała się po głowie – Po prostu wyglądałaś tak żałośnie, po tym co zrobił ci Greenlight…

- Litość cię wzięła? – zaśmiałam się gorzko

- Nie kopie się leżącego – wzruszyła ramionami

- I tak dziękuję – uśmiechnęłam się, a Tori skinęła głową. Więcej już się nie odezwała. W milczeniu dokończyłyśmy pić kakao, a potem każda z nas poszła w swoją stronę. Pobiegłam do stajni. Winterknight stał nieoporządzony w otwartym boksie. No tak, wszyscy bali się do niego zbliżyć, więc nie miałam co liczyć na to, że ktoś się nim zajmie.

- Przynajmniej otworzyli ci boks, stary… – mruknęłam wchodząc do boksu i klepiąc go po grzbiecie

- Sam sobie otworzył – zauważył Jackob, kiwając głową na zepsuty zamek – Trzeba będzie wymienić.

- Mój mądry konik, sam sobie otworzył drzwi…po co czekać na głupich ludzi, masz rację – przytuliłam się do niego, a ogier prychnął zadowolony

- Mógłby jeszcze nauczyć się za sobą zamykać – mruknął z przekąsem Indianim, a Winterknight popatrzył na niego spode łba i złożył po sobie uszy – Ej, pamiętaj kto cię nakarmił, bestio!

- No już dobrze, nie denerwuj się, Jackob tylko żartował – zaśmiałam się, szukając jego zgrzebła – Nie mamy czasu na dąsy stary, musimy jechać do Valedale…

- Lana, jesteś! – usłyszałam wesoły okrzyk Jaspera

- Jasper, błagam cie nie tak głośno – jęknęłam

Kuzynek porzucił swój rower, podbiegł do mnie i rzucił mi się na szyję. Uśmiechnęłam się. Może i sprawia wrażenie dojrzalszego, ale w środku wciąż jest jeszcze dzieckiem. Uścisnęłam go mocno. Mój mały kuzynek…

- Więc to prawda, że masz kaca? – prychnął, odsuwając się ode mnie

- Niestety tak… – westchnęłam – Byłeś u Rose?

- Tak, powiedziałem, że żyjesz i raczej nic ci nie jest.

- Raczej? – zapytaliśmy się z Jackobem jednocześnie

- Tori powiedziała, że szybko nie wstaniesz z łóżka i nie wiedziałam, co to znaczy – bronił się

- Dobra, potem jakoś jej to wytłumaczę. Powiedz lepiej, czy ciocia i wujek byli bardzo źli, kiedy nie wróciłam przedwczoraj na noc.

- Nie tak bardzo…chyba się przyzwyczaili, że tak znikasz. Bardziej wściekli się na Tori, która wróciła nieźle wstawiona w środku nocy z imprezy w Jarlaheim.

- A więc ta małpa też wpadła – zatriumfowałam – Mówiła, co się stało?

- Nie chciała gadać, ale do południa miejskie plotkary wszystko rozpowiedziały. Teraz po wyspie krążą przynajmniej cztery różne wersje przebiegu imprezy. Oczywiście ty i William jesteście najgorętszym tematem. – uśmiechnął się znacząco

- Sprostuję to, żebyś miał jasność. Will całował się z Cataliną, nakryłam ich. Jego spoliczkowałam, a na nią nawrzeszczałam, a potem odjechałam.

- No tak…Rose powiedziała coś takiego, kiedy przyjechała tu wczoraj rano. Mówiła, że byłaś u niej w nocy totalnie załamana i masz zamiar unikać Willa i wścibskich mieszkańców przez resztę dnia.

- Prawie się udało.

- Prawie – Jackob i Jasper wymienili rozbawione spojrzenia – O waszym pościgu przez pola krążą już legendy… – zachichotali

- Przynajmniej dostarczam miejscowym rozrywki – parsknęłam śmiechem. Cóż, nie pozostaje mi nic innego jak śmiać się z tej całej sytuacji – Widzieliście dziś Willa?

- Nie, ale pewnie przyjedzie tu później. On tak szybko nie rezygnuje, Lana. Jest tak samo uparty jak ty – powiedział Jasper

- Wiem, właśnie dlatego jadę do Valedale – uśmiechnęłam się figlarnie, poprawiając popręg w siodle Winterknight

- Długo będziecie się tak bawić w kotka i myszkę? – mruknął stajenny

- Nie mam pojęcia. Dopóki mu się nie znudzi? – wzruszyłam ramionami ze śmiechem

- Popatrz na nią Jackob! Bawi cię to Lana? – nie wierzył kuzynek

- Nie wiem czemu, ale coraz bardziej chce mi się śmiać z tego wszystkiego – pokręciłam głową – Kto jedzie ze mną do Valedale? – wyprowadziłam konia z boksu

- Ja, bo ktoś musi cię pilnować, żebyś znowu się nie upiła – stwierdził Jasper

- Dziękuję mój prywatny ochroniarzu, na pana zawsze można liczyć…a pan, Czarny Wilku?

- No dobrze…ktoś musi was pilnować, dzieci… – westchnął jakby był bardzo doświadczony i zmęczony życiem

- Tak jest, panie drużynowy. Będziemy grzeczni – zasalutowałam i puściłam oko do Jaspera – Musisz tylko jechać ze mną na Winterknighcie, młody – zwróciłam się do kuzynka – Rower będzie nas spowalniał.

- W porządku… – westchnął Jasper, ale uśmiech zniknął z jego twarzy. Nie chciał tego przyznać, ale tęsknił za jazdą konną…a jeszcze bardziej za Manehony.

Wyjechaliśmy tylnym wyjściem. Z Jasperem obok jechało się trochę inaczej, ale szybko złapałam rytm. Na szczęście kuzynek był szczupły i lekki, więc nie był dużym obciążeniem dla Winterknighta. Prowadziłam, a Indianin jechał za mną bez sprzeciwu. Tak jak wczoraj wybrałam mało uczęszczane drogi. Dojeżdżając do Valedale czułam, że coś jest nie tak, jak mówił Jackob. Gdy dotarliśmy na miejsce, byłam tego pewna. Wioska druidów nie wydawała się już tak przyjazna i ciepła. Brakowało bawiących się dzieci i uśmiechniętych dorosłych. Ptaki przestały śpiewać, a chłodny wiatr wywoływał nieprzyjemne dreszcze na plecach. Nie słyszałam już przyjemnych dzwoneczków. Nawet Święty Dąb wyglądał, jakby uleciała z niego cała radość i życie.

- Co tu się stało? Gdzie są Strażnicy Aideen? – szepnął Jasper

- Nie mam pojęcia, musimy jechać do Angusa – zacisnęłam drżące ręce na wodzach. Z minuty na minutę narastała we mnie panika. Na miejscu okazało się, że drzwi do chaty Angusa były otwarte na oścież. Pisnęłam przerażona i zatrzymałam gwałtowanie konia.

- Angus! Alex! – zeskoczyłam na ziemię i popędziłam do chatki

Poczułam niesamowitą ulgę, gdy na progu pojawiła się moja blond przyjaciółka. Przytuliłam ją do siebie mocno, prawie płacząc ze szczęścia.

- Alex, nic ci nie jest… – westchnęłam

- Tego bym nie powiedziała – mruknęła dziwnym, obcym głosem. Odsunęłam się od niej i spojrzałam jej w twarz. Była blada, miała podkrążone oczy i ogólnie wyglądała jak cień prawdziwej Alex. Oblał mnie zimny pot.

- Co tu się stało druidko? Co z waszą magiczną tarczą? – skrzyżował ręce Jackob

- Sands was zaatakował? – dopytywał się Jasper

Blondynka nie odpowiedziała, ale w jej oczach błysnęły łzy. Teraz byłam już naprawdę przerażona.

- Alex, błagam cię, powiedz coś… – odgarnęłam delikatnie potargane włosy z jej twarzy. Nie przywykłam do widoku przyjaciółki w takim stanie. Błędnie zakładałam, że nic nie potrafi złamać Alex. Co takiego musiało się stać?!

- Wejdźcie – szepnęła zduszonym głosem i weszła do chatki

Spojrzałam się na chłopaków. Mieli tak samo zmartwione miny jak ja. Bez słowa poszliśmy za druidką do chatki. W środku czekała nas jeszcze większa niespodzianka.

- Conrad! – wytrzeszczyłam oczy na widok potężnego kowala, siedzącego na stołku w kuchni Angusa. Staruszek stało obok niego i próbował zaszyć wielką ranę na jego ramieniu. Zamrugałam oczami, nie wierząc w to, co widzę. Conrad wyglądał, jakby właśnie wrócił z pola bitwy. Miał porozrywane ubranie, poszarpaną twarz, a na rękach i nogach rany cięte. Jeden z jego rękawów był przypalony. Mój mózg pracował na najwyższych obrotach, na jakie pozwalał mi mój kac. Conrad miał towarzyszyć Elizabeth w drodze do Północnej Przełęczy na koronację najwyższej kapłanki plemienia Namnetes. – Elizabeth… – szepnęłam, a Strażnicy Aideen skrzywili się. Na twarzy Conrada malowała się czysta rozpacz. – Nie, nie mówicie mi, że…

- To była pułapka! – wybuchła płaczem Alex – To wszystko było zaplanowane! – zgięła się w pół i osunęła się na kolana

- Co było zaplanowane? Sands was zaatakował? – próbował nadążyć Indianin

- Nie Czarny Wilku, Sebbus nas zdradził – powiedział Angus z dziwnym spokojem

- Co?! – pisnęłam – Jak to was zdradził?! Wydał Elizabeth Sandsowi?! – zatoczyłam się do tyłu

- To nie była wina Sebbusa, mówiłem wam – jęknął Conrad – Jest pod wpływem hipnozy, tak samo jak inni druidzi z jego plemienia. To wszystko działo się tak szybko…gdy tylko przekroczyliśmy bramę osady, rzucili się na nas, związali Elizabeth. Próbowałem walczyć i dostać się do niej, ale powalili mnie na ziemię…było ich mnóstwo…

- Już nic nie rozumiem – pokręciłam głową – Ludzie z plemienia Namnetes was zaatakowali? – zmarszczyłam brwi. Kątem oka zauważyłam, że miny Jaspera i Jackoba tężeją.

- Sabine… – syknęła z nienawiścią Alex – To wszystko jej sprawka. Odnalazła plemię Namnetes, zabiła ich najwyższą kapłankę i zahipnotyzowała wszystkich druidów, żeby kontrolować ich umysły.

- O w morde…jak w jakimś thrillerze – Jasper oparł się o parapet. Wszyscy spojrzeli się na niego dziwnie, więc młody zaczerwienił się.

- Alex… – uklękłam obok niej i objęłam ją ramieniem. Dziewczyna cała się trzęsła. Wygląda jak siedem nieszczęść. Może i do tej pory udawała, że matka ją nie obchodzi, ale w tym momencie widać było jak ważna jest dla niej Elizabeth.

- Wykorzystała Sebbusa, żeby zwabił Elizabeth w pułapkę. A ja jeszcze ją zachęcałam do tego wyjazdu, bo to niby jej obowiązek! – szlochała. Przytuliłam ją mocniej, a Alex złapała się kurczowo mojej reki i ukryła twarz w mojej koszulce. Miałam wrażenie, że jej płacz rozrywa mi serce.

- Nie mogłaś wiedzieć, że Sebbus jest pod wpływem hipnozy. Nikt z nas tego nie zauważył – powiedział poważnie Angus

- Ale mogliśmy się domyślić, że to robota daracha, prawda?! Ostatnim razem, gdy wdzieliśmy Dallas, była w pełni sił! Jak mogła tak nagle zachorować i umrzeć… – Alex uderzała rękami w podłogę dla podkreślenia swoich słów

- Tak mi przykro Alex… – szepnęłam, czując jak po policzkach płyną mi łzy

- Elizabeth żyje, Lano – powiedział cicho Angus

- Żyje?! – poczułam, że kamień spadł mi z serca

- Jeszcze żyje…dopóki ma moc, żeby się bronić – pokręcił głową Conrad – Darach jest bardzo silny, ale Elizabeth ma więcej doświadczenia i zna mocniejsze zaklęcia. W nocy założyła na siebie silną tarczę ochronną, która nie pozwoli jej zrobić krzywdy w dzień, kiedy będzie spała.

- A więc dlatego bariera ochronna Valedale osłabła. – pokiwał głową Jackob – Elizabeth zużyła dużo mocy, żeby się ochronić.

- Darach zamknął ją w magicznym kole, które wysysa z niej moc. Jej tarcza na długo nie wystarczy.

- Sabine chce ją zabić?! – wytrzeszczył oczy Jasper

- Teraz na pewno nie – pokręcił głową Angus – Myślę, że darach schwytał Elizabeth, żeby nas osłabić…

- …i umożliwić Sandsowi atak na Valedale – dokończyłam – Chcą zabrać klejnoty.

Zapadła ciężka cisza. Nikt nie wiedział, co powiedzieć. Tylko Elizabeth wiedziała, jak pokonać Gabriela Sandsa. To ona dostała od bliźniaków magiczny przedmiot w pudełku. Była kluczem do wszystkiego. Nasza jedyną obroną. Teraz nikt nie miał złudzeń, że Sands szykuje się do zadania ostatecznego ciosu.

- Jadę ją uwolnić! – zerwała się Alex

- Jadę z tobą! – również się podniosłam

- Nie! Ja pojadę! To moja wina, zawiodłem, powinienem bronić mojej kapłanki – powiedział Conrad

- Nie możesz się obwiniać. Byłeś sam na przeciwko całemu plemieniu. Cud, że uszedłeś z życiem – powiedziała Alex

- Nie możesz jechać, Alex… – powiedział ze smutkiem Angus

- Dziadku muszę! Nie pozwolę, żeby oni ją zabili! – moja przyjaciółka miała furię w oczach

- Andrino, musisz zostać…jeśli twoja matka zginie, ty będziesz jej następczynią. Nie mogę pozwolić, żeby darach zabił was obie – Angus spojrzał się na nią z mocą

- Nie! Nikogo nie zabije! Nie chcę, żeby historia się powtórzyła. Nie pozwolę, żeby mama umarła tak jak babcia! – wyrzuciła na jednym tchu, ciężko dysząc. Angus wziął gwałtowny wdech i cofnął się do tyłu.

- Alex… – dotknęłam ostrożnie jej ramienia

- Nie Lano, ty musisz zostać – odwróciła się do mnie gwałtownie – Błagam cię, zaufaj mi, musisz zostać. Sandsowi i Sabine chodzi w tym wszystkim o ciebie. Ja i Conrad sobie poradzimy, ale ty musisz tu zostać i powstrzymać Gabriela Sandsa, cokolwiek planuje… – złapała mnie za ręce i spojrzała mi w oczy – Obiecaj mi, że nie pojedziesz za mną. Proszę.

- Obiecuję – wykrztusiłam, czując się postawiona pod ścianą

- Dobrze…będziesz miał następczynię, dziadku – powiedziała dziwnym głosem Alex. Zauważyłam, że staruszek kręci głową, ale moja przyjaciółka nie zwracała na to uwagi – Ponieważ jeżeli Elizabeth albo ja zginiemy, Lana przejmie nasze dziedzictwo i to ona stanie się następną Najwyższą Kapłanką plemienia Helvetii – jej głos rozniósł się dziwnym echem, a ja poczułam jak przeze mnie przepływa prąd elektryczny

- Co zrobiłaś? – Alex puściła moja dłonie, a ja zatoczyłam się do tyłu

- Przekazałam ci część mojego dziedzictwa – uśmiechnęła się smutno

- Andrino… – jęknął Angus

- Angusie, obiecuję, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, że twoja córka i wnuczka wróciły bezpiecznie do Valedale – oświadczył Conrad

- Nie wątpię Conradzie, ale jesteś ledwo żywy. Masz takie rany, że równie dobrze mógłbyś już nie żyć, gdyby nie opatrzność naszej bogini…nie możesz tam jechać sam.

- Zwołamy Radę Starszych – zdecydowała Alex

- Nie możesz ich wziąć na wojnę, to najsilniejsi druidzi z naszego plemienia – zaprotestował Angus

- Bez nich nie odbijemy Elizabeth. Nie można lekceważyć mocy Sabine. W końcu zahipnotyzowała całe plemię Nementes.

- Zostawisz Valedale bez ochrony?! – Angus nie wytrzymał i podniósł głos

- Nie, przecież ty tu zostaniesz dziadku…i Lana też tu będzie – powiedziała delikatnie

- To szaleństwo! – Angus wyrzucił ręce w górę

- Może i szaleństwo, ale jedyny sposób, żeby ją odzyskać. Na wojnie nie można korzystać z półśrodków – powiedziała ostro – A dopóki mamy nie ma, ja tu dowodzę, jasne?

- Oczywiście, moja kapłanko – mruknął Angus, skłaniając lekko głowę z wymuszonym spokojem

- Doskonale, idę zebrać Rade Starszych, a ty zajmij się Conradem, żeby mógł z nami pojechać…proszę – dodała po chwili namysłu

- Tak jest, kapłanko – skinął głową Angus – Przygotuję też zapas eliksiru dla ciebie i Elizabeth – dodał, gdy Alex była już w drzwiach

- Dziękuję – szepnęła, patrząc się ze łzami wzruszenia na Angusa – Lana, chłopaki, chodźcie za mną – szybko wytarła oczy i wyszła z chatki – Musicie wrócić do domu i zorientować się, co planuje Sands.

- Niby jak?! – prychnął Jasper, próbując nadążyć za szybkim krokiem druidki

- Nie mam pojęcia, musicie postawić na nogi wszystkie wtyki…to się tyczy głównie ciebie Jas, znasz całą wyspę – Alex popatrzyła się porozumiewawczo na kuzyna

- Czego mają szukać? – zapytałam

- Na pewno coś słyszeli lub widzieli…coś niepokojącego, innego…zbierzcie Rose i Anastasię. Niech pojeżdżą po wyspie i popytają się ludzi. Ale dyskretnie! Nie chcemy spłoszyć Sandsa!

- Nie wiem czy w tym momencie dyskrecja jest wskazana! – mruknęłam zirytowana

- Lana, musisz pojechać do Winnic Srebrnej Polany. Bariera ochronna u baronowej przestała działać. On może ją zaatakować.

- Nie mam zamiaru pilnować tej kryminalistki! – zdenerwowałam się

- Proszę cię, Lana, rób co mówię…poza tym, to będzie ostatnie miejsce, gdzie William będzie chciał cię szukać – dodała sprytnie

- Niech ci będzie… – mruknęłam

- Jackob ty spróbuj pojeździć po lasach. Może drzewa coś ci podpowiedzą.

- Nie gadam z drzewkami tak jak ty – prychnął

- Wiesz, o co mi chodzi Indianinie. Jeśli Sands nas zaatakuje, to odbije się na całej społeczności. Również na was.

- Wiem – spoważniał nagle stajenny – Dobrze, zrobię to.

- Postaram się wrócić jak najszybciej – westchnęła ciężko i zatrzymała się przy stajni, gdzie czekała na nią Mishland – Proszę, uważajcie na siebie wszyscy. Zwłaszcza ty, Lana. Masz talent do wpadania w kłopoty.

- Przypilnujemy jej – wyszczerzył się Jasper

- Trzymam cię za słowo – potargała mu włosy, po czym przytuliła mnie do siebie i pocałowała w czoło. Po moim ciele rozeszło się ciepło. – Już niedługo to wszystko się skończy, jeszcze trochę…niech Morrigan cię błogosławi – szepnęła mi do ucha i wskoczyła na konia. Kiwnęła głową do Jackoba i odjechała galopem w głąb wioski.

Przez chwilę staliśmy bez ruchu patrząc się w ślad za nią. Czułam dziwną pustkę po jej wyjeździe. Nie miałam pojęcia, czy wróci sama, czy z Elizabeth…czy zobaczę którąkolwiek z nich. Jak mam teraz spokojnie wrócić do Moorland, gdy wiem, że moi przyjaciele są w takim niebezpieczeństwie.

- Lana, musimy jechać – Jackob położył mi rękę na ramieniu

- Tak, wiem…po prostu chyba zapomniałam jak się chodzi – pokręciłam głową ze śmiechem

- Nie możesz się bać, nie teraz, gdy Sands jest już tak blisko. – powiedział z mocą Jackob

- Nie Jackob, myślę, że to właśnie najbardziej odpowiednia pora, żeby się bać…

- Musisz to zakończyć, tak jak tego chciałaś…masz szansę pomścić mamę.

- Wiesz…gdyby nie chęć zemsty…dawno bym stąd zwiała… – pokręciłam głową. Jackob i Jasper nic nie powiedzieli. Zgodnie wróciliśmy do naszych koni. Czekało nas poważne zadanie i nie mogliśmy teraz dać się porwać czarnym myślom.

***

Cały dzień spędziłam w siodle. Odwiedziłam baronową Silverglade i upewniłam się, że wszystko z nią w porządku. Oczywiście nie wspomniałam jej o porwaniu Elizabeth, żeby nie spanikowała. Szybko jednak opuściłam Winnice i zaczęłam jeździć po wyspie, żeby ostrzec przyjaciół. Byłam na Sosnowym Wzgórzu u Helen Sands, u młynarza Billa, kuchcika i piekarza, Meg mieszkającej w chatce u podnóża wzgórza Nlimera, u panny Kate, nauczycielki z Jarlaheim, staruszki, której pomogłam zbierać jabłka i wielu innych osób…Gdy przejechałam do Moorlnad na kolację byłam ledwo żywa, ale o dziwo mój kac minął. Rodzina Hofferów również wyglądała na zmęczonych. Nie wiem czy to przez upadł, czy przez nawał pracy w gospodarstwie, w każdym bądź razie nikt nie pytał się o moją nieobecność.

- O Lana, mam coś dla ciebie – przypomniał sobie nagle wujek – Powinien był ci to dać jakieś dwa tygodnie temu, ale ciągle nie było czasu, a ty gdzieś znikałaś…twoja mama przysłała list.

- Och, naprawdę? – zdziwiłam się. Przez ten długi czas moja własna matka stała się dla mnie bardzo odległą, prawie nierealną postacią.

- Tak, przepraszam, że nie dałem ci go wcześniej – podał mi pogiętą kopertę

- Nie szkodzi, to też moja wina. Po prostu nie było okazji – uśmiechnęłam się, biorąc od wujka kopertę

Wieczorem siedziałam przy biurku w moim pokoju i czytałam list od mamy przy lampce nocnej. Nie był długi, ale mama zawsze potrafiła krótko i zwięźle wyrazić o co jej chodzi. Ja raczej nie byłam w tym dobra. Trochę martwiła się, że byłam chora (oczywiście nikt nie powiedział jej, że prawie umierała na zapalenie płuc po nocnej kąpieli w morzu!) i prosiła mnie, żebym bardziej słuchała się cioci i wujka. Nawet żebym pogodziła się z Tori! To straszne, że ona tak mało wie…Cieszyła się, że dobrze jeździ mi się na Winterknigtcie i była zdziwiona, że to koń Greenlightów. Pytała się, czy nadal są tak napuszeni i pewni siebie, co rozbawiło mnie do łez. Napisała nawet, żebym uważała na syna Greenlighta, bo jeśli wdał się w ojca, mogę mieć z nim problem. Oj gdyby wiedziała jak wielki…Wszystko było napisane luźnym i swobodnym tonem, jakby wierzyła, że jestem zwykła nastolatką na obozie konnym na wsi, ale ostatnie zdanie zbudziło mój ukryty niepokój. Mama wie i przeczuwa, co tak naprawdę tu się dzieje, a to jedno zdanie świadczyło, że zna mnie lepiej, niż mi się wydawało. NIE UFAJ KSIĘDZU.

Nagle usłyszałam jakiś hałas za oknem. Podniosłam się z krzesła i wytężyłam wzrok. Przed bramą Moorland przejechało stado galopujących koni, a ich jeźdźcy mieli ze sobą płonące pochodnie. Krzyczeli, śmieli się i gwizdali. Przeszedł mnie dreszcz. Kto mógłby jeździć tak po nocy? Czyżby wyspiarski gang? Ledwo o tym pomyślałam, ruszyłam do drzwi. W biegu zakładałam tenisówki i bluzę. Nie miałam czasu przebierać się z piżamy. W korytarzu wpadłam na Jaspera.

- Ty też to widziałeś? – zapytałam

- Tak, to było bardzo dziwne, ale tylko jedna odpowiedź przychodzi mi do głowy…

- Gang Ericka – powiedzieliśmy jednocześnie

- Ale co oni mogą kombinować? Myślisz, że pomagają Sandsowi? – pytał Jasper, gdy po cichu zbiegaliśmy na dół

- Nie wiem, może planują jakiś głupi numer na własną rękę – syknęłam

Wyskoczyliśmy z domu i przemknęliśmy do stajni. Tam wpadliśmy na Rose, która szybko zakładała siodło Sunshine.

- Rosie, co ty tu robisz? – zdziwiłam się

- Nocowałam dziś w domku obozowiczek. Rozumiem, że też chcecie sprawdzić, co tam się dzieje?

- Oczywiście… – ja i Jasper wyszczerzyliśmy się jednocześnie

- Chodźcie, musimy się pospieszyć, żeby ich dogonić.

Szybko założyłam Winterknightowi siodło i razem z Jasperem wdrapaliśmy się na jego grzbiet. Wyjechaliśmy w trójkę w spokojną, cichą noc. Nasze Golden Trio w akcji. Cykanie świerszczy doskonale budowało napięcie. Wszędzie szukaliśmy śladu po jeźdźcach z gangu Ericka, ale wydawało się, że chłopaki rozpłynęli się w powietrzu. Zatrzymałam się zrezygnowana. Kręcimy się kółko.

- To na nic…zgubiliśmy ich – westchnął Jasper

- Cicho! – syknęła nagle Rose

Zamilkliśmy i wytężyliśmy słuch. Z oddali słychać było śmiech i rytualne bicie w bęben. Spojrzałam się dziwnie na Rose.

- To naprawdę gang Ericka? Skąd oni wzięli bęben?

- Jedziemy tam – Rose zebrała wodze i ruszyła do lasu, w stronę dziwnych odgłosów. Pojechałam za nią. Po jakimś czasie dotarliśmy do ukrytej polany. Zatrzymaliśmy się i zostawiliśmy konie z daleka od ognia, a sami podkradliśmy się bliżej do krzaków. Gangsterzy stali w wielkim kręgu i krzyczeli coś w rodzaju okrzyku bojowego. Kilku z nich waliło w wielkie bębny. Sceneria niepokojąco zaczęła mi przypominać jeden z moich snów…W tym momencie do środka kręgu wstąpił Erick. Jego drużyna powitała go wiwatami i oklaskami. Zaraz za nim do środka wepchnięto Williama. Wciągnęłam z sykiem powietrze. Czułam, że Rose i Jasper przyglądają się mi.

- Naprawdę chcesz to zrobić, Greenlight? Jesteś tego pewny? – zapytał rozbawiony Erick, rozciągając mięśnie

- Tak Erick, chce odejść z gangu – oświadczył odważnie Will. Nie widziałam jego twarzy, bo stał do nas tyłem.

- Uparty jesteś…wiesz, czym to grozi, prawda? – przywódca ściągnął skórzaną kurtkę i rzucił ją do Phila. Oczom zebranych ukazała się jego goła klata wyrzeźbiona w idealny kaloryfer – Gang jest jak rodzina, jak jeden organ. Nie można z niego tak po prostu odejść.

- Nie jesteście moją rodziną – wycedził

- Kiedyś uważałeś inaczej – przekrzywił głowę Erick – Mam ci przypomnieć jak przygarnęliśmy cię po tym jak obrabowałeś sklep w Jarleheim, jak karmiłem cię, bo głodowałeś i jak pozwoliłem ci spać w moim domu, kiedy ojciec cię bił? – ogień pochodni odbijał się w jego oczach, przez co wyglądał na bestię

- To prawda, zrobiłeś to, ale nie bezinteresownie. U ciebie wszystko ma swoją cenę Erick. Chciałeś ze mnie zrobić marionetkę, a ja nie mam zamiaru wiernie i ślepo za tobą podążać. – warknął Will, również zrzucając kurtkę

- Kiedyś ci to nie przeszkadzało, Willy – zaśmiał się drapieżnie – Ta miastowa tak cię zmieniła, co?

- Lany w to nie mieszkaj – zmrużył oczy, a moje serce zabiło szybciej. To przeze mnie Will tu stoi. Przeze mnie zdecydował się zerwać z gangiem.

- Nie, nic nie mów…kobiety potrafią nam facetom namieszać w głowach. Coś o tym wiem.

- Mówisz o imprezie i o tym jak pozwoliłeś, żeby Shylund, a potem Hoffer dały ci po gębie? – parsknął śmiechem Will

- Niemądrze rzucać w tej chwili takie uwagi, Greenlight – nastroszył się Erick

- Nie boję się ciebie, Erick.

- A powinieneś…bo jeśli chcesz odjeść z gangu, musisz mnie pokonać – skrzyżował ręce na piersi i stanął na szeroko rozstawionych nogach

- Czekam na to z niecierpliwością…

- Ja też… – uśmiechnął się dziwnie Erick – Brać go – wycedził i w tym momencie dwóch osiłków podskoczyło do Willa

- Co to ma znaczyć?! – chciałam się rzucić na pomoc, ale Rose i Jasper siłą ściągnęli mnie z powrotem w dół

- Co jest?! W co ty grasz, Erick?! – pieklił się Will

- Mówiłem ci, Willy, że kobiety potrafią nam facetom pomieszać w głowach, prawda? – Erick podszedł do Willa i pochylił się nad nim – A ty wybrałeś sobie moją kobietę. Nie wiesz, że kobieta szefa gangu jest świętością i nikt nie ma prawa jej ruszyć? – syknął, a mnie pociemniało w oczach. Tylko nie to…

- Dobrze wiesz, że Catalina rzuciła się na mnie, bo chciała się odegrać za Tori!

- I co mnie to obchodzi? Całowałeś się z nią. Żegnaj Willy, miło było cię poznać – poklepał go po plecach – Zwiążcie go i przywiążcie do Castora. Ten dziki ogier ma moc w kopytach… – zatarł ręce Erick

- Nie… – jęknęłam, ale wśród ogólnych krzyków i wiwatów nikt mnie nie usłyszał – Musimy go ratować! Zróbmy coś!

Spojrzałam się na Rose i Jaspera. Byli bladzi ze strachu. Jak wielką trzeba być bestią, żeby przywiązać człowieka do rozpędzonego konia?! Chciałam wstać, ale cała się trzęsłam. A więc to miał na myśli stary Earl mówiąc, że gangsterem jest się do końca życia…

 

Wyprawa do Doliny Złotych Wzgórz i rozmowa przy wiśniówce w Starym Opactwie…

10 wrz

W połowie drogi byłam tak zmęczona płaczem i podskakiwaniem w siodle w stylu szmacianej lalki, że musiałam się wziąć w garść. Z trudem zebrałam wodze i przywołałam rozbrykanego Winterknighta do porządku. Kiedy mój koń wrócił do spokojnego kłusa, mogłam wytrzeć oczy i przygotować się na spotkanie z rodzinką. Nie tak wyobrażałam sobie ten wieczór. Miałam wrócić do Moorland z Tori, stanąć przed wujkiem i ciocią, żeby z triumfalną miną pokazać im zbuntowaną, złą do szpiku kości pierworodną oraz patrzeć jak jej wściekli rodzice dają jej szlaban do pełnoletności. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że wrócę do domu sama i to jeszcze w tak żałosnym stanie. Zaraz zaczną się pytania typu „Co się stało?”, „Ktoś cię skrzywdził?”, a ja naprawdę nie mam ochoty na rozmowę. Prędzej zacznę znowu ryczeć niż udawać, że wszystko jest w porządku. Tego wolałabym jednak uniknąć. Właściwie to nie sądziłam, że zdrada Willa tak bardzo mnie poruszy. Chyba nie wiedziałam, ile dla mnie znaczy. Szczerze powiedziawszy to mój pierwszy chłopak tak „na poważnie”, moja pierwsza wielka…miłość? Już sama nie wiem, jak to nazwać. Bo jeśli to byłaby miłość, czy on mógłby mnie zdradzić? Cały czas przed oczami miałam scenę, gdy ta wiedźma Catalina wiesza mu się na szyi i całuje, jakby była rybą wyrzuconą na brzeg i nie mogła złapać oddechu. Czułam, że zaciskam ręce w pięści. Jak mogłam nie zauważyć wcześniej, że to taka żmija?! Przecież te wszystkie jej słodkie uśmiechy, komplemenciki, udawana, „siostrzana” przyjaźń…po co to wszystko? No chyba nie dla odbicia Willa, bo ja i on też od początku nie byliśmy zakochaną parą. Za jej działaniem musi się kryć coś więcej. Niemożliwe, żeby ktoś urządzał takie teatrzyk na próżno…Zanim jednak zgłębiłam się w moje rozważania, Winterknight niespodziewanie zatrzymał się. Rozejrzałam się zdezorientowana.

- Winterknight… – szepnęłam. Nie byliśmy w Moorland tylko w Fort Pincie, a mój achał tekin zatrzymał się przed drzwiami domu Kindergardenów. – Ty to jednak jesteś mądrym koniem, wiesz – westchnęłam, zsuwając się z siodła na ziemię – Dziękuję – przytuliłam go za szyję i ucałowałam w chrapy

Niech ktoś tylko mi powie, że zwierzęta to głupie, bezmyślne stworzenia! Winterknight dobrze wiedział, że nie mam ochotę na konfrontację z ciocią i potrzebuję miejsca, gdzie nikt nie będzie mi zadawał zbędnych pytań. Potrzebuję przyjaciela, któremu mogę się wygadać i który mnie pocieszy albo chociaż przytuli i posiedzi ze mną w milczeniu. Rosemarie jest odpowiednią osobą w takiej sytuacji. Skąd on wie takie rzeczy? To się chyba nazywa końska intuicja…

Weszłam na schodki i zapukałam nieśmiało. Nie mam pojęcia, która jest godzina, ale na pewno było późno. Mama zawsze mi powtarzała, że nie wypada składać wizyt w nocy, ale to była sytuacja kryzysowa. Potrzebowałam Rose…może to trochę egoistyczne z mojej strony, ale w tym momencie miałam to gdzieś. Wychyliłam się przez barierkę, żeby zajrzeć przez okno. W pokoju wspólnym paliło się przyćmione światło. Ktoś siedział przy stole. Przygryzłam wargę. Pewnie wszyscy już spali, Rose też. Jeśli mam choć trochę przyzwoitości…a kij mi w oko! Zapukałam drugi raz, tym razem bardziej zdecydowanie. Po drugiej stronie usłyszałam ciężkie westchnięcie i ktoś podniósł się z krzesła. Chwilę potem drzwi się otworzyły i stanęła przede mną głowa rodziny – pan Kindergarden. Nogę dalej miał w gipsie, chodził o kulach.

- Dobry wieczór – przełknęłam ślinę

- Dobry wieczór – odparł sennym głosem. Był blady i miał podkrążone oczy. Brak pracy w jego ukochanym sklepie i przymusowe zwolnienie zdrowotne zdecydowanie mu nie służyły. Za uchem miał zatknięty ołówek, a w ręku trzymał linijkę. Ziewnął i szybko zakrył dłonią usta – Przepraszam, że się spytam…może to dziwne pytanie, ale co tutaj robisz o tej porze, Lano? – oparł się na drzwiach i skrzyżował ręce

- Nie, nie…wcale nie dziwne pytanie, to ja jestem dziwna… – czułam, że policzki mi płoną – Ja tylko chciałam…jest Rose?

- Jest, wydaje mi się, że śpi…czy coś się stało? – zmarszczył brwi, lustrując mnie wzrokiem. Musiałam naprawdę kiepsko wyglądać, bo na jego twarzy widziałam litość.

- Ja tylko potrzebuję Rose… – wciągnęłam z sykiem powietrze, próbując się nie rozpłakać. Głos i tak lekko mi zadrżał, a oczy zaszły mgłą. – ale jeśli ona śpi, ja… – zaczęłam się wycofywać

- Poczekaj, nie śpi. Chyba jeszcze usypia Aleca. Wejdź, pójdę po nią – pan Kindergarden odsunął się, robią mi przejście

- Naprawdę? Nie chciałabym robić zamieszania.

- W porządku, nic się nie stało. Rose mówiła, że dobra z ciebie dziewczyna. Nie przychodziłabyś o takiej porze, gdyby to nie było naprawdę ważne. A co do konia… – zajrzał mi ponad ramieniem – przywiąż go do barierki. Zaraz zaprowadzę go do naszej stajni. Coś czuję, że zostaniesz tu do rana…

- Nie, mogę sama go zaprowadzić…

- Spokojnie, ja to zrobię. Muszę się przewietrzyć. Od tych cyferek kręci mi się już w głowie… – zaśmiał się lekko

Skinęłam głową i weszłam do domu. Pan Kindergarden wskazał mi kanapę i poszedł na górę po córkę. Wrócił po chwili i poinformował mnie, że Rose zaraz przyjdzie, po czym wyszedł na dwór, odprowadzić Winterknighta. Nagle usłyszałam wściekłe końskie rżenie. Zaklęłam pod nosem i zerwałam się z miejsca.

- Przepraszam, zapomniałam, że Winterknight nie toleruje obcych ludzi… – szybko podbiegłam i zabrałam wodze – Przepraszam – powtórzyłam widząc zaskoczoną minę pana Kindergarden – Zrobił panu krzywdę?

- Nie, nie tylko trochę przestraszył – mruknął, poprawiając koszulę – W takim razie chodź za mną.

Posłusznie ruszyłam za ojcem Rose, po drodze dając reprymendę mojemu ogierowi. Chociaż raz mógłby odpuścić. To dziwne, że Alex pozwolił się dotknąć już za pierwszym razem, a w takich sytuacjach zachowuje się jakby opętał go sam diabeł. Wracając do domu, zobaczyłam, że Rose stoi już na schodach. Była ubrana w białą koszulę nocną w wyblakłe kwiaty i miała zarzucony na ramiona brązowy pled, a lekko rozczochrane włosy świadczyły o tym, że przed chwilą wstała z łóżka. Wyglądała na wkurzoną i zniecierpliwioną, ale gdy tylko mnie zobaczyła, w jej oczach pojawiła się troska i współczucie.

- Lana, co się stało? – wyciągnęła ręce, a ja, jak małe dziecko po prostu rozpłakałam się i padłam w jej ramiona – Hej, nie może być aż tak źle… – przytuliła mnie mocniej przyjaciółka – Gdzie ty byłaś? Pachniesz ziemią i…

- Chciałam pomóc Tori…Erick planował jej zrobić krzywdę…ale na tej imprezie…Will…i Catalina…oni…

- Ciii…poczekaj, chodź na górę. Tam wszystko mi opowiesz – przygarnęła mnie ramieniem i kiwnęła głową do ojca na znak, że sobie ze mną poradzi

Pokój mojej przyjaciółki na wieży był najwyżej położonym pomieszczeniem w domu. W dzień było tu upiornie duszno, ale za to w nocy, gdy otworzyła wszystkie okna i zrobiła mały przeciąg, przyjemny, nocny chłód zamieniał to miejsce w raj na ziemi. Usiadłam na łóżku, a Rose przysunęła się do mnie na fotelu i zamieniła się w słuch. O tak, kto jak kto, ale Rose potrafi słuchać. Ani raz mi nie przerwała tylko ze skupioną miną przetwarzała informacje, które jej przekazywałam, a ja gadałam jakby ktoś nagle przełączył we mnie jakąś dźwignię. Na przemian z płaczem, śmiechem i czkawką opowiedziałam jej cały dzisiejszy dzień. Kiedy skończyłam, miałam wrażenie, że uleciała ze mnie cała energia i najchętniej zasnęłabym i obudziła się za 100 lat.

- Nie…Catalina i William?! To jakiś obłęd! – pokręciła szybko głową, jakby chciała wyrzucić tą informację z pamięci

- A dlaczego nie? – prychnęłam, podciągając kolana od brodę – Ona jest piękna…ma idealne wymiary, jakby to powiedzieli moi koledzy z Los Angeles, jest pewna siebie, potrafi uwodzić, pewnie dobrze całuje…

- Hej przestań się katować! – Rose pacnęła mnie w ramię – Jesteś sto razy lepsza od tej napuszonej gwiazdy. Ona i Tori są siebie warte, to wredne babska z okropnym charakterem, uroda to nie wszystko… Zresztą to nie o to chodzi! Will oszalał na twoim punkcie, wiem co mówię…nie wierzę, że tak po prostu cię zdradził… – wstała i zaczęła chodzić po pokoju z założonymi rękami

- Oboje byli pijani – warknęłam – W takim stanie jak oni można zrobić wszystko i niczego nie pamiętać na drugi dzień, uwierz mi – przewróciłam oczami – Po co on tam w ogóle poszedł…obiecał, że z nimi zerwie… – szybko starałam cisnące się do oczu łzy – Jestem taka głupia.

- Lana, sam fakt, że obiecał ci coś takiego to znak, że się zmienił – Rose podeszła do mnie szybko i położyła dłonie na moich kolanach – Popatrz na mnie. Jeśli Will sam z siebie postanowił zrezygnować z gangu dla ciebie to znaczy, że naprawdę zależało mu na tobie.

- I co z tego, jeśli poszedł na imprezę i obściskiwał się z Cataliną w stodole?! – strzepnęłam jej ręce – Pewnie miał nadzieję, że nikt się o tym nie dowie. Ups, nie udało się – burknęłam

- No pewnie, że miał nadzieję, że nikt się o tym nie dowie, bo Erick rozerwałby go na strzępy – parsknęła śmiechem Rose

- Śmieszy cię to? – jęknęłam – Zresztą nie ważne, bo Erick i tak ich zobaczył. Może mu dać po mordzie, nic mnie to już nie obchodzi. – rzuciłam się plecami na łóżko – Sama dałam mu z liścia. To też mnie nie obchodzi! Zasłużył sobie na to! – pociągnęłam nosem

- Gdyby cię nie obchodziło, nie ryczałabyś teraz – stwierdziła sucho Rose i położyła się obok mnie – Pomyśl logicznie. Może William nie poszedł na imprezę, żeby się zabawić tylko chciał pogadać z Erickiem. Napił się, bo przecież co to za impreza bez alkoholu – przewróciła oczami – a potem zły splot wypadków sprawił, że wylądował z Cataliną.

- Długo nad tym myślałaś?! – wybuchłam gorzkim śmiechem

- Nie skończyłam jeszcze – podniosła się do pozycji siedzącej i spojrzała mi w oczy z miną detektywa na tropie- Nie zastanawia cię, co Catalina robiła na tej imprezie? Jest gangsterką, dziewczyną gangstera czy kim do cholery?

- A czy to ważne? Obie wiemy, że Erick jest w niej zakochany, a ona… – potarłam zmęczone oczy

- Właśnie, a ona co? Niby mówiła, że nic do niego nie czuje, ale gdy zobaczyła go z Tori…sama mówiłaś, że wyglądała na zazdrosną.

- Słuchaj, jeśli byłaby zazdrosna o tego bezmózgiego mięśniaka, rzuciła by się z pazurami na Tori! A nie obściskiwała by się z pierwszym lepszym chłopakiem…

- Wiem, że to trochę głupie, ale może to był rewanż – podrapała się w brodę – W sumie Erick obściskiwał z Tori na jej oczach i kto wie, czy nie specjalnie. A jeśli Catalina chciała zastosować taką samą strategię? Chciała, żeby to Erick był o nią zazdrosny, a Will nawinął się przez przypadek…

- Rose…czy ty go bronisz? – usiadłam po turecku i spojrzałam jej w oczy – Przecież ten scenariusz nie trzyma się kupy – pacnęłam ją poduszką

- No dobrze, przyznaję, że szanse są bardzo małe… – burknęła urażona

- Po prostu muszę spojrzeć prawdzie w oczy…William to gangster, lekkoduch, imprezowicz i kobieciarz, a ja go nie zmienię – westchnęłam ciężko

- Może chociaż daj mu szansę się wytłumaczyć? – przygryzła wargę Rose, ale spiorunowałam ją wzrokiem

- Nie mam zamiaru z nim rozmawiać! Już jak na niego patrzę, robi mi się niedobrze! – przycisnęłam do piersi poduszkę, rozpłakałam się i skuliłam się na łóżku

- No już dobrze…płacz sobie, płacz…to czasem pomaga – Rose położyła się obok i przytuliła mnie do siebie. Przez chwilę leżałyśmy bez słów, a ja próbowałam zdusić spazmatyczny szloch. Gdy tylko zamknęłam oczy widziałam ich razem. Nie mogłam się pozbyć tego okropnego obrazu, który na nowo rozdzierał mi serce. Miałam ochotę pozabijać ich wszystkich…Willa, Catalinę, Ericka, Tori…Przyciskałam tak mocno poduszkę, że szybko przemokła. Moja przyjaciółka nic nie mówiła, tylko delikatnie głaskała mnie po ramionach i nuciła do ucha jakąś melodię.

- Lana…po co w ogóle pojechałaś na tą imprezę? – zapytała po jakimś czasie Rosie

- Chciałam uratować Tori – wydukałam

- I ostatecznie ją tam zostawiłaś?

- Ta małpa wcale nie chciała ratunku! Nie wiedziałam, że jest aż tak głupia…niech sobie sama radzi.

- Jestem z ciebie dumna, że mimo wszystko chciałaś ją ratować. Po tych wszystkich okropnych rzeczach, które ci robiła…

- Jestem za dobra, mam za miękkie serce i cierpię przez to! – jęknęłam – Przykład A!

- Czemu pojechałaś tam sama?

- Anastasia nie chciała jechać, a ja nie namawiałam jej, bo i tak dużo przeszła bo wizycie na Zapomnianych Polach…a Jasper wciąż nie ma konia.

- Chciałabym zobaczyć jej minę gdy zaczęły się te wybuchy. Musiała nieźle spanikować – zachichotała Rose

- Zupełnie oszalała. Błagam cię, nie pożyczaj jej już żadnych kryminałów…przyrzekam, że ostatni raz biorę ją na taką wyprawę. Jesteś zdecydowanie lepszym kompanem…no ale byłaś zajęta, opiekowałaś się bratem…

- A propos brata… – westchnęła Rose, słysząc płacz z pokoju na dole – Obudził się, muszę do niego iść. Nie chcę, żeby mama się obudziła – podniosła się szybko z łóżka – Zaraz wracam.

- Ten ząb jeszcze mu nie wypadł?

- Boi się go dotykać i nikomu na to nie pozwala – przewróciła oczami, szukając po omacku kapci – Od tego płaczu dostał gorączki…

- Weź go tutaj do nas.

- Jesteś pewna? – zmarszczyła brwi

- Taaa popłaczemy sobie razem. Jak byłam w jego wieku też strasznie bałam się wypadających zębów mlecznych. To był horror. Ojciec zamykał się w biurze, mama wychodziła do ogrodu, a mnie uspokajał lokaj i pokojówka. W końcu kucharz nie wytrzymał, podszedł mnie mnie i po prostu go wyrwał. Byłam w takim szoku, że przestałam płakać.

- Zaraz wracam – prychnęła Rose, nie komentując mojej odpowiedzi

Rzeczywiście po chwili wróciła z pochlipującym Alecem, który ściskał figurkę supermana.

- Hej bohaterze – kiwnęłam mu głową – Słyszałam, że dopadła cię przejściowa niemoc.

- Wcale, że nie! – zaseplenił – On się po prostu rusza…

- I myślisz, że jak go zostawisz, to za jakiś czas wszystko wróci do normy? – mruknęłam, a chłopiec energicznie pokiwał głową – Skąd ja to znam…

- Po prostu go wyrwij – jęknęła Rose

- Nie! – pisnął mały i odskoczył od siostry – Nie ruszaj…to boli… – rozpłakał się

- Nie rycz, bo zaraz ja będę płakać… – pociągnęłam nosem

- Ty nie masz powodu! – zawył mały

- Tak? Chłopak mnie zdradził, moja kuzynka pozwala się obracać gangsterowi i ściga mnie stary wariat, bo chce mnie zabić! I kto ma gorzej?

- Ząb mi się rusza! – zawołał, jakby to oświadczenie mogło tłumaczyć cały ból tego świata

- Myślisz, że ty głośno płaczesz? Zaraz zobaczysz jak ja płaczę…

- Ja płaczę najgłośniej! – tupnął nogą

- Nie prawda, bo ja! – zmusiłam się do płaczu

- Ja, ja, ja! – Alec wskoczył na łóżko i zaczął ryczeć najgłośniej jak mógł. Jego buzia zrobiła się czerwona z wysiłku. Zawtórowałam mu.

- Przestańcie oboje! Zwariowaliście?! – doskoczyła do nas Rose, ale ja tylko machnęłam ręką. Czekałam aż chłopiec otworzy buzię. Kiedy to zrobił, złapałam chusteczkę z pudełka i szybko, zanim któreś z nich zdążyło się zorientować, złapałam za ząb, przekręciłam w prawo i wyrwałam. Alec pisnął i zakrył buzię rączkami. Patrzył się na mnie rozszerzonymi ze zdziwienia oczami. Rose otworzyła buzię, ale nic nie powiedziała.

- Lepiej? – przerwałam ciszę

- Boli… – jęknął Alec

- Zobacz jaki ładny. Pewnie jutro przyjdzie do ciebie wróżka-zębuszka – uśmiechnęłam się do niego

- Mój ząb… – zbladł, patrząc na zakrwawioną chusteczką i błyszczący biały ząbek – Głupia jesteś! – krzyknął i pobiegł do wyjścia

- Alec, przepłucz buzię wodą z solą! Szklanka stoi na umywalce… – zawołała za nim Rose, ale Alec trzasnął tylko drzwiami. Moja przyjaciółka stała zbaraniała na środku pokoju. Chyba nadal nie wiedziała, co się stało.

- Jesteś dobrą siostrą Rose – stwierdziłam

- Czasem wydaje mi się, że za dobrą…oni doprowadzą mnie kiedyś do szału… – westchnęła i opadła na łóżko

- To jedziemy na jednym wózku…mamy dość niewdzięcznych facetów… – westchnęłam, odkładając chusteczkę z zębem na komodę

- Jesteś nienormalna – parsknęła śmiechem Rose – Co cię podkusiło, żeby mu wyrwać tego zęba?

- Taki impuls – wzruszyłam ramionami – Ważne, że pomogło.

- Wariatka… – skwitowała i położyła się na plecach

- Masz rację, jestem wariatką i przyciągam samych wariatów. Jackob, William…

- Jackob jeszcze się od ciebie nie odczepił? – zapytała niby lekkim tonem, ale widziałam jak się spina. Chyba muszę powiedzieć jej prawdę.

- Powiedziałam mu dobitnie co myślę o jego podrywach i chyba w końcu odpuścił…ale Ana powiedziała mi, że wczoraj zabrał ją na wzgórze Nlimera i razem patrzyli się w gwiazdy. No i podarował jej talizman z głową wilka…

- To jego zwierzęcy patron… – szepnęła ściśniętym głosem

- Właśnie… – pokiwałam głową – Szybko się otrząsnął. Mam nadzieję, że może w końcu się zdecydował… – mruczałam gniewnie, gdy usłyszałam pociągnięcie głosem – Rose! Ty chyba nie płaczesz?

- Nie… – szybko potarła nos – Oczy mi się pocą.

- Ach rozumiem…wzruszyłaś się tą romantyczną historią żywcem wyciągniętą z powieści – przedrzeźniałam Anę

- Tak, właśnie tak – zaśmiała się przez łzy moja przyjaciółka – Małpa…już ja jej pożyczę książkę… – rozkleiła się

- Rosie, on nie jest ciebie wart – przytuliłam ją – To zwykły podrywacz i casanova, jest nie stały w uczuciach, tylko złamałby ci serce…

- Już mi złamał serce…wiesz, że w tamtym tygodniu też wziął mnie na wzgórze Nlimera…i czytał mi jakieś durne hiszpańskie wiersze…a ja się tak cieszyłam, że coś rozumiem…

- Faceci to świnie! – stwierdziłam buntowniczo, a Rose rozpłakała się na dobre. Teraz obie ryczałyśmy. Nie mam pojęcia ile czasu.

- Wiesz co, ja złoże żelazne śluby… – mruczałam sennie, wtulona w ramię Rose – Żadnych facetów.

- Masz rację – szepnęła przez sen moja przyjaciółka

- Tak, tak…pójdziemy do zakonu. Wiesz Rose, to jest myśl. Ja będę siostrą Florencją jak moja zakonnica ze szkoły, a ty będziesz siostrą Rozalią.

- Lana…

- Nie? No dobrze, w takim razie założymy bractwo wojowniczek i będziemy zwalczać facetów. Będziemy jeździć na koniach jak Amazonki… – mruczałam co mi ślina na język przyniosła

- Lana…

- Co?

- Śpij już, co?

- Ok… – poddałam się i zamknęłam oczy. Miałam już dość wszystkiego. Sen to właśnie to, czego potrzebowałam.

***

Obudziły mnie ostre promienie słońca. Otworzyłam oczy i przeciągnęłam się na łóżku. Duszne, ciężkie powietrze wpadło przez otwarte na oścież okna i przytulny pokoik powoli zamieniał się w saunę. Podniosłam się, a Rose, która spała przytulona do mnie, przekręciła się na drugi bok.

- Jak ty możesz tu mieszkać? – westchnęłam – Już jestem spocona.

- Cóż…zwykle wstaję zanim słońce tutaj dotrze… – ziewnęła

- Więc która jest godzina?

- Nie mam pojęcia, ale chyba zaspałyśmy…

- Eee Rose? – zmarszczyłam brwi

- O Boże, zaspałyśmy! – poderwała się do góry – Wstawaj, powinnam być już w pracy w Moorland.

- Spokojnie, nikt ci nie urwie za to głowy – posłałam jej na wpół śpiący uśmiech – Poza tym o tej porze Jackob skoczył już sprzątać, więc się na niego nie natkniesz.

- Bardzo śmieszne – uśmiechnęła się kwaśno, zbierając w pośpiechu ubrania – Idę pod prysznic. Za pięć minut na dole. Śniadanie.

- Tak jest, pani generał – zasalutowałam, a Rose zniknęła w małej łazience

Rosemarie potrafił być szybka jak burza, więc równo po pięciu minutach wyskoczyła z łazienki. Ja też wzięłam szybki prysznic i dostałam od przyjaciółki koszulkę na przebranie, a ponieważ większość ciuchów miała w praniu, wygrzebała dla mnie podkoszulek z uśmiechniętą buzią pieska.

- Mam nadzieję, że będzie pasować… – mruczała pod nosem

- Tak, raczej pasuje, ale litości…skąd ty masz takie ciuchy w szafie? – jęknęłam, przeglądając się w lustrze

- Zostało mi jeszcze z czasów jak byłam mała…koszulka na awaryjne sytuacje, takie jak ta – uśmiechnęła się przepraszająco, szczotkując włosy

- Super – westchnęłam, ale nic więcej nie mogłam poradzić. Darowanemu koniu nie zagląda się w zęby, a lepiej chodzić w koszulce dla dzieci niż w brudnej i spoconej. I tak nie planuję się dziś z nikim spotykać…

Kiedy zeszłyśmy na dół nikt nie był zdziwiony moją obecnością. Pani Kindergarden pogłaskała mnie po głowie i uśmiechnęła się pocieszająco. To chyba nie możliwe, żeby tak szybko wiedziała, co się stało. Zanim zdążyłam coś powiedzieć nałożyła mi na talerz dużą porcję jajecznicy z szynką.

- Nie trzeba, pani Kindergarden, naprawdę. Wprosiłam się i…

- Cieszymy się, że jesteś Lano – powiedziała spokojnie mama Rose – Jedz póki gorąca. Jajecznica jest doskonała na złamane serce.

- Przepraszam? – obie z Rose zakrztusiłyśmy się sokiem

- Mamo, czy ty podsłuchiwałaś? – oburzyła się Rose

- Oczywiście, że nie… – zaprzeczyła pani Kindergarden

- Krzyczałyście tak głośno, że nie dało się spać… – burknął Steve, mieszając łyżką płatki kukurydziane

- Poza tym Alec wygadał resztę – dodał pan Kindergarden

- Alec… – ja i Rose spojrzałyśmy się na niego morderczym wzrokiem, a maluch wyszczerzył się w szczerbatym uśmiechu

- Dziękuję Lano, że wyrwałaś mu tego zęba. Bałam się, że głowy nam popękają od jego płaczu – powiedziała z ulgą pani Kindergarden

- Drobiazg – machnęłam ręką z uśmiechem – Polecam się na przyszłość – wzięłam kromkę chleba z koszyka podanego przez Rose

- Jedziesz ze mną do Moorland? – zapytała moja przyjaciółka – Twoja ciocia i wujek pewnie umierają z niepokoju.

- Obiecałam jej, że wrócę na noc… – przygryzłam wargę – ale nie mogę tam wrócić. Jeszcze nie teraz – ściszyłam głos, widząc jak pozostali domownicy próbują udawać, że nas nie słuchają

- Nie rozumiem – zmarszczyła brwi Rose

- Moorland będzie pierwszym miejscem, gdzie Will będzie mnie szukał, a ja nie mam ochoty z nim gadać – syknęłam

- I przez niego nie wrócisz do domu? To gdzie masz zamiar pójść?

- Pojadę do Valedale – odparłam po chwili namysłu – Alex miała jechać do Doliny Złotych Wzgórz. Co prawda powiedziała, że skontaktuje się ze mną, kiedy będzie gotowa, ale ja trochę to przyspieszę.

- Jesteś pewna?

- Tak…powiedz Jasperowi co się stało, żeby się o mnie nie martwili, ale nie mów, gdzie pojechałam. Nie chcę, żeby ktoś mnie szukał. Muszę pobyć sama.

- W porządku… – mruknęła Rose, ale jej zmarszczone brwi mówiły mi, że wcale jej się to nie podobało – Myślisz, że wyprawa z Alex do Doliny Złotych Wzgórz jest bezpieczna? Zwłaszcza jeśli jedziecie tam po to, o czym myślę…

- Nie, nie będzie bezpiecznie, ale muszę zrobić coś ryzykownego, bo zwariuję…Alex jest druidką, Elizabeth nie puściłaby jej, gdyby istniało zagrożenie. Damy radę, Rosie.

- Jak wrócisz od razu zamelduj się u mnie. Obiecujesz? – spojrzała na mnie poważnie

- Oczywiście – wyszczerzyłam się

- Czyli widzimy się na kolacji? – zapytała wesoło pani Kindergarden

- Mamo! – jęknęła Rose

- Nie podsłuchiwałam, przysięgam! – powiedziała z uśmiechem jej mama, ale do mnie puściła oczko – To co wolicie? Kurczaka czy naleśniki?

***

Po szybkim śniadaniu z rodziną Kindergardenów obie z Rose wyruszyłyśmy w drogę. Pani Kindergarden oczywiście wepchnęła nam prowiant na drogę, czyli wielkie buły z szynką. Podziękowałam jej grzecznie, a ona przytuliła mnie i Rose, życząc miłego dnia. To było takie kochane…zawsze kiedy tu przyjeżdżam, pani Kindergarden traktuje mnie jak córkę. Na szczęście inni domownicy nie mają nic przeciwko i też wydają się mnie lubić. Rozstałyśmy z Rose na zakręcie do Doliny Moorland. Ona obiecała, że nic nie powie o mojej wyprawie, a ja, że wrócę cała w jednym kawałku. Było już późno, więc na drodze pojawiło się więcej ludzi, ale nigdzie nie widziałam Willa, Tori albo Ericka, co wzięłam za dobry omen. Wybierałam oczywiście rzadko uczęszczane dróżki i skróty, więc przejazd do Valedale minął mi w mgnieniu oka. Alex znalazłam w domu Angusa. Siedziała na gangu z twarzą zwróconą ku Słońcu. Miała zamknięte oczy i szeroki uśmiech. Wydawało mi się, że szepcze jakieś słowa. Siedziała po turecku w luźnej płóciennej sukni i rozpuszczonych włosach. Nie wiedziałam, czy mogę jej przeszkodzić, ale zanim się odezwałam, druidka sama otworzyła oczy i spojrzała na mnie wesoło.

- Lana, co tutaj robisz?

- Przyjechałam po ciebie. Jedziemy do Doliny Złotych Wzgórz?

- Tak szybko? – zdziwiła się

- Szybko? Myślałam, że zależy nam na czasie.

- Coś się stało, prawda? Wczoraj na imprezie – spojrzała na mnie przenikliwie

- Możemy o tym nie gadać – westchnęłam, unikając jej spojrzenia

- Ok – powiedziała po chwili namysłu – Jedziemy. Poczekaj tu chwilę, powiem Angusowi. – podniosła się i zniknęła w chatce. Zanim zdążyłam się obejrzeć wróciła z przewieszoną przez ramię torbą. Może jednak przygotowywała się na moją wizytę. Angus przydreptał za nią, podpierając się laską. Przystanął na schodkach i z pogodnym uśmiechem patrzył, jak wsiadamy na konie.

- Bądźcie ostrożne. Sands wie, że bursztyny są w Dolinie Złotych Wzgórz, więc też może po nie pojechać.

- Damy radę, dziadku – zawołała wesoło Alex – Wyprzedzimy go i wrócimy przed zmrokiem. A jeśli go spotkamy, damy mu nauczkę.

- Oby nie… – mruknęłam – Podejrzewam, że jeśli go spotkamy, to będzie z Sabine, a ja nie mam ochoty na konfrontację.

- Będę się modlił do Morrigan i Brigit o waszą bezpieczną podróż – skinął głową Angus – Powodzenia.

Podziękowałyśmy i ruszyłyśmy w drogę. Alex jakby podświadomie wyczuwała, że przed czymś (a raczej przed kimś!) uciekam, wybrała ścieżkę, która nie prowadziła do centrum Srebrnej Polany, tylko je okrążała. W milczeniu przejechałyśmy cwałem przez pola i dopiero wtedy wkroczyłyśmy na drogę do Winnic Srebrnej Polany. Nie byłam jeszcze w Dolnie Złotych Wzgórz, więc posłusznie trzymałam się Alex i nie wyprzedzałam jej. Druidka nie zwalniała. Ominęłyśmy zakręt i wzgórze, na którym leżał pałacyk baronowej i jej stadnina. Wybrałyśmy dolną drogę u podnóża góry wzdłuż pól winogronowych.

- Elizabeth pojechała z Sebbusem? – zapytałam, chcąc przerwać napiętą chwilę milczenia

- Aha, wczoraj w nocy – odparła lekkim tonem Alex – Conrad pojechał z nimi, żeby eskortować ją w dzień.

- Więc nie widziałaś się z nią przed wyjazdem?

- Nie, ale zdążyła przekazać mi wszystkie instrukcje. Nie bój się, tym razem tego nie zawalimy.

- Chodziło mi o to, że się nie pożegnałyście – mruknęłam, zanim ugryzłam się w język. Alex zmarszczyła lekko brwi.

- Elizabeth nigdy się za mną nie żegnała – powiedziała poważnie

- Przepraszam, nie powinnam tego mówić – spojrzałam na nią kątem okna. Nie wyglądała na urażoną.

- Nie ma za co przepraszać – zaśmiała się – Moja relacja z Elizabeth nie jest zwykłą relacją matki i córki, chyba już to zauważyłaś.

- Rzadko ze sobą rozmawiacie – podsunęłam

- Tak, to też – kiwnęła powoli głową – Ona jest dla mnie bardziej Najwyższą Kapłanką niż matką… – powiedziała i przeszła do galopu. Zaskoczona też zwolniłam. – Traktuję ją z szacunkiem, bo jest przywódcą naszego plemienia. Jest dla mnie tak samo ważna jak dla reszty Strażników Aideen. Może powinna być mi bliższa, bo jest moją matką, osobą, która mnie urodziła, ale…czuję do niej takie samo przywiązanie jak do innych sióstr i braci z Valedale. To chyba nie jest normalne, prawda? – spojrzała na mnie uważnie

- Pytasz się mnie o zdanie? – zdziwiłam się

- Tak, liczę się z twoją opinią, bo ci ufam – zmarszczyła brwi

- Wow…to jest wielki postęp z twojej strony. Ty pytasz się mnie o zdanie w jakieś sprawie…

- Och daj spokój, bo się rozmyślę – puknęła mnie ze śmiechem w kostkę

- Cóż, wydaje mi się, że ty i Elizabeth kochacie się…ale nie wyrażacie tego w taki sposób jak inni. Martwiła się o ciebie i nie chciała cie puścić do Doliny Złotych Wzgórz, prawda?

- Po prostu nie chciała, żebym znowu coś popsuła. Te bursztyny są bardzo ważne, bo tylko one i onyks zostały „na wolności”.

- Bzdura…martwiła się o nas. Nie chce, żebyśmy się w to mieszały, bo jej matka zginęła przez Sandsa. Boi się, że skończymy tak samo.

- Tym razem musi się udać – Alex mówiła z taką pewnością, że aż poczułam się lepiej – A teraz twoja kolej, powiedz mi, co się stało na tej imprezie. Udało ci się uratować kuzynkę?

- Właściwie to nie wiem… – przyznałam – Odciągnęłam ją od Ericka, ale wtedy zobaczyłam Catlinę i Willa…całowali się…byłam w szoku…zrobiłam mu awanturę i odjechałam. Nie wiem, co się potem stało z Tori.

- Och Lana…tak mi przykro – szepnęła zmartwiona druidka – Byliście taką ładną parą.

- Błagam cię, tylko nie mów, że nie wierzysz, że on mógłby to zrobić – zaśmiała się gorzko

- Wcale tak nie myślę. Mógł to zrobić i zrobił. Zapłacił za to wysoką cenę, bo stracił ciebie. – westchnęła ciężko Alex – Tylko wiesz…ludzie robią mnóstwo głupich rzeczy, których potem żałują. Sama jesteś w tym mistrzynią. Nie mów, że nie? – spojrzała na mnie wymownie

- Chcesz mi powiedzieć, że mam mu wybaczyć?

- Nie od razu oczywiście, niech chłopak pocierpi! – zaśmiała się – Ale on cię kocha Lana i dobrze o tym wiesz. Poza tym on i Catalina nie pasują do siebie. Ja tego zupełnie nie widzę! – skrzywiła się, a ja wybuchłam śmiechem

- Ja tylko boję się tego, że to nie pierwszy i ostatni raz. Nie zniosłabym, gdyby całował się tak z każdą dziewczyną na imprezie, a do mnie wracał jak do stabilnej przystani i mówił za każdym razem „Jeden pocałunek nic nie znaczy” – wyrzuciłam z siebie swoje obawy

Alex spojrzała się na mnie, uśmiechając się smutno. W jej oczach widziałam współczucie, gdy wychyliła się i złapała mnie za rękę.

- Tego nie mogę ci zagwarantować, ale zastanów się…sama mówiłaś, że wydaje ci się, że Erick planuje wykorzystać twoją kuzynkę. Może nie tylko ona była ofiarą czyjegoś planu. Zobaczysz, że jeszcze wszystko się ułoży i pogodzicie się – puściła do mnie oko

- Skąd taka pewność? Jesteś jasnowidzem czy co? – prychnęłam

- A skąd! Ja nie… – parsknęła, siadając wygodniej na końskim grzbiecie – ale właściciele bursztynu mają taką moc… – dodała, posyłając mi przez ramię psotny uśmiech

- Żartujesz sobie? To też druidzi? – wytrzeszczyłam oczy

- Nie, nie należą do naszego celtyckiego plemienia…To bliźniaki. Właściwie to nie mamy pojęcia, skąd one się tam wzięły, ale muszę cię ostrzec…są dość nietypowe.

- Co to znaczy?

Alex nie odpowiedziała tylko przyspieszyła. Ściągnęłam wodze i zaczęłam ją gonić, krzycząc, żeby zwolniła. Droga, którą jechałyśmy powoli zaczęła zmieniać się w aleję wielkich dębów i klonów. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że wszystkie liście były intensywnie pomarańczowe, złote i czerwone oraz spadały przy każdym podmuchu wiatru, a mimo to na gałęziach wciąż było ich mnóstwo. Tak, tak, tu był wiatr! Sceneria wyglądała na typowo jesienną, a przecież dopiero koniec sierpnia.

- Co to jest do diabła? – rozglądałam się w koło

Na trasie wysypano równą warstwę białych, małych kamieni, na których końskie kopyta stukały miarowo. Przy drodze leżały zgrabione liście i żołędzie. Na końcu alei, przy żelaznej bramie zdobionej motywem kiści winogron, czekała na mnie Alex.

- Witaj w Dolinie Złotych Wzgórz, krainie wiecznej jesieni – uśmiechnęła się szeroko i popchnęła bramę, która bez skrzypnięcia otworzyła się na oścież. Pojechałyśmy dalej spokojnym kłusem.

- Niesamowite…nie wiedziałam, że coś takiego w ogóle jest możliwe. To miejsce powinno być wpisane na listę cudów świata. – mówiłam zafascynowana

- Nikt o tym nie wie. Mieszkańcy nie mówią o tym miejscu poza Jorvik.

- Dlaczego?

- Nie chcemy rozgłosu. Zwłaszcza, że ta anomalia ma prawdopodobnie związek z działalnością Strażników Aideen.

- To przez wasze czary?

- Angus mówił mi, że w starych kronikach jest zapisek o tym, że to stary Meriadok stworzył taką krainę przed swoją śmiercią.

- Ciekawe…a macie tu też krainę wiecznej zimy?

- Tak, Północna Przełęcz. Podobno są też krainy wiosny i lata, ale co do nich nie mamy pewności, bo część ksiąg spłonęła podczas najazdu Sandsa, a Rada Starszych nie zdążyła ich rozpracować. Niektórzy druidzi twierdzą, że kraina wiosny to Urodzajne Hrabstwa, a kraina lata to Zapomniane Pola, ale wciąż są o to spory. Legenda mówi, że Meriadok po śmierci kazał rozrzucić swoje prochy w czterech różnych częściach wyspy i to właśnie są owe magiczne krainy, w które tchnął życie. Ten kto odnajdzie wszystkie cztery ołtarze i odprawi na nich rytuał podczas czterech pełni, ten otrzyma specjalną, sekretną moc Meriadoka. Wielu ambitnych druidów się na to skusiło. Jak dotąd nikomu się nie udało.

- Hmm chyba wiem, co będziesz robić, kiedy skończymy sprawę z Sandsem – uśmiechnęłam się do niej porozumiewawczo

- O tak, zajmiemy się tym w następne wakacje – zaśmiała się, a ja poczułam ukłucie w sercu. Wakacje powoli się kończą. Już niedługo będę musiała opuścić wyspę Jorvik. Jak ja to przeżyję?

- Miałaś mi coś powiedzieć o tych bliźniakach – przypomniało mi się

- Ach tak, chciałam cię przygotować, żebyś się ich nie przestraszyła. To dziwaczne dzieci.

- Dzieci są właścicielami bursztynu druidów? – zdumiałam się

- To nie są zwykłe dzieci. Wyglądają na 12 lat, ale zachowują się, jakby mieli 60. Mało mówią, a jeśli już się odezwą to przeważnie zadają dziwne pytania albo mówią o swojej wizji. Mieszkają sami w wielkim domu w środku miasta. Wiem, że to trochę nienormalne. Ich rodzice zmarli jakiś czas temu w niewyjaśnionych okolicznościach, a oni zaskakująco dobrze sobie radzą z życiem. Mieszkańcy traktują ich trochę jak takie lokalne bóstwa. Elizabeth nigdy nie mi tego nie powiedziała, ale podejrzewam, że oni…nie są do końca ludźmi, jeśli wiesz o co mi chodzi… – dodała szeptem, a mnie przeszły ciarki po plecach.

- Powiedzmy, że wiem… – chrząknęłam

- I nie przejmuj się, jeśli będą się na ciebie gapić bez słowa. To u nich normalne. – dodała, a ja skinęłam głową, coraz bardziej się denerwując – Zobacz, to oni! Czekają na nas na rozstaju dróg – kopnęła mnie w kostkę

Spojrzałam przed siebie. Na drodze czekała na nas dwójka dzieci, siedząca na identycznych, kasztanowych kucykach. Rodzeństwo było rude i oprócz tego, że chłopiec miał krótkie włosy, a dziewczyny długie do ramion, byli jak dwie krople wody. Rysy twarzy, wzrost, postawa…trochę upiorny widok. W dodatku te oczy…wielkie, szaro-zielone oczyska wpatrzone w nas jak lufa pistoletu w cel. Oni chyba nawet nie mrugali…brr! Aż zrobiło mi się zimno.

- Witajcie, jestem Alex Sunbeam, a to moja przyjaciółka Lana Shylund. Przyjechałyśmy odebrać bursztyn. Najwyższa Kapłanka przesyła też wiadomość – druidka przywitała się z uśmiechem i wyjęła z torby zwinięty pergamin zapieczętowany celtyckim węzłem

Bliźnięta jednak nie ruszyły się z miejsc i dalej nas obserwowała. Ani jeden mięsień na ich twarzach nie drgnął. Przełknęłam ślinę. Winterknight nerwowo przebierał kopytami. Chwila niezręcznej ciszy przedłużała się, a ja czułam, że wybuchnę pod intensywnością ich spojrzeń. Te dzieciaki przypominały mi dwa, wymalowane posągi. Zerknęłam na Alex, która wyglądała na spokojną. Jak ona może to znosić? Już miałam coś do niej powiedzieć, gdy bliźniaki poruszyły się. Chłopiec wziął ostrożnie list od Alex i podał go siostrze, lecz ta go nie otworzyła.

- Widzieliśmy w wizji, że dziś nas odwiedzicie. Czekaliśmy na was – powiedział chłopiec – Jestem Connor

- A ja Cornelia – nawet nie zauważyłam, kiedy dziewczynka podjechała do mnie i wzięła mnie za rękę. Wzdrygnęłam się zaskoczona – Dobrze, że do nas przyjechałaś Lano Shylund. W ostatnim momencie. – powiedziała z przejęciem

- Tak? Niby czemu? – przełknęłam ślinę

Bliźniaki spojrzały się na siebie i uśmiechnęły się jednocześnie. Może porozumiewają się telepatycznie?

- Wiszą nad tobą ciemne chmury, Lano. Zło jest coraz bliżej. Musisz na siebie uważać. Finałowa walka jest coraz bliżej – powiedziała na jednym wydechu, a ja wytrzeszczyłam na nią oczy

- A może przejdźmy już do waszego domu? – chrząknęła Alex – Nie będziemy się przecież wymieniać na drodze. Sands i Sabine mogę nas śledzić.

Bliźnięta znowu na siebie spojrzały i bez słowa ruszyły przed siebie, w stronę wioski. Spojrzałam na Alex. Wzruszyła ramionami, tak samo zdezorientowana jak ja i ścisnęła boki Mishland, która wolnym krokiem powlokła się za gospodarzami. Życie w miasteczku Doliny Złotych Wzgórz było dość spokojne i ciche. Ludzie po prostu pracowali w swoich sklepach lub na polach, od czasu do czasu słychać było strzępek jakiejś rozmowy. Dzieci prawie wcale tu nie było, a te, które tu mieszkały siedziały na plaży i łowiły ryby. Żadnego hałasu, ruchu, miejskiego harmidru charakterystycznego dla rynku głównego. W Jarlaheim czy Srebrnej Polanie taka cisza byłaby nierealna. Tutaj wszyscy wyglądali na ospałych, przymulonych. Dziwnie się na to patrzyło. Dom bliźniaków rzeczywiście stał w środku rynku. W Srebrnej Polanie w tym samym miejscy stałby pewnie ratusz. Dzieciaki zatrzymały się przed wejściem i przywiązały konie do specjalnego drążka, więc ja i Alex zrobiłyśmy podobnie.  Niski, szeroki, kwadratowy domek zbudowany w orientalnym stylu sprawiał wrażenie oderwanego od rzeczywistości. Weszłyśmy za gospodarzami po drewnianych schodkach. Zauważyłam, że po obu stronach zbudowano spore oczka wodne z kolorowymi rybkami i kamienne ławeczki. Czułam się coraz dziwniej. Jedna z ryb wypłynęła na powierzchnię i spojrzała na mnie. Przyrzekam, że puściła do mnie oko! Tego było za wiele! Przysunęłam się do Alex i złapałam się kurczowo rękawa jej sukni. Druidka spojrzała na mnie z ukosa i stłumiła śmiech. Pewnie wyglądałam śmiesznie, bo zaczęłam panikować jak Anastasia, ale nie czuję się komfortowo w tym miejscu…ten dom i te dzieciaki mnie przerażają. Rodzeństwo odsunęło zgodnie przesuwane, cienkie drzwi i weszło do środka. Ruszyłam za nimi, ale Connor zatrzymał mnie na progu.

- Chcesz wejść czy wolisz stać na zewnątrz? – przekrzywił głowę, a ja zdębiałam. To jakiś test?

- Buty… – szepnęła Alex i dopiero teraz zauważyłam, że gospodarze zdjęli na progu swoje klapki. Czułam, że robię się czerwona, gdy pospiesznie ściągałam sztyblety. Druidka jednym ruchem zrzuciła swoje skórzane trzewiczki i wskoczyła lekko do domu. Gospodarze w milczeniu przeprowadzili nas przez cały dom na taras. Stąd roztaczał się piękny widok na plażę i morze. Zauważyłam, że na tarasie czeka już niski stół zastawiony półmiskami z pysznymi, aromatycznymi potrawami. Zanim jednak dobrze się wszystkiemu przypatrzyłam, bliźniaki usiadły po turecku na poduszkach na podłodze i obróciły się w stronę morza. Alex pociągnęła mnie za ramię i szybko poszłyśmy w ich ślady.

- Pomedytujmy chwilę przed posiłkiem – poprosiła cicho Cornelia

- Przepraszam, ja nigdy… – chrząknęłam zmieszana

- To bardzo łatwe – przerwała mi spokojnie Cornelia – Zamknij oczy, oczyść umysł ze zbędnych myśli i wsłuchaj się w głosy, które cię otaczają. Poczekaj aż napięcie, lęk i niepokój zniknie. Uwolnij się od złych emocji.

- Nie wiem, czy ja potrafię – mruknęłam, patrząc się dyskretnie na Alex. Przyjaciółka od razu zamknęłam oczy, usiadła po turecku i z uśmiechem poddała się medytacji.

- Oczywiście, że potrafisz. Jesteś Eponą – odparła Cornelia

Otworzyłam usta, żeby zapytać się o konkrety, ale zrezygnowałam. Chyba nie powinnam się kłócić z ta małą o rzeczy, które nie do końca rozumiem. Westchnęłam, zamknęłam oczy i po prostu pozwoliłam sobie na chwilę relaksu. Słuchałam w ciszy szumu wiatru, delikatnego dźwięku dzwonków, pluskających ryb i własnego oddechu. Słońce przyjemnie świeciło mi w twarz, a ja w końcu zaczęłam się odprężać. Nagle poczułam jak ktoś delikatnie bierze moje dłonie i kładzie na nich coś chłodnego. Otworzyłam oczy. Obok mnie klęczała Cornelia, a w moich dłoniach leżały bursztynowe klipsy. Dziewczynka uśmiechała się do mnie radośnie.

- To są wasze bursztyny. Dzięki nim możemy porozumiewać się ze zwierzętami i przyrodą. Przez tyle lat nauczyliśmy się już tego na pamięć, więc bez żalu się z nimi rozstajemy – oznajmiła spokojnie – ale ty Lano Shylund… – pochyliła się w moją stronę, przybliżając swoją twarz do mojej – ty ich potrzebujesz, żeby obudzić w sobie moc Epony. Ona jest w tobie i czeka aż ją odkryjesz – szeptała, a ja coraz bardziej odsuwałam się do tyłu aż w końcu przewróciłam się na łokcie. Wtedy dziewczynka wróciła do swojej pozycji, a ja ciężko dysząc spojrzałam na Alex.

- Załóż je – powiedziała cicho druidka, a ja posłusznie wykonałam polecenie. Kiedy tylko klipsy dotknęły moich uszu, poczułam dziwny przypływ energii. Fala ciepła rozeszła się po moim ciele, a mnie zakręciło się w głowie.

- Wszystko w porządku? – Alex z troską odgarnęła mi grzywkę z czoła

- Chyba tak… – kiwnęłam niepewnie głową

- Wszystko w porządku – powiedziała pewnie Cornelia

- Teraz możemy zasiąść do stołu. Nasza misja została wykonana – powiedział uroczyście Connor, wstając z poduszki i zapraszając nas gestem do jedzenia – Kapłanko Słońca, Epono…

Nie byłam pewna, czy mogę to jeść bez obaw, ale nagle poczułam, że jestem głodna. Zwłaszcza po tym, jak nas zatytułował. Mimo moich obaw Alex wyglądała na spokojną, więc ja też postanowiłam się niczym nie przejmować. Uznałam, że to spotkanie nie może być już bardziej dziwne, ale bliźniaki nie są raczej groźne. Coś się jednak zmieniło, oni coś mi zrobili. Siedząc tu na trasie wszystko wydawało mi się bardziej wyraźne, żywe…śpiew ptaków, szum trawy i wody…nawet te ryby, które jak się okazało przepływały obok tarasu, zdawały się coś do mnie mówić. Mogłam sobie pomyśleć, że oszalałam, ale tajemnicze uśmiechy jakimi wymieniali się gospodarze i Alex mówiły mi, że to dopiero początek dziwnych rzeczy w okół mnie…

***

Po posiłku Cornelia i Connor przynieśli z domu tajemnicze pudełko i powiedzieli Alex, że przekazują Najwyższej Kapłance to, o co prosiła. Moja przyjaciółka najwyraźniej była na to przygotowana, bo pudełko pasowało jak ulał do torby, którą ze sobą wzięła. Nikt go nie otworzył, więc postanowiłam nie wyrywać się przed szereg i nie pytać się, co w nim jest. Nawet nie mam gwarancji, że by mi odpowiedzieli. Przy pożegnaniu bliźnięta powiedziały, że mogę ich odwiedzać tak często, jak będę potrzebować. Zapraszali mnie też na wspólną medytację. Podziękowałam grzecznie za zaproszenie, ale wątpię, żebym wróciła tu sama. To miejsce za bardzo mnie przeraża. Kiedy w końcu przejechałyśmy przez żelazną bramę Doliny Złotych Wzgórz, poczułam, jakby uleciało ze mnie całe napięcie. Odetchnęłam głęboko i poprawiłam się w siodle.

- Było aż tak źle? – zachichotała Alex, obserwując mnie uważnie

- Wiesz, nawet nie wiem jak to określić…było bardzo dziwnie. Ta atmosfera, ci ludzie…nie czułaś się przytłoczona tym wszystkim. Jakby życie tam było nierealne, jakbyśmy przekroczyły jakąś dziwną granicę i czas płynął wolniej czy coś…

- Dziewczyno, ale ty masz wyobraźnię! – parsknęła śmiechem

- No co? – zarumieniłam się – Skoro magia istnieje, to czemu strefy czasowe miałyby być fikcją. Może to brama do świata równoległego albo… – przerwałam, bo Alex skręcała się ze śmiechu – Uważaj, bo pękniesz! – burknęłam urażona, ale jej śmiech był tak zaraźliwy, że nie mogłam długo się gniewać

- Przepraszam, przepraszam… – westchnęła rozbawiona i wytarła łzy – Muszę to powiedzieć Angusowi. Zapomniałam, że ludzie tak reagują na pobyt w miejscu o dużym napromieniowaniu magicznym.

- Że co?!

- Ojej mówiłam ci, że według legendy część prochów z ciała Meriadoka jest rozrzucona po krainie wiecznej jesieni. To sprawiło, że teren jest naładowany magią w najczystszej postaci. Pierwszy przywódca naszego plemienia był potężnym druidem. Ta ziemia jest uświęcona. Prawie jak Valedale, ale jeszcze bardziej. Zwykli ludzie czują się trochę przytłoczeni atmosferą tego miejsca, ale to jedno z najbezpieczniejszych miast na naszej wyspie. Ja też dziwne się czułam, kiedy pierwszy raz tu przyjechałam…ale nie byłam tak roztrzęsiona jak ty.

- Aż tak było widać? – zrobiło mi się głupio

- Wyglądałaś jak biedny, wystraszony jelonek – uśmiechnęła się pobłażliwie

- Dziwisz mi się? Te bliźniaki, a zwłaszcza Cornelia zdecydowanie przekraczały moją przestrzeń osobistą.

- Ostrzegałam, że są dziwne – wzruszyła ramionami – Nie bój się, nie zrobią ci krzywdy. Tego jestem pewna.

- Co oni ci dali? – odważyłam się zapytać. Alex wahała się chwilę, ale w końcu przełamała się.

- Przesyłka dla Elizabeth. Broń na Sandsa – odparła krótko – Sama nie wiem, co tam się dokładnie znajduje…zabroniła mi otwierać – dodała szybko. Zauważyłam, że zacisnęła szczęki i zmrużyła lekko oczy. Była zła, że matka jej nie ufała, ale nic nie mogła na to poradzić.

- Alex, czy te klipsy rzeczywiście aktywowały we mnie jakąś moc? O co chodziło z tą Eponą?

- Tego najbardziej się bałaś, co? – uśmiechnęła się półgębkiem – Wszystko jest w porządku. Mówiłam ci kiedyś, że Epona to celtycka bogini koni. Wybrała cię na swoją kapłankę, więc dobrze dogadujesz się z końmi. Te bursztynowe klipsy otworzyły ci drzwi do nowych możliwości, ale to nie znaczy, że z dnia na dzień zaczniesz rozmawiać z rybami! Tak, widziałam co tam kombinujesz…Po prostu będzie ci łatwiej odsunąć tą cienką zasłonę między tobą a przyrodą, wzmocni się twój instynkt, przeczucia, sny…czasem ci się to przyda. Drzewa potrafią ostrzec przed różnym niebezpieczeństwem, bo widzą wszystko. Leśne zwierzęta też ci chętnie pomogą, bo będą widziały w tobie kapłankę Epony. To wszystko.

- Wszystko? Mówisz to z takim spokojem, a dla mnie to akcja jak książki fantasy… – pokręciłam głową

- Nie wiem, co to książka fantasy – zmarszczyła brwi

- Nie musisz, ale wiedz, że idealnie nadajesz się na bohaterkę takiej książki – prychnęłam

- Z czasem będzie ci łatwiej. Spokojnie, nie dostaniesz całej mocy tak na pstryknięcie. Ja cały czas uczę się korzystać z mojej mocy kapłanki Słońca.

- A jeśli oddam te kolczyki…

- To nic nie zmieni. Brama została otwarta. – powiedziała poważnie

- Jakie to metaforyczne, Alexandrine – uśmiechnęłam się półgębkiem

- Właśnie wiem…nieźle to powiedziałam, nie? – wyszczerzyła się do mnie. Nie mogłam się powstrzymać i parsknęłam śmiechem. Z Alex nie da się być poważną!

Droga do Valedale minęła nam w doskonałym humorze. Po drodze wstąpiłyśmy jeszcze do Winnic Srebrnej Polany. Zameldowałam baronowej, że przygotowania do zawodów idą pełną parą, co bardzo ją ucieszyło. Było zresztą widać, że jest w o wiele lepszym stanie niż parę dni temu. Leżała w salonie na swojej pikowanej leżance i kazała lokajowi się wachlować, co znaczyło, że stan psychiczny wracał do normy. Znów była opryskliwa i władcza.

- Rozumiem, że weźmiesz udział w moich zawodach? – powiedziała na odchodnym

- Słucham? – odwróciłam się w drzwiach. Czy ja się przesłyszałam?!

- To chyba oczywiste, że weźmiesz udział. Pomagasz je organizować, całe wakacje ciężko trenujesz, jesteś całkiem dobrym jeźdźcem, więc po prostu musisz. Nie, nie, żadnych ale! – podniosła władczo rękę – Nie wierzę, że nie chcesz naszego pucharu – uśmiechnęła się przebiegle – Może to nie to samo, co turniej w Los Angeles, ale zapewniam cię, że znajdziesz tu godnych rywali. Zresztą wpisałam cię już na listę.

- Nie prosiłam o to… – syknęłam

- Myślę, że Charlie byłaby dumna, gdybyś przywiozła puchar – rzuciła lekkim tonem. Zagotowało się we mnie. Jak może posługiwać się mamą, żeby mnie zmusić do zawodów?! Patrzyłam przez chwilę w jej zimne, błękitne oczy i przez chwilę zastanawiałam się, po co ona to robi? Ma jakiś ukryty cel, żeby wepchnąć mnie na listę zawodników? Może od początku całe to organizowanie było zwykłą przykrywką, żeby wciągnąć mnie w jej plan. Earl miał rację, że to podstępna żmija. Nie wiem, o co chodzi Lorelaj, ale teraz jest już za późno, żeby się wycofać.

- W porządku, spróbować każdy może – wzruszyłam ramionami po chwili milczenia

- Nie masz mi nic do powiedzenie? – uniosła zdziwiona brwi

- Co na przykład? Zdałam relację.

- A może tak zwykłe „dziękuję”? – zasugerowała, a ja musiałam włożyć dużo wysiłku w to, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Co za paranoja…

- To się jeszcze okaże, czy jest za co – wycedziłam. Na ustach Lorelaj zadrgał kpiący uśmieszek, ale szybko się opanowała i odprawiła mnie skinieniem ręki. Wymaszerowałam głośno tupiąc w kamienną posadzkę.

Szybko odwiozłyśmy z Alex bursztynowe kolczyki i tajemnicze pudełko. Zadowolony Angus zabrał nas do kamiennego kręgu i ukryliśmy zdobycze tak jak pozostałe klejnoty.

- Dobra robota, jestem z was dumny i Elizabeth na pewno powie to samo, gdy wróci – oświadczył

- Mam nadzieję – westchnęła Alex

- Zostaniesz na kolacji, Lana? – zapytała wesoło Angus

- Chciałabym, ale obiecałam Rose, że zamelduję się po powrocie. Poza tym wypadałoby pojawić się w domu… – mruknęłam zmieszana

- Tak, oczywiście, twoja rodzina na pewno się martwi. – pokiwał głową Angus – Kiedy Elizabeth wróci, zwoła zebranie w kamiennym kręgu. Byłoby dobrze, gdybyś też się pojawiła.

- Przyjadę po ciebie – zaoferowała się Alex

- Jasne, byłoby super – uśmiechnęłam się, wsiadając z powrotem na konia – Do zobaczenia!

- Do zobaczenia! I niech Morrigan ma cię w swojej opiece! – pożegnali mnie

Jadąc do Fortu Pint uśmiech nie schodził mi z twarzy. Nasza misja zakończyła się sukcesem, Sands i Sabine nam nie przeszkodzili, zdobyłam jakieś dziwne, nowe moce…cóż za piękny dzień. Nucąc wesoło „Eye of Tiger” minęłam stare opactwo i skierowałam się w stronę mostu do Fortu. Już prawie na niego wjeżdżałam, gdy zobaczyłam JEGO. Will i Moonpearl pojawili się właśnie na drugiem końcu. Zrobiło mi się zimno. A jednak mnie szukał! Pojechał nawet do Rose! Niedoczekanie jego…nie będę z nim rozmawiać! Szybko nawróciłam konia, ale niestety blondyn zdążył mnie zauważyć.

- Lana! – krzyknął z drugiego końca i przyspieszył

Niech to szlag…spięłam Winterknighta i pognałam cwałem w przeciwnym kierunku. Obróciłam się przez ramię. Will się nie poddawał!

- Lana, zatrzymaj się! Musimy pogadać! – darł się

- Spadaj, złożyłam żelazne śluby! Nie mamy o czym gadać! – odkrzyknęłam

- Że co zrobiłaś?! Stój! Wysłuchaj mnie! – Greenlight gonił mnie, a od desperacji w jego głosie serce zabiło mi mocniej

- Nie! Czasu nie cofniesz! Wiem, co widziałam!

- Shylund do cholery! Stój!

- Po moim trupie! – usiadłam w półsiadzie, przygotowując się do naprawę szybkiego cwału – Dobra Winterknight, pokaż na co się stać. Wyszalej się za wszystkie czasy – mruknęłam do mojego achał-tekina

Dwa razy nie trzeba mu było powtarzać! Winterknight poleciał jak strzała, gdy tylko popuściłam wodze. Położyłam się na jego szyi, kurczowo trzymając się grzywy i wodzy. Skręciliśmy w drogi na pola. Może i William był dobrym jeźdźcem, ale jego Moonpearl nie była przyzwyczajona do przełajowej jazdy jak Winterknight. Po jakimś czasie zaryzykowałam i obróciłam się ostrożnie za siebie. Dalej siedzieli nam na ogonie! W znacznej odległości co prawda, ale jednak!

- Uparty, głupi blondyn! – wydarłam się, świadoma tego, że ludzie w polu przestają pracować i patrzą się na ten pościg z głupawymi uśmiechami. Oj, dostarczymy nowej porcji plotek, nie ma co…

- Zawzięta, durna miastowa! – odpowiedział

- Goń ją Greelight, goń! Jak ją zgubisz, całe twoje wymarzone, rajskie życie pójdzie w pizdu! – krzyknął jakiś młody rolnik

- Rajskie?! Człowieku, przez tą babę ściągam sobie na głowę piekło! Ta durna miastowa doprowadza mnie do szewskiej pasji!

- Nikt ci nie każe za mną gonić! Jeśli jestem taka trudna i kłopotliwa to idź sobie do Cataliny! Z nią nie będziesz miał żadnych problemów! I na pewno nie będzie cię doprowadzać do szewskiej pasji! – odparowałam. Niektórzy chłopcy zaczęli gwizdać i klaskać

- Nic nie rozumiesz Shylund! Jeśli facet jest gotów przejść przez piekło dla dziewczyny, to chyba coś znaczy!

- Tak? Chcesz piekło?! Dobra, nie będę cię oszczędzać! Wio, Winterknight! – cmoknęłam

Tym razem już się nie patyczkowałam. Skakałam przez deski, wjeżdżałam w kopy siana i skakałam przez rzekę. Objechałam dookoła wzgórze i wyskoczyłam przed starym opactwem. Zmęczona i przyparta do muru, przeskoczyłam przez bramę. Zatrzymałam się gwałtownie i zeskoczyłam na ziemię. Nogi miałam jak z waty i lał się ze mnie pot. Prawie krzyknęłam ze strachu, gdy wpadłam na ojca Dominika, który wychodził zza domu. Ja może nie krzyknęłam, ale ksiądz owszem. Nawet podskoczył!

- Lana?! A niech to wszyscy święci…wszystko w porządku?! – złapał się za serce i poprawił słomiany kapelusz. Patrzyłam się na niego przez chwilę ciężko dysząc. Cała szatę miał umorusaną w ziemi, a na ramieniu miał oparty szpadel. No i był tak samo spocony jak ja. Przez chwilę wyobraziłam sobie duchownego zakopującego zwłoki za domem.

- Nie no to jakaś paranoja… – zaśmiałam się nerwowo

- Lana, co się dzieje? – złapał mnie za ramię

- Goni mnie – śmiałam się dalej

- Kto?! – wytrzeszczył oczy i zbladł – Już? Teraz?

- William mnie goni – zaśmiałam się głupkowato

- Co? Greenlight? – skrzywił się

- Tez myślę, że to idiotyczne… – wytarłam pot z czoła – Schowa mnie ksiądz? – bezskutecznie starałam się opanować drżenie

- Eee…tak, oczywiście – odparła zakłopotany – Wejdź do środka. – popchnął mnie w stronę domu, rozglądając się podejrzliwie – To powiesz mi, co się stało? – mruknął, odstawiając szpadel przy drzwiach. Wskazał mi miejsce przy stole. Z wdzięcznością osunęłam się na ławę.

- To jest takie śmieszne…że aż głupie – dalej się śmiałam i nie mogłam przestać – Nie wiem, czy ksiądz chce o tym słuchać.

- Ależ chcę, mnie możesz powiedzieć wszystko – uśmiechnął się dobrotliwe, krzątając się nerwowo po domu. Zabawne, że był prawie tak zdenerwowany jak ja. A przecież to mnie ktoś gonił! Prawda? – Proszę bardzo, napij się kompotu. Wiśniowy, własnej roboty.

- Dziękuję! – wypiłam duszkiem całą szklankę. Zakręciło mi się w głowi, ale poczułam się lepiej. – Zacznijmy od tego, że on mnie zdradził.

- Ooo to okropne, paskudne z jego strony. Zdrada to zła rzecz. – pokiwał głową i sam nalał sobie kompotu

- Właśnie, ksiądz jako duchowny powinien to potępić – mruknęłam, pijąc drugą szklankę – Z ambony! A wszystko zaczęło się od tej głupiej imprezy i od tego, że chciałam zgrywać bohaterkę… – jęknęłam

Zanim się obejrzałam opowiedziałam duchownemu całą historię, a nawet więcej. Oboje wypiliśmy też cały dzbanek kompotu…i wicie co, humor poprawił mi się jak nie wiem co!

- Wie ksiądz, dobry ten kompot – obróciłam w ręku szklaneczkę – Ksiądz to zawsze dobre rzeczy robi…jakiś tajny składnik?

- Domowa wiśniówka – zaśmiał się głupkowato, a ja zdębiałam

- Nie…nie! Ksiądz mnie po prostu upił. I sam siebie przy okazji! – chciałam, żeby to zabrzmiało jak wyrzut, ale zaczęłam się śmiać – Księdzu w ogóle wolno pić?

- To sytuacja kryzysowa, pocieszam młodą niewiastę po zdradzie ukochanego…to co mówiłaś o tych bursztynach?

- Ach tak…dziś z Alex zabrałyśmy te bursztyny z Doliny Złotych Wzgórz tuż przed Sandsem! Ale będzie miał minę! To ostatni klejnot!

- Został jeszcze onyks – przypomniał ksiądz

- Onyks! – uderzyłam się w czoło – Zapomniałam powiedzieć Alex, że wiem, gdzie on jest!

- Wiesz, gdzie…wiesz gdzie jest onyks?! – zakrztusił się duchowny

- Tak, wpadłam na to niedawno! Zupełnie sama! – pochwaliłam się – Muszę powiedzieć o tym…

- Zaczekaj! – ojciec Dominik złapał mnie mocno za nadgarstek – Gdzie on jest?

- W starym zajeździe…wie ksiądz, tym nawiedzonym. Kiedyś należał do rodziny Hawk. Pan Hawk musiał ukryć kamień w ścianie, a ja go wyczułam, bo jestem druidką, wie ksiądz? To znaczy…ja wiem, że to takie pogańskie i…chyba mnie ksiądz nie przeklnie, prawda?

- Nie, nie skądże znowu dziecino… – poklepał mnie po ręce, ale patrzył gdzieś przed siebie – Niesamowite…był tam przez cały czas…stary lis nic nie powiedział…

- Że co? – zmrużyłam oczy. Coraz bardziej kręciło mi się w głowie.

- Lana, wiesz, że to ostatni kamień i Sands go teraz szuka – spojrzał mi w oczy – Musisz go zdobyć, żeby to wszystko zakończyć!

- Tak, tak – przytaknęłam energicznie – Właśnie chcę iść do Alex i powiedzieć jej o tym… – chciałam wstać, ale ksiądz znowu ściągnął mnie na ławę

- Po co Alex, możesz zrobić to sama.

- Nie mogę – pokręciłam powoli głową – To niebezpieczne, Sands i jeździec w czarnej pelerynie mnie złapią…

- Nie Lana, nie, ja ci pomogę – obiecał żarliwie. Widziałam, jak na jego czoło wstępują kropelki potu – Razem go zdobędziemy i pokonamy Sandsa, co? Wszystko co musisz zrobić to jechać do zajazdu, zabrać klejnot i przywieźć go mnie…

 

O wyprawie na Zapomniane Pola i imprezie w gangsterskim stylu, gdzie wbijają mi nóż w serce…

03 wrz

Nie wiem jakim cudem, ale rano obudziłam się we własnym łóżku. Nie pamiętam, jak się tu znalazłam, więc musiałam zasnąć. Czy to znaczy, że William sam mnie tu przyniósł? A co z Winterknightem? I czy ciocia z wujkiem nas widzieli? Jeśli tak, to teraz zaczną się pytania…Przeciągnęłam się z jękiem i opadłam z powrotem na poduszki. A niech to kaczki zdepczą…jak mięciutko…po trzech nocach spędzonych poza domem i spaniu w niewygodnych, dziwnych miejscach, stare, rozchybotane łóżko mamy z twardym materacem wydaje się hotelowym łóżkiem. Za poduszką natrafiłam na puchatą głowę mojego miśka Teodora.

- Tu jesteś! – uśmiechnęłam się sennie i przytuliłam maskotkę. Był moim Strażnikiem Snów od dziecka. Na czwarte urodziny mama zabrała mnie do gigantycznego sklepu z zabawkami i pozwoliła sobie wybrać prezent, a ja pierwsze co zauważyłam to brunatny miś w sztruksowych spodenkach na szelkach i uroczą czapeczką. Co prawda tylko ta półka była w zasięgu mojego wzroku i wzrostu, ale to była miłość od pierwszego wejrzenia. Porwałam miśka na ręce i nie chciałam go już puścić. Pani z kasy musiała nawet wyjść zza lady, żeby zczytać kod z metki. Po wyjściu ze sklepu poszłyśmy na moje ulubione czekoladowo-miętowe lody. Mama starała się jak mogła, żeby wynagrodzić mi nieobecność ojca, który jak zwykle miał ważny wyjazd, wtedy, gdy go potrzebowałam. Co mnie obchodzi, że jest prawnikiem z międzynarodową sławą? Jestem jego córką, a widziałam go tylko w przelocie albo wtedy, gdy chciał ze mną „poważnie” porozmawiać.

- Nazwę go Teodor – oznajmiłam poważnie mamie, pałaszując lody

- Dlaczego Teodor? – mama też starała się być poważna

- Bo to takie męskie imię, a on musi ważny, bo będzie moim strażnikiem. Będzie moim Strażnikiem Snów, a inne potwory muszą się go bać. Teodor to odpowiednie imię – pokiwałam głową

- Tak, myślę że tak… – przyznała mama z uśmiechem

Mimo, że się uśmiechała, wydawało mi się, że ma smutne oczy. Teraz już wiem, że ona wiedziała, że boję się ciemności, ale nie było jej przy mnie w nocy…nie mogła, bo była w pracy. Miała nocne zmiany w hotelu. Pokojówka kładła mnie spać i zawsze wyłączała światło, bo mówiła, że ono tylko by mnie rozpraszało i nie zasnę. A jak tak bardzo się bałam…zaczęło się od gwałtownej, okropnej burzy, która trwała do rana. Pamiętam, jak pociłam się pod kołdrą, opatulona po czubek głowy. Bałam się nawet wystawić nos, płakałam…ale nikt mnie nie słyszał. Ani mamy, ani taty nie było w domu…nie było ich przy mnie. Teodor był moim uosobieniem strażnika, takiego anioła stróżka. Pomagał mi przez wiele lat…ale teraz, gdy tuliłam do siebie wyblakłą maskotkę, już bez czapeczki (zgubił ją na koloniach), czułam, że już go nie potrzebuję. Wtedy w nocy, gdy przytuliłam się do Willa, czułam się przy nim tak bezpiecznie. To zabawne jak ukochana osoba może w krótkim czasie pomóc pozbyć ci się lęków. Teraz to Will jest moim Strażnikiem Snów. Popatrzyłam na miśka uśmiechając się ze wzruszeniem.

- Chyba czas przejść na zasłużoną emeryturę, stary – westchnęłam. Ucałowałam go w naderwane ucho i ostrożnie posadziłam u wezgłowia łóżka. Patrzyłam jeszcze chwilę w jego mądre, ciemne, guzikowe oczy. Próbowałam zrozumieć, że właśnie w tym momencie zakończyłam etap dzieciństwa i weszłam na wyższy level, gdzie czekał na mnie chłopak, paczka przyjaciół…i kłopoty z Sandsem. Właśnie, Sands! Zostały dwa tygodnie do końca wakacji! Musimy znaleźć te dwa kamienie! Nie wyjadę z Moorland, jeśli nie dokończę tej sprawy. Trzeba jakoś przyspieszyć poszukiwania. Odrzuciłam kołdrę i wyskoczyłam z łóżka. Zebrałam rzeczy i pobiegłam pod prysznic. Elizabeth mówiła, że onyks, ostatni klejnot, który „rozpłynął się w powietrzu” powinien być w Zapomnianych Polach. Pojadę tam i sama rozeznam się w sytuacji. Może druidzi mają swoje magiczne sposoby, żeby zdobyć informacje, ale ja też potrafię wyciągać prawdę. Przecież ci ludzie nie mogą być tacy źli…nawet jeśli żyją na totalnym odludziu.

W podskokach zbiegłam po schodach i wpadłam do kuchni zjeść szybkie śniadanie. Już z góry czułam zapach pysznych serowych tostów wujka Marsusa. To specjalność zakładu, że tak powiem. Wkroczyłam do kuchni z szerokim uśmiechem. Ku mojemu zaskoczeniu przy stole siedziała tylko ciocia Betty, popijając świeżo wyciśnięty sok pomarańczowy i rozwiązując krzyżówki.

- Dzień dobry ciociu – powiedziałam wesoło

- Lana… – oderwała wzrok od krzyżówki i spojrzała na mnie z mieszaniną smutku i ulgi – Jednak jesteś…

- Oczywiście, że jestem – parsknęłam śmiechem – Choć nie wiem do końca, jak znalazłam się w łóżku – nalałam sobie soku i rzuciłam się na tosty

- William cię przywiózł – chrząknęła, patrząc się w stół tępym wzrokiem

- Tak? – zastygłam z tostem w dłoni. Ciekawe jak się wytłumaczył. Chyba nie powiedział, że zasnęłam na cmentarzu przytulona do jego boku.

- Tak, powiedział, że zasnęłaś na ognisku u starego Earla i postanowił odwieźć cię do domu…bo dawno tu nie byłaś – burknęła z kpiącym uśmiechem

- Och, ciociu… – przełknęłam głośno ślinę – Chyba powinnam się wytłumaczyć…

- Powinnaś, moja droga – syknęła i spojrzała się na mnie groźnie. Jej wzrok płonął. Teraz przypominała mi trochę wściekłą Tori. Przynajmniej wiem, po kim moja kuzynka ma takie mordercze spojrzenie. – Czy ty i Greenlight…to coś poważnego? – zapytała nieśmiało

- Tak, jesteśmy razem – pokiwałam głową, a na moich ustach pojawił się krzywy uśmieszek, kiedy zobaczyłam szok na twarzy cioci

- Nie rozumiem…czemu wszystkie dziewczyny od Hofferów tracą głowę dla rodu Greenlightów – pokręciła głową – Wrócimy do tego, ale teraz powiedz mi, gdzie byłaś przez dwie ostatnie noce.

- Mówiłam już wujkowi…właściwie to oboje z Jasperem… – zaczęłam się jąkać

- A wcześniej? Czemu zniknęłaś pierwszy raz? – nie ustępowała

- Pokłóciłam się z przyjaciółmi…musiałam przemyśleć parę spraw… – mruknęłam

- Myślałam, że uciekłaś, tak jak twoja matka… – westchnęła ciocia po chwili milczenia – Bałam się, że przez nas uciekłaś bez słowa do Los Angeles. W dodatku przez nas! Lano… – ciocia złapała mnie za rękę – Chcę, żebyś wiedziała, że ani ja, ani wujek nie obwiniamy cię o sprawę z Jasperem. W tej sytuacji po prostu puściły nam nerwy, byliśmy przerażeni, bałam się, że już więcej go nie zobaczę…Rozumiem, że Sands chciał nas zastraszyć, żeby wujek, radny i pani burmistrz zaprzestali swoich działań. To nie była twoja wina.

- Dziękuję ciociu, ale to była moja wina – prychnęłam z kpiącym uśmiechem. Gdyby tylko wiedziała o wszystkim. O poszukiwaniu kamieni, o mojej współpracy z druidami i ochronie baronowej przed Sandsem…sama by mnie odesłała do Los Angeles najwcześniejszym promem.

- Lana, spójrz na mnie – poprosiła łagodnie – Tori i Jasper są moimi dziećmi, kocham je i jak każda matka będę ich broniła i zrobię wszystko, żeby nie stała im się krzywda, ale ty też jesteś moją rodziną. Jesteś siostrzenicą mojego męża. Tyle lat czekałam, żeby cię poznać osobiście, żebyś nas odwiedziła…i nie wiem, jak to się stało, ale w tak krótkim czasie stałaś się dla mnie ważna jak druga córka. Martwię się o ciebie, odchodziłam od zmysłów, kiedy nie wracałaś kolejną noc do domu. Tak bardzo przypominasz w tym Charlie…nie można cię nie kochać, ale ta miłość sprawia ból. Zawsze podziwiałam twoją mamę, zanim jeszcze została moją szwagierką. Była najpopularniejszą dziewczyną na wyspie. Wszystkie nastolatki chciały być takie jak ona, każdy chciał być jej przyjacielem. Ona też traktowała wszystkich jak swoich przyjaciół, ale nikomu nie pozwolił się do siebie zbliżyć. Oprócz Lorette, Elizabeth i Lucasa, nikomu nie udało się przekroczyć tej subtelnej granicy do jej magicznego świata… – zaśmiała się gorzko – ale i tak cała wyspa płakała, gdy zniknęła bez śladu. Wiesz, że z tobą byłoby prawdopodobnie tak samo? – spojrzała na mnie poważnie, a ja nie wiedziałam, co powiedzieć – Nie rób mi tego więcej Lana, proszę cię – zrobiła błagalną minę

- Dobrze ciociu…przepraszam, nie wiedziałam… – mówiłam oszołomiona. Ciocia Betty przytuliła mnie do siebie mocno, jakby chciała sprawdzić, czy naprawdę tu koło niej siedzę. Po chwili niezręcznego milczenia odsunęłam się od niej. – Muszę już iść, umówiłam się z Aną – wymyśliłam szybką wymówkę

- Idź, idź, korzystaj z wakacji… – uśmiechnęła się smutno – Tylko wróć do domu na noc. Nie pytam cię, gdzie byłaś i co tam robiłaś, bo pewnie i tak mi nie odpowiesz – przygryzła wargę – ale po prostu wróć…tu jest twój prawdziwy dom. – powiedziała dobitnie, a mnie zrobiło się ciepło na sercu.

- Wiem, dziękuję – uśmiechnęłam się promiennie. Niestety ciociu, tego wieczoru będę prawdopodobnie ratować twoją niewdzięczną córkę z łap niebezpiecznego gangstera. Tego oczywiście nie mogłam jej powiedzieć. Dopiłam sok, wzięłam niedokończonego tosta i wyszłam z domu. Poszłam szukać Rose, ale okazało się, że moja przyjaciółka nie przyszła dziś do pracy. Jej młodszy braciszek dostał histerii, bo ząb mu się rusza, pani Kindergarden musiała iść do pracy, więc Rose musiała z nim zostać. Poszłam więc do Amazon Girls znaleźć Anastasię. Z kimś muszę się podzielić moim pomysłem podróży do Zapomnianych Pól! Jeździła spokojnie po ujeżdżalni, ale kiedy mnie zobaczyła podjechała do płotu z szerokim uśmiechem.

- Nie macie dziś porannego wyścigu? – zapytałam, siadając na barierce

- Nie, Catalina się spóźnia, więc wszystkie na nią czekamy. Ale ja i tak zrobiłam już jedną rundkę…tak profilaktycznie – odparła Ana, zeskakując na ziemię – Dobry koń… – poklepała z czułością Bluewave

- No, no, widzę, że zmieniasz się w buntowniczkę – zaśmiałam się – Tego bym się po tobie nie spodziewała.

- Uważam po prostu, że to głupie. Nie możemy się ruszyć, dopóki Catalina nam nie pozwoli. Jest przewodniczącą naszego klubu, ale nie może nas kontrolować. Przyszłyśmy tu pojeździć, a nie słuchać jej rozkazów. Bawi się nami, jak prywatną armią. – zmarszczyła gniewnie brwi, a ja otworzyłam buzię ze zdziwienia. Nie sądziłam, że Ana kiedykolwiek zdobędzie się na jawną krytykę kogokolwiek. Zawsze jest taka miła i kochana i (przepraszam, że to powiem) udaje głupiutką, wesolutką blondyneczkę. Chyba rzeczywiście nie znam jej prawdziwego oblicza. Może dlatego Rose jej tak nie lubi? Bo zna prawdziwą Anastasię.

- Nie patrz się tak na mnie – zaśmiała się zażenowana – Czuję się, jakbyś robiła mi prześwietlenie – zarumieniła się

- Przepraszam, ja tylko…myślałam, że lubisz Catalinę i jej polecenia. Zawsze marzyłaś, żeby dostać się do Amazon Girls.

- Bo wyglądam na osobę, którą można łatwo sterować, co? – spojrzała na mnie kpiąco, wprawiając mnie tym w jeszcze większe osłupienie – Prosiłaś mnie, żebym miała na oku Catalinę i Tori, więc mam, ale czym bardziej je obie obserwuję…tym bardziej myślę, że nie są takie święte. – skrzywiła się

- Wow…jestem z ciebie dumna, naprawdę. Nadajesz się na detektywa. Niesamowite…czy to książki Agathy Christie tak cię zmieniły? – byłam coraz bardziej ciekawa jej metamorfozy

- E tam, nikt mnie nie zmienił – machnęła ręką i wyciągnęła z kieszeni marchewkę dla Bluewave – Chyba zawsze taka byłam, tylko ktoś musiał to we mnie odkryć…

- Od jak dawna buntujesz się i jeździsz na samotne wycieczki? – skrzyżowałam ręce

- Już od jakiegoś czasu… – posłała mi figlarny uśmiech, a ja wyszczerzyłam się w odpowiedzi

- Moja krew… – pokiwałam głową – Dobrze ci się z nią jeździ, co? – pogłaskałam klacz fryzyjską po chrapach

- Obłędnie! – pisnęła podekscytowana, wracając do swojego zwykłego sposobu bycia – Świetnie cwałuje, ma taki równy i płynny chód. Wciąż nie wierzę, że jest moja. Tak po prostu!

- Ona też cię kocha – odparłam z pewnością

- Powiedziała ci to? – zaśmiała się Ana

- Może… – przechyliłam głowę. Jeśli Alex ma rację to znaczy, że potrafię rozmawiać z końmi. A może tylko z Winterknightem mam taką więź? Klacz mrugnęła do mnie okiem, a ja drgnęłam zaskoczona. Czyżby właśnie potwierdziła, że dobrze myślę?

- Co masz zamiar dziś robić? Spotkasz się z Willem? – zapytała nagle Ana

- Z Willem? Nie…nie wiem…zwykle się nie umawiamy. Samo tak wychodzi, że na siebie wpadamy – wzruszyłam ramionami

- Wczoraj na ognisku wymknęliście się tak po cichu jak para kochanków… – zaćwierkała radośnie – Gdzie poszliście? – poruszyła wymownie brwiami

- Will pokazał mi pewne ważne dla siebie miejsce.

- Wziął cię na stary cmentarz!? – zakryła dłonią usta, a jej oczy błyszczały z przejęcia

- Ciebie też? – zmarszczyłam brwi

- Nie, no coś ty…po prostu wszyscy wiedzą, że to miejsce Greenlighta, gdzie chowa się przed całym światem. Taka jego kryjówka, bezpieczna przystań. Kiedy chodził na wagary, nauczyciele zawsze wiedzieli, gdzie jest, ale…czasem po prostu pozwalali mu tam zostać, żeby się wyciszył.

- Rozumiem…

- Ale fakt, że cię tam zabrał, znaczy, że jesteś dla niego bardzo ważna – Ana złapała mnie za ręce – Otworzył się przed tobą.

- Wiem, powiedział nawet, że zrezygnuje z bycia gangsterem.

- O mój Boże… – Ana wyglądała, jakby miała zemdleć z nadmiaru emocji – Przecież to jest lepsze od Wichrowych Wzgórz, bo dzieje się w realu…mam tu pod nosem własny zakazany romans…

- Ana, Ana, nie krzycz tak – złapałam ją za rękę, widząc, że niektóre klubowiczki patrzą się dziwnie w naszą stronę

- Przepraszam, za dużo emocji… – zaczęła wachlować się koszulką – To jeszcze lepsze od tego, co zrobił Jackob…

- A co on zrobił? – zmarszczyłam brwi

- Och słuchaj, bo to też jest iście romantycznie… – uśmiechnęła się rozmarzona i oparła się o płotek – Wczoraj po ognisku postanowiłam wrócić do Srebrnej Polany i pomóc Kate pakować się, bo dziś rano ma się przenieść do domu, który tata kupił dla nas w Forcie Pint. Pojechałam tam i siedziałyśmy z Kate na piętrze do późna, pakując rzeczy do kartonów aż tu nagle słyszę jak ktoś śpiewa po hiszpańsku. W pierwszym momencie myślałam, że to z radia, ale Kate też to słyszała i była zdziwiona, kto śpiewa o takiej porze na dworze pod jej domem. Była pewna, że to jakiś pijany facet z karczmy. Wyszłyśmy na balkon, spojrzałam w dół, a tam stał Jackob. Miał w ręku czerwoną różę i gdy tylko mnie zobaczył, zaczął recytować kwestie z Romea i Julii…Byłam tak wzruszona! Od razu pobiegłam do niego na dół i rzuciłam mu się w ramiona. Jackob dał mi różę, pocałował mnie przy Kate i zapytał, czy może mnie odwieźć do domu. Kate zgodziła się pod warunkiem, że naprawdę pojadę do domu. Chyba też była oczarowana jego zachowaniem. Pojechaliśmy…do domu, oczywiście – przewróciła oczami, czując na sobie moje znaczące spojrzenie – ale przed tym zatrzymaliśmy się na Wzgórzu Nlimera. Taka piękna gwiaździsta noc nie często się zdarza. Jackob wyjął koc i leżeliśmy tak jakiś czas na ziemi aż zrobiło się chłodno. On pokazywał mi konstelacje gwiazd i nazywał je po swojemu, po indiańsku…dużo gadaliśmy, całowaliśmy się…

- Dobra, dobra bez szczegółów – zatrzymałam ją póki mogłam

- Ale nie, nie bój się do niczego nie doszło – zarumieniła się szybko – Tak pod gołym niebem? No co ty, nie jestem szalona… – poprawiła swoją marynarkę

- Kto cię tam wie, to byłby „szczyt romantyzmu”, a ty przecież chciałbyś być bohaterką romansu, prawda? – przedrzeźniałam ją

- Nie nabijaj się – szturchnęła mnie łokciem. Pomimo żartobliwego tonu, czułam, że ją to zabolało – Na koniec Jackob odprowadził mnie do domu, powiedział, że mnie kocha i dał mi to… – wyciągnęła spod bluzki mały talizman z głową wilka

- To jego symbol plemienny, czarny wilk – zauważyłam

- No właśnie! Mój mały, kochany, czarny wilczek! – przycisnęła talizman do policzka, kręcąc się z radości – Teraz należę do niego.

- Taa…szybki jest – mruknęłam z przekąsem

- Co? – zmarszczyła brwi

- Nie, nic – chrząknęłam zmieszana

- Lana, jeśli coś jest nie tak, to mi powiedz. Mieliśmy być ze sobą szczerzy – przypomniała

- Bo wiesz… – zaczęłam niepewnie, drapiąc się po głowie. Niby jak miałam jej powiedzieć, że dałam Jackobowi kosza, a ona jest najwyraźniej zastępczą dziewczyną, bo nie udało mu się mnie zdobyć? Nie mogę jej tego zrobić. Ona naprawdę za nim szaleje. A może właśnie powinnam? Czy najlepsza przyjaciółka nie powinna dbać o to, żeby jej przyjaciółka nie wiązała się z niezdecydowanym podrywaczem o tandetnych tekstach? – Jackob to podrywacz…z tego co zauważyłam, nie jest stały w uczuciach.

- Chodzi ci o Tori i Rose? Wiem o nich…ale teraz jest inaczej. Ja i Jackob to coś poważniejszego. To takie połączenie dusz, jeśli wiesz, o co mi chodzi.

- Ok…tylko pamiętaj, że ja cię ostrzegałam – wzruszyłam ramionami, a Anastasia naburmuszyła się i schowała talizman pod bluzkę. Chciała coś powiedzieć, ale w tym momencie na ujeżdżalnię wjechała Catalina, robiąc zamieszanie. Wszystkie dziewczyny przerwały swoje zajęcia i ruszyły w jej stronę jak pszczółki do swojej królowej. Żałosny widok…czemu wcześniej tego nie zauważyłam?

- A nie mówiłam? – Ana posłała mi znaczący uśmiech

- Muszę z nią porozmawiać – zdecydowałam – Ona może mi pomóc w organizacji zawodów. Nie wiem, do kogo mam się zgłosić w Jarlaheim.

- Jednak chcesz się w to bawić? – zdziwiła się Ana

- Muszę, obiecałam. Wyciągniesz Catalinę z tego kółka wzajemnej adoracji?

- Postaram się – westchnęła

Patrzyłam jak moja przyjaciółka odważnie rusza w ten gąszcz rozemocjonowanych dziewczyn, które jedna przez drugą mówiły do Cataliny i opowiadały jej, co do tej pory robiły pod jej nieobecność. Prawdę mówiąc Catalina miała to wszystko gdzieś. Rozglądała się po tłumie, a gdy w końcu zobaczyła zbliżającą się Anastasię, zeskoczyła na ziemię, uśmiechała się łaskawie i podała jej wodze konia. Poklepała moją przyjaciółkę po ramieniu i coś do niej powiedziała. Chciała odejść, ale Ana złapała ją delikatnie za łokieć i szepnęła coś do ucha. Mistrzyni rozejrzała się ponad jej ramieniem i nasze spojrzenia się skrzyżowały. Skinęłam jej głową. Oczy Cataliny na moment wypełnił chłód, ale szybko się opanowała i uśmiechnęła się szeroko. Jednak ta mała chwila wystarczyła, żebym poczuła się nieswojo.

- Kochane, przygotujcie konie do wyścigu i ustawcie się w naszym wyznaczonym miejscu! – zawołała Catalina – Zaraz do was dołączę…

Dziewczyny zaczęły potakiwać i pobiegły do swoich koni. Kiedy tłum się rozstąpił, Catalina odetchnęła z ulgą i ruszyła w moją stronę, ciągnąc za sobą konia.

- Lana skarbie, co cię do nas sprowadza? – zapytała ze swoją zwykłą wesołością i serdecznością. Nie widziałyśmy się od czasu imprezy w Jarlaheim. Uratowałam ją wtedy przed śliskimi łapami Ericka, kiedy była upita. Prawdę mówiąc nawet mi za to nie podziękowała, ale teraz traktowała mnie przyjaźnie, więc chyba nie jest zła…

- Cześć Catalino, potrzebuję twojej pomocy. Myślę, że znasz się na tym i mogłabyś mi udzielić paru cennych informacji. – również się do niej uśmiechnęłam

- Hmm a w czym ja mogłabym tobie pomóc, co? – oparła się o barierkę i zmrużyła oczy. Ton jej głosu był pozornie pogodny i żartobliwy, ale dało się w nim wyczuć ukrytą kpinę i zirytowanie.

- Podobno mogłabyś mi pomóc zorganizować zawody o tytuł mistrza wyspy. Mieszkasz w Jarlaheim i jesteś na nich co roku, więc wiesz kogo i o co trzeba pytać.

- Czekaj, mówisz o zawodach organizowanych przez Lorelaj Silverglade? – zmarszczyła brwi

- Tak – przygryzłam wargę, niepewna jej reakcji

- Baronowa poprosiła cię o pomoc, czy co? – teraz Catalina już nawet nie kryła wzburzenia

- Coś w tym stylu. Jest za słaba i nie może sama się tym zająć – wzruszyłam ramionami

- Dlaczego ty? – zapytała powoli, cedząc każe słowo. Zatkało mnie. Nigdy nie była wobec mnie tak wrogo nastawiona.

- No wiesz, Lana mieszka w Los Angeles. Może ma już jakieś doświadczenie w tym temacie – Anastasia jak zwykle wyskoczyła z czymś nie na miejscu – Pewnie była na nie jednych takich zawodach w Los Angeles… – zaśmiała się nerwowo, widząc, że żadna z nas nie odpowiada

- No tak, Lana jest z Los Angeles…brała udział w niejednym konkursie…to wszystko wyjaśnia… – pokiwała głową Catalina, jakby wszystko rozumiała. Zauważyłam jednak, że zaciska ręce na barierce.

- Catalino… – chrząknęłam – wszystko w po…?

- Ależ kochana, oczywiście, że ci pomogę – nieoczekiwanie Catalina znowu stała się wesoła i uśmiechnięta – Twoje doświadczenie i moja znajomość terenu sprawią, że to będą najlepiej zorganizowane zawody na wyspie – poklepała mnie po ramieniu – Powiedz baronowej, żeby o nic się nie martwiła.

- Naprawdę? Dziękuję… – mruknęłam bez przekonania, ale Catalina szczerzyła się dalej w firmowym uśmiechu

- Musimy pojechać do szkoły i powiedzieć dyrektorce, żeby przygotowali szkolny plac treningowy i trybuny. To tam co roku odbywają się zawody i pokazy… – zaczęła opowiadać Catalina

Kątek oka zauważyłam Tori. Jechała na Mornig Dew wzdłuż ogrodzenia do bramy. Tam czekał na nią Erick. Moja kuzynka zeskoczyła na ziemię wprost w ramiona gangstera, która podniósł ją do góry i okręcił. Tori zaśmiała się radośnie i pocałowała go w usta. Anastasia z opóźnionym refleksem szturchnęła mnie łokciem, ale zupełnie niepotrzebnie. Wszystkie trzy gapiłyśmy się z otwartymi ustami na „zakochaną” parę. Spojrzałam na Catalinę. W jej oczach był szok, niedowierzanie i…złość!

- Catalino? – wyrwałam ją z transu

- Och przepraszam…oni długo są…?

- Ja widzę ich pierwszy raz – wyjąkała Anastasia

- Tak, gdyby chodzili ze sobą dłużej, to na pewno wszyscy by o tym mówili – przytaknęłam, nie odrywając oczu od kuzynki. Erick postawił ją na ziemi i powiedział coś cicho. Kuzynka pokiwała z uśmiechem głową, a Erick cmoknął ją w usta. Catalina wzdrygnęła się zniesmaczona.

- Więc co mówiłaś o tej szkole? – próbowałam wrócić do tematu, ale Catalina wyraźnie była zahipnotyzowana

- Szkoła…no tak, musimy pojechać po dekoracje do magazynów Ośrodka Szkoleniowego Winnic Srebrnej Polany i poprosić burmistrza o przydzielenie ludzi do dekoracji… – mówiła szybko aż w końcu nie wytrzymała – Lana, posłuchaj, pojadę tam z tobą po południu i wszystko załatwimy. Przyjedź tu około 14. Teraz muszę iść, dziewczyny na mnie czekają. Przepraszam. – mruknęła i ruszyła do wyjścia, zostawiając mnie i Anę same – Tori! Chodź, zaraz zaczynamy! – krzyknęła do kuzynki

Zaskoczona Tori oderwała się od Ericka i posłała mu przepraszający uśmiech, po czym pobiegła za mistrzynią. Catalina objęła ją ramieniem i zaczęła z nią wesoło rozmawiać, jakby gdyby nigdy nic. Celowo unikała patrzenia się na Ericka. Z kolei gangster gapił się na nie intensywnie. Prawie widziałam tą gonitwę myśli w jego głowie. W końcu na jego ustach pojawił się triumfalny uśmieszek. Odsunął się od barierki, wskoczył na swojego konia i szybko odjechał.

- Widziałaś to? – upewniłam się

- Tak napiętej atmosfery dawno nie czułam – Anastasia wzięła głęboki wdech – Jeszcze chwila a rozpętałaby się burza z piorunami.

- Ona była zazdrosna – nie mogłam uwierzyć – A mówiła, że nic do niego nie czuje…

- Oj czuje i to bardzo…Tori ma przechlapane. Chyba wzięła sobie na celownik zakazanego chłopaka.

- A może Erick używa jej jako narzędzia, żeby wzbudzić zazdrość Cataliny? Widziałaś jak się na nią gapił, gdy odchodziły?

- On coś knuje.

- Obawiam się, że dowiemy się tego na dzisiejszej imprezie. To co, jedziesz ze mną do Zapomnianych Pól? Mam jeszcze czas do 14. – uderzyłam rytmicznie w metalową barierkę

- A co z wyścigiem?

- Nie mów mi, że masz na to ochotę – jęknęłam – Nie wolisz pojechać ze mną na nieznane tereny Zapomnianych Pól.

- Do tych odludków? Nie, nie mam ochoty – skrzyżowała ramiona – Nie jestem dobrym kompanem na takie wyprawy. Może poproś Rose.

- Ona nie może, zajmuje się bratem. Proszę cię…potem znowu powiecie, że nic z wami nie uzgadniam i wszystko robię sama.

- No dobrze, w porządku, pojadę z tobą… – poddała się i niechętnie wsiadła na Bluewave – Ale nie mów, że cię nie ostrzegała – dodała z wesołym błyskiem w oku

- Zobaczysz Anastasio, to będzie wyprawa twojego życia – wyszczerzyłam się radośnie

***

 - „Vayamos compañeros Hay una nueva música en la ciudad Salta salta Tenemos los momentos Por la mañana todas cosas se acaban Salta salta Vayamos compañeros…”! – śpiewałam na cały głos jedną z moich ulubionych hiszpańskich piosenek. Anastasia była bardzo skupiona i zdeterminowana, żeby powtarzać po mnie słowa z poprawnym akcentem, ale niestety nie szło jej dobrze.

- Stop! Nie, ja nie potrafię… – westchnęła cięzko

- Hej, nie poddawaj się tak szybko! – podjechałam do niej bliżej i kopnęłam ją lekko w kostkę – Sama mnie o to poprosiłaś.

- Tak, bo ty znasz hiszpański i dla ciebie to naturalne mówić w tym języku, a ja chciałam się nauczyć tego języka, żeby zrobić wrażenie na Jackobie – mówiła rozżalona

- O ludzie, co wy macie z tym hiszpańskim! – wyrzuciłam ręce do góry – Następna, która uczy się tego języka dla chłopaka… – burknęłam, zanim zdążyłam ugryźć się w język

- Rose też się uczyła hiszpańskiego? – od razu podchwyciła

- Tak…ale nie wiem, czy jeszcze się uczy – szybko ucięłam temat, bo gdyby Rose się dowiedziała, że powiedziałam Anie o tym jak czytała po hiszpańsku Romea i Julię, którą pożyczył jej Indianin chyba by mnie udusiła – Chociaż Rose to osoba, która kończy wszystkie działania jakich się podejmie…nie tak jak Panna Słomiany Zapał – spojrzałam na nią znacząco

- Przepraszam! – pisnęła – To po prostu jest dla mnie za trudne…nie dam rady…

- Oczywiście, że dasz radę – przewróciłam oczami – Za bardzo się starasz, Anastasio. Chcesz się nauczyć za wszelką cenę i ci nie wychodzi. Musisz trochę wyluzować, nabrać do tego dystansu…poczuć ten hiszpański rytm i melodię tego języka… – zaczęłam kiwać się w siodle w rytm piosenki Marquessa

- Gdybym ja jeszcze tak okropnie nie fałszowała… – mruknęła cicho

- No błagam cię! Ty się przejmujesz fałszowaniem?! Zapomnij o tym, jesteśmy tu same! Zero ludzi, zero publiczności!

- Ale ty tak ładnie śpiewasz, a ja…

- Przestań bo się zarumienię – zaśmiałam się – Anastasio, nie słuchaj mnie, tylko siebie. Robisz to dla siebie, a ja chcę ci pomóc. Poza tym, jak na moje ucho wcale tak nie fałszujesz.

- Nie słyszysz, bo za cicho śpiewam – prychnęła

- Właśnie, śpiewaj głośniej. Wydzieraj się na całe gardło aż przestaniesz się wstydzić swojego głosu.

- Żartujesz sobie? – zmarszczyła swoje cienkie, jasne brwi

- Nie! Nie myśl na jakiś czas o barwie głosu. Skoncentruj się na słowach, sensie, tym co chcesz przekazać…i po prostu dobrze się baw.

- Ja chyba nie potrafię tak…nie myśleć – pokręciła szybko głową

- Więc musisz zająć myśli czymś innym. Znam na to sposób – wyszczerzyłam się, a oczy Any rozszerzyły się ze strachu – Przygotuj się. Gotowa? Cwałuj! – spięłam wodze Winterknighta i ruszyłam z kopyta z szalonym, radosnym okrzykiem. Ogier zarżał ze szczęścia, że w końcu „puściłam go ze smyczy” i zarzucił grzywą.

- O tak…ja też uwielbiam czuć wiatr we włosach, stary – poklepałam go po szyi. Poczekałam aż Anastasia i Bluewave nas dogonią i znowu zaczęłam śpiewać. – Dalej Ana, śpiewaj! Nie myśl o tym! Skoncentruj się na jeździe i po prostu śpiewaj!

Blondynka westchnęła ciężko, ale w końcu posłuchała mnie i zaczęła śpiewam. Na początku szło jej fatalnie, ale im głośniej ja się darłam, tym większej śmiałości ona nabierała. W końcu, gdy przejechałyśmy przez most i skręciłyśmy w prawo, na drogę wzdłuż Zielonej Doliny, obie krzyczałyśmy jak dzikie zwierzaki słowa piosenki Vayamos Companieros.

Po jakimś czasie las zaczął się przerzedzać, a drzewa rosły w coraz większych odstępach. Powoli wyłaniał nam się widok wielkich pól uprawnych. Ja i Ana równocześnie zwolniłyśmy i wpadłyśmy w morze zboża. Dalej jechałyśmy przed siebie energicznym kłusem, żeby konie mogły odpocząć. Ledwo dyszałam, więc chwilowo przestałam śpiewać. Pochyliłam się i wyjęłam z torby butelki z wodą. Jedną podałam Anie.

- Wow, jeszcze nigdy tu nie byłam. – mruknęłam, rozglądając się po niekończącym się polu -Wszyscy mi mówili, że to odludne miejsce, nie ma tu dużo domów i w ogóle, ale sądziłam, że przesadzają…

- Ja byłam tu tylko raz – wysapała Anastasia, odrywając się od butelki – Na biwaku z klasą. To było dawno temu, ale nie zapomnę tych dwóch dni… – zaśmiała się dziwnie

- Dlaczego? – odwróciłam się do niej w siodle

- No wiesz…tutaj mieszkają dziwni ludzi… – przygryzła wargę i podwinęła rękawy marynarki – Nie są przyzwyczajeni do gości, potrafią być trochę…niemili. Poza tym mieszka tu może ok.50 ludzi. Wszyscy się znają od pokoleń, łączą się w pary tylko z ludźmi ze swojej wioski, nie mają kontaktu z naszą społecznością – wymieniała powoli – Wiesz, ja nawet nie wiem, czy ci ludzie jeszcze żyją…

- Nawet tak nie żartuj

- Wszystko jest możliwe. Wystarczy, że przyszłaby jakaś epidemia. Bez pomocy lekarza nie daliby sobie rady.

- Oby nie, wolałabym z nimi porozmawiać.

- Z tego co pamiętam, nie są zbyt rozmowni. Kiedy nasza wychowawczyni poszła do jednego rolnika zapytać go o miejsce w okolicy na rozbicie namiotów, pogonił ją widłami.

- Co?! – wytrzeszczyłam na nią oczy

- Mówiłam, że to były niezapomniane dwa dni. Bądź co bądź nasza klasa była pierwszą i ostatnią, która zdecydowała się na taki biwak.

- Nie dziwię się… – burknęłam

Po tych słowach zamilkłyśmy. Oprócz szeleszczącego zboża, skrzypnięć skórzanego siodła i ciężkich końskich oddechów nic się nie działo, a z każdą chwilą mój niepokój rósł. Rozglądałam się cały czas, szukając choćby znaku obecności tubylców. Na horyzoncie nie było nawet widać dachów domów. Czym bliżej południa, tym temperatura bardziej rosła, a w sianie (które sięgało nam do pasa, nie mówiąc już o biednych koniach, które zakryło całkowicie) robiło się coraz bardziej duszno.

- Lana, ja nie wiem, czy ta wędrówka ma jakikolwiek sens – Anastasia w końcu nie wytrzymała. Zatrzymała Bluewave i ściągnęła klubową marynarkę. Była cała spocona, ja pewnie też.

- Chcesz teraz zawrócić? – zatrzymałam zziajanego Winterknighta

- A co mamy zrobić? Mam dziwne wrażenie, że ci ludzie nas obserwują i śmieją się z nas…no wiesz, nie chcą, żebyśmy ich znalazły, więc nie znajdziemy i kropka.

- Co ty za głupoty gadasz? – prychnęłam – Chcesz powiedzieć, że się przed nami pochowali?

- Ja nic nie mówię – westchnęła poirytowana – Po prostu chodźmy stąd, mam dość…ja nie jestem stworzona do takich podróży.

- A wiesz jak stąd wrócić? Bo ja wszędzie widzę zboże, zboże i zboże… – burknęłam

- Wrócimy po naszych śladach – wzruszyła ramionami. Nawróciła Bluewave i stanęła jak wryta z otwartymi ustami. Silniejszy wiatr poruszyłam zbożem, które zafalowało.

- Problem w tym, że nie ma naszych śladów – mruknęłam

- A jak to?! Przecież powinny zostać takie korytarze w zbożu tam gdzie jechałyśmy i…wiedziałaś o tym?! – spojrzała na mnie oskarżycielsko

- Zorientowałam się jakiś czas temu, ale nie chciałam siać paniki – westchnęłam, wycierając kark z potu – Przepraszam… – dodałam, widząc jak moja koleżanka blednie

- Więc chcesz mi powiedzieć, że utknęłyśmy na tym polu i nie znajdziemy drogi do domu?! – zapytała piskliwym głosem

- Nie, jasne, że znajdziemy…kiedyś… – przełknęłam ślinę. Czasami umiejętność kłamania bardzo by się przydała.

- Lana, ja chcę wrócić do domu! W tej chwili! – zażądała płaczliwym głosem.

- Już, już spokojnie, zaraz coś wymyślimy… – sięgnęłam do torby po kompas

- Dlaczego ta igła tak się kręci? – jęknęła Ana, patrząc mi przez ramię

- Ja nie wiem, co się dzieje – zmarszczyłam brwi – Na tym polu muszą być jakieś zakłócenia…

- Nie, nie będę czekać aż jakieś głupie urządzenie zacznie działać! – nagle Ana zerwała się, ściągnęła wodze i zaczęła uciekać galopem. Po chwili zniknęła w zbożu.

- Zaczekaj! Stój! – krzyknęłam za nią, czując jak po plecach przebiega mi dreszcz. Już miałam za nią ruszyć, gdy usłyszałam wybuch, pisk Any i rżenie Bluewave.

- Anastasia! – krzyknęłam przestraszona. Odpowiedział mi kolejny wybuch.

- Jedziemy Winterknight! – ściągnęłam wodze, ale zanim zdążyłam ruszyć, ze zboża przede mną wyskoczyła Ana na koniu i pognała przed siebie

- Uciekaj! – krzyknęła za mną – Ktoś chyba do nas strzela!

Bez słowa pognałam za przyjaciółką. Szybko zrównałam z nią krok.

- Widziałaś kogoś?! – dyszałam

- Nie! Po prostu jechałam przez zboże i nagle przed nami coś wybuchło, jakbym stanęła na jakimś przycisku czy coś… – płakała

W tym momencie między nami znowu coś wybuchło. Spłoszone konie odskoczyły na boki. W powietrze uniósł się szary, gryzący w oczy dym. Kaszląc, przedarłam się przez tą dymną zasłonę i pobiegłam dalej przed siebie.

- Ana, nikt do nas nie strzela. Na tym polu są zainstalowane jakieś bomy z czujnikiem ruchu. Aktywowałyśmy je, więc będą tak wybuchać. Nie mam pojęcia, jak są pousta…

Nie skończyłam, bo po mojej lewej stronie wybuchła kolejna bomba. Anastasia pisnęła i skuliła się w sobie.

- Jedź, jedź! Nie zatrzymuj się! – klepnęłam w zad Bluewave, która wyrwała się z odrętwienia i pocwałowała przed siebie o mało nie zrzucając właścicielki

- Ale po co ktoś tu zrobił pole minowe, co?! – szlochała Ana – Przecież nie spodziewają się tutaj gości…

- Może coś się zmieniło od ostatniego czasu – wzruszyłam ramionami, rozglądając się w koło – Może zostawili na kogoś pułapkę.

- Myślisz, że to przez Sandsa?

- Całkiem mo…w prawo! – krzyknęłam, widząc czerwone światełko migające w zbożu. Zdążyłyśmy uskoczyć w ostatniej chwili.

- Lana, zabierz mnie stąd!

- Anastasia, weź się w garść! To pole musi się kiedyś kończyć!

O tak, ona zdecydowanie nie nadaje się na takie wycieczki. Następnym razem muszę to wziąć pod uwagę, gdy będę jej coś proponować. Niespodziewanie Bluewave zarżała i wpadła w dół. Zatrzymałam się gwałtowanie w asyście wybuchów.

- Ana, żyjecie?! – kaszlałam, odganiając rękami dym

- Nie! – pisnęła dziewczyna – Jestem w jakimś dole! O mój Boże czy to jest pająk?! Jaki on wielki! To pewnie ptasznik!

- Uspokój się! – warknęłam, zeskakując na ziemię – Ty w życiu nie widziałaś ptasznika… – burknęłam pod nosem

Kiedy wiatr rozwiał dym, moim oczom ukazał się spory dół, przykryty częściowa gałęziami i liśćmi. Co też ci ludzie wymyślili? Bluewave spadła akurat na stos patyków, więc podniosła się szybko i udało je się wyskoczyć na powierzchnię. Ana niestety sturlała się na sam dół, gdzie były kamienie i zaschnięte błoto.

- Chodź bliżej, wyciągnę cię – pochyliłam się w dół

Ana bez słowa zaczęła wspinać się na stosik, ale ponieważ była cała roztrzęsiona, ciągle się zsuwała.

- Lana…nie dam rady! – rozpłakała się na dobre. Klapnęła na ziemi, poddając się.

- Proszę cię, jeszcze trochę i cie złapię. Musisz się podnieść!

- Nie mogę! – uderzyła dłońmi w ziemię

Przeklinając pod nosem, ostrożnie zsunęłam się na niepewny stosik z gałęzi.

- Podejdź tutaj!

- Nie, zostaw mnie tu…czeka mnie już tylko śmierć… – rozkleiła się

- Anastasia do jasnej cholery! To nie jest jedna z twoich powieści akcji, gdzie bohater heroicznie umiera. Chodź tu w tej chwili! – wybuchłam

Blondynka pociągnęła nosem, wytarła łzy z policzków zostawiając na nich ciemne smugi błota i podnosiła się na chwiejne nogi. Ruszyła powoli w moją stronę. Wyciągnęłam ręce, żeby ją wciągnąć, ale w tym momencie stosik zaczął się rozsuwać i obie poleciałyśmy w dół.

- No widzisz! Mówiłam ci! Tu będziesz nasz grób! Za 100 lat odnajdą nas archeolodzy i będę pokazywać jako wymarły gatunek…

- Przestań! – poderwałam się na nogi – Ja chyba zabiję tych ludzi, jak ich znajdziemy! Czy oni są nienormalni?! Co to za zasieki na ludzie życie?! Nie dziwne, że nie mają gości! – burczałam pod nosem. Szarpnęłam Anastasię żeby wstała i zdecydowanie pociągnęłam ją do wyjścia. Byłam wściekła i może to pomogło nam wydostać się z zasadzki. Na górze czekały nas nas konie. Pomogłam Anie wsiąść na konia. Dziewczyna była cała podrapana, brudna, a jej biała koszula i marynarka Amazon Girls były w strzępach. Myślę, że obie wyglądałyśmy w tej chwili jak obraz nędzy i rozpaczy. Jak weteranki wojenne.

- Chyba widzę dach jakiegoś domu – odezwała się Ana słabym głosem

- Rzeczywiście… – mruknęłam, wdrapując się na siodło. – Jedziemy tam!

Ana bez protestu ruszyła za mną. Odgłos wybuchów towarzyszył nam przez resztę drogi, ale żadna bomba nie wybuchła już obok nas. Bez większych problemów przedarłyśmy się przez zboże do chatki. Gospodarstwo wyglądało oczywiście na zaniedbane, ale zauważyłam ślady obecności człowieka. Po podwórku chodziły kury, okna były otwarte, a zza domu dochodził odgłos rąbanego drewna. Zsunęłam się z siodła i ruszyłam odważnie w stronę domu. Nagle drzwi się otworzyły i z chaty wyskoczył starszy mężczyzna z grabiami. To dla Anastasi było już za wiele.

- Proszę, proszę, nie zabijajcie nas! Jesteśmy za młode, żeby umierać! – padła na kolana i zaczęła zalewać się łzami – Nic nie zrobiłyśmy, nic! Przyjechałyśmy tu tylko porozmawiać, a jeśli ma pan sumienie wysysać życie z młodych, pełnych nadziei i planów na przyszłość istot to jest pan potworem!

Staruszek otaksował ją pogardliwym spojrzeniem, a następnie zwrócił się do mnie. Widać było, że ma już swoje lata. Jego twarz było poorana zmarszczkami, skóra ciemna od mocnego słońca. Zgarbione plecy świadczyły o codziennej pracy w polu, a dwa wystające zęby o tym, że reszta już dawno mu wypadła przez złą higienę lub jej brak. W ustach żuł źdźbło trawy jak prawdziwy farmer. Podniósł lekko zniszczony, słomiany kapelusz tak, że zobaczyłam jego krzaczaste brwi i kiwnął na Anę trzonkiem grabi.

- Co ona do mnie gada? – zapytał dziwnym, piskliwym głosem starca

- Ona jest…zwykle taka nie jest…ale dużo dziś przeszła – podeszłam do Any i podciągnęłam ją do pionu

- Więc to wy uruchomiłyście bomby? – podrapał się po czole

- Tak, ale po jaką cholerę są wam potrzebne te bomby?! – nie wytrzymałam – Spodziewacie się jakieś wojny czy najazdu wroga?!

- To na wrony – odparł staruszek po chwili namysłu

- Na wrony?! – krzyknęłyśmy obie z Aną – Niech pan sobie nie żartuje! Nie jesteśmy głupie! Mógł pan nas zabić tymi pułapkami! To są pułapki na ludzi, a nie na ptaki! – krzyczałyśmy jedna przez druga, a facet zakrył uszy dłońmi

- A kto wam kazał tu wchodzić, co?! – wściekły staruszek zaczął machać w naszą stronę grabiami – My nikogo do siebie nie zapraszaliśmy! Wracajcie sobie do swojego miasteczka i cywilizacji! Już was tu nie ma! – ruszył w naszą stronę z żądzą mordu. Skamieniałam ze strachu, a Ana ukryła twarz w mojej koszulce.

- Tato! – w ostatnim momencie z domu wyskoczyła niska, pulchna dziewczyna. Podbiegła do staruszka i złapała go za wychudzone ramiona – Wystarczy już, błagam. Wystraszysz je na śmierć… – jęknęła, patrząc się na nas katem oka

- I dobrze! – awanturował się staruszek – Nie potrzebujemy tu wścibskich miastowych! Dajemy sobie radę!

- Proszę, wracaj do domu… – kobieta odciągnęła ojca od nas, posyłając nam przepraszające spojrzenie – Ja to załatwię. – wprowadziła go do chatki, po czym wróciła do nas – Przepraszam za ojca, ma już swoje lata i zrobił się nerwowy. Mieszkamy tu sami, nie jest przyzwyczajony do widoku innych… – mówiła, z zakłopotaniem wycierając ręce w brudny fartuszek

- Może gdybyście witali ludzi bardziej przyjaźnie, mielibyście tu więcej gości… – mruknęła Ana

- Przepraszam – powtórzyła, czerwieniąc się lekko – Naprawdę bardzo mi przykro. Może wejdziecie i napijecie się czegoś? Wyglądacie jak…

- obraz nędzy i rozpaczy, wiem – burknęłam

- Z ust mi to wyjęłaś – uśmiechnęła się krzywo kobieta

- W środku nie ma już żadnych pułapek? – upewniła się Ana

- Nie, ojciec nie instalował niczego w domu. Proszę, chodźcie, strasznie mi głupio, że to was spotkało. Skąd jesteście?

- Z Doliny Moorland, a koleżanka z Fortu Pint – odpowiedziałam

- Ach tak…to chyba daleko, prawda? – zapytała zmieszana.

- Trochę tak – westchnęłam. Dopiero teraz przyszło mi do głowy, że dziewczyna nie zna topografii wyspy. Pewnie w ogóle nie rusza się z Zapomnianych Pól, jeśli plotki są prawdziwe.

- Co was tu sprowadziło? Nikt z miasta nie miał potrzeby tu zaglądać – pytała dalej kobieta. Podeszła do studni i wyciągnęła wiadro wody. Przy wciąganiu wiadra zauważyłam jak bardzo jest umięśniona. Pewnie sama wykonywała w gospodarstwie najcięższe prace, żeby odciążyć ojca.

- Chciałyśmy porozmawiać…chociaż teraz nie wiem, czy to był taki dobry pomysł – podrapałam się po głowie

- Możecie napoić konie, wyglądają na spragnione. Potem przywiążcie je do drzewa za stodołą. Tam jest trochę cienia i trawy do jedzenia. – starła pod z czoła – Jestem Ronna.

- Dziękujemy – skinęłam głową – Ja jestem Lana, a to Anastasia – wskazałam na przyjaciółkę, która niepewnie zamachała ręką

- Jak skończycie, chodźcie do domu – spróbowała się uśmiechnąć, ale najwidoczniej dawno tego nie robiła, bo wyszedł z tego dziwny grymas – Chętnie z wami porozmawiam…

Wzięłam wiadro i ruszyłam do zmęczonych koni. Anastasia dreptała za mną. Cały czas była wstrząśnięta niespodzianką na polu i przyjęciem gospodarza. Wzięła wodze Winterknighta i Bluewave, żeby zaprowadzić je we wskazane miejsce.

- Lana, napoimy konie i spadamy stąd – syknęła w pewnym momencie

- Żartujesz? Nic z tego – burknęłam

- Ja tu nie zostaję – pisnęła cienkim głosem – Słuchaj, ci ludzie mnie śmiertelnie przerażają…są jacyś dzicy, obłąkani… – zniżyła głos do szeptu – Widziałaś tego faceta? Chciał nas zabić!

- Ta kobieta wydaje się miła i opanowana – wzruszyłam ramionami

- Ach, tak ci się wydaje. To tylko gra. Chce nas zwabić do domu, a potem zaciupie siekierą, kosą albo czymś innym…

- Anastasia, weź się w garść! – położyłam na ziemi wiadro i potrząsnęłam ją za ramiona – Obiecuję, że porozmawiam z Rose i każę jej przestać pożyczać ci kryminały, bo to ma na ciebie zły wpływ. Posłuchaj mnie. Chcę porozmawiać z tymi ludźmi i dowiedzieć się, co stało się z onyksem druidów. Kto z tej wioski go ma i może nawet odzyskać. Zrobię to z tobą albo bez ciebie. Chcesz być postacią z książki i przeżyć przygodę? To siedź cicho i przestań się tak trząść jak kurczak. Ja się stąd nigdzie nie ruszam.

- Ja z tobą zwariuję – tupnęła nogą Ana, a w jej oczach błysnęły łzy. Wzięła jednak głęboki wdech, odgarnęła włosy z czoła i wyprostowała się – Dobra, postaram się…ale nigdy więcej nie każ mi z tobą jeździć.

- Masz to jak w banku – zaśmiałam się i poklepałam ją po plecach – No już, nie obrażaj się…dzielna jesteś – przygarnęłam ją ramieniem i wróciłyśmy do domu

W chatce było chłodniej i co najważniejsze w końcu znalazłyśmy się w cieniu. Córka gospodarza krzątała się po małej izbie. Zauważyłam, że ustawiła na stole dwie drewniane miski z parującą zupą i kubki z wodą.

- Siadajcie i jedzcie. Pewnie jesteście głodne – zaprosiła nas gestem

- Dziękuję, nie trzeba było – uśmiechnęłam się i usiadłam przy stole

- Przynajmniej tak mogę przeprosić za zachowanie ojca – powiesiła ścierkę na oparciu krzesła

- Co to jest? – zapytała Ana, patrząc się podejrzliwie na zupę

- Zwykła zupa z kartofli, kaszy, marchwi…nic specjalnego – machnęła ręką – ale jest syta, można się najeść. U nas w Zapomnianych Polach to ważne, żeby dobrze zjeść, gdy cały dzień pracujemy w polu.

- Jest bardzo dobra, naprawdę. – uśmiechnęłam się do niej – Sama gotujesz?

- Tak, odkąd mama zmarła i zostałam z ojcem sama na gospodarstwie. Moje siostry wydały się za mąż, ale ja byłam najmłodsza i ojciec nie zgodził się, żebym miała męża, bo ktoś musiał z nim zostać na stare lata – zaśmiała się smutno – Więc oto jestem.

- To znaczy, że jest was tu więcej? – wystrzeliła Ana. Kopnęłam ją pod stołem w kostkę.

- Oczywiście, nasz dom jest pierwszy, bo witamy gości…jeśli jacyś są. Dalej, na północ od naszego domu jest właściwa osada. Jest tam około 10 domów.

- Ach tak, czyli te bomby to był element komitetu powitalnego – uniosłam brwi

- Nie…to wszystko przez tego mężczyznę. Gabriela Sandsa. – jęknęła zażenowana – Nie myślcie, że my się nie boimy. Mimo, że nie jesteśmy blisko ze społecznością wyspy, wiemy, co się dzieje.

- Skąd wiecie? Przecież nigdy nie przychodzicie do miast. – zmarszczyła brwi Ana

- Jedz – skasowałam ją wzrokiem, widząc, że gospodyni jest coraz bardziej zmieszana

- Tej wiosny była u nas taka kobieta. Ona nam o nim opowiedziała. Mówiła, że jest zły i chce zniszczyć naszą wyspy. Zniszczy Zapomniane Pola, bo szuka jakiegoś kamienia czy coś…ojciec i inni starsi bardzo się przerazili. Tata wpadł na pomysł, żeby zrobić takie pole minowe. Wtedy Sands mógłby na nie wpaść.

- Rozumiem, Elizabeth Sunbeam u was była – pokiwałam głową – Szukała onyksa, kamienia druidów.

- Tak, chyba tak… – zmrużyła oczy kobieta – Ty też jesteś tą…druidką? – zapytała ostrożnie. Czułam, że Ana też na mnie patrzy.

- Nie…ale pomagam im – odparłam po chwili namysłu

- Więc musisz być Laną Shylund – oznajmiła zadowolona, rozłupując ręką orzech

- Skąd mnie znasz, Ronna? – prawie zakrztusiłam się zupą. Ana zamarła z łyżka w ręku.

- Proszę nie patrzcie się tak na mnie…ta biedna laleczka wygląda jakby miała się znowu rozpłakać – załamała ręce kobieta

- O nie…nie, chyba się już wypłakałam…na dziś wyczerpałam swój limit – zaśmiała się nerwowo Ana, cały czas patrząc się na rękę kobiety i rozłupany orzech – Po prostu jestem w szoku, myślałam, że nie macie tu pojęcia, co się dzieje…

- Anastasia… – syknęłam, nie przyzwyczajona do roli tej, która upomina

- Nie szkodzi, ona ma rację. To prawda, że nie interesujemy się życiem w mieście, ale parę tygodni temu ojciec wysłał mnie do miasta, żebym kupiła trochę ziarna do sadzenia. Mieliśmy w tym roku kiepskie zbiory. To była moja pierwszy wyprawa do Srebrnej Polany. Byłam zafascynowana tym miejscem. Tyle ludzi, koni, sklepów, hałas, tłum…słuchałam miejscowych plotek i rozmów. Wtedy też dowiedziałam się, co knuje Sands i poznałam ciebie. Może nie osobiście, ale widziałam jak ty i twoi przyjaciele…chyba przyjaciele, siedzicie w kawiarni i jecie ciasto. Chłopak z piekarni powiedział mi, że to ty jesteś bohaterką miejscowych plotek i walczysz z G.E.D i Sandsem. – powiedziała na jednym tchu

- Wow… – udało mi się wydusić – Kuchcik ma za długi język.

- Od tej wizyty bardzo chciałam jeszcze raz zobaczyć Srebrną Polanę, usłyszeć nowiny z miasta i…po prostu normalnie żyć, wśród ludzi, a nie w tej puszczy… – westchnęła – Ale mój ojciec nigdy się nie zgodzi. – odwróciła się, wzięła z blatu miskę i wyszła na dwór. Spojrzałyśmy się po sobie z Aną i wzruszyłyśmy ramionami. Po chwili gospodyni wróciła. W misce była woda, a w ręku trzymała dwie czyste koszule.

- Umyjcie się i przebierzcie, bo wyglądacie, jakbyście wróciły z pola bitwy.

- I tak się czujemy – pokiwałam głową

- Gdybyście potem mogły mi oddać te koszule…wiecie, tutaj nie ma wiele ubrań…

- Jasne, odwiozę je tak szybko jak będę mogła – obiecałam

- Beze mnie – mruknęła cicho Ana, myjąc twarz. Przez chwilę panowała niezręczna cisza. W końcu skończyłyśmy się myć i przebrałyśmy się w czyste rzeczy. Nadal byłyśmy podrapane, ale przynajmniej nie brudne. Anastasia wyglądała śmiesznie w wielkiej koszuli gospodyni, ale też była zadowolona ze zmiany ubrania.

- A zatem wy też przybyłyście szukać tego kamienia, tak? – upewniła się gospodyni

- Tak, miałam nadzieję, że powiecie mi chociaż kto go ma.

- Niestety, mogę powiedzieć ci tylko to, co ojciec powiedział tej druidce. Nie mieliśmy pojęcia o żadnym kamieniu. – wzruszyła ramionami

- Po co nakarmiłaś te darmozjady, Ronna? – w drzwiach pojawił się gospodarz. Tym razem był już bez grabi.

- Tato, pozwól mi wyjaśnić… – zaczęła dziewczyna

- Cicho! Przyszłyście szukać tego przeklętego kamienia, tak? – podszedł chwiejnym krokiem do stołu, oparł się o niego i spojrzał na mnie wyzywająco

- Tak, a pan coś o nim wie – stwierdziłam

- Nie lubię ciekawskich ludzi… – prychnął i usiadł na stołku, który podsunęła mu Ronna – Nie chcę, żebyście tu przyjeżdżali i burzyli nasz spokój. Ani wy, ani ta wasza druidka…

- Jeśli nie my, to przyjedzie tu Sands, a on nie będzie dla was taki łaskawy – zmrużyłam oczy. Nastała napięta cisza. Staruszek mierzył mnie wzrokiem. Ana wstrzymała oddech, a Ronna przestępowała z nogi na nogę, mnąc w ręku fartuszek.

- A jeśli powiem ci wszystko co wiem, obiecasz, że nigdy więcej tu nie wrócicie?

- Tak, wezmę kamień i zniknę, obiecuję – pokiwałam głową

- Dobrze – powiedział powoli, nie spuszczając ze mnie wzroku – Widziałaś tą wielką kupkę popiołu i wypalony kawał ziemi obok naszej chałupy? Tam stał kiedyś drugi dom, dom rodziny Hawk. Byli naszymi najbliższymi sąsiadami i razem pilnowaliśmy granicy Zapomnianych Pól. Ja, Earl i Daniel przyjaźniliśmy się, ale nasi rodzice niekoniecznie. Zwłaszcza nasi ojcowie. Mój tata twierdził, że stary Hawk zawsze zadzierał nosa i zachowywał się, jakby był lepszy od nas. Podobno twierdził, że jest strażnikiem jakiegoś sekretu…Więc oni toczyli wojnę, a my z chłopcami wspólnie się bawiliśmy, jak to dzieci. – uśmiechnął się na to wspomnienie. – Pewnej letniej nocy przyszła straszna burza. Piorun w środku nocy uderzył w dom Hawków. Od razu rzuciliśmy się im na pomoc. Mój ojciec wyciągnął z pożaru całą rodzinę, ale pan Hawk szalał jak wariat. Chciał wrócić do domu. W końcu ojciec go puścił, a on wskoczył w ogień. Myśleliśmy, że już po nim. Pani Hawk i jej synowie płakali, a tymczasem pan Hawk uciekł z domu w ostatniej chwili. W rękach miał tajemniczą szkatułkę. Nikomu nie chciał powiedzieć, co w niej jest, ale twierdził, że skarb wyspy i jego dziedzictwo. Z samego rana zabrał rodzinę i wynieśli się z Zapomnianych Pól, łamiąc naszą najważniejszą zasadę. Wyprowadzili się do wrogów, do miasta. Wybudowali dom na skraju Zielonej Doliny. Nie rozumiałem, co wydarzyło się tamtej nocy…do tej pory nie rozumiem.  Earl odwiedzał mnie przez jakiś czas, ale potem poszedł do szkoły w Jarlaheim i znalazł nowych, mądrzejszych kolegów… – prychnął – Nie widziałem go latami aż pewnego dnia wrócił…ze swoją narzeczoną. Uciekali przed rodzicami tej dziewczyny. Podobno Earl porwał ją sprzed ołtarza. Pozwoliłem im u siebie zostać na jakiś czas. Moja żona też ucieszyła się z towarzystwa. Miałem nawet cichą nadzieję, że zostaną z nami na zawsze…ale potem ktoś przyjechał po tą dziewczynę. Powiedział, że jej rodzice zginęli. Ona długo płakała, Earl ją pocieszał. W końcu zdecydowali się wrócić do miasta i od tej pory ich nie widziałem…

- A ta szkatułka…czy Earl wspominał coś panu o szkatułce? – przygryzłam wargę

- Nie… – odparł po namyśle staruszek – Nie jestem pewny, czy w ogóle o niej wiedział. Jego ojciec nie należał do ludzi, którzy lubią dzielić się swoimi sekretami. Możliwe, że w ogóle nie powiedział synom o zawartości szkatułki i schował ją.

- Schował ją… -powtórzył bezwiednie. Od razu przypomniała mi się sytuacja w starym zajeździe. Czułam przyciąganie, w ścianie była jakaś dziura…

- Myślisz, że w tej szkatułce był kamień, którego szukacie? – zapytała Ronna

- Tak, a ja chyba wiem, gdzie on jest – spojrzałam na Anę

- Gdzie? – wytrzeszczyła oczy

- W starym zajeździe. Pan Hawk schował go chyba w pokoju, w którym ja i Will się zatrzasnęliśmy.

- Jesteś pewna?

- Tak, pan Hawk był strażnikiem onyksa. To kamień śmierci, dlatego ściągał na nich burzę, pożar i to przez niego goście zajazdu popełniali samobójstwa – podniosłam się z krzesła

- Pojedziesz po niego? – Ana też się podniosła

- Tak…ale nie sama. To za duża odpowiedzialność. Gdyby Sabine albo Sands mnie napadli, nie miałabym szans.

- Pojadę z tobą! – nagle zapomniała o swoim strachu i niechęci do wędrówek ze mną. Jej oczy błyszczały z podniecenia.

- Na dziś masz już chyba wystarczająco wrażeń – zaśmiałam się – Muszę powiedzieć o tym Alex i… – zatrzymałam się, widząc zdziwione spojrzenia Ronny i jej ojca – Dziękuję wam za gościnę, ale ja i Anastasia musimy już iść. Oddam ci koszule Ronno tak szybko jak będę mogła…

- Poczekaj! – przerwał mi nagle staruszek – Czy przyjechałaś tu, bo Earl już nie…

- Spokojnie, pana przyjaciel żyje – uśmiechnęłam się do niego – Pozdrowię go od pana.

- A Daniel?

- Nie wiem…właściwie to nie miałam okazji go poznać – spojrzałam na Anę, ale ona też pokręciła głową

- Dopóki cie nie poznałam w ogóle nie wychodziłam poza Fort Pint… – prychnęła na wspomnienie życia z despotyczną ciotką

- Czemu pan pyta? – zaciekawiłam się

- Zawsze uważałem, że Daniel to taki mały szczurek…zawsze się ukryje i przeżyje armagedon – mruknął – Dobrze, że go nie poznałyście – pokiwał głową, a ja zaczęłam się zastanawiać, jaki naprawdę jest ten sławny brat bliźniak starego Earla

- A jeśli będziesz chciała jeszcze kiedyś odwiedzić Srebrną Polanę… – zawahała się Ana, zawracając się do Ronny – to znajdź klinikę weterynaryjną. Pracuje tam panna Kate. Ja też jej czasem pomagam. Jeśli chcesz mogłabym cię oprowadzić po mieście…

- Jeśli tylko ojciec mi pozwoli… – spojrzała z obawą na staruszka, ale on nic się nie odezwał

- Jeszcze raz dziękujemy i przepraszamy za najście – wyszczerzyłam się i wyciągnęłam za ramię zmieszaną Anę. Gospodarze skinęli nam głową na pożegnanie – Jestem z ciebie dumna, że zaproponowałaś jej coś takiego – powiedziałam do przyjaciółki, gdy wsiadłyśmy już na konie.

- Ona jest naprawdę miła…poza tym mam szacunek do ludzi, którzy potrafią się podzielić ostatnią koszulą. Myślisz, że ojciec pozwoli jej przyjechać do miasta? – zmartwiła się

- Być może…ci ludzie są dziwni, ale też nieprzewidywalni…wszystko się może zdarzyć – wzruszyłam ramionami i ze śmiechem popędziłam Winterknighta do galopu.

- Powodzenia Lano Shylund! – machała za nami Ronna z ganku

Odmachałam jej ze śmiechem. Kolejna kraina wyspy Jorvik zaliczona. Teraz, kiedy już wiem, gdzie jest onyks, wszystko pójdzie po mojej myśli. Pierwszy raz od dłuższego czasu poczułam, że możemy wygrać z Gabrielem Sandsem…

***

Bylam z siebie bardzo zadowolona, kiedy przyjechałam punktualnie na spotkanie z Cataliną. Anastasia grzecznie wymigała się od kolejnej wycieczki i powiedziała, że ma na głowie obowiązki klubowe, więc ja i Catalina pojechałyśmy same do Jarlaheim. Po drodze mistrzyni opowiadała mi historię zawodów i to jak są ważne dla młodzieży z wyspy. Podobno cały rok czeka się właśnie na ten konkurs. Tak przyjemnie nam się rozmawiało, że zapomniałam o niechęci jaką widziałam rano w jej oczach.

- Słyszałam, że twoja mama brała w nim kiedyś udział – powiedziała nagle

- Naprawdę? Nic mi nie mówiła…

- To dziwne…była na drugim miejscu. Może to nie to samo co pierwsze, ale ja i tak bym się chwaliła.

- A kto był na pierwszym?

- Lucas Greenlight

- I wszystko jasne… – parsknęłam śmiechem. Doskonale rozumiem mamę…przegrała z ukochanym. Pewnie nabijał się z niej niemiłosiernie. Jeśli była ambitną dziewczyną, to miała przerąbane. Pojechałyśmy prosto do szkoły. Oczywiście dyrektorka nie była przekonana co do naszych działań w imieniu baronowej, ale wtedy pokazałam jej list, własnoręcznie napisany przez Lorelaj i nie miała wyjścia. Oprowadziła nas po stajni Jorvik i parkurze, wytłumaczyła co trzeba przygotować i kogo jeszcze powiadomić, więc jeździłyśmy po mieście przez jakieś dwie godziny. W końcu około 18 odwiedziłyśmy ostatniego na liście kwiaciarza i zatrzymałyśmy się w parku, żeby odsapnąć. Catalina kupiła nam lody, bo twierdziła, że tutejsze są najlepsze na całej wyspie i usiadłyśmy na ławce w parku.

- Dziękuję, że mi pomogłaś – uśmiechnęłam się do niej – Bez ciebie nie dałabym rady.

- Nie ma sprawy – zaśmiała się dźwięcznie – Jesteś dla mnie jak młodsza siostrzyczka, pamiętaj o tym. – przytuliła mnie do siebie

- Więc nie jesteś na mnie zła?

- Za co? – zmarszczyła brwi

- Nie wiem…rano wydawało mi się…

- Nie, nie…miałam ciężki poranek. Byłam trochę rozdrażniona pewną sytuacją, to nie twoja wina – powiedziała spokojnie, ścierając mi śmietanę z nosa

- To dobrze, już myślałam, że jesteś zazdrosna, że baronowa poprosiła mnie.

- Głuptasie, jak mogłaś tak pomyśleć! – wybuchła śmiechem – Jestem ostatnią osobą, która chciałaby mieć kontakt z baronową. Pomogłam ci, bo nie chciałam, żeby baronowa cię męczyła. To wszystko.

- Wiesz Catalina, jesteś w porządku. Równa z ciebie babka – szturchnęłam ją

- Cieszę się, że to mówisz. Może nawet dam ci fory w zawodach?

- W zawodach? – nie zrozumiałam

- Tych zawodach…nie mów, że nie startujesz? – wytrzeszczyła oczy

- Och…wiesz, nawet się nad tym nie zastanawiałam.

- Naprawdę? – uniosła brwi. Czekałam aż powie coś w stylu „Musisz tego spróbować”, „Dasz sobie radę”, „Powinnaś wziąć udział”, ale nic takiego nie padło z jej ust. Catalina patrzyła przed siebie niewidzącym wzrokiem.

- Idziesz dziś na imprezę do Ericka? – zapytałam, zanim zdążyłam ugryźć się w język

- Skąd wiesz o tej imprezie? – zmarszczyła brwi

- Słyszałam jak mówił o tym Tori.

- Ach tak… – mruknęła naburmuszona – Idę, idę…właśnie, muszę zacząć się przygotowywać – podniosła się z ławki – Gdybyś jeszcze czegoś potrzebowała, to pytaj się – uśmiechnęła się, ale tym razem nie udało jej się ukryć sztuczności

Skinęłam głową i patrzyłam za nią jak odjeżdża w stronę domu. Spojrzałam na zegarek. Zostało mi ok 1,5 godziny na znalezienie domu Ericka i zaczajenie się. Muszę jakoś uratować Tori. Nie wiem, co ten gangster planuje, ale jeśli Catalina pojawi się na tej imprezie, może być gorąco. Wsiadłam na Winterknighta i pojechałam do baru, zjeść jakąś kolację. Przy okazji zapytałam się miłej, rezolutnej kelnerki, gdzie mogę znaleźć dom Ericka. Dziewczyna wytłumaczyła mi, że pan Rooster ze swoim synem mieszkają blisko portu, w domku na wzgórzu. Szybko udało mi się namierzyć dom. Na szczęście w pobliżu były też krzaki, więc od razu miałam gotową kryjówkę. Winterknighta przywiązałam do drzewa, a sama położyłam się płakso na kocu na trawie. Impreza szybko się zaczęła, a ja cieszyłam się, że tam nie jestem. Nie czułabym się dobrze wśród tych pijanych gości, którzy cały czas przeklinają i opowiadają sobie pikantne historyjki, od których robiło się nie dobrze. Nie jestem pruderyjna, ale uwierzcie mi, tego nie da się słuchać! Poza tym wszyscy gangsterzy nie rozstawali się z papierosem, więc powietrze szybko zgęstniało od dymu. Dodatkowo Erick postanowił rozpalić ognisko. Świetnie! Alkohol i ognisko…czekałam tylko aż zaczną skakać przez ogień. W końcu przez opary mgły dostrzegłam moją kuzynkę. Była już nieźle wstawiona. Nawet z tej odległości było to widoczne. Całowała się namiętnie z Erickiem na trawie. Miałam ochotę tam podejść i trzepnąć ich oboje, ale nie mogłam ryzykować wtargnięcia na teren hien. Muszę poczekać na odpowiedni moment. Z minuty na minutę coraz trudniej było mi patrzeć na te pijackie zabawy, przepychanki i to jak gangsterzy traktują swoje dziewczyny. W końcu Erick wstał z ziemi i pociągnął za sobą Tori w stronę stodoły. Serce zabiło mi mocniej. O nie! Nie wykorzysta w taki sposób mojej kuzynki! Zabrałam Winterknighta i wyszłam z ukrycia. Wszyscy byli tak nieprzytomni, może nawet naćpani, że już nawet nie zwracali na mnie uwagi. Mogłam legalnie biec za Erickiem i Tori. Dopadłam ich przy wejściu. Erick już wpychał Tori do środka, ale ona w końcu zrozumiała, co się dzieje i zaczęła się opierać. Wtedy ja z całej siły zdzieliłam go w gębę prawym sierpowym. Tori pisnęła i zatoczyła się do tyłu. Erick jęknął i złapał się za twarz.

- Co ty…co ty sobie wyobrażasz, ty… – jąkał, ale ja powaliłam go na ziemię

- Zostaw w spokoju moją kuzynkę, palancie! – krzyknęłam

- Lana, co ty tu robisz?! – zawołała Tori łapiąc mnie za rękaw – Wszystko psujesz…zostaw go…

- Ja psuję? Ja psuję?! Przecież on cię ciągnie do tej stodoły, żeby cie zgwałcić, a ty jesteś tak nawalona, że nawet nie będziesz protestować. Zabieram cię do domu!

- Nie! Spadaj Lana, wiem co robię! – powiedziała wyniośle, ale zatoczyła się i wpadła w moje ręce. Zagotowało się we mnie.

- Tak? Skoro jesteś taka mądra to proszę bardzo! – popchnęłam drzwi stodoły – Idź tam i baw się! Żyj chwilą! Tylko jak jutro obudzisz się z płaczem to… – nie skoczyłam, bo drzwi otworzyły się na całą szerokość, a moim oczom ukazał się straszny widok. Catalina owinięta wokół Williama jak wąż boa dusiła do w swoich ramionach i namiętnie całowała. Ona oczywiście też była pijana, jak każdy tutaj. Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Cofnęłam się z obrzydzeniem.

- William! – krzyknęłam

Blondyn oprzytomniał i wyszarpnął się z jej uścisku.

- Lana, co ty tu robisz?! – jęknął

- Mogłabym zadać ci to samo pytanie?! Tak zrywasz z gangiem?! – kipiałam z wściekłości

- Nie, to nie tak…wszystko ci wytłumaczę… – jąkał William, bezskutecznie próbując wyrwać się z objęć Cataliny

- Kochanie, nie przejmuj się nią… – Catalina zaśmiała się głupkowato i znowu chciała go pocałować, ale Will odepchnął ją zdecydowanie

- Catalina?! Co ty robisz?! Z nim…?! – Erick podniósł się z ziemi. Był zaskoczony, a na jego twarzy widać było prawdziwy ból. Śmiem twierdzić, że moja twarz wyglądała w tej chwili podobnie.

- Erick?! – Catalina zbladła

- Zabiję cię gnojku! Teraz mi nie uciekniesz! – Erick zrobił się czerwony z wściekłości, mierząc Will nienawistnym spojrzeniem.

- Lana, zrób coś! Oni się pozabijają! – Tori z płaczem pociągnęła mnie za rękę, ale w tym momencie miarka się przebrała. Coś we mnie pękło. Zniknęła Lana-dobre serce.

- Nie! – wyszarpnęłam się jej i z całej siły wymierzyłam Williamowi policzek – Już mnie to nic nie obchodzi…

- Lana! – krzyknął zaskoczony Will

- Kłamiesz! Cały czas kłamiesz! A ja głupia myślałam, że się zmieniłeś, że mnie… – do oczu pchały mi się nieznośne łzy. Nie potrafiłam powiedzieć „kochasz”. Zaufałam mu, a on zawiódł mnie. Tak jak nikt inny. Serce tłukło mi się w klatce jak oszalałe.

- Lana… – Tori położyła mi rękę na ramieniu. Strąciłam ją natychmiast.

- A ty! – doskoczyłam do Cataliny – Ty mówisz, że jestem dla ciebie młodszą siostrzyczką, tak?! – krzyczałam, a dziewczyna objęła się ramionami i spuściła wzrok – Żałuję, że cię wtedy ratowałam w Jarlaheim przed Erickiem. Nie zasługujesz na to… – warknęłam i nie patrząc się już na nikogo ruszyłam do Winterknighta

- Shylund wracaj! – Erick chciał złapać mnie za rękę, ale ja z całej siły kopnęłam go między nogi. Chłopak jęknął i osunął się na trawę.

- Lana, proszę cię… – Will biegł za mną chwiejnym krokiem – Posłuchaj, ona się na mnie rzuciła…ona…ja nic do niej nie czuję…to była puła…

- Nie chcę cię słuchać Greenlight! – odepchnęłam go, wskoczyłam na siodła i zdecydowanie zebrałam wodze – Nienawidzę cię, rozumiesz! Wszystko zniszczyłeś! Wszystko, co było między nami! Kochałam cię, a ty…Żegnaj! – pogoniłam Winterknighta do galopu i wyjechałam z imprezy, nawet nie patrząc, czy kogoś stratuję.

Dopiero za miastem pozwoliłam sobie na łzy. Pędziłam cwałem przez Zieloną Dolinę. Była już noc. Nawet nie widziałam, czy jadę dobrą drogę. Wszystko zostawiłam na głowie Winterknighta, który znał drogę na pamięć. Już dawno nie pamiętam, żebym tak płakała. W końcu zabrakło mi tchu, jakbym nie miała już płuc…i serca. W klace piersiowej nie czułam nic…jedna, wielka, czarna dziura. Tak właśnie czują się osoby ze złamanym sercem…

 

Diadem baronowej Silverglade i grób na zapomnianym cmentarzu…

26 sie

- …Kiedy wjechaliśmy do lasu, wszystko potoczyło się tak szybko – Alex z przejęciem relacjonowała mi zdarzenia poprzedniego dnia – Na początku miałam nadzieję, że ich zgubiliśmy, ale nagle dwóch jeźdźców wyskoczyło zza drzew na swoich koniach. Oboje mieli pistolety. Baronowa zaczęła krzyczeć i spanikowana chciała wyskoczyć z powozu. Musiałam ją na siłę tam trzymać. Jackob powoził jak prawdziwy pirat. Ludzie Sandsa chyba go nie doceniali. W momencie, gdy prawie nas dogonili i już chwytali za zasłonkę, Indianin skręcił gwałtownie między drzewa w boczną ścieżkę, a ja wyrzuciłam przez okno poduszki. Trafiłam ich prosto w twarz. Jeden spadł i coś tam krzyczał… – druidka nie mogła powstrzymać się od śmiechu

- Jesteś okrutna – uśmiechnęłam się zażenowana

- Pędzilibyśmy dalej, ale droga była bardziej wyboista i dorożka cały czas podskakiwała. Lorelaj miała taką minę, jakby chciała się rozpłakać, naprawdę! Wychyliłam się przez okno i zapytałam się naszego „rajdowca”, czy widzi kogoś na horyzoncie. Powiedział, że teren czysty, że udało wam się odwrócić pościg…Baronowa odetchnęła z ulgą, ale ja coś wyczułam… – zawiesiła na chwilę głos i poprawiła się na grzbiecie Mishland

- Tak? Ciekawe co… – odwróciłam głowę w jej stronę

- I nagle BUM! – krzyknęła, a ja wystraszona złapałam się za serce – Kulka przeleciała mi centralnie przed nosem! – wyrzuciła ręce do góry, a jej klacz pokręciła łbem w wyrazie dezaprobaty dla właścicielki. Miałam ochotę się uśmiechnąć, ale temat był zbyt poważny.

- Chcieli cię zastrzelić?! – wytrzeszczyłam oczy na Alex. Winterknight parsknął poruszony, a blondynka uśmiechnęła się kącikiem ust, jakby właśnie spodziewała się takiej reakcji.

- Nie mnie, tylko baronową – odparła swobodnie

- Jak możesz tak spokojnie o tym mówić – parsknęłam. Już nie potrzebuję kawy. Druidka wystarczająco mnie rozbudziła.

- Bo nic mi się nie stało – zaśmiała się dźwięcznie, a ja spojrzałam na nią jak na wariatkę

- Na pewno nikt nie zdzielił cię w głowę?

- Nie, za to ja zdzieliłam jego – wyprężyła się dumnie

- Chciałabym to zobaczyć… – prychnęłam, wyobrażając sobie Alex jako Conana Barbarzyńcę z wielką maczugą w ręce

- Poprosiłam o pomoc wielki dąb, który mijaliśmy i facet zanim zdążył się obejrzeć dostał pięknego plaskacza gałęzią – oznajmiła zadowolona, a ja otworzyłam buzię. To brzmiało jak opis sceny z Hobbita czy Władcy Pierścieni, ale powinnam się już przyzwyczaić, że na tej wyspie dzieją się różne, dziwne rzeczy. Zwłaszcza jeśli chodzi o druidów i ich magię.

- To musiało boleć… – powiedziałam w końcu po chwili milczenia

- Tylko tyle? – wyglądała na zawiedzioną – Czemu nie pytasz z krzykiem: „To drzewo żyje?!”

- A chciałabyś, żebym tak pytała? – posłałam jej krzywe spojrzenie, na co dziewczyna wybuchła śmiechem

- Nie, oczywiście, że nie…doceniam to, Lana – dodała poważnie – Wiesz, chciałam ci powiedzieć, że druidzi żyją blisko natury, właściwie równo z nią, ale to już chyba widać…

- Nie da się ukryć – pokiwałam głową

- Chodzi o to, że drzewa…są dla nas bardzo ważne. A szczególnie dęby! Wierzymy w ich wielką moc. Dęby to nasze Drzewa Życia,  Ir crann hadh – wymówiła płynnie celtycką nazwę – W centrum Valedale rośnie największy i najstarszy dąb w okolicy. Legendy mówią, że posadził go Meriadok, pierwszy przywódca druidów na tej wyspie.

- Dlatego tak bardzo bronicie lasów i walczycie z Sandsem, który chce wykarczować teren – zrozumiałam

- Tak – powiała energicznie głową – Ir crann hadh jest Drzewem Życia naszej wioski. Chodzimy tam, żeby pomedytować, pomodlić się, prosić bogów o łaskę…matki chodzą tam obmywać swoje nowo narodzone dzieci w potoku, który wypływa spod korzeni naszego Dębu. Wtedy najwyższa kapłanka nadaje dziecku imię. Tam też są zawierane śluby, a zakochani piszą swoje imiona na kartkach i chowają je między gałęzie dębu. Mówi się, że jeśli w nocy wiatr nie porwie ich kartki, ta miłość jest tą jedyną. – rozmarzyła się moja przyjaciółka

- Nie wiedziałam, że jesteś taką romantyczką – uśmiechnęłam się podstępnie

- E tam! – machnęła lekceważąco ręką, ale wiedziałam, że traktuje to poważnie – To po prostu urocze…

- Schowałaś tam swoją kartkę? – wyszczerzyłam się

- Nie… – Alex jak zwykle nie dała się podpuścić – ale wiem, kto może tam taką kartkę schować – spojrzała na mnie znacząco

- Nie bądź śmieszna, nie jestem druidką – burknęła

- Jesteś, twoja mama przeszła inicjację – powiedziała śpiewnie

- Tak? I co, ona też napisała swoją kartkę? – zakpiłam, choć wiadomość, że mama jest druidką lekko zbiła mnie z tropu. Ile jeszcze rzeczy mi nie powiedziała? Przecież nigdy nie widziałam jej w nocy w ogrodzie, gdzie medytowałaby przy pełni księżyca!

- Powiem ci, jak ty napiszesz swoją – uśmiechnęła się tajemniczo

- Nie ma mowy…wiem co kombinujesz – spojrzałam na nią spode łba

- Hej Lana, rozchmurz się. Patrz jaki piękny dzień się zaczyna! Ptaki śpiewają, słońce świeci…

- A ja jestem głodna, zmęczona i chce mi się spać! – nie wytrzymałam – Bolą mnie plecy po tym okropnym łóżku, Will miał racje… – mruknęłam, zanim zdążyłam ugryźć się w język

- William i łóżko w jednym zdaniu?! – wytrzeszczyła na mnie oczy – Chcesz mi coś powiedzieć?

- Nie! – czułam, że się czerwienię – O błagam, nie patrz się tak na mnie…wiem, że w końcu to ze mnie wyciągniesz – przewróciłam oczami, a Alex zachichotała

- Ktoś jest dziś nie w sosie…

- Może gdyby ktoś pozwolił mi odpocząć, a nie zakradał się do mojego pokoju i na siłę ciągnął na spotkanie z niespełna umysłową staruszką, byłoby lepiej – mruknęłam sarkastycznie

- Mam coś, co poprawi ci humor – uśmiechnęła się i sięgnęła do mojej torby. Ze zdziwieniem patrzyłam jak wyciąga papierową torebkę.

- Kiedy zdążyłaś to schować? I co tam masz?

- Poszłam do stajni zanim zakradłam się do twojego pokoju. Czekałam jak skończysz oporządzać Winterknighta…zresztą twój koń mnie lubi – mrugnęła do achł-tekina, który zarżał zadowolony i zarzucił łbem – Wiesz, on ma fioła na punkcie drapania za uszami… – mruknęła konspiracyjnym szeptem

- Wiem, ale…! – zabrakło mi słów – Czekaj, jak długo mnie obserwowałaś w stajni?

- Widziałam twoją rozmowę z kuzynką – zmarszczyła brwi – Niemądra dziewczyna…ale na twoim miejscu chyba bym jej oddała – pokręciła smutno głową

- Ty też myślisz, że Erick chce ją tylko wykorzystać? – przełknęłam ślinę

- Nie wiem, nie czytam w myślach…ale ten chłopak ma zdecydowanie złą aurę. Wokół niego kłębią się złe, ponure myśli…

- Boję się o nią – powiedziałam pod wpływem impulsu – Nie chcę, żeby coś jej się stało. Mimo wszystko to moja rodzina…i dlatego zamierzam pójść na tą imprezę.

- Tak myślałam, że to powiesz – uśmiechnęła się półgębkiem – Jesteś przewidywalna. – stwierdziła niezadowolona

- Aż tak?

- Pytanie powinno brzmieć, czy tylko dla mnie, czy też dla reszty. – spojrzała na mnie poważnie. Poczułam, że ręce mi się pocą.

- Myślisz, że to pułapka? – zmarszczyłam brwi. Alex nie odpowiedziała od razu tylko patrzyła mi się przez chwilę w oczy. Znowu poczułam ten dziwny przepływ energii między nami, a czoło zaszczypało mnie lekko.

- Uważaj na siebie – powiedziała cicho i szybko wróciła do swojego zwykłego sposobu bycia – Patrz co dla ciebie wzięłam! – z dumą wyjęła z papierowej torby duże, okrągłe ciastka – Mleko, miód…

- …i wiele innych wartościowych składników – ze śmiechem dokończyłam reklamowe hasło

- A żebyś wiedziała! Pestki słonecznika, orzechy włoskie, żurawinka, migdały…wszystko z naszych naturalnych upraw.

- No coś ty… – wzięłam od niej ciastko

- Tak, tak! Mówiłam ci, że my druidzi jesteśmy samowystarczalni. Produkujemy własne jedzenie, ubrania, narzędzia…nie potrzebujemy cywilizacji – skrzywiła się

- Pyszne… – przyznałam, kosztując ciastka – I zero chemii spożywczej…

- Cieszę się, że ci smakują. Elizabeth piekła. – powiedziała, a ja się zakrztusiłam

- Spokojnie, nie dolała do mleka arszeniku – parsknęła moja przyjaciółka – Wiesz, ona jest surowa i zdystansowana, ale nie chce ci zrobić krzywdy – dodała miękko – Jesteś córką jej najlepszej przyjaciółki. Może mówi różne rzeczy, ale chce cię chronić. Kazała mi wziąć te ciastka, bo wiedziała, że będziesz głodna po całej nocy.

- Och…to miłe z jej strony – zatkało mnie. Nie myślałam, że najwyższa kapłanka o mnie pomyśli.

- To nic takiego – machnęła ręką Alex – A teraz się przygotuj, bo dojeżdżamy do twierdzy smoka… – powiedziała grubym głosem, gdy zaczęłyśmy wjeżdżać pod górę do Winnicy

Gdy tylko zatrzymałyśmy się pod pałacykiem, drzwi otworzyły się i na spotkanie wyszedł nam lokaj. Był zdenerwowany i ze zniecierpliwieniem machnął na nas ręką.

- Dłużej się nie dało? – warknął, zapominając o całej kurtuazji – Nawet nie wiecie, co ta wariatka wyprawia… – dodał po cichu

- Spokojnie, już jesteśmy – Alex nie traciła zimnej krwi i nie zmieszała się chłodnym przyjęciem. Zeskoczyła lekko z konia i poklepała Mishland po grzbiecie. Klacz od razu ruszyła wolnym kłusem na łąkę – Prowadź – rozkazała

- Nie, znamy przecież drogę – mruknęłam, zsuwając się na ziemię – Odprowadź mojego konia – posłałam lokajowi wredny uśmieszek. Teraz, kiedy baronowa chce naszej obecności nie może nas traktować jak śmiecie.

- Oczywiście, panno Shylund – odparł z wymuszoną grzecznością i wziął ode mnie wodze Winterknighta. Poklepałam ogiera po szyi, obiecując mu, że zaraz wracam i ruszyłam za Alex. Idąc z nią przez zimne, bogato zdobione korytarze nie czułam się już tak dziwnie jak za pierwszym razem. Alex promieniowała ciepłem i mocą, która dodawała mi pewności siebie i sprawiała, że czułam się po prostu dobrze. Druidka znała na pamięć rozkład domu, więc szybko zaprowadziła nas do sypialni Lorelaj. Przed drzwiami zastałyśmy Jackoba. Siedział po turecku pod ścianą z marsowym wyrazem twarzy w kłębach duszącego dymu z kadzidła. Miał na sobie ubranie z wczoraj, co oznaczało, że oboje z Alex musieli tu spędzić noc.

- Czemu nie wszedłeś do środka? – zapytała Alex z filuternym uśmiechem, krzyżując ręce

- Żartujesz? Żeby ten stary babsztyl znowu próbował rzucić we mnie wazonem? Ona kompletnie oszalała… – pokręcił głową. Spojrzałam na Alex szukając potwierdzenia jego słów, ale druidka patrzyła się zmrużonymi oczami na Indianina.

- Co robisz? – kiwnęła na jego kadzidło

- Oczyściłem rano cały zamek ze złej energii. Sabine ani Sands nie mają szans tu wejść – oznajmił

- Może to trochę uspokoi Lorelaj… – zasugerowałam

- Wątpię… – westchnęła Alex – Chodź, ona na ciebie czeka – popchnęła mnie zdecydowanie do drzwi. Zapukałam grzecznie, ale nie słysząc pozwolenia, uchyliłam powoli drzwi.

- Odejdź, odejdź, nie zabijesz mnie! Nie pozwolę ci na to ty stary…!

- Lorelaj to ja Alex! – druidka przepchnęła się w drzwiach i odważnie weszła do jej sypialni – Przyprowadziliśmy Lanę, tak jak prosiłaś.

- Lana…Lana…Shylund… – zamrugała szybko oczami

- Tak, jestem – weszłam niepewnie do pokoju – Chciałaś ze mną rozmawiać.

- Nie! Już nie chcę! – krzyknęła baronowa i złapała poduszkę – Odejdź! – rzuciła nią we mnie, ale Jackob w ostatnim momencie złapał ją przed moją twarzą

- O nie…nie ma mowy – warknął, a ja pierwszy raz zobaczyłam go tak groźnego – Ryzykowaliśmy życie, żeby panią chronić. Siedzimy tu całą noc, rozciągając nad Winnicami zaklęcia ochronne. Rano zażyczyła sobie pani sprowadzenia Lany, a teraz… – Indianin zamachnął się, a baronowa zakryła się rękami jęcząc ze strachu

- Jackob! – krzyknęłam i złapałam go za ramię – Przestań! To tylko starsza, roztrzęsiona kobieta.

- Pomagała Sandsowi! Morderczyni! Sama jest sobie wina! – nie poddawał się Jackob

- Zamknij się, Niedźwiedziu Brunatny! – syknęła Alex

- Czarny Wilku…naucz się wreszcie, druidko – Jackob zgromił go wzrokiem

- Lorelaj…spełniliśmy wszystkie twoje prośby – zaczęła dyplomatycznie blondynka – A teraz oddaj nam diament.

- Nie mam go tutaj…

- Kłamca – Alex i Jackob powiedzieli to jednocześnie, a baronowa skurczyła się w sobie

- Lorelaj, oddaj…

- Nie! – krzyknęła rozżalona staruszka, przyciskając do siebie kołdrę – On mnie zabije…

- Lorelaj, robimy wszystko, co w naszej mocy, żeby cię chronić. Elizabeth Sunbeam zawarła z tobą umowę. Wątpisz w obietnicę Strażników Aideen? – zmarszczyła brwi moja przyjaciółka

- On mnie zabije, nic go wtedy nie powstrzyma! – szlochała baronowa – Ten klejnot to mój ostatni as w rękawie, jeśli mi go zabierzecie…

- Sands i tak po ciebie przyjdzie Lorelaj! – nie wytrzymał Indianin – Prędzej czy później cię zabije…znasz za dużo jego sekretów. Możesz winić tylko siebie! Wiążąc się z demonem, trzeba wziąć pod uwagę, że podpisuje się na siebie wyrok śmierci…choć w twojej sytuacji to byłoby chyba najlepsze wyjście.

- Wystarczy Jackob! – przerwałam mu wściekła

Baronowa zbladła, a jej jasnoniebieskie oczy rozszerzyły się ze strachu. Ręce zaczęły się jej trząść, a rzężący oddech zapowiadał atak kaszlu.

- Wyjdźcie stąd…już! – wychrypiała

Jackobowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Wypadł wściekły z pokoju. Alex ruszyła za nim żwawym krokiem. Zostałam w pokoju sama z tą wiedźmą. Patrząc na to jak ta dumna, wyniosła kobieta przeobraziła się w kłębek nerwów, bliską obłąkania wariatkę…zrozumiałam, o co chodzi. I zrobiło mi się jej żal.

- Zaraz, zaraz…ty się boisz śmierci, prawda Lorelaj? – zmrużyłam oczy, podchodząc bliżej – Boisz się, że po tych wszystkich okropnych rzeczach, które zrobiłaś…po tych morderstwach, kłamstwach, ranieniu innych ludzi, nie zaznasz spokoju nawet po śmierci. Boisz się, że nigdy nie trafisz do Raju czy w co ty tam wierzysz…boisz się, że twoje demony zawsze będą cię nękać… – pokiwałam głową

- Byłam okropną osobą… – baronowa cała dygotała i szczękała zębami, jakby miała gorączkę – Zniszczyłam życie mojej siostrze, pozwoliłam, żeby ten potwór ją zgwałcił…dałam się omotać Gabrielowi! Pomogłam mu zniszczyć Chralie Hoffer, Lorette, Elizabeth Sunbeam…złamałam serce Earlowi, jedynej osobie, która naprawdę mnie kochała… – łkała – O Boże, przez niego zabiłam Melody…przez niego i moja chorą zazdrość…i chyba zabiłam własną córkę…przymykałam oczy na wszystkie jego demoniczne plany, pomagałam mu, robiłam wszystko, o co poprosił. Wiem, że wszyscy mnie nienawidzą! Przez nas zginęło tyle ludzi…

- A może zginąć jeszcze więcej! – powiedziałam poważnie, łapiąc ją za rękę – Lorelaj, posłuchaj mnie. Popełniłaś w życiu wiele błędów, ale czasu już nie cofniesz. Masz jednak szansę zrobić jeszcze coś dobrego. Możesz uratować całą wyspę. Wystarczy tylko, że oddasz nam diament, żeby nie dostał się w ręce Sandsa. Strażnicy Aideen wiedzą, jak ochronić wyspę Jorvik i raz na zawsze rozprawią się z demonem wyspy…

- A co ze mną? – zapytała cicho – Czy ja zginę? – spojrzała na mnie, a ja pierwszy raz zobaczyłam w jej oczach łzy. Przełknęłam ślinę.

- Nie wiem, pani Silverglade – pokręciłam smutno głową – Może to będzie sposób, żeby odkupić pani grzechy…może musi pani poświęcić życie, żeby uratować mieszkańców wyspy. Ale czyż to nie będzie bohaterska śmierć? – uśmiechnęłam się lekko i poklepałam ją po drżącej dłoni – Będzie pani jak jedna z tych dzielnych bohaterek tych wierszy, które pani tak uwielbia…będzie pani Panią z Shalott…

- Nie, ja nie chcę umierać… – pokręciła szybko głową, zakrywając usta dłonią – Boję się…tak cholernie się boję…

Pod wpływem impulsu przytuliłam ją. Lorelaj zastygła w napięciu. Chyba była w szoku. Szybko się od niej odsunęłam, zawstydzona.

- Baronowo…obiecuję, że ja i moi przyjaciele zrobimy wszystko, co możemy, żeby panią chronić. Nie pozwolimy pani zabić. Tylko proszę w końcu z nami współpracować. Już dawno mówiłam, że grozi pani niebezpieczeństwo, ale pani…

- Nigdy cię nie słuchałam… – pokiwała głową – Przepraszam cię Lano Shylund. Myliłam się co do ciebie – spojrzała mi w prosto w oczy – Jesteś taka podobna do Charlie. Ona też mówiła, że Sands mnie wykorzystuje. Chciała pomóc mi wyrwać się z tego chorego związku, ale ja…potraktowałam ją jak głupią dziewczynkę. Byłam zaślepiona. Teraz wiem, że miała rację. Ty też miałaś, od samego początku. Lano…byłam dla ciebie taka okropna – skrzywiła się – Pewnie wszyscy cię ostrzegali przed podjęciem pracy w Winnicach – prychnęła – Ale ty mimo wszystko tu zostałaś…i jesteś dla mnie dobra, nadal chcesz mi pomóc…

- Obiecałam sobie, kiedy byłam małą dziewczynką, że wrócę na wyspę Jorvik i dowiem się, czemu moja mama stąd uciekła. Dowiem się tego, choćbym miała zginąć. A teraz skoro już wiem, muszę pomóc…

- Jesteś głupia, niemądra, szalona… – pokręciła głową Lorelaj – Tak jak Charlie…i Gabriel. Tacy ludzie są wielcy…i potrafią dokonywać wielkich rzeczy – powiedziała poważnie Lorelaj – Wierzę, że ci się uda osiągnąć cel, Lano Shylund. Teraz to widzę. Ufam ci, a na dowód tego… – chrząknęła i poprawiła się na wielkiej, puszystej poduszce. Sięgnęła za nią i wyjęła…diadem – oddaję ci to, czego szukacie. Diadem baronowej Silverglade, przekazywany w mojej rodzinie od pokoleń. Jest zrobiony z diamentów Strażników Aideen. Zawsze miałam go przy sobie w pokoju, więc Gabriel mógł przeszukać cały dwór w Srebrnej Polanie i pałacyk w Winnicy, ale nigdy by go nie znalazł… – zaśmiała się cicho

- Dziękuję – wzięłam od niej ostrożnie ciężką ozdobę

- Oddaj go Alexandrine – powiedziała słabym głosem, przymykając oczy

- Oczywiście, zaraz zawieziemy go do Valedale – zapewniłam, podnosząc się z łóżka

- Lana! Jeszcze jedno! Usiądź! – baronowa złapała mnie za rękę i otworzyła oczy – Mam do ciebie prośbę… – chrząknęła zmieszana

- Słucham – uniosłam brwi zaintrygowana

- Wakacje zbliżaj się ku końcowi…pewnie już słyszałaś, że na naszej wyspie panuje taki zwyczaj organizowania corocznych zawodów w ostatnim tygodniu sierpnia. Zawody te wyłonią kolejnego Mistrza Wyspy.

- Catalina wygrała kiedyś te zawody – przypomniało mi się

- Tak, tak, to właśnie te…właściwie wszystkie Amazon Girls biorą w nich udział, ale mniejsza o to…zawsze to ja je organizowałam. Przyjeżdżali wtedy hodowcy koni fryzyjskich z całych Stanów Zjednoczonych. Zawody otwierała parada moich perełek, a zwyciężczyni mogła zrobić honorową rundę na moim najlepszym fryzie, ale w tym roku…nie jestem w stanie zorganizować tych zawodów – westchnęła ciężko i ku mojemu zdziwieniu zacisnęła mocno dłoń na moim nadgarstku – Ty zrobisz to za mnie. – powiedziała z mocą

- Słucham?! – wytrzeszczyłam oczy

- Nie dam satysfakcji temu bydlakowi! Sands dobrze wie, że się boję…i liczy na to, że odwołam zawody. Grubo się myli! Nie pozwolę mu na triumf! – dyszała z wściekłości – Tobie ufam…moje konie też cię lubią. Ty i twoi przyjaciele moglibyście zorganizować te zawody. Kindergarden, twój kuzyn, William…oni wiedzą jak to wygląda, bo wszystkie dzieciaki co roku na nie przychodzą. Catalina też może ci pomóc. Udzielam wam pozwolenia. Możecie rozmawiać z ludźmi w moim imieniu. Te zawody odbędą się…choćby to miała być ostatnia rzecz, jaką zrobię w życiu… – powiedziała z determinacją

- Pani Silverglade…

- Proszę, nie odmawiaj mi – przerwała z płonącym wzrokiem – Czuję, że to będzie naprawdę ostatnia rzeczy, jaką zrobię w życiu…

Przeszedł mnie dreszcz. Przełknęłam ślinę i powoli skinęłam głową. Rose nie będzie zadowolona…w co ja się znowu wpakowałam?

***

- Nie mogę uwierzyć…jak ci się udało ją przekonać? – Alex kręciła głową nie mogąc wyjść z podziwu

- Sama wciąż w to nie wierzę… – mruknęłam, idąc żwawym krokiem za druidką, która prawie biegła korytarzem do wyjścia

- Co jej powiedziałaś? – zapytał ponuro Jackob, idący za nami jak chmura gradowa

- Eee…nic takiego. Ona jest załamana. Ma już chyba dość swojego życia – prychnęłam – I boi się…

- Bardzo dobrze – burknął Indianin – Chyba nic jej nie obiecałaś?

- Nie – skłamałam lekko – Ona chce jakoś naprawić swoje błędy – spojrzałam na niego spode łba, zastanawiając się, o co mu chodzi – Przekonałam ją, że w ten sposób może uratować mieszkańców wyspy.

- Pewnych rzeczy nie da się już naprawić – prychnął Jackob

- Hej ho, kudłaczu, coś ty dzisiaj w takim bojowym nastroju! – Alex przystanęła i szarpnęła za ciężkie drzwi. Stajenny wzdrygnął się, rozumiejąc aluzję do swoich długich, czarnych włosów.

- Nie twoja sprawa, druidko – warknął – I przestań mnie w końcu obrażać!

- Dobra, już dobra… – mruknęła Alex, patrząc na niego spod zmrużonych powiek – Uuuła masz tak ciemną aurę, że zaraz z wilka zamienisz się w kruka – prychnęła – Pomedytuj sobie, przyciągnij te swoje duchy czy inne stworki i…

- Ostrzegam cię, nie mam nastroju do żartów – Jackob posłał jej lodowate spojrzenie

- …i wyluzuj – dokończyła z uśmiechem. Udało nam się odebrać diadem od baronowej, więc Alex tryskała optymizmem, ale nie sądziłam, że moja przyjaciółka może być na tyle swobodna, żeby żartować z indiańskich wierzeń Jackoba. Już miałam coś powiedzieć na jego obronę, gdy blondynka niespodziewanie wyjęła mi diadem z rąk – Daj, schowam go do torby i przygotuję konie do drogi – mrugnęła do mnie i zanim zdążyłam coś odpowiedzieć, ruszyła na pastwisko

Zmarszczyłam brwi. Czy ona specjalnie zostawiła mnie samą z Jackobem? Nagle poczułam, że ktoś przytula mnie delikatnie od tyłu. Natychmiast zrobiło mi się gorąco. Poczułam dym z kadzidła i zapach palonego drewna, żywicy, lasu…

- Jackob…co ty wyprawiasz? – przełknęłam ślinę

- Martwiłem się o ciebie – wyszeptał mi do ucha, a ja poczułam na karku jego gorący oddech. Zadrżałam.

- Że co proszę? – obróciłam się do niego twarzą, wykręcając się z jego objęć

- Całą noc nie mogłem spać, bo myślałem o tym, czy ludzie Sandsa was złapali – powiedział poważnie

- Myślałam, że będziesz się martwił o Anastasię – wytrzeszczyłam na niego oczy. Do czego on pije?!

- O ciebie też, to chyba jasne… – parsknął lekko, a w jego oczach pojawił się cień uśmiechu. Kątem oka zauważyłam, jak Alex przewraca oczami. Od początku wiedziała o co chodzi i zostawiła mnie z nim. Małpa!

- Jackob, to miłe, ale nie byłam sama…byli ze mną Rose, Ana, Jasper, Will…

 - No tak, Greenlight, zapomniałem o twoim rycerzu na czarnym koniu… – żachnął się

- Myślałam, że już ci przeszło – westchnęłam

- Nie ufam mu, Lana. To się nigdy nie zmieni. A już najbardziej nie ufam mu, jeśli chodzi o ciebie – podszedł do mnie i położył mi ręce na ramionach. Serce mi przyspieszyło. Spojrzałam prosto w jego ciemne oczy. Nie hipnotyzowały mnie tak jak oczy Williama. Im dłużej na niego patrzyłam…tym bardziej byłam zła.

- Chyba nie jesteś o niego zazdrosny? – wycedziłam

- Lana, ja tylko chciałem… – dotknął dłonią mojego policzka, ale ja szybko go odtrąciłam – Coś między wami zaszło, tak? – zmarszczył brwi – Nie kłam, widzę to po twojej aurze…kochasz go… – szepnął

- To nie twoja sprawa, Jackob! – zdenerwowałam się, że tak łatwo może mnie przejrzeć – Poza tym o ile pamiętam to spotykasz się z Aną…albo przynajmniej udajesz, że ci na niej zależy. Jeśli udajesz to przestań! Nie pozwolę ci skrzywdzić mojego przyjaciółki! – popchnęłam go ze złością – Podoba ci się, to dobrze, ale nie mieszaj jej w głowie! Wystarczy, że zamieszałeś Rose! Przestań być takim cholernym podrywaczem. Mówiłam ci nie raz, że możemy być tylko przyjaciółmi! Zrozum to wreszcie! A jeśli nie potrafisz myśleć o mnie w inny sposób, to wracaj sobie do Tori… – odwróciłam się na pięcie i pomaszerowałam do Winterknighta

Wskoczyłam na siodło. Zauważyłam, że Alex posyła Indianinowi znaczące spojrzenie w stylu „a nie mówiłam”!

- Jedziemy Alex? – chrząknęłam

- Ależ oczywiście – odparła śpiewnie dziewczyna i wspomagając się płotem, wskoczyła na grzbiet Mishland – Ej, Niedźwiedziu Brunatny, jedziesz do domu? – niespodziewanie Alex zatrzymała się w bramie

- Jestem tuż za wami…ubezpieczam tyły – burknął chłopak

- Co ty wyprawiasz? Nie mam ochoty z nim gadać – syknęłam

- Teraz może nie, ale za parę dni… – wzruszyła ramionami – On nie jest zły. Bardziej oddanego przyjaciela nie znajdziesz. Kocha cię, a zakochany facet zrobi wszystko dla dziewczyny…nawet jeśli ona go nie chce.

- Alex, nie chcę mu dawać jakichkolwiek nadziei ani grać damy w opałach – wkurzyłam się

- I nie musisz! – zaśmiała się cicho – Chodzi mi o to, że zrobiłabyś błąd pozbywając się go…nie lubię go, ale…może się jeszcze przydać. – mrugnęła, a w jej oku błysnęła psotna iskierka – Poza tym wydaje mi się, że załapał aluzję, uwierz mi…

Obejrzałam się dyskretnie za siebie. Jackob jechał za nami w milczeniu, patrząc się przed siebie niewidzącym wzrokiem. To prawda, lubię go…ale nigdy nie myślałam o nim, jako moim chłopaku. Nie zwodziłam go. To on zawsze prowokował sytuacje. Dobrze mi się z nim pracuje i rozmawia…zawsze po wysprzątaniu stajni siadaliśmy w cieniu na sianie i piliśmy lemoniadę. Jest zabawny i czarujący, ale chciałabym, żeby był tylko moim przyjacielem…może w końcu to zrozumie.

- No to teraz opowiedz mi, jak przeżyliście tą okropną burzę w Zielonej Dolinie… – powiedziała wesoło Alex

Westchnęłam ciężko, ale wiedziałam, że moja przyjaciółka nie odpuści. Opowiedziałam jej wszystko ze szczegółami.

- No nie mów! To znaczy, że ty i Greenlight jesteście oficjalnie parą?! – cieszyła się

- Można tak powiedzieć – zaśmiałam się

- Niesamowite…zawsze czułam między wami taką chemię! – uśmiechała się jak głupi do sera – Tak się cieszę Lana…prr, wolniej Mishland – Alex płynie przeszła z cwału do kłusa. Zbliżałyśmy się do rozstaju dróg. Ja też zwolniłam i odwróciłam się do Jackoba, który cały czas jechał za nami w pewnej odległości.

- Jedziesz z nami do Valedale? – zapytała Alex lekkim tonem

- Nie, wracam do domu. – pokręcił zdecydowanie głową

- Przecież wiesz już, że Strażnicy Aideen cię nie zjedzą – zaśmiała się Alex

- Rodzina na mnie czeka…moja mama pewnie się niepokoi. Nie było mnie całą noc.

Matka Jackoba…od razu przypomniałam sobie miłą Indiankę, która zdawała się tak bardzo mnie lubić. Ciekawe co by powiedziała na to, że złamałam serce jej synowi?

- Rozumiem… – zmrużyła oczy Alex – Dobrze, wracaj do domu i pokaż Tatice, że jesteś w jednym kawałku. Pozdrów ją od nas – dodała z lekkim, kpiącym uśmieszkiem.

- Nie omieszkam przekazać. Ty też pozdrów najwyższą kapłankę – Jackob skłonił głowę z przesadną uprzejmością, uśmiechając się podobnie jak Alex. To oznacza, że druidzi i Indianie wciąż są w stanie zimnej wojny. – Lano – sztywno skinął do mnie głową. Odpowiedziałam mu tym samym i chłopak zniknął między drzewami.

- Jedziemy – mruknęła Alex, wracając na szlak

- Nie musiałaś być dla niego taka niemiła – zauważyłam

- Tak? Co ty nie powiesz…a kto niedawno prawie by go pobił? – zaśmiała się Alex

- Dobra, masz rację, już się nie odzywam – prychnęłam zażenowana

- Nie, nie przejmuj się. On też się tym nie przejął. Nasze plemienia od lat są w konflikcie, mówiłam ci. Jesteśmy do tego przyzwyczajeni.

- Czemu tak się nienawidzicie?

- To długa opowieść… – odparła wymijająco

Zamilkłam. Wiedziałam z doświadczenia, że nie ma co dalej ciągnąć tematu, bo Alex i tak więcej mi nie powie. Szybko dojechałyśmy do Valedale. Zauważyłam, że Alex od razu się odprężyła, gdy tylko znaleźliśmy się na świętej ziemi Strażników Aideen. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że ona też przeżywa te wszystkie misje. Zawsze pozuje na twardą liderkę, która wie co robić i w sprytny sposób manipuluje ludźmi tak, żeby robili co każe, ale dlaczego zakładałam, że to jej nie wykańcza? Gdy tylko wjechałyśmy na słoneczną polanę w centrum Valedale, a przyjemny letni wietrzyk rozniósł po okolicy zapach ziół i cichy dźwięk dzwonków, na jej twarzy natychmiast znikło napięcie. Musi być silna, bo tego wymaga od niej Elizabeth, ale jaka naprawdę jest Alex? Może nigdy się tego nie dowiem.

Pojechałyśmy prosto do chatki najwyższej kapłanki na wzgórzu. Elizabeth od razu wyszła nam na spotkanie.

- Udało się? – zapytała od razu

- Tak, mamy diadem baronowej – Alex promieniała z dumy. Zeskoczyła na ziemię, podeszła do torby przy boku Winterknighta i wyjęła cenną ozdobę – Lana przekonała baronową – dodała

- Lana? – Elizabeth uniosła jedną brew i spojrzała się na mnie znad diademu – W takim razie Strażnicy Aideen kolejny raz mają u ciebie dług wdzięczności…

- To nic takiego – machnęłam ręką – Gramy w jednej drużynie – przypomniałam

- Wejdźcie do środka – powiedziała tajemniczo Elizabeth

Zostawiłyśmy nasze konie w cieniu przy wodopoju i sianie. W chatce był już Angus. Mieszał coś w wielkim kotle. Przy stole siedział jeszcze jeden starszy druid. Miał na sobie długą białą szatę, więc poznałam, że to ktoś z Rady. Onieśmielona skłoniłam się grzecznie i przywitałam się cicho.

- Sebbus! – Alex pisnęła radośnie i rzuciła mu się na szyję. Staruszek zaśmiał się donośnym barytonem i przygarnął ją do siebie

- Witaj słoneczko! Jak ty urosłaś! Ostatni raz widziałem cię jak miałaś 12 wiosen…ile teraz masz?

- 16! – wyszczerzyła się blondynka

- Toż to już duża pannica z ciebie! Matka i dziadek są pewnie z ciebie dumni, co? – potargał ją po włosach. Zauważyłam, że błysk radości w oczach Alex zgasł na chwilę, na wspomnienie matki, ale szybko wróciła do siebie, tak, że nikt nie zauważył zmiany.

- Oczywiście, że jesteśmy dumni. Alex bardzo nam pomaga w walce z Sandsem. Jest tak waleczna jak jej matka… – uśmiechnął się pogodnie Angus, mrugając porozumiewawczo do wnuczki. Dziewczyna od razu się rozchmurzyła.

- Lana, nie stój tak w drzwiach. – zreflektowała się moja przyjaciółka – Nie bój się Sebbusa, to przyjaciel rodziny.

- Lana…a cóż to za nowa istotka? Widzę, że ma znak…ale nie jest jedną z nas? – staruszek spojrzał na mnie zaciekawiony

- To córka Charlie, naszej Carrie…pamiętasz ją, Sebbusie? – Elizabeth w końcu włączyła się do rozmowy

- Carrie…ach tak, twoja przyjaciółka, którą przyjęliśmy do naszego grona…to jest jej córka? Ciągnie wilka do lasu, co dziewczyno? – zaśmiał się

- Natury nie da się oszukać – uśmiechnęłam się

- Jest taka podobna do Carrie… – pokiwał głową Sebbus, wciąż lustrując mnie wzrokiem

- Lana też pomaga nam w walce z Sandsem – ożywiła się Alex – jest po naszej stronie, tak jak jej mama. Pomaga nam zdobyć kamienie Meridoka. Dziś odzyskałyśmy diament Silvergladów. – wstała i położyła na stole diadem

- Naprawdę? To cudownie…jesteście coraz bliżej zwycięstwa- ucieszył się staruszek

- To dopiero początek…nawet nie mamy wszystkich kamieni – stwierdziła sucho Elizabeth. Przeszła od okna i usiadła przy stole na stołku, zrobionym z dużego pniaka. W ręku trzymała karafkę z eliksirem. No tak…musi go pić, bo inaczej spałaby w dzień. Właśnie się zastanawiałam, co się stało, że jest taka przytomna. To na wizytę Sebbusa czy czekała na mnie i Alex?

- Ile wam jeszcze brakuje? – zmarszczył brwi Sebbus

- Nie licząc tych, które ma Sands, jeszcze dwa. Onyks i bursztyn. – powiedział Angus

- Tak, ale o ile wiemy, gdzie jest bursztyn, onyks rozpłynął się w powietrzu… – warknęła Elizabeth – Ślad urywa się na Zapomnianych Polach.

- Obiad gotowy – oznajmił uroczyście Angus – Alex, rozłóż miseczki.

- Jasne dziadku – Alex zeszła w końcu z kolan Sebbusa i w podskokach ruszyła do kuchni – Chodź Lana, pomożesz mi…

- Tak, właśnie planowałam wyprawę do Doliny Złotych Wzgórz, ale skoro przyjechałeś i sprawa wygląda tak poważnie… – zasępiła się Elizabeth

- Ja mogę pojechać do Doliny Złotych Wzgórz! – Alex obróciła się gwałtownie o 180 stopni, a ja prawie przewróciłabym się z miseczkami

- To nie jest dobry pomysł… – skrzywiła się Elizabeth

- Dlaczego? Nie ufasz mi? Przecież dobrze wykonuję każdą misję, którą mi zlecisz! – jęknęła Alex

- A co było z medalionem? – syknęła kapłanka

- To było co innego…sprawy wymknęły się spod kontroli… – burknęła Alex

- A jeśli teraz też się wymkną? – wzrok Elizabeth płonął – Sands jest zły…a my drażnimy się z nim jak mysz z kotem. Nie mam zamiaru was narażać…

- Elizabeth, jeśli mogę coś powiedzieć, Alex jest dużą, silną i inteligentną dziewczyną. Poradzi sobie, w końcu ty ją wychowałaś – przerwał jej Angus – Nie raz udowodniła, że potrafi działać pod presją. Jest potężną, jej moc pochodzi od Słońca i ma nad tobą przewagę, bo może podróżować w dzień.

- A co będzie w nocy? – prychnęła

- W nocy ja jej pomogę. Przecież nie zostawię Alex samej – włączyłam się

Alex spojrzała na mnie i posłała mi pełen wdzięczności uśmiech i złapała delikatnie moje palce. Poczułam, że robi mi się ciepło na sercu. Może w końcu zdobyłam jej zaufanie.

- Kapłanko, wiem, że wykonujesz teraz ważną misję i nie prosił bym cię o to, gdyby to nie była ważna sprawa. Nasza najwyższa kapłanka umarła, ktoś musi wyznaczyć nową.

- Wiem Sebbusie, rozumiem ból i stratę twojego plemienia… – powiedziała spokojnie Elizabeth

- On jest z innego plemienia? – zapytałam szeptem Alex

- Tak, on jest z plemienia Namnetes, czyli ludzie doliny. My jesteśmy Helvetii, plemię leśnych celtów. Oni żyją w okolicy Północnej Przełęczy. Oddzielili się od nas za czasów rządów babci. Ich najwyższa kapłanka była siostrą babci. – powiedziała szybko i podeszła do stołu z naczyniami – Nie wiedziałam, że kapłanka Dallas nie żyje, tak mi przykro Sebbusie…

- Dziękuję słoneczko, dziękuję…Morrigan na pewno cieszy się z jej przybycia – uśmiechnął się smutno i uścisnął jej dłoń

- W tej sytuacji musisz jechać, kapłanko – Alex popatrzyła się poważnie na matkę – To twój obowiązek mianować nową najwyższą kapłankę. Nie możesz ich tak zostawić.

- Znam swoje obowiązki, Andrine. Nie musisz mi o nich przypominać – syknęła Elizabeth, a Alex przełknęła ślinę

Angus skinął na mnie głową, żebym usiadła (zupełnie ignorując napięcie między matką i córką)  i nalał wszystkim zupę.

- A zatem postanowione – oznajmił wesoło, siadając na stołku – Alex i Lana jadą do Doliny po bursztyn, a ty moja droga pojedziesz z Sebbusem do Północnej Przełęczy.

- Dobrze…zgadzam się – poddała się niechętnie Elizabeth

Alex uśmiechnęła się nad zupą i kopnęła mnie pod stołem w kostkę. Jej oczy błyszczały z przejęcia. Mnie też zaczął się udzielać jej nastrój…nie wiem, czy to od tej zupy pokrzywowej Angus (która była przepyszna tak na marginesie), czy od perspektywy zwiedzenia nowego kawałka wyspy…

***

Po pysznej sałatce i kompocie z czarnego bzu, Alex zabrała mnie na wycieczkę po okolicy. Zaprowadziła mnie do centrum Valedale, gdzie na polanie rósł ogromny dąb, Drzewo Życia. Rzeczywiście płynęła tam mała rzeczka. Usiadłyśmy na trawie w cieniu, oparłyśmy się o pień i przez chwilę w milczeniu słuchałyśmy szumu wody i śmiechu bawiących się dzieci.

- Alex? – mruknęłam, czując ogarniającą mnie senność i błogość

- Tak? – ziewnęła druidka

- Dlaczego Elizabeth jest najwyższą kapłanką a nie Angus?

- No to teraz wystrzeliłaś… – przeciągnęła się blondynka

- Chodzi mi o to, że Angus jest starszy, bardziej doświadczony i…może bardziej empatyczny? Albo stara się patrzeć na sprawę z rożnych perspektyw, o właśnie!

- Masz rację… – mlasnęła – Tylko widzisz w naszym społeczeństwie to kobiety a nie mężczyźni pełnią rolę najwyższych kapłanów. Moja babcia była przywódcą, ale kiedy zginęła podczas obrony Valedale przed Sandsem, mama przejęła po niej automatycznie funkcję. Mężczyźni mogą być tylko doradcami, dlatego tworzą Radę Starszych. Dla mężczyzny z naszego plemienia największym zaszczytem jest poślubienie kapłanki.

- Angus też tak na to patrzy?

- Dziadek jest inny…jest po prostu super – uśmiechnęła się szeroko Alex i założyła ręce za głowę – Podobno na początku wcale nie chciał się żenić z babcią i powiedział, że nie będzie jej pieskiem do towarzystwa…ale potem się zakochał, wpadł po same uszy. No i stał się jej mężem…ale ne pieskiem. Babcia go szanowała, właściwie to razem sprawowali władzę. Wspólnie się naradzali i podejmowali decyzje, a ona wprowadzała je w życie. Dziadek mówi, że bardzo się kochali…mamę też kocha i ona jego, mimo, że wygląda jakby nikogo nie kochała. Elizabeth szanuje Angusa, wie, że jest mądry i doświadczony i słucha go…ale też się do tego nie przyzna.

- To skomplikowane… – westchnęłam

- Wiem! – zaśmiała się

- Więc…kiedy Elizabeth umrze…ty będziesz kolejną kapłanką. – zauważyłam

- Właśnie tego się obawiam… – szepnęłam Alex. Spojrzałam na nią. Patrzyła przed siebie, ale myślami była daleko stąd. Ciekawe o czym ona tak ciężko myśli…może kiedyś mi powie? Odwróciłam się i utkwiłam wzrok w płynącej wodzie, mieniącej się w promieniach słońca. Pozwoliłam moim myślą płynąć, a moje głowa była coraz bardziej ciężka…Trudny nieprzespanych dwóch ciężkich nocy w końcu dały o sobie znać. Nie protestowałam więc, gdy moja głowa opadła miękko na ramię Alex, a Orfeusz porwał mnie w swoje objęcia…

Kiedy się obudziłam, słońce przeszło już na drugą stronę, tak, że grzało mnie w tył głowy i plecy. No nie…kolejny raz zasnęłam na trawie! O dziwo, tym razem było mi nawet całkiem wygodnie…może z czasem człowiek się przyzwyczaja? O tak, jeszcze trochę a zamienię moje łóżko na kupkę słomy i trawę. Przeciągnęłam się i starłam z policzka trawę, która się do mnie przykleiła. Rozejrzałam się wkoło i zorientowałam się, że nigdzie nie ma Alex. Kochana przyjaciółka…tak po prostu zostawiła mnie śpiącą pod drzewem w centrum miasteczka. Nawet jeśli w Valedale to normalne, ja czuję się porzucona…znowu…

- Cześć – nagle koło mnie pojawiła się grupka maluchów. Byli uśmiechnięci, zdyszani i zarumienieni od zabawy na świeżym powietrzu

- Cześć – uśmiechałam się do nich i zaczęłam rozprostowywać nogi – Widzieliście może Alex? Zakładam, że ją znacie…

- Tak, znamy – zaśmiała się najwyższa dziewczynka. Na przedzie nie miała dwóch zębów, więc pewnie była na etapie mleczaków. Rezolutnie odrzuciła włosy do tyłu i wzięła się pod boki – Mamy dla ciebie wiadomość od niej. Alex powiedziała, żebyś jechała do domu, a ona się z tobą skontaktuje, gdy przyjdzie pora.

- Tak powiedziała? – wytrzeszczyłam oczy – Miła jak zawsze…cóż, możecie jej przekazać, że czekam – westchnęłam, bo co innego mogłam zrobić. Jeśli myślałam, że druidka się zmieni, to byłam w błędzie. Jak zwykle odprawia mnie z kwitkiem.

- Tam czeka twój koń – zawołała mały chłopczyk, wskazując Winterknighta przywiązanego do płotu w cieniu

- Dzięki – mruknęłam. Wstałam i poczłapałam do mojego dzielnego rumaka – Mam nadzieję, że odpocząłeś stary, bo teraz sobie pojeździmy…

Już miałam wskoczyć na siodło, gdy zobaczyła, że z torby wystaje jakaś karteczka. „Uważaj na siebie” przeczytałam i usłyszałam w głowie głos Alex. W środku znalazłam zapas ciastek, zapas wody, nową linę, zapałki, świeczkę i mały nożyk. Na co ona mnie naszykowała? Nie wybieram się na żaden obóz przetrwania…chyba, że Alex wie więcej niż ja sama?

***

Po szalonym cwale przez Głuche Lasy i spokojnym galopie przez Srebrną Polanę skierowałam się w stronę domu starego Earla. Już z daleka poczułam zapach smażonej ryby, a gdy podjechałam pod dom ze zdziwieniem odkryłam, że jest tam cała moje drużyna.

- Lana! – przyjaciele z radością mnie powitali i przesunęli się, żeby zrobić mi miejsce przy ognisku – Wreszcie jesteś!

- No tak! Więcej was matka nie miała?! – stary Earl wziął się pod boki i starał się wyglądać groźnie – Moje biedne trzy rybki nie starczą dla takiej hałastry…

- Podzielimy się – powiedział wesoło Jasper

- Tak? A co dla mnie zostanie? Ości? – jęknął – Człowiek pójdzie na ryby, cały dzień siedzi w zimnej wodzie rzucając wyzwanie reumatyzmowi i kiedy ma nadzieję na romantyczną kolację przy świecach, tylko ja i ryby, przychodzi taka banda i obeżre cię ze wszystkiego… – biadolił, przewracając ryby na ruszcie

- Ja też się cieszę, że pana widzę – zaśmiałam się

- Tak to jest…dasz jednemu bachorowi palec to wszystkie  się zlecą i wezmą całą rękę… – mruczał gniewnie, ale widziałam, że uśmiecha się pod nosem. Cieszył się, że ma towarzystwo. – Nie pamiętam, żebym zakładał przedszkole…

- Właśnie opowiedzieliśmy staremu Earlowie o pościgu Sandsa i jak udało nam się ocalić baronową – powiedziała rozemocjonowana Anastasia

- Zbędne ryzyko, ktoś mógłby jej potargać te siwe kłaki – splunął za siebie, a ja, Rose i Ana wymieniłyśmy znaczące spojrzenia i wszystko wiedziałam. Earl starał się pokazać, że nic go to nie obchodzi, ale tak naprawdę bardzo przejął się kłopotami Lorelaj. Wciąż ją kochał.

- Powiedz lepiej jak się czuje moja kochana ciotunia? – mruknął sarkastycznie Will, grzebiąc patykiem w palenisku

- Kiepsko…załamała się…i kompletnie jej odbiło – mruknęłam zmieszana, drapiąc się po karku

- W sensie, że jest niepoczytalna i można ją zamknąć w wariatkowie? – zapytał Jasper

- Hoho teraz już za późno! Trzeba było o tym pomyśleć jakieś 20 lat temu… – burknął stary Earl

- Nie, aż tak źle nie jest – powiedziałam dobitnie – Udało mi się z niej wyciągnąć diament Strażników Aideen.

- Brawo! Jak ci się to udało? – zaczęli mi gratulować przyjaciele

- Była tak przerażona, rozgoryczona i rozżalona… – pokręciłam głową – Obiecałam, że jeśli odda nam diadem, ochronimy ją przed Sandsem – zapadła cisza – Bo ochronimy, prawda? – chrząknęłam. Earl parsknął głośno na te słowa.

- Skoro jej obiecałaś… – odezwała się niepewnie Rose – Chyba musimy…

- Nie bądź śmieszna, dziecko – Earl spojrzał się na nią z politowaniem – Co jeszcze obiecałaś tej wampirzycy?

- Obiecałam, że pomogę jej zorganizować tegoroczne zawody o tytuł mistrza wyspy. – westchnęłam. Przed Earlem nic nie da się ukryć.

- Ha! Wiedziałem! – zatriumfował Earl. Podniósł się i poszedł do domu po talerze na ryby. Przyjaciele patrzyli się na mnie jak na kosmitkę.

- Czy ty już do reszty zwariowałaś? – zapytała powoli Rose

- Oj Rosie…to przecież nie może być takie trudne – zacmokałam – Musimy tylko przygotować teren, miejsca dla gości, dla koni, powiadomić mieszkańców Jarlaheim i sprzedawców…

- Robiłaś kiedyś coś takiego? – prychnął Will

- Nie…ale zawsze musi być ten pierwszy raz – skrzyżowałam ramiona

- Oto cała Lana! Nie wie jak coś zrobić, ale chętnie się na to zgadza. Uwielbiam cie kuzynko! – zaśmiał się Jasper

- Dajcie spokój, te zawody to tradycja wyspy. Baronowa nie da rady ich w tym roku zorganizować, bo za bardzo boi się Sandsa. Ale czy to powód, żeby się nie odbyły? A co z tymi wszystkimi zaproszonymi ludźmi z Los Angeles i Nowego Yorku, ze sławnymi hodowcami…

- Poczekaj, jeśli dobrze rozumiem, baronowa boi się Sandsa i nie chce wychylać nosa z pałacu, a ty? Nie boisz się go? – przerwał mi Earl, wracając z talerzami i sztućcami

- No trochę się boję, ale…

- Dałaś się wkręcić w jej plan! Przebiegła lisica! Wystawiła cię Sandsowi przed nos, a sama będzie się ukrywała w komnatach. – warknął Earl ściągając rybę z rusztu i energicznie dzieląc ją na kawałki

- Przykro mi Lana, ale uważam, że Earl ma rację – powiedziała poważnie Rose. W jej szkłach odbijał się ogień, więc trudno mi było ocenić czy jest zła, czy zmartwiona – To może być pułapka. Pamiętaj, że baronowa współpracowała albo nadal współpracuje z Sandsem.

- Żmija urodziła się żmiją. Może zmieniać skóry, ale i tak nią pozostanie – burknął staruszek

- Jakie to mądre… – pokiwała głową wyrwana z transu Ana

- A dziękuję – Earl wyszczerzył się w bezzębnym uśmiechu

- Jaki Sands miałby interes w psuciu zawodów, co? – nie poddawałam się

- Nie wiem, ale to, że moja ciotka tak po prostu się poddaje, nie jest normalnym zjawiskiem – stwierdził Will, obracając widelec w palcach – Ona tak łatwo nie odpuszcza…jak grzechotnik wabi cię w swoją pułapkę i czeka na odpowiedni moment, żeby zaatakować. Nie daj się nabrać na jej rozpaczliwe słowa.

- No…ona jest jak czarna wdowa. Zanim się obejrzysz, ugryzie cię i po tobie. – przytaknął Jasper, pałaszując rybę

- Przestańcie już z tymi zwierzęcymi porównaniami, bo wszystko zaczyna mnie swędzieć – jęknęła Ana

- Chodzi nam o to, żebyś nie wierzyła wszystkim bezgranicznie – przewróciła oczami Rose – A zwłaszcza takim osobom jak baronowa…tacy ludzie się nie zmieniają. Ona gra na twoje dobre serce.

- Może trochę za szybko się zgodziłam… – przełknęłam głośno kęs ryby, przytłoczona atakiem przyjaciół – Mmm pyszna ta ryba…

- Pewnie, że tak…odwołaj najszybciej jak możesz. Masz już diadem, o to ci chodziło, tak? – wzruszył ramionami Jasper

- A gdzie mój honor! Obiecałam…

- Kochanie, z ludźmi bez honoru nie obowiązują takie same zasady – Will wziął mnie za rękę i popatrzył w oczy. Poczułam, że robi mi się gorąco. Powiedział do mnie „kochanie” przy wszystkich…nikt nie zareagował, to znaczy, że wiedzieli i zaakceptowali, że jesteśmy parą. Zauważyłam tylko jak wymieniają nad ogniskiem porozumiewawcze spojrzenia.

- No dobrze…może masz rację. Wy gangsterzy macie te swoje kodeksy honorowe czy coś… – przewróciłam oczami i wróciłam do jedzenia

- A mamy, mamy… – włączył się Earl

- No właśnie, skoro już przy tym jesteśmy…Earl, czemu mi nie powiedziałeś, że stary zajazd w Zielonej Dolinie należy do twojej rodziny?

- To on jeszcze stoi? – zakrztusił się Earl – Przepraszam, ość…

- Stoi i jest w nawet niezłym stanie…

- To właśnie w nim spaliśmy, kiedy zastała nas burza – powiedziała Rose

- Ciekawe…myślałam, że ludzie go spalili dawno temu – zamyślił się staruszek

- Czemu mieliby go spalić? – spojrzałam się z niepokojem na moich przyjaciół

- Bo mówili, że to nawiedzone miejsce – wyszczerzył się Earl, a ja ścisnęłam Willa za rękę. Wymieniliśmy porozumiewawcze spojrzenia. Miał rację. Czyli to co czułam i widziałam było prawdą – Nie chwaląc się prawdopodobnie przeze mnie…

- Co?! – Ana, Rose i Jasper wytrzeszczyli na niego oczy

- Zabiłeś tam narzeczonego Lorelaj, prawda? Do tego zajazdu ją zabrałeś, kiedy uciekliście z jej zaręczyn. – uśmiechnęłam się triumfalnie

- Szybko złożyłaś fakty – pokiwał głową

- Chwila…pan i Lorelaj…jakie zaręczyny, jakie morderstwo?! – Rose wyglądała na głęboko wzburzoną – Nie zamknęli pana?

- Rose, czy ty nic nie rozumiesz? Toż to szczyt romantyzmu! Jak w powieści… Pan Earl prawdopodobnie porwał Lorelaj sprzed ołtarza na swoim rumaku, zabrał do swojego rodzinnego domu, żeby przeżyli upojną noc poślubną, a potem, gdy odnalazł ich niedoszły mąż, zabił go w dramatycznym pojedynku o jej serce… – powiedziała rozmarzonym głosem Anastasia

Chłopcy wyglądali jakby mieli się udusić ze śmiechu, Earl lekko poczerwieniał, a Rose otworzyła buzię ze zdziwienia.

- No coś w tym stylu… – odchrząknął staruszek, a chłopcy nie wyrobili i wybuchli śmiechem. Ana spojrzała na nich urażona.

- I co tu jest dla ciebie romantyczne?! – otrząsnęła się Rose – Rozmawiamy tu o morderstwie! Lecz się dziewczyno…

- Nie ma w tobie za grosz romantyzmu…Rosemarie – burknęła Ana

- Dobrze, to może ja wszystko opowiem po kolei, żeby nie było żadnych niedopowiedzeń… – westchnął ciężko Earl, wyciągając z kieszeni paczkę papierosów… – Zaczęło się od pewnego listopadowego wieczora…

Wyciągnęłam się wygodnie i oparłam o Willa, który przytulił mnie ramieniem i zaczął głaskać po włosach. Słyszałam już tą historię, wiec nie zrobiła ona na mnie takiego wrażenia jak na moich przyjaciołach. Z przyjemnością patrzyłam jak przeżywają tą historię razem z Earlem. Ana popłakała się kilka razy, Rose nieświadomie gryzła paznokcie, a Jasper z błyszczącymi oczami chłonął każde słowo Earla i patrzył na niego jak na bohatera z jego ulubionych komiksów…

-  Śpisz? – Will wyszeptał mi nagle do ucha

- Nie… – poruszyłam się, bo zaczynałam kostnieć – Podoba mi się ta historia…mogliby o niej zrobić niezły film.

Will obrócił się tak, że jego twarz było bardzo blisko mojej. Nasze usta prawie się stykały. Jego błękitne oczy błyszczały kusząco w blasku ogniska. Dotknęłam jego policzka. Wzrok Willa powędrował na moje usta. Przysunęłam się lekko i musnęłam jego usta moimi wargami. Odpowiedział delikatnym pocałunek. Zadrżałam i przysunęłam się bliżej, ale on nagle się odsunął.

- Chciałbym ci coś pokazać – powiedział tajemniczo

- Co takiego? – zmarszczyłam brwi

- Myślisz, że obrażą się jak wyrwiemy się na chwilę? – zapytał ze swoim łobuzerskim uśmiechem, dotykając kciukiem moich usta. Spojrzałam się kątem oka na resztę. Byli pochłonięci opowieścią Earla.

- Nawet nie zauważą – uśmiechałam się

- Świetnie…chodź… – szepnął blondyn. Wstał ostrożnie, wziął mnie za rękę i poprowadził do naszych koni.

- Gdzieś jedziemy?

- Tak, niedaleko… – mruknął, wskakując na Moonpearl

- Gdzie?

- Zobaczysz…ufasz mi?

- Tak – przełknęłam ślinę

Will uśmiechnął się pogodnie i ruszył wolnym kłusem. Pojechałam za nim.

- Wiesz, do tej pory nikomu nie pokazywałem tego miejsca… – odezwał się po chwili, gdy już wjechaliśmy na drogę w stronę Fortu Pint – Gdy byłem młodszy przesiadywałem tam całe dnie…chodziłem tam na wagary. A gdy rodzice się rozstali, prawie tam zamieszkałem. – prychnął – To miejsce…uspokajało mnie. Pomagało, gdy miałem ochotę ze sobą skończyć…ona mi nie pozwoliła…

W milczeniu skręciliśmy ścieżką w dół wzgórza, na którym stało Stare Opactwo. Droga była zarośnięta i wyglądała na dawno nie używaną, ale gdy dojechaliśmy na miejsce, wszystko stało się jasne. To był stary cmentarz. Will zatrzymał się przy jakimś małym grobie, zgarnął liście i kucnął. Zeszłam z konia i w milczeniu podeszłam do niego.

- Tutaj leży moja siostrzyczka…Melody… – powiedział cicho Will z uczuciem gładząc chłodną płytę – Nawet nie wiedziałem, że była dla mnie tak ważna, dopóki jej nie straciłem…nagle cały mój świat się zawalił. Rodzice zaczęli się kłócić, rozwiedli się, ojciec zaczął pić, matka wyjechała…a ja zostałem sam. Czasem mam wrażenie, że wraz z Melody umarłem ja, bo rodzice od jej śmierci zupełnie o mnie zapomnieli. Jakby pochowali dwójkę dzieci. – głos Willa załamał się. Bez słowa objęłam go od tyłu. Promienie zachodzącego słońca oświetliły nagrobek Melody Greenlight. Była niewiele młodsza od nas, gdy baronowa ją zabiła.

- Wiesz, ja i Melody naprawdę się kochaliśmy…byliśmy trochę jak ty i Jasper. Brat i siostra, najlepsi kumple. – pociągnął nosem – Zawsze się mną opiekowała, uczyła jeździć konno, bawiła się…nigdy nie mówiła, że nie ma czasu. Dużo ze mną rozmawiała. Traktowała jak kogoś równego sobie.

- Była piękna… – szepnęłam, patrząc na jej zdjęcie. Nie wiem czemu, ale miałam wrażenie, że już ją gdzieś widziałam – I bardzo cię kochała – ścisnęłam go mocniej

- Myślę, że Melody by cię polubiła – odwrócił się do mnie i złapał mnie za ręce – Jesteście trochę podobne…wesołe, energiczne, dobre, oddane innym…

- Wow tyle komplementów na raz i to z twoich ust…hmm uważaj, bo się przyzwyczaję – zażartowałam, ale on był zaskakująco poważny. Usiadł na płycie i pociągnął mnie na kolana.

- Kiedy Melody nie było…załamałem się…trafiłem do bandy Ericka, zacząłem pić, palić i robić inne głupie rzeczy… – uśmiechał się krzywo – Zawsze kiedy tu przychodziłem po akcji, miałem wrażenie, że Melody ciosa mi kołki na głowie i mówi, że to nie jest moje życie…

- Ma rację, nie jesteś taki jak Erick i jego gang. To nie musi być twoje życie – mówiłam, patrząc mu w oczy

- Wiem, ale wtedy nie widziałem innej opcji…życie na krawędzi pozwalało mi zapomnieć o bólu…ale teraz, teraz już nie potrzebuję takiego życia…bo mam ciebie… – szepnął, a mnie zakręciło się głowie. Poczułam, że do oczu cisnął mi się łzy.

- Chcesz zerwać z gangiem? – nie mogłam uwierzyć

- Tak…zmieniłaś mnie. Kocham cię i chcę się dla ciebie zmienić, być lepszym człowiekiem…i czuje, że nawet Melody w końcu przyznaje mi rację, że to dobry wybór…

- Bo jest dobry – zaśmiałam się lekko – Ja też cię kocham… – szepnęłam, a Will pocałował mnie delikatnie w usta. Po cały moim ciele rozeszło się ciepło. Całował mnie długo, powoli i subtelnie aż zrobiło mi się naprawdę gorąco. Kochałam go, wiedziałam to na pewno. To on jest tym jedynym. Znalazłam go tu, na tym przysłowiowym „krańcu świata”…Nie wiem ile czasu siedzieliśmy na starym cmentarzu, tuląc się do siebie i patrząc w gwiazdy, ale pamiętam tylko, że zasnęłam z głową na jego ramieniu i cykaniem świerszczy w uszach…

 

Szlaban u profesor Lovegood i o tym, jak przyjaciół poznaje się w biedzie…

23 sie

30 września 2020 rok

Kolejny raz nie doceniłam prędkości rozchodzenia się plotek, pamiętniczku. Już na drugi dzień cała szkoła wiedziała o nocnym zajściu w bibliotece. Wszsycy byli w głębokim szoku, że uczestniczyła w tym grupa Krukonek. Dziewczyny z Klubu Przyjaciół Książek chyba pierwszy raz poczuły się tak obco w swoim domu jak ja. Wytykane, obgadywane…oczywiście Ravenclaw długo nie rozpamiętuje swoich porażek i z dumnie uniesioną głową idzie na przód. Uczniowie szybko wybaczyli starszym koleżankom nocny wybryk, a cała ich uwaga skierowała się na mnie! Bo byłam najmłodsza, bo dawno powinnam być w dormitorium, bo zawsze wszędzie mnie pełno, bo nie jestem Krukonką, a przynoszę wstyd ich domowi…standard, po prostu znaleźli sobie kozła ofiarnego. Jedynie Rose wstawiła się za mną i tłumaczyła, że ona mnie w to wciągnęła. Jednak jej tłumaczenia wcale mi nie pomogły, a jeszcze bardziej zaszkodziły. Zwłaszcza, kiedy profesor wezwała nas przed lekcjami do swojego gabinetu. Dała nam porządną reprymendę, ale Cecylie sprytnie zrzuciła winę na Malfoya, mówiąc, że to on nas zaatakował. Koleżanki poparły ją, ale ja milczałam. Niby to prawda, zaatakował nas, ale one ukradły jego własność. Prawdę mówiąc, to one go sprowokowały. Oczywiście nie odzywałam się, żeby nie drażnić ich jeszcze bardziej (przynajmniej raz wiedziałam, kiedy ugryźć się w język!). Dziewczyny i tak były na mnie wściekłe za to, że „zgubiłam”  tajemnicze liściki Ślizgona. Nadal nie domyśliły się, że je mam i ciągle dokuczały mi z tego powodu, a ja, wbrew logice, nie miałam zamiaru je oświecać. Irmina widząc niechęć starszych Krukonek, jeszcze bardziej się na mnie wyżywała. Przestawiała mój budzik, żebym spóźniała się na lekcje, kładła mi robaki pod poduszkę, a raz zamknęła w szafie kruka i kiedy otworzyłam, wyleciał na mnie z głośnym krakaniem, a ja zaczęłam krzyczeć. Nienawidzę kruków! Przerażają mnie te ich wyłupiaste oczy. Mam wrażenie, że patrzą na mnie tak, jakby chciały wyssać mi duszę…co za ironia, że to zwierzęcy symbol Ravenclawu! Tego ranka Irmina zaszyła zaklęciem zasłonki przy moim łóżku, tak, że nie mogłam się wydostać na zewnątrz.

- Spróbuj teraz coś zrobić, Socretto! Masz już wprawę w walce z przeciwnościami losu! – śmiała się Irmina

- Właśnie! Pokaż nam siłę lwa! – dogadywały pozostałe dziewczyny

- To nie jest śmieszne! Wypuśćcie mnie! – szarpałam się. Krukonki tylko się śmiały i dźgały firankę różdżkami, jakbym była prawdziwym lwem w klatce.

- No nie wiem Socretto, ja tam się dobrze bawię… – zachichotała zadowolona Irmina – Czyżbyś się bała ciemności? A może nie potrafisz używać różdżki, co?

- Hoho Irminko, jak użyję mojej różdżki, to wyjdziesz z tego pokoju szybciej niż myślisz! – wzięłam się pod boki – Mówię ostatni raz: puszczaj mnie!

- Jasne już się boję… – prychnęła Kleopatra, klepiąc ręką zasłonkę

- Sama się prosiłaś… – burknęłam i wyciągnęłam różdżkę spod poduszki. Zrobiłam nią szybki obrót w powietrzu, wypowiedziałam odpowiednie zaklęcie i nastąpiło wielkie BUM! Usłyszałam pisk dziewczyn, kiedy siła wybuchu odrzuciła je do tyłu. Wyszłam spokojnie z mojej pułapki i strzepnęłam z piżamy resztki nadpalonej zasłonki. Zadowolona spostrzegłam, że dziewczyny leżą z osmolonymi twarzami na swoich łózkach. Irmina, która stała najbliżej miała grzywkę postawioną na sztorc i dziury w rękawach jedwabnej piżamki. Jej oczy płonęły furią, ale, o dziwo, nie bałam się, lecz miałam ochotę się śmiać. Wyglądała komicznie siedząc tak na łóżku, z osmoloną buzią.

- Jesteś nienormalna! Jesteś wariatką! Pozabijasz nas wszystkich! – Irmina szybko otrząsnęła się z szoku i zaczęła wrzeszczeć

- Z kim przystajesz, takim się stajesz – uśmiechnęłam się złośliwie – Zawsze mówiłam, że dzielenie z tobą pokoju ma na mnie destrukcyjny wpływ… – wzruszyłam ramionami, ale to jeszcze bardziej ją rozjuszyło

- Taka jesteś mądra?! – podskoczyła jak oparzona i podbiegła do mnie, wymachując różdżką. Od razu przyjęłam postawę obroną, tak jak uczył nas profesor Daydar na Obronie Przed Czarną Magią. – Powiem wszystko profesor Gretel! Napiszę do mojej maki! Jesteś psychopatką! Nie będę mieszkać z tobą w pokoju! Wysadzisz nas wszystkich w  powietrze!

- O ile wcześniej nie zamkniesz mnie w kufrze! – prychnęłam

- A wiesz, że to nie jest zły pomysł… – zmrużyła oczy, uśmiechając się jak żmija. I powiedzcie mi, czemu ta jędza nie jest w Slytherinie?! Życie jest niesprawiedliwe!

- Przestańcie już… – Minnie podeszła do Irminy i błagalnie pociągnęła ją za rękę. Biedaczka trzęsła się jak galareta, a z nią, jej kucyki. – Spóźnimy się na śniadanie…

- Minnie! Czy ty myślisz, że pójdę w takim stanie na śniadanie?! – histeryzowała Kleopatra

- Spokojnie Irmina, zaraz to naprawimy… – Gerdi podeszła do niej szybko, starając się wytrzeć jej buzię

- Zostaw mnie! – odpędziła ją wściekle – Moja piżma…zabiję cię!

- To ja życzę miłej zabawy… – ruszyłam do drzwi i pomachałam palcami z wrednym uśmieszkiem

- Socretto, wracaj…! – zawołała za mną Krukonka, ale ja drzwi pokoju zamknęły się za mną z trzaskiem

Nie ma to jak dobrze zacząć dzień! Pomimo porannego spięcia miałam znakomity humor! Udało mi się odegrać na tej napuszonej ropusze i przy okazji mieć z tego niezły ubaw. Dobrze, że musiałam wyjść z dormitorium wcześniej, bo nie chciałabym przebywać dłużej w jednym pomieszczeniu z wściekłą Irminą. Zgodnie z zarządzeniem dyrektor McGonagall każdy z uczniów biorących udział w bójce w bibliotece został ukarany szlabanem. Ja zostałam przydzielona do profesor Lovegood. Wieczorem po zajęciach dostałam od niej sowę, żebym przyszła do niej następnego ranka pomóc przygotować materiały na lekcję. Miałam się zjawić na błoniach jeszcze przed śniadaniem, dlatego musiałam nastawić budzik na jakąś kosmiczną porę. Irmina „ostrzegała” mnie wieczorem, że jeśli mój budzik ośmieli się (cały czas patrzyła na „mugolskie wynalazki”, które ze sobą wzięłam z pewną dozą politowania i niepokoju) zadzwonić o tak nieprzyzwoitej godzinie, rozwali go i mnie przy okazji. Jak widać spełniła swoją groźbę i uwięziła mnie we własnym łóżku. Przynajmniej pomściłam mój biedny budzik…

Promienie słońca dopiero nieśmiało przebijały się przez ciężkie warstwy chmur, gdy maszerowałam szybkim krokiem przez opustoszałe korytarze szkolne. Wszechobecna cisza trochę mnie dobijała…chyba nie było w tej szkole drugiej idiotki, która biegłaby o tej godzinie odsiedzieć swoją karę. Nie wiem jak inni profesorowie rozłożyli kary pozostały uczestnikom, ale jakoś nie widzę, żeby ktoś oprócz mnie śpieszył się do gabinetu. Cóż, takie moje życie…niesprawiedliwość nie zna granic.

Wyszłam ze szkoły na wilgotne, chłodne, jesienne powietrze. Lodowaty poranny wiatr przeszył mnie do szpiku kości. Zadygotałam i owinęłam się ciaśniej grubym szalem w barwach Ravenclawu. Nawet tego nie skomentuję…o wiele bardziej wolałabym, żeby był w kolorach złotym i czerwonym, ale niestety warunki atmosferyczne zmusiły mnie do zaprzestania protestu w sprawie nie noszenia ubrań w barwach Krukonów. Dziarskim krokiem przeszłam przez błonia ignorując wodę chlupoczącą mi w butach i opadającą mgłę, która mnie otaczała im bardziej zbliżałam się do chatki gajowego. Trudno, będę musiała wrócić przed lekcjami do dormitorium, żeby się przebrać. Tymczasem z ciężkim sercem weszłam na strome schodki i zapukałam głośno w drzwiczki. Usłyszałam brzdęk jakiś garnków, cichy niezadowolony pomruk. Przygryzłam wargę, nie wiedząc, czy wejść, czy czekać na zaproszenie. W momencie, gdy podjęłam decyzję, żeby mimo wszystko wejść, usłyszałam wesoły, poddenerwowany głosik.

- Proszę wejść, proszę…! – słychać było jak Lovegood biega po chatce i coś głośno ustawia

- Eee dzień dobry, pani profesor – nieśmiało uchyliłam drzwi – Przyszłam, bo przysłała pani sowę, ale jeśli przeszkadzam… – patrzyłam skonsternowana jak nauczycielka wyciera wielką kałużę mleka z podłogi

- Nie, nie, wcale nie przeszkadzasz…już robię z tym porządek – wyciągnęła różdżkę z kieszeni poplamionego fartucha w kropki, machnęła nią szybko i wszystko zaczęła sprzątać się samo – Dzień dobry, Sabrino – uśmiechnęła się przyjaźnie

Spojrzałam na nią i też starałam się uśmiechnąć, ale byłam niewyspana, głodna i skostniała z zimna. Dodatkowo Luna Lovegood ubrana w długą zwiewną sukienkę w kolorowe motyle  z wiankiem we włosach przywodziła mi na myśl jakąś leśną nimfę i zastanawiałam się, czy przypadkiem jeszcze nie śpię. Szybko przetarłam dłonią twarz, żeby się obudzić.

- Wczesna godzina, co? – zachichotała nauczycielka

- Hmm tak…zwykle tak wcześnie nie wstaję – nieoczekiwanie ziewnęłam – Przepraszam… – zaczerwieniłam się

- Nie szkodzi, zaraz cię rozbudzimy – mrugnęła do mnie – Gotowa na poranne ćwiczenia? – zawołała dziarsko zdejmując fartuch i zarzucając na ramiona ciężką wojskową kurtkę

- Słucham? – spojrzałam na nią nieprzytomnie

- Pomożesz mi ustawić klatki z chochlikami na lekcje z trzecioklasistami, wyczyścimy uprząż do jazdy na hipogryfach dla piątoklasistów… – wyliczała, zakładając ogromne, czarne ubłocone kalosze

- Ach tak… – pokiwałam głową – To ja może jednak zostawię moją torbę tutaj… – stwierdziłam po chwili namysłu

- Pewnie, że tak! – przytaknęła – Ale chwila…ty chcesz iść tak ubrana?

- Coś nie tak z moim strojem?

- Ubrudzisz się i przemokniesz – przekrzywiła głowę, lustrując mnie od stóp do głów. Przełknęłam ślinę.

- To akurat może przemoknąć… – mruknęłam, ściągając szalik

- Zaraz coś dla ciebie znajdę… – zacmokała i zniknęła w drugiej części domu za zasłonką. Dopiero teraz skojarzyłam, że palnęłam głupstwo. Przecież profesor Lovegood była kiedyś w Ravenclawie! Nie powinnam przy niej komentować mojej niechęci do tego domu, zwłaszcza, że nauczycielka zadaje się mnie lubić…

- Proszę bardzo! – zadowolona profesorka wróciła po chwili z za dużą o dwa rozmiary żółtą kurtką przeciwdeszczową i zniszczonych kaloszach. – Zostało po poprzednim gajowym. Pewnie będzie za duże dla takiej kruszynki, ale lepsze to niż ubrudzić mundurek, prawda? – dalej była sympatyczna, jakby w ogóle nie usłyszała mojego komentarza (co może nie byłoby kłamstwem, bo wydaje mi się, że ta kobieta ma swój świat i swoje kredki).

- Dziękuje – z wymuszonym uśmiechem ubrałam się w ekwipunek

- Za mną, wycieczko! Teraz pokażę ci chochliki! – Luna nawet nie czekała na mnie, czy się przebrałam. Od razu wyszła z chatki, licząc na to, że za nią pójdę. Przyznam, że w tych gigantycznych kaloszach dotrzymanie jej tempa było nie lada wyzwaniem. – Będziesz mogła pochwalić się w klasie, bo wy będziecie mieli o nich zajęcia dopiero za dwa lata…

- Hmm myślę, że moja klasa do tego czasu zdąży już wszystko przeczytać o tych stworzeniach – burknęłam pod nosem, zanim ugryzłam się w język. No pięknie! Wyjdzie na to, że się wymądrzam.

- Tak, to by było podobne do Krukonów! – nieoczekiwanie Luna Lovegood parsknęła śmiechem. Wzięła dużą siatkę na motyle stojącą przy drzewie i latarnię. Jednym machnięciem różdżki zapaliła świecę i ruszyła odważnie w ciemność Zakazanego Lasu. Nie jestem strachliwą osobą, ale przez opowieści o Zakazanym Lesie i zwierzętach, które się tam czają snutce przez Leonarda, Jamesa Pottera i innych Gryffonów wolałam trzymać się blisko nauczycielki. Naprawdę mam dla niej wielki szacunek za to, że przyjęła posadę w Hogwarcie na tym stanowisku. Nie wygląda na „fest-babkę”, ale jednak ma tyle odwagi i umiejętności, że mieszka tu na skaju lasu i radzi sobie z nauką o magicznych zwierzętach. Ja bym chyba umarła, gdyby ktoś kazał mi spać w tej chatce. I nagle wizja pokoju z Irminą wcale nie jest taka zła…

- Stój – zatrzymała mnie Luna, gdy doszłyśmy groty, zasuniętej ciężkim kamieniem. Obok stał rząd klatek. – Postaw latarnię i weź siatkę. Kiedy odsunę kamień, przygotuj się na wylot chochlików. Wystarczy, że wystawisz siatkę, a one będą wpadać jedno po drugiem, bo będę oszołomione światłem. Ty musisz tylko szybko wrzucić je pojedynczo do klatek.

- Ja?! – poczułam, że robi mi się słabo, gdy nauczycielka wetknęła mi do ręki siatkę

- Tak, to nic trudnego. Trzeba się tylko szybko ruszać. Mówiłam, że cię rozbudzę – uśmiechnęła się

- A jeśli ich nie złapię? – chrząknęłam

- Och…wtedy one mogą cię zaatakować i jak to chochliki…zniszczą ci fryzurę. Co najmniej! – zaśmiała się

- Nie widzę tym nic śmiesznego, pani profesor – burknęłam urażona, poprawiając kucyk

- Gotowa?

- Nie! – pisnęłam

- Za późno – zawołała Luna i odsunęła kamień. Przerażona przyjęłam pozycję z siatką w gotowości. Pierwszy chochlik wyskoczył nagle i niespodziewanie. Rzuciłam się na niego jak rasowy łowca. Złapałam go z bojowym okrzykiem i wrzuciłam do pierwszej klatki.

- Bardzo dobrze! – pochwaliła mnie profesorka, zamykając klatkę

- HA! – zatriumfowałam

- To nie koniec, orientuj się! – ostrzegła mnie

Obróciłam się i zamarłam…z groty wyskoczyła cała armia chochlików. Byłam w takim szoku, że zapomniałam jak się krzyczy. Miotałam się z siatką jak ninja z filmów karate. W końcu mogłam się poczuć jak Jackie Chan. Gdyby teraz Leonard mógł mnie zobaczyć, na pewno by powiedział, że nie jestem taką sztywną Krukonką i nadaję się na Gryffona! Raz za razem wrzucałam nieznośne istotki do klatki. Problem był taki, że pozostałe chochliki szybko odzyskały świadomość tego co się dzieje i nie pozwoliły się tak łatwo zapuszkować

- No nie! To są jakieś żarty! – darłam się, skacząc i odganiając się od zwierzaków jak od natrętnych much

- Pośpiesz się i złap je! – wołała Luna

- To nie jest takie…AŁA…proste! – pisnęłam, gdy któryś z chochlików z denerwującym śmiechem pociągnął mnie za włosy

- No dobrze, myślałam, że tego unikniemy…Impediamento! – zawołała nauczycielka i nagle stało się coś dziwnego. Chochliki zamarły w powietrzu…a właściwie to ruszały się, ale w zwolnionym, ślimaczym tempie.

- Genialne! – ucieszyłam się – Nie można było tak od razu? – spojrzałam na nią z wyrzutem

- Miałam ci odebrać cała zabawę? Cóż byłby ze mnie za nauczycielka… – odparła przekornie profesor Lovegood

- O tak, bawiłam się świetnie… – przewróciłam oczami, ścierając pot z podrapanego policzka – Accio chochlik! – przywołałam po kolei pozostałe istoty i razem z profesorką pozamykałyśmy je w klatkach

- Brawo…nie spanikowałaś, ale zaklęcia i różdżka nie były twoim pierwszym odruchem. Podjęłaś walkę…jak prawdziwy Gryffon – powiedziała z uznaniem, a ja spojrzałam na nią w zupełnie innym świetle

- Naprawdę tak pani myśli?

- Tak…nie jesteś zwykłą Krukonką…ale daleko ci jeszcze do bycia prawdziwym Gryffonem.

- Co?! – czułam się, jakbym dostała tą siatką po głowie – Ale ja przecież…udowodnię! Udowodnię wam wszystkim, że powinnam być w Gryffindorze! – wybuchłam – Przepraszam… – przestraszyłam się swojego wybuchu

- Nie szkodzi…mówiłam, że nie jesteś zwykłą Krukonką – pogłaskała mnie po głowie z dobrotliwym uśmiechem, a mnie od razu przypomniała się mama. Tak strasznie za nią tęsknię…dużo bym dała, żeby mnie teraz przytuliła. – No nie stój tak, musimy jeszcze przenieść te klatki. To w końcu nie są wakacje tylko odbywasz tu karę – przypomniała Luna

- No tak…co mam robić? – wróciłam do realności

- Pchaj te klatki za mną! – powiedziała nauczycielka

Ruszyłam za nią, pchając tak jak ona trzy klatki na raz. Kiedy w końcu wtoczyłyśmy się na górkę, a ja myślałam, że odpadną mi nogi i ręce, profesor Lovegood złączyła swoje klatki zaklęciem, zepchnęła je w dół, wskoczyła na górę i zjechała po błotnistej górce z dzikim piskiem. Patrzyłam w ślad za nią z szeroko otwartymi oczami i rozdziawioną buzią. Co za osobowość…

- Teraz ty, Sabrina! Zobaczysz, będzie fajnie! – wołała z dołu nauczycielka

- Wątpię… – mruknęłam pod nosem, ale nie widząc innego wyjścia. Zastosowałam się do poleceń profesorki. Z trudem wskoczyłam na wysoką klatkę, rozpaczliwie próbując nie zsunąć się w dół. Pęd powietrza rozwiewał mi włosy i wyciskał łzy. Chochliki, które na dobre już się wybudziły z letargu, głośno protestowały i biły od spodu w swoje klatki. Pod wpływem impulsu podniosłam się, wystawiłam ręce do góry i podobnie jak Luna zaczęłam krzyczeć.

- I jak? – zapytała nauczycielka, gdy klatki zatrzymały się na dole

- Krótko! – sama siebie zaskoczyłam tą odpowiedzią. Zdyszana, spocona, rozgrzana…ale też rozochocona. Chciałam więcej takich atrakcji! – Magiczny świat jest ekstra!

- Chodź, mamy jeszcze trochę pracy, a czas nam ucieka – powiedziała Luna, kiwając głową z tajemniczym uśmiechem

Tym razem bez protestu pobiegłam za nią. Zrozumiałam, że dla niej ta praca oznaczała po prostu dobrą zabawę. Może rzeczywiście tak było…może nie wszystkie lekcje muszą być nudną i żmudną robotą? Luna Lovegood zaprowadziła mnie do stajni i pokazała jak czyścić skórzane uprzęże hipogryfów i testrale. Podobno te ostatnie ciągną karety z uczniami, którzy pierwszego września przybywają Hogwartem Express. Kiedy zapytałam gdzie one są i czemu ich boksy stoją puste, powiedziała, że testrale są niewidzialne dla osób, które nie widziały czyjejś śmierci.

- Och pamiętam to z pani biografii! – przypomniało mi się – W wywiadzie mówiła pani, że Harrym Potterem, bo pani pierwszym znajomym, który mógł je zobaczyć. Tylko on widział testrale tak jak pani.

- Biografia? – zmarszczyła lekko brwi – Mam coś takiego? – wyglądała na zdziwioną

- Tak… – chrząknęłam zmieszana – Przecież jest pani wielką podróżniczką i badaczką.

- Ach tak…masz rację – mruknęła. Czekałam aż powie coś więcej, ale Luna milczała.

- Przepraszam…jeśli mogę spytać, czemu pani już nie podróżuje. Wydaje mi się, że to o wiele ciekawsze zajęcie niż nauka tutaj w Hogwarcie. Sprawiała pani wrażenie, że lubi to pani…

- Bardzo lubiłam – uśmiechnęła się smutno – Podróżowałam z moim mężem, a potem dwójką synów bliźniaków, ale to pewnie już przeczytałaś – zaśmiała się lekko – Wiesz Sabrino, w życiu nie da się wszystkiego przewidzieć i nie każda przygoda kończy się dobrze, jak kiedyś mi się wydawało… – wyczułam w jej głosie gorycz i żal – Rozstaliśmy się. – powiedziała szorstko – Ja i Rolf. Mąż zdecydował, że nasi synowie pójdą do Instytutu Magii Durmstrang, a ja wróciłam tu. Dyrektor McGonagall akurat szukała kogoś do Opieki nad Magicznymi Zwierzętami, więc się zgłosiłam.

- Rozumiem… – przełknęłam ślinę. Postanowiłam powstrzymywać się z kolejnym pytaniem, które cisnęło mi się na usta odkąd ją poznałam. Już wiedziałam, czemu wróciła do swojego panieńskiego nazwiska.

- No dalej, czemu nie pytasz się dalej? – zapytała po chwili

- Słucham? – nie zrozumiałam

- Jesteś Krukonką, powinnaś być ciekawa i mieć komplet pytań – posłała mi prowokujące spojrzenie

- Ja… – zatkało mnie – szanuję pani prywatność. W ogóle dziwię się, że pani profesor mi tak dużo powiedziała. W sumie nie musiała pani…jestem tylko uczennicą. Nie mam prawa pytać o nic więcej. Moja mama mi mówiła, że im mniej pytań zadajemy, tym człowiek bardziej się otwiera – dodałam poważnie

- Więc twoja mama to bardzo mądra kobieta… – uśmiechnęła się od mnie ciepło – Ty też taka jesteś. Znam się na ludziach, Sabrino. Nie jesteś tak zimna i nieczuła jak większość Krukonów. Sprawiasz wrażenie chłodnej i wyniosłej, ale to twoja maska. Nie jesteś jedną z nich…jesteś inna i wyjątkowa.

- Dziękuje – poczułam, że się rumienię. Przez głowę przeszła mi myśl, że profesor Lovegood chciała, żebym miała u niej szlaban tylko po to, żeby mnie lepiej poznać

- Ravenclaw nie jest złym domem – wróciła do naszej rozmowy, gdy pakowałyśmy siano na zimę dla jednorożców – Daje wiele możliwości…

- Naprawdę tak pani myśli? – sapnęłam, ciągnąc ciężki worek do szopy – Nigdy nie zazdrościła pani Harremu, Hermionie, Ronowi i Nevillowi, że są w Gryffindorze?

- Tylko wtedy, gdy dzień się kończył, a ja musiałam wracać sama do pokoju wspólnego na wieży – odparła po chwili namysłu – Oni mogli siedzieć razem w pokoju przy kominku do późna w nocy i rozmawiać. Czułam się trochę wyłączona z ich życia i to mnie bolało. Potem zrozumiałam, że jestem dla nich ważna.

- Pani też nie lubili w Ravenclawie, prawda?

- Uważali mnie chyba za nieszkodliwą dziwaczkę… – zaśmiała się do swoich wspomnień – Nie nienawidzili mnie tak jak ciebie.

- To mnie pani pocieszyła – prychnęłam

- Poczekaj, zanim się obrazisz, pamiętaj, co ci powiedziałam. Ravenclaw daje dużo możliwości. W Gryffindorze wszyscy robią wszystko pod wpływem impulsu, gwałtownie i przypominają stado bojowych kogutów…Leonard Crouch doskonale obrazuje ducha tego domu. W Ravenclawie jest ciszej, spokojniej, bardziej nastrojowo…teraz tego nie doceniasz, ale masz dostęp do potężnej, tajemnej wiedzy w bibliotece, co może ci pomóc w rozwiązaniu zagadek. Nie patrz tak na mnie. Wyglądasz mi na osobę, która lubi zagadki i jest na tyle sprytna i samodzielna, żeby prowadzić poszukiwana na własną rękę.

- Tak? – spojrzałam na nią podejrzliwie. Luna odłożyła swój worek i dotknęła naszyjnika kruka na mojej szyi.

- Klub Przyjaciół Książek – pokiwała z uznaniem głową – Pasowałabyś do ich grona. Masz zadatki na dobrego reformatora. Kiedy cie przyjmą z chęcią popatrzę jak wprowadzasz tam nowe porządki – puściła do mnie perskie oko

- Ale przecież… – zaczęłam spłoszona

- Dobrze wiem, co to jest – potrząsnęła lekko medalionem i puściła go – Na twoim miejscu nie obnosiłabym się z nim tak po szkole. Malfoy jest okrutny i boję się, co mu się kłębi w tej głowie, ale na pewno nie jest głupi. To, że nikt nie odkrył twojego podstępu to tylko kwestia czasu. Myślisz, że Ślizgoni i Krukonki nie szukają tych kartek? Prędzej czy później domyślą się, że oszukałaś ich wszystkich. Ale muszę przyznać, że jesteś pomysłowa…i odważna, żeby tak się bawić z Malfoyem – uśmiechnęła się pod nosem

- Nie doniesie pani na mnie profesor McGonagall? – zdziwiłam się

- O pewnych sprawach nauczyciele nie muszą wiedzieć. Sama się o tym przekonałam…ale nie myśl, że będzie tak zawsze. To pierwszy i ostatni raz – spojrzała na mnie kątem oka

- To co ja mam teraz zrobić, pani profesor? – poczułam jak niepokój skręca mi żołądek

- Pozbądź się tego – wzruszyła ramionami – Znajdź osobę, której ufasz i oddaj to, póki możesz. Nie powinnaś się mieszać w sprawy ze Scorpiusem Malfoyem.

- Rose Weasley… – szepnęłam

- O tak, Rose to dobra dziewczyna. Na pewno ci pomoże – Luna poklepała mnie po ramieniu – Koniec pracy na dziś. Na śniadanie pewnie już nie zdążysz, ale musisz chociaż iść się przebrać…

Wróciłyśmy do chatki. Przebrałam się z niewygodnych rzeczy, a profesor Lovegood wymusiła na mnie, żebym wypiła garnuszek mleka i zjadła grubą pajdę chleba z dżemem.

- Dziękuję pani profesor. Za rozmowę i za to, że tyle mi pani pokazała…

- Drobiazg – machnęła ręką – Musiałam cię trochę pomęczyć w tej kozie. Widzimy się jutro o tej samej porze – zakomenderowała, zakładając na ramię strzelbę. Nawet nie miałam zamiaru się pytać, po co jej to. Za dużo już dziś widziałam. – Życzę ci Sabrino, żebyś spotkała w końcu takich wspaniałych przyjaciół jak ja Harrego, Hermionę, Rona i Nevilla.

- Chciałabym, ale to nie jest takie proste… – westchnęłam

- Czasem przyjaciele pojawiają się w najmniej oczekiwanym momencie…i zostają już na zawsze. Miej oczy szeroko otwarte – powiedziała, wychodząc z chatki

Westchnęłam ciężko, wzięłam swoją torbę i wyszłam za nią z chatki. Chciałabym mieć tyle optymizmu co Luna Lovegood…

- Ach i jeszcze jedno! Gdybyś chciała zwierzyć się z czegoś, co nauczyciele „nie powinni” wiedzieć, to ja i profesor Longbottom zawsze cię wysłuchamy…

Poczułam, że robi mi się ciepło na sercu. Możenie wszyscy się tu na mnie uwzięli? Biegiem wróciłam przez błonia do szkoły. Słońce świeciło już mocno, a ja z daleka słyszałam poranny gwar na korytarzach. Zostało mi bardzo mało czasu, a muszę jeszcze wziąć prysznic i się przebrać, bo jestem cała spocona. Zanim się obejrzałam dotarłam na wieżę Ravenclawu i zastukałam w ogromne drzwi. Kołatka zareagowała natychmiast.

- Pewien człowiek mieszkał na 24 piętrze wieżowca. Każdego ranka szedł do pracy, zjeżdżając windą na sam parter. Jednak gdy wracał do domu, dojeżdżał tylko do 18 piętra, a resztę drogi przebywał piechotą. Dlaczego?

- Bo był za niski, żeby sięgnąć do przycisku 24! – zniecierpliwiona wyrzuciłam ręce w górę. Co za głupie zagadki

- Odpowiedź poprawna… – mruknęła kołatka i drzwi drgnęły. Chyba mam szczęśliwy dzień…

- Socretto! – usłyszałam za sobą krzyk. Odwróciłam się. Po schodach biegła zasapana Irmina. – Stój! Trzymaj drzwi. Zapomniałam książki do mugoloznawstwa!

- Tak? No to pospiesz się! – warknęłam, a gdy już byłam bardzo blisko zatrzasnęłam jej drzwi przed nosem. Kto od miecza wojuje ten od miecza ginie! Przedwczoraj zrobiła mi dokładnie to samo! Wiem, że nie powinnam walczyć z nią jej sposobami, pamiętniczku, wiem, że zniżam się do jej poziomu…ale ona tak strasznie mnie wkurza! 

Błyskawicznie wzięłam prysznic i przebrałam się (niestety musiałam szukać część garderoby po całym dormitorium, bo wściekła Irmina w odwecie przerzuciła cały nasz pokój do góry nogami. Sama nie wiem, czy szukała książki, czy chciała zrobić mi na złość. Może jedno i drugie?). W końcu, minutę przed dzwonkiem, udało mi się wybiec na korytarz. Schody wyjątkowo postanowiły nie robić mi głupich psikusów. Przeskakiwałam po dwa schodki na raz, żeby jak najszybciej dotrzeć do pracowni mugoloznawstwa. Już skręcałam za róg…i BUM! Wpadłam na coś miękkiego i odrzuciło mnie do tyłu jak na trampolinie. Zakręciło mi się w głowie.

- Uważaj jak chodzisz szlamo! – warknął na mnie Aiden – Prawie byś nas stratowała!

- Wtedy zapewne spotkały ją gorsza kara – burknął jeden z mrocznych bliźniaków ze „straży przybocznej” Blacka

- Co ci się stało? – dopiero teraz zobaczyłam, że Aiden ma osmoloną twarz i dziury w ubraniu. Ledwo mogłam powstrzymać się od śmiechu.

- No i z czego się śmiejesz, szlamo! – syknął, a jego policzki poczerwieniały

- Nic, do twarzy ci w czarnym…wyszczupla – parsknęłam, zanim zdążyłam ugryźć się w język – Miałaś szlaban u Gretel o ile pamiętam…

- Właściwie to czemu miałbym nie ukarać cię teraz? – mruknął Aiden po chwili milczenia – Brać ją!

Zanim zdążyłam się zorientować, bliźniacy złapali mnie za ramiona, uniemożliwiając ucieczkę.

- Chwila, spokojnie, może porozmawiamy… – zadrżałam

- Ja rozmawiam w inny sposób, Socretto – podwinął rękawy z drapieżnym uśmiechem

- Black! Oszalałeś?! – zza rogu wyskoczyła Rose i złapała grubaska za rękę – Chcesz pobić dziewczynę?! Nie masz za grosz przyzwoitości?!

- Nie wtrącaj się ruda! To sprawa między mną a nią! – wrzasnął Aiden

- Nie pozwalaj sobie! – wściekła Rose wykręciła mu rękę do tyłu – Jestem od ciebie starsza i…

- Zostaw mojego kuzyna, Weasley – Scorpius zdecydowanie stanął pomiędzy nimi i złapał Rose za nadgarstek. Jeszcze jego tu brakowało!

- No tak, jeśli chłopak ma ciebie za wzór, to nie dziwne, że nie waha się podnieść ręki na dziewczynę – dziewczyna wyrwała się w prychnięciem – Damscy bokserzy… – burknęłam, masując nadgarstek

- Licz się ze słowami rudzielcu! Nigdy cię nie uderzyłem! – syknął Scorpius, mrużąc oczy. Może mi się wydawało, ale jego uwaga bardzo go dotknęła.

- Jeszcze… – zmarszczyła brwi – Gdybyś mnie uderzył, miałbyś przechlapane.

- Grozisz mi? – zaśmiał się

- Nie, nie mam na to czasu! – przewróciła oczami – Chcę iść na lekcję i zabieram Sabrinę z łap twojego głupiego kuzyna.

- No tak, Socretto… – wzrok blondyna w końcu spoczął na mnie – Ciągle w złym miejscu o nieodpowiednim czasie… – mruknął. Nagle jego oczy rozszerzyły się, a ja zastygłam w bezruchu – Weasley, przyjęłyście ją do tego swojego durnego klubu?

- Nie, czemu pytasz? – zmrużyła oczy

- Naszyjnik! Czemu wcześniej na to nie wpadłem! Ty sprytna wiedźmo… – rzucił się w moją stronę

Mój instynkt samozachowawczy zadziałam i wyrwałam się bliźniakom. Potykając się o własne nogi puściłam się biegiem wzdłuż korytarza. Obejrzałam się za siebie, ściskając w ręku medalion. Pościg biegł za mną. Na czele Scorpius, wściekły jak rozjuszony byk. Za nim czerwona ze złości Rose, zdezorientowane bliźniaki i zasapany, tłuściutki Aiden. Postacie z obrazów wychylały się przez swoje ramy, żeby zobaczyć ten zwariowany, poranny korowód.

- Dalej, dalej panienko! Jeszcze trochę! – dopingował mnie jakiś stary lord

- Tak nie przystoi! Po Hogwarcie się tak nie biega! – krzyczała oburzona dama, popijając herbatę po stoliczku

- Hej zbuntowany Gryffoniku! Schody ci odlatują! – Irytek oczywiście był pierwszy na miejscu zamieszania

- Socretto, stój! – darł się Malfoy. Zacisnęłam usta i jeszcze bardziej przyspieszyłam, ślizgając się na wypolerowanej posadzce. W ostatniej chwili wskoczyłam na odlatujące schody. Na chwilę ich zatrzymała, ale zaraz mnie dogonią. Zeskoczyłam zanim schody dotknęły ziemi i szybko ruszyłam dalej, cały czas ściskając naszyjnik. Odwróciłam się, żeby zobaczyć, czy mnie nie doganiają, że nie zauważyłam otwierających się drzwi i wpadłam na nie z całą prędkością.

- Na brodę Merlina! Socretto, gdzie się tak spieszyłaś?! – przestraszony James Potter kucnął obok mnie. Przez chwilę nie widziałam jego twarzy tyle ciemne mroczki tańczyły mi przed oczami.

- Muszę…iść… – wydukałam

- Gdzie? W ogóle czemu nie jesteś na lekcji? – wysoki chłopak podniósł mnie do pionu i przytrzymał, gdy zachwiałam się – Nie ważne…zabieram cię do skrzydła szpitalnego.

- Nie, nie, nic mi nie jest… – zaczęłam się wyrywać

- Młoda, co się dzieje? – James znowu kucnął, żeby znaleźć się na wysokości mojego wzroku – Możesz mi zaufać, pomogę ci

- To skomplikowane… – mruknęłam nieprzytomnym wzrokiem

- Znam Leonarda Croucha, uwierz mi, że bardziej skomplikowanej osoby w życiu nie poznałaś… – parsknął

- On nie może tego dostać… – potrząsnęłam naszyjnikiem

- Kto? – zmarszczył brwi, ale nie musiałam odpowiadać, bo James sam usłyszał

- Socretto! – pościg na czele z Malfoyem w końcu mnie dogonił. – Potter – widząc prefekta Gryffonów, blondyn natychmiast się zmienił. Z dzikiego, nieokrzesanego zwierzaka w lwa salonowego. Metamorfoza była tak szybka, że aż musiałam zamrugać. Po grymasie gniewu nie było śladu. Scorpius szybko założył opanowaną, wyuczoną maskę arystokraty.

- Malfoy. Co ty tu robisz? – przekrzywił głowę Gryffon, odsuwając mnie za siebie

- Właśnie idę na lekcje. Spotkałem przy okazji Socretto, która wracała z błoni i postanowiłem ją odprowadzić.

- Masz mnie za idiotę, Malfoy? – parsknął James, a Scorpius skrzywił się nieznacznie

- Sabrina! – w końcu dogoniła nas reszta pościgu – Och James… – Rose była w lekkim szoku

- Rose? – wytrzeszczył oczy prefekt – Chcesz mi coś powiedzieć?

- Ja…nie… – złapała się za głowę, starając się zebrać myśli – Właśnie idę od profesor Gretel. Miałam znaleźć Sabrinę i ją przyprowadzić do niej – mówiła szybko

- Dobrze, więc ją weź i zaprowadź – poczochrał mnie po włosach i popchnął w stronę Rose – Idź z nią Socretto, a ja odprowadzę Malfoya i jego bandę… – uśmiechnął się tajemniczo

- Nie trzeba… – blondyn zaczął się wycofywać

- Nalegam…w końcu jestem prefektem – James pewnie ruszył w ich stronę

Rose skorzystała z okazji, złapała mnie za ramię i pociagnęła w przeciwną stronę. Zatrzymałyśmy się dopiero poza zasięgiem ich wzroku.

- To prawda? Masz te kartki? – Rose nie bawiła się już w żadne subtelności

- Tak… – poddałam się i zdjęłam naszyjnik – Przepraszam, że nie powiedziałam ci tego wcześniej. Wtedy w bibliotece było takie zamieszanie, nie wiedziałam co robić, straciłam głowę…

Rose wzięła ode mnie medalion, dotknęła go różdżką, coś wyszeptała i na jej dłoni pojawiły się tajemnicze kartki.

- Niesamowite… – szepnęła – Chyba cię nie doceniałyśmy…

- Przepraszam. Powinnam je wcześniej oddać, ale chciałam, żebyś tylko ty o tym wiedziała. Ufam ci. Poza tym, to ty zdobyłaś te kartki, więc masz prawo zrobić z nimi co zechcesz. – wzruszyłam ramionami

- Sabrino… – Rose położyła mi ręce na ramionach i spojrzała mi w oczy – To co zrobiłaś było…niezwykłe. Dziękuję, bardzo mi pomogłaś, ale więcej tego nie rób. W ten sposób ściągniesz na siebie jeszcze więcej kłopotów, a tego bym nie chciała. Ja, James, Albus, Lily i Hugo zawsze ci pomożemy, ale obiecaj mi, że nie będziesz już tak ryzykowała i będziesz omijała Malfoya szerokim łukiem.

- Z przyjemnością…nie cierpię tej jego bladej gęby – skrzywiłam się

Rose uśmiechała się lekko i przytuliła mnie mocno. Odetchnęłam z ulgą. Na szczęście nie była na mnie zła. Chyba się o mnie martwiła. W każdym bądź razie to było miłe z jej strony…trochę jakbym miała starszą siostrę.

- Chodź, odprowadzę cię do klasy. – powiedziała w końcu

- Co powiemy profesor Claid?

- Że profesor Lovegood trochę dłużej cię zatrzymała i musiałaś wrócić do pokoju po książki.

- A co z tobą?

- Ja z polecenia pani profesor eskortuję cię do klasy – mrugnęła do mnie porozumiewawczo

Uśmiechnęłam się szeroko i bez słowa poszłam za Rose. Życie jest nieprzewidywalne…czasem w sytuacji, która pozornie wydaje się przegrana i beznadziejna można wynieść coś bardzo cennego. Przyjaźń i świadomość, że jednak nie jesteś sama…

 

Noc w nawiedzonym zajeździe i znak Gwiazdy Morgana

19 sie

- Świetnie! Po prostu cudownie! Marzyłam o tym, żeby na kolejną noc utknąć w gęstym lesie z dala od cywilizacji… – mruczałam gniewnie, wspinając się po skrzypiących za starości stromych schodach

- Myślałem, że lubisz taki survival – parsknął Will, idący przede mną z kieszonkową latarką

- A wyglądam na taką osobę?! – burknęłam. Blondyn odwrócił się przez ramię z kpiącym uśmiechem. – Dobra, nie odpowiadaj – westchnęłam zmęczona – Po prostu dziś nie mam ochoty na takie przygody…myślałam, że w końcu wrócę do domu, wezmę ciepły prysznic i położę się spać w mięciutkiej, pachnącej pościeli…

- Wow…gdziekolwiek się wczoraj zaszyłaś, ktoś musiał ci dać nieźle w kość – gwizdnął Will

- Jak ciotka i wujek nie zabiją mnie za zniknięcie bez wieści na dwie doby to może ci pokażę, gdzie byłam – uśmiechnęłam się półgębkiem

- Wprost nie mogę się doczekać… – mruknął, wciąż odwrócony do mnie plecami

Przełknęłam ślinę. Chyba wciąż się na mnie gniewał za to, co mu powiedział wtedy w lesie, gdy nakryłam go na rozmowie z Czarnym Mścicielem. Nie dziwię mu się, bo w złości powiedziałam takie głupie rzeczy, że sama nie wiem, jak go za to przeprosić…to były kompletne bzdury. Wcale tak nie myślę o Willu. Nie uważam, że to on nas zdradził. Trudno mi to przyznać, nawet przed samą sobą, ale zależy mi na nim. Kocham go…niestety przez głupie podejrzenia straciliśmy do siebie zaufanie, które dopiero co zaczynało się między nami budować…straciłam przyjaciół, a teraz nie miałam zielonego pojęcie jak to naprawić. Akcja w Jarlaheim z baronową, ucieczka przed Sandsem, zagubienie w Zielonej Dolinie…to wszystko sprawiło, że na chwilę zapomnieliśmy, że jesteśmy na siebie wściekli. Teraz gdy emocje opadły, wróciły żal i złość. Przyjaciele znowu traktowali mnie chłodno i wrogo…mimo, że stary Earl twierdził, że mnie szukali.

- Uważaj, tutaj niektóre deski są popękane… – głos Willa wyrwał mnie z rozmyślań

- Co? Och no tak…łatwo ci mówić, gdy masz ze sobą latarkę… – prychnęłam, wciskając ręce w kieszenie. Przez stare, spróchniałe deski świszczał porywisty wiatr. Chyba zbierało się na burzę albo co najmniej deszcz. Przeszły mnie dreszcze. Nie podobał mi się ten zajazd. Ta cisza przyprawiała mnie o kołatanie serca, a z każdym kolejnym krokiem włoski na karku stawały mi dęba.

- Więc trzymaj się blisko mnie, Shylund – warknął – Masz szczęście, że nie jestem głodny, może cię nie ugryzę…

Co ja robię?…Miałam się z nim pogodzić…

- William… – przyspieszyłam, żeby go dogonić – Ty cały czas się na mnie… – nie dokończyłam, bo niespodziewanie moja prawa stopa trafiła na deskę-pułapkę i poleciałam w dół. Pisnęłam zaskoczona, ale zanim zdążyłam spaść na parter, silne ręce Willa złapały mnie w pasie. Szeroko otwartymi oczami patrzyłam się na jego marsowy wyraz twarzy w bladym świetle latarki. Przełknęłam ślinę. Byliśmy tak blisko, że niemal czułam, jak mrozi mnie spojrzeniem – …gniewasz, prawda? – dokończyłam cicho

Greenlight nie odpowiedział od razu. Przeszywał mnie swoimi błękitnymi oczami w milczeniu aż zaczęłam drżeć. Zauważyłam, że na jego ustach pojawiał się triumfalny uśmieszek.

- A jak myślisz? Głupia miastowa… – powiedział cicho, głębokim, poważnym głosem

- Co tam się dzieje?! – do domu wbiegli Rose, Jasper i Ana, zaalarmowani moim krzykiem

- Wszystko w porządku, Kindergarden – odparł Greenlight, wyciągając mnie jednym zwinnym ruchem – Nasza Amazonka wpadła w zasadzkę ze starych desek.

- Nic jej nie jest? – usłyszałam zmartwiony głos przyjaciółki, a moje serce zabiło szybciej. Martwiła się o mnie! Może nie wszystko stracone…

- Przeżyje – mruknął, stawiając mnie na ziemi i podnosząc latareczkę

- Nie wchodźcie! – dodałam szybko, słysząc skrzypnięcie schodów – Te deski nie utrzymają nas wszystkich!

- Na pewno nie chcecie naszej pomocy? – zapytał Jasper. Nie widziałam go w tej ciemności, ale byłam pewna, że krzyżuje ręce z naburmuszoną miną.

- Zaraz wracamy, młody. – odezwał się Will – Ja i miastowa sprawdzimy tylko te pokoje, czy nie ma tu jakiś starych kocy, krzeseł czy czegoś w tym rodzaju…

- Możecie w tym czasie rozpalić ognisko, bo jeśli mamy spędzić tu noc, zamarzniemy na kość – dodałam. Nikt nie odpowiedział, ale usłyszałam jak moi przyjaciele zaczęli się krzątać na dole. Westchnęłam ciężko i ruszyłam za Willem, który stał już przy pierwszych z brzegu drzwiach i próbował je otworzyć.

- Cholernie mocny zamek…stary, ale jednak… – sapał

- Pomóc ci?

- Po prostu się odsuń – burknął, zirytowany. Posłusznie wykonałam polecenie, a Greenlight natarł na drzwi z bojowym okrzykiem i otworzył je zamaszystym kopniakiem. – I to się nazywa wejście w stylu gangstera… – wyszczerzył się i zaczesał ręką włosy do tyłu

- Szpaner… – prychnęłam, mijając go prowokacyjnie

Will mruknął coś pod nosem, ale nic mi nie powiedział. Pokoik był całkiem spory, ale wystrój raczej skromny. Duże łoże małżeńskie świadczyło o tym, że to pokój dla par. Stare spleśniałe koce i zżółkła pościel idealnie pasowała mi do moteli z lat 70. W kącie przy drzwiach stała duża, zniszczona szafa z odpryskującą farbą, a pod ścianą na przeciwko łóżka znajdował się stoliczek z oderwanymi dwiema nogami, które leżał rzucone pod oknem.

- To da się szybko naprawić… – stwierdził William, klękając przy stoliku – Mielibyśmy na czym postawić świeczki albo coś do jedzenia…

- Mamy coś do jedzenia? – zdziwiłam się

- Rose mówiła coś o zrzutce. Każdy wyciąga to, co przygotował dla siebie i będziemy się dzielić. Stół przyda się, żeby robaki tak szybko się do tego nie dostały.

Robaki? Na samą myśl o nich przeszły mnie dreszcze obrzydzenia. Wiem, że jesteśmy w lesie, w starej, zgrzybiałej, nieużywanej chacie, ale mam już serdecznie dość takich warunków. Jestem głodna i zmęczona, a przez to moja cierpliwość zostawia wiele do życzenia. Muszę się jednak kontrolować, nie chcę przecież jeszcze bardziej się ze wszystkim pokłócić.

- Dobry pomysł… – chrząknęłam – Ja wezmę te koce. Może trochę się ogrzejemy… – ruszyłam do łóżka

W tym momencie przez rozbite okno do pokoju wpadł porywisty wiatr, zatrzaskując hałaśliwie drzwi. Podskoczyłam w miejscu, przyciskając ręce do klatki piersiowej.

- Nie mów, że się boisz – zakpił Greenlight

- Nie…oczywiście, że nie! – warknęłam, ale mój głos lekko zadrżał ze zdenerwowania – To tylko wiatr…

- Więc przestań dygotać i otwórz drzwi – zakomenderował, podnosząc stolik

- Już się robi, panie generale – zasalutowałam i przewróciłam oczami

Podeszłam do drzwi i szarpnęłam za klekoczącą klamkę, ale ku mojemu zdumieniu drzwi ani drgnęły. Zdumiona, pociągnęłam mocniej. Nic z tego. Poczułam jak mój żołądek wiąże się w supeł. Coś jest nie tak…

- Co ty robisz? Nie umiesz nawet otworzyć głupich drzwi? – zniecierpliwił się Will

- Zacięły się… – warknęłam

- O błagam cię… – jęknął, stawiając stolik z powrotem na ziemi

- Nie kłamię! – szarpałam drzwi we wszystkie strony – Jak mi nie wierzysz, to spróbuj sam, mięśniaku!

- Odsuń się, kobieto – mruknął z wyższością i znowu spróbował swojej sztuczki z „wielkim wejściem”. Widok jego zbaraniałej miny był bezcenny. Nie wytrzymałam i wybuchłam śmiechem.

- No i czego się jarzysz Shylund, jesteśmy tu uwięzieni! – spojrzał na mnie z wyrzutem, jakbym to co najmniej ja była winna – Wczuj się w sytuację…

- Właśnie to robię… – nie mogłam przestać się śmiać. Usiadłam na łóżku, bo ledwo stałam na nogach. Może i zachowywałam się jak wariatka, ale musiałam jakoś odreagować. Ta cała sytuacja była tak głupia i chora, że aż śmieszna.

- Nic nie rozumiem…przecież wyważyłem drzwi…zamek pękł… – Greenlight dalej się nie poddawał

- Hej, co wy tam robicie?! – zza drzwi dobiegł nas głos Jaspera

- Lana śmieje się histerycznie, a to nie jest dobry znak. – zauważyła Ana

- Co wy znowu odwaliliście? – westchnęła Rose

- Drzwi się zacięły – syknął Will

- No co ty nie powiesz? – prychnęłam, ale blondyn skasował mnie wzrokiem

- Jak to się zacięły? – jęknęła Rose i zaczęła szarpać za klamkę z drugiej strony

- Proszę bardzo, próbuj! – Will wyrzucił ręce do góry w przypływie frustracji i oparł się tyłem o zniszczony stolik

- Pomogę ci… – zawtórował Jasper – Oj! – krzyknął i nastąpiła cisza

- Jasper, co się dzieje? – poderwałam się z łóżka i podbiegłam do drzwi

- Nic się nie stało Lana… – zapewniła nerwowo Ana

- Co z Jasperem? Gdzie on jest? – przestraszyłam się

- Żyję… – mruknął kuzynek, a ja nie wiedziałam czy jest zły, czy załamany

- Co wy tam robicie do jasnej cholery?! – Will zdecydowanie podszedł do drzwi

- Nic, nic…zaraz coś wymyślimy… – mruknęła Rosemarie – Znajdziemy inny sposób…

- Jaki inny sposób? – spojrzałam z niepokojem na Willa, ale ten patrzył się na drzwi, jakby chciał je spalić – Co się stało?

- No dobrze…tylko się nie denerwujcie… – chrząknął Jasper

- Klamka wypadła! – Ana nie wytrzymała napięcie

- Anastasia! – warknęli na nią Rose i Jasper

- Ale wszystko będzie dobrze… – poprawiła się szybko

- Co?! – ja i Greenlight krzyknęliśmy jednocześnie i zanim zdążyłam go powstrzymać, blondyn pociągnął za klamkę…która została mu w dłoni

Nawet bez światła widziałam, jak jego twarz zrobiła się czerwona. W zaciśniętej dłoni trzymał klamkę i przez chwilę wyglądał jakby w ataku nagłej furii chciał tą klamką wybić dziurę w podłodze. Zastygłam z przerażenia. Szybko jednak się opamiętał, cisnął klamkę w kąt i ruszył do okna.

- Will, co ty chcesz zrobić? – patrzyłam za nim zaniepokojona

- Wyjdziemy przez okno – zarządził

- Co ty gadasz?! Jak?! – pobiegłam za nim i wychyliłam się. Rzęsiste krople deszcze zmoczyły mi włosy i twarz. – Nawet najbliższe drzewo jest za daleko!

- Więc zejdziemy po ścianie… – mruczał, rozglądając się gorączkowym wzrokiem

- Chyba sobie jaja robisz… – poczułam, że robi mi się słabo

- Nie możemy zeskoczyć, bo jest za ciemno i nie widzę, co jest na dole. Jedynym wyjściem jest zejście po ścianie! – starał się przekrzyczeć wiatr

- Do reszty ci odbiło?! Nie widzisz, że na dworze szaleje wichura! – zdenerwowałam się

- Lana?! Will?! Co wy tam robicie?! – Rose waliła w drzwi

- On chce wyjść przez okno! – żachnęłam się

- Nie! Leje jak z cebra! Spadniecie! – zaczęli krzyczeć

- Ja to wiem, ale on się upiera… – rozłożyłam bezradnie ręce

- I zrobię to… – burknął i zanim się obejrzałam, przełożył nogi przez parapet

- Greenlight! – krzyknęłam oburzona. Ten wariat uraczył mnie tylko swoim firmowym, wkurzającym uśmiechem i jak małpka uczepił się desek. Otworzyłam usta, żeby zaprotestować, ale nie mogłam wydobyć ani słowa…Na niebie błysnęła pierwsza błyskawica. Deszcz coraz mocniej zacinał. Wychyliłam się, żeby obserwować jego wędrówkę. Nagle jego ręką omsknęła się na śliskich deskach i zachwiał się niebezpiecznie do tyłu. – William! – pisnęłam i w ostatniej chwili złapałam go za ramię – Wracaj do środka! – krzyknęłam

- Co, strach cię obleciał, miastowa?! – zaśmiał się dziko

- Jesteś nienormalny! – wciągnęłam go za siłę do środka. Cały ociekał z deszczu, ale był zdrowy. Z chęcią w tym momencie rzuciłabym mu się w ramiona, ale jego wzrok mnie powstrzymał. Will odepchnął mnie, zeskoczył z parapetu i otrzepał się jak pies.

- Nie ruszajcie się stamtąd! – usłyszałam krzyk Rose zza drzwi

- Zaraz coś znajdziemy, żeby je wyważyć! – powiedział Jasper i usłyszałam jak zbiega po skrzypiących schodach

- Tylko błagam, nie zróbcie niczego głupiego… – jęknęła Rose

- Spokojnie, już więcej nic głupiego nie da się zrobić…zabawę w Spidermana mamy za sobą… – mruknęłam ironicznie patrząc na Willa, ale on nawet na mnie nie spojrzał

Mijały minuty, ale pomoc nie nadchodziła. Byłam zła, zmęczona i głodna. Burza coraz bardziej się zbliżała, a ja wkładałam wszystkie siły w to, żeby nie drżeć i nie pokazywać Willowi, że się boję. W końcu pod drzwiami znowu pojawili się nasi przyjaciele.

- No nareszcie! – zerwałam się z łóżka – Już myślałam…

- Niestety nic nie znaleźliśmy… – wyprzedził nas Jasper – Nie ma tu nic, co mogłoby pomóc otworzyć te durne drzwi…

- Po co otwierać? Rozwalcie je! – kopnął je Will

- Przykro mi, ale chyba będziecie musieli spędzić tę noc…razem… – powiedziała ostrożnie Rose

- Rose! – zawołałam

- W tej chwili nic innego nie wymyślimy! – broniła się przyjaciółka – Ciesz się, bo wy przynajmniej macie łóżko.

- No ja na twoim miejscu byłabym bardziej zadowolona z takiego obrotu sprawy… – zachichotała Ana

- Anastasia! – czułam, że się czerwienię. Usłyszałam trzy stłumione chichoty.

- Tylko zachowujcie się tam przyzwoicie! – Rose starała się zabrzmieć surowo jak zwykle, ale nie mogła zapanować na głosem – Dobranoc…jutro coś wymyślimy.

Odeszli. Zostawili mnie i Willa samych w pokoju. Co to ma być?! Zemsta Faraona?! Może oni to sobie zaplanowali…Nie no, co ja gadam. Głupi przypadek. Odwróciłam się, żeby zobaczyć reakcję Williama. Wyglądał jakby mało go to obchodziło. Usiadł na łóżku i zaczął poprawiać zżółkłą poduszkę. Przełknęłam ślinę i również ruszyłam na łóżko. Położyłam się sztywno na plecach, podczas gdy Greenlight w wyluzowanej pozie założył ręce za głowę, skrzyżował nogi i zamknął oczy. Może ja też powinnam postarać się zasnąć? Zamknęłam oczy, ale odgłosy grzmotów i błyski piorunów i pozwoliły mi się wyluzować tak jak jemu. Po chwili otworzyłam oczy i zaczęłam gapić się w sufit. Plecy mnie już bolały, ale nie miałam śmiałość zmienić pozycji, żeby nie znaleźć się za blisko Willa.

- Wydaje mi się, że to kiepski pomysł, żebyśmy spali w tym samym łóżku – powiedziałam ostrożnie

- W zupełności się z tobą zgadzam – odparł sennym głosem Greenlight

- Naprawdę? – zaskoczona podniosłam się na łokciach i spojrzałam na niego. Wyglądał tak niewinnie i spokojnie…

- Oczywiście…

- Cieszę się, że to rozumiesz… – położyłam się znowu na plecach, czekając aż zrozumie aluzję i zejdzie z łóżka, ale nic się nie działo – W takim razie, trzeba jakoś to zmienić… – chrząknęłam znacząco

- Tak, tak… – zapewnił szybko z nutą rozbawienia – Zastanawiam się tylko, gdzie tu jeszcze jest miejsce do spania.

- Och… – o tym nie pomyślałam – Na przykład na podłodze…

- Spanie na podłodze przy rozbitym oknie i wichurze? Jesteś pewna? – uniósł brwi, nie otwierając oczu

- Zawsze można sobie wziąć koc i poduszkę – wzruszyłam ramionami

- Ach no tak…jest taka opcja… – pokiwał głową

- Właśnie… – mruknęłam

- Właśnie… – westchnął i przeciągnął się

- Wiesz, zawsze możesz… – odwróciłam do niego głowę, ale zanim zdążyłam coś powiedzieć, Will popchnął mnie i sturlałam się z łóżka na ziemie. Przez chwilę byłam w szoku. – A to co miało znaczyć?! – zagotowało się we mnie ze złości i oburzenia

- Sama mówiłaś, że można spać na ziemi – mruknął, tłumiąc śmiech

- Ale tu jest zimno i mokro!

- Chcesz koc i poduszkę? – zapytał z udawaną troską

- Głupi blondyn! – poderwałam się do góry – Prawdziwy dżentelmen się znalazł! Jak można być takim chamem i…

- Oj już dobra, zamknij się – usiadł na łóżku i podrapał się po głowie – Tylko żartowałem… – uśmiechnął się figlarnie, zabrał koc i poduszkę i umościł sobie legowisko na ziemi – Łóżko jest twoje, madame.

- Dziękuję… – odparłam zaskoczona. Will nic więcej nie powiedział, więc wdrapałam się z powrotem na łóżko i nakryłam się starą kołdrą. Zwinęłam się w kłębek, słuchając grzmotów.

- Ale jeśli zobaczysz ducha, to nie wołaj mnie na pomoc – wśród hałasu usłyszałam cichy głos Willa

- Jakiego ducha? Co ty bredzisz? – zmarszczyłam brwi

- Mówiłem, że ten zajazd jest nawiedzony. Każdy gość, który spędził tu noc, nie dożył poranka. Podobno w tym pokoju zawsze dochodziło do morderstwa. Gość kończył ze sztyletem wbitym w serce. Ludzie z innych pokoi po prostu wyskakiwali z okien albo dachu. Ten zajazd odbierał ludziom zmysły, a widok ducha mściwego kochanka prześladuje niewierne, bezbronne kobiety…

- Przestań! – krzyknęłam – Jeśli myślisz, że przestraszę się głupich miejscowych legend…

- Myślałem, że wierzysz w nasze legendy.

- W tą nie chcę… – zazgrzytałam zębami

- Rób jak chcesz…nie wiem, ile czasu zostało do północy, ale lepiej pospiesz się i zaśnij. Kiedy duch zobaczy, że śpisz, jest szansa, że nic ci nie zrobi.

- Greenlight… – syknęłam

- Dobranoc, karaluszki do poduszki… – dodał śpiewnym głosem i więcej się nie odezwał

Leżałam bez ruchu jak trusia. Z każdym grzmotem serce biło mi coraz szybciej. Na dole nie słyszałam już żadnych hałasów. Pewnie Rose, Ana i Jasper też już zasnęli. Na szczęście wzięli konie do domu. Słyszałam ich rozdrażnione prychnięcia. Mój biedny Winterknght. Boi się burzy tak samo jak ja…ale musimy być dzielni. Nie wiem jak długo leżałam, nadsłuchując, gdy moich uszu dobiegł dźwięk skrzypiących schodów. Czułam, że coś zbliża się do drzwi. Włosy stanęły mi dęba. Podniosłam się do pozycji siedzącej. Błysnęło, a mnie przed oczami mignęła jakaś postać. Czułam jak powietrze wokół mnie gęstnieje. Oddech mi przyspieszył, gdy wpatrywałam się w ciemny pokój. Zacisnęłam drżące ręce na kołdrze.

- Will… – szepnęłam pod wpływem impulsu

Miałam wrażenie, że usłyszałam jakieś szepty. Nie, to tylko moja chora wyobraźnia. Kroki…tak blisko mnie…oddech na policzku…i grzmot! Nie wytrzymałam i zaczęłam piszczeć.

- Co się dzieje?! – blondyn zerwał się na równe nogi

- William… – przełknęłam gulę w gardle i szybko otarłam oczy, żeby nie zauważył łez – Może jednak chcesz się położyć? Chyba zmarzłeś na tej ziemi… – chrząknęłam, zachrypnięta

Chłopak nic nie powiedział, ale z triumfalnym uśmiechem wrócił na swoją część łóżka. Odwróciłam się do niego plecami i skuliłam się. Za każdym kolejnym grzmotem, mimowolnie się trzęsłam. Do oczu napłynęły mi łzy…miałam już w nosie, czy Will to zobaczy, czy nie. Kiedy ta burza się skończy?! Nie może trwać wiecznie!

- Nie mów mi, że boisz się burzy – usłyszałam prychnięcie Willa

- Nie powiem – odparłam hardo

- Ale przecież widzę… – westchnął po chwili – Czemu ty jesteś taka uparta?

- Ja? – przekręciłam się gwałtownie na drugi bok. Zagrzmiało, a ja odruchowo przytuliłam się do niego – A ty dopiero jesteś uparty osioł…Przez ciebie tu jesteśmy! – szybko opanowałam się i odsunęłam. Mimo to cała się trzęsłam.

- Przeze mnie!? – wytrzeszczył oczy – To ty oskarżyłaś mnie, Rose, Anę i Jaspera o zdradę!

- A po co dawałeś mi powody?! Czemu nie mówiłaś, że masz kontakt z Sabine!?

- Bo nie mam kontaktu! Rozmawiałem z nią tylko raz i to nie były przyjemne rodzinne pogaduszki, uwierz mi! Zresztą nie wiedziałem, że tyle wiesz…

- Właśnie! To jest twój problem! Nie ufasz mi! Trzymasz mnie cały czas na dystans! Jak najdalej od swojej rodziny. – usiadłam

- Niczego nie straciłaś…nie wygraliśmy nagrody za najmilszą rodzinę na wyspie…gdybyś mnie słuchała, nie byłoby teraz takich problemów.

- Ale nie posłuchałam! Wpakowałam się w serce mrocznych sekretów wyspy Jorvik i nie ma od tego odwrotu! Więc może przestałbyś mi utrudniać życie i zaczął pomagać…

- Utrudniam ci życie? – spojrzał na mnie poważnie i również się podniósł

- Nie, to nie tak… – jęknęłam – Nie wiem co mam o tobie myśleć…nie wiem, czy jesteś moim przyjacielem czy wrogiem. Raz mnie odpychasz i o mały włos nie zabijasz, a innym razem doprowadzasz do szaleństwa pocałunkiem…

- Doprowadzam cię do szaleństwa? – uniósł znacząco brwi

- Nie pochlebiaj sobie… – przewróciłam oczami – Bawisz się mną…jesteś gangsterem, masz dziewczyn na pęczki…chociaż nawet nie wiem, czy cię to interesuje. Tak bardzo skupiasz się na sobie i swojej rodzinnej tragedii, że nie widzisz nic poza tym. Nie widzisz przyjaciół, swojej farmy i koni, ojca…

- A ty przyjechałaś z tego swojego Los Angeles i otworzyłaś mi oczy, tak? – prychnął – Prawdę mówiąc jesteś trochę jak wrzód na tyłku.

- Miło to słyszeć! Ty z kolei jesteś jak Don Pedro z krainy dreszczowców! Śledzisz mnie i czyhasz na moje życie!

- Widzę, że podział po której stronie mocy jesteśmy, jest jasno określony – parsknął śmiechem, ale szybko założył z powrotem swoją poker face.

- O czym ty myślisz, Will? Czasem tak bardzo chciałbym umieć czytać ci w myślach. – spoważniałam

- Po co? – burknął – Nie mogłabyś potem zasnąć… – szepnął i w przypływie nagłej delikatności założył mi kosmyk włosów za ucho. Zaskoczona jego zmianą nastroju, zastygłam – Nienawidzę cię, wiesz… – szepnął przez ściśnięte gardło

- Z całą wzajemnością… – burknęłam, spuszczając wzrok, żeby nie widział moich łez. Nie takiego wyznania się spodziewałam.

- Patrz na mnie – uniósł kciukiem mój podbródek – Od pierwszego dnia, kiedy się tu pojawiłaś, byłaś inna. Nie bałaś się mnie, jeździłaś na moim koniu, który cię zaakceptował, nie słuchałaś nikogo, zawsze robiłaś to, co uznawałaś za słuszne…i chciałaś wszystkim pomagać. Nawet mnie, chociaż nie zasłużyłem sobie na to. Sprawiasz kłopoty, nie cierpiałem cię i przyznam, że tak jak twoja kuzynka chciałem cię zniszczyć…czasami miałem cię serdecznie dość…ciebie i tego, że ciągle pchasz się w różne kłopoty…ale potem kiedy zachorowałaś i powiedziałaś, że mnie…kochasz… – wyrzucił to z trudem – i straciłaś przytomność…uświadomiłem sobie, że ja nie mógłbym bez ciebie żyć.

- Will… – dotknęłam jego policzka

- Zrobiłaś coś, czego nikomu jeszcze się nie udało. Przebiłaś ten mur, którym się otoczyłem…mówiłaś mi prosto w oczy, co o mnie myślisz, nie przejmowałaś się zakazem tabu…szukałaś prawdy o Melody i o mojej rodzinie…rozdrapałaś stare rany, byłaś na tyle odważna, ale dzięki temu, zaakceptowałem, że jej już nie ma…w ten nietypowy sposób mi pomogłaś, przywróciłaś mnie do życia i  ja…nie zapomnę ci tego. Mówisz, że się tobą bawię…ja po prostu nie przywykłem do rozmowy o uczuciach…nigdy tego nie robiłem… – jego ręce zaczęły się trząść – Zresztą nigdy nie miałem potrzeby, bo nie czułem tego co teraz…

- A co teraz czujesz? – szepnęłam, nie spuszczając wzroku z jego twarzy

Will spojrzał na mnie swoimi błękitnymi, magnetycznymi oczami, pochylił się w moją stronę i pocałował. Na początku delikatnie, niepewnie, jakby nie widział, jak mu odpowiem. Zadrżałam od dotyku jego ust. Do tej pory nie wiedziałam, że tak bardzo tego pragnęłam. Zarzuciłam mu ręce na szyję i przyciągnęłam. William uśmiechnął się w swój charakterystyczny sposób i położył ręce na mojej talii. Przekręcił mnie tak, że znalazłam się pod nim i zaczął mnie całować bardziej zachłannie.

- Kocham cię… – wyszeptał mi do ucha

Oplotłam jego biodra nogami, przyciskając do siebie. William przestał się już hamować. Jego usta błądziły po moich ramionach, szyi, dekoldzie…wplotłam ręce w jego blond włosy jak zwykle w artystycznym nieładzie, a potem przesunęłam ręce na jego plecy.

- Lana, nigdy więcej już mi nie uciekaj… – poprosił, patrząc się prosto w moje oczy i łapiąc za nadgarstki, żebym nie mogła się ruszyć

Przytaknęłam pośpiesznie i uniosłam się do góry, żeby nasze usta znowu się złączyły. Wyszarpnęłam ręce, przyciągnęłam go do siebie za koszulkę i weszłam mu na kolana. Czułam jak nasze języki toczą ze sobą namiętne, gorące tango, a jego ręce przyciskając do siebie, że ledwo mogłam złapać oddech. Zakręciło mi się w głowie. Oddychając coraz szybciej ze zdenerwowania, jednym szybkim ruchem ściągnęłam mu koszulkę przez głowę.

- Widzę, że się rozkręcasz – zachichotał i odrzucił koszulkę na bok

- A żebyś wiedział… – obróciłam go na plecy, usiadłam na nim okrakiem i całowałam go, masując przy tym umięśniony tor. Will zamruczał drapieżnie i ściągnął moją podkoszulkę. Przez chwilę patrzył na mnie zachłannie, a ja cała drżałam od jego ognistego spojrzenia. W końcu podniósł się i pocałował mnie delikatnie w szyję, schodząc coraz niżej i niżej… Przymknęłam oczy rozmarzona. W tym momencie byłam w takim stanie, że zrobiłabym to z nim. Tu i teraz. Jeśli tylko spróbuje, nie będę protestować…Will ostrożnie zaczął ściągać moje bryczesy. Otworzyłam oczy, a mój wzrok zaczął błądzić po suficie. Nagle zobaczyłam ten znak. Zmarłam. Czy to może być to samo miejsce?

- Will…

- Tak kochanie? – zapytał, nie przerywając wędrówki ustami po moim brzuchu

- Zobacz w górę – podniosłam się

- Co? O w mordę… – spojrzał i zatkało go tak jak mnie. Cały sufit był pomalowany we wzroki Gwiazdy Morgana.

- Znasz ten znak? – zdziwiłam się

- Tak, to Gwiazda Morgana, herb rodziny Hawk…stary Earl mi pokazał… – Will wstał i wyciągnął rękę jakby chciał dotknąć symbolu

- Więc ten zajazd należał do jego rodziny… – pokiwałam głową

- Tak, ale to było dawno temu…najwidoczniej kiedy jego rodzice umarli, Earl nie chciał zająć się zajazdem. Może to przez te zabójstwa? Miejscowi uważali, że to nawiedzone miejsce.

- To może być prawda… – przeszły mnie dreszcze – To ten zajazd…ten sam, do którego Earl porwał Lorelaj z jej zaręczyn z tym facetem z Ameryki. Opowiadał mi o tym – mruknęłam, gdy Will spojrzał na mnie dziwnie – Tu przeżyli swój pierwszy raz – poklepałam łóżko – Oby nie na tym łóżku… – poprawiłam się szybko – i wtedy przyjechał niedoszły narzeczony. Wyzwał Earla na pojedynek, on go zabił i oboje z Lorelaj musieli uciekać.

- Jakież to romantyczne – zmrużył oczy, kucając na łóżku – Prawie jak w jakiś dramacie romantycznym. – mruknął i popchnął mnie znowu na pościel – A potem duch tego nieszczęśnika zabijał inne zakochane pary? – mruknął Will – Staruszek ma wyobraźnię…Wierzysz w to?

- A w co mam wierzyć? – zachichotałam, siłując się z nim – Jak na razie wszystkie legendy się sprawdzają…

- O tak, wszyscy gangsterzy ze swoimi dziewczynami przeżywają tu swój pierwszy raz – przewrócił oczami – I co z tym zrobisz? Chcesz podtrzymać tradycję? – przytrzymał moje ręce, uświadamiając mi, że nadal jest silniejszy ode mnie i tylko się ze mną droczy

- Muszę porozmawiać z Earlem…

- Chcesz się go pytać o takie sprawy? – parsknął śmiechem

- Nie… – pokręciłam ze śmiechem głową – Chociaż myślę, że na pewno by to zrozumiał…chodzi mi o ten zajazd – usiadłam i położyłam mu ręce na ramionach – Coś mi tu nie pasuję, czuję to…w każdej legendzie jest ziarnko prawdy. Jeśli ten zajazd jest nawiedzony, to musi być tego jakaś przyczyny. Może ktoś rzucił na niego klątwę jak na rubinowy pierścień Brownów? A jeśli ktoś rzucił klątwę, to na pewno chciał odstraszyć ludzi od tego miejsca…

- Myślisz, że ktoś ukrył tu coś ważnego? – zmarszczył brwi, pocierając moje ramiona, na których pojawiła się gęsia skórka

- Nie wiem…może samo to miejsce jest ważne – rozejrzałam się po ciemnym pokoju – Czuję tu dziwną energię…

- To przez to, że Elizabeth Sunbeam cię naznaczyła?

- Pewnie tak…nigdy nie wierzyłam w magię i paranormalne zjawiska. Teraz wierzę…ale nie wiem, co oznaczają moje przeczucia…dopiero odkrywam ten świat. Wiem, jak to brzmi – przewróciłam oczami, widząc jego litościwe spojrzenie – Po prostu zaufaj mi. Coś tu jest nie tak… – położyłam się na łóżku i spojrzałam znowu na sufit – Muszę porozmawiać z Earlem. Może powie mi coś więcej o historii tego miejsca. – dodałam. Will milczał. Już się bałam, że zasnął, więc odważyłam się na niego spojrzeć. Czułam, że powinnam coś powiedzieć, na temat tego co prawie zrobiliśmy. Cały nastrój uleciał, ale nie chciałam, żeby Will myślał, że go nie kocham.

W tym momencie znowu zagrzmiało, a ja poruszyłam się nerwowo. Blondyn westchnął, położył się obok mnie i przytulił do siebie.

- Razem z nim porozmawiamy. Ja, ty, Rose, Ana i Jasper…jesteśmy twoją drużyną, zapomniałaś?

- Jasne, że jesteście – uśmiechnęłam się z ulgą – Dziękuję Will – pocałowałam go w policzek – I jeszcze…to co robiliśmy… – podniosłam się na łokciu i spojrzałam mu w oczy – Mówiłam ci to wcześniej, ale mogę powtórzyć. Kocham cię, William i jesteś dla mnie bardzo ważny…dlatego właśnie nie możemy przeżyć naszego pierwszego razu tak po prostu byle gdzie. To musi być specjalna chwila. Na pewno nie w takim starym, nawiedzonym domu na jakimś rozpadającym się łóżku…rozumiesz to, prawda? – czułam, że policzki robią mi się gorące

- Chyba rozumiem twój problem…rano bolały by nas plecy od tego zakichanego materaca…mnie już bolą…jak to wszystko się skończy, zamawiam masaż Shylund – zażartował – Ach i miałaś rację, zdecydowanie nie powinniśmy spać w jednym łóżku. – mrugnął – A teraz spróbuj zasnąć… – pogłaskał mnie po głowie – Może i nie boisz się burzy, ale mnie jest zimno i ktoś musi mnie ogrzać… – burknął, szukając swojej koszulki – A do TEGO jeszcze wrócimy – obiecał, całując mnie w usta

- Skoro tak sprawiasz sprawę… – zachichotałam, założyłam swoją koszulkę i przytuliłam się do jego rozgrzanej klaty. Will przykrył nas kocem i wiecie co? Nawet nie wiem, kiedy zasnęłam…przy Willu wreszcie nie bałam się tej okropnej burzy. Może już zawsze tak będzie?

***

Ranek przywitał nas słońcem i śpiewem ptaków. Na początku myślałam, że wszystko, co się wczoraj stało było snem, ale kiedy otworzyłam oczy i zobaczyłam, że śpię z głową na klatce Williama, a on sam śpi jak blond włosy anioł, nie mogłam powstrzymać się od uśmiechu. Naprawdę prawie TO wczoraj zrobiliśmy. Greenlight powiedział, że mnie kocha. Co to się porobiło…Wstałam ostrożnie, żeby go nie obudzić i zsunęłam się z łóżka na ziemię. Podeszłam do okna. Okazało się, że silna wichura zerwała mnóstwo gałęzi, ale poza tym teren jest czysty, a powietrze rześkie i ciepłe. Po wczorajszej nawałnicy nie było już śladu. Odwróciłam się, żeby wrócić do łóżka, gdy nagle poczułam dreszcz przebiegający mi przez ramię. Podwinęłam rękaw. Moja bransoleta z kamieniem druidów rozgrzała i błyszczała podejrzanie. Co się dzieje? Szkoda, że nie dostałam od Conrada instrukcji obsługi. Kamień robił się coraz bardziej gorący, prawie parzył. Przegryzłam wargę, próbując ściągnąć opaskę. Ani drgnęła, jakby ktoś ją przykleił. Pod wpływem impulsu przeszłam przez pokój do zniszczonej szafy i odsunęłam ją ze skrzypnięciem. Nie wiedziałam, po co to robię. Jakby ktoś sterował moimi rękami. Jedna z desek była pęknięta. Odsunęłam szafę jeszcze bardziej, żeby się tam dostać. Drapałam pazurami deskę, ale mimo, że była naderwana, nie chciała odpaść. Zniecierpliwiona wróciłam po Willa, żeby mi pomógł. Wskoczyłam na łóżko i potrząsnęłam nim.

- Co się dzieje? – mruknął zaspany, przygarniając mnie ramieniem

- Wstawaj, mam coś… – nie dokończyłam, bo drzwi do pokoju otworzyły się z impetem i do środka wpadli Rose, Ana i Jasper z wielka gałęzią jako taranem

- Ratunek przybył! – pisnęłam uradowana Ana

- Dzień dobry państwu… – Jasper spojrzał się na nas ze znaczącym uśmiechem – Dziewczęta, chyba przeszkadzamy – oznajmił z teatralnym oburzeniem

- No nie…chyba nie spaliście razem? – wytrzeszczyła oczy Rose

- Spaliśmy – powiedzieliśmy jednocześnie obojętnym głosem, a reszta aż się zakrztusiła

- Ale nie tak jak myślicie! – szybko zaczęliśmy się tłumaczyć – W jednym łóżku to nie znaczy razem! – broniłam się

- No ja myślę… – pokręciła głową moja przyjaciółka, nie spuszczając ze mnie wzroku

- Błagam cię, nie patrz się tak na mnie… – jęknęłam

- Ale jednak coś było! – podchwycił szybko Jasper

- Nie…

- No proszę! Wyglądacie na ewidentnie pogodzonych! – Anastasia była cała w skowronkach, że miała romantyczny wątek w całej tej naszej przygodzie

- Cóż… – podrapałam się po głowie i spojrzałam na Willa, szukając pomocy

- Czy my jesteśmy pogodzeni, Shylund? – spojrzał się na mnie z łobuzerskim uśmiechem

- A bo ja wiem… – zmrużyłam oczy – Z tobą to nic nie jest pewne…

- No i widzicie, macie odpowiedź – wzruszył ramionami, po czym znienacka pocałował mnie w policzek

Wszyscy, łącznie ze mną wytrzeszczyliśmy na niego oczy. Tymczasem Greenlight wygrzebał się spod koca i ruszył do drzwi.

- Zbieramy się ludzie, trzeba wracać do Moorland. Jeśli ludzie nie zaczęli nas jeszcze szukać, to cud…

- No nieźle… – pokręcił głową Jasper – Też to widzieliście?

- O tak… – pokiwały głową dziewczyny – Mój Boże, William Greenlight ma dobry humor…co ty z nim zrobiłaś dziewczyno? – spojrzeli na mnie zbaranieli

- Teraz to już nie masz wyjścia, musisz nam opowiedzieć wszystko ze szczegółami – podekscytowała się Ana

- Dobrze, ale nie teraz… – poddałam się – Wracajmy do domu, bo wujek Marsus naprawdę nas udusi… – wstałam i ruszyłam do wyjścia, zupełnie zapominając o tajemniczej skrytce za szafą…

***

Gdy przyjechałam do Moorland w stajni nikogo już nie było. Obozowiczki wyszły na zajęcia w terenie, a Jackob albo wykonał już swoje obowiązki, albo nie przyszedł do pracy po wczorajszej przygodzie. Mam nadzieję, że to pierwsze, a on i Alex są bezpieczni i udało im się uciec przed pościgiem Sandsa. Zeskoczyłam na ziemię i pociągnęłam Winterknighta do jego boku. Biedak też był już ledwo żywy, a muszę go jeszcze oporządzić i nakarmić. Mijając boks Morning Dew przystanęłam, słysząc jakieś szepty i chichoty. Co tym razem wymyśliła Tori?

- Ciszej…przestań, bo ktoś nas usłyszy… – mówiła słodkim głosem Tori

- Nie przestanę, dopóki się nie zgodzisz…przekonałem cię już? – zapytał jakiś męski głos, a mnie zmroziło

- No nie wiem… – zachichotała Tori, a chłopak mruknął coś pod nosem i usłyszałam jak się całują. No coś podobnego! – Dobra, dobra, poddaję się. Przyjdę na tą imprezę – powiedziała w końcu kuzynka

- Doskonale…nie pożałujesz, obiecuję – zaśmiał się niskim, gardłowym głosem, od którego przeszły mnie ciarki – Ósma wieczorem u mnie w gospodarstwie…nie spóźnij się… – dodał i pociągnął za drzwi boku. Szybko odskoczyłam do tyłu, ciągnąc za sobą Winterknighta

- Na pewno…do zobaczenia… – Tori oparła się od drzwi boku i pomachała Erickowi z rozanielonym uśmiechem. Ja chyba śnię…moja kuzyna romansuje z tym kryminalistą?! W dodatku patrzyła na niego jak na ósmy cud świata. Nawet mnie nie zauważyła. Dopiero gdy chrząknęłam, spojrzała na mnie i wróciła do rzeczywistości. – Ooo wróciłaś – syknęła, mrużąc oczy – A już miałam nadzieję…

- Od kiedy to spotykasz się z Erickiem? – skrzyżowałam ręce

- A co cię to obchodzi? – wróciła do boksu i zajęła się swoją klaczą

- To niebezpieczny chłopak…nie wiem co ci obiecał albo powiedział, ale na pewno cię nie kocha.

- Co? A co ty możesz wiedzieć o miłości? – skrzywiła się – Myślisz, że taki chłopak jak Erick nie mógłby się we mnie zakochać?

- Nie, myślę, że taka dziewczyna jak ty nie powinna się w nim zakochiwać – powiedziałam zanim ugryzłam się w język. Oczy Tori pociemniały z gniewu.

- A to co miało znaczyć? Nie będziesz mi mówiła z kim mam się spotykać! Zwłaszcza, że sama romansujesz z Greenlightem! – podeszła do mnie wściekła – Co, boli cię, że nie jesteś już jedyną dziewczyną gangstera w tym mieście?!

- Nie – zmarszczyłam brwi – Och Tori, błagam cię nie mów mi, że umawiasz się z nim tylko dlatego, żeby pokazać mi, że też możesz… – jęknęłam

- Nie idiotko! Świat nie kręci się wokół ciebie! Kocham go!

- Ale on ciebie nie! – nie wytrzymałam, a Tori wymierzyła mi policzek. Zamrugałam, zaskoczona. Winterknight prychnął ostrzegawczo.

- Nic nie rozumiesz… – syknęła

- Rozumiem więcej niż myślisz, droga kuzynko – warknęłam – Erick cię wykorzystuje, żeby się do mnie zbliżyć. Chce mnie zniszczyć.

- Bzdura! Erick mnie kocha! Powiedział mi to!

- Naprawdę jesteś taka naiwna?!

- Po prostu daj mi spokój! Zniszczyłaś mój związek z Jackobem! Nie pozwolę, żebyś weszła między mnie i Ericka!

- Aż tak go kochasz? – prychnęłam – Zrobiłabyś dla niego wszystko?

- Oczywiście… – syknęła, zapinając popręg Morning Dew

- No jasne… – nagle mnie oświeciło. Erick wybrał sobie Tori, ponieważ ona nienawidzi mnie tak samo (albo i bardziej) jak on. Rozkocha ją w sobie, a potem przekona, żeby mnie zlikwidowała. Oboje obmyślą plan. – Tori, on chce cię wykorzystać do swoich celów…

- No proszę cię, myślisz, że nie wiem? – przewróciła oczami i wskoczyła na siodło – Czekam na to.

- Co? – spojrzałam na nią jak na wariatkę – Nie, nie chodzi o seks…chociaż fakt, że jesteś taka pusta przeraża mnie…Tori, posłuchaj…

- Zejdź mi z drogi – warknęła, zbierając wodze klaczy

- Nie, porozmawiajmy…

- Zejdź, bo cię przejadę! – krzyknęła, ruszając. Chcąc nie chcąc musiałam odskoczyć.

- Co to za impreza u niego w gospodarstwie?! – krzyknęłam za nią

- Nigdy się nie dowiesz! – zaśmiała się przez ramię i wyjechała ze stajni

Zatrzęsło mną ze złości. Mam złe przeczucia co do tej imprezy. Erick nie kocha Tori. Widziałam jak patrzy na Catalinę. Ona jest jego miłością. Może złamała mu serce, ale nadal ją kocha. Czyżby chciał skrzywdzić Tori i zemścić się w ten sposób na Catalinie? Cokolwiek planuje, to skończy się źle dla mojej kuzynki. Nie cierpię jej, ale nie pozwolę, żeby działa jej się krzywda…w dodatku z mojej winy.

***

Pogadanka wujka Marsusa do mnie i Jaspera była długa i męcząca. Na szczęście przed wyjazdem z Zielonej Doliny ustaliliśmy wspólną wersję i tego się trzymaliśmy. Przyjaciele szukali mnie, a kiedy już się pojawiłam zastała nas burza i najbliższym naszym schronieniem był dom w środku lasu. Oczywiście najwięcej dostało się mnie. Za to, że w ogóle uciekłam i wszyscy musieli mnie szukać. Wujek chciał się dowiedzieć, co się stało, ale wtedy Jasper wspaniałomyślnie wybawił mnie z kłopotu i powiedział, że pokłóciłam się z Tori (co brzmiało bardzo wiarygodnie) i wujek powiedział, że odłoży ta rozmowę na wieczór, kiedy Tori wróci. Bezgłośnie podziękowałam Jasperowi i każdy z nas poszedł pod prysznic. Ciepła woda i suche ubrania podziałaby na mnie jak balsam leczniczy. Najchętniej nie wychodziłabym z łazienki przez cały dzień. W końcu wyczłapałam niechętnie z zaparowanego pomieszczenia i wskoczyłam na łóżku. Dopiero po chwili zorientowałam się, że nie jestem sama.

- Noc w nawiedzonym zajeździe dała ci w kość, co? – zachichotał wesoły głosik

- Alex… – niechętnie podniosłam twarz z poduszki – Nic ci nie jest?

Druidka siedziała na parapecie i machała nogami, uśmiechając się szeroko. Zza jej pleców świeciło słońce, więc musiałam zasłonić ręką oczy, żeby na nią patrzeć.

- Ładna zabawka… – dotknęła Łapacza Snów, który dostałam od Jackoba – Przydała się?

- Jakoś nie miałam okazji jej używać….za mało śpię – mruknęłam zirytowana – Alex, co się stało? Jak baronowa? Udało się?

- Uciekliśmy i przywieźliśmy baronową do Winnic – pokiwała głową i zeskoczyła zwinnie z parapetu – Jest nieźle przestraszona, boi się wyjść z sypialni…służba nie odstępuje jej na krok.

- Nie dziwię się! Dawno jej mówiłam, że jest w niebezpieczeństwie…oddała wam swój klejnot?

- Właśnie tu jest problem… – westchnęła Alex, zbierając części mojej garderoby – Lorelaj twierdzi, że jeśli odda nam swój diament, Sandsa nic nie będzie już powstrzymywało i zabije ją – usiadła obok mnie na brzegu łóżka

- I tak ją zabije… – burknęłam, patrząc nieufnie na ubrania, które trzymała

- Ja to wiem – wzruszyła ramionami – ale ona kompletnie oszalała… – mruknęła i bezceremonialnie ściągnęła ze mnie koszulkę od piżamy – Powiedziała, że będzie rozmawiała tylko z tobą – dodała szybko, wciągając mi przez głowę, moja ulubioną zieloną podkoszulkę do jazdy

- O nie…nie mam siły… – zaprotestowałam

- Wiem słoneczko, ale to bardzo ważne…czas nam się kończy…Sands jest coraz bardziej nerwowy…Lorelaj powiedziała, że odda klejnot tylko tobie…i że musi powiedzieć ci coś ważnego…co ty na to?

- Ech…a mam inne wyjście? – ziewnęłam i przeczesałam ręką włosy

- Jesteś kochana! – pocałowała mnie w policzek – Chodź, mamy dziś jeszcze sporo do załatwienia…

- Co to znaczy? – zmarłam z bryczesami w ręku

- Skoro Sands wykonał ruch, my też musimy coś zrobić…Elizabeth kazała mi zebrać resztę kamieni, do których mamy dostęp. Gotowa na wycieczkę po wyspie? – zapytała z błyskiem w oku

- Z Sandsem drepczącym nam po pietach? – burknęłam, zakładając w pośpiechu sztyblety – O tak…zawsze o tym marzyłam…

***

Przepraszam, że nie odzywałam się tak długo kochani! Naprawdę kocham was za tą cierpliwość! Najpierw nie mogłam pisać przez rękę, potem wyjechałam na tydzień z rodziną i nie miałam internetu. Jeszce raz was przepraszam. Postaram się to jakoś nadrobić. Na szczęście do końca wakacji już nigdzie nie wyjeżdżam ;)

 

31 lip

Witajcie kochani!

Niestety mam dla was smutną wiadomość. Z powodu kontuzji prawej ręki, muszę zawiesić pisanie na blogu na co najmniej tydzień. Mam nadzieję, że już niedługo będę mogła wrócić do regularnego pisania ;) Trzymajcie się ciepło. Buziaki ;*

Lulubell

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Historia nieszczęśliwej miłości starego gangstera i tejemniczy zajazd w Zielonej Dolinie…

23 lip

Galopowałam przez ciemny las w stronę kurczącego się światła – mojej jedynej drogi ucieczki. W ślad za mną pędzili Czarny Mściciel i Gabriel Sands. Słyszałam ich krzyki i groźby. Czułam się, jakby goniło mnie samo piekło. Winterknight ciężko dyszał i pocił się od żaru, który nas gonił, ale nie pozwoliłam mu zwolnić.

- Jeszcze trochę, stary…wytrzymaj… – błagałam. – To nie może się tak skończyć…

- Zatrzymaj się Lano Shylund, nie uciekniesz przed swoim przeznaczeniem! – krzyczał za mną Sands

Odwróciłam się przez ramię i aż wstrzymałam oddech. Sands i Sabine galopowali na dwóch wielkich, czarnych rumakach o czerwonych ślepiach. Z ich nozdrzy buchał czarny dym, a kopyta zostawiały ognisty ślad.

- Nigdy! – zawołałam odważnie, chociaż głos mi drżał. Odwróciłam się z powrotem w stronę światła. Niespodziewanie przede mną pojawiła się postać jeźdźca w czarnej pelerynie. Achał-tekin stanął dęba i spadłam na ziemię. Zabrakło mi tchu, walczyłam o oddech. Dusiłam się! Sabine i Sands wykorzystali to i szybko mnie otoczyli. Mężczyzna uśmiechnął się do mnie okrutnie, a jego zimne, stalowe oczy błysnęły szaleńczym blaskiem. Skurczyłam się w sobie. Sabine złapała mnie za ramiona i pociągnęła w dół, przyszpilając do ziemi. Zaczęłam się szarpać resztkami sił, ale nie miałam szans. Ta dziewczyna ma takie bicepsy, że nie jeden lekkoatleta by się zawstydził! Sands stanął nade mną w rozkroku. W prawej ręce trzymał sztylet, z błyszczącą, czarną rękojeścią, a w lewej ściskał pomięte, zżółkłe kartki.

- Wiesz co to jest? – wysapał, potrząsając mi kartkami przed nosem – Nawet nie wiesz, ile mogłabyś tym narobić bałaganu… – pokręcił głową z dziwnym uśmiechem

- Proszę, wypuść mnie… – rozpłakałam się

- O nie…to nie jest zabawa w detektywa. Już ja ci dam nauczkę, żeby nie wtrącać się w cudze sprawy…panno Hoffer.

- Nie rób tego! Nikt nie puści ci tego płazem. Wszyscy będą wiedzieli, że to twoja…

- A wiesz, co to jest? – Sands nie przejęty moimi słowami, podstawił mi pod nos sztylet – Narzędzie twojej śmierci… – syknął, nie czekając na moją odpowiedź. Wytrzeszczyłam oczy z przerażenie. Czarny kamień, z którego była zrobiona rękojeść mrugnął do mnie psotnie. Zmarszczyłam brwi. Coś jest nie tak…ten kamień…

- Lano… – zza moich pleców odezwało się donośne echo. Ten głos był nieziemski. Delikatny, melodyjny, hipnotyzujący…miałam wrażenie, że już go słyszałam…uspokajał mnie i przywracał siły. Zerwał się wiatr, który odsunął ode mnie Sabine i Sandsa. Korzystając z okazji, skoczyłam na równe nogi i pognałam w stronę światła i źródła głosu.

- Zabierzesz moje sekrety do grobu, Lano Shylund…do grobu…! – głos Sands coraz bardziej się ode mnie oddalał, a ja znikałam w świetle

Poderwałam się do pionu, ciężko dysząc. Przez chwilę nie wiedziałam, gdzie jestem. Rozejrzałam się w koło, obłąkanym wzrokiem. Leżałam zakopana w stertę kocyków przy dogasającym ognisku. Czułam jak po plecach i czole ścieka mi strużka potu, a ja obejmuję się kurczowo ramionami. Gdzieś w koronach drzew zaćwierkały ptaki. W odniesieniu do mojego snu był to bardzo surrealistyczny dźwięk. Coś pacnęło mnie delikatnie w głowę. Zdusiłam okrzyk, gdy okazało się, że to Winterknight. Stał obok, przeżuwając trawę i patrząc się na mnie zatroskanym wzrokiem.

- Nie mogłeś mnie wcześniej obudzić… – burknęłam z wyrzutem, przeczesując ręką spocone włosy – A niech to kaczki zdepczą…co to był ze sen… – odrzuciłam koce i podniosłam się chwiejnie. Bosą stopą natrafiłam na poranną rosę. – Świetnie, ciekawe, która jest godzina…wujek i ciocia zabiją mnie… – jęknęłam – Musimy wracać do Moorland, stary – spojrzałam na niego, wydymając wargi. Ogier zarżał na znak, że się ze mną zgadza. Zebrałam koce i ruszyłam do chatki Meg. Zapukałam z grzeczności, ale drzwi same otworzyły się ze skrzypnięciem. Okazało się, że kobieta nie śpi, tylko miesza coś w wielkim garze nad paleniskiem.

- Dzień dobry – uśmiechnęłam się – A co pani tak wcześnie robi? – zaciekawiona podeszłam bliżej

- Śniadanie – uśmiechała się staruszka

- Tak? Och tak się cieszę, umieram z głodu! – odetchnęłam z ulgą – Co będzie na śniadanko?

- Zupa z owoców leśnych…

- Och – westchnęłam. Nie, nie mogę marudzić. Powinnam się cieszyć, że w ogóle dostanę coś do jedzenia. Powinnam się cieszyć, że Meg nie wyrzuciła mnie rannej i zajęła się mną. Powinnam być wdzięczna. – Jeszcze czegoś takiego nie jadłam. Pewnie jest pyszne – starałam się uśmiechnąć

- Domyślam się, że twoja dieta jest bardziej bogata, ale ja już przyzwyczaiłam się do jedzenia tego, co znajdę w lasach – staruszka spojrzała się na mnie przepraszająco

- Nic się nie stało, niech się pani o to nie martwi – pokręciłam energicznie głową – To bardzo miłe z pani strony, że w ogóle proponuje mi pani śniadanie.

- W gwoli ścisłości to sama się na nie wprosiłaś – wzięła się pod boki, a ja poczułam, że robię się czerwona – No już dobrze…zupa zaraz będzie gotowa. Jak ci się spało w warunkach leśnych? – zapytała z kpiącym uśmieszkiem

- Powiem pani…że całkiem wygodnie – przeciągnęłam się, ale zdradzieckie mięśnie zatrzeszczały – To pewnie dzięki tym kocykom.

- Pewnie tak – zachichotała – Lepiej idź się wykąpać przed śniadaniem, jesteś cała spocona – zauważyła

- Ech…no tak – westchnęłam zawstydzona

- Słyszałam jak krzyczałaś przez sen…wołałaś go – zmarszczyła brwi

- Garbriela Sandsa? – upewniłam się

- Czy on cię skrzywdził, dziecino? – spojrzała na mnie poważnie

- Nie bezpośrednio…jeszcze nie… – chrząknęłam

- Rozumiem… – pokiwała smutno głową – Walka z nim będzie cię dużo kosztowała, bardzo dużo… – zmarszczyła brwi

- Meg…?

- Zejdź na dół kamienną ścieżką. Tam jest zakole rzeki, będziesz mogła się umyć – przerwała mi i podała czysty materiał jako ręcznik

- Dobrze – pokiwałam głową. Nie będę już wracać do tego tematu.

- Tylko się pospiesz, bo zjem ci całą zupę – dodała, gdy wychodziłam

Z uśmiechem zamknęłam drzwi chatki i pobiegłam dróżką we wskazanym kierunku. Winterknight poczłapał za mną. Woda w rzece była lodowata, ale przynajmniej orzeźwiła mnie. Rany i zadrapania szczypały, ale starałam się to ignorować. Teraz mogłam na trzeźwo przemyśleć, co stało się w ostatnim czasie. Nie wróciłam na noc do Moorland, pokłóciłam się ze wszystkimi przyjaciółmi, zniknęłam bez śladu i prawdopodobnie wszyscy mnie szukają, bo nikomu nie przyszłoby do głowy, że mogłam zapaść się pod ziemię. W tym przypadku dosłownie…I jeszcze ten dziwny sen. Muszę przyznać, że Sands już dawno mi się nie śnił. Mówił do mnie „panno Hoffer”. Chodziło mu o mamę. Te kartki musiały być brakującymi kartkami z jej pamiętnika! A sztylet? Błyszczący kamień podpowiada mi, że może być ważny, ale nie wiem z jakiego powodu…głos…znajomy głos, który mnie wołał…skąd ja do cholery znam ten głos? Dopóki nie rozwiążę tej zagadki nie posunę się do przodu z moim śledztwem…

- Jak smakuje ci zupa? – Meg najwidoczniej bardzo zleżało na opinii, bo zapytała już po pierwszej łyżce

- Jest pyszna… – przyznałam szczerze – Nigdy czegoś takiego nie jadłam…

- W to akurat nie wątpię – mruknęła – Co teraz zamierzasz? Wracasz do Doliny Moorland?

- Tak…ale najpierw muszę odwiedzić jeszcze jedną osobę – pokiwałam głową. Dlaczego wcześniej nie przyszło mi to do głowy? Jeśli zdecydowałam się już na chwilę prawdy, to o tej osobie też powinnam pamiętać. – Meg, powinnam powiedzieć komuś, że tu mieszkasz? – zapytałam poważnie – Masz jakąś rodzinę, kogoś bliskiego…

- Nie, nie – machnęła szybko ręką – Nie chcę wracać Lana, nie chcę…zwłaszcza teraz, gdy Sands znowu szaleje. Poza tym, nie zrozum mnie źle, ale tutaj naprawdę lepiej mi się mieszka niż w miasteczku. Tu jestem sama, wolna od plotek i czujnego spojrzenia mieszkańców. Jestem wolna, naprawdę to doceniam – uśmiechnęła się lekko

- Rozumiem… – odwzajemniłam jej uśmiech – A może chcesz, żebym coś ci przywiozła? Potrzebujesz pomocy?

- Dziecino, przez tyle lat radziłam sobie sama… – zaśmiała się i pogładziła pomarszczoną dłonią moją dłoń – Nauczyłam się korzystać z bogactw natury, nic mi nie potrzeba, dziękuje…no może od czasu do czasu miło by było z kimś porozmawiać – mrugnęła do mnie

- O tak, na pewno jeszcze panią odwiedzę! Może być pani tego pewna! Tylko tym razem znajdę jakąś normalną drogę…

- Tak, myślę, że to dobry pomysł… – parsknęła śmiechem

Ciężko było mi rozstać się z ekscentryczną staruszką, ale w końcu musiałam ruszać w drogę. Rzadko spotyka się tak energicznych, pełnych wigoru ludzi. Może to zasługa jej stylu życia? Mieszanie samemu w głuszy receptą na młodość ducha? Ciekawe… Moje ubrania szybko wyschły w słońcu, a Meg dała mi na drogę zapas wody i świeże jagody.

- Gwiazda Morgana… – szepnęłam, dotykając wzoru na mojej torbie

- Tak, dostałam ją od Earla Hawka. Coś nie tak? – zmartwiłam się jej miną

- Nie, nie…po prostu wydaje mi się, że powinnam coś pamiętać o tym znaku…coś istotnego… – strapiła się

- Przyjadę kiedy indziej, może pani sobie przypomni – odparłam pogodnie

- Tak, na pewno masz rację – pokiwała niepewnie głową – Szerokiej drogi, Lana…trzymaj się mocno.

Pomachałam jej z uśmiechem i zawróciłam Winterknighta na szlak. Stroma dróżka prowadziła w górę, ale tym razem nie targały mną silne emocje i wiedziałam, co robię. Bez trudu udało mi się pokierować konia na górę. Słońce prześwitujące przez liście drzew piekły mnie w twarz. Trudno, będę miała piegi! Wzięłam głęboki wdech, ściągnęłam wodze i ruszyłam z kopyta do ostatniej osoby z mojej listy przyjaciół…

***

- „Here I am – this is me There’s no where else on earth I’d rather be Here I am – it’s just me and you And tonight we make our dreams come true…” – śpiewałam piosenkę Bryana Adamsa. W końcu nie byłam tak zła i przygnębiona, że śpiewanie znowu przynosiło mi radość -  „It’s a new world – it’s a new start It’s alive with the beating of – young hearts It’s a new day – it’s a new plan I’ve been waiting for you Here I am”

Wesoło wjechałam na teren gospodarstwa starego Earla. Zatrzymałam energicznie Winterknighta, ale nie zdążyłam zeskoczyć na ziemię, gdy drzwi do chatki otworzyły się i na ganek wyskoczył gospodarz. Na mój widok staruszek otworzył usta i wytrzeszczył oczy. Acha! To znaczy, że moje przypuszczenia były słuszne. Cała wyspa wiedziała o moim zniknięciu.

- Oto jestem! – zawołałam wesoło, zsuwając się z siodła na ziemię

- No nie… – Earl wybuchł gromkim śmiechem i poklepał się w kolano – Ej dziewczyno, co ty z nami robisz…nie wiesz, że postawiłaś na nogi całe Jorvik?

- Szczerze powiedziawszy, to miałam inny problem na głowie – parsknęłam się – Bałam się, że już na zawsze już tam zostanę…straciłam orientację…ale to była moja wina – przyznałam

- Właśnie widzę, że miałaś noc pełną atrakcji! – gwizdnął – Nawet nie pytam, gdzie byłaś…

- 100 metrów pod ziemią – zażartowałam, podchodząc bliżej

- Moja dziewczyna… – uśmiechnął się szeroko w bezzębnym uśmiechu i potrząsnął mną za ramiona -  Mówiłem tym durniom, że jesteś córką Charlie i umiesz o siebie zadbać…tego cię uczyłem…wiedziałem, że nic ci nie jest… – mówił, a ja zauważyłam, że w jego oczach błysnęły łzy

- Martwił się pan… – uśmiechnęłam się pobłażliwie

- A gdzie tam! – obruszył się – Żebym ja, stary gangster martwił się o takiego narwanego dzieciaka! Też coś! – wziął się pod boki – Nie bez przyczyny twój chłopak krzyczał na mnie, że jestem nieuczuciowym staruchem… – ruszył z powrotem do domu

- Will na pana krzyczał? – nie wiedziałam, czym mam się złościć, czy cieszyć

- O tak…on i wszyscy twoi przyjaciele cię szukają. Najzabawniejsze, że wszyscy twierdzili, że to ich wina, że zniknęłaś. – prychnął. Wrócił na werandę z butelką piwa i lemoniadą – Twoja kuzynka nawet się cieszyła. Miała nadzieję, że uciekłaś do Los Angeles jak Charlie…

- Niedoczekanie jej… – zmrużyłam oczy

- To samo powiedział jej Jasper. Aż jej w piety poszło – zachichotał Earl – Trzymaj – podał mi lemoniadę, a butelkę piwa otworzył jednym ze swoich niewielu zębów

- Naprawdę mówili, że to ich wina? – zrobiło mi się głupio

- Tak i jeszcze kłócili się, kto zawinił bardziej. W końcu ta blondynka, Anastasia, popłakała się i powiedziała, że Sands na pewno cię złapał, bo cię zostawili. – mruknął i usiadł na schodach, cicho stękając

- Biedna Ana… – teraz naprawdę miałam wyrzuty sumienia – A pan? – usiadłam obok niego po turecku

- Co ja? – zdziwił się

- Co pan powiedział? – spojrzałam się na niego wymownie

- Nic! A co miałbym mówić? Skomentowałem, że jesteś postrzeloną wariatką jak twoja mama i jeśli nie zechcesz, żeby ktoś cię znalazł, to sam diabeł cię nie znajdzie. – prychnął i wziął dużego łyka z butelki

- Zawsze mogę stąd iść… – udałam obrażoną

- Siadaj… – złapał mnie za rękę – Dobrze, że jesteś… – dodał cicho, uśmiechając się lekko. – Nigdy więcej mi tego nie rób. Drugi raz nie przeżyję ucieczki Charlie… – w jego głosie nie było już żartobliwej nuty. Nie musiał mówić, że zależy mu na mnie. Wiedziałam, że traktuje mnie jak moją mamę. Elizabeth myliła się, Earl nie mógł mnie zdradzić. A jednak okłamał mnie…

- Earl, wiesz, czemu pokłóciłam się z przyjaciółmi? – chrząknęłam i napiłam się swojej lemoniady

- Mówili coś o sprawdzeniu zaufania czy coś w tym stylu… – skrzywił się, patrząc przed siebie

- No właśnie…skoro już o tym mówimy…nie wiem, czy mogę ci ufać Earl… – z trudem wypowiedziałam te słowa

- Taaak? – staruszek spojrzał się na mnie spode łba, przeciągając sylaby – I bardzo dobrze. Nigdy nie dawałem ci podstaw, żebyś mi ufała. Jestem tu miejscowym wariatem, byłym gangsterem, a w dodatku ciągle…

- Nie o to mi chodzi! – przerwałam mu zirytowana – Okłamałeś mnie… – szepnęłam, wbijając wzrok w ziemię. Nastała chwila ciszy. Bałam się spojrzeć na Earla. W końcu, nie mogąc znieść napiętej atmosfery, zmusiłam się, żeby podnieść na niego wzrok. Siedział i w zamyśleniu pocierał brodę. Przełknęłam ślinę.

- Earl…

- Myślę, w jaki sposób mógłby to zrobić – powiedział szybko – Wiesz, zawsze uważałem się za prostego chłopa, który mówi to co myśli i niczego nie owija w bawełnę…

- Czemu nie powiedział mi pan, że Lorelaj Silverglade była pana żoną? – nie wytrzymałam

- O – wyglądał na zaskoczonego – A więc o to ci chodzi… – podrapał się po głowie

- Chyba nie myślałem, że utrzymasz to przede mną w sekrecie? – pokręciłam głową – To musiało w końcu do mnie dotrzeć…pracuję u baronowej, Lorelaj jest ciotką Willa, jest zamieszana w sprawy G.E.D i jest byłą żoną Sandsa… – wyliczałam – Mówisz mi o wszystkim, naprowadzasz mnie na trop starych skandali i…szkoda, że tak ważnej informacji nie dowiedziałam się od ciebie – wyrzuciłam

- A co miałem ci powiedzieć? – uśmiechnął się półgębkiem i wyjął z kieszeni papierosa – Że Lorelaj Silverglade złamała mi serce? Była jedną osobą, którą naprawdę pokochałem, a ona wykorzystała mnie, rozpaliła nadzieje, a potem wyrzuciła na ulicę jak psa, kiedy tylko dowiedziała się, że nie mogę jej dać tego, czego zawsze pragnęła…kiedy dowiedziała się, że jestem bezpłodny… – rzucał słowami jak jadem. Przeszedł mnie dreszcz, a żołądek związał mi się w supeł. Nigdy nie słyszałam, żeby Earl mówił z taką nienawiścią. Spojrzałam na niego zaniepokojona. W zadumie wydmuchiwał dym papierosowy nosem.

- Przepraszam, nie powinnam pytać o to w ten sposób… – przełknęłam ślinę – Nie miałam pojęcia, że to tak osobista sprawa…i tak bolesna…

- Czemu? To bardzo piękna opowieść…trochę jak z książki…gangster i dziedziczka…jak widać w prawdziwym życiu nie ma takich szczęśliwych zakończeń – burknął

- Nie musi mi pan opowiadać…

- Ale chcę – przerwał mi spokojnie – Dawno już tego nie wspominałem…tylko potrzebuję czegoś mocniejszego, żeby zacząć – wstał i poszedł do domu po butelkę wina – Wszystko zaczęło się od pewnego mętnego, listopadowego wieczoru – zaczął ponurym głosem – Ja i mój gang jak zwykle włóczyliśmy się po lesie, szukając zaczepki. Wiesz, kiedy ja byłem młody wyspa była bardziej zarośnięta…nie było jeszcze tyle gospodarstw i domów, wyspa Jorvik była bardziej dzikim miejscem, takim w którym matki bały się wypuszczać dzieci z domów po zachodzie słońca. Głównie ja się do tego przyczyniłem, nie chwaląc się.

- No to ładnie… – mruknęłam, a staruszek wyszczerzył się i wziął łyk wina. Wytarł ręką brodę i kontynuował

- O tak, to były czasy…byłem postrachem tego motłochu – pokiwał głową uśmiechając się triumfalnie – Nikt nie mógł nam podskoczyć. Gospodarze bali się nas, mogliśmy wymusić na nich każdy haracz: zboże, owoce, warzywa, piwo, chleb, córkę…gdy ktoś nam odmawiał, słono za to płacił

- Dobra, zaczynam się pana bać… – zmrużyłam oczy i odsunęłam się od niego

- Gdybym chciał ci zrobić krzywdę, dawno bym to zrobił, nie uważasz? – spojrzał na mnie z ukosa – Powiedzmy, że jestem jak uśpiony wulkan…

- Uśpiony nie znaczy wygasły – uniosłam palec do góry

- I tego się trzymajmy – parsknął śmiechem – W każdym bądź razie dzięki tym haraczom jak i moja banda mogliśmy przeżyć w lasach.

- Nie mieszkaliście u siebie w domach tak jak obecni gangsterzy?

- Te chłoptasie to nie gangsterzy! – oburzył się – Nie potrafią zrezygnować z grzania tyłka w cieplutkim domku i obiadków mamusi! My żyliśmy ze sobą razem jak jedna szajka, jedna banda, jak prawdziwy gang…po prostu rodzina – uśmiechnął ciepło – Znałem tych drani na wylot. Przyjmowałem w nasze szeregi każdego kto nie miał dachu nad głową albo rodzina się go pozbyła. Tacy ludzie potrafią być lojalni i wdzięczni. Byłem dla nich panem i władcą, guru.. – rozmarzył się

- A co z twoimi rodzicami? – przypomniało mi się

- Matka podobno długo za mną płakała, a ojciec…nigdy mnie nie lubił. Zawsze powtarzał, że nędznie skończę, jeśli będę tak postępował, a co do brata…nienawidzimy się wzajemnie. Uważał mnie za chuligana. Zawsze był moim przeciwieństwem. Rodzice go uwielbiali…ich aniołek…z czarnym tyłkiem  – wzruszył ramionami – W końcu o mnie zapomnieli…ale wracając do tego listopadowego wieczora. Właśnie miałem dać sygnał do powrotu do obozu, po już od godziny jeździliśmy bez celu w ulewnym deszczu, gdy usłyszałam na drodze turkot kół i rżenie koni. Pomyślałem, że uśmiechnęło się do nas szczęście i będziemy mogli zrobić napad na karetę. Kazałem chłopakom przyczaić się w krzakach. Gdy kareta zbliżyła się, uznałem, że mamy podwójne szczęście, bo był to powóz Silverglade’ów – najbogatszego rodu na wyspie. Mieli tyle pieniędzy, że nawet by nie zauważyli, gdybyśmy sobie co nieco pożyczyli…

- Ładnie to ująłeś – uśmiechnęłam się półgębkiem

- Oj cicho tam – pacnął mnie w ramię – Staram się wprowadzić cię w klimat.

- Doceniam to – pokiwałam głową, starając się nie roześmiać

- A zatem napadliśmy na karetę, wyciągnęliśmy tyle złota ile się dało, pobiliśmy woźnicę, który uciekł z krzykiem i znokautowaliśmy barona Silverglade. Wystarczył jeden cios, żeby go powalić, nie przesadzam. Jego żona zemdlała, ale córeczka…hoho! Zaczęła z nami walczyć. Jak przystało na dziewczynę w tamtych czasach, ma się rozumieć. Na początku byłem zbyt zajęty liczeniem kasy, żeby zwrócić na nią uwagę, ale gdy jeden z chłopaków próbował ją „uciszyć”, zaczęła się drzeć, że chce rozmawiać z „hersztem bandy”. Kazałem ją do siebie przyprowadzić. Była przemoczona do suchej nitki, z rozmazanym makijażem jak topielica i podartą suknią, ale nadal wyglądała pięknie. Mogła być wtedy w twoim wieku…platynowa blondynka ze zniszczoną fryzurą, którą pewnie układano przez godzinę i tymi cudownymi, błękitnymi oczami…to wizytówka rodu Silvergladów. Już wtedy mnie oczarowała, ale chyba o tym nie myślałem. Nie wyglądała na przerażoną, bezbronną dziewczynkę, ale na rozwścieczoną, pewną siebie wojowniczkę. „Napuszona, wyniosła arystokratka z oczami jak góry lodowe…jesteś ładniejsza niż cię opisywali, panno Silverglade” tak ją powitałem. Ona tylko zadarła nos do góry i powiedziała tak: „Narwany, nieokrzesany dzikus…spodziewałam się, że będzie pan chociaż przystojniejszy, panie Hawk”.

- No to panu przygadała! – wybuchłam śmiechem

- A żebyś wiedziała! Inne dziewczyny mdlały na mój widok, a ta jedna chuda blondyna śmie mi mówić, że nie jestem przystojny! Zwłaszcza po tym jak ja ją skomplementowałem. A to nie zdarzało się u mnie często…

- O nie…uderzyła w pana męskie ego…

- I to bolało – złapał się teatralnie za serce – Ja z kolei odpowiedziałem jej, że po mnie można było się tego spodziewać, bo jestem kim jestem, ale jej, wysoko postawionej arystokratce nie przystoi tak się zachowywać i rzucać na ludzi jak dzikie zwierzę. Wtedy dopiero się wkurzyła…skoczyła na mnie i trzasnęła mnie w policzek. Do tej pory czuję jak mnie piecze, jeśli mocno się skupię. Moi chłopcy od razu ją ode mnie odsunęli, ale ona dalej się wyrywała i krzyczała, że jestem potworem. Napadłem jej rodzinę bez powodu, pobiłem i okradłem…oraz mnóstwo innych epitetów, które nie przystają prawdziwej damie.  Zastanawiałem się skąd ona mogła się nauczyć takiego języka w pałacu, ale w końcu machnąłem na to ręką. Nigdy nie zrozumiem arystokracji.

- Co z nią zrobiłeś? – zapytałam coraz bardziej ciekawa. Earl chrząknął i poprawił się w schodach.

- Moi chłopcy chcieli się trochę z nią zabawić…i przyznam, że ja też miałem taki zamiar. Chciałem utrzeć jej nosa i pokazać Silvergladowi, że ze mną się nie zadziera, ale coś mnie podkusiło, żeby dać jej szansę. Usłyszałem jak krzyczy, że brzydzi się nas i nienawidzi mnie. Wtedy do głowy przyszedł mi pomysł. Postawiłem jej warunek. Powiedziałem, że pozwolę jej uciec i sprowadzić pomoc dla rodziców, nawet dam jej jednego z moich koni, ale musi mnie pocałować. Była w szoku. Wściekła się i groziła, że będę tego żałował, ale zgodziła się. Przyprowadzili ją do mnie, więc kazałem ją puścić. Głupi myślałem, że mam ją w garści, że nie zrobi już nic głupiego, a tymczasem ona strzeliła mnie pięścią w nos i uciekła.

- O kurcze! – zakrztusiłam się lemoniadą

- Porządnie mi przywaliła, bo aż mnie zamroczyło – pokiwał głową – Zabrała mojego konia i odjechała galopem. Miałem ochotę ją zabić…a jednocześnie zapadła w moją pamięć. W dodatku sprawiła, że szybko o niej nie zapomniałem. Miała racje, że pożałuję tego napadu.

- Nasłała na ciebie policję?

- Gorzej. Kiedy jej ojciec się ocknął w szpitalu, natychmiast zażądał, żeby ukarać tych, którzy napadli na jego rodzinę i brutalnie pobili. Nasz jedyny, stary szeryf odnalazł mnie i sprowadził do dworu Silvergladów. Tylko Lorelaj mogła mnie rozpoznać, więc postanowiłem trochę z nią poflirtować, ale ta dziewczyna była całkowicie odporna na moje zaloty! Czegoś takiego jeszcze nie spotkałem! Z kamienną miną powiedziała, że to ja ich zaatakowałem.

- To byłoby podobne do Lorelaj… – stwierdziłam

– Natychmiast zamknęli mnie w lochu. Baron Silverglade ogłosił, że skrócą mnie o głowę…

- Co za średniowieczne metody… – skrzywiłam się

- Uwierz mi, że baron zatrzymał się właśnie na tej epoce… – prychnął Earl

- Jak to się stało, że jednak przeżyłeś?

- Sam do końca nie wiem, jak to się stało…pogodziłem się już z wyrokiem. Zasnąłem w celi, gdy nagle usłyszałem skrzypnięcie drzwi. Ku mojemu zdumieniu do lochu weszła Lorelaj. Było ciemno, ale mógłbym przysiąc, że miała podbite oko. Powiedziała, żebym wstawał, a ona pomoże mi uciec.

- Pewnie chciała zrobić na złość ojcu. Myślisz, że ją bił?

- A cholera ich wie…arystokracja nie pierze swoich brudów publicznie. Nigdy się tego nie dowiemy. Na zewnątrz wyglądali na wzorową rodzinkę zarozumiałych i sztywnych bogaczy. Byłem w szoku, że Lorelaj się wyłamała. Nawet podejrzewałem, że to mi się śni, ale kiedy zaczęła mną szarpać, zrozumiałem, że nie śpię i to moja jedyna szansa na ucieczkę. Poszedłem za nią. Wyprowadziła mnie przez tajne przejście na zewnątrz w miejsce, gdzie dawniej była fosa. Czekał tam na mnie mój koń.

- Nie dziwię się, że baron myślał, że żyje w średniowieczu, skoro mieszkał w średniowiecznym zamku z fosą! – prychnęłam

- Cicho, teraz będę momenty… – szturchnął mnie – Przed odejściem zapytałem się Lorelaj, czemu mi pomogła. Powiedziała, że nie chce, żeby ojciec mnie zabił. Była mi wdzięczna, że przerwałem tamtą przejażdżkę. Byłem nią tak oczarowany, że zapytałem, czy jeszcze kiedyś się zobaczymy. Pokręciła głową i powiedziała ze śmiechem, że „na szczęście nie”. Coś we mnie pękło. Podszedłem do niej, powiedziałem „Skoro tak to nie mam zamiaru niczego żałować” i pocałowałem ją…Na początku opierała się, ale po chwili zmiękła i poddała się…ba, śmiem wątpić, że jej się to spodobało!

- No, no, nie wiedziałam, że z pana taki romantyk…

- Stare czasy… – machnął ręką, rumieniąc się – W końcu ją puściłem i bez słowa odjechałem…ale nie mogłem jej zapomnieć. Ciągle szukałem okazji, żeby ją zobaczyć. Jeździłem do Jarlaheim, obserwowałem jak wraca i wyjeżdża do szkoły aż w końcu nauczyłem się wspinać po murach do jej komnaty i obserwowałem jak śpi…

- No nie… – nie mogłam uwierzyć w to co słyszę – Co pan widział w tej bezdusznej jędzy?

- Ech…byłem młody i głupi – westchnął – Pewnego razu nie mogłem wytrzymać i pojawiłem się na balu wydanym w dworze Silvergladów. Wywołałem niemałe poruszenie. Pewny siebie podszedłem do niej i poprosiłem do tańca, ale ona mi odmówiła…i zaczęła krzyczeć, żeby straż mnie zabrała. Byłem wściekły. Mimo to przyczaiłem się w krzakach i poczekałem aż wszyscy zasną. Wtedy ją zobaczyłem. Wyszła na wieżę w koszuli nocnej jak duch i pchała się na dach…chciała skoczyć! Nie mogłem na to pozwolić. Szybko wdrapałem się na dach od drugiej strony i podszedłem do niej od tyłu. Podczas gdy ona zastanawiała się, czy skoczyć, ja ją złapałem i odciągnąłem od krawędzi. Szarpała się i szlochała, ale ja znowu ją pocałowałem…i uspokoiła się. Od tego czasu, zaczęliśmy się regularnie spotykać.

- Zaczyna się robić poważnie…

- I tak właśnie było…Lorelaj czekała na moje nocne wizyty, wymykała się na samotne konne przejażdżki, żeby mnie spotkać, a w piękne, letnie gwiaździste noce wychodziliśmy na dach wieży, żeby pooglądać gwiazdy. Nigdy nie powiedziała mi, czemu chciała skoczyć i ja też nie chciałem ją naciskać. Czekałem aż sama się otworzy. Widziałem, że była nieszczęśliwa, ale była zbyt dumna i uparta, żeby powiedzieć co ją dręczy. Nie umiała się otworzyć i powiedzieć o swoich problemach…może nawet sama przed sobą nie umiała się przyznać.

- Tylko pan przynosił jej szczęście – uśmiechnęłam się ciepło

- Tak przynajmniej mówiła – westchnął – Dzięki mnie poszła pierwszy raz na wiejską zabawę w Srebrnej Polanie. Oczywiście przebrała się, żeby nikt jej nie poznał, ale wszyscy dobrze wiedzieli, kim jest. Paru chłopaków z wioski próbowało ją poderwać, ale ja dzielnie ją broniłem. Jeden z nich, po tym jak się upił, chciał ją zgwałcić. Rozwaliłem mu nos. Lorelaj była przerażona. Powiedziała, że nie chce tak żyć i kazała mi więcej do niej nie przychodzić. Byłem załamany.

- To nie była pana wina!

- Nie mogłem się pogodzić z tym, że ją tracę – pokręcił głową i wypił duszkiem resztę wina – Zwłaszcza, że baron ogłosił zaręczyny Lorelaj z jakimś dupkiem z Nowego Yorku…

- Żartujesz?! Co zrobiłeś? – nie mogłam usiedzieć w miejscu z emocji

- Przygotowałem się, odwaliłem jak stróż w Boże Ciało i pojechałem na zaręczyny…w odpowiednim momencie wystąpiłem z szeregu jako ten, który „ma coś przeciwko” i porwałem pannę młodą. Dosłownie! Chłopcy wpuścili do zamku mojego konia, a ja porwałem Lorelaj na siodło i oboje odjechaliśmy galopem daleko, daleko stąd…

- Nie protestowała? – zaśmiałam się

- Wyzywała mnie od skończonych durni i idiotów, ale…nie chciała wracać. Najpierw zabrałem ją do mojego domu. Rodzice nie żyli, więc formalnie chata należała do mnie i brata. On mieszkał gdzie indziej, więc teren był czysty. Nikt nam nie przeszkadzał. Tam przeżyliśmy nasz pierwszy raz… – rozmarzył się

- Dobrze, bez szczegółów proszę… – poczułam, że się rumienie

- Nie dasz się człowiekowi pocieszyć – zmarszczył brwi – Niestety za nami pojechał ten głupi nowobogacki z Ameryki…chciał się ze mną bić o Lorelej…i przegrał. Musieliśmy uciekać, ścigano nas za morderstwo. Wywiozłem Lorelaj na Zapomniane Pole. Tam prawie nikt nie mieszka, a ci którzy wtedy tam byli, nie interesowali się sprawami z miasta. Zapomniane Pola są na uboczu cywilizacji…do tej pory tak jest. Byliśmy tam bezpieczni, wolni…w końcu robiliśmy to, co chcieliśmy…traktowaliśmy się jak małżeństwo. Po jakimś czasie odnalazł nas lokaj z dworu Silvergladów. Okazało się, że państwo Silverglade zginęli podczas sztormu, wracając z Nowego Yorku z pogrzebu niedoszłego narzeczonego…lokal błagał Lorelaj, żeby wróciła do domu, bo jej młodsza siostra, niespełna roczna Lorette została bez opieki.

- A wiec tak to się wszystko zaczęło…Lorelaj była taka młoda kiedy została sierotą i musiała zająć się dosłownie wszystkim.

- Tak, miała wtedy osiemnaście lat…to zdecydowanie za mało na rolę spadkobierczyni rodu i rolę matki, ale obiecałem, że nie zostawię jej samej. Oczywiście w tej sytuacji musieliśmy wrócić. Nigdy nie zapomnę tych pięknych czterech tygodni szczęścia na Zapomnianych Polach z Lorelaj. Po powrocie do domu wzięliśmy prawdziwy ślub, a ja wprowadziłem się do dworku i zerwałem z gangiem, który bez mojego kierownictwa powoli się rozpadł. Wiele ludzi nie dawało mi szans. Mówili, że gangster, taki nieokrzesany potwór jak ja nie ma prawa mieszkać i żyć jak arystokrata. Nie nadawałem się do tej bajki, byłem tym przysłowiowym wołem…

- Ludzie byli zazdrośni – pokręciłam głową

- Wiesz Lana, nie znałaś mnie wtedy. Byłem okropnym człowiekiem, ale Lorelaj i jej miłość zmieniły mnie…ona też odtajała…lód w jej oczach zamienił się w piękne, błękitne niebo…

- Tak jak u Willa – szepnęłam pod wpływem impulsu

- Widzisz, chyba zaczynasz mnie rozumieć… – zachichotał – Razem z Lorelaj świetnie sobie radziliśmy. Ona zajmowała się biznesowymi sprawami ojca, a ja pomagałem przy wychowywaniu Lorette. Byłem dla niej jak ojciec. Nie rozumiałem, czemu Lorelaj jest taka oschła dla siostry. Odpowiedzialność za dobrę imię rodu przygniótł ją…zagubiła się. Musiała szybko dorosnąć. Oddaliła się ode mnie. Trzymała małą na dystans i w końcu Lorette stała się kopią Lorelaj z młodzieńczych lat. Dopiero przyjaźń z twoją matką ją odmieniła. Mimo, że Lorelaj tego nie aprobowała.

- I tak skończyły się dobre chwile…

- Dobre chwile skończyły się, gdy pojawił się Gabriel Sands. – warknął Earl, a jego ręce zacisnęły się w pięści – Ten facet dosłownie rzucił urok na Lorelaj, omamił ją jakimiś obietnicami…a co najważniejsze dał jej to, czego Lorelaj zawsze pragnęło. Dał jej dziecko. Kiedy dowiedziałem się, że moja żona jest w ciąży, poczułem się, jakby wbiła mi nóż w plecy. Oboje wiedzieliśmy, że to nie jest moje dziecko. Lorelaj natychmiast zażądała rozwodu. Nawet nie chciała się tłumaczyć ani mnie przepraszać. Po prostu kazała się pakować i wracać skąd przyszedłem. Zniszczyła mnie…zniszczyła moje serce…

- Co za…aż brakuje słów, żeby to opisać! – oburzyłam się

- Musiałem tak uczynić – wzruszył ramionami – Pamiętam jak Lorette płakała, gdy odchodziłem…powiedziałem jej, że zawsze może do mnie przyjść porozmawiać, ona i Charlie, kiedy tylko będą chciały…i tak było. Gdyby nie one, zupełnie zdziczałbym w tej chacie.

- Tak mi przykro Earl… – szepnęłam

- A wiesz jak mnie jest przykro? Przez pierwsze lata byłem wściekły, zraniony, rozgoryczony…chciałem zrozumieć co się stało, odzyskać żonę! To ja…ja prowokowałem dziewczyny do śledztwa przeciwko Sandsowi…to wszystko moja wina – przetarł twarz dłońmi – Gdyby nie ja, Charlie nie musiałby uciekać z wyspy…przez moje osobiste urazy, zniszczyłem im życie… – wyrzucił to z odrazą – Jestem okropnym człowiekiem…

- Nie prawda – położyłam mu dłoń na ramieniu – Pomagałeś mojej mamie i Lorette, byłeś dla nich wsparciem, kochały cię…teraz pomagasz mnie. Ty też jesteś w tym wszystkim ofiarą. Ofiarą Gabriela Sandsa i zasługujesz na pomstę. – powiedziałam poważnie. Earl patrzył się na mnie przez chwilę w milczeniu. W jego spojrzeniu widziałam dumę, wzruszenie, radość…w końcu chrząknął i wrócił do swojego sposobu bycia.

- Nie tak pompatycznie Charlie, nie zapominaj, że nie skończyłem szkoły – potargał mnie po włosach

- Och Earl, powinien się pan cieszyć, bo system oświaty nie zdążył skazić pana inteligencji – zaśmiałam się

- Wystarczy już tego podlizywania – pstryknął mnie w ucho – Co to za młodzież w tych czasach…dać im palec a wezmą całą rękę. Do nauki się brać!

- Tak, tak, już idę – zasalutowałam mu ze śmiechem i wstałam – Najpierw jadę do Moorland na spotkanie z wujkiem…coś czuję, że to będzie długa rozmowa…

- Zapewne…ale najpierw jedź do Jarlaheim.

- Po co? – zmarszczyłam brwi

- Zagadałaś mnie i zapomniałem ci powiedzieć, że była u mnie ta twoja przyjaciółka druidka…kazała ci przekazać, że czeka w Jarleheim…

- Alex?! Skąd ona wiedziała, że przyjdę do pana?! – wytrzeszczyłam oczy

- A bo ja wiem! To ona w końcu zna jakieś magiczne triki, prawda?

- Mniejsza o to… – zbiegłam ze schodów – Coś jeszcze mówiła?

- Żebyś się pośpieszyła.

- I teraz mi pan o tym mówi? – jęknęłam

- Przepraszam bardzo, nie mam już tak dobrej pamięci jak kiedyś, Charlie! – bronił się

- Musze jechać… – pokręciłam głową – Ale dziękuję, że opowiedział mi pan swoją historię…teraz rozumiem…i wiem, że na pewno mnie pan nie zdradził.

- Cała przyjemność po mojej stronie – skłonił się z pijanym uśmieszkiem

Kiwnęłam mu głową i wsiadłam na Winterknighta. Natychmiast ruszyłam w stronę Jarlaheim.

***

Dochodziła 12 w południe. Po rynku w Jarlaheim kręciło się sporo ludzi. Znając Alex, pewnie ukryła się gdzieś na uboczu, tak, żeby być niewidoczna. Nie mam pojęcia, z jakiego powodu się tu znalazła, ale skoro pofatygowała się do starego Earla, żeby mnie znaleźć, musi mnie potrzebować. Skręciłam z głównej ścieżki w krzaki i zwolniłam do stępu. Próbowałam ją wołać po imieniu, ale nikt nie odpowiadał. W końcu ją znalazłam. Leżała między krzakami, z których miała dobry widok na plac przed ratuszem. Zeskoczyłam z konia i zostawiłam go obok Mishland. Nie miałam zamiaru się skradać, bo Alex na pewno już z daleka wyczuła moją obecność. Po prostu położyłam się na trawie obok niej.

- Gdzie ty się do cholery podziewałaś? – odwróciła się do mnie zaciekawiona. Zrezygnowała ze swojego przebrania i miała na sobie prostą lnianą sukienkę. Unosił się od niej zapach lawendy i goździków.

- Jakie miłe powitanie… – mruknęłam. Alex lustrowała wzrokiem moje rany i zadrapania.

- Wszyscy cię szukają – spojrzała na mnie z wyrzutem

- Naprawdę? Cóż, ostatnio mam trochę napięte relacje z moim zespołem… – zmarszczyłam brwi

- Wiem…to przez Elizabeth, prawda? – zapytała smutno. Czyżby czuła się winna?

- Nie ukrywam, że tak – burknęłam

- Powiedziała mi o waszej rozmowie. Nie powinna ci mówić, że macie „kreta” i nie powinna cię zachęcać, żebyś sprawdzała ich zaufanie… – pokręciła głową

- Nie, uważam, że miała rację – stwierdziłam – Ktoś na nas donosi…ale to na pewno nie moi przyjaciele – powiedziałam dobitnie, patrząc jej w oczy. Wytrzymała moje spojrzenie.

- Ach…rozumiem… – szepnęła – Bardzo dobrze, że tak w nich wierzysz.

- Dlaczego nie pytasz, czy ci ufam? – zdziwiłam się

- Bo znam odpowiedź. Nie ufasz mi – uśmiechnęła się smutno. Przełknęłam ślinę.

- Alex, to twoja wina, wiesz o tym…nic mi nie mówisz, ciągle coś przede mną ukrywasz. Nawet nie odpowiadałaś jak cię przed chwilą wołałam, a ja tu do ciebie pędzę na złamanie karku… Alex, czy ty mnie w ogóle słuchasz?!

- Andrina… – mruknęła cicho

- Że co proszę?

- Naprawdę mam na imię Andrina – spojrzała mi poważnie w oczy, a ja poczułam jak między nami pojawia się znowu ta dziwna więź, którą czułam już przy naszym pierwszym spotkaniu – To moje prawdziwe celtyckie imię. Alex i Alexandrine to imiona jakimi przedstawiam się zwykłym ludziom. Jeśli kiedykolwiek będziesz mnie potrzebować, wołaj Andrina, a zawsze cię usłyszę…nawet, jeśli będę bardzo daleko – powiedział poważnie

- Czemu mi o tym mówisz? – zmrużyłam oczy

- W naszej społeczności wszyscy druidzi sobie ufają i mogą na siebie liczyć. Gdy jakiś druid podaje ci swoje imię, to oznacza, że chce nawiązać z tobą szczególną więź. Możesz mieć go przy sobie na własność. Imię to wielka rzecz, Lano Shylund. My, Strażnicy Aideen, nie przedstawiamy się wszystkim tak po prostu..w przeciwnym razie ktoś mógłby nas wykorzystać do złych celów.

- Och…dziękuje, że mi to powiedziałaś…Andrino… – uśmiechnęłam się – To wiele dla mnie znaczy, naprawdę…

- Chciałam, żebyś wiedziała, że możesz mi ufać – uśmiechnęła się wesoło w swój zwykły sposób – Mam tylko prośbę…używaj mojego imienia tylko w prawdziwej potrzebie i nigdy nikomu go nie zdradzaj. – dotknęła mojej dłoni. Przeszedł mnie dreszcz. Tym razem był pozytywny.

- Jasne jak słońce – wyszczerzyłam się – A tak przy okazji…co oznacza twoje imię?

- Silna i odważna – mruknęła, wracając do obserwacji placu

- Hmm… – zamyśliłam się. Nie zdążyłam powiedzieć nic więcej, bo Alex poderwała się do góry.

- Mamy ją! – syknęła

- Kogo?!

- Baronowa Silverglade, wychodzi z ratusza!

- I co z tego?!

- Tam dalej, na końcu ulicy stoi Sands! Czekał na nią! Biegiem! Musimy chronić Lorelej! – ruszyła pędem w stronę placu. Poderwałam się i pobiegłam za nią. Przedzierałyśmy się przez tłum ludzi w dzikim pędzie aż w końcu przybiegłyśmy się na plac. Baronowa była blada i chwiejnym krokiem zmierzała w stronę swojej limuzyny. Wyglądała jakby miała zemdleć. Ciekawe, po co była w ratuszu? Katem oka zauważyłam, że Sands ruszył w jej stronę. Przyspieszyłam. Alex znikła gdzieś w tłumie.

- Lorelaj! – krzyknęłam. Przystanęła i odwróciła się powoli.

- Lana Shylund, co ty tu robisz?! – wytrzeszczył na mnie oczy – Przecież ty…

 - Jest pani w niebezpieczeństwie – chwyciłam ją pod ramie i ruszyłam żwawym krokiem – Gdzie jest pani limuzyna? Musi pani jechać do domu…

- Tą limuzyną nie może jechać… – nieoczekiwanie z samochodu baronowej wyskoczył William. Na siedzeniu kierowcy zobaczyłam nieprzytomnego kierowcę.

- William?! Co to ma znaczyć?! – spanikowała Lorelaj

- Witaj ciociu…Lana?! – blondyn był również w szoku – Jak ty…?!

- Nie pora na tłumaczenia! – zdenerwowałam się – Kto to był?!

- Człowiek Sandsa! – koło mnie pojawiła się Rose – Musimy natychmiast zabrać stąd baronową.

- Rosie… – ucieszyłam się na jej widok

- Lana, dobry Boże…co ci się stało?! – spojrzała na mnie przestraszona – To wszystko moja wina…przepraszam… – rzuciła mi się na szyję

- Potem będziecie się przepraszać! – warknął Jackob – Druidka podstawiła już dorożkę…

- Jaką dorożkę?! – zapytała zdezorientowana baronowa. Ludzie zaczynali zwracać na nas uwagę. Przygryzłam wargę.

- Proszę wsiadać, zajmiemy się panią – Ana wysiadła z dorożki, która do nas podjechała i odebrała ode mnie baronową. W środku czekała już Alex. Mrugnęła do mnie łobuzersko. W co ona nas znowu wpakowała?

- Pospieszcie się, Sands tu idzie – odezwał się Jasper z miejsca woźnicy

- Jedziemy, ale ty młody złaź na dół – mruknął Indianin i sam wskoczył na kozła

- No nie… – zaprotestował młody, ale stajenny zdecydowanie odstawił go na ziemię

- Lano, co tu się dzieje? – baronowa patrzyła na mnie oszołomiona. Coś świsnęło obok mojego ucha. Lorelaj pisnęła. Atakują ją! Sands chce ją zabić!

- Niech pani wsiada, proszę – popchnęłam ją do dorożki, a Ana zamknęła za nią drzwiczki

- Słuchajcie mnie teraz uważnie – Alex wychyliła się przez okienko – Ja i Jackob odwieziemy Lorelaj do Winnic i nałożymy czary ochronne, a wy zmylicie pościg i przyjedziecie do Valedale. Tam się spotkamy.

- Jaki pościg?! – wytrzeszczyłam oczy

- Chyba nie myślałaś, że Sands tak po prostu odpuści – prychnęła Alex – Pojadą za wami i za nami. Musicie ich zmylić. Liczę na was.

- Alex! – krzyknęłam, ale dziewczyna zasunęła firaneczki i dała znak Jackobowi, który ruszył z kopyta

- Czy to jest część tego planu, którego ja nie znam? – spojrzałam się z nadzieją na pozostałych

- Nie, to kompletna improwizacja… – Rose złapała się za głowę – Co ona sobie myśli…?!

- W tej chwili to nie jest ważne, mamy większy problem – zauważył Jasper – Otaczają nas… – kiwnął głową na podejrzanych ludzi w ciemnych płaszczach, schodzących się z różnych części miasta

- Co robimy? – pisnęła Ana, przytulając się do mojego ramienia

- Ja bym ich rozłożył na łopatki… – mruknął Will

- Nie, nie będziemy robić zamieszania…- pokręciłam głową – Wycofamy się z klasą, po cichu… – zgarnęłam ich ramionami – Idą za nami? – syknęłam po chwili, nie odwracając głowy

- Nie chce psuć twojego niezmąconego spokoju, ale owszem idą – mruknął Will

- Dobra, wiejemy! – rzuciłam się biegiem przez ulicę – Na konie!

Wszyscy poszli za moim przykładem. Rose wzięła Jaspera na Sunshine i cała nasza drużyna wyjechała pospiesznie z miasta. Alex miała rację. Część ludzi ścigała nas, ale reszta pobiegła za dorożką Lorelaj.

- Rozdzielamy się! Musimy ubezpieczać Alex i Jackoba! – zawołałam

- A kto będzie ubezpieczał nas?! – krzyknęła Rose

- Nie mam pojęcia!

- Mam lepszy pomysł! – dogonił ich Will – Wszyscy będziemy jechać przed Zieloną Dolinę. Tam jest pełno krętych dróżek i jest ciemno. Zgubimy ich tam i zakręcimy tak, że Jackob i Alex zdążą wyjechać.

- Co wy na to?! – zawołałam do reszty

- Musimy spróbować! – odparła Rose – Rozdzielimy się w Zielonej Dolnie…i módlmy się, żebyśmy sami się nie zgubili…

***

Pęd wiatru rozwiewał mi włosy, gdy uciekałam przed jednym z pachołków Sandsa. Facet był zwinny i miał dobrego konia, ale niestety brak znajomość terenu znacznie go spowalniał. Wyprowadziłam go w ciemną gęstwinę i szybko zawróciłam, zostawiając go tam samego. Czułam się tak dobrze i rześko, że nawet nie zauważyłam jak wybrałam złą ścieżkę na rozstaju dróg i sama w końcu się zgubiłam…

- Świetnie! Teraz już nawet nie słyszę odgłosów pogoni… – burknęłam pod nosem

Powoli zaczynał doskwierać mi głód i pragnienie. Dzięki zapasom wody od Meg, udało mi się przetrwać, ale jeśli chodzi o jedzenie…było ciężko. Nawet nie wiedziałam, która może być godzina i gdzie są moi przyjaciele. Kiedy zaczynałam tracić nadzieje, że znajdę kiedykolwiek jakieś wyjście, zobaczyłam dach domu. Zdziwiona podjechałam do krawędzie skarpy. Nigdy nie widziałam tu tej chaty wcześniej. Wyglądała na bardzo starą i zniszczoną…pewnie nikt tu od dawna nie mieszka. Zjechałam okrężną drogą i zatrzymała się przed wejściem. Jak tak dalej pójdzie, będę musiała zostać tu na noc…ściemnia się. Zeskoczyłam na ziemię, żeby lepiej się przyjrzeć tajemniczej budowli. Spokojna leśniczówka? Czemu nie…mogłabym tu mieszkać, gdyby nie chata nie była tak rozwalona. Nagle usłyszałam szelest w krzakach. Odwróciłam się i złapałam pierwsza lepsza gałąź, gotowa do ataku. Ku mojemu zdziwieniu i uldze, na polankę wyjechała Rose i Jasper na Sunshine.

- Lana? Dzięki Bogu…już myśleliśmy, że utknęliśmy tu sami – westchnęła moja przyjaciółka

- Kochani…tak się cieszę, że jesteście! – zza drzew przycwałowała do nas Ana na Bluewave. Zeskoczyła na ziemię i rzuciła się do mnie z płaczem – Chyba bym umarła, gdybym została tu sama w lesie…

- Nie taka szkoda, jaka niewygoda – burknął William, wjeżdżając na polanę z Moonpearl – Musielibyśmy cię tutaj pochować – uśmiechnął się drapieżnie, a Ana zadrżała

- Czy to znaczy, że wszyscy się zgubiliśmy? – zaśmiał się histerycznie Jasper

- Na to wygląda – podrapałam się po głowie

- Jesteśmy na siebie skazani do rana. W takich warunkach nie wyjedziemy z tego lasu. Słońce już chyba zaszło – stwierdziła Rose i z westchnieniem zeszła na ziemię

- Dobrze, że chociaż znaleźliśmy jakiś dom – pociągnęła nosem Ana – Myślcie, że da się tu spać? – odsunęła się ode mnie i podeszła do zmurszałej werandy

- Ooo na pewno będzie ciekawie – Will zaśmiał się niebezpiecznie i zeskoczył na ziemię

- Co masz na myśli? – zmarszczyłam brwi

- Naprawdę nie wiecie, co to za miejsce? – spojrzał na nas rozbawiony – Kindergarden? – spojrzał wyczekująco na moją koleżankę

- Nie myślisz chyba, że to jest TEN zajazd… – przełknęła ślinę – Mama mówiła, że dawno go wyburzyli.

- Nie. To TEN zajazd. Nawiedzony zajazd w Zielonej Dolinie, do którego goście wchodzili już tylko raz…a bardzo rzadko wychodzili… – oświadczył, a Ana z piskiem odskoczyła

- Bez żartów… – po moim kręgosłupie przebiegły dreszcze

- Przykro mi, ale to prawda – wzruszył ramionami Greenlight

Ana znowu się rozpłakała się i ukryła twarz w mojej bluzce. Spojrzałam się niepewnie na moich przyjaciół…nie mamy wyboru, musimy tu zostać. Zapowiada się bardzo ciekawa noc…

 

Klub Przyjaciół Książek i dziki pościg w bibliotece w Dziale Ksiąg Zakazanych…

20 lip

26 września 2020 roku

Czym dalej w las, tym więcej drzew. Ten kto to powiedział, naprawdę wiedział, co mówi. Im dłużej jestem w Hogwarcie, tym bardziej przekonuję się, że tutaj wcale nie ma taryfy ulgowej, jeśli chodzi o naukę. Być może nikt nie każe nam uczyć się na pamięć wzorów na geometrię albo tabeli rozpuszczalności kwasów, ale w zamian tego musimy pisać długie i szczegółowe referaty na transmutację, robić skomplikowane doświadczenia na eliksirach, dbać o rośliny, które dostaliśmy „pod opiekę” na zielarstwie (naprawdę trzeba pamiętać o karmieniu i podlewaniu, bo inaczej te małe, wredne chwasty potrafią ugryźć. Nie żartuję!) oraz siedzieć do północy na lekcji astronomii. Nie wymieniłam oczywiście wszystkich moich aktywności w Hogwarcie, ale porównując z nią moją starą szkołę w Londynie, stwierdzam, że tam miałam wakacje. Tutaj każdego dnia dosłownie padam na twarz i często zasypiałam w mundurku. Nawet nie mam siły kłócić się z Irminą i jej głupiutkimi koleżankami. Po prostu po jakimś czasie nauczyłam się ignorować komentarze i plotki na mój temat. Wchodząc do pokoju, udawałam, że ich tam nie ma. Nie wiem, czy to dobre rozwiązanie, ale na pewno nie mam siły myśleć nad czymś innym. Tak jest bezpieczniej…

Szybko odkryłam, że Irmina i reszta Krukonów z mojego roku zrobi wszystko, żeby utrudnić mi naukę. Od kiedy Irmina pojęła, że nie jestem nieukiem i – pomimo, że nie wyrywam się na lekcji z odpowiedziami jak z armaty – mam dobre oceny z testów, zaczął się problem. Ta dziewczyna nie znosi konkurencji. Musi być numerem jeden. Dlatego przeszkadzała mi na wszystkie możliwe sposoby w odrabianiu lekcji w pokoju wspólnym. Niby niechcący potrąciła mój stolik i rozlała atrament, potem „przez przypadek” wyrzuciła mój referat do kosza z „innymi śmieciami z biurka” albo nagle uznała, że w pokoju jest bałagan i „posprzątała” wszystkie moje książki. Współczuję jej przyszłemu mężowi, bo jak Irmina coś „posprząta” to sam diabeł tego nie znajdzie! Spokojnie pamiętniku, dałam sobie radę bez agresywnych metod (mój psychiatra byłby ze mnie dumny!). Ja i Tobby zaczęliśmy po lekcjach chodzić do biblioteki. I to okazało się strzałem w dziesiątkę! W bibliotece musi być cisza, bibliotekarka pilnuje porządku i jest więcej osób, więc Irmina nie może nam przeszkadzać. Swoją drogą nawet nie musi zwracać na nas uwagi, bo ja i Tobby siadamy przy ostatnim stoliczku na końcu biblioteki. Nikt do nas nie przychodzi, nie zagaduje…idealne warunki do nauki, jakby powiedział profesor Zynox…ja się chyba zastrzelę! Ostatnie co chciałam osiągnąć to wyjść na szkolnego outsidera! Niestety przesądziłam o tym już pierwszego dnia i nie cofnę czasu…będę sobie pluć w brodę do końca szkoły! Przyjęło się już powszechnie, że ja i Tobby to dwie naczelne sieroty w grupie pierwszoroczniaków! Pocieszałam się tym, że nie siedzę w tym sama…widziałam, że Tobby mnie potrzebował. Oprócz swojego ukochanego zielarstwa był naprawdę kiepskim uczniem, a ja, nie chwaląc się, mogłabym dawać tu korki wielu uczniom. Gdyby tylko nie patrzyli się na mnie tak pogardliwie…jak na zdrajcę, odmieńca, wariatkę…a kij im w oko! Przynajmniej Tobby ma tyle oleju w głowie, żeby korzystać z mojej pomocy.

- Sabrina, coś mi tu nie pasuję…piszę i piszę, ale teraz jak to przeczytałem…ten tekst w ogóle się nie klei… – podrapał się po czole, zostawiając na nim dużego atramentowego kleksa. Spokojnie, to codzienność w jego wykonaniu…

- Co ty gadasz? Pokaż to – przygryzłam wargę od środka i wzięłam od niego pergamin. Zmarszczyłam brwi czytając dziwny zlepek słów – Skąd ty to przepisywałeś?

- Z tej książki, którą mi dałaś – nachmurzył się

- Tak? To jakim cudem po całkiem sensownej analizie zastosowania eliksiru wielosokowego przechodzisz do opisu wyglądu tojada ognistego? – prychnęłam

- Taką dałaś mi książkę – obruszył się

- Tak, dałam ci atlas roślin, bo myślałam, że skończyłeś już referat na eliksiry – jęknęłam – Wiesz, że będziesz musiał to wszystko przepisać?

- Na brodę Merlina… – jęknął chłopak i pacnął twarzą na kartkę papieru.

- Tobby, dopiero na niej pisałeś…atrament jeszcze nie wysechł… – zakryłam usta ręką, żeby nie wybuchnąć śmiechem

- I co z tego? – podniósł głowę, a ja ledwo się powstrzymałam.Teraz cała twarz Tobbyego była w atramencie. Podałam mu chusteczkę. MacMillan zrobił się cały czerwony i szybko zaczął się wycierać. Oczywiście rozmazał to jeszcze bardziej. Przeczesałam włosy rękami. Cofam to, co powiedziałam o jego oleju w głowie…

- Tobby, idź do toalety – chrząknęłam

- Racja… – szepnął i szybko się podniósł. Pognał przez całą bibliotekę do wyjścia swoim chwiejnym, kaczkowatym chodem w asyście tłumionych śmiechów uczniów.

Dlaczego ja się z nim przyjaźnię, pamiętniczku? Wyjaśnij mi ten fenomen…może jest mi go szkoda? Beze mnie zostałby zupełnie sam, a niestety on nie ma tak silnej psychiki jak ja. Nie widziałam większej ciapy od niego…ale coś nie pozwala mi od niego odjeść. Jest uroczo dziecinny z tymi swoimi wpadkami, chyba go nawet za to lubię …lubię jak patrzy na mnie z takim szacunkiem i czcią, jak na swojego mentora i obrońcę. A niech mnie kaczki zdepczą…ale ja jestem próżna i egoistyczna! Dość! Sabirna, opanuj się! Po co ci były te wszystkie terapie?!

Plus jest taki, że przynajmniej potrafię zauważyć swoje wady, prawda pamiętniczku? Muszę się zmienić…dla Tobbyego i jego ufnej wiary we mnie. Ja wiem, że to nie będzie proste…codziennie z zazdrością patrzę na zapełnione stoliki moich koleżanek i kolegów. Ich ciche rozmowy i tłumione chichoty działają mi na nerwy…a zwłaszcza stolik Irminy i jej bandy.

- Spokojnie Socretto, MacMillan jest denerwujący, ale nie musisz od razu rzucać w niego atramentem – jak na zawołanie odezwała się Irmina

- Słuchaj Kleopatro… – obróciłam się na krześle z marsową miną- Po jaką cholerę tu przychodzisz? Przecież w naszym pokoju wspólnym mamy tyle książek, że bez problemu odrobiłabyś swoją pracę domową…

- Nic nie rozumiesz, Socretto – prychnął Midas – Liczy się statystyka.

- Że co proszę? – zmrużyłam oczy

- Widzisz Socretto, my Krukoni jesteśmy znani z tego, że przesiadujemy w bibliotece, to nasz teren – powiedziała władczo Irmina – Musimy dbać o reputację – dodała, a Minnie, Midas i pozostali pokiwali głowami

- To znaczy, że nie odrabiacie pracy domowej? – zmarszczyłam się

- Już dawno ją zrobiliśmy – wyprostował się dumnie Midas

- Więc po co tu siedzicie? – nadal nie rozumiałam

- Nie zrozumiesz tego, bo nie jesteś Krukonką… – przewróciła oczami Minnie

- Musimy sprawiać wrażenie pilnych uczniów, podtrzymywać honor naszego domu…jeśli wiesz, o co mi chodzi? – Irmina spojrzała na mnie sceptycznie

- Wiesz, chyba nie do końca…

- Nadchodzi profesor Claid od mugoloznawstwa. Midas, idź zapytać się jej o pracę domową… – syknęła Irmina

- Znowu? Nie cierpię tej staruchy… – jęknął cicho Midas

- I co z tego? Ona lubi ciebie. Rusz się, bo zaraz wyjdzie… – warknęli na niego pozostali

Chłopak natychmiast poderwał się z miejsca, poprawił krawat i pognał do nauczycielki. Zaczepił ją grzecznie i z wzorowym uśmiechem piątkowego ucznia podał jej swój pergamin.

- Właśnie piszę referat o stosunkach między nastoletnimi mugolami a nastoletnimi czarodziejami i o tym jaki wpływ mają na siebie te dwie grupy. Czy mogłaby pani na to zerknąć, pani profesor? Bardzo zależy mi na pani opinii.

- Och Midasie, ale ten projekt był na dodatkową ocenę – uśmiechnęła się ciepło starsza, korpulentna czarownica

- Wiem pani profesor, ale dla nas Krukonów nie ma czegoś takiego jak „dodatkowa praca”. Wszystko co zada nauczyciel jest obowiązkowe – oświadczył uroczyście

- No skoro tak…chętnie na to spojrzę, mój drogi… – ucieszył się profesorka

- To jest…obrzydliwe – spojrzałam się z obrzydzeniem na moich kolegów przy stoliku Irminy

- Nauczyciele muszą wiedzieć, że ciężko pracujemy – wzruszył ramionami Spike

- Do tego stopnia jesteście fałszywi? – pokręciłam głową

- Nie jesteśmy fałszywi, dbamy o dobre imię Ravenclawu – naburmuszyła się Irmina – Czemu nie możesz tego zrozumieć?

- W ogóle nie powinnaś być w Ravenclawie, przynosisz nam wstyd – Spike spojrzał się na mnie spode łba

- Na wasze i moje nieszczęście jestem – burknęłam – ale skoro jesteście tacy mądrzy, może pomożecie innym, co? – wskazałam na innych uczniów, którzy głowili się nad swoimi zadaniami – To by dopiero była dla Krukonów dobra reklama…może nie uważaliby was za takich gburów

Krukoni popatrzyli na siebie i zachichotali cicho. Widząc przechodzącą bibliotekarkę szybko złapali książki leżące na stole. Poczekali jednak, kiedy odejdzie i znowu przyjęli swoje wyluzowane pozy.

- Nie ma nic za darmo… – skrzyżował ręce Spike

- Zresztą skoro nie potrafią poradzić sobie z takimi prostymi zadaniami, są żałośni… – westchnęła Irmina

- Ach tak? – zamrugałam ze zdziwienia oczami. Ja chyba śnię…skąd ta dziewczyna ma taki dziwny system wartości? – Jesteście chorzy… – pokręciłam głową i wstałam, żeby wymienić książki

- Więc wracaj do swoich Gryffonów. Oni na pewną są mniej chorzy od nas – zarechotali – A zwłaszcza Leonard Crouch…

Nie odpowiedziałam tylko, przeszłam ostentacyjnie obok nich i skręciłam w pierwszy lepszy regał. Przez szpary między książkami widziała jak towarzystwa wróciło do pisania na swoich pergaminach. Mieli rację, robota dosłownie paliła im się w rękach. Jak oni to robili? Ciekawe, czy jest jakieś zaklęcie na szybsze myślenie albo koncentrację…muszę czegoś poszukać. Jestem pewna, że tacy spryciarze jak oni, na pewno nie używają czystych metod…

- AŁA! – pisnęłam, gdy ktoś w szaleńczym biegu wpadł na mnie ze stosem książek. Zasłoniłam się rękami, ale i tak oberwałam gradem tomisk w twardych okładkach – Kto na brodę Merlina…

- Przeprasza, przepraszam, żyjesz…?! – usłyszałam obok siebie donośny głos Leonarda

- No i wszystko jasne… – mruknęłam, masując czubek głowy – Crouch, co ty tu właściwie robisz? Nie masz przypadkiem zakazu wchodzenia do biblioteki? Zawsze zastanawiałam się, z jakiego powodu, ale teraz już widzę…

- McGonagall coś tam mi mówiła… – podrapał się po karku i uśmiechnął się łobuzersko – Ale to wyższa konieczność…

- Tak? A co się stało? Założyłeś się z kimś, że przeczytasz jakąś książkę? – skrzyżowałam ręce

- Nie, to by było za proste – prychnął i machnął ręką. Nerwowo rozglądał się po półkach

- Zgubiłeś coś? – zmarszczyłam brwi

- Szukam czegoś…nie widziałaś może jakiegoś podręcznika do zaklęć? Gretel kazała mi powtórzyć te cholerne zaklęcia na jutro, ale nie mam dobrze opanowanej podstawy i kazała mi poszukać czegoś w bibliotece…

- Czego dokładnie? Wiesz, tu jest dużo książek z zaklęciami… – przewróciłam oczami

- Nie wiem! Nie pamiętam tytułu! – zaczął przestępować z nogi na nogę – Dlatego wziąłem je wszystkie… – wskazał na rozrzucone książki

- Jesteś beznadziejny…brałeś wszystko jak leci…masz nawet książkę do transmutacji… – ukucnęłam, żeby podnieść podręczniki - Musisz to odłożyć na półki…

- Wiem, wiem, ale najpierw muszę znaleźć ten podręcznik… – podszedł do półki i postukał palcami w okładki innych książek

- A co tu się dzieje? – podeszła do nas bibliotekarka. Na widok rozrzuconych książek, zrobiła się czerwona ze złości.

- Panie Crouch… – zaczęła pozornie spokojnym tonem – Mówiłam, że nie ma pan tu wstępu!

- Spokojnie, ja się tym zajmę! – powiedziałam pod wpływem impulsu

- Serio? – spojrzał na mnie jak na wybawicielkę

- Naprawdę, panno Socretto? – spojrzała na mnie niepewnie znad okularów. BYła przyzwyczajona, że ja i Tobby siedzimy w bibliotece do późna, a czasem nawet przynosiła nam gorącą czekoladę albo kawę, żebyśmy nie zasnęli nad książkami. Wydaje mi się, że nas lubi…albo lituje się nad nami.

- Tak – poklepałam Leo po ramieniu z mściwym uśmiechem – Poszukam dla niego odpowiedniej książki i wtedy sobie pójdzie, prawda?

- Prawda! – pokiwał energicznie głową

- No dobrze… – zgodziła się niechętnie bibliotekarka – Ale będę was obserwować! – pogroziła palcem i odeszła

- Uff było blisko… – odetchnął z ulgą – Dzięki twojej reputacji Krukonki, upiekło się nam – klepnął mnie mocno po plecach.

- Reputacji Krukonki? – posłałam mu mordercze spojrzenie

- No wiesz, że jesteś grzeczna, mądra i ułożona… – zaczął się szybko tłumaczyć

- Zbieraj te książki. Już – burknęłam urażona. On chyba nigdy nie zobaczy we mnie Gryffonki…

- Jasne… – Leo chyba zrozumiał aluzję, bo energicznie zabrał się do pracy. On po prostu musi być cały czas w ruchu. Inaczej coś od środka go rozsadza. Szybko odłożyliśmy resztę książek na miejsce i zaprowadziłam go do działu z podręcznikami do zaklęć.

- Proszę, to jest chyba to czego szukasz… – wyciągnęłam cienką książeczkę z podstawami

- To wszystko? – rozpromienił się

Już miałam powiedzieć „tak”, gdy w mojej duszy pojawiła się przekorna iskierka. Przed moimi oczami stanęła sytuacja z ostatniej lekcji quidditcha. Leonard oczywiście na niej był, bo jak sam twierdził nie miał co robić. Mimo, że był spocony jak dzik po własnej lekcji, wprosił się na naszą. Ten dzieciak jest niewyżyty. Oczywiście latał za profesorem Hopesonem jak cień, ale to by mi nawet nie przeszkadzało. Niech sobie lata ile chce! Leo nie jest z tych, którzy się podlizują. On po prostu dzieli ludzi na tych, których lubi i na tych, których nienawidzi. Już wcześniej pisałam, że Leo jest wpatrzony w naszego trenera jak w obrazek. Podobnie ma z innymi rzeczami i lekcjami… Quidditch jest jego ulubioną lekcją, cała szkoła o tym wie. Dopiero na miotle Crouch może się wyżyć. Nikt nie zwraca mu uwagi na to, że za szybko lata, rzuca piłką albo krzyczy bojowe okrzyki i zdziera sobie gardło. Wreszcie może być sobą. Powiem ci pamiętniczku, że to nawet przyjemne patrzeć na kogoś kto w końcu pokazuje swoje „prawdziwe ja” i nie wstydzi się tego. I wszystko byłoby dobrze…dopóki Leo nie zechciał być tak wspaniałomyślny i nie zaczął „pomagać” Hopesonowi w prowadzeniu lekcji. Zawsze się wtrącał, ale coraz bardziej mnie to irytuje. Zwłaszcza, że ostatnio prawie spadłam przez niego z miotły!

Właśnie ćwiczyliśmy podania i rzuty oraz krycia. Przeciwna drużyna, w tym przypadku Puchoni atakowali nas. Nie powiem, że wyglądało to jak zwykle żałośnie. Rozczarowanie i litość malująca się na twarzy Leo była wystarczającym komentarzem.

- Panie psorze, mogę wejść na boisko? – nie mógł wytrzymać w miejscu

- Nie Leo, pozwoliłem ci oglądać grę, jeśli będziesz stał w miejscu i się nie wtrącał – mruknął profesor, śledząc uważnie nasze zagrania

- Ale panie psorze! Tak nie można! Widzi pan jak oni niszczą tę grę?! Ja nie mogę na to patrzeć! Serce mnie boli… – podskakiwał na miotle i wymachiwał rękami

- Siadaj na miotle małpo, bo naprawdę kiedyś zlecisz – trener pokręcił głową z rozbawieniem

- Tylko na chwilę! Malutką chwilkę! Rozruszam ich i wrócę! Będę grzeczny, obiecuję! – mówił, jakby go ktoś nakręcił

- Dobrze, już dobrze… – profesor stracił cierpliwość – Ale nie szalej, Crouch…

- Tak jest, panie psorze – zasalutował i wyszczerzył się

Spojrzeliśmy się po sobie z Tobbym. Już wtedy przeczuwaliśmy, że Crouch nieźle namiesza. I mieliśmy rację! Miotał się po boisku jak szatan, pomagał raz Krukonom, raz Puchonom, dyszał jak mała lokomotywa…ale był szczęśliwy.

- Dalej Socretto, rusz się i wyjdź na pozycję! – krzyczał do mnie trener – Jak Castor ma ci podać kafel! Uważaj za tobą jest Ernold… – nie zdążył dokończyć, bo coś świsnęło mi koło ucha. – Co się dzieje?! Gdzie jest obrona?! Sabrina prawie by oberwała tłuczkiem!

- Przepraszam, nie zdążyłam odbić – usłyszałam słodki głosik Irminy

- A czym byłaś zajęta?! – krzyknęłam

- Midas obliczał najlepszą trajektorię lotu do wrzucenia kafla – oburzyła się

- Chyba do lepszego zabicia mnie tłuczkiem! – warknęłam, a Leo zaczął się głupkowato śmiać. Spojrzałam na niego jak na wariata. To nie miało być śmieszne…serio, zaczynam się bać o swoje życie!

- Przestańcie! – zganił nas trener – Wracajcie do gry! Socretto, orientuj się, gdzie jest piłka!

- Lecę! – jęknęłam i ruszyłam w pogoń za kaflem

- Socretto, podanie! – zawołała do mnie Minnie, piskliwym głosem

Skręciłam ostro w prawo, ale zanim zdążyłam położyć łapy na kaflu, miotła z czerwonym zawodnikiem śmignęła mi przed oczami.

- Crouch! Drugie ostrzeżenie! – warknął profesor

- No co?! Ona by tego nigdy nie złapała! – bronił się chłopak

- Dziękuję za wiarę we mnie! Potrafię sobie poradzić bez twojej pomocy! – piekliłam się

- Trzymaj, zbuntowany Gryffoniku – Leo zaśmiał się, mrugnął do mnie i rzucił kafla. Złapałam, ale czułam, że moje policzki zapłonęły gorącem. Chciałam coś powiedzieć, ale Leo zniknął tak szybko jak się pojawił.

- Leć na bramkę Socretto! – krzyknął na mnie Midas. Wyrwana z transu, zaatakowałam. Naładowana nową, nieznaną siłą, leciałam jak torpeda. Żaden obrońca nie mógł mnie złapać.

- Sabrina, uważaj! – usłyszałam nagle pisk Tobby’ego

- Co? – zaniepokojona zachowaniem przyjaciela zatrzymałam się…i ledwo zdążyłam uchylić się przed lecącym tłuczkiem. Kafel wypadł mi z rąk, a ja zawisłam na miotle. Omiotłam wzrokiem boisko i zobaczyłam go. Siedział na miotle obok Irminy, trzymając jej pałkę.

- Leonrad! – krzyknęłam wściekła

- A więc tak się odbija… – Krukonka z trudem ukrywała chichot. A to wiedźma! Przecież ona doskonale umie grać na każdej pozycji. Po prostu chciała mnie znokautować i posłużyła się do tego głupim Leonardem!

- Crouch, miałeś się nie wtrącać! – ryknął profesor Hopeson

- Tak, właśnie tak…poćwicz, a będziesz mistrzynią – chrząknął zmieszany Leo, oddając jej pałkę – No przecież nic się nie stało! Nie róbmy tragedii! – podleciał do mnie, jednym ruchem podciągnął mnie za kaptur do góry i jak niesforne dziecko posadził na miotle – Włos jej z głowy nie spadł – poklepał mnie po głowie z tym swoim nieznośnym, głupkowatym uśmiechem

W tym momencie Ernold z Huffelpuffu wbił bramkę zaskoczonemu Midasowi. Puchoni wydali okrzyk zwycięstwa, a ja jęknęłam głośno. Krukoni zmierzyli mnie nienawistnym spojrzeniem. Znowu wszystko moja wina…ale tym razem to Leo zawinił! Gdyby nie wybił mnie z rytmu, wrzuciłabym kafla!

Całą tą sytuację przypominałam sobie właśnie w bibliotece, stojąc przed zadowolonym, wiecznie uśmiechniętym Leo, który niczym się nie przejmuje. Już ja mu dam nauczkę…

- Nie, to nie wszystko – uśmiechnęłam się sztucznie – Przeczytaj jeszcze ten podręcznik…i tą książkę… – zaczęłam wyjmować z półek coraz to lepsze pozycje

- A niech mnie…to wszystko na jutro? – wytrzeszczył oczy

- Nie – ciągnęłam niemiłosiernie

- Ale te książki już mi się nie mieszczą w rękach…

- Nie szkodzi, pomogę ci zanieść je do stolika – powiedziałam słodko. Leo nienawidził czytać i gdy tylko mógł, unikał tego. Miał problemy z koncentracją, dlatego szło mu to jak po grudzie. Chociaż słyszałam, że od czasu do czasu jak coś go zaciekawi, potrafi dużo czytać…magazynów sportowych.

- I ja muszę się tego wszystkiego nauczyć na jutro? – wyglądał na coraz bardziej załamanego

- Nie słyszałeś, że profesor Gretel jest wymagająca – wydyszałam i zadowolona wzięłam się pod boki

- Słyszałem, ale ty na pewno wiesz lepiej…w końcu to opiekunka twojego domu – wzruszył ramionami. Mimo, że przez stos książek nie widziałam już jego twarzy, mogłabym przysiąc, że nadal ma banana na twarzy.

- Wystarczy już…chodźmy. Wingardium Leviosa – wyjęłam moją różdżkę z buta i wzięłam od niego część książek. Podeszłam do pustego stolika i rozłożyłam na nim wszystkie księgi – Nie wyjdziesz z biblioteki, dopóki nie przejrzysz każdej z nich – oświadczyłam

- Żartujesz?! Ja nie wytrzymam… – jęknął

- A chcesz zaliczyć zaklęcia u Gretel? – oparłam się rękami o stół

- No chcę… – burknął i zniechęcony opadł na krzesło

- Więc życzę miłej pracy, Leo – poklepałam go po plecach tak jak on mnie wcześniej i odeszłam

- Nieźle go urządziłaś – usłyszałam za sobą śmiech

- Rose – odwróciłam się zadowolona. – Myślałam, że już dziś nie przyjdziesz…

- No coś ty, zawsze przychodzę – uśmiechnęła się  i pociągnęła mnie za rękę, rozglądając się w koło – Wiesz, że wśród tych książek, które mu dałaś są podręczniki z czwartego i szóstego roku?

- Trudno, niech się chłopak pomęczy… – machnęłam ręką

- Hej Wesley, po co włóczysz za sobą tą małą? Masz pachołka do dźwigania książek? – zaśmiał się jakiś Gryfon z jej roku

- Bądź cicho Ned, bo ta „mała” przeczytała więcej książek niż ty przez wszystkie lata nauki tutaj – skasowała go Rose. Jego koledzy zaczęli gwizdać, ale moja przyjaciółka zupełnie nie zwracała na to uwagi. Wciągnęła mnie między regały ze szkolnymi kronikami.

- Powiesz mi co tym razem zrobił nasz Leo, że tak go ukarałaś? – zachichotała

- Tym razem mszczę się za lekcję quidditcha. – spojrzałam na nią wymownie, a dziewczyna przewróciła oczami

Rose Wesley to jedyna Krukona, która mnie lubi. Jest ode mnie starsza, ale nie wstydzi się ze mną pokazywać  i często spotykamy się w bibliotece. Wtedy ostentacyjnie siada przy stoliku ze mną i Tobbym. Rozmawia z nami, jakby nigdy nic, pomaga nam w lekcjach…daje nam poczucie normalności. Podobnie jak Albus, James, Lily i Hugo. Gdyby nie oni, byłoby mi tu naprawdę ciężko. Co prawda James jest prefektem i najmniej się angażuje, ale nie raz uratował mnie przed bandą Ślizgonów albo Krukonów. Poza tym James to kumpel Leo, więc stara się z nim solidaryzować. Co nie znaczy, że mnie nie lubi…Nie ukrywam jednak, że to z Rose miałam najlepszy kontakt. W końcu byłyśmy w tym samym domu.

- Rose, wszystko w porządku? Czemu się tak rozglądasz? Ktoś nas śledzi? – zaniepokojona obejrzałam się do tyłu

- Prawdopodobnie tak…a jeśli nie teraz, to za chwilę – odparła zagadkowo

- Gdzie mnie ciągniesz? – zmarszczyłam brwi – Znowu do tego Klubu Książek?

Rose nie odpowiedziała, tylko skinęła głową. Klub Przyjaciół Książek to stare, nieoficjalne  zgromadzenie założone przez uczennice z Ravenclawu. Podobno kiedyś do klubu mogła wstąpić każda Krukona, ale teraz zasady trochę się pozmieniały i starsze dziewczyny zaczęły przyjmować uczennice tylko od czwartego roku, a każda członkini musiała zdać test przynależności. Jeśli go zdała, dostawała medalion z krukiem, herbem naszego domu, wykonanym przez przewodniczącą klubu. W tym roku była to nasza pani prefekt Cecylie. Ona oczywiście też mnie nie lubiła, więc kiedy Rose przyprowadziła mnie pierwszy raz na spotkanie klubu, wywołała mały skandal.

- Po co ją wzięłaś? To tajny klub. Pierwszoroczniacy nie mają o nim pojęcia – syknęła Cecylie

- Może powinnyśmy to zmienić – skrzyżowała ręce Rose – Kiedyś były inne zasady w tym klubie..

- Ona nawet nie jest Krukonką.W ogóle nie powinno jej tu być – Rina, blondynka z szóstego roku zerwała się z krzesła

- Jest jedną z nas. Jest mądra, bystra i błyskotliwa. Mogłaby przydać się  na naszych spotkaniach. Tiara przydzieliła ją do Ravenclawu i nosi nasze barwy – upierała się Rose

- Ale nie jest ich godna – zmrużyła oczy Cecylie – Zdrajczyni…skąd wiesz, że nas nie szpieguje dla Gryffonów?

- Co? Nikogo nie szpieguję! – oburzyłam się – Zresztą po co Gryffoni mieliby zbierać o was jakiekolwiek informacje…

- A skąd taka pewność? – warknęła Sue, niska brunetka w okularach – Prawdziwy agent nigdy się nie przyzna, gdy go złapią…

- Nie jestem… – zaczęłam, cała czerwona ze złości i rozgoryczenia…bo w głębi duszy chciałabym być takim agentem. To by znaczyło, że wkupiłam się w łaski Gryffindoru.

- Byłaś obiecującym, nowym członkiem klubu Rose…ale zawiodłaś mnie – oznajmiła bezlitośnie Cecylie – okryłaś się hańbą, przyprowadzając tu tą…pierwszoroczną…

Rose nie pokazała tego po sobie, ale widziałam, że zabolały ją słowa prefekta. Od tej pory postanowiłam, że więcej nie będę się pchała do tego „elitarnego” Klubu Przyjaciół Książek zarezerwowanego dla „prawdziwych” Krukonów. Niestety Rose uparła się, że pasowałabym tam i nalegała, żebym chodziła z nią na spotkania. Nie chciałam, żeby spotykały ją nieprzyjemności, więc zawsze znajdowałam wymówkę.

Tym razem nie miałam jak uciec, bo Rose wzięła mnie z zaskoczenia. Zanim zdążyłam się obejrzeć, dotarłyśmy do ostatniego regału. Rose wyjęła odpowiednią książkę, zastukała w półkę różdżką i wyszeptała tajne hasło. W tym momencie regał odsunął się, ukazując małe ciemne wejście. Przyjaciółka wciągnęła mnie do środka. Zakaszlałam, przedzierając się przez starą, zakurzona kotarę. W środku pachniało naftaliną, woskiem i starymi księgami. Półmrok jaki tu panował nadawał charakter groty czarownicy. Wśród starych, pożółkłych ksiąg stał spory, okrągły stolik, przy którym siedziało już sześć członkiń klubu. Duży czteroramienny świecznik oświetlał upiornie ich twarze, pochylone nad jakimiś papierami. Byłam pewna, że znowu zaczną narzekać, ale Rose puściła moją rękę i szybko wślizgnęła się na swoje siedzenie. Dziewczyny nawet nie zwróciły na mnie uwagi. Wszystkie patrzyły z wyczekiwaniem na moją rudą koleżankę.

- Udało ci się? – zapytała Cecylie

- Tak, mam to…zdobyłam ściągi Malfoya… – oznajmiła triumfalnie Rose, kładąc na stoliku pomięte karteczki – O ile to rzeczywiście są ściągi… – dodała niepewnie

- Scorpiusa Malfoya? – wytrzeszczyłam oczy. Klubowiczki w końcu zwróciły na mnie uwagę.

- Znowu ją ze sobą wzięłaś? – zmarszczyła brwi Rina

- Musiałam…Scorpius wie, że się przyjaźnimy. Mógłby ją wypytywać – machnęła zniecierpliwiona ręką

- Jesteś genialna…jak je zdobyłaś? – zapytała Sue, biorąc do ręki kartki

- Nawet nie pytaj – westchnęła ciężko Rose – Grunt, że je mam.

- Malfoy na pewno już zauważył, że nie ma swojego małego skarbu…chciałabym zobaczyć jak wpada w furię – Cecylie roześmiała się na cały głos. Wytrzeszczyłam na nie oczy. Wszystkie wydawały się takie zadowolone, jakby co najmniej odkryły Amerykę.

- Przepraszam, ale naprawdę tak się cieszycie, bo zdobyłyście głupie ściągi? Po pierwsze myślałam, że nie potrzebujecie takich rzeczy, a po drugie…

- To nie są tak naprawdę ściągi, Socretto – westchnęła Cecylie – To tylko przykrywka…Malfoy kontaktuje się poprzez nie ze swoimi ludźmi, ale założył na to specjalny czar, żeby wyglądały jak zwykłe ściągi

- Ze swoimi ludźmi? – zmarszczyłam brwi – A kim on jest? Gangsterem? Dilerem?

- Kim? – nie zrozumiały dziewczyny

- Nie ważne… – machnęłam ręką i podeszłam do nich bliżej – Jakie informacje przekazuje? I komu?

- Tego właśnie chcemy się dowiedzieć, Socretto, więc daj nam działać – warknęła Rina

- Powiedzmy, że Scorpius jest przewodniczącym innego, konkurencyjnego klubu – Rose starała się wprowadzić w sytuację – Słyszałam, że wybiera odpowiednich Ślizgonów i zaprasza ich do swojej „armii” czy czegoś w tym rodzaju.

- I co on robi z tą swoja armią?

- James mówił mi, że widział kiedyś jak Scorpious i jego koledzy z pokoju skradają się po korytarzu w godzinach nocnych. Chciał ich zatrzymać, ale narobił za dużo hasłu i uciekli. Wszyscy mieli ubłocone buty. Musieli być na dworze: na błoniach albo nawet w Zakazanym Lesie…

- Rose… – syknęła ostrzegawczo Cecylie

- Ale po co?! – udawałam, że tego nie słyszę

- Tego właśnie nie wiemy! Chociaż po Ślizgonach nie można spodziewać się nic dobrego – pokręciła głową Sue

- James śledził ich. Powiedział mi, że te nocne wyjścia odbywają się regularnie.

- Aiden też bierze w tym udział? – zapytałam niespodziewanie, zaskakując samą siebie. Co mnie obchodził Aiden Black?

- Black? Pewnie tak, w końcu jest jego kuzynem i mieszkają razem… – mruknęła Bella, szczupła i wysoka Krukonka w koku

- Poza tym Black pochodzi z wyklętej rodziny. Pewnie kręci go czarna magia, wyssał ją z mlekiem matki – prychnęła Rina, a reszta dziewczyn zaśmiała się

- Nie mówcie tak…to, że urodził się w takiej rodzinie, a nie innej, nie oznacza automatycznie, że Aiden będzie taki sam – zmarszczyłam brwi

- Czemu go bronisz? Przecież Aiden ciągle gnębi ciebie i Tobby’ego – zdziwiła się Rose

- Ja tylko… – sama nie wiedziałam, czemu to powiedziałam

- A niech to szlag! – krzyknęła Cecylie, gdy jej różdżka odskoczyła, podczas gdy jej właścicielka próbowała złamać zaklęcie – To wcale nie będzie takie proste.. – mruknęła, masując poparzony nadgarstek. Rose schyliła się i podniosła różdżkę przewodniczącej.

- Sabrina, idź do biblioteki i zabierz Leo książkę o zaklęciach z szóstego roku. Może tam coś znajdziemy – przyjaciółka odgarnęła rudą grzywkę z twarzy

- Nie sądzę, żeby to coś pomogło… – mruknęła Bella, dotykając swoją różdżką kartek – Wyczuwam tu czarną magię…

- No to pięknie…cały plan poszedł w łeb – załamały się dziewczyny

- A co z Działem Ksiąg Zakazanych? – wystrzeliłam, zanim zdążyłam ugryź się z język

- Nie, przecież nie możemy tam… – zaczęła Rose

- To jest myśl! – podskoczyła Cecylie

- Żartujesz, prawda? – Rose i pozostałe dziewczyny wytrzeszczyły na nią oczy

- W Dziele Ksiąg Zakazanych na pewno znajdziemy coś na czarną magię. To nie może być mocne zaklęcie, więc…

- Cecylie, co ty wygadujesz? Jesteś prefektem. Wiesz, że nam nie wolno tam wchodzić bez specjalnego pozwolenia McGonagall – powiedziała stanowczo Rose

- To ważna sprawa. Nie odpuszczę Malfoyowi. Muszę wiedzieć, co on kombinuje… – przewodnicząca wstała i zaczęła chodzić po pokoju – Poza tym byłam już tam i wiem mniej więcej, co gdzie leży.

- No nie wiem, Cecylie…to chyba za wiele… – odezwała się niepewnie Sue

- Malfoy i jego banda jeszcze bardziej naginają zasady niż my! – zdenerwowała się Cecylie – A jeśli będziemy miały na nich dowód, pójdziemy do McGonagall. O to cały czas nam chodzi!

Krukonki spojrzały na siebie niepewnie. Dla każdej z nich regulamin był świętością. Czy pozwolą sobie na jego złamanie?

- No dobrze… – przełknęła ślinę Rina – ale to będzie pierwszy i ostatni raz. I ja tam nie wchodzę!

- To chyba logiczne, że wszystkie tam nie wejdziemy. Ktoś musi pilnować tyłów – prychnęła Cecylie – A teraz chodźcie, musimy się pospieszyć, bo niedługo zamykają bibliotekę.

Dziewczyny posłusznie wstały ze swoich miejsce i ruszyły za przewodniczącą do wyjścia. Rose w przejściu szarpnęła mnie za rękaw.

- To było głupie. Nie powinnaś tego proponować – wyrzuciła mi – Będziemy miały przez to kłopoty.

- Nie wiedziałam, że ona się na to zgodzi – broniłam się

- To się źle skończy… – pokręciła głową załamana Rose

W ciszy wyszłyśmy za dziewczynami z ukrytego pokoju. Po upewnieniu się, że nikt nas nie widzi ruszyłyśmy do przeciwległego końca biblioteki do wejścia do Działu Ksiąg Zakazanych. O tej porze w bibliotece  było już bardzo mało uczniów. Zbliżała się godzina policyjna. Zauważyłam, że Leo dzielnie siedzi przy stole, gdzie go zostawiłam. Biedny w ogóle nie mógł się skupić. Kręcił się, jakby oblazły go mrówki i nerwowo przytupywał nogą. Bawił się stronami, a na jego czoło wstąpiły kropelki potu, gdy próbował się skupić, żeby coś zapamiętać. Nawet mi go żal…to straszne, nie móc choć przez chwilę wysiedzieć spokojnie na krześle. Irmina i jej grupa wzajemnej adoracji wróciła już do pokoju wspólnego. Powoli zapadała cisza, a światła przygasły.

- Szybciej, szybciej… – syczała Cecylie, prawie biegnąc do drzwi – Alohomora – wyszeptała i kłódka odpadła z cichym brzękiem. Przewodnicząca z westchnieniem ulgi otworzyła ciężkie drzwi i rozejrzała się, czy nikogo nie ma na horyzoncie. – Dobra, robimy tak. Ja tam wchodzę, wy czekacie i mnie kryjecie. Nie wychodźcie beze mnie! Nawet gdyby ta bibliotekarka kazała wam…

- Nie tak prędko, Skyller – usłyszałam za sobą głęboki, wyniosły, męski głos. Wszystkie dziewczyny odwróciły się ze skamieniała ze strachu twarzą.

- Scorpius… – wyszeptała Rose. Pierwszy raz widziałam go z tak bliska. Był bardzo podobny do swojego ojca…i do Aidena. Z tą różnią, że był wyższy, szczuplejszy i bardziej wyniosły od kuzyna. Jego stalowoszare oczy przerażały mnie. Nie chciałbym znaleźć się z nim sam na sam. Taki człowiek chyba nie miałby oporów przed wypowiedzeniem zaklęć niewybaczalnych. Do zielonego krawatu miał przypiętą wielką broszkę w kształcie węża ze szmaragdami zamiast oczu.

- Sprytnie Weasley, sprytnie…udało ci się mnie oszukać, ale nie bój się. To się więcej nie powtórzy – syknął blondyn, a Rose spłonęła rumieńcem. Teraz była tak czerwona jak jej włosy. – Oddawaj kartki – zażądał, podchodząc do niej lekkim tanecznym krokiem. Tobby mówił mi, że Scorpius od dziecka trenował szermierkę, więc pewnie dlatego jest taki giętki.

- Nie mam ich – odparła spokojnie moja przyjaciółka

- Nie drażnij mnie jeszcze bardziej, Wesaley – podszedł do niej bliżej – Dawaj moje…

- Zostaw ją, ja je mam – powiedziała ostro Cecylie

- A więc jednak…Cecylie Skyller jako wzorowa pani prefekt będzie broniła swoich koleżanek – zarechotał Scorpious – Oddaj mi je, a rudzielcowi nic się nie stanie – warknął i zanim ktokolwiek zareagował, złapał Rose, przyciągnął do siebie i przyłożył jej różdżkę do gardła

- Puść ją! – wyrwałam się przed szereg z różdżką w ręce

- Nie podchodź szlamo, bo nie ręczę za siebie – Aiden natychmiast zasłonił kuzyna

- Więc to jest twoja mała obrończyni, co Weasley? – Scorpius odgarnął jej włosy i szepnął do ucha. Dziewczyna zadrżała i skrzywiła się – Powiedz jej, żeby opuściła różdżkę, bo inaczej ja zrobię użytek z mojej…

- Spokojnie, uspokójmy się, tak nie można – przerwała mu roztrzęsiona Cecylie – Są jakieś zasady…

- Krukoni i te ich durne zasady… – Scorpius przewrócił oczami i zaśmiał się leniwym, głębokim barytonem, a mnie przeszły ciarki

- Nie możesz jej nic zrobić, bibliotekarka tu jest – Cecylie nie dała zbić się z tropu

- Jest tutaj? Brooks? – rozbawiony Scorpius kiwnął na swojego kolegę, który wyciągnął z kieszeni klucze i pomachał nam nimi. Przełknęłam ślinę.

- Zamknęliście nas w bibliotece? Jesteście nienormalni – pisnęła Rina

- Być może…ale jesteśmy tu sami i nikt nie przyjdzie wam na pomoc – wzruszył ramionami Malfoy, a czworo jego osiłków wyszczerzyło się okrutnie

- Leo… – szepnęłam przerażona. Przypomniało mi się, że kazałam Gryfonowi przeczytać wszystkie podręczniki!

- Crouch też tu jest? – ucieszył się Aiden – Z przyjemnością się nim zajmę, drogi kuzynie… – uśmiechnął się drapieżnie Black, podciągając spodnie, które spadały z jego zbyt pulchnej pupy

- Nie! – pisnęłam

- Socretto, nie szalej tak, uśpiona lwico – prychnął Scorpius – Przykro mi, ale po prostu znalazłaś się w złym miejscu o złej porze. Następnym razem będziesz grzecznie wracała do dormitorium o czasie.

- Nie rób jej krzywdy… – zaczęła Rose, ale Scorpius pociągnął ją za włosy

- Zamknij się, ruda wiedźmo – syknął blondyn – A ty Aiden idź po Croucha. Jest twój.

Wciągnęłam z sykiem powietrze i już miałam ruszyć za Blackiem, gdy ktoś pociągnął mnie do tyłu.

- Socretto, chcesz się chociaż raz na coś przydać? – syknęła do mnie Cecylie – Bierz te kartki, biegnij do Działu Ksiąg Zakazanych i ukryj się gdzieś…

- Ale ja… – wybałuszyłam na nią oczy

- Chcesz być w naszym klubie czy nie? – warknęła, pchając mnie do drzwi i wciskając do rąk pomięte kartki

- Skyller! Co robisz?! – krzyknął Brooks

- Teraz możecie sobie szukać tych swoich karteczek – prychnęła Cecylie, wpychając mnie na siłę do biblioteki. Nie miałam wyjścia rzuciłam się przed siebie biegiem.

- Brać ją! – usłyszałam krzyk Scorpiusa

Drzwi zamknęły się za mną z hukiem i cienka stróżka światła, która przez nie wpadała zgasła. Biegłam po omacku w całkowitych ciemnościach. Nigdy nie byłam w Dziale Ksiąg Zakazanych pamiętniczku, ale wierz mi, że już drugi raz tu nie przyjdę…a na pewno nie z własnej woli! Egipskie ciemności to było moje najmniejsze zmartwienie. Zewsząd dobiegał mnie jakiś dziwny szum, z prawej strony niespodziewanie owiały mnie opary dziwnej, cuchnącej, bagiennej mgły. Krztusząc się, przeskoczyłam przez dymną zasłonę i pobiegłam dalej. Gdzieś za sobą słyszałam jakieś mroczne szepty, tajemne zaklęcia wypowiadane w starożytnym języku. Sam ich dźwięk przyprawiał mnie o skręt żołądka. Nie miałam wątpliwości, że to czarna magia. Pisnęłam, gdy coś miękkiego przesunęło się po moich łydkach. Miałam wrażenie jakbym znalazła się w Domu Strachu z londyńskiego wesołego miasteczka. Byłam tam z mamą, gdy miałam jakieś 7 lat. Strasznie bałam się wejść do Domu Strachu. Mama powiedziała wtedy, że muszę spojrzeć mojemu lękowi prosto w twarz i okaże się, że tak naprawdę nie ma tam nic strasznego. Prawdopodobnie nie wiedziała, że istnieją prawdziwe Straszne Domy i w nich ma się podstawy, żeby się bać!

Daleko w tyle usłyszałam kolejny huk. Drzwi się otworzyły. Słyszałam tupot kilkunastu par butów, krzyki i odgłosy walki. Zamarłam. Muszę się gdzieś schować. Nie mogę uciekać w nieskończoność. To zamknięta przestrzeń.

- Znajdźcie ją! Nie ma stąd wyjścia! – grzmiał Scorpius

Wszyscy jak na komendę wykrzyknęli lumos i końce ich różdżek zaświeciły się. Szybko schowałam się za regałem. Nigdy nie lubiłam zabawy w chowanego. Zazwyczaj przegrywałam. Szukać umiałam bardzo dobrze, ale jeśli chodziło o ukrywanie się, miałam marne szanse. Zwłaszcza na terenie, którego nie znam. Serce waliło mi jak młotem, gdy koło mnie przebiegło dwóch goryli Malfoya. Wcisnęłam się w półkę. Gdy przebiegli, wyszłam z ukrycia i zawróciłam w stronę wyjścia. Może jeśli uda mi się stąd wyjść…

- AŁA! – syknęłam, gdy ktoś przywalił we mnie z całej siły

- Nie złapiesz mnie, prosiaczku! – zawołał wesoło Leo

- Crouch, już drugi raz na mnie wpadasz! – warknęłam, masując ramię

- Przepraszam księżniczko, ciężko biega się w ciemnościach – złapał mnie za rękę i podciągnął do pionu

- Czy ty się uśmiechasz? – zmrużyłam oczy

- Chodź tu Crouch! Jeszcze z tobą nie skończyłem! – sapał Aiden

Leo stłumił śmiech i wciągnął mnie za regał.

- Prędzej zemdleje z wyczerpania niż mnie dogoni..zapowietrzy się chłopak… – skręcał się ze śmiechu

- Jesteś okrutny… – skrzywiłam się – Lepiej uciekajmy stąd do wyjścia. Może uda nam się go wyminąć – złapałam go za rękę i pociągnęłam do wyjścia, ale Leo pociągnął mnie zdecydowanie do tyłu. Niestety był ode mnie silniejszy. Wpadłam w jego ramiona w chwili, gdy Aiden dysząc jak mała lokomotywa przebiegł obok naszej kryjówki.

- Leonard… – poczułam, że się czerwienię. Jeszcze nigdy nie byłam tak blisko żadnego chłopca. Zazwyczaj mnie nie lubili. Może jednak docenia mnie jako Gryfona? Zaczerpnęłam powietrza, żeby coś powiedzieć, nagle Leo odepchnął mnie i położył się płasko na ziemi jak żołnierz. Wymierzył swoją różdżkę i wymierzył cel.

- Fire! – mruknął, a mały płomyk poleciał wprost na tyłek Aidena. Chłopak podskoczył i krzyknął.

Leo zaśmiał się dziko i uciekł. Zdezorientowana pobiegłam za nim. Cały czar prysł.

- Leonrad zamknij się, zdradzasz naszą pozycję! Leo…no tak…mogłam się tego domyślić…ty to traktujesz jako zabawę, tak?! – jęknęłam

- Socretto, nigdy tak dobrze się nie bawiłem! – wydał dziki okrzyk – Nigdy nie byłem w Dziale Książ Zakazanych, a teraz mało, że tu jestem to jeszcze biorę udział w dzikim polowaniu…świat jest piękny…

- Ty do reszty zwariowałeś, Crouch?! To polowanie jest na mnie! – wściekałam się

- Serio? – zatrzymał się – Ale Aiden ściga mnie…

- A idź ty! – machnęłam ręką i zawróciłam

- Electro! – krzyknął Aiden, a ja ledwo odskoczyłam przed jego ciosem – Przestań uciekać Crouch tylko walcz! Socretto! – przystanął, gdy przebiegłam obok niego

- Walcz ze mną! – krzyknął Leo i w powietrzu skrzyżowały się kolorowe iskry

Straciłam już orientację. Nie wiedziałam, gdzie jest wyjście.

- Sabrina, Sabrina, to ty?! – Rose złapała mnie za ramiona

- Tak, Rose, co ja mam robić… – dyszałam

- Biegnij do drzwi, my ich zatrzymamy… – mówiła szybko dziewczyna

- Tu jest, mamy ją! – krzyknął nagle Scorpius

- Biegnij! – popchnęła mnie Rose

Uciekłam. Za sobą słyszałam pisk Rose i śmiech Scorpiusa.

- Chodź tu maleńka! – oślepiło mi światło latarki Brooksa. Wpadłam wprost w jego łapy. Spanikowana ugryzłam go. – A niech cię…szlama mnie ugryzła! – puścił mnie zaskoczony, a ja rzuciłam się do ucieczki – Łap ją Harris, ale uważaj, bo gryzie!

- Już ja jej pokażę… – zaśmiał się chłopak. Skoczył do mnie, ale ja byłam mniejsza i zwinniejsza. Prześlizgnęłam się obok niego i pobiegłam dalej. Słyszałam za sobą dudnienie ciężkich kroków chłopaków. Musze ich zgubić.

- Confundus! – odwróciłam się do nich i rzuciłam zaklęci mylące. Zaczęli kaszleć i zwolnili.

Wykorzystując moment wskoczyłam między regały. Cofając się szybko, wpadłam na kogoś. Pisnęłam zaskoczona.

- Sabrina, to ja… – powiedział cicho Tobby

- Tobby! Co ty tu robisz?! – przestraszyłam się

- Czekałem na ciebie w bibliotece, chyba usnąłem…obudziły mnie jakieś krzyki i zobaczyłam Śłizgonów i te Krukonki…wszyscy pchaliście się do Działu Ksiąg Zakazanych…nie wiedziałem, czy to jakaś zabawa czy wolna wycieczka…i usłyszałem, że Malfoy krzyczał, żeby cię szukać… – mówił drżącym głosem

- Cicho Tobby! Ciii… – zakryłam mu usta ręką – Już nic nie mów…i nie rycz…wyciągnę nas z tego – przytuliłam go do siebie

- Nie płaczę – odepchnął mnie od siebie – Musimy stąd uciekać, tam są drzwi…lumos… – zapalił swoją różdzkę

- Nie! Zgaś ją! – pisnęłam, ale było już za późno. Ja i Tobby ciągnący mnie za rękę pojawiliśmy się na środku ciemnej sali jak latarnia morska. Wszyscy natychmiast na nas spojrzeli i przerwali walkę – No i pięknie… – burknęłam

- Brać ją! – zakomenderował Scorpius, odpychając Rose i biegnąc w moją stronę

Pociągnęłam skamieniałego ze strachu Tobbyego w stronę drzwi. Spanikowany Puchon zgasił światło. Potknęłam się o coś i upadłam na ziemię. Przyjaciel runął obok mnie.

- Teraz akurat nie musiałeś wyłączać światła! – krzyknęłam

- Przepraszam! Mówiłaś… – zaczął płaczliwie

- Czołgaj się! Nisko przy ziemi! – rozkazałam. Teraz mogłam się poczuć jak żołnierz na poligonie. Dzień pełen wrażeń…gdyby Irminka się o tym dowiedziała! Ho ho! W tym momencie ktoś zmiażdżył mi dłoń butem. Pisnęłam. Wielkie cielsko przygwoździło mnie do ziemi.

- Mam cię Socretto! -wydyszał Aiden, potrząsając mną za ramiona

- A ja mam ciebie! – Leo skoczył na nas z okrzykiem zdobywcy

- O Boże moje żebra! – jęknął Tobby, jakby był biedną, małą żabką, którą ktoś rozjechał

- MacMillan?! Jak ty się tu znalazłeś, chłopie? – obrócił się Leo

- Sam się nad tym poważnie zastanawiam… – wyjęczał chłopiec

- Tobby, trzymaj się… – sapnęłam

- Mam ją! Mam ją kuzynie! – Aiden cieszył się jak dziecko

- Dobrze Aiden! Trzymaj się,  już idę! – usłyszałam stłumiony głos Scorpiusa

- Nic z tego! Nigdzie nie idziesz! – krzyknęła Cecylie – Trzymaj go Weasley!

- Odbierz jej papiery! – darł się Scorpius

- Słyszałaś co kuzyn powiedział! – Aiden krzyczał mi prosto do ucha – Oddawaj!

- Po moim trupie! – zawołałam dzielnie, choć przygnieciona jego wielką tuszą, ledwo co oddychałam

- Sabrina daj mu to co chce, bo on mnie przerobi na pastę – rozpłakał się Tobby

I co by w takiej sytuacji zrobił dobry przyjaciel, pamiętniczku? Widząc i słysząc, że biednemu, małemu, niewinnemu Tobby’emu grozi niechybna zagłada przez zgniecenie? Pewnie oddałby ten cenny papierek. Ale nie ja! Ja jestem Sabrina Socretto! Ja umiem myśleć pod napięciem i zawsze znajdę wyjście z sytuacji. Może nie uwierzysz kochany notesiku, ale właśnie w tym momencie w przebłysku nagłego olśnienia przypomniałam sobie zaklęcie z transmutacji. Ostatkiem siły wyciągnęłam moją różdżkę i wymruczałam magiczną formułkę. Odetchnęłam z ulgą, gdy papier przybrał kształt, o którym myślałam. Profesor Muglis byłby ze mnie dumny…

- Socretto! – warknął Aiden, uderzając mnie pięścią po plecach

- AŁA! Nie mam go! – krzyknęłam

- Jak to nie masz?! – odezwały się na raz innego głosy

- Co z nim zrobiłaś, głupia szlamo?! – Scorpius wyrwał się Cecylie i Rose, po czym podszedł do mnie i poderwał z ziemi. W jego oczach płonęła furia.

- Musiałam go zgubić w tej przepychance… – wyjąkałam przerażona. Serce tłukło mi się jak oszalałe. Byleby nie zauważył… – Udusisz mnie… – szepnęłam, widząc że kostki mu bieleją, gdy zacisnął dłonie na moim krawacie

- Ja cię zabiję, Socretto!

- Tylko spróbuj! – Rose skoczyła w mojej obronie

- Zostaw moją przyjaciółkę! – Tobby podniósł się chwiejnie

- Zostaw zbuntowaną Gryfonkę! – przyłączył się Leo

- Kuzynie, to nie byłoby rozsądne… – zaczął Aiden

- Zamknąć się! Wszyscy! Przeszukać salę… – gorączkował się Scorpius – Ja muszę to znaleźć…

- Co musi pan znaleźć, pani Malfoy? – w Dziale Ksiąg Zakazanych zapaliły się latarnie, a w drzwiach pojawiła się McGonagall razem z bibliotekarką

- Pani dyrektor… – wszyscy zbledli i jak na komendę wyprostowali się

- Może mi ktoś wyjaśnić, co grupka uczniów robi w godzinach nocnych w Dziale Ksiąg Zakazanych? – zapytała spokojnie McGonagall, przeszywając nas wzrokiem

Niektórzy otworzyli usta, ale najwidoczniej zabrakło im logicznych argumentów, bo szybko je zamknęli.

- Pomijam fakt, że w ogóle nie powinniście mieć tu wstępu! O żadnej porze! – dodała głośno – Czego pan tu szukał, pani Malfoy?!

- Pani dyrektor… – zaczął grzecznie Scorpius

- Czym mam pisać sowę do twojego ojca?! Pan Malfoy na pewno ucieszy się, że wzywam go do szkoły…

- To przez Socretto, pani profesor – odezwał się Brooks – Ona ukradła przedmiot z naszego klubu.

- Co?! Jakie ukradła?! To wasza wina! To Rose! – wszyscy na raz zaczęli się przekrzykiwać

- Cisza! – krzyknęła dyrektora – Socretto, czy to prawda? To ty jesteś prowodyrem tej całej afery?

- Nie – jęknęłam – To wszystko nie tak…

- To nie było tu żadnej gry terenowej…? – zdziwił się Leo

- Nie! – warknęli wszyscy

- Gra terenowa? – McGonagall złapała się ze serce – No coś podobnego…wszyscy do mojego gabinetu! Natychmiast! Żeby takie rzeczy działy się w Hogwarcie… – mruczała McGonagall, wychodząc z biblioteki i szeleszcząc za sobą długim szlafrokiem

My oczywiście nie mieliśmy innego wyjścia tylko powlekliśmy się za nią. Jak grupa skazańców. Przesłuchiwała nas po kolei do rana. Całe to zdarzenie opisałam siedząc na krzesełku w poczekalni. To bardzo niewygodne krzesło, pamiętniczku. Jednak każdy był tak zmęczony i senny, że nikomu to nie przeszkadzało. McGonagall odjęła każdemu domowi po 100 punktów i udzieliła nam surowej nagany oraz każdy z nas miał areszt do odwołania. Ja zostałam przydzielona do pomocy profesor Lovegood do pomocy w opiece nad zwierzętami. Profesorka bardzo chciała się też dowiedzieć, co takiego „ukradłam”, ale na ten temat zapadła zgodna, nieplanowana zmowa milczenia. Nie oznacza to jednak, że Scorpius i jego banda nie odpłacą się nam za tą akcję, ale fakt faktem papiery zostały u nas. Wracając do dormitorium żadna z Krukonek się nie odzywała. Pewnie każda bała się awantury, jaką zrobi nam jutro Gretel.
Przed wejściem do pokoju wspólnego Cecylie nie wytrzymała i złapała mnie za ramię.

- Socretto, powiedz mi, bo zaraz oszaleję! Ty naprawdę zgubiłaś te kartki? – spojrzała na mnie zbolałym wzrokiem. Już miałam powiedzieć z uśmiechem, że oczywiście, że mam, ale uprzedziła mnie inna Krukonka.

- Daj spokój, zawaliła na całej linii…właśnie dlatego pierwszoroczniakom się nie ufa… – burknęła Sue

- Ona nawet nie chce być w Ravenclawie, czemu miałaby nam pomagać… – prychnęła Bella

- Sabrina? – Rose spojrzała się na mnie z nadzieją

Przełknęłam ślinę i zacisnęłam palce na naszyjniku z krukiem, herbem Ravenclawu i znakiem przynależności do Klubu Przyjaciół Książki. I kto mówi, że Krukoni są inteligentni? Nawet nie zauważyły, że zamieniłam te głupie papiery w naszyjnik. Cóż, miałam im to oddać, ale skoro tak bardzo we mnie nie wierzą, zajmę się tym na własną rękę.

- Dobranoc – mruknęłam i z zacięta miną wróciłam do pokoju

Zaczynało świtać. Moje współlokatorki głęboko spały, a ja dopiero kładłam się spać. Zdjęłam zaczarowany medalion i schowałam go pod poduszkę. Musze się przespać, a potem pomyślę, co z nim zrobić…być może mam przy sobie coś, o co pomoże mi udowodnić swoją pożyteczność? I przestanę być w końcu zdrajcą…